Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




DZIESIĘĆ DRÓG

Marcin Kamiński

Huk oklasków przeciął powietrze. Dwa tysiące dłoni biło energicznie. Mężczyźni w garniturach, kobiety w czarnych sukienkach, trwali sztywno, na baczność. Tylko ich dłonie młóciły powietrze. Hałas ucichł. Stojący przed nimi mężczyzna ruchem dłoni dał im znać by usiedli. Wszyscy spoczęli w starych, dębowych ławach.
- Gdy patrzę na państwa przypomina mi się moja młodość- prawił elegancki facet- kiedyś też siedziałem tam, gdzie obecnie siedzicie wy. Bałem się tak samo jak wy. Jednak moi drodzy szybko przekonałem się, że nie ma czego się bać. Studia to piękny okres w życiu, chyba najpiękniejszy. Szczególnie, gdy uczycie się w naszej elitarnej szkole. Także nie bójcie się- uśmiechnął się promieniście- chyba, że traficie na mój dywanik. Niech lęka się ten, kto przekroczy moje drzwi.
Zakończył i usiadł. Młodzi ludzie, którzy spoglądali na niego zlęknionym wzrokiem, zerwali się na nogi i ponownie zapełnili aulę oklaskami. Z ławy profesorskiej podniosła się starsza kobieta. Wyglądała niczym żywy trup- pomarszczona, żółta cera, szponiaste dłonie i pusty wzrok. Podeszła do ambony i przemówiła.
- Teraz każdy z was, według imiennej listy zostanie zabrany przez prefekta do bloku, w którym będzie mieszkał. W każdym skrzydle gmachu są cztery bloki. Mężczyzn obowiązuje zakaz wstępu do skrzydła kobiecego i na odwrót. Dura lex sed lex drodzy państwo. Zacznijcie się przyzwyczajać.

Henry Shephard nerwowo poprawiał krawat. Ciasny kołnierz miażdżył mu jabłko Adama, wciskając je głęboko w gardło. Podrywał się do góry i klaskał wraz z innymi, chociaż tak naprawdę nie słuchał tego, co płynęło z ambony. Jego myśli krążyły wokół rodziców, którzy zaciągnęli kredyt, by mógł studiować na jednej z lepszych uczelni. Zastanawiał się, czy go spłacą. Jeśli ojciec wyleci z roboty, to wszystko diabli wezmą. Praca była niepewna, cholernie niepewna.
Zerwali się ponownie do góry i zalali salę brawami. Henry bił razem z nimi. Gdy się uspokoiło, zobaczył staruszkę podchodzącą do ambony. Mówiła obojętnym tonem, od razu wiedział, że nie pójdzie do niej na zajęcia. Kiedy mówiła o zakazie chodzenia do skrzydła damskiego chłopak czuł, że równie dobrze zamiast mówić „mężczyźni” i „kobiety” mogłaby powiedzieć „samce” i „samice”. Jej nie zrobiłoby to żadnej różnicy
Przestała mówić i nastąpiło rozprężenie. Studenci zaczęli gaworzyć między sobą, wszyscy byli podekscytowani. Między nich wkroczyli prefekci z listami. Wyczytywali nazwiska i zbierali wokół siebie grupy przyszłych polityków, prawników i ambasadorów. Henry trafił do bloku C. Poznał dużo osób, które miały krążyć wokół niego przez najbliższe pięć lat. Nie pamiętał imion i twarzy, miał tak, gdy działo się na raz za wiele. Był zestresowany. Ulżyło mu dopiero, gdy trafił do swojego pokoju.
Pomieszczenie było niewielkie, za to przytulne i ładne. Ściany zdobiła ciemna boazeria, pod ścianą obok siebie stały dwa biurka. Prostopadle do nich znajdowała się elegancka biblioteczka. Nieco dalej dwa łóżka. Dzielić pokój miał z niskim, cichym chłopakiem. Nazywał się John Martin II i w przyszłości chciał zostać wziętym prawnikiem, dlatego też musiał się dużo uczyć. Wyraził nadzieję, że Henry nie będzie szalał i pozwoli mu się uczyć. Henry potwierdził i od razu rozwiał jego lęki. Nie mógł pozwolić sobie na żadne wyjątkowe rozrywki. Był spłukany.
Poznał sąsiadów ze swego piętra. Sami równi kolesie. Naprzeciwko mieszkał Mark Grisham- wiecznie uśmiechnięty koleś, który zasłynął jako miłośnik kart, wraz z Tedem Bundy- dużym mięśniakiem, który studiował tylko dlatego, że jego stary był na placówce dyplomatycznej we Francji. Dalej znajdowały się pokoje Ala Kozmiskyego, Georga Ritel, Mike O`Hara, Ronniego Wiliami, Nicka Fostera i Bena Mayersa. Pierwszy zniknął Georg.

Rano, gdy blok zebrał się w stołówce na śniadaniu, już go nie było. Al twierdził, że Georg leżał już w swoim łóżku i spał, gdy kładł się spać. W nocy nie słyszał żadnych hałasów. Gdy się obudził, łóżko jego współlokatora było puste. Kołdra leżała rzucona byle jak na podłodze, jego rzeczy znikły. Po śniadaniu Al poszedł do prefekta i poinformował go o zaistniałej sytuacji. Prefekt beznamiętnie odparł, że chłopak już po inauguracji zrezygnował ze szkoły, gdyż nie przypadła mu do gustu. Al odszedł zdziwiony. Georg mówił mu coś zupełnie innego. Był podekscytowany i wyraźnie ucieszony z powodu rozpoczęcia nowego etapu w życiu. Niemożliwe było, żeby w ciągu kilku godzin zmienił swoje poglądy. Chociaż kto wie.
Po skończonym śniadaniu mieli trochę wolnego czasu, by przygotować się do zajęć. O 9:45 zaczęły się pierwsze wykłady. Cały blok ruszył ze swego skrzydła do głównej części gmachu. Tam mieściły się aule- wielkie sale wypełnione dębowymi ławami. Sieć elektryczna pozwalała na korzystanie z laptopów. Każdy ze studentów posiadał, co najmniej jednego, a w gmachu było stałe łącze bezprzewodowe. Nowoczesność pełną gębą. Ludzie zaczęli zapełniać pomieszczenia. Henry wszedł do jednej z większych auli i usiadł w ławie z Johnem, Alem i Markiem. Reszta ekipy miała zajęcia gdzieś indziej. Wykładowca jeszcze nie wszedł, dookoła roznosił się przyjemny szum słów wydobywających się z kilkuset młodych piersi. Niósł ze sobą entuzjazm i wręcz dziecięcą ciekawość. Jedynie mieszkańcy bloku C siedzieli z posępnymi minami.
- Jak myślicie na serio zrezygnował?- zapytał Al, któremu zaistniała sytuacja nie dawała spokoju- przecież sami widzieliście jaki był wczoraj podekscytowany.
- Nie wiem, ale szczerze to moim zdaniem ta sprawa śmierdzi. Koleś nie pożegnałby się z nami? Wątpię- Mark również wątpił w wyjaśnienie prefekta.
- Ale co innego mogłoby się stać? Pomyślcie rozsądnie, po pierwsze prefekt ma się nami zajmować, pomagać nam itd. Czyli nie powinien nas okłamywać, po drugie nie znalazłeś niczego niepokojącego. Chyba też nie lunatykował, jeszcze nie słyszałem o kimś, kto w czasie snu spakowałby wszystkie swoje rzeczy i wyszedł aż tak daleko, żeby po przebudzeniu nie wrócić z powrotem- wykładał swoje teorie John- moim zdaniem po prostu nie spodobało mu się tutaj i nie chciał nam zrobić przykrości, dlatego też odszedł w nocy, bez pożegnania.
- Może i masz rację, dobra, pogadamy później, wykładowca przyszedł- rzekł Henry na widok staruszka, który szedł między ławami w kierunku ambony, z której miał wygłosić wykład na temat źródeł prawa w starożytnym Rzymie. Mężczyzna stanął przy ambonie i drżącymi rękoma poprawił mikrofon.
- Dzień dobry państwu, nazywam się Teodor Kuczyński i będę prowadził wykłady, na których poznają państwo podstawę obecnego prawa. Właśnie tym jest prawo rzymskie- kamieniem węgielnym wszelkich nowożytnych kodyfikacji. Oczywiście nie można zapominać o aktach prawnych, które powstały wcześniej niż rzymskie. Jednak ich wpływ na obecny stan prawna nie jest aż tak znamienny jak wpływ prawa rzymskiego. Pozwolicie teraz państwo, że resztę wykładu poprowadzę na siedząco. Mam już swoje lata i stanie mi nie służy i skoro wy młodzi siedzicie, to ja też spocznę- usiadł na krześle, które znajdowało się obok ambony i chwycił w dłonie mikrofon- jak już państwu wiadomo Iuris prudentia est divinarum atque humanarum rerum notitia, iusta atque iniusti scientia . Także, powinni być państwo z siebie bardzo dumni.
„Taa jestem zajebiście dumny, jeśli zawalę to zabiję rodziców, wtedy będę miał, z czego być dumnym, ech, trzeba notować” pomyślał Henry i zaczął robić notatki, gdyż wykładowca przestał już mówić o niczym i przeszedł do konkretów. Mówił o tym, że wyróżnia się cztery okresy w prawie rzymskim- archaiczny, przedklasyczny, klasyczny i poklasyczny, z wyróżnieniem jeszcze prawa justyniańskiego. Rzecz raczej nie skomplikowana. Henry stwierdził, że raczej nie będzie miał problemu z nauczeniem się takich podstawowych spraw, później może być gorzej. Im dalej w las tym ciemniej.

Dzień na zajęciach zleciał szybko. Ćwiczenia z nauki o państwie, historii stosunków międzynarodowych i geopolityki były dość ciekawe. Natomiast na ostatnich zajęciach- wykładzie z logiki Henry o mało nie zasnął. Nie dość, że materia, którą zajmuje się logika jest stricte matematyczna to jeszcze wykładowca mówił niewyraźnie, jakby był na podwójnym gazie. Niestety wykłady były obowiązkowe, więc chcąc nie chcąc chodzić na nie musiał. Na szczęście miał na nich laptopa i dostęp do Internetu, co spowodowało, że się nie nudził. Może nie etycznym jest granie w pokera na wykładzie, ale miał to totalnie w dupie. Pijany wykładowca jest jeszcze bardziej nieetyczny.
Wieczorem mieli wolne. Nie było mowy o opuszczeniu uczelni i pójściu do jakiegoś klubu, bądź baru. Przepustki mieli tylko w weekendy. Na szczęście okazało się, że zamieszkał na korytarzu, gdzie w każdym pokoju znajdowali się łebscy ludzie, którzy przed przyjazdem na uczelnię zrobili odpowiednie zapasy. Mark zaprosił ich do swojego pokoju, gdzie grali do późna w nocy w texas holdem i nerwy zapijali ogromnymi ilościami Johnyego Walkera. Henry wrócił do pokoju dopiero o trzeciej nad ranem. John chrapał cicho w swoim łóżku. Podpity chłopak rozebrał się i w samych majtkach rzucił się na swoje. Po chwili namysłu wstał i chwiejnym krokiem ruszył do drzwi, przekręcił dwukrotnie klucz w zamku i zostawił go tam. Historia z Georgem nie podobała się mu.
„Strzeżonego pan Bóg strzeże” pomyślał i po chwili odpłynął. Nie zdawał sobie sprawy, że rano obudzi się z potwornym bólem głowy. Uczuciem jakby w mózgu eksplodował granat. Na razie spał spokojnie.

Obudziło go przeraźliwe wycie, od którego pulsowały mu skronie. Nie otworzył od razu oczu, tylko słuchał z zamkniętymi powiekami. Po chwili stwierdził, to tylko chrapanie współlokatora. Wydawało się mu, że jest niemiłosiernie głośne. To był pierwszy raz, gdy się upił, więc jeszcze nie znał syndromu dnia poprzedniego. Próbował wstać i gdy tylko podniósł głowę na kilka centymetrów od poduszki zrezygnował. Wiązało się to z okropnym bólem i zawrotami. Gdy leżał mniej je odczuwał. Żołądek go palił, a ogień ten powoli podchodził mu do gardła. Na myśl nasunęło się mu jedyne słuszne w tym wypadku słowo „o kurwa”. Nakrył się kołdrą i próbował zasnąć. Bezskutecznie. Było zbyt duszno, zbyt gorąco i zbyt głośno. Delikatnie podniósł się, poszedł do łazienki i długo wymiotował. Wyrzucił z siebie wszystkie toksyny jeszcze nieprzerobione przez wątrobę.
„Nigdy więcej” pomyślał leżąc na podłodze przed muszlą klozetową. Czuł w gardle i w nosie pieczenie spowodowane kwasem żołądkowym. Oczy mu delikatnie łzawiły. Zaczął się śmiać. Na ścianie trochę ponad muszlą widniał duży napis, wykonany zapewne przez poprzednich mieszkańców. „Nie w każdej muszli szumi morze” głosił i Henry był zdecydowany mu uwierzyć, akurat w tej muszli szumiał Johny Walker ze swoim dębowym posmakiem. Chłopak zasnął z głową w muszli.

- Ej! Wstawaj! Nic ci nie jest?- powoli rzeczy przed jego oczami nabierały wyraźnych kształtów, widział zarys kibla po prawej i umywalki po lewej. Naprzeciw znajdowały się otworzone drzwi. Nad nim stała niewyraźna postać- po co tyle piłeś ? Człowieku nie znasz umiaru?
- ee..e?
- Eh to bez sensu, chodź, położymy cię do łóżka- postać wzięła go pod ramiona i dźwignęła do góry. Henry powoli przebierał nogami. Postać mu pomagała. Dodreptali do łóżka Henryego i zamazana sylwetka pomogła mu się położyć.
- Leż na boku, żebym nie znalazł cię później dławiącego się własnymi wymiocinami, czytałem, że sporo ludzi tak zeszło. Głupie to byłoby trochę, nie sądzisz?
Odpowiedziała mu cisza, Henry spał. John popatrzył się na niego beznamiętnie, poszedł do łazienki po wiadro, które następnie postawił obok łóżka współlokatora. Wiedział, że gadanie nic tu nie da zarówno teraz jak i później, gdy Henry otrzeźwieje całkowicie. Znał dobrze takich kolesi, w czasie nauki w liceum mieszkał w internacie. Tam się od nich roiło. Banda nierobów, którzy myślą, że są zajebiści, tylko z powodu tego, że chleją, dymają każdą panienkę jaka się nawinie i głośno drą mordy. John nimi gardził. Uważał, że nic w życiu nie osiągnął i w końcowym rozrachunku to on wyjdzie lepiej. To on będzie się śmiał ostatni. Musi tylko jeszcze cierpliwie przetrwać te kilka lat. Zobaczenie współlokatora śpiącego z głową w kiblu było pierwszym rozczarowaniem, jakie wiązało się z tą niby elitarną uczelnią. John miał nadzieję, że w szkole z tak wysokimi wymaganiami zarówno finansowymi jak i naukowymi nie spotka ochlejów. Mylił się. Mylił się również, gdy sądził, że będzie to jego jedyne rozczarowanie związane z nową szkołą, czekały go inne, o wiele gorsze.

Henry otworzył powoli oczy i rozejrzał się po pokoju, śniło mu się, że był w domu i pomagał ojcu, jak za starych dobrych lat, gdy jeszcze nie myślał poważnie o wyższym wykształceniu i opuszczeniu rodzinnych stron. Miał nadzieję, że znowu jest u siebie. Niestety nie był. Znajdował się w swoim mieszkanku w bloku C, a na krześle naprzeciwko jego łóżka siedział uśmiechnięty Mark Grisham, bawiąc się talią kart. Chłopak podniósł wzrok i na widok przytomnego kolegi uśmiechnął się od ucha do ucha.
- I jak tam brachu? Jesteś pierwszą osobą, która w tym roku olała zajęcia, jak się z tym czujesz?
- Nie pytaj, czuję się gorzej niż wyglądam.
- Ha, wątpię, wyglądasz jak gówno.
- Ale czuje się gorzej.
- Nie przesadzaj, na pewno nie jest tak źle, wstawaj! Noc jeszcze młoda, można coś porobić, chyba nie masz zamiaru tu gnić do juta?
- A która jest godzina?
- Dokładnie- Mark spojrzał na zegarek smith&wesson, który nosił nad lewym nadgarstkiem- 18:13, i trzynaście minut temu skończyli wydawać obiady.
- Kurwa, a ja nic nie miałem w ustach przez cały dzień.
- Szczerze mówiąc, to chyba dobrze, przynajmniej nie miałeś już czym rzygać, ale nie bój żaby, wujek Mark nie zapomniał o Tobie, patrz co Ci przyniosłem.
Wskazał ręką na biurko Henryego, na którym znajdował się duży talerz wypełniony kanapkami.
- Może to nie jest cieplutki obiadek od mamusi, ale musi ci styknąć. Namówienie kucharek, żeby je zrobiły sporo mnie kosztowało. Wiesz, że w kuchni jest taka całkiem niezła babka koło dwudziestki ósemki?
- Zajebiście, dzięki stary, jestem twoim dłużnikiem.
- Nie ma sprawy, dług możesz już spłacić nawet zaraz. Zjedz, umyj się i wpadaj do mojego pokoju na karty, będą wszyscy. No prawie wszyscy, bo twój kujonowaty współlokator się raczej nie skusi. To jak? Dasz radę?
- Postaram się.
- Nie masz innego wyjścia. Dobra zbieraj się, spadam, nie będę ci przeszkadzał.
- Dzięki stary.
- Mówiłem już- nie ma sprawy. Wbijaj jak tylko się ogarniesz.
Mark wyszedł, a Henry przyniósł do łóżka talerz z kanapkami i zaczął wcinać. Był głody i zarazem zadowolony. Nie czuł już bólu głowy, ani żadnych wariacji w żołądku. Sen podziałał na niego kojąco- uleczył wszystkie problemy. Chłopak zjadł kanapki i poszedł pod prysznic. Po tym jak nowo narodzony wyszedł z pokoju. Na korytarzu było pusto jak diabli, ani żywej duszy. Dało się za to usłyszeć przytłumiony przez ściany i drzwi ryk śmiechu dobiegający z pokoju naprzeciwko. Najwidoczniej gra się rozpoczęła. Polowanie na najlepszy układ. Henry przybrał pokerową twarz i wszedł do jaskini hazardu.

- O`Hara wykładaj trzy karty!- w głosie Nicka wyraźnie wyczuwało się podniecenie- dawaj, dawaj, nie mogę się doczekać jak wam dopierdolę.
- Chyba śnisz Foster- odparł Ben- jak zwykle blefujesz, pewnie gówno masz.
- Chcesz się przekonać? Dobra, panowie stawiam trzy dolce, ktoś wchodzi?
Na stoliku znajdowały się trzy karty- dama karo, trójka kier i ósemka trefl. Każdy pies z innej budy.
- Pewnie skurczysyn ma parę dam i dlatego tak cwaniakuje, ja pasuję- Ronnie odłożył karty i wstał od stołu- moim zdaniem nie pasuje, nikt nie ryzykuje trzech dolców dla jaj.
- Dobra panienki ktoś jeszcze?- Nick nakręcał się coraz bardziej- czy może wszyscy chcecie oddać mi swoje pieniążki?
- Pieprz się Foster, wchodzę- O`Hara dorzucił do puli trzy dolary.
- I ja- Al poszedł w jego ślady.
- Pieprzyć to, nie będę gorszy, i tak jeszcze dwie karty pójdą na stół- Ted zrobił to, co reszta.
- A moim zdaniem wszyscy jesteście głupi, ja pasuję- Mark oddał karty- dobry gracz wie kiedy odpuścić.
- A wy księżniczki, co robicie?- Nick zwrócił się do Bena i Henryego- pękacie czy macie jaja?
- Wchodzę- bez ceregieli oznajmił Ben i wrzucił trzy dolce na stół.
- A ja sobie daruję, mam gówniane karty- Henry rzucił swoje karty i wstał od stołu. Poszedł na bok do Marka i Ronniego, którzy popijali złocisty trunek z szklanek wypełnionych lodem.
- Dobra O`Hara, dawaj kolejną!- Nick nie mógł się doczekać dalszej części gry.
Mike wyłożył z talii kolejną kartę, była to dama trefl. Rozległ się spory pomruk, ta karta wyjątkowo komplikowała grę, jeśli ktoś miał damę w ręku, to mógł wygrać. Trójka stoi dość wysoko, a przy ośmiu graczach nie zdarza się często. Nastąpiła kolejna licytacja, w której Foster znowu rzucił trzy dolce. W jego ślady poszedł Ted i Ben, Mike i Al spasowali. O`Hara wyłożył ostatnią kartę, była to czwórka kier, która nie komplikowała za bardzo sytuacji w obecnym układzie. Ostatnia tura licytacji przeszła gładko, wszyscy gracze rzucili jeszcze po dolarze. Wtedy uśmiechnięty Nick rzucił swoje karty na stół. Dwie trójki. Pomieszczenie wypełnił jego szaleńczy śmiech, pozostałym zrzedły miny.
- Ful jak Boga kurwa kocham. Co macie?- spoglądał na resztę wzrokiem zwycięzcy.
- Gówno, mam trójkę dam- Ted rzucił karty na stół- niby fajnie, ale nic to nie daje.
- A ja mam najwyższą kartę asa, no i parę dam, która leży na stole- Ben też rzucił karty.
- Parę dam to miałby każdy, więc nic ci nie dała. Myśl przy następnej partii, bo jeśli tak dalej będziesz grał to za twój hajs przeżyję miesiąc- mówił Foster zgarniając pieniądze z puli.
Kawałek dalej toczyła się również energiczna dyskusja, jednak na zupełnie inny temat. Henry, Mark, Ronnie, Al i Mike dyskutowali o plotce, którą usłyszał Ronnie w czasie swoich ćwiczeń z konstytucjonalizmu. Podobno znikły bez śladu dwie osoby z bloku A.
- Moim zdaniem to jest jakieś pieprzenie, potwierdził to ktoś?- Mike nie wierzył w plotki.
- No, dwóch kolesi z bloku A, którzy są ze mną na ćwiczeniach mi to powiedziało, dlaczego niby mieliby kłamać?
- Usłyszeli o tym, jak wyniósł się Georg i chcieli cię nastraszyć albo coś takiego, dam sobie rękę uciąć, że bujali- O`Hara był typem „betonu”- nigdy nie zmieniał swoich przekonań i poglądów.
- Jeżeli to nie plotka i mówili serio, co jest w jakimś stopniu prawdopodobne, to może ma to jakiś związek ze zniknięciem Georga?- Al najwyraźniej nie uważał tematu odejścia swojego współlokatora za zamknięty- co dokładnie mówili?
- Sprawa wyglądała tak samo jak z Georgem. Jak się kładli spać to kolesie jeszcze byli, rano ich już nie było, tak samo ich rzeczy. Opiekun bloku powiedział, że zrezygnowali, gdyż uczelnia się im nie spodobała- Ronnie przedstawił w skrócie to, co usłyszał- i co o tym sądzicie?
- Nie mam zielonego pojęcia co o tym sądzić, ale jedno wam radzę. Wszystkim bez wyjątku. Zamykajcie na noc pokoje i zostawiajcie klucz w zamku, lekko przekręcony, żeby nie dało się go wypchnąć z drugiej strony- z twarzy Marka znikł uśmiech, który mu zawsze towarzyszył- może pieprzę głupoty, ale przezorność nie zaszkodzi.
- Mark ma rację, wydaje mi się, że te sprawy nie są powiązane ze sobą i wszystko się niedługo wyjaśni, ale mimo wszystko lepiej się pilnować. Kto wie, może wśród nas jest jakiś psychopatyczny morderca- Henry rozejrzał się po ich twarzach- kiedy tak patrzę na wasze gęby to jestem niemal pewien, że każdy z was jest psycholem.
Wybuchli śmiechem.
- Wielkie kurwa dzięki Shephard, tak prawdę powiedziawszy to ja ciebie podejrzewałem o to od początku. Wyglądasz mi na największego zjeba z nas wszystkich- Ronnie śmiał się najgłośniej.
- Dzięki, dzięki, zapamiętam to sobie. Dobra to może zagramy kolejną partyjkę?
- Już, już, tylko panowie, najpierw proponuję się napić. Bracia szlachta szable w dłoń- Mark podniósł swoją szklankę do góry. Wszyscy poszli w jego ślady- to za co pijemy?
- Za kobiety!
- Za gospodarza!
- Za konstytucję księstwa warszawskiego!
- Co?!
- Pij kurwa, nie pierdol!
Stuknęli się szklankami i jednym haustem wysączyli złocisto-brązowy trunek schłodzony kryształkami lodu. Po przełknięciu płynu z ust każdego z nich wydobyło się przeciągłe „aaaa”, odstawili szklanki i usiedli z powrotem do kart. Grali jeszcze przez klika godzin. Fortuna wybierała sobie różnych kochanków, nie trzymała przy sobie nikogo zbyt długo. Ogólny bilans każdemu wyszedł blisko 0, tak jest, gdy do kart siadają amatorzy. Podpici, ale radośni opuścili jaskinię hazardu u Marka i Teda, i rozeszli się do swoich pokoi. Każdy z nich zamkną swój pokój na klucz. Następnego dnia rano spotkali się w komplecie, wszyscy delikatnie skacowani, ale zadowoleni. Nie wiedzieli, że tej samej nocy znikły dwie niezbyt popularne dziewczyny z kobiecego skrzydła. Mieszkały razem i jeszcze nie zaprzyjaźniły się z innymi studentkami. Nikt nie zauważył ich zniknięcia.
- Nemo plus iuris ad alium transfere potest, quam ipse haberet była to zasada obowiązująca przy przenoszeniu prawa własności. Oznaczało to, że nie można przenieść na nabywcę więcej praw niż się samemu posiada- mówiła staruszka, która wyglądała jak żywy trup. Sala, w której siedzieli nie była wielka, mieściło się w niej zaledwie dwieście osób. Chłopcy z bloku C siedzieli razem i toczyli zażartą dyskusję na temat pokera. Nick Foster odgrażał się, że tego wieczoru wyciągnie z nich wszystkie oszczędności, jakie posiadali. Ben jak zwykle twierdził, że Foster „w dupie był, gówno widział” i na blefie daleko nie zajedzie. Doszło między nimi do dużej utarczki słownej, którą przerwała dopiero kobieta opowiadająca o prawie rzymskim.
- PANOWIE?! Może panom przeszkadzam? A może panów nie interesuje nabycie własności w starożytnym Rzymie? Bez tej E-L-E-M-E-N-T-A-R-N-E-J wiedzy daleko panowie nie zajdą, proszę mi uwierzyć. Teraz, więc może zechcieliby państwo się uciszyć? A może chcą państwo dołączyć do swego kolegi?
- EJ!? Co ma pani na myśli mówiąc „dołączyć do swego kolegi”? Coście zrobili Georgowi?- Al wyrwał się ze swego miejsca.
- Proszę usiąść i się uspokoić, nikt mu nic nie zrobił. Pan Ritel sam zrezygnował z nauki w naszej szkole i jeśli nie będzie pan słuchał, notował, i się uczył to prędko pan do niego dołączy, tylko, że nie z własnej woli. Bardzo łatwo można oblać rok, jeszcze nie wie pan jak. A TERAZ PROSZĘ USIĄŚĆ I SIĘ ZAMKNĄĆ. Tak, więc jak już mówiłam longi temporis praescriptio wzorowane było na prawie greckim…
- Pieprzy- wyszeptał Mark Henryemu w ucho- sprawdzałem w Internecie, nigdy nikt nie opuścił tej szkoły z własnej woli, ani nie został wylany. Wszyscy zaliczyli.
- Że co?
- Mówię- wszyscy zaliczyli tę szkołę, nikt nie został wylany.
- Ee ty a w zasadzie to widziałeś kogoś z jakiegoś starszego roku?
- Nie widziałem i nie zobaczę, ty też.
- A to niby dlaczego?
- Bo jest coś, o czym nie mówili w czasie rekrutacji. W każdej placówce, takiej jak ta uczą się ludzie z jednego rocznika. Czyli zaczynają pierwszy rok, później przez pięć lat nie ma żadnej rekrutacji, dopiero jak studenci uzyskają dyplom i ukończą szkołę to dopiero wtedy rekrutuje się kolejne stado baranów i prowadzi się je przez pięć lat. Spodziewałbyś się czegoś takiego?
- Eeee nie, pewnie, że nie. O tym nie było mowy w informatorze, ani podczas rekrutacji. Jesteś tego pewien?
- A widziałeś gdzieś kogoś starszego niż my?
- No a prefekci?
- Haha człowieku, to nie są studenci. Tak są od nas starsi, ale żaden z nich nie jest studentem. Przynajmniej moim zdaniem. Wydaje mi się, że są to normalnie zatrudnieni kolesie, a władze tej uczelni po prostu robią nas w chuja. Nie podoba mi się to. Dlaczego nie mamy praktycznie kontaktu z innymi blokami i skrzydłami?
- Jak to nie mamy? Mamy wspólne zajęcia.
- Tak, ale poza nimi co? NIC. Posiłki jadamy blokami, wieczorami nie możemy opuszczać bloku, to wszystko jest jakieś pojebane.
- Takie są zasady.
- Pieprzę ich zasady. Nie podoba mi się ta szkoła, w ogóle. Zobaczymy jak to się rozwinie, ale jeżeli stanie się coś jeszcze niespodziewanego to spieprzam stąd i radzę ci, żebyś zrobił to samo.
- Szczury uciekają z tonącego statku?
- Bo szczury dbają o swój interes- uśmiechnął się ironicznie- no, ale w każdym razie niedługo weekend, powinni nas wypuścić z tego pieprzonego więzienia. Zobaczymy jakie rozrywki oferuje nam miasteczko znajdujące się nieopodal.
- No, też jestem tego ciekaw.

Weekend nadszedł szybko, gdy czas oczekiwania wypełnili pokerem i Johnym Walkerem. W piątkowy wieczór dziekan po kolacji oznajmił im, że mają wolne, aż do niedzielnej kolacji. Dwa wieczory mogli spędzić gdzie im się żywnie podobało. Ogłoszenie profesora zostało nagrodzone gromkimi oklaskami. Radość wypełniła twarze młodych studentów.
- Gdzie idziemy?- O`Hara zapytał w czasie drogi powrotnej do pokoi swoich kompanów- macie jakieś propozycje?
- Poszedłbym do klubu go-go- z lubieżnym uśmiechem na ustach oznajmił Ted.
- Daj spokój, pewnie w okolicy nie ma żadnego. Ja najchętniej przeszedłbym się do jakiegoś kasyna albo pubu, w którym rżnął w karty- wyraził swoje poglądy Mark.
- Jestem za, pogramy i przy okazji się narżniemy- poparł go Nick.
- Panowie, powiedzcie mi co robimy przez ostatni tydzień? Tylko rżniemy w karty i pijemy. Raz możemy zrobić coś innego. Proponuję wyjście na dziewczynki- Ronnie wyraźnie miał dość wlewania w siebie litrów whisky.
- Ok, ale skąd chcesz je wziąć?- O`Hara chyba wątpił w możliwość wyczajenia jakiegoś towaru.
- Jak to skąd? Pójdziemy do klubu i coś wyrwiemy. To chyba nie jest takie trudne nie? W ogóle dorwał ktoś z was kiedyś jakąś dziewczynę?- Ronnie był wyraźnie zdzwoniony pytaniem. Kolesie popatrzyli po sobie lekko zażenowani- żaden z was? Ja pierdole, z kim się zadaję. Nic się nie bójcie, wujaszek Ronnie was nauczy kilku sztuczek.
- Daruj sobie swoje sztuczki, robienie samemu sobie loda mnie nie kręci- palnął Henry i wszyscy wybuchli głośnym śmiechem, Ronnie się zmieszał, a Henry poklepał go po plecach- żartowałem stary. Jestem z tobą. Prowadź nas do dżungli i pomóż znaleźć najsłabsze sztuki w stadzie.
- Nic trudnego. Zapamiętaj sobie: kobieta upita to kobieta zdobyta. Z tym mottem zajdziecie daleko, wszyscy. No może z wyjątkiem tego twojego cipowatego współlokatora. A właśnie co z nim? Wybierze się z nami gdzieś?
- John? Szczerze to wątpię. Wziął sobie mocno do serca to co usłyszał na cywilu i ma zamiar obryć się go dokładnie. Zaczął się uczyć całego kodeksu na pamięć. Ma chłopak ambicje.
- Gość musi być ostro porąbany- powiedział Al- wiesz, jeśli chcesz to możesz się do mnie przenieść, odkąd odszedł Georg mam wolne miejsce, nikogo nowego nie przydzielili. Więc nie krępuj się.
- Dzięki, ale jeszcze trochę poczekam. Nie chcę stawiać Johna w niezręcznej sytuacji, poczułby się jak jakiś odmieniec, czy wyrzutek. Może jeszcze się zmieni.
- Ale on JEST odmieńcem- wyrwał się Foster- pieprzonym dziwakiem. Ani razu nie przyszedł do nas na karty. W ogóle któryś z was poza Henrym z nim rozmawiał?
- No razem z Alem mamy z nim zajęcia i wydaje się całkiem ok. Chociaż jest strasznym kujonem, to muszę przyznać. Ale każdy ma jakiegoś bzika. On ma swoją naukę, ja mam karty, Ronnie dziewczyny, a reszta z was ochleje ma whisky- powiedział Mark i uśmiechnął się szeroko.
- Tu się zgodzę z Markiem, nie ma co od razu skreślać chłopaka. Henry zapytaj się go czy nie przeszedłby się z nami. Jeżeli odmówi, trudno- jego strata- Ben zwrócił się do Henryego.
- Ok, ale nie gwarantuję wam, że z nami pójdzie. Naprawdę to specyficzny gość.

Henry miał rację, gdy nie chciał obiecać reszcie, że John Martin II zaszczyci ich swoim towarzystwem. Gdy powiedział mu o planach na wieczór i zapytał czy nie chciałby pójść z resztą, John spojrzał na niego pobłażliwie i po chwili powrócił do czytania kodeksu cywilnego. Henry powtórzył pytanie i wtedy usłyszał krótką odpowiedź „ NIE MA MOWY”. Te trzy słowa wyrażały cały stosunek Johna do swojego współlokatora i jego znajomych. W głosie chłopaka słychać było pogardę.
- Jeżeli chcecie marnować czas to proszę bardzo, ja nie mam zamiaru pójść z wami na dno. Nic nie robicie, tylko cały czas gracie w te karty i pijecie. Uczyłeś się w ogóle do czegokolwiek?
- Nie, ale..
- NO WŁAŚNIE- NIE! Człowieku nie po to moi rodzice wydają swoje ciężko zarobione pieniądze, żebym wyleciał po pierwszym semestrze. Mam wobec nich pewne zobowiązanie, zaufali mi i nie mam zamiaru zawieść tego zaufania, rozumiesz?
- Tak (nawet nie wiesz jak bardzo) ale nie możesz siedzieć cały czas przy książkach, na litość boską musisz się od czasu do czasu rozerwać.
- Na zabawę przyjdzie pora później, jak już moja sytuacja życiowa będzie jasna i klarowna.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że ona nigdy nie będzie jasna i klarowna?
- Co masz na myśli?
- Nigdy nie będziesz pewien tego, czy przypadkiem szef nie znajdzie kogoś lepszego na twoje miejsce i cię nie zwolni. Nigdy nie będziesz pewien tego czy twoja żona (o ile ją będziesz miał) nie zacznie cię zdradzać. Czy twoja córka nie będzie się puszczała, a syn nie wstąpi do jakiegoś gangu. W życiu nigdy nie zaznasz spokoju i nie będziesz miał wszystkiego równo poukładanego, bez strachu, że coś się spieprzy. Takie jest życie John. Witamy na ziemi.
- Może i masz rację, ale przynajmniej wtedy będę pewniejszy i spokojniejszy niż teraz. Będę coś miał- wykształcenie, a to bardzo dużo. Teraz nie mam nawet tego, więc wybacz mi ale muszę wracać do nauki.
- Kurwa człowieku, jest piątkowy wieczór!
- I co z tego? Daj mi spokój, lepiej się szykuj do wyjścia, kurtyzany czekają.
- A rób sobie co chcesz. Tylko później mi nie płacz, że wszyscy cię olewają. Już mówią, że jesteś dziwny.
- Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Cześć- powiedział John i zanurkował wraz z książką pod swoją kołdrę. Nakrył się nią szczelnie, tak by Henry mu nie przeszkadzał i czytał dalej w blasku małej lampki do czytania, którą pociągnął za sobą do kryjówki. Henry machnął ręką i odwrócił się od idioty. Wziął się za siebie. Najpierw się wykąpał, później umył włosy i zęby. Następnie użył dezodorantu i nałożył niewielką ilość żelu na swoje krótkie, ciemne włosy. Przejrzał się w lustrze. Nie było tak okropnie. Nie wyglądał jak Leonardo Di Caprio, ale ostatecznie jakaś mocno pijana laska mogła się na niego pokusić. Zawsze trzeba mieć nadzieję. Naciągnął dość nowe dżinsy i założył swoją ulubioną, ciemnoniebieską koszulę. W zasadzie był już gotowy do wyjścia. Złapał jeszcze swoją jesienną kurtkę, założył półbuty i wyszedł. Wolał iść do Marka i Teda, i u nich poczekać na resztę. Z nimi dogadywał się lepiej niż z własnym współlokatorem. Cóż trafiają się i ludzie, i parapety. Niestety Henry trafił na parapet i to nie do zreformowania.

Z terenu uczelni wyszli trochę po dwudziestej. Poszli całą ekipą, zabrakło tylko Johna. Pierwsze swoje kroki skierowali do niewielkiego baru znajdującego się w pobliżu szkoły. Tam wprawili się w dobry nastrój kilkoma piwami na głowę. Po takiej zaprawie byli gotowi do nocnych łowów. Barman poradził im, że jeśli szukają łatwego towaru to powinni zajrzeć do klubu 69, który mieścił się na obrzeżach miasteczka po drugiej stronie w stosunku do uczelni. Ruszyli tam od razu.
Miasteczko było niewielkie i wyglądało jak wymarłe. Na ulicach minęli dosłownie kilka osób. Samochody prawie nie kursowały. Życie miasta o tej porze toczyło się w barach i klubach. To było jego prawdziwe serce. Poza nimi nie istniała inna możliwość rozerwania się, nie mówiąc już o zakosztowaniu rozrywki z wyższej półki. Najbliższy teatr mieścił się w stolicy, która znajdowała się około sto pięćdziesiąt kilometrów od tego miejsca zapomnianego przez Boga. W zasadzie tutejsze kluby różniły się całkowicie od tych z wielkich miast. Barman powiedział im, że bawią się w nich przeważnie studenci z ich szkoły i okoliczna młodzież. Okoliczną młodzież stanowiły osoby w przedziale wiekowym od czternastu do osiemnastu lat, więc jeśli chłopcy myśleli o jakimś szybkim numerku z pierwszą lepszą chętną panienką to najpierw powinni zajrzeć jej w dowód, legitymację szkolną, czy co tam miała przy sobie. Bez sprawdzenia wieku panienki można było wpakować się w poważne tarapaty z odsiadką w pierdlu włącznie. A tam to już nie oni by dupczyli tylko ich by dupczono. Akurat ta wizja nie pociągała żadnego z nich, więc umówili się, że będą się nawzajem kontrolowali. Tak na wszelki wypadek, gdyby któryś z nich wypił za dużo. Po pijaku robi się wiele głupich rzeczy, których później się żałuje. Wiedział o tym każdy z nich.
Z daleka dostrzegli światła, które rozjaśniały teren wokół klubu. Nazwa klub była przesadzona, gdy się zbliżyli ich oczy ujrzały duży hangar, w neonem „69” nad wejściem. Po obu stornach drzwi stali przybici kolesie, z ogolonymi głowami i zabójczym spojrzeniem. Goście sprawdzili ich legitymacje studenckie i przepuścili ich do środka. Tam pod czujnym okien kolejnych dwóch ochroniarzy studenci kupili bilety i weszli na salę.
Lokal w środku wyglądał o niebo lepiej niż z zewnątrz. Dzielił się na dwa poziomy. Parter zajmowała dość duża scena, przed nią parkiet i po dwóch jego stronach mini bary, przy których siedziało sporo kolesi popijających wolno browar. Drugi poziom stanowiła antresola z barem, wokół którego znajdowały się loże. Na kanapach siedzieli szerocy młodzieńcy, najczęściej w dresach, ze swoimi kobietami, które były bardzo urodziwe, ale posiadały oblicza nieskalane intelektem. Witamy na prowincji.
- Panowie proponuję wypić kilka shotów i później możemy coś wyrywać. Nigdy nie tańczę trzeźwy- Mark przyjął rolę dowódcy i poprowadził ich wąskimi, stalowymi schodami w stronę baru. Potulnie poszli za nim. Zajęli jedną z loży i wysłali Fostera i Mayersa po wódę. Chłopcy uwinęli się szybko i wrócili z kieliszkami.
- Za co pijemy?- zapytał O`Hara.
- Za drogi!- Henry podniósł w górę swój kieliszek.
- Jakie kurwa znowu drogi?- Ted nie zrozumiał toastu.
- Za kręte ścieżki naszego życia, które w tym momencie złączyły się na jednej autostradzie. Przez najbliższe pięć lat będziemy razem nią ciągnęli, a jak dobry Bóg da to i jeszcze dłużej- w oczach Henryego mogli dostrzec szczerą, bezinteresowną sympatię, którą do nich pałał.
- Ej, ale ja jestem ateistą, to mi Bóg nie da- wyrwał się Mark.
- Grisham nie pierdol, tylko pij- Nick podniósł w górę swój kieliszek i stuknął nim w kieliszek Henryego- za naszą autostradę.
- Za autostradę!- wszyscy podnieśli kieliszki i stukali się nimi między sobą. Po tej krótkiej, acz bardzo istotnej ceremonii, podnieśli je do ust i przechylili. Krystaliczna zawartość 40ml kieliszków wlała się do ich gardeł delikatnie szczypiąc podniebienie i język. Pozostawiła po sobie przyjemne ciepło w gardle i gorzkawy posmak. Mimo tego, żaden z nich się nie skrzywił. Pili już gorsze rzeczy, a czysta była miłą odskocznią od perfum, które pili co wieczór przez cały tydzień. Odłożyli kieliszki i radosnym wzrokiem spojrzeli po sobie. Wtedy się zaczęło.

Zaczęła się najbardziej szalona noc jaką przeżyli i, którą mieli zapamiętać aż do śmierci. Czyli w zasadzie niedługo. Wysłali Shepharda i O`Harę po kolejne shoty i, gdy je wypili ruszyli na parkiet. Leciała, jakaś mało znana, wiejska muzyka, przy której w najlepsze bawiło się stado konkretnych małolat. Podbili do nich bez ceregieli. Po kilku piosenkach, Ronnie poszedł z jedną do kibla w celach głębszego poznania się nawzajem. Reszta też nie narzekała. Dziewczyny były bardziej prostolinijne od prostej w geometryce. Ich wzrok mówił wszystko- jedyne czego chciały to szybki numerek ze studentem z tej elitarnej szkoły mieszczącej się niedaleko miasteczka. Niestety tutejsi faceci myśleli trochę inaczej. Jedyne czego chcieli to widok krwawiącej, przerobionej na miazgę gęby pieprzonego studenciny, który przyjechał z niewiadomo skąd i myśli, że jest taki zajebisty, że wszystkie kobiety należą do niego. Przekonali się o tym kilka godzin później, gdy lokalna młodzież miała już ostro w czubie. Tę brutalną prawdę pierwszy poznał Mike. Tańczył właśnie spokojnie z dziewczyną o błękitnych oczach, jasnych, promienistych włosach i wspaniałych, ogromnych piersiach, które wprost wylewały się z pod kusej bluzeczki. O`Hara chciał się w nie wtulić i tak kołysać się aż do końca świata, aż zaśnie, odpłynie w lepszą krainę. Nie zdawał sobie sprawy, że jeszcze w czasie tej piosenki odpłynie. Dwój postawnych kolesi podeszło do niego od tyłu. Jeden złapał go pod ramiona i wykręcił mu ręce. Obrócił go w stronę drugiego, który zaczął okładać twarz Mika pięściami. Reszta studentów, gdy tylko zobaczyła co się dzieje od razu rzuciła się koledze z pomocą. Ted jednym ciosem z boku powalił kolesia okładającego O`Harę i kolejnym posłał na łopatki tego, który go trzymał. Goście się nie podnieśli. Kolejni lokalni rzucili się w stronę przyjezdnych. Rozpoczęła się regularna bitwa, którą później mieszkańcy miasteczka będą jeszcze długo wspominali. Najbardziej właściciel lokalu, który straci kilka stolików, krzeseł i dużo butelek z alkoholem. Mimo mniejszego doświadczenia studenci nie bili się wcale źle. W tłuczeniu wieśniaków przodował Ted, który został jakby do tego stworzony. Był naprawdę masywny i umięśniony. Ćwiczył codziennie, w każdej wolej chwili. Mark się zawsze dziwił, skąd jego współlokator bierze taki zapał do ćwiczeń fizycznych. Teraz, spoglądając na jego pięści młócące powietrze już wiedział, Ted po prostu kochał rozróby. Gdyby nie on to pewnie dostaliby o wiele mocniej. Tak skończyło się tylko na kilku siniakach i podbitym oku u O`Hary. Wydawało im się, że cała rozróba trwa wieki, tak na prawdę trwała tylko chwilę. Ochrona zainterweniowała, tłukąc jak się da lokalnych drechów. Ochroniarze nie chcieli zniechęcić do lokalu studentów, którzy stanowili najbardziej intratnych klientów klubu. Cała bitka skończyła się na wyproszeniu przyjezdnych z lokalu i przytrzymaniu ich adwersarzy do czasu, aż zdążą się oddalić na bezpieczną odległość. Chłopcy odpowiednio wykorzystali ten czas i wkrótce znaleźli się z powrotem na uczelni.

- Stary, ale oberwałeś!- Foster nie mógł oderwać wzroku od podbitego oka O`Hary- gdyby nie Ted, to zrobiliby z ciebie miazgę.
- Taa, ciesz się idioto, następnym razem sam oberwiesz. Idę w kimę Ronnie, idziesz też, czy jeszcze zostajesz z tymi błaznami? Jeśli tak to pamiętaj, żeby później zamknąć drzwi do pokoju.
- Też idę spać, wystarczy mi wrażeń jak na jedną noc. Czołem Panowie- podał każdemu rękę i ruszył wraz z O`Harą w stronę ich pokoju, po chwili odwrócił się i krzyknął- i tak wyrwałem najlepsze dupy!
- Tak, tak wmawiaj sobie dalej!- odpowiedział mu Mark- i cóż panowie robimy?
- Idę spać, też jestem padnięty- Al pożegnał się z nimi i poszedł do swojego pokoju, po chwili usłyszeli szczęk klucza w zamku.
- Ktoś jeszcze idzie w kimę? Henry?- Mark najwidoczniej chciał jeszcze zatrzymać kogoś- też pękasz?
- Człowieku, jestem padnięty…
- Mam trochę szkockiej w pokoju.
- Ok, namówiłeś mnie.
- Noo to mi się podoba. Foster, Mayers a wy?
- Ja odpadam, cześć- Ben pożegnał się i odszedł.
- Panowie, dobrze wiecie, że nie macie ze mną szans ani w kartach ani w piciu, ale teraz musicie mi wybaczyć. Jutro też jest dzień i chcę zachować chociaż trochę swoich sił na jutrzejsze wojaże, także żegnam panów- uścisnął ich dłonie i ruszył za Benem.
Zostali na korytarzu we trzech- Henry, Mark i Ted. Bez większego zastanowienia poszli do pokoju Marka i Teda, tam rozegrali jeszcze dwie partie w pokera i wypili 0,5 dobrej szkockiej whisky, którą niewiadomo skąd wyczarował Mark. Henry tak się struł, że nie dał rady wrócić do swojego pokoju, który mieścił się przecież naprzeciwko. Wystarczyło przejść przez wąski korytarz. Mimo tego gospodarze okazali się nad wyraz gościnni. Zamknęli drzwi, rozścielili Henryemu dwa koce na podłodze i złożyli tam swojego kompana w bezpiecznej pozycji bocznej. Chłopak zasnął od razu, gdy jego głowa dotknęła miękkiej faktury bawełnianego koca.
Na korytarzu zapanowała cisza, mieszkańcy zasnęli błogim snem. Jednak nie każdemu było dane się nim długo rozkoszować.

Ostatnia karta wylądowała na stole- as czerwo. Nick wrzasnął radośnie i rzucił na stół swoje karty. Król czerwo i dziesiątka czerwo upadły obok waleta i damy w tym samym kolorze.
- Poker królewski cipy!- wybuchnął Nick i zaczął zgarniać pieniądze z puli. Były tam setki tysięcy dolarów. Poza pieniędzmi przyciągnął do siebie kilka gadżetów- między innymi nowy telefon Shepharda i drogi zegarek Teda. Usłyszał szczęk drzwi. W euforii patrzył na miny swoich kolegów. Wzrok każdego z nich wyrażał niedowierzanie, poker królewski był cholernie rzadkim układem, cholernie, a mu się udało. Usłyszał przekręcającą się klamkę i głuchy szczęk zamkniętych drzwi. Siedzieli naprzeciwko niego i gapili się w niego, niczym w objawienie boskie. Był bogiem, bogiem pokera i wreszcie musieli to pojąć, musieli to zaakceptować. Przyjąć jego wyższość. Znowu szczęk. Drzwi skakały w zawiasach. Parzyli się na niego…. nie patrzyli się za niego. Ich wzrok unosił się lekko ponad czubkiem jego głowy. Patrzyli na drzwi. Drzwi, które znajdowały się za nim. Drzwi, które trzęsły się jakby stado dzikich bawołów starało się je staranować. Drzwi, których ON nie widział. Chciał odwrócić głowę i spojrzeć na nie. Zaczął obrót przez prawe ramię. Widział jak pokój płynie w spowolnionym tempie, niczym na zwolnionym filmie. Wykonał niecałe pół obrotu, gdy usłyszał puszczające drewno. To materiał wokół zamka nie wytrzymał i zaczął puszczać. Już, już prawie je widział. Kątem prawego oka dostrzegał framugę. I wtedy to usłyszał. Zamek został wyważony, drzwi wypadły z zawiasów. Wpadły do pokoju, a wraz z nimi wpadło coś wielkiego. Coś wielkiego i głodnego. Cholernie głodnego. Skończył obrót, jego oczy zatrzymały się prostopadle do drzwi i zaczął krzyczeć. Darł się niemiłosiernie, niczym gwałcona dziewica. Jego krzyk był jedynym dźwiękiem przeszywającym ciszę, która zapanowała w pomieszczeniu. Wydawał się nieśmiertelny, trwał i trwał, dopóki nie został przerwany jednym, płynnym ruchem wielkich, ostrych szponów. Kościste paznokcie, które je wieńczyły, bez najmniejszego problemu zagłębiły się w gardle Nicka. Z rozoranej szyi trysnęła gęsta, ciemna ciecz. Aorta została przerwana i wypluwała dosłownie fontanny krwi. On ciągle wpatrywał się w to. To stało nad nim i się uśmiechało, patrzyło na niego wygłodniałym wzorkiem i się uśmiechało. To kurestwo się uśmiechało. A później machnęło po raz drugi łapami i głowa Nicka potoczyła się leniwie po posadzce. Z miejsca, gdzie kiedyś się znajdowała trysnęło trochę krwi, a później wszystko się uspokoiło. Człowiek posiada w żyłach około pięciu litrów tej drogocennej substancji. Ciało studenta spoczęło w kałuży, która składała się z może trzech lub czterech litrów krwi. Jeszcze trochę zostało w jego ciele. Wiedziała to ta istota. Doskoczyła od jego ciała i zaczęła chciwie chłeptać substancję, która powoli sączyła się z jego rozoranych żył. To coś powoli i dokładnie zlizywało jego krew, a reszta siedziała i beznamiętnym wzrokiem patrzyła się na to. Nikt nie zareagował, wszyscy siedzieli i tylko się patrzyli. Ich wzrok nie wyrażał żadnego uczucia. Głowa Nicka zatrzymała się tak, że jego oczy były skierowane w ich stronę. Prawe oko gwałtownie mrugnęło. Przez ułamek sekundy, który został nim jego mózg obumrze Nick pomyślał „skurwysyny” i wtedy właśnie się przebudził. Obudził go dźwięk przekręcanej klamki i kogoś napierającego na drzwi.
- Kogo kurwa niesie o tej porze?- spojrzał na zegarek, była czwarta nad ranem. Podniósł się powoli z łóżka. Ben spał na swoim snem sprawiedliwego. Zasłużył na odpoczynek, mieli w końcu bardzo intensywną noc. Powoli, krok po kroku Nick dotoczył się do drzwi. Klamka ciągle skakała to w górę to w dół.
- Kto tam?- rzucił cicho w stronę drzwi.
W górę i w dół, w górę i w dół, skakała klamka. Brak odpowiedzi.
- Zdajesz sobie człowieku sprawę, że jeśli budzisz mnie bez zajebiście ważnego powodu to spuszczę ci taki łomot, że nikt kurwa, nikt cię nie pozna?
W górę, w dół, w górę, w dół, w górę, w dół.
- Lepiej, żeby to było coś ważnego- przekręcił klucz w zamku i od razu został odrzucony w tył przez siłę otwierających się na oścież drzwi. Spojrzał przez nie na część korytarza, która się ukazała i poczuł, jak ciepły strumień moczu spłynął mu właśnie po udach w stronę podłogi. Pieprzona grawitacja. Nie krzyknął. Nie zdążył. Krew zalała mu gardło i wolno, leniwie zaczęła spływać do żołądka. Równocześnie druga jej struga spływała po jego klatce piersiowej, na które pojawiały się ślady dziewiczego zarostu. Pierwsze włosy, które zwiastowały transformację z chłopca w mężczyznę. Transformacja została zatrzymana. Bardzo prosto, wystarczyło jedno machnięcie potężnych łap. Nic trudnego. Ułamek sekundy i koniec. Oczy Nicka zaszły mgłą, głowa przechyliła się nieznacznie w prawo. Twarz wyrażała niesamowite zdziwienie. Umarł zaskoczony, choć wydawało mu się, że życie nie może go zaskoczyć. Cóż za ironia.

Świat powoli zaczął do niego docierać. Pierwsze pojawiły się wrażenia słuchowe. Słyszał cichy świst powietrza, które wciągał do płuc jego współlokator. Cykanie zegarka. Miarowe, powolne. Sekunda za sekundą. Cyk, cyk, cyk, cyk. Kolejne dźwięki. Woda spuszczana w łazience za ścianą. Pewnie Al właśnie z niej korzystał. Kolejne pojawiło się światło. Pieprzona jasność, która ze wszystkich sił starała się przebić przez powieki do oczu. Nienawidził poranków. Zawsze myślał, że akurat tym razem się wyśpi. Nic bardziej mylnego. Natura nie cierpiała próżni. Zapełniała ją ruchem, a najbardziej cieszył ją ruch młodych, skacowanych studentów, którzy byli po całonocnych wojażach. Otworzył oczy i przeżył niemałe zaskoczenie, gdy odkrył, że zamiast w swoim łóżku leżał na podłodze w pokoju Marka i Teda. Obaj chrapali głośno. Henry podniósł się i poszedł do łazienki. Wydawało mu się, że odlewa się przez wieczność. Jego pęcherz naprawdę tego potrzebował. Kiedy skończył zebrał swoje rzeczy i cicho wyszedł. Poszedł do siebie. W pokoju przeżył dość spore zdziwienie, gdy stwierdził, że nie było Johna. Najwyraźniej jego współlokator wstał bardzo wcześnie i gdzieś wyszedł. Nasunęły mu się jednak dwa pytania. Po pierwsze gdzie mógł pójść w sobotę o tak wczesnej porze, gdy nie było już żadnych zajęć nawet dodatkowych. Po drugie, dlaczego nie zamknął pokoju, gdy wychodził. Mimo wszystko Henry olał złe przeczucia i rzucił się na łóżko. Zasnął szybko.
Obudził się gwałtownie, szarpany za ramiona.
- Wstawaj człowieku! Obudź się!- darł się nad nim Mark
- Gościu, o co ci chodzi?- powiedział Henry otwierając oczy, po chwili ziewną przeciągle- daj mi spać.
- Huston mamy wielki pieprzony problem!
- Co się stało?- Henry poderwał się i wyprostował. Siedział teraz na łóżku- przecież jest sobota.
- Nick i Ben znikli.
- CO?!
- mówię ci, że Nick i Ben znikli. Nie ma po nich żadnego śladu, ich pokój jest pusty, łóżka są ładnie pościelone, nigdzie nie widać ich rzeczy.
- Poszedłeś z tym do prefekta?
- Nie.
- Dlaczego?
- Drzwi z korytarza na klatkę schodową są zamknięte, dosłownie na amen.
- To je kurwa wyważ, w czym problem?!
- Żeby to było takie łatwe…
Henry narzucił na siebie jakieś ciuchy i wyszedł z Markiem na korytarz. Poszli w stronę drzwi prowadzących na klatkę schodową. Tam czekali na nich Mike, Ted, Ronnie i Al. Chłopcy przypatrywali się czemuś na ścianie. Henry zgłupiał kiedy w końcu zobaczył na co patrzyli. W miejscu, gdzie jeszcze kilka godzin temu znajdowały się drzwi teraz była ściana. Nie jakaś świeżo postawiona zapora z cegieł i świeże zaprawy, tylko normalna ściana. Taka jak na całym korytarzu.
- Czy może mi ktoś wyjaśnić co się tu kurwa dzieje?- Ted wyglądał na osobę, która najciężej ze wszystkich przyswoiła tę nagłą zmianę rzeczywistości.
- Nie mam zielonego pojęcia człowieku, jesteśmy w potrzasku- O`Hara nerwowo skubał zębami paznokcie na swojej prawej dłoni.
- Próbowaliście to wyważyć?- jako osoba, która przybyła najpóźniej Henry miał najświeższe spojrzenie na sprawę.
- Taaa i gówno to dało, to jest normalna ściana, taka jak wszędzie. Jak to w ogóle możliwe? Przecież tu były drzwi do cholery jasnej!- Ronnie nie wyglądał strasznie, miał lekko podkrążone oczy od niewyspania, ale ogólnie wyglądał świeżo. W końcu w nocy to on najlepiej zabawił się z dziewczynkami, więc powinien być w wyśmienitym humorze.
- Nick i Ben znikli tak jak Georg- Al zwrócił się do Henryego- tak jak Georg, to jest złe miejsce stary, bardzo złe.
- Wiem kolego, wiem. Musimy stąd spieprzać.
- Dobra panienki, słuchajcie mnie mam pomysł!- wszyscy odwrócili się w stronę Marka- nie mam zielonego pojęcia co się tu dzieje i nie chcę wiedzieć. Wystarczy mi to, że w czasie tygodnia znikło bez śladu trzech naszych kumpli…
- Czterech- przerwał mu Henry- nie ma Johna
- Pies mu mordę lizał, dobra w czasie tygodnia znikło czterech naszych kumpli. To miejsce nie jest normalne, musimy stąd wiać i ja wiem jak- na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Niby jak?- powiedział O`Hara.
- Przez wentylację. Szybem będziemy mogli dojść w każde miejsce, w jakie zechcemy. Proponuję przejść albo do klatki schodowej albo nawet do głównego holu, a później spieprzać nie oglądając się za siebie.
- Pomysł niegłupi, idę z tobą- powiedział Henry.
- Ja też- rzekł Ted.
- I ja- przyłączył się do nich Mike.
- Sam tu nie zostanę- powiedział Ronnie.
- A ja bardzo chętnie się stąd wyrwę i złożę wizytę na pierwszym posterunku policji, jaki pojawi się w zasięgu mojego wzroku. Tym razem mi nie wmówią, że oni wszyscy odeszli z własnej woli, bo nie podobała im się szkoła- powiedział Al i ruszył w stronę szybu wentylacyjnego. Kilkoma uderzeniami ciężkiego buta zwalił kratkę, która zasłaniała wlot i na czworaka zaczął wchodzić do tunelu, odwrócił się do nich i krzyknął- idziecie czy nie? Raczej nie mamy całego dnia- ruszyli w stronę szybu, a Al już w nim znikł.
Długo czołgali się przez zawiły szyb wentylacyjny. Wydawało się, że metalowy tunel nie ma końca. Tylko dwa razy dotarli do wylotów, jak się okazało każdy z nich prowadził do zamkniętych na amen pomieszczeń. Jednym był jakiś pokój, a drugim mały magazyn. Nie znaleźli tam niczego ciekawego. Szli dalej. Dotarli do skrzyżowania tuneli. Ten naprzeciw schodził gwałtownie w dół, tunel po prawej prowadził trochę prosto, a później się załamywał. Po lewej spadał pionowo w dół, wypełniał go mrok, nie widzieli, gdzie się kończy.
- I gdzie teraz?- powiedział O`Hara.
- Może rzucimy monetą?- zaproponował Mark- innego wyjścia nie widzę.
- Cicho!- gestem dłoni Al pokazał im, żeby się zamknęli- słyszeliście to?
- Niby co?- Ted był zdezorientowany.
- Nie słyszysz? Jakby blacha się wgniatała i odginała, posłuchaj- Al zaczął przesuwać palcem w powietrzu. Zatrzymał go na Tedzie. Wszyscy się na niego spojrzeli.
- Przecież ja się nie ruszam…- nagle Ted zamarł. Jego oczy powiększyły się kilkukrotnie, a usta otworzyły w niemym krzyku. Dalej akcja potoczyła się błyskawicznie. Usłyszeli głośni, triumfalny ryk, Ted został podrzucony w górę, uderzył ciałem w sufit tunelu i gwałtownym szarpnięciem został do połowy wciągnięty do pionowego szybu prowadzącego w dół. Miotał rękoma w poszukiwaniu oparcia. Ronnie rzucił się mu na pomoc, złapał go za ręce i zaczął wciągać z powrotem. Chłopcy usłyszeli pomruk zdziwienia i oburzenia. Ted zaczął drzeć się niemiłosiernie, kiedy z ciemnego szybu zaczęła bryzgać krew. Jego krew. Ronnie odwrócił głowę i spojrzał się na resztę błagalnym, przerażonym wzrokiem. Jego oczy mówiły „Powiedzcie mi, że śnię”, a twarz była cała zalana krwią kolegi. O`Hara z dzikim wrzaskiem rzucił się do ucieczki. Zawrócił z powrotem skąd przyszli.
- Spieprzamy stąd!- Mark złapał Henryego i pociągną go do tunelu, który był na wprost tego, z którego przyszli. Henry poczłapał za nim potulnie. Weszli na pochyłą blachę i zaczęli zjeżdżać w dół. Zostawili za sobą wrzask rozpaczy Ronniego, ostatnie tchnienia Teda oraz dźwięk czegoś, co właśnie wgryzało się w ich kolegę i chciwie piło jego krew.
Zjeżdżali sporo czasu, pierwszy Mark, za nim Henry. Nie orientowali się w przestrzeni, ale na pewno pokonali co najmniej kilka pięter. W końcu Mark zobaczył kratkę, która definitywnie miała zakończyć ich podróż szybem.
- Przygotuj się na twarde lądowanie! Miejmy nadzieję, że nie będzie wysoko!- powiedział i wyprostował przed siebie nogi, żeby wyważyć nimi blokadę. Przeszli gładko i wylądowali miękko.
- O kurwa- powiedział Henry, kiedy otworzył oczy i zobaczył w czym wylądowali. Było to coś w rodzaju niewielkiej sadzawki wypełnionej po brzegi ciałami i kośćmi młodych ludzi. Rozpoznał kilka z gnijących, nadgryzionych ciał. To były osoby, które chodziły z nim na zajęcia.
- Popatrz tylko…- powiedział do niego Mark. Henry poniósł wzrok i spojrzał na to, co wskazywał jego kolega.
Znaleźli się w wielkim pomieszczeniu, którego ściany pokrywała ciemna, gęsta maź. Ta sama maź zwisała z sufitu, długimi glutami. Obok ścian znajdowały się liczne sadzawki, takie jak ta, w której wylądowali. Wszystkie wypełnione były rozkładającymi się ciałami. Środek pomieszczenia zajmowało to, co wskazywał Mark. Były to jaja, pieprzone, czarne, małe jaja. Wyglądem przypominały piłki do koszykówki. Poruszały się. Rytmicznie drgały to w prawo to w lewo. Coś w nich żyło. Coś w nich rosło.
- Chyba robicie sobie kurwa jaja- wyszeptał Henry.
- Nie robimy!- usłyszał znajomy głos. Spojrzał w kierunku, którego dochodził i zgłupiał. Spomiędzy ciał w jednej z sadzawek wyłoniła się postać, która powoli, miarowym krokiem zbliżała się do nich. To był John Martin II. Jego postrzępione ubranie wymazane było krwią, ekskrementami i cieczą, która pokrywała ściany. Zatrzymał się niedaleko nich. Miał martwą cerę, wyglądał jak człowiek, który od kilku dni już nie żył. Henry nie mógł oderwać wzroku od jego oczy. Były inne, John nie miał normalnych źrenic. Jego źrenice były podłużne, jak u kota. Biła z nich dziwna, niewytłumaczalna moc, która napawała studenta jeszcze większym lękiem. Henry czuł jak przejmuje go chłód, jego członki sztywnieją.
- Miło, że wpadliście- głos Johna docierał do nich, chociaż chłopak nie poruszał ustami- przydacie się, niedługo pora karmienia.
- Co się tu kurwa dzieje?- ledwo wydusił z siebie Mark- co się dzieje…
- Cóż to chyba oczywiste? Ale oczywiście wy jesteście zbyt tępi żeby to pojąć. Z racji tego, że niedługo i tak zginiecie, a doszliście całkiem daleko, powiem wam mniej więcej w czym bierzecie udział. Otóż, jak dobrze zauważył Mark, brawo Mark, naszą szkołą kończą wszyscy studenci, co do jednego. Tak naprawdę nie kończy jej nikt. Wszyscy kończą tutaj, tak jak teraz wy. Nie wiem czy wasze ograniczone umysły będą w stanie to pojąć, ale my zajmujemy wasze miejsce. Zapewne teraz zadajecie sobie pytanie „jacy my?”. Na nie nie odpowiem. To zbyt skomplikowane. W każdym razie, już teraz zajmujemy ważne miejsce w waszej hierarchii społeczeństwa, a przy pomocy tego- wyjął z kieszeni garść banknotów dziesięciodolarowych i rzucił je w ich stronę- trzymamy was w ryzach. To zabawne, że kawałek papieru z głupim nadrukiem lepiej was kontroluje niż kajdany i mury. Pierwszy raz się z tym spotkaliśmy. Jesteście najsłabszą rasą, którą przyszło nam podbić. Cóż, jak to powiedział któryś z waszych myślicieli „są na świecie rzeczy, które się filozofom nie śniły”, właśnie bierzecie udział w jednej z nich, ale pora już zakończyć tę farsę. Panowie miło było was poznać. Żegnam panów.
John klasnął w dłonie i pomieszczenie spowiła ciemność. Mark zaczął się drzeć. Henry zanurkował w sadzawkę i starał się schować pod stosem ciał. Jego kompan ciągle krzyczał. Nagle, gwałtownie jego krzyk się urwał. Henry usłyszał odgłos cichego ssania. Później intuicyjnie poczuł, że coś się zbliża. Pogodził się ze swoim losem. Przeżegnał się i podniósł na nogi.
- Dawaj skurwielu, pokaż na co cię stać! - krzyknął i poczuł na karku czyjś śmierdzący oddech.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -