Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




SPALENIZNA

Rafał Panas


III MIEJSCE W KONKURSIE LITERACKIM HORROR ONLINE I SCIENCE FICTION, FANTASY I HORROR

Schodzili w dolinę ciągnąc za sobą smród spalenizny. Potykali się i zataczali jak pijacy, którzy o kilka kolejek za długo siedzieli w barze. Nogami pozbawionymi butów miażdżyli gałęzie i liście przykrywające zbocze. Kamienie rozcinały skórę na ich stopach. Nie zwracali na to uwagi, musieli dojść do ludzi walczących tam w dole. Gnał ich rozkaz, któremu nie mogli się sprzeciwić.
Z wiatrołomu zobaczyli ciężarówkę z białym orłem na drzwiach stojącą w poprzek drogi. Samochód oklapł na przestrzelonych kołach. Obok leżały ciała powykrzywiane przez śmierć. Karabiny zamilkły na chwilę, złapały oddech i znów zaczęły recytację.
Kilka minut wcześniej Ukraińcy najpierw unieruchomili samochód, a potem przerzedzili żołnierzy zeskakujących z paki. Do płytkiego rowu, który ciągnął się wzdłuż drogi dobiegło tylko dwóch Polaków. Ukryli się za pniem drzewa i naciskali na spusty pepesz trzęsącymi się palcami.
- Nie odstrzelili ci jaj w Berlinie, za to zdechniesz w rowie - pomyślał Andrzej Malecki, kapral z hiszpańską bródką, jedyną pozostałością po dobrych czasach kiedy czytywał Cervantesa. Obok niego leżał młodziutki szeregowiec, w Bieszczadach od dwóch tygodni ciepłej jesieni 1945 roku. Chłopak przestał strzelać i oparł głowę o ziemię. Malecki przypomniał sobie jak na Wale Pomorskim wyciągnął kolegę z oberwaną nogą spod niemieckiego ognia. Potem wrócił po oficera poharatanego przez szrapnel. Temu chłopakowi z głową przewierconą przez kulę już nie pomoże.
Sto metrów. Tyle musiał przebiec Malecki żeby znaleźć się w lesie, który miał za sobą. Sto metrów pod ogniem upowców. Jedyna szansa na ratunek. Żołnierz smarknął w palce.
Ukraińcy zagryzali wargi czekając rozkazu do szturmu.
Schodzących w dolinę nie interesowały losy potyczki. Na wiatrołomie zatrzymali się ledwie na sekundę i teraz znów parli przed siebie jak pielgrzymi, którzy dostrzegli dachy sanktuarium. Jeszcze chwilą i dotrą do celu.
Pierwszy zobaczył ich Dmitrij, piegowatych chłopak, pilnujący tyłów walczącego oddziału UPA. Ohydny smród wycisnął łzy z jego oczu. Usłyszał hałas i odwrócił się. Dziesiątki
rąk wyciągnęły się w jego stronę.

*******************************

- Co jest do kurwy - mruknął Malecki próbując dostrzec zza pnia co dzieje się na pozycjach Ukraińców. Strzelali, ale nie w jego stronę. Przez kanonadę karabinów przebijały krzyki przerażenia. Malecki nie liczył na odsiecz. Patrolowanie gór było ponad siły przestraszonych, nękanych przez bandy milicjantów. To on i leżący na drodze koledzy mieli wesprzeć wysunięty
na południe posterunek.
Z krzaków, które obserwował Polak, wyskoczył mężczyzna i pognał w stronę drogi. Potknął się na kretowisku i upuścił karabin. Zerwał się na nogi, ale na zgubę nawet nie spojrzał. - Ratuj panie, nie strzelaj, w imię Jezusa błagam - wrzeszczał. W jego bladej twarzy świeciły kamienie oszalałych oczu.
- Stój! - krzyknął Malecki. Ukrainiec nawet nie zwolnił. Żołnierz splunął, wycelował i strzelił. Mężczyzna upadł z przestrzelonymi nogami. Zawył próbując wepchnąć dłońmi roztrzaskane kości. Łzy pociekły mu po twarzy. Oparł się na rękach i zaczął czołgać do drogi. Co chwila obracał głowę.
Strzały i wrzaski ucichły. - Teraz chłopie, albo nigdy - pomyślał Malecki. Wyjął z kieszeni martwego towarzysza paczkę pomiętych papierosów, złoty zegarek i zdjęcie dziewczyny w słomkowym kapeluszu. Znaleziska schował w kieszeni. Pepeszę kolegi przewiesił przez plecy, głęboko odetchnął i rzucił się pędem w stronę lasu. Bieg zgarbiony, pewny, że za chwilę ból wgryzie mu się w plecy. Kule jednak nie ścigały go.
Malecki dopadł pierwszych drzew, przedarł się przez splątane jeżyny i przystanął zziajany. Spojrzał na drogę. Ciężarówka, ciała żołnierzy i ranny upowiec, ślimak zostawiający za sobą krwawy ślad. Nikogo więcej. Ktokolwiek rozprawił się z oddziałem UPA nie śpieszył się z dobiciem uciekiniera i przeszukaniem zabitych.
Żołnierz zanurzył się w bukowy las. Piął się po zboczu sprawdzając co pewien czas czy ktoś za nim idzie. Z wysiłkiem pokonał ostatnie sto metrów podejścia i stanął na szerokim grzbiecie góry. Usiadł na kamieniu i otarł rękawem spocone czoło.
Mapa tych terenów leżała na siedzeniu w kabinie ciężarówki. Malecki żeby iść dalej musiał zawierzyć swojej pamięci (mapy nie studiował zbyt dokładnie). Przejechał zeschniętym językiem po podniebieniu. Słońce stało jeszcze wysoko, do zachodu pozostały trzy, cztery godziny. Malecki postanowił przeczekać do nocy i wtedy ruszyć grzbietem góry na południe. Rano powinien dojść w okolice posterunku. O ile po drodze nie zaszlachtują go bandyci.
Noc i księżyc doprosili do kompanii chłód. Malecki rozgrzewał się wymachując rękami. Szedł powoli, nasłuchując odgłosów lasu. Na skraju kolejnej przełęczy zobaczył zaczerwienione niebo na wschodzie. Skulony przebiegł przez odsłonięty teren. Usiadł na pniu i skrzywił się. Stopy otarte przez źle dobrana buty paliły go żywym ogniem.
Przepocona, lodowata koszula, przykleiła się do pleców Maleckiego. Wstrząsnął nim dreszcz.
- Mam coś na rozgrzewkę.
Głos płynął z bliska, jak gdyby od towarzysza nocnej podróży pociągiem. Malecki wycelował karabin w ciemność. Nikogo nie widział. Cofnął się o krok. Ciemna sylwetka wyrosła tuż przed żołnierzem, jak wyczarowana magiczną sztuczką.
Demiurg nie mógł podarować sobie spotkania z Maleckim. Człowiek ze śmieszną hiszpańską bródką już mu się wymykał z rąk. Demiurg był cierpliwy. Choć właśnie zaczął swoje Wielkie Dzieło, nie zapominał o drobnych przyjemnościach. Przecież to z z korali okrucieństw, podłości i zbrodni pojedynczych ludzi tworzył swój naszyjnik. Czuł, że wystarczy lekka zachęta żeby nakłonić Maleckiego do współpracy.
- To dobry alkohol, pewnie z kolekcji jakiegoś niemieckiego oficera - Demiurg wyciągnął przed siebie manierkę.
Malecki zamachnął się i trafił tamtego kolbą w głowę. Ciało zwaliło się na ziemię. Żołnierz przygniótł je kolanem i przyłożył lufę pepeszy do twarzy. - Daj mi tylko powód - warknął.
- Pomogę ci zejść cało z tych gór. Mam na imię Jurij, byłem strzelcem w UPA i znam tu każdą norę - powiedział Demiurg. Jego spokojny głos zazgrzytał o metal karabinu.

**************************

Pierwszą robotę, poważniejszą niż nocne rozlepianie plakatów, Malecki, pseudonim "Hiszpan", miał w pewne lipcowe popołudnie. Wszedł z „Tatarem” na pierwsze piętro starej kamienicy na Woli. Czuł przyjemny dreszcz wędrujący po ciele, podniecenie pomieszane z niepokojem, zwykła rzecz przed pierwszą randką z dzewczyną, decydującym meczem w piłkę czy ważną akcją.
Drzwi otworzyła im siwa kobieta przepasana fartuchem, po klatce rozlał się zapach kapuśniaku. „Tatar” wepchnął kobietę do środka. Wywróciła się w zagraconym korytarzu. "Tatar" przeskoczył przez nią. Pokój po lewej stronie był pusty, po prawej też. W kuchnia mężczyzna w koszulce na ramiączkach stał z podniesionymi rękami.
- Wszystko w porządku, nie strzelajcie - powiedział po niemiecku. Mrugnął do Maleckiego. Musiał mieć tik nerwowy.
- Do mnie po szkopsku? - warknął „Tatar” i kopnął mężczyznę w krocze. Kobieta zajęczała. - Ucisz staruchę - rozkazał "Tatar". Malecki uniósł rękę z pistoletem do ciosu, ale zawahał się. Odetchnął, bo kobieta zamilkła zagryzając pięść.
- Adamie Krupo, sąd Polski Podziemnej skazuje cię na karę śmierci za donoszenie na Polaków niearyjskiego pochodzenia - wyrecytował „Tatar”. Krupa klęczał skulony na podłodze. Słysząc wyrok podniósł głowę i jęknął:
- Zwariowaliście? Na nikogo nie donosiłem, sam jestem w organizacji.
- Każda szuja jest niewinna - przerwał mu „Tatar” i uśmiechnął się szeroko.
- Sprawdźcie u "Wisły" - powieka mężczyzny trzepotała jak szalona.
- Rozwal śmiecia - powiedział „Tatar”.
Malecki drgnął. Nie tak się umawiali. Miał tylko osłaniać swojego szefa.
- Rozwal szuję! Już!
Malecki wpatrywał się w pobladłego mężczyznę. Przekonywał się w duchu: - To Polak, ale przecież zdrajca i sługus okupanta. To gnijący obierek, który trzeba wyrzucić do kosza. Przyszła pora egzaminu, nie zawiedź! Malecki przełknął ślinę i opanował drżenie ręki w której trzymał parabellum.
Krupa chwycił nóż z kuchennego blatu. Spiął się do skoku. Pistolet Maleckiego plunął ogniem. I jeszcze raz. Pociski rzuciły mężczyznę na szafki.
Kobieta zawyła. „Tatar” odwrócił się i strzelił jej w głowę. - Wychodzimy - rozkazał.
Na ulicy czekał na nich współpracownik „Tatara”, milczący człowieczek w wyglancowanych butach. Poszli we trzech na oddalony o kilka przecznic przystanek tramwajowy. Malecki niewiele pamiętał z drogi. Chyba zanosiło się na deszcz, bo ludzie nosili pod pachami parasole. Hitlerowskie swastyki kłuły w oczy z flag wywieszonych na budynkach. Tramwaj na Żoliborz był wypełniony po brzegi, ale wcisnęli się do niego ostro pracując łokciami. „Tatar” i jego kolega wysiedli wcześniej. Zanim tramwaj ruszył dalej, Malecki zobaczył bezwstydny, wręcz obsceniczny uśmiech na twarzy machającego mu ręką „Tatara”. Podobnie krzywił twarz syn dozorcy, który od czasu do czasu lubił poszczuć psem Maleckiego kiedy ten wracał ze szkoły. Blizna na nodze zaswędziała chłopaka.
Następnego dnia Malecki wstał z łóżka jeszcze przed świtem. Skrzywił się patrząc na mokrą od potu i zmiętą pościel. Opuchnięta twarz i przekrwione oczy mignęły mu w lusterku na nocnym stoliku. Nawet nie zbliżył się do kromki gorzkiego chleba kartkowego i resztek marmolady z buraków. Wsadził głowę pod kran. Z "Januszem", swoim kontaktem w organizacji, umówiony był na południe. Miał jeszcze sporo czasu na doprowadzenie się do ładu. Malecki zajrzał do szuflady w biurku: pistolet zostawił na oprawionym w czerwoną skórę „Don Kichocie”. Tyle mu zostało: broń i książka. Resztę ukradł dawny szkolny kolega, sprzedający niemieckim żołnierzom wszy. Malecki spotkał go przypadkiem na targu, ulitował się nad łachmaniarzem i przyjął go pod dach. Łobuz wyczyścił mieszkanie z wszelkich rzeczy, które uznał za cenne.
"Janusz" czekał na Maleckiego u zaprzyjaźnionego fryzjera na Starym Mieście. Rozmawiali na zapleczu zakładu, gdzie ciągle pachniało markową wodą kolońską.
- Zrobiliśmy robotę - oświadczył Malecki. "Janusz" oglądał w lusterku policzek zaczerwieniony po goleniu. Spojrzał z ukosa na chłopaka.
- Jaką robotę?
- Z Krupą.
- Mów tak żebym mógł cię zrozumieć - łącznik odłożył lusterko i zabębnił palcami po stole.
- Wczoraj wykonałem wyrok na konfidencie Adamie Krupie. Zgodnie z pańskim rozkazem współpracowałem z „Tatarem”.
"Janusz" przestał bębnić.
- Upiłeś się „Hiszpan”? Jaki rozkaz? Jaki Krupa i jaki do cholery „Tatar”?
Maleckiemu zrobiło się duszno. Zupełnie jak na lekcji łaciny, kiedy nauczyciel i koledzy wyśmiali go, bo zamiast fragmentu "Wojny galijskiej" Cezara wyrecytował początek "Eneidy" Wergiliusza. Odchylił się na krześle.
- Trzy dni temu w Ogrodzie Saskim dostałem od pana wyraźny rozkaz żeby pomóc „Tatarowi” w wykonaniu wyroku na konfidencie i szmalcowniku Adamie Krupie.
- Co ty pierdolisz? Trzy dni temu byłem poza Warszawą. I na pewno nie widziałem się z tobą. Umawiasz spotkanie, przychodzisz pijany i gadasz od rzeczy. Złożę w tej sprawie meldunek przełożonym - "Janusz" poczerwieniał. Wstał od stołu i poprawił marynarkę. Malecki siedział nieruchomo i wytrzeszczał oczy na przełożonego. Mężczyzna pochylił się nad nim.
- Stuknąłeś kogoś po gorzale? - spytał. Chłopak przełknął ślinę i potarł spocone czoło. Zbierał myśli. Znów zobaczył Krupę leżącego na podłogę z dwiema krwawymi dziurami w klatce piersiowej. I zwłoki kobiety w korytarzu.
- Mam kłopoty z dziewczyną... Popiłem się jak świnia, jeszcze nie doszedłem do siebie. Przepraszam to niewybaczalne...
- Tu jest wojna, a ty dupy masz w głowie. Gówniarz - warknął "Janusz" i wyszedł z pokoiku. Więcej się już nie zobaczyli.
Jeszcze tego samego dnia Malecki wsiadł do pociągu do Lublina. Pakując się długo trzymał w rękach czerwoną książkę Cervantesa po czym wrzucił ją z powrotem do szuflady. Daleki kuzyn przyjął go w Lublinie chłodno. Mieszkał w jednym pokoju z żoną i czwórką dzieci. Malecki musiał poszukać nowego lokum. Mizernych oszczędności starczyło mu na wynajęcie zarobaczonej suteryny w podłej dzielnicy przy dworcu kolejowym. Liczył, że szybko wyjedzie na wieś, tam złapie kontakt z partyzantami i w lesie doczeka końca wojny. Sowieckie czołgi ponoć parły już mocno na zachód.
Malecki z kluczami do suteryny w kieszeni siedział w zadymionym barze dwie kamienice od swojego lokum. Od godziny siedział nad jednym piwem.
- Jak się masz! - Malecki zachłysnął się piwem od klepnięcia w plecy. Głos rozpoznał natychmiast.
Do stolika dosiadł się „Tatar”. Trzymał ledwo co odkorkowaną butelkę wódki. Malecki dawno nie widział człowieka promieniującego taką radością.
- Nie odmawiaj, w końcu sporo mi zawdzięczasz - powiedział "Tatar" i napełnił kieliszki.
- Zawdzięczam? - wykrztusił Malecki. Wnętrzności podeszły mu do gardła. Przestraszył się, że za chwilę zwymiotuje wprost na stolik.
- Wiem, strzelałeś w obronie własnej, ale nie martw się. Zrobiłeś pierwszy krok, żeby zostać panem życia i śmierci. Postąpiłeś pięknie, zgodnie ze swoją wolą. Te kreatury wokół nas nawet
nie przeczuwają, że jest w nich boża iskra – "Tatar" machnął ręką na ludzi zgarbionych przy barze i innych stołach. - Wojna to wspaniały czas, żeby wybić się ponad motłoch. Działać wbrew przesądom zwanym moralnością - dodał i wlał wódkę do gardła. Wyszczerzył śnieżnobiałe zęby.
- Zrujnowałeś mi życie - Malecki opanował już mdłości. Poczuł jak krew zaczyna wrzeć mu w żyłach. Zacisnął pięści i gdyby trzymał w dłoni kieliszek, cienkie szkło z pewnością by się rozprysło.
- Niewdzięcznik - prychnął „Tatar”.
- Człowiek, którego zastrzeliłem był niewinny. Zamordowałeś bezbronną kobietę. Kim jesteś? Agentem gestapo?
W śmiechu „Tatara” nie było śladu sztuczności. Otarł załzawione oczy i pokręcił głową.
- Agentem gestapo? To dobre. Nie uwierzysz jak usłyszysz prawdę.
- Gnojem i mordercą. Ziemią męczy się nosząc takich ludzi jak ty.
- To powinieneś mnie kropnąć - powiedział „Tatar” i napełnił kieliszek.
Malecki nie podejrzewał, że potrafi być tak szybki. Wyjął pistolet z wewnętrznej kieszeni płaszcza i nacisnął spust. Szeroki uśmiech „Tatara” powinien zmienić się w krwawe błoto pogruchotanej kości policzkowej, resztek zębów i mięśni. Jednak kula nawet nie drasnęła mężczyzny. Malecki opuścił rękę. „Tatar” westchnął:
- Pierwsze koty za płoty. Z Krupą poszło ci całkiem dobrze, ale musisz jeszcze nabrać drapieżności, pozbawić się tych dziecinnych skrupułów. Jak chcesz kogoś zabić to zabij, a nie celuj w sufit. Wierzę w ciebie Jędruś!
Malecki wybiegł z knajpy. Skręcił w boczną uliczkę prowadzącą do podmiejskich sadów. Szedł zataczając się, tak długo, aż znalazł się na polnej drodze. Upiorne twarze „Tatara”, Adama Krupy i jego matki wracały do niego niemal każdej nocy spędzonej w partyzanckim oddziale Armii Ludowej, a potem w oddziałach Berlinga. Cała trójka zaśmiewała się do rozpuku i powtarzała siedząc przy knajpianym stoliku: Wierzymy w ciebie Jędruś, wierzymy w ciebie Jędruś, wierzymy w ciebie Jędruś.

*******************************

- Nie warto mnie zabijać przyjacielu. Sam nie prześliźniesz się przez patrole UPA. Pomogę ci w tym - powiedział spokojnie Jurij.
- Dobrodziej - warknął Malecki. Wciąż wciskał lufę karabinu w policzek powalonego mężczyzny.
- Przyda mi się polski żołnierz, który w razie potrzeby zaświadczy, że jestem w porządku i nie mam nic wspólnego z bandytami. Jak już wyjdziemy z tych gór cało to uściśniemy sobie ręce i każdy pójdzie w swoją stronę.
- Taaa. Poprowadzisz mnie wprost pod noże twoich pobratymców.
- Po co miałbym to robić? Chwilę temu mogłem cię zabić, a ty byś nawet nie zauważył skąd do ciebie strzelili. Z tyłu, za paskiem mam pistolet. Weź go.
Malecki zawahał się, ale zdjął nogę, którą przygniatał mężczyznę. Jurij przekręcił się na brzuch i podciągnął polski mundur w który był ubrany. Malecki obszukał go i poza pistoletem nie znalazł innej broni.
- Mogę usiąść? Dzięki. Chcesz wiedzieć czemu zdezerterowałem z UPA? - spytał Jurij. - Uciekłem z oddziału, który dziś spalił wasz posterunek kilka godzin stąd na południe. Mam już dość życia po norach jak wściekłe zwierzę. Moja babka była Polką, ona wyuczyła mnie waszego języka. Chcę się wyrwać do Warszawy, może do Niemiec, tam gdzie są Amerykanie i Anglicy. Wszystko lepsze od gnicia w tych lasach.
Przygryziona warga zapiekła Maleckiego. Jeśli Ukrainiec nie kłamał to z posterunku do którego jechał ciężarówką zostały zgliszcza. Nie ma sensu tam iść.
- Spójrz na to przyjacielu - powiedział upowiec i sięgnął do kieszeni spodni. Wyjął kawałek papieru i pokazał Polakowi. Było już jasno i Malecki bez trudno rozpoznał na zdjęciu pucułowatą twarz Janka Bieronia, słynącego z wyrafinowanego apetytu dowódcy najdalej wysuniętego na południe posterunku milicji. Malecki wiózł mu w samochodzie puszkę sardynek.
- Był oficerem? Ja go nie zabiłem. Podczas akcji stałem na warcie. Zdjęcie walało się przy jego zwłokach...Tak to wygląda. Ty jesteś Polakiem, ja zdrajcą. Nie wyjdziemy z tego cało jeśli sobie nie pomożemy - Jurij wstał powoli i otrzepał się z liści. Malecki opuścił karabin.
- Zabiję cię jeśli dasz mi tylko powód. Bez wahania - powiedział cicho żołnierz. Patrzył czy zrobił odpowiednie wrażenie na upowcu. Mężczyzna lekko kiwnął głową. Miał siwiejące, zbyt długie włosy i bystre błękitne oczy. Wyciągnął dłoń do Maleckiego.
- Jurij.
Dłoń zawisła w powietrzu.
- Jaki masz plan? - Malecki powiesił pepeszę na ramieniu tak żeby w każdej chwili móc jej użyć.
- Po tamtej stronie przełęczy, godzinę marszu stąd, jest osada. Pięć chat. Polacy, którzy tam mieszkają mają u mnie dług wdzięczności. Dostaniemy jeść i pić, prześpimy się w ziemiance. Przeczekamy we wsi do zmroku i ruszymy dalej na północ.
- Prowadź - rozkazał Malecki.
Poczerniałe od czasu chaty stały na niewielkiej polanie. Jurij i Malecki przykucnęli na skraju lasu. Ujadał pies, bokiem przebiegł kot, ale nie zauważyli żadnego człowieka. Z kominów nie leciał dym. Odczekali jeszcze chwilę i Ukrainiec wyszedł zza krzaków. Kroki stawiał pewnie, a ręce uniósł wysoko. Polak obserwował go przez muszkę karabinu.
Szczekanie ucichło. Z pierwszej chałupy wyjrzał mężczyzna o końskiej twarzy. Machnął do Jurija. Upowiec przyspieszył kroku i wszedł do domu. Po kilku minutach dał znać Maleckiemu, że wszystko w porządku. Polak rozejrzał się i przebiegł przez polanę.
W chałupie śmierdziało dymem, brudem i starym jedzeniem. Żołnierz potrzebował chwili żeby przyzwyczaić wzrok do mroku. Izbę wypełniali ludzie. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Kilkanaście osób. Większość siedziała na klepisku. Wpatrywali się w Maleckiego.
- Wszystko w porządku kolego - Jurij poklepał żołnierza po ramieniu.
- Co oni tacy wystraszeni? - spytał Malecki.
Ukrainiec podrapał się po głowie. Chwilę obracał słowa na języku. Westchnął.
- Zabrzmi to idiotycznie. W chacie po drugiej stronie polany jest wujek tego tu - Jurij wskazał mężczyznę o końskiej twarzy. - Coś temu wujowi do łba strzeliło. Wczoraj zaryglował się w chałupie, wyciągnął z piwnicy karabin i obwieścił, że zabije każdego kto na kilka metrów zbliży się do domu. Mieliśmy szczęście, że i nas nie poczęstował.
- O co mu chodzi?
- W tym problem przyjacielu. Ni mniej ni więcej twierdzi, że wszyscy w osadzie to żywe trupy. Umarlaki, które wygrzebały się spod ziemi i teraz żywią się żywymi.
Kobieta tuląca może roczne dziecko zaczęła zawodzić. Ktoś ją zaczął uspakajać ściszonym głosem. Miłecki pociągnął wzrokiem po siedzących w chałupie.
- Popił się?
- Też tak myślałem, ale trwa to już drugi dzień. Tej kobiecie co beczy zastrzelił wczoraj brata, a swojego kuzyna. Chłop chciał mu wyperswadować te głupoty. Teraz leży na drodze. Ten obłąkaniec nie żartuje. Kobieta chciała po niego pobiec, ale zatrzymali ją siłą - Jurij ugryzł kawałek chleba leżącego na stole i popił kubkiem wody.
Malecki spojrzał przez zabrudzone okno. Na ciele leżącym przed jedną z chałup skakały kruki. Żołnierz głośno wypuścił powietrze.
- Nie mam ochoty tutaj zostawać - Malecki złapał za drzwi.
- Poczekaj kolego. Ja to załatwię - powiedział Jurij, wypluł skórkę od chleba na klepisko i wyszedł na dwór. Bez wahania poszedł do chałupy przed którą leżały zwłoki.
Wystrzał spłoszył ptaki.

*****************************

Wujek musiał być fatalnym strzelcem - kula ominęła Jurija. Ukrainiec stanął, wyjął z kieszeni chusteczkę i pomachał nią. Z daleka wyglądał jak chłopiec, którego koledzy wysłali na negocjacje do wrogiego obozu skautów. Jurij krzyknął coś do człowieka ukrytego w chałupie, ale Malecki nie dosłyszał słów.
Upowiec zrobił krok przez zwłoki. Lufa karabinu wystającego z okna zabłysła w słońcu. Na Juriju nie zrobiła najwyraźniej wrażenia. Bez wahania wszedł do chałupy.
- Już po chłopie - powiedział "Końska twarz". Razem z Maleckim wyglądał przez drzwi.
- Usiądź z resztą - rozkazał żołnierz i lekko dotknął mężczyznę lufą karabinu.
- Myślałem, że z nas koledzy. Ty jesteś przecież polski żołnierz.
- Koledzy to może jesteście z Jurijem. Skąd go znacie?
- Nie znamy. Pierwszy raz jest u nas.
- Twierdzi, że kiedyś wam pomógł.
"Końska twarz" wzruszył ramionami. Malecki wyjrzał na dwór. Kruki wróciły dziobać trupa. Po Juriju ani śladu. Żołnierz stukał palcami o kolbę pepeszy i od czasu do czasu spoglądał na górali siedzących w chałupie. Nikt się nie ruszał, milczeli, nawet siostra zabitego przestała łkać. Ciszę szarpało tylko bzyczenie pszczoły, która krążyła wokół dłoni żołnierza.
- Hop hop przyjacielu - krzyknął Jurij. Machał chusteczką przez okno. Malecki polecił:
- Czekajcie tutaj, sprawdzę czy jest bezpiecznie.
Nikt nie zareagował. - Może to rzeczywiście żywe trupy - przemknęło przez głowę żołnierzowi. Otrząsnął się: słysząc takie fanaberie oficer polityczny dałby mu tydzień karceru na otrzeźwienie. Malecki wyszedł.
- Zrobiłem porządek - przywitał go Jurij. Polak zobaczył trupa leżącego na środku izby, a obok pokaźny stos usypany z kielichów mszalnych, krzyży i lichtarzy. Między większymi przedmiotami pobłyskiwały pierścionki i obrączki.
- Nie dało się z nim gadać - Jurij spojrzał na zwłoki i rozłożył ręce. - Bez ustanku bredził o żywych trupach i końcu świata. Twierdzi, że jak poszedł po miód do lasu to widział zmarłą babkę i ciotkę baraszkujące między drzewami. Nie były same - kuśtykały z całą armią ludzi z okolicznych wsi spalonych przez Polaków lub UPA. Ponoć ledwo uciekł truposzom. Zapytałem skąd wie, że jego sąsiedzi to umarlaki. Nie wiedział, ale, wyobraź sobie przyjacielu, stwierdził, że woli być ostrożny. Dlatego zastrzelił swojego kuzyna. Mnie nie puknął, bo mu wyglądałem na prawdziwego człowieka. Wariat.
Malecki spojrzał na stos przedmiotów. Jurij przejechał językiem po wargach.
- Pytam skąd to ma. On na to: tu i tam pozbierane. Od Ukraińców, od Polaków, z kościołów, z cerkwi. Od ludzi wracających z robót w Rzeszy. Cała osada zbierała. Mówię: rabowaliście. Zaczął krzyczeć: jaki rabunek, zwykła samoobrona i zapobiegliwość, mieli czekać aż ktoś przyjdzie do nich i puści im osadę z dymem? Jest wojna, trzeba dbać o swoje, żeby dzieciaka nie zabili, a żony nie zgwałcili. Tak mi tłumaczył, a ja czułem jak mnie kurwica bierze.
Żołnierz schylił się po prawosławny krzyż z rzeźbą Chrystusa, pozłacany, niezbyt fachowej roboty. Odłożył go żeby przyjrzeć się nieco obtłuczonemu kielichowi mszalnemu. Nie potrafił ocenić wartości przedmiotów, które miał przed sobą.
- Nawet nie wiedziałem, że w tych cholernych górach jest tyle do rabowania - powiedział Malecki. Jurij wzruszył ramionami.
- Ponoć tak się umówili, że wszystko będą trzymali u niego w chałupie, w schowku zrobionym w piecu. Nie wiem czemu wyciągnął to na wierzch - powiedział Ukrainiec wyłamując palce w dłoniach.
- Dlaczego go zabiłeś?
- Już byłem wkurwiony, ale omal nie wybuchłem kiedy zobaczyłem co jest pod tymi krzyżami i lichtarzami. Chwyciłem gada za gardło nim zdążył unieść karabin.
Żołnierz rozgrzebał stos nogą i zastygł.
- Tak, odcięte palce. Nie mogli zdjąć pierścionków i obrączek to je odcinali. A tutaj mam coś jeszcze - powiedział upowiec i sięgnął do kieszeni. Podszedł do żołnierza i pokazał na dłonie garść złotych zębów.
Gniew chwycił zębami wnętrzności Maleckiego. Targał je dopóki nie stał się panem całego ciała.
- Nie możemy odpuścić tym dzikusom. To wściekłe zwierzęta, które trzeba zabić - syknął Jurij.
Malecki zagryzł pięść. Do bólu, aż zęby przecięły skórę. Przez ostatnie lata oglądał mordy, gwałty i rzezie. Rzeczy niewytłumaczalne i o wiele bardziej przerażające niż to co zobaczył przed chwilą w chałupie. Nasiąkał nienawiścią choć myślał, że nigdy nie stanie się jej niewolnikiem. Teraz zrozumiał, że nie ma wyjątków: z wojną jest jak z lizaniem ran chorego na trąd. Musisz się zarazić.
- Idziemy do nich spokojnie, jak gdyby nic - powiedział Jurij. I dodał: - Uśmiechnij się przyjacielu.

********************************************

- Macie tutaj jedną kulę. Strzelasz raz ty raz on. Kto przeżyje tego puszczamy wolno - szeregowy Nowak zazwyczaj mówił z trudem równym pracy górnika pod ziemią, ale podczas akcji zapominał o jąkaniu. Zakręcił bębenkiem i wręczył broń rozdygotanemu Niemcowi. Mężczyzna miał może 50 lat, rozbitą wargę i brudny wojskowy szynel założony na cywilne ubranie.
- Polubiłem cię, więc będziesz pierwszy - powiedział Nowak.
Jeniec patrzył na rewolwer jakby nie rozumiał Nowaka. - Na co czekasz dziadu - warknął Masłoń, kurduplowaty kapral i szturchnął Niemca kolbą w żebra. Mężczyzna syknął z bólu i wycelował broń w stojącego obok kolegę. Drugi jeniec był nieco starszy, trzymał się prosto, a twarz miał gładko ogoloną, rzecz niebywała na froncie. Polscy żołnierze od razu przezwali go "Urzędnik".
Trzech polskich żołnierzy i ich jeńcy stali przed domem z czerwonej cegły. Nieco dalej, uliczkę prowadzącą na rynek blokował dopalający się czołg T-34. Cuchnęło spalenizną i śmiercią. Walki o miasteczko położone pod Kołobrzegiem skończyły się jakąś godzinę temu. Masłoń, Nowak i Schlebiaj przeczesywali domy w poszukiwaniu hitlerowskich niedobitków.
"Urzędnik" i jego kolega sami wyszli z piwnicy. Zostawili w niej nieużytego panzerfausta i przerażoną Niemkę, która z jakiś powodów nie uciekła z miasteczka przed frontem. Żołnierze zabawili się z nią i ledwie przytomną zostawili w piwnicy.
Po krótkim przesłuchaniu okazało się, że volkssturmowcy nie mają nic sensownego do powiedzenia. Jeniec w płaszczu rozkleił się, chlipał, więc Nowak uciszył go kolbą. Polacy naradzili się. Schlebiaj, niedoszły lotnik, jak zwykle błysnął pomysłowością. - Zasłużyłeś chłopie na order - Masłoń poklepał go po plecach.
Niemiec w płaszczu nacisnął na spust. Suchy trzask. Nowak zabrał mu broń, znów zakręcił bębenkiem i wcisnął rewolwer "Urzędnikowi".
Mężczyzna spojrzał w oczy Nowakowi. Polak poczuł jakby ktoś grzebał mu we wnętrznościach. Zaczerpnął powietrza. - Co się gapisz szkopie? - warknął. To była ostatnia rzecz jaką Nowak zrobił świadomie.
„Urzędnik” lekko uśmiechnął się do Nowaka i przystawił pistolet do głowy kolegi.
- Stój do kurwy nędzy! - usłyszeli.
Żołnierze spojrzeli za siebie. Ulicą szedł Andrzej Malecki, kapral z idiotyczną hiszpańską bródką. Schlebiaj splunął używając szczerby między przednimi zębami.
- Masłoń, co to za teatr? - krzyczał Malecki. Masłoń wzruszył ramionami. A potem kiwnął głową na wrak czołgu. - Tych dwóch rozwaliło nasz czołg. Tak dla twojej wiedzy miłośniku Niemiaszków.
- Nie wkurwiaj mnie znowu. Odbierz broń jeńcowi i odprowadź obu do obozu - Malecki stanął przed wyższym o głowę żołnierzem. Masłoń nawet nie drgnął.
Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Miłecki nie był później pewny czy wszystko rozegrało się tak jak to zapamiętał. "Urzędnik" powiedział coś niezrozumiale do Nowaka i podał mu rewolwer. Nowak wypełnił go pociskami. Masłoń zbyt późno zauważył co się szykuje. Zrobił krok do tyłu. Nowak zabił go jednym strzałem. Potem wycelował w Schlebiaja. Tym razem spudłował, kula przeorała tylko policzek Schlebiaja. „Urzędnik” rechotał obejmując rękami brzuch. Wyglądał jak bohater filmu, który Malecki widział tuż przed wybuchem wojny.
Szaleniec nie dostał drugiej szansy. Wypuścił broń z ręki przestrzelonej przez Maleckiego. Ukląkł na bruku i bez słowa wpatrywał się w krew płynącą z rany.
"Urzędnik" śmiał się. Łzy ciekły mu po gładkim policzku. Malecki uniósł pepeszę.
- Idziemy - wydusił z siebie. Spojrzał na drugiego Niemca. Mężczyzna był nieszkodliwy - skulił się pod ścianą domu.
- Powinieneś zastrzelić tego mordercę. Chyba, że mało ci tego co widziałeś i chcesz obejrzeć kobietę, która leży w piwnicy na zgniłych ziemniakach - powiedział "Urzędnik". I dodał: - Tylko byś wymierzył sprawiedliwość.
Nogi Maleckiego nagle przestały sobie radzić z ciężarem tułowia. Żołnierz zachwiał się. Nie potrafił opanować głosu: - Znasz polski to opowiesz o wszystkim w sztabie. Idziemy.
Niemiec rozłożył ręce.
- Ale ja nie mam zamiaru iść do sztabu - powiedział i ruszył w stronę Maleckiego. - Masz ochotę na czary mary? Chcesz usłyszeć co powiedziałem temu nieszczęśnikowi? - wskazał na Nowaka.
Strzelaj do skurczybyka, nad czym się zastanawiasz - wybrzmiało w głowie Maleckiego. Strzelaj, strzelaj, strzelaj. Palec Maleckiego mocniej nacisnął na spust karabinu. Jednak to nie Malecki strzelił.
- Widziałem jak ten szkop szedł na naszego kaprala. Nie zastanawiałem się, kropnąłem Niemca. Trafiłem raz a dobrze, choć z tej odległości łatwo było spudłować - opowiadał podczas śledztwa zadowolony Jan Bartel, starszy szeregowiec, który kręcił się między domami i usłyszawszy strzały pobiegł sprawdzić co się dzieje.
Nikt nie drążył szczegółów śmierci Masłonia i Schlebiaja. Wystarczyła opowieść Maleckiego o volkssturmowcu, który strzelał z ukrytej broni. Zdarzenie jakich wiele na wojnie: żołnierze źle przeszukali jeńców i zginęli podczas zdradzieckiego ataku. Nowak nie nadawał się do przesłuchania - postradał rozum i trafił do szpitala.
Malecki starał się zapomnieć o ostatnich chwilach „Urzędnika”. Widział jak Niemiec dostał kulę między oczy. Trafiony stał jeszcze przez chwilę na nogach. Nie mógł już żyć, a jednak wciąż się uśmiechał. - Spotkamy się jeszcze Jędruś - powiedział i dopiero upadł.
*********************************************

Demiurg szedł z chałupy pogwizdując. Uśmiechnął się. Tym razem chłoptaś z hiszpańską bródką nie powinien go zawieść i wymorduje wieśniaków z chałupy.
Rósł w siłę przez kilka ostatnich lat. Nabrał mocy jakiej nigdy dotychczas nie miał. Pasł się na wszelkiej niegodziwości jaką człowiek z niespotykanym rozmachem i zaangażowaniem wyrządzał swojemu bliźniemu. Demiurg czuł potężną energię w każdym milimetrze ciała, które teraz nosił i nazwał Jurijem. Ludziom wydawało się, że koszmar skończył się po otwarciu bram
Auschwitz. Bardzo się mylili.
Demiurg przymknął oczy i zobaczył jak jego Wielkie Dzieło właśnie nabiera blasku.
Zobaczył przedwcześnie osiwiałego milicjanta z Baligrodu, który nie mógł uruchomić radiostacji. Ręce drżały mundurowemu, a czasu miał zbyt mało. Szczątki jego kolegi leżały przed posterunkiem. Milicjant usłyszał walenie w drzwi. Jeszcze chwila i drewno pękło. Do pokoju wbiegł tłum istot, którym Demiurg kazał wstać z grobów. Dopadli milicjanta. W powietrze pofrunęły strzępy ciała i munduru, a smród ożywionych trupów i rozwleczonych wnętrzności zabił odór papierosów.
Demiurg usłyszał charkot wieśniaka, który umierał na zawał serca. Starzec wyszedł po chrust do lasu. Łamał gałęzie, usłyszał hałas, odwrócił się. Serce pękło mu na widok truchła żony, którą pochował dwa tygodnie temu. Mężczyzna nie żył już kiedy zombi dobiegli do niego.
Demiurg usłyszał skwierczenie palonych ciał. Żołnierze z czerwonymi gwiazdkami na czapkach unieszkodliwili kilka żywych trupów strzałem w głowę. Oblali je benzyną i podpalili. Demiurg pokiwał głową. To była metoda żeby unieszkodliwić jego podopiecznych. Jednak martwi, których zmusił do powstania z grobów dopiero zaczęli marsz przez świat. I z każdą chwilą ich przybywało. Rekruci zasilali armię Demiurga w tempie nieznanym żadnemu generałowi.

**********************************************

Malecki spojrzał jeszcze raz na stos zrabowanych przedmiotów i wyszedł z chałupy. Jurij był już w połowie drogi do domu wypełnionego góralami.
- Już po strachu - krzyknął Ukrainiec. Po chwili Jurij i Malecki stanęli w drzwiach domu.
Nie takiego przywitania oczekiwali. Huknął strzał i niewidzialna ręka poderwała ciało Jurija i cisnęła je na ziemię. W klatce piersiowej Ukraińca ział krwawy krater. Żołnierz skoczył w bok i przywarł do ściany.
- Nic do ciebie nie mamy - Polak rozpoznał głos "Końskiej Twarzy". - Nic do ciebie nie mamy - powtórzył mężczyzna.
Malecki ocenił, że dobiegnie do lasu nim wieśniacy wezmą go na muszkę.
- Czemu go zabiliście? - krzyknął. Patrzył na czarne od brudu palce Jurija.
- To był czart w ludzkiej skórze. Ty nie zginiesz. Przysięgam na Boga - zachęcił „Końska Twarz”. Chwila milczenia. Malecki zbiera się do skoku.
- Gdybyśmy chcieli już byś nie żył. Spójrz na dom z prawej.
Wyrostek z nieprawdopodobnie wielkimi pryszczami na twarzy wychylał się z okna, celował w żołnierza z przedpotopowej strzelby. Pewnie ulokował się tam gdy dyskutowałem z Jurijem o obciętych palcach - pomyślał Malecki.
- Chodź - rozkazał „Końska Twarz”.
Malecki posłuchał. Kiedy przechodził nad trupem Jurija, zdawało mu się przez chwilę, że jedna z martwych dłoni dotknęła jego buta. Zadrżał. Wszedł do domu.
Mieszkańcy osady stali gęsiego. Na samym końcu, przy kominku, siedziała starucha z siwymi włosami zaplecionymi w warkocze. Szeptała do ucha pochylonej dziewczyny. Ta przekazała informację kolejnej osobie i tak wiadomość od staruchy dotarły do „Końskiej Twarzy”.
- Szatan musiał zginąć. Anna rozpoznała go po oczach. Jest bardzo mądra, od razu wyniuchała kim jest. Anna chce usłyszeć co wiesz o tym niegodziwcze - powiedział wieśniak. Trzymał w ręku karabin.
- Sama nie może spytać?
- Dużo chorowała i teraz jej mowę rozumie tylko córka. Gdzie go spotkałeś?
- W górach. Przypadkowo. Obiecał pomoc. Właściwie nie wiem czemu zgodziłem się z nim pójść - Malecki spojrzał na ziemię czy przypadkiem zakrwawiona dłoń nie chwyci nogawki jego spodni.
- Mógł ci w każdej chwili wbić nóż w plecy - pokiwał głową wieśniak. Malecki próbował zorientować się czy oprócz „Końskiej Twarzy” ktoś z ludzi stojących w izbie miał jeszcze broń. Nie mógł tego wykluczyć.
Starucha zaszeptała dziewczynie. Słowa wędrowały od ucha do ucha, wreszcie usłyszał je Malecki.
- Przed tobą długa droga. Czy weźmiesz w prezencie kilka zebranych przez nas przedmiotów?

******************************************

Wieśniacy wpatrywali się w Małeckiego z zaciekawieniem. W głosie „Końskiej Twarzy” nie dało się odszukać prowokacji czy kpiny. Krew napłynęła do twarzy żołnierza. Wyobraził sobie jak ludzie, których miał przed sobą, obcinają palce martwym, a może jeszcze żywym, mężczyznom i kobietom. Oparł się o ścianę i przymknął oczy.
„Końska Twarz” przekazał słowa staruchy:
- Matkę Anny zbeszcześcił i zabił Rosjanin jeszcze za wojny z Niemcami. Ojca zastrzelili jacyś maruderzy, nie wiadomo z jakiego wojska. Brata zimą powiesili za nogi na drzewie Ukraińcy. Pocięli go jak świniaka i czekali, aż wypłynie z niego krew. Wtedy też zginął mój syn i jego rodzina, mieszkali w wiosce którą spalili enkawudziści szukając bandytów. Gdybyśmy teraz nie byli pierwsi to zastałbyś tutaj tylko nasze zwłoki.
- Kiedy to się skończy - powiedział co siebie Malecki. Nagle poczuł jak przygniata go ogromny ciężar. Niechęć do jakiegokolwiek działania, niechęć do ludzi, niechęć do życia. - Dobrze byłoby spać rok, a jak trzeba to pięć, aż to wszytko zniknie - mruknął. Pepesza, którą wypuścił z ręki uderzyła o klepisko. Kucnął i wpatrywał się w leżący karabin. Podniósł go i powiesił na ramieniu obok drugiego karabiny.
- Nic od was nie chcę.
- Idź - powiedział „Końska Twarz”. Malecki stanął przed domem. Ogarnął go ocean mdłego smrodu. Ledwo mógł złapać powietrze.
Jurij stał na nogach. Wypinał klatkę piersiową zupełnie jak sportowiec odznaczony olimpijskim medalami. Tyle, że jego odznaczeniem była krwawa skorupa. Rozłożył ręce.
- Obiecałem Jędruś, że się spotkamy. Pamiętasz? - powiedział. Jednak to nie jego głos - pusty, nieludzki - był najbardziej przerażający. Malecki widział jak twarz istoty z którą rozmawia rozmywa się, traci kontury żeby za kilka sekund odzyskać je. Żołnierz miał przed sobą na przemian Jurija, "Urzędnika" i "Tatara".
- Nie zasłużyłeś na moją uwagę świętoszku. Jednak dam ci jeszcze jedną szansę. Zabij ich, a pozwolę ci żyć. To uczciwa propozycja.
Malecki zdjął karabiny i zamachnął się. Pepesze zawirowały w powietrzu i trafiły w Demiurga. Istota strzepała niewidoczny pyłek z rękawa.
- Żałosne - wycharczała i uniosła ręce do góry.
Od kolejnego uderzenia smrodu Malecki zakrztusił się. Kiedy przestał kaszleć zobaczył co dzieje się za za Demiurgiem.
Z lasu szły setki postaci w różnych stadiach rozkładu. Niektórzy stawiali kroki niemal normalnie, zdradzał ich tylko ziemisty kolor skóry lub okaleczenia. Inni ledwo włóczyli nogami, okryci strzępami ubrań. Malecki dostrzegł kilka istot z trudem czołgających się po ziemi. Ohydny tłum wlewał się na polanę. Żywe trupy weszły między domy kierując się wprost na chałupę przed którą stał Malecki.
Żołnierz stał oniemiały, nie mógł się ruszyć. Usłyszał jeszcze strzały i krzyki ludzi uciekających z chałupy. Jeszcze chwila i porwała go fala żywych trupów.








Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -