Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Dobry żart tynfa wart

Jacek Jaciubek

Dzieci są złe,
Dzieci są złe,
Dzieci są złe,
Dzieci są złe!

Zielone Żabki



- Henry! Hej, Henry, spójrz no tutaj!
- Co się stało?
- Spójrz! Chodź i zobacz, co znalazłem!
- Co takiego?
- Spodoba ci się! Na pewno! Możesz mi wierzyć.
- Ale co to takiego?
- Nie pytaj, tylko chodź tu wreszcie i sam zobacz.
- Na pewno to takie fajne?
- Jeszcze jak! Możesz mi zaufać!

W przestronnej jadalni siedział przy stole niski chłopiec o obfitej blond czuprynie z grzywką i zajadał naleśniki oblane słodkim sosem czekoladowym. Twarz miał całą umorusaną czekoladą, kleistym owocowym nadzieniem i bitą śmietaną, którymi sowicie okraszone było danie. Nie przejmował się tym, tylko pożerał coraz większe kawałki z talerza.
Gdzieś w pobliżu trzasnęły drzwi.
- Henry! – zawołał kobiecy głos. – Henry, wróciłam!
- Cześć mamo – odpowiedział chłopiec, gdy kobieta pojawiła się na progu kuchni. W rękach trzymała dwie wielkie torby wypełnione zakupami. Postawiła je z trudem na stole, odsapnęła ciężko i przetarła czoło dłonią.
- Mam wrażenie, że z każdym dniem te zakupy robią się coraz cięższe – powiedziała z westchnieniem.
Jane była wysoką, szczupłą, urodziwą blondynką w typie, jaki uwielbiają Amerykanie, choć gdy przyjrzeć się bliżej jej twarzy dostrzec było można wyraźne ślady zmęczenia życiem. Miała nieduże worki pod oczami, kilka zmarszczek wokół nich i ust, a także spracowane domowymi obowiązkami dłonie. Doskonale się jednak maskowała. Pomimo pewnych oznak starzenia czy raczej posuwania się w latach, zdawała się zadowolona z życia, wręcz kipiąca energią, a spięte w kitkę włosy nadawały jej postaci młodzieńczy i pogodny wygląd.
Spojrzała z uwagą na chłopca, który zmiatał już z talerza resztki, podeszła do niego, pocałowała go w głowę i rozczochrała mu bujne włosy. Wywołało to na jego twarzy nieprzyjemny wyraz, którego Jane nie zauważyła.
- Cześć zuchu! – przywitała go radośnie zabierając się do rozpakowywania toreb. – Widzę, że dobrałeś się do naleśników. Bardzo dobrze! Mam nadzieję, że ci smakowały? – raczej stwierdziła niż zapytała, zerkając z ukosa na pusty talerz.
- Były pyszne, mamo – potwierdził malec.
Tak naprawdę naleśniki podgrzała i podała mu starsza siostra Deborah przed wyjściem na trening. Henry nie potrafił jeszcze sam przygotowywać sobie posiłków, poza mało skomplikowanymi kanapkami lub odgrzewanym jedzeniem z zamrażarki. Jednakże przekonanie siostry, by zrobiła mu naleśniki zajęło mu trochę czasu i… gróźb. Oczywiście dziecięcych, zupełnie niewinnych gróźb.
Chłopiec nazywał swą siostrę Debbie, choć nienawidziła ona zdrobnień swego imienia i próbowała całą rodzinę przekonać do tego, by zwracać się do niej pełnym imieniem. Dawało jej to poczucie dorosłości. Póki co sojusznika znalazła tylko w osobie ojca, który już od kilku lat nie nazywał jej „swoją malutką, słodziutką Debbie”. Ku jej niezadowoleniu brat i matka wciąż obstawali przy skróconych wersjach.
Deborah była bardzo ładną nastolatką, podobną do swej matki, jednak już teraz nieco od niej wyższą, z pewnością smuklejszą i znacznie chętniej eksponującą długie, zwykle opalone na brąz nogi. Należała do tego typu dziewczyn, w których kocha się zwykle pół szkoły, ba!, cała szkoła łącznie z nauczycielami.
Teraz Debb nie było jednak w domu. Prawie godzinę przed powrotem matki wyszła na trening. Grała w szkolnej reprezentacji siatkówki i regularnie trzy razy w tygodniu meldowała się na treningu w szkolnej hali sportowej. Była jedną z lepszych zawodniczek pod względem umiejętności czysto sportowych, zaś względem urody i rozentuzjazmowania widzów na jej widok okupowała niezmiennie czołowe miejsce w hierarchii drużyny. Reszta koleżanek z zespołu nie miała jej zresztą czego zazdrościć, bo traf chciał, że większość z nich jawnie grzeszyła urodą. Nie od dziś wiadomo, że siatkarki cieszą się powodzeniem u płci brzydkiej, a ich stroje pozwalają je podziwiać w niemal pełnej krasie, a reszty się domyślać. Dziwnym zbiegiem okoliczności mecze przyciągały więc liczną widownię, głównie męską, głodną sukcesów sportowych i, w nie mniejszym stopniu, doznań estetycznych, a już na pewno chętnie korzystającą z okazji obejrzenia niemal darmowego spektaklu nagich ramion i zgrabnych nóg. Do tego sprowadzili siatkówkę wszyscy mężczyźni.
Debb nie było w domu już prawie od godziny. Henry`emu to wystarczyło.
Patrzył teraz jak matka upycha w lodówce i po szafkach zakupione produkty. Czasami zastanawiał się jak jedna kobieta jest w stanie to wszystko sama unieść. Jego kolega ze szkolnej ławki, Sam, stwierdził, że z pewnością jest to kara za grzechy, jakich dopuściła się pierwsza kobieta, kiedyś dawno temu. Gdy Henry zapytał jakie to grzechy, Sam po bardzo długim namyśle odparł rezolutnie, że pewnie nie chciało im się nosić zakupów i ktoś stwierdził, że w takim razie będą je już dźwigać zawsze. Henry`emu wyjaśnienie to wydało się zabawne, ale tandetne; był niemal przekonany, że coś podobnego słyszał wcześniej na lekcji religii. Uśmiechnął się do tego wspomnienia nie przestając obserwować krzątającej się matki.
- Jak było w szkole? – zapytała Jane, upychając mrożonki w ciasnym zamrażalniku. – Zdarzyło się coś nieziemskiego?
- Nic takiego. Właściwie to, co zwykle – odpowiedział Henry znudzonym głosem.
- Naprawdę nic godnego uwagi? – dopytywała matka.
- Nie, mamo, tam się nigdy nic nie dzieje – chłopiec zdawał się być coraz bardziej znużony.
- Więc jak ty tam jeszcze wytrzymujesz? – zaśmiała się.
Naprawdę nie mam pojęcia, pomyślał chłopiec. Ale tego wolał nie mówić matce. Zresztą powinno być to dla niej oczywiste. Przecież każdy nienawidzi szkoły i on nie był wyjątkiem. Wiedział, że chodzi tam tylko i wyłącznie po to, żeby matka nie musiała się wstydzić przed rodziną i znajomymi. Nie przychodził mu do głowy żaden inny rozsądny powód codziennej męczarni w szkolnej ławie od rana do wieczora. Miał nadzieję, że gdy skończy się ten koszmar jego życie będzie wreszcie normalne i szczęśliwe. Może nawet kiedyś wysadzi szkołę w powietrze, ale byłby czad.
- Hej, Henry, pomożesz mi? – matka ściągnęła go z powrotem do trzeszczącej rzeczywistości. – Wypakuj proszę te paczki i połóż je w dolnej szufladzie, o w tamtej! Nie są ciężkie. Ja muszę iść do łazienki, jestem trochę zmęczona. A dziś było jeszcze tak duszno, strasznie po prostu. Mam nadzieję, że w nocy będzie burza, bo ta pogoda jest nie do wytrzymania.
Chłopiec uśmiechnął się i z niekłamanym zapałem zabrał się do rozmieszczania woreczków z zupkami, opakowań kakao i mąki oraz innych szpargałów do szuflad. Kobieta oddaliła się w kierunku łazienki.
Gdy tylko zniknęła za progiem, chłopiec rzucił paczki na stół i zaczął nasłuchiwać w skupieniu, lekko pochylony nad stołem, jakby chciał wyłapać nawet najdrobniejszy szelest.
Najpierw usłyszał ciche nucenie, następnie trzask zamykanych drzwi, aż wreszcie bulgotanie wody płynącej z kranu. Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Chłopiec napiął się, niemal położył na stole łowiąc najcichsze szmery. Moment później dotarł do jego uszu dźwięk, którego niecierpliwie oczekiwał wypięty jak struna – odgłos zamykanej klapy od ubikacji. Już po chwili jednak wszystkie inne dźwięki przegonił inny, znacznie od nich potężniejszy i gwałtowniejszy, rozdzierający przestrzeń i bębenki w uszach niczym startujący odrzutowiec.
Kobieta w łazience krzyczała wniebogłosy.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi wejściowe i do domu wbiegł z przerażoną miną ojciec Henry`ego - Bob. Rzucił w kąt swą teczkę i popędził biegiem w kierunku źródła niemilknącego wrzasku. Wrzasku przerażenia.
Chłopiec biegł tuż za nim.
Wpadli do łazienki niemal równocześnie. Henry`emu wystarczył rzut oka, by zorientować się w sytuacji. Wiedział o tym, co się wydarzy już wcześniej, ale nie mógł przegapić okazji, by przekonać się na własne oczy jak się sprawy mają. Jego oczy błyszczały szczęściem.
Ojciec omiótł pomieszczenie wzrokiem. Nie zobaczył nic nadzwyczajnego, więc ukląkł przy żonie i objął ją czule.
Jane płakała, zwinięta w kącie, z twarzą obrzmiałą i czerwoną jak burak. Nie mogła złapać tchu, ani tym bardziej wykrztusić z siebie słowa.
- Co się stało? – zapytał Bob z czułością. – Nie płacz, już wszystko dobrze, wszystko w porządku. Jesteśmy tu, blisko. Nie płacz, kochanie.
Odpowiedziało mu łkanie. Kobieta kuliła się w ramionach męża, drżąc na całym ciele. Strumień łez na jej twarzy na chwilę się zatrzymał.
- Już wszystko dobrze, jestem tu, nie płacz proszę – pocieszał ją mąż. – Powiedz tylko co się stało.
Jane zaczęła się uspokajać, choć nie przyszło jej to z łatwością. Twarz miała napuchniętą jak przy śwince, makijaż rozmył się po policzkach, a z nosa spływał duży, galaretowaty glut. Henry, który cały czas stał tuż za ojcem i przyglądał się tej scenie, przyznał w duchu, że efekt przeszedł jego oczekiwania – matka przemieniła się w upiora.
Bob nadal próbował wydobyć z niej cokolwiek, ale widząc, że nie przynosi to rezultatu, czekał cierpliwie, aż jego żona się uspokoi. Po chwili to nastąpiło. Matka Henry`ego przestała płakać, wytarła się wygrzebaną z kieszeni chustką, wysmarkała nos i odgarnęła z czoła zlepione potem kosmyki.
- Ubikacja – powiedziała z trudem, jakby było to pierwsze słowo wypowiedziane w życiu.
Mężczyzna nie dosłyszał.
- Ubikacja – powtórzyła. – W środku.
- Co w środku? – zapytał głupio Bob.
- Zobacz, co jest w środku – wykrztusiła.
Jej mężowi najwyraźniej to nie wystarczyło, bo przyjrzał się raz jeszcze twarzy swojej żony, wstał i podszedł do ubikacji. Spojrzał w dół. Z jego ust wymknęło się ciche „o kurwa”.
Chłopiec podszedł również i spojrzał spod ramienia swego ojca w to samo miejsce, choć nie musiał tego robić. Wiedział co tam zobaczy.
W płytkiej wodzie pływał niezgrabnie włochaty korpus wielkiego szczura. Był pozbawiony głowy i ogona.

Gdyby ściany mogły mówić być może wyjawiłyby Debb sekret jaki dzieliły z Henry`m. Być może jednak wcale nie miałaby ona na to ochoty. Wiadomym jest wszak, iż choć ściany wprawdzie potrafią doskonale słuchać, to jednak mówienie nie przychodzi im już z taką łatwością. Być może to sprawia, że częściej boimy się ich samych niż tego, co rzeczywiście może się za nimi czaić.
Debb nie zaprzątała sobie głowy podobnymi rozważaniami, gdy późnym popołudniem wracała z wycieńczającego treningu. Dziś jej drużyna przeszła ostrą dawkę ćwiczeń sprawnościowych, a na sam koniec trenowała zagrywkę. Trener zespołu, starszy, z lekka zasuszony facet niejedno w swej karierze trenerskiej osiągnął, zaś na stare lata, widząc, że jego metody nie należą już do najświeższych, postanowił poszukać jakiejś cichej przystani, w której jego rzemiosło mogłoby się jeszcze do czegoś przydać. Taką też przystań znalazł, zakotwiczył w niej, przywiązał cumę do brzegu i z dobrymi efektami zajmował się dziewczęcą siatkarską reprezentacją szkoły od niemal trzech lat. Wielu złośliwców twierdziło, że silniejszą motywacją do objęcia tej posady od potrzeby kontynuacji trenerskiego fachu były nogi. A w jeszcze większym stopniu pośladki. Gdyby jednak zawsze słuchać złośliwców świat byłby zalany oceanem żółci z ich żołądków.
Choć oczywiście nogi i pośladki nie były zupełnie bez znaczenia.
Przepowiadano, że trener może w niedługim czasie otrzymać ofertę z rodzaju tych nie do odrzucenia, a mianowicie posadę prowadzącego ekipę siatkarską mężczyzn (czy też raczej chłopców) w tej samej szkole. W tym specyficznym światku przejście z ekipy żeńskiej do męskiej wciąż uznawano za awans i szczególny rodzaj uznania. Podobnie jak we wszystkich sportach drużynowych, tak i w siatkówce prestiż drużyny męskiej był nieporównywalny z renomą żeńskiego odpowiednika.
Zwykle do domu Debb wracała z dwiema koleżankami, które mieszkały w pobliżu jej domu, jednak dziś nie pojawiły się one na treningu, a okazję od razu wykorzystał Jeff. Debb miała o nim jak najgorsze zdanie. Uważała, że jest wyjątkowo paskudnym przykładem zarozumialstwa połączonego z graniczącym z absurdem przekonaniem, iż wszyscy dookoła podzielają zdanie samego zainteresowanego. Po części było to prawdą. W szkole znalazłoby się kilka tuzinów dziewczyn, które dałyby sobie rękę odjąć za noc lub przynajmniej całusa od „boskiego” Jeffa (w ostateczności wystarczyłoby długie namiętne spojrzenie jego piwnych oczu). Z pewnością nie był brzydalem, nie był też głupkiem, choć rozmowa z nim łatwowiernego człowieka mogła doprowadzić do poważnych kompleksów; był też znacznie bardziej wysportowany niż większość jego rówieśników. To wszystko nie robiło na Debb najmniejszego wrażenia, miała po prostu odmienny gust od wielu swoich koleżanek. A Jeff wyjątkowo mocno działał jej na nerwy. Za jego najobrzydliwszą cechę ujawniającą się w kontaktach z płcią piękną uważała tendencję do przypodobania się podrywanej dziewczynie za wszelką cenę, połączoną z wyraźną chęcią do uświadamiania jej, o ile będzie uboższa, jeśli mu, o zgrozo, odmówi.
- Hej, słonko! – krzyknął z wnętrza pożyczonego od ojca, czerwonego jak krew Cadillaca, gdy tylko Debb wyszła z sali. – Dokąd się wybierasz?
- Daj spokój, Jeff. Wiesz, że nie dalej niż do domu. Do własnego domu.
- Och, nie bądź taka szybka w wydawaniu sądów na temat tego gdzie i z kim spędzisz dziś wieczór. Podejrzewam – kontynuował chłopak podnosząc do góry okulary przeciwsłoneczne, które nosił mimo pochmurnego dnia; okulary robiły na Debb jak najgorsze wrażenie – a moje podejrzenie może, a nawet musi, wydawać się słuszne, że dziś ta młoda i jakże piękna dama wyruszy w najbardziej niezapomnianą podróż życia. Nie muszę chyba dodawać, że nie sama, lecz w całkiem miłym towarzystwie.
Gdyby teraz ukryty w krzakach fotograf błysnął fleszem i zrobił Jeffowi zdjęcie, niewątpliwie trafiłoby ono prędko na okładkę kolejnego numeru jakiegoś poradnika stomatologicznego.
- Jeff, daj sobie spokój – odparła Debb. – Jedź do domu tym swoim pożyczonym od tatusia cudeńkiem i w swoim przemiłym towarzystwie zwal porządnie konia. Podejrzewam, że nie robiłeś tego od stuleci – takie zaniedbanie może być niebezpieczne.
- Widzę, że słodka panienka ma dość cięty język – chłopak nadal tkwił za kierownicą swego wozu i głupkowato się uśmiechał. – Jak ja lubię takie pieprzne języczki, sprawiają, że czuję się jeszcze lepiej niż zwykle.
- Doprawdy? Nie sądzę, by było to możliwe.
- Nie znasz mnie jeszcze kochane słonko, ale, co muszę uczciwie przyznać, oto właśnie nadarza ci się ku temu niepowtarzalna okazja. Ofiaruję ci siebie – rozłożył ręce w geście mówiącym „bierz mnie całego” – siebie i jeszcze raz siebie. Czyż to nie jest kusząca propozycja? Oczywiście – zaczął na nowo, gdy tylko Debb otworzyła usta, by rzucić mu kolejną ciętą ripostę – nie musisz odpowiadać od razu, zastanów się dobrze, lecz nie za długo. Bo niby nad czym się tu zastanawiać? Chodź ze mną księżniczko, pokażę ci moje bajeczne królestwo i pozwolę ci się w nim zapomnieć.
- Powiedziałam ci już, żebyś lepiej popracował ręką, skoro głową ci nie wychodzi – Debb była coraz bardziej zażenowana całą sytuacją, która nawiasem mówiąc powtarzała się nie po raz pierwszy; za wszelką cenę chciała spławić natręta przed dotarciem do domu, bo gotów jeszcze pomyśleć, że czekanie przed wejściem to całkiem rozsądny pomysł. Nie chciała wzywać policji, bądź co bądź to tylko kolega ze szkoły, głupkowaty nastolatek, w którym hormony buzują jak woda gazowana we wstrząśniętej butelce. Ruszyła więc spokojnym krokiem drogą do domu starając się nie zwracać zbytniej uwagi na zaczepki Jeffa.
Ten jednak zdawał się tylko na to czekać. Przekręcił kluczyk w stacyjce, wrzucił jedynkę i ruszył bardzo powoli dopasowując się do kroku Debb. Jadaczka mu się przy tym nie zamykała.
- Uwielbiam twój niewyparzony język, moje słońce…
- Przestań mnie nazywać swoim słońcem, księżniczką czy w jakikolwiek inny sposób! – Debb była mocno wściekła, choć, co przyznała w duchu, także rozbawiona staraniami chłopaka; nie chciała jednak pozwolić, by sytuacja niebezpiecznie się rozwinęła, wolała spławić niechcianego adoratora jak najszybciej.
- Oczywiście, co tylko rozkażesz kochanie – uśmiech Jeffa tylko się rozszerzył. – Twoje ataki wściekłości są jak balsam na moje serce. Czy zdajesz sobie z tego sprawę? Wprost nie mogę sobie wyobrazić co się będzie działo, gdy zaczniesz mi prawić komplementy.
- Z pewnością tego doczekasz. Zabiję cię, urwę ci jaja a potem wyrzucę na śmietnik ze smutną miną i cichym westchnieniem: ach, jakie piękne jaja, jaka szkoda, że się zmarnowały.
Debb aż parsknęła śmiechem wyobrażając sobie tę scenę. Chłopakowi za to po raz pierwszy zrzedła mina. Na chwilę zaledwie.
- Tak właśnie zrobisz – odparł, odzyskując rezon i swój normalny bananowy uśmieszek – a potem zapłaczesz rzewnymi łzami nad rozlanym mlekiem. Ale nie, doskonale wiemy to oboje, że tak mądra i rozważna dziewczyna, czy raczej, nie bójmy się tego powiedzieć, kobieta, nie posunie się do tak bezrozumnego czynu.
- Powinieneś zostać aktorem.
- Tak myślisz? Przecież to tylko jeden z moich wielu talentów. Potrafię świetnie grać, lecz tylko w odpowiednich, wymagających tego okolicznościach, z pewnością nie teraz. Teraz jestem prawdziwszy niż… niż… – po raz pierwszy Jeff się zaciął – niż obraz Mony Lizy w Luwrze – dokończył z westchnieniem i nie mniejszym niż wcześniej uśmiechem.
- Ha ha, nie wiedziałeś? To akurat jest duplikat. Oryginał jest przechowywany w sejfie w ściśle strzeżonym miejscu.
- Poważnie? – zdziwił się chłopak. – Co tam, to nieistotne, ważna jesteś ty, ty i ja, my, objęci, kochający się, na zawsze razem, już nigdy się nie rozstający. O, to prawdziwie spełnienie.
- Widzę kolejną ścieżkę kariery wprost wymarzoną dla ciebie: poeta. Więc zamknij się w swoim pięknym zamku, mości książę, pisz wiersze, graj do czaszki jak Hamlet i masturbuj się całymi dniami, ale zostaw mnie wreszcie w spokoju. Mam serdecznie dość ciebie, twojej głupiej gadki i już najbardziej twojego durnowatego uśmiechu. A, przepraszam, mam też dość tego głupiego samochodu. Więc powtórzę tylko raz, ale wolałabym, żebyś tym razem zrozumiał: nie jedź za mną! Rozumiesz? Nie jedź, nie parkuj pod moim domem, nie odzywaj się do mnie, nie podrywaj, nie zapraszaj nigdzie, nie próbuj mnie już więcej łapać na ten twój głupkowaty, wyuczony, cyniczny uśmieszek i daj mi wreszcie święty spokój!
Debb poczuła jakby spuszczono z niej powietrze. Miała wrażenie, że zwinie się zaraz w rulon jak pozbawiony tlenu materac.
Jeff z kolei na moment otworzył usta niczym ryba łapiąca gwałtownie powietrze, ale już po chwili zagościł na jego twarzy, a właściwie rozpanoszył się na nowo, dobrze znany wszystkim grymas. Debb nie mogła w to uwierzyć. Zdawało jej się, że ta zjadliwa wypowiedź do niego dotrze, pozbawi animuszu, zmusi do odwrotu, ale nic takiego się nie stało.
- Wiedziałem, że dobrze wybrałem. Jesteś warta moich starań – odrzekł beztroskim tonem chłopiec rozpierając się wygodniej w fotelu.
Debb nawet na moment nie przystawała. Teraz dotarło do niej, że nie ma sensu się odzywać, skoro cała jej przemowa nie zdała się na nic. Wiedziała już, że obok niej jedzie samochodem w żółwim tempie nie człowiek, lecz ściana, goła ściana, o którą można rzucać grochem, ale z którą z pewnością nie da się porozumieć.
I nagle dziewczynie zaświtał w głowie genialny plan. Nie namyślając się nad nim zbyt długo chwyciła grubą gałąź rosnącej przy ścieżce brzózki i ułamała ją, napierając na nią całym ciałem. Podrzuciła drąg w powietrze i z uśmiechem zważyła w dłoni. Spojrzała na upartego podrywacza w jego krwistoczerwonym samochodzie i ruszyła w jego kierunku.
Jeff rozglądał się akurat po drodze i sprawdzał w lusterkach czy nikt się do niego nie zbliża od tyłu, gdy spadł pierwszy cios. Chłopak podskoczył na siedzeniu i gwałtownie nacisnął na hamulec, niemal uderzając przy tym czołem o kierownicę, choć prędkość była minimalna. Spadły mu przy tym okulary i po raz pierwszy Debb mogła zobaczyć prawdziwy wyraz jego twarzy, pozbawiony maski, śliskiej od kłamstwa obłudy i egocentryzmu. Kiwnęła głową – ten wyraz twarzy ją wyraźnie usatysfakcjonował. Zadała kolejny cios. I kolejny. I jeszcze jeden. Przestała dopiero wtedy, gdy gałąź pękła z trzaskiem, a jej większa część spadła na asfalt.
Debb przyjrzała się swemu dziełu z zadowoleniem przechodzącym niemalże w rozkosz. Ze wstydem przyznała przed sobą, że chyba nigdy wcześniej nie była tak podniecona. Gdyby Jeff chciał ją teraz wziąć w swoim aucie nie opierałaby się ani chwili.
Chłopak jednak nie podzielał entuzjazmu dziewczyny. Stał bezradnie na środku ulicy z miną ryby wyrzuconej w czasie sztormu na brzeg, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
- Samochód… mój ojciec… zabije… - bełkotał bezradnie.
Maska czerwonego Cadillaca przedstawiała żałosny widok. Cała jej powierzchnia pokryła się siatką wgnieceń i zadrapań, w kilku miejscach lakier odpadł tworząc srebrne łaty na czerwonej powierzchni, zwykle płaskiej jak stół, teraz pofalowanej niczym wzburzone morze. Lewy reflektor został rozbity, a jego resztka zwisała smętnie niczym gałka oczna na sprężynce. Antena radiowa nadal była na swoim miejscu, choć teraz nie przypominała już linii prostej – była wielokrotną łamaną.
- Co ty zrobiłaś?... – wydukał Jeff. – Mój ojciec mnie zabije. Padnie na zawał jak to zobaczy... Co ja mu powiem?...
- Nic a nic mnie to nie obchodzi – Debb otrzepywała się z drzazg.
- On mnie zabije… Już nigdy nie da mi swego samochodu… Nigdy… Zabije mnie…
- Ale może opłaci ci pogrzeb – zaśmiała się Debb, dziwiąc się jak wisielczy humor się jej trzymał. Rozwalenie samochodu ojca Jeffa poprawiło jej humor i zapewniło gorący strumień adrenaliny.
Chłopak nie słyszał jej słów. Oparł się dłońmi o drzwi i wpatrywał szeroko otwartymi oczami w zniszczoną maskę.
- Ojciec mnie zabije… Nie wytrzyma tego… Ten samochód… tak wiele znaczy…
Debb chwyciła zrzucony przed rozpoczęciem szarży plecak i zarzuciła go z powrotem na plecy.
- Żegnam cię, pięknisiu. Teraz już wiesz co to znaczy zadzierać ze mną. Mam nadzieję, że ta nauczka będzie dla ciebie wystarczająca. Aha, i nie daj się swojemu ojcu. Chyba nie jesteś aż takim mięczakiem?
Chłopak nadal bełkotał oparty o auto.
- Mój ojciec… mój ojciec… - i nagle rozpłakał się.
Skulił się oparty o przednie koło i płakał jak dziecko, niemal kwilił. Długie, zielone smarki pociekły mu z nosa wprost na koszulę. Próbował je zetrzeć, ale tylko wtarł je we włosy. Twarz mu poczerwieniała i spuchła jak bombka choinkowa. Zakrył ją dłońmi jakby bronił się przed cieniami i łkał.
Debb spoglądała na tę scenę z rosnącym przerażeniem. Nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa. Głos w jej głowie podpowiedział co powinna zrobić.
Odwróciła się i biorąc nogi za pas pobiegła, ani razu nie oglądając się za siebie.

- Cześć! – rzuciła głośno, wbiegając do domu.
Nikt jej nie odpowiedział, ale nie zwróciła na to uwagi. Zdjęła z siebie kurtkę i buty, chwyciła plecak i pomknęła na górę. Wpadła zziajana do swego pokoju, zrzuciła z siebie kilkoma ruchami całe ubranie, opatuliła się frotowym szlafrokiem i poczłapała do łazienki.
Zamknęła się od środka i spojrzała w lustro, choć nie miała na to szczególnej ochoty. Wydawało jej się, że wygląda zupełnie normalnie.
Szlafrok powiesiła na haczyku wbitym w ścianę, obok kilku kolorowych ręczników i weszła do szerokiej kabiny prysznicowej.
Strumień gorącej wody podziałał na nią uspokajająco, poddała mu się całkowicie czując jak uwalnia jej ciało z bólu, a umysł z napięcia. Łazienka momentalnie wypełniła się parą.
Woda odprężała i działała kojąco. Debb rozluźniła nieco swe mięśnie i poczuła jak bardzo wyczerpał ją dzisiejszy trening. Kierowała strumień na te partie ciała, które jej najbardziej doskwierały. Najpierw kostki, lekko nadwerężone od ciągłych podskoków, podobnie jak łydki – prysznic leczył je niczym balsam doświadczonej znachorki. Coraz wyżej i wyżej, w kierunku lewego uda, które było obolałe po jednej z dzisiejszych akcji, gdy musiała wybronić wyjątkowo trudną piłkę. Nie udało jej się, ale trener pochwalił ją za poświęcenie. Woda ogrzewała intensywnie bolące miejsce, zaciśnięty kurczowo mięsień. Teraz wyżej, jeszcze wyżej. Pierwsze, nieśmiałe krople padły na króciutko przystrzyżone włoski łonowe. Po chwili dołączyły do nich kolejne, aż wreszcie paszcza prysznica znalazła się dokładnie naprzeciwko zarośniętego wzgórka łonowego, zalewając go niczym gejzer.
Ciałem Debb wstrząsnął dreszcz. Momentalnie zapomniała o bólu, wycieńczeniu organizmu, niemiłej przygodzie z Jeffem i całym bożym świecie. Została na nim sama, całkowicie sama, cudownie sama. Poddała się temu pragnieniu, gdy wrzący wodospad liznął ciemne wybrzuszenie nad kępką włosków ostrym jak brzytwa językiem, tnąc tym samym całe jej ciało na miliony drobniutkich kawałeczków, z których każdy ekstatycznie wibrował. Nie przestawała też, gdy ziejąc ogniem wdarł się w nią cały, głęboko do środka, myjąc i pieszcząc troskliwie, acz zdecydowanie. Uniosła się na fali bawiącej się zmysłowo jej ciałem. Rączka prysznica przesuwała się teraz to w górę, to znowu w dół, macając wciąż nowe, nieznane krainy wodnistym podmuchem. Dziesiątki cieniutkich języczków zawładnęło niewielkim wzgórkiem i głębokim rozcięciem tuż pod nim.
Debb oparła się plecami o chłodne kafelki i sięgnęła palcami drugiej ręki ku swemu kroczu. Przesuwała dłoń coraz niżej aż trafiła na swe ulubione miejsce i potarła je mocno. Zbyt mocno, ale nie przeszkadzało jej to. Ledwo stała na nogach, a z jej rozchylonych warg wydobywał się niski, ciągły jęk.
Spienione fale porwały jej ciało od zewnątrz i od wewnątrz, a ona poddała się temu biernie, jak usłużna niewolnica.
Środkowy palec przesunął się niżej i wsunął z łatwością do wilgotnego wnętrza. Długo nie mógł trafić na żadną przeszkodę, aż wreszcie oparł się o samo dno. Debb aż podskoczyła.
Nie była już w stanie ustać na nogach. Wyjęła powoli palec mrucząc przy tym cicho. Postanowiła usiąść.
Złapała się metalowej rurki, służącej do przytrzymywania rączki prysznica, by się podeprzeć. Trafiła na coś włochatego, a nieco niżej bardzo ostrego, nieprzyjemnego, czego z pewnością nie powinno tam być. Cofnęła ręka z obrzydzeniem i obejrzała ją uważnie, ale nie było na niej śladu. Spojrzała w kierunku rurki, lecz nic nie dostrzegła, mlecznobiała para była gęstsza niż londyńska mgła o poranku.
Zakręciła wodę i czekała. Nieprzejrzysta zasłona zaczęła opadać. Podobnie jak podniecenie, które zupełnie wyparowało.
Debb wpatrywała się intensywnie w punkt na wysokości jej oczu. Coś ciemnego wyłaniało się z obłoku. Jeszcze chwila i zobaczy co tam jest. Para przerzedzała się coraz szybciej, odsłaniając ciemną niespodziankę.
Debb przez kilka sekund, które wydawały się jej później wiecznością, przyglądała się z niedowierzaniem temu, co zobaczyła, próbując uwierzyć, że nie jest to tym, o czym myśli.
Na czubek połyskującej metalicznie rurki nabita była szczurza głowa z szeroko otwartą paszczą, ukazującą bogate i ostre jak ostrza uzębienie. Spomiędzy błyskających złowrogo kłów ciągnęła się strużka zakrzepłej, bordowej mazi.
Dziewczyna skuliła się gwałtownie i odsunęła w najdalszy kąt kabiny.
Jej wrzask długo odbijał się od głuchych ścian domu.

W małym pokoju paliła się tylko lampka biurowa dająca mdłe światło i ekran komputera. W jego blasku siedział zmęczony ojciec Henry`ego i co jakiś czas stukał w klawisze, a znacznie częściej poruszał leżącą z boku myszką. Popijał przy tym dawno wystygłą kawę z cukrem, która miała go utrzymać w stanie bezsenności przez długie nocne godziny.
Bob ubrany był w bielutką jak świeży śnieg koszulę, a na jego szyi wciąż tkwił, lekko tylko rozluźniony krawat. Należał do tego rodzaju ludzi, którzy nawet we śnie potrzebują być ubrani. Jego żona po cichu marzyła, że po ślubie zaczną nie tylko ze sobą sypiać, ale także sypiać nago. Tymczasem mąż każdego wieczoru wbijał się w swoją ulubioną piżamę z długimi rękawami i takimi nogawkami, której Jane nienawidziła, tłumacząc przy tym, że bez niej czuje się nagi.
Bo właśnie taki powinieneś być, myślała wtedy kobieta. A potem odwracała się na drugi bok i zasypiała.
O zdejmowaniu ubrania przed snem nie mogło być mowy. Tak więc mężczyzna ślęczał przed komputerem mając na sobie ten sam garnitur, który przez cały dzień nosił w firmie. Nie przeszkadzało mu to w najmniejszym stopniu. Nie przepadał za dresami, krótkimi spodenkami, nie rozumiał na czym polega fascynacja dużej części populacji kapciami. On zawsze nosił buty. Dziś i tak pozwolił sobie na rzadko spotykaną ekstrawagancję – poluźnił krawat.
W słabym blasku lampki połyskiwały jego zmęczone, przekrwione oczy, wyczerpane wieloma nocnymi maratonami, w czasie których jedynym napojem energetyzującym była kawa z cukrem, ewentualnie papieros, choć to zdecydowanie rzadziej i tylko w stanach awaryjnych. Dzisiejszy wieczór był szczególny. Mężczyzna kończył właśnie prace nad bardzo ważnym projektem urbanistycznym, który mógł się stać przepustką do naprawdę wielkiej kariery, o jakiej cały czas w głębi ducha marzył. Na jego szczegółowe opracowanie poświęcił wraz ze swoim zespołem kilka ostatnich tygodni i był to naprawdę wyczerpujący okres. Teraz na jego barkach pozostawał trud sprawdzenia wszystkiego krok po kroku i zapięcia na ostatni guzik. Czwartą godzinę siedział przed komputerem szukając błędów, wyłapując nieścisłości i usterki.
Projekt podzielony była na wiele mniejszych części, z których każdą opracowywała inna część zespołu. Całość poświęcona była dokładnemu rozplanowaniu zabudowy dla nowo powstającego osiedla podmiejskiego, według zamierzeń w pełni samowystarczalnego, niemal futurystycznego, a przy tym ekologicznego. Samoregulujące pobór energii domy, baterie słoneczne, wykorzystanie wody deszczowej do kanalizacji, ukryte w podłożu wjazdy do podziemnych garaży, place zabaw dla dzieci w razie opadów nakrywane przezroczystym dachem, a to wszystko otoczone oczywiście bogactwem zieleni, drzew, krzewów i kwiatów, wśród których strudzeni mieszkańcy mieli szukać odpoczynku popołudniami i weekendami. Do zespołu Boba należało szczegółowe zaprojektowanie i rozplanowanie całego osiedla wraz ze wszystkimi jego elementami. Nie zajmowali się kwestiami czysto technicznymi, ponieważ nie leżały w ich kompetencjach.
Ostateczny termin złożenia projektu upływał dopiero w przyszłym tygodniu, ale Bob należał również do tego grona ludzi, którzy lubią robić wszystko zawczasu, miast męczyć się z tym do ostatniej chwili. Wychodził z założenia, że takie podejście gwarantuje mu spokój i poczucie dobrze wypełnionego obowiązku. Jego żona miała w tym względzie odmienne zdanie; uważała, że nie gwarantuje ani jednego, ani drugiego, wręcz przeciwnie, nasila jeszcze negatywne skutki pracy. Mówiła, że to pracoholizm. Bob prychał zawsze, gdy słyszał to słowo; nie sądził, by dobrze oddawało jego stosunek do zawodu. Uważał, że po prostu należy dotrzymywać umówionych terminów, to wszystko. Popadał w irytację, gdy Jane po raz kolejny przypominała mu, że się przepracowuje, siedząc po nocach nad jakimiś projektami. On zbijał jej argumenty odpowiadając, że dzięki tym projektom mają pieniądze, a poza tym fakt, iż wypełnia swoje obowiązki w nocy raz czy drugi pozwala mu potem spędzać więcej czasu z rodziną. W rzeczywistości czas, który obiecywał rodzinie przeznaczał na wciąż nowe projekty, zawsze znajdując przy tym jedno i to samo uzasadnienie – pieniądze.
Pociągnął łyk z wielkiego kubka i wzdrygnął się. Kawa była zupełnie zimna, a przez to straciła swój cierpki smak, który otrzeźwiał go w późnych godzinach. Odstawił kubek i wrócił do przeglądania rysunków z rozplanowaniem części mieszkalnej nowego osiedla. Tu było zdecydowanie najwięcej roboty – ustawić budynki względem siebie wraz ze wszystkimi elementami, ułożyć z nich zgrabną kompozycję, sprawić, by to ułożenie przełożyło się na funkcjonalność. Według niego ta część była o wiele ważniejsza niż część wypoczynkowa. Tę uważał za niemal zupełnie zbędną. Gdyby główny wykonawca tak się nie uparł kto wie, czy w ogóle znalazłaby się w projekcie. Wątpliwe. Niewielu jest jeszcze zapaleńców, którzy myślą, że jak się położą na zielonej trawce pośród kwiatków to im manna sama z nieba spadnie.
Bob prychnął z pogardą wyobrażając sobie taki obrazek. Właśnie oceniał odległości pomiędzy poszczególnymi budynkami, gdy koło jego stóp coś błysnęło. Ekran zamigotał przez chwilę, by zaraz wrócić do normy. Błysk powtórzył się raz jeszcze, ale tym razem monitor miał większe problemy z jego przełknięciem. Na kilka sekund obraz znikł całkowicie, by po chwili pojawić się na nowo. Jeszcze jeden błysk i dziwny dźwięk, jakby syk wielkiego egzotycznego węża.
Kursor myszki natychmiast skierował się ku ikonce dyskietki w lewym górnym rogu ekranu. Mężczyzna zapisał dokumenty na dysku. Miewał do tej pory kilkakrotnie w swoim życiu do czynienia z awariami komputerów, więc nauczony doświadczeniem swoim i wielu swoich kolegów w pierwszym odruchu zapisywał dokument, a zaraz potem najważniejsze materiały z dysku nagrywał na płycie. Tam były przynajmniej wolne od zawirowań energetycznych.
Wstał i podszedł do drewnianego regału w rogu pomieszczenia. Pogrzebał na jednej z półek, znalazł pudełko z płytami CD i wyjął jedną z nich. Wracając na miejsce zauważył, że ekran migocze już właściwie nieustannie. Zaniepokoił się i przyśpieszył wykonywanie rutynowych w stanie zagrożenia czynności. Otworzył wejście na płyty CD i włożył płytę do napędu.
Po krótkim, pojedynczym rozbłysku światła ekran zaczął intensywnie migotać. Pod blatem biurka syczący dźwięk nie ustawał i przechodził w odgłos skwierczącej na dużym gazie patelni. Bob schylił się pod biurko, aby dojrzeć co tam się dzieje, ale w tym momencie z kabla łączącego monitor z komputerem poszły iskry. Postanowił go odłączyć od reszty komputera, ale zanim zdążył to uczynić stacja dysków zaczęła wydawać coraz głośniejsze dźwięki. Schylił się więc ponownie pod biurko, ale nie dojrzał tam nic, czego nie widziałby wcześniej. Przez krótką chwilę zdążył pożałować, że nigdy wcześniej nie zainteresował się działaniem komputera poza sprawami, które byłyby mu niezbędne do pracy.
Była to jednak bardzo krótka chwila.
Gdy wreszcie wpadł na pomysł, aby jak najszybciej odłączyć kabel zasilania od komputera i rzucił się w kierunku przedłużacza, komputer wybuchł niemal bezgłośnie, jakby w jego wnętrzu dokonała się właśnie implozja. Iskry tańczące wzdłuż kabli, przed chwilą błyskające niczym zimne ognie, znikły nagle jak ugaszone wodą. Ekran przez moment migotał jeszcze, by wreszcie zgasnąć i przybrać swą ulubioną barwę – głęboką czerń.
W kierunku komputera pofrunęła wiązanka solidnych przekleństw, ale ten niewzruszony trwał w tym samym stanie. Bob usiadł zrezygnowany na krześle i kopnął z całej siły pokrywę stacji dysków.
W tym momencie jego oczom ukazał się dziwny kształt, wystający z jakiejś szpary w tylnej ścianie obudowy stacji. Był ciemny, podłużny i nie przypominał niczego, co Bob widział kiedykolwiek w zestawie komputerowym.
Schylił się i dotknął przedmiotu czubkiem palca. Był bardzo ciepły, prawdopodobnie nagrzany od pracy komputera. Był też śliski, odpychająco oślizgły.
Mężczyzna wzdrygnął się. Nie znał się na komputerach ni w ząb, ale miał niepokojące przeczucie, że rzecz, którą macał nie była jego standardową częścią. Należało jednak przekonać się o tym empirycznie.
Sięgnął do szuflady w regale po śrubokręt, nachylił się nad metalowym pudłem stacji dysków i zaczął odkręcać jej tylną ściankę. Następnie położył ją obok i poświecił sobie lampką z biurka, latarki nie chciało mu się szukać.
Poczuł swąd spalonego plastiku i metalu. Ale poza plastikiem, metalem, dyskami, kostkami pamięci, mnóstwem kolorowych kabli, taśmami, płytkami i cholera wie czym jeszcze znajdowało się ciało obce. Był to przedmiot, który wystawał na zewnątrz. Długi, cieniutki, wyglądający jak jeden z kabli, ale w dotyku wcale kabla nie przypominał – miał włoski. Po karku Boba popłynęła wąska strużka potu, a moszna skurczyła się gwałtownie. To z pewnością nie był kabel, o nie.
Poświecił lampką oświetlając ów podłużny kształt wyraźnie od góry.
Już wiedział co to jest. A przynajmniej domyślał się.
We wnętrzności komputera wplątany był kilkunastocentymetrowy szczurzy ogon. Na jednym z jego końców zasklepiony był usmażony czerwony skrzep krwi.

Na zupełnie pustym, zdawałoby się pozbawionym życia skrzyżowaniu, pojawiły się drobne postaci jadące na rowerach. Byli to dwaj chłopcy.
Dojechali do miejsca, w którym pod kątem prostym krzyżowały się dwie szerokie ulice i na moment zsiedli ze swych pojazdów. Przez krótką chwilę rozmawiali, co i rusz wybuchając gwałtownym śmiechem, aż wreszcie uścisnęli sobie dłonie, na które wcześniej splunęli, wykonali kilka dziwnych ruchów symbolizujących pożegnanie i odjechali każdy w swoją stronę.
Niższy z chłopców, z bujną blond czupryną, zbliżał się bez pośpiechu do rozległego, piętrowego domu stojącego nieco na uboczu, w głębi ocienionego pochyłymi drzewami podjazdu. W biegu zeskoczył z roweru i oparł go niedbale o podmurówkę. Ściągnął swój plecak z bagażnika i nie zatrzymując się choćby na chwilę, wbiegł po drobnych schodkach prowadzących na ganek. Wydało mu się, że drzwi wejściowe są otwarte, co nigdy się nie zdarzało, przynajmniej nie wtedy, kiedy w domu była mama, lekko przewrażliwiona na punkcie bezpieczeństwa własnego i rodziny. Nie zważał jednak na to, tylko pchnął je do środka, otwierając na oścież. Uderzyły głucho w ścianę i zakołysały się na zawiasach. Chłopiec raźnym krokiem wmaszerował do środka.
W domu było zupełnie cicho.
- Cześć wszystkim! – krzyknął chłopiec rozbierając się szybkimi ruchami.
Odpowiedziała mu cisza.
Zrobił zdziwioną minę i wzruszył ramionami. Nie przypominał sobie wprawdzie sytuacji, w której po powrocie ze szkoły zdarzyło mu się nie zastać nikogo z domowników, ale przecież nie było to znowu takie dziwne. Koledzy z klasy niejednokrotnie już zostawali sami w domu, nawet wieczorami, i zdążyli się do tego przyzwyczaić, zresztą i on bywał do tego zmuszony. To, że do tej pory zawsze ktoś na niego czekał po szkole niczego nie oznaczał. Na pewno rodzice mieli coś ważnego do załatwienia i nie zdążyli go powiadomić przed wyjściem, nie ma się czym przejmować. Wczoraj też przecież musiał być w domu sam przez jakiś czas, gdy Debb wyszła na trening, a mama nie wróciła jeszcze z zakupów. To normalne, na pewno zaraz wszyscy wrócą. A może mama jest w domu, tylko śpi na górze w sypialni. Być może jest też tam Debb; gdy zamknie się w swoim pokoju i nastawi głośno muzykę dźwięki za świata normalnych ludzi do niej nie docierają. Tak myślał chłopiec i wchodząc na górę spodziewał się nagłego okrzyku radości na jego widok z któregokolwiek z pokoi. Z takim przeświadczeniem wdrapywał się po schodach ciągnąc za sobą swój ciężki plecak.
Na górze przywitała go cisza.
Cisza znacznie głębsza niż na dole, bo mniej spodziewana, prawdziwy mur ciszy, o który stał oparty nie wiedząc co robić.
Zazwyczaj to właśnie górne piętro pulsowało życiem w rodzinie Henry`ego. Parter zaś był strefą wykluczoną z zabaw ze względu na umiejscowienie gabinetu ojca – dzieci hałasujące pod jego drzwiami były zjawiskiem niepożądanym. Dlatego też rodzeństwo wyżywało się na piętrze, a i ich matka także wolała przebywać tutaj, by nie przeszkadzać mężowi. Cisza była zjawiskiem obcym w tym miejscu, niemal nieznanym. Henry był tym odkryciem nieco zdziwiony.
Ruszył przed siebie korytarzem, stawiając ostrożne kroki na miękkiej wykładzinie, jakby dostosowując się do otaczającej go ciszy i bojąc się ją naruszyć. Zatrzymał się przed drzwiami pokoju Debb i ostrożnie zapukał.
- Cześć Debb! – krzyknął, opierając policzek o zimne drewno i nasłuchując.
Nikt nie odpowiedział. Henry przyjrzał się uważnie drzwiom, szukając na nich odpowiedzi na postawione w głowie pytanie, a nie znalazłszy niczego przyłożył raz jeszcze ucho do matowej, drewnianej powierzchni, próbując wyłowić jakieś dźwięki z wewnątrz, jakikolwiek znak świadczący o tym, że jego siostra tam jest. Nasłuchiwał tak przez dłuższą chwilę, ale do jego uszu nie dobiegł nawet najmniejszy szmer.
Przyszedł mu do głowy pewien pomysł, ale bał się samej myśli o nim. Walczył ze sobą przez jakiś czas, wreszcie jednak położył swą drobną dłoń na klamce i lekko ją nacisnął. Zdawał sobie doskonale sprawę, że właśnie naruszył niepisaną umowę bratersko-siostrzaną zakazującą pod jakimkolwiek pozorem wchodzenia do pokoju rodzeństwa. Wiedział także, że gniew Debb, kiedy się o tym dowie (a na pewno się dowie) będzie znacznie większy niż jego strach w tej chwili. Mimo to postanowił zaryzykować. Reakcja siostry była jednak dość odległą perspektywą. Wydawało mu się, że później zdoła się wytłumaczyć ze swego niecnego postępku.
Drzwi popłynęły na zawiasach z cichutkim zgrzytem, odsłaniając skromnie, lecz gustownie urządzony dziewczęcy pokój. Jego główny element stanowiło potężne łóżko stojące pod ścianą, pełne porozrzucanych dla wygody siedzącego poduszek w aksamitnych poszewkach. Nad łóżkiem wisiało kilka plakatów postaci sztandarowych dla dziewczęcia w wieku Debb: blond wokalistka z dużym biustem i wulgarnym makijażem, aktor o egzotycznych rysach, znany głównie z ról niedostępnych amantów, zespół chłopców o hermafrodytycznym wyglądzie. Po prawej stronie stała stara dębowa szafa, rodzinny zabytek odziedziczony po babci, który Debb koniecznie chciała mieć u siebie. Dlaczego, tego już chłopiec nie mógł zrozumieć, szafa wydawała mu się smętna i ponura, a przy tym czuć było od niej dziwny, nieprzyjemny zapach, jakby starości. Może umarł w niej ktoś? Może nawet babcia? Chłopiec machnął ręką w powietrzu, dając do zrozumienia samemu sobie, że ten poziom rozważań jest hańbiący dla kogoś w jego wieku i odwrócił wzrok w inną stronę.
Obok szafy, tuż pod oknem, umieszczone było czyściutkie biurko bez ani jednego niepotrzebnego elementu. Po lewej od wejścia zaś regały z książkami, pamiątkami z podróży, zdjęciami przyjaciółek, znajomych i rodziny, muszelki znad morza i mnóstwo innych szpargałów o zupełnie zagadkowym, zdaniem Henry`ego, przeznaczeniu. Było tu wszystko co można znaleźć w pokoju dorastającej niewiasty.
Chłopiec wszedł do środka. Jego siostry z pewnością tutaj nie było, chyba, że schowała się w szafie, czego nie podejrzewał. Na wszelki wypadek jednak do niej zajrzał, schylił się także aby rzucić okiem pod łóżko – bez rezultatów. Omiótł ponownie wzrokiem otoczenie szukając wskazówek, lecz zdawało się to daremne. Odwróciwszy się ze zrezygnowaną miną wyszedł z pokoju, zapominając o zamknięciu drzwi za sobą. Ruszył dalej długim i kiepsko oświetlonym korytarzem, kierując się w stronę łazienki i sypialni rodziców. Do pierwszego pomieszczenia zajrzał tylko przelotnie. Drzwi do niego były otwarte niemal na oścież, a jeśli Debb lub mama tam wchodziły nigdy nie zapominały o starannym zamknięciu ich za sobą. Na wszelki wypadek zajrzał jednak do świątyni czystości, jak zwykła mawiać o tym miejscu mama, lecz zgodnie z przewidywaniami nie zobaczył niczego godnego uwagi. Najzwyklejsza pod słońcem łazienka: prysznic, umywalka, toaleta, lustro, kilka szafek wypełnionych typowymi przedmiotami, czyli zapasowymi szamponami, mydełkami i golarkami ojca, do tego suszarka do włosów, lokówka, grzebień, małe lusterko, szminka, tusz do rzęs, opakowanie waty i drugie z podpaskami, słoiczek spirytusu salicylowego – nic szczególnego. Pod lustrem szczoteczki do zębów umieszczone w kubku z Kubusiem Puchatkiem, na podłodze wyściełanej jasnymi kafelkami czerwony dywanik kojarzący się z futrem wypielęgnowanego na pokaz psów pudla. Tutaj z pewnością nikt się nie krył, więc chłopiec ruszył dalej.
Dotarł do kolejnych drzwi. Broniły one dostępu do pomieszczenia znacznie bardziej niż pokój Debb chronionego zakazami i nakazami. W pokoju siostry bywał już kilkakrotnie pod jej nieobecność, w sypialni rodziców jego stopa nigdy jeszcze nie stanęła. Zakładał, że tata i mama powinni zrozumieć okoliczności jakie zmusiły go do podjęcia tak rozpaczliwego kroku i wybaczyć mu równie łatwo jak on wybaczył im wyrzucenie na śmietnik figurki Insyzora przed paroma laty – była stara i zepsuta, ale do tego musiał dojść sam, a nie z pomocą rodziców. Obawiał się o nich – to był chyba wystarczający argument, by tam zajrzeć. Tak, bez wątpienia.
Zebrał w sobie całą odwagę i nacisnął klamkę najdelikatniej jak potrafił. Wtedy jego myślami zawładnęła niepokojąca wizja. Bardzo, bardzo niepokojąca. Wyobraził sobie, że rodzice leżą tam w środku na wielkim łożu, zupełnie nagusieńcy, przykryci tylko satynową pościelą i robią coś, co woleliby przed nim ukryć i o czym nadal nie chcieli mu opowiedzieć nawet słowem, choć nie jeden raz już o to prosił. Nie wiedział jaką skrywają tajemnicę pod pościelą, domyślał się tylko, że może mieć to jakiś związek z filmem, który ostatnio pokazał mu w swoim domu Greg, kolega z wyższej klasy. Wydawało mu się to jednak wyjątkowo obrzydliwe, mama i tata chyba nie mogli robić takich rzeczy. Wzdrygnął się i potrząsnął głową z wyraźnym niesmakiem. Takie przypuszczenia obrażały jego inteligencję. Był zdecydowany wejść do środka, nawet jeśli miałby tam zastać rodziców w sytuacji podobnej do tej widzianej w filmie Grega. Najpierw jednak zapukał. Odczekał kilka sekund, a nie doczekawszy się odpowiedzi, pociągnął klamkę w dół i naparł na drzwi, które odskoczyły bez najmniejszego trudu, odsłaniając objęte najpoważniejszym tabu wnętrze.
Na pierwszy rzut oka nie było tam niczego, czego chłopiec w wieku Henry`ego nie mógłby się spodziewać. Po lewej stronie rozległego pomieszczenia stało dwuosobowe, zasłane w chwili obecnej łóżko z potężnymi zagłówkami umożliwiającymi wygodne oparcie. Obok ustawiono niskie szafki z lampkami nocnymi, budzikiem i innymi drobiazgami, jedna po każdej stronie. W rogu pokoju znajdowała się maleńka toaletka, gdzie przepych spotykał się ze skrajnym minimalizmem i oszczędnością. Najwidoczniej mama chłopca nie przywiązywała szczególnej wagi do codziennego makijażu, choć przed lustrem stało dumnie kilka opakowań kosmetyków z nalepkami producentów z najwyższej półki, zapewne prezenty od męża.
Na prawo od wejścia stała gigantyczna, częściowo wbudowana w ścianę, zajmująca całą jej długość szafa z ciemnego, delikatnego drewna. Chłopiec odsunął jej przesuwane drzwi, ale w środku poza tonami ubrań na wszelkie okazje i pory roku nie znalazł niczego ciekawego. Zwrócił wzrok w kierunku okna, pod którym, na niewielkim stoliku, wyeksponowano fotograficzną wystawę przedstawiającą losy rodziny, a konkretniej kolejne wcielenia i przeobrażenia jej członków następujące z biegiem lat. Henry ledwo rzucił okiem na zdjęcia, znał je doskonale z rodzinnego albumu, nie wiedział tylko, że rodzice trzymają w sypialni ich odbitki oprawione w gustowne ramki. Poza stolikiem niewiele więcej się tutaj znajdowało. Obok okna stała jeszcze komoda z szufladami, ale w niej również były same typowe szpargały, głównie bielizna, a także jakieś notesiki, parę dokumentów, aparat fotograficzny, zapasowe baterie i niewiele ponad to.
Henry opuścił sypialnię nieco uspokojony, że nie trafił tam na rodziców w dwuznacznej sytuacji, ale jednocześnie jeszcze bardziej zdziwiony. Gdzie też oni mogli być? Minął już co najmniej kwadrans od kiedy wrócił ze szkoły. Zdał sobie teraz sprawę, że nie sprawdził czy przypadkiem nie ma kogoś na dole, ale od razu wydało mu się to bez sensu. Ten ktoś musiałby usłyszeć jak wchodził i trzaskał drzwiami, rozbierał się, a potem krzyczał przed pokojem Debb. Poza tym, co można było robić na dole na tyle długo, żeby do uszu chłopca nie dotarł nawet najmniejszy szelest, szept, jakiś znak pozwalający przypuszczać, że ktoś tam rzeczywiście urzęduje.
Na górze pozostał już tylko jeden pokój, do którego Henry do tej pory nie zajrzał – jego własny. Tam jednak nie spodziewał się doznać olśnienia. Podobnie jak pokoje siostry oraz rodziców, także jego był pilnie chroniony i strzeżony przed obcymi i ciekawskimi. Nie przypuszczał, by akurat tam mógł się chować niepostrzeżenie jakiś nieproszony gość, próbując mu zrobić kawał, lecz należało tę ewentualność brać pod rozwagę. Każdy chyba jednak zdawał sobie sprawę jak taki niemądry czyn musiałby zostać odebrany przez chłopca. Nie pozwalał on na żadne odwiedziny w swojej samotni i nie życzył sobie, aby ten stanowczy nakaz był łamany. Nie miał wprawdzie pojęcia co by zrobił, gdyby kogoś tam zastał, ale wolał o tym nie myśleć.
Przyszło mu do głowy, że być może powinien w obecnej sytuacji zadzwonić do państwa Millerów, sąsiadów mieszkających nieopodal i utrzymujących przyjazne stosunki z rodzicami, ale szybko porzucił ten pomysł. Głupie zgredy, pomyślał. Do czego mi oni właściwie potrzebni? Nawet konsoli nie potrafią odpalić jak trzeba. Powiadamianie ich to kiepski pomysł, w niczym mi nie pomogą, a na pewno będą chcieli zabrać mnie do swojej żałosnej chałupy na wieczór, żebym przypadkiem nie siedział tutaj sam. Niedoczekanie! Banda wariatów ze stadem oszalałych, spasionych kotów wyglądających jak kosmiczne mutacje Garfielda, tyle, że o wiele grubsze. Nie, nie, zawiadamianie Millerów to zdecydowanie niedorzeczny pomysł. Lepiej po prostu poczekać, przecież rodzice muszą kiedyś wrócić. Na pewno. Pewnie poleźli do jakichś znajomych i zapomnieli mu powiedzieć. Albo pojechali na zakupy do marketu. A Debb pewnie rozgrywa kolejny głupi mecz, stuknięta koza, zachciało jej się skakania jak nienormalna.
Snując podobne rozważania wszedł do swego pokoju, rzucił swą kurtkę na krzesło i z impetem usiadł na łóżku przykrytym kolorową narzutą.
Niech sobie siedzą gdzie chcą i ile chcą, wcale ich nie potrzebuję. No, chyba, że trzeba by komuś spłatać figla, pomyślał z szatańskim uśmiechem. Te myśli zawsze sprawiały mu przyjemność, powodowały, że czuł ciepło gdzieś wewnątrz, w brzuchu. Nie potrafił i wcale nie chciał rezygnować z tych upajających doznań, czerpał z nich jak z kielicha bez dna. Było to co najmniej równie przyjemne i fajne jak gry na konsole, ale dawało prawdziwą satysfakcję, a nie jakieś urojone rekordy i inne bzdury. Właściwie te konsole to bajki dla głodnych dzieci, rzeczywistość to jest to.
Wtem coś przerwało tok jego myśli. Tym czymś była szeroka, kolorowa koperta leżąca na biurku, której nie zauważył wchodząc do pokoju. Sięgnął po nią i zobaczył swojego ulubionego bohatera z dawnych – jak sam je nazywał – lat, niezdarnego Kubusia Puchatka pochylonego nad garncem miodu, z pyszczkiem utytłanym tą lepką substancją. Obok niedźwiadka stał jego nieodłączny druh i najlepszy przyjaciel, różowiutki jak pupcia niemowlęcia Prosiaczek. Z niemym politowaniem przypatrywał się Kubusiowi.
Henry nigdy wcześniej nie widział podobnej koperty, nie wiedział też skąd mogła się wziąć w jego pokoju. To mogło oznaczać tylko jedno – ktoś tu potajemnie myszkował, prawdopodobnie pod jego nieobecność. To mu się nie spodobało. Był jednak zbyt ciekaw jakie skarby kryje w sobie koperta z parą bajkowych przyjaciół, by zaprzątać sobie tym głowę na daremno. Otworzył ją jednym ruchem i wyjął ze środka złożoną na pół kartkę formatu A4. Z jednej strony była ona pokryta niezwykle starannym pismem. Chłopiec zaczął czytać.

Kochany Henry,
piszemy do Ciebie ten list, gdyż chcemy by Twoje życie przestało być wreszcie pasmem nieustających zmartwień. Pragniemy też wyjawić Ci prawdę. Nie jesteśmy dobrą rodziną i nigdy nią nie byliśmy. Teraz możemy z całym przekonaniem, jakie wyzwoliły w nas ostatnie wydarzenia stwierdzić również, że nigdy nie będziemy. Nasze szanse stracone są raz na zawsze. Nie ma sensu tego przedłużać.
Pamiętasz może, jak kiedyś wuj Ted, z którym spędzałeś tak wiele czasu w dzieciństwie, musiał dobić swojego najwierniejszego przyjaciela, kochanego psiaka Ringo, gdy biedak ciężko zachorował? Wiedział, że to konieczność, że tak będzie lepiej dla niego samego, jak i dla biednego Ringo. I choć nie chciał zrobić tego, co zrobił, musiał to zrobić, bo nie było innego wyjścia.
My również nie mamy innego wyjścia. Czas to wszystko wreszcie zakończyć. Dłużej nie jesteśmy w stanie wytrzymać.
Pamiętaj Henry, że dla nas zawsze byłeś i będziesz najukochańszym synkiem i bratem, prawdziwym skarbem. Wierzymy, że kiedyś zrozumiesz naszą decyzję i ją zaakceptujesz. Mamy nadzieję, że nas nie znienawidzisz.
Bardzo Cię kochamy Henry.

Twoi na zawsze
Mama, tata, Deborah

P.S. Broń Boże nie wchodź na strych!

Każdy z podpisów wykonany był innym rodzajem pisma. Treść listu była spisana przez mamę Henry`ego, chłopiec poznał jej staranny charakter pisma.
Przesłanie wiadomości, jej sens i zamysł pozostawał dla niego kompletną zagadką, póki co nie do odgadnięcia. Obejrzał raz jeszcze kopertę i upewnił się, że nie ma na niej żadnych informacji. Przeczytał list ponownie, próbując coś z niego zrozumieć, ale także tym razem nie udało mu się. Westchnął głośno i wypuścił kartki, a te sfrunęły miękko na gruby dywan. Położył się na łóżku i zaczął rozmyślać o dziwacznym przekazie od rodziców.
Skąd się właściwie wziął w jego pokoju? Kto go tutaj zostawił i po co? Rodzice? No tak, przecież to mama go napisała, jej charakter pisma poznałby wszędzie. Ale po co? Co to ma wszystko oznaczać? Dlaczego piszą, że są złą rodziną? I jakie szanse są dla nich stracone? I o co chodzi z wujkiem Herbem i tym jego niewydarzonym kundlem Ringo, który był tak głupi, że zdarzało mu się pomylić kota z własną miską? Nie mają innego wyjścia? Jakiego wyjścia? I po co na koniec wypisują, jak bardzo go kochają i inne trele-morele? Co to ma wszystko znaczyć? Tyle pytań, mnóstwo pytań, a chłopiec nie mógł wymyślić nic, co by go doprowadzało do rozwiązania. Gubił się w tej gęstwinie jak statek na morzu pozbawiony zbawiennego światła latarni z brzegu. W dodatku nie lubił zagadek, nudziły go tak szybko. Wolał inne rozrywki, bardziej… hm… bardziej… rozrywkowe. Ponownie uśmiechnął się sam do siebie i swoich myśli.
Leżał na łóżku i głośnymi westchnieniami oznajmiał pustemu pokojowi, że nic a nic nie może pojąć.
Kiedyż oni wreszcie wrócą do domu? Nie ma ich już strasznie długo. Henry wyraźnie się niecierpliwił. Nie mógł znieść myśli, że rodzice tak po prostu dokądś sobie pojechali, nie uprzedzając go o swoich zamiarach i zmusili do siedzenia o pustym żołądku. Nie chodziło mu wcale o rodziców, tak naprawdę guzik go oni obchodzili. Nie podobało mu się, że jego najbliżsi nie dają mu znać z wyprzedzeniem o swych planach, a on nieborak musi mącić swoją głowę domysłami gdzie też mogli się akurat podziać. Nie miał ochoty dłużej się nad tym rozwodzić.
I gdy tak na przemian wzdychał i przeklinał dole i niedole dorastającego młodego człowieka, któremu przy każdym kroku stos kłód wytacza się znienacka pod nogi, a przy próbie oswobodzenia kilka drągów spada mu jeszcze na głowę i uderza boleśnie, coś przyszło mu do głowy. Obrócił się i porwał leżący na podłodze list. Szybko przeleciał wszystkie linijki, aż dotarł do tej, której szukał.
„Broń Boże nie wchodź na strych!”
A cóż to u licha miało znaczyć? Dlaczego miałby nie wchodzić na strych?
Dwa razy nie trzeba mu było tego powtarzać, zerwał się z łóżka i pędem wybiegł na korytarz. Bez trudu odnalazł dźwignię, po pociągnięciu której ujawniał się mechanizm służący wejściu na poddasze. Henry pociągnął za nią zapierając się z całych sił o ścianę. Z głośnym szelestem wyjechały z ukrycia drewniane schodki. Rozłożył je i zaczął się wspinać ku górze. Nigdy nie wchodził na strych sam, pierwszy raz też samodzielnie rozłożył wzmiankowane schody, do tej pory na tym polu niepodzielnie panował ojciec, pan domu. Chłopiec był szczerze zdziwiony, że tak łatwo mu poszło. Napędzany animuszem wspinał się żwawo po stromiźnie, napędzany radością z własnej przenikliwości i bystrości. Mama zabroniła mu wchodzić na poddasze już wcześniej i rzeczywiście aż do tej pory nigdy nie złamał tego kategorycznego zakazu. Ale w dzisiejszym dniu już tyle razy przekroczył te niepisane kodeksy rodzinne, że nie sądził, aby kolejne takie zdarzenie mogło cokolwiek zmienić. Mknął na górę niepomny ostrych słów rodziców, to wszystko zostawił gdzieś za sobą na dole. Musiał się dowiedzieć dlaczego mama przypomniała mu w liście nieco zapomniane już polecenie. Ciekawość zżerała go aż po czubki czerwonych z podniecenia uszu i dodawała sił do i tak, zdawałoby się, nieograniczonego ich zasobu, jaki tkwił w tym młodym ciele.
Ostatni schodek był nieco wyższy od pozostałych, w dodatku pęknięty w taki sposób, że wystawał z niego pokaźny bukiet drzazg. Chłopiec ominął sprawnie tę przeszkodę i wciągając się rękami stanął na górnym podeście.
W pierwszej chwili nie zauważył nic. Dookoła panowała ciemność gruba jak bela czarnego sukna. Daleko po prawej stronie dwa maleńkie okienka wychodziły na frontową ścianę i rzucały nieśmiałe odblaski.
Chłopiec nie wiedział, gdzie ojciec trzyma latarki, nie pamiętał również jak zapalało się światło, ruszył więc w stronę okien. W ich okolicy przynajmniej można było cokolwiek dostrzec w mroku.
Jego wzrok powoli oswajał się z ciemnościami i wyjawiał mu szczegół po szczególe mroczną zawartość cieni. Do tej pory jednak nie natknął się na nic, przed czym mogłaby go ostrzegać matka. Szedł dalej, mijając stosy rupieci pokryte osłonami z kurzu i pajęczyn, misternie tkanymi od lat przez pracowite pająki. Chyba mama nie zabroniłaby mu tu przychodzić tylko z obawy, że się pobrudzi?
Potknął się o wystający fragment czegoś płaskiego, leżącego na ziemi i odkopnął to krzywiąc się. Odpowiedział mu stłumiony brzęk.
W okolicy okien było na szczęście nieco jaśniej, ale także bardziej pusto. Tata porozmieszczał szafy, szafki, komody, regały i wszystko, co się na nich znajdowało w taki sposób, by nie zasłaniały dopływu światła. Tu już nie było nawet o co się potknąć.
Chłopiec rozglądał się dookoła.
I wtedy to zauważył.
Jakiś dziwny cień, większy od pozostałych.
Strych miał kształt nieco wydłużonej litery L. Zagadkowy cień rzucało coś, co znajdowało się w części odpowiadającej za podstawę owej litery.
Henry zrobił kilka kroków w tym kierunku i wtedy…
…wtedy naprawdę TO zauważył.
To nie był żaden cień. Nie, absolutnie nie.
To coś umieszczone było jakby specjalnie w taki sposób, aby nie nic nie stało na przeszkodzie nieśmiałym promieniom światła.
Chłopcem wstrząsnął spazmatyczny dreszcz, od którego omal przewrócił się na brudną podłogę.
Pod sufitem, na trzech osobnych linach kiwali się niemrawo mama, tata i Debb. Ich szyje oplatały ciasne pętle wykonane na grubej linie. Twarze mieli zupełnie sine.
Chłopiec cofał się niezdarnie, nie patrząc pod nogi. Wargi drgały mu nerwowo, a po policzkach ciekły pierwsze łzy. Oczy miał zupełnie czerwone, w przeciwieństwie do reszty twarzy, bladej jak światło księżyca. Chciał się odwrócić i biec przed siebie na oślep, byle dalej od tego przerażającego obrazu, krzycząc wniebogłosy. Zrobiłby to, choć nogi miał jak z waty. A może jak z ołowiu.
Lecz wtedy stało się coś znacznie, znacznie gorszego.
Mama Henry`ego podniosła głowę, uśmiechnęła się łagodnie i przemówiła:
- Witaj, synku!
Jej głos był zupełnie normalny, wręcz radosny.
Po chwili tata i Debb również podnieśli głowy i powtórzyli słowa mamy.
- Dobry żart tynfa wart! – krzyknęła radośnie Debb, zeskakując z dobrze zamaskowanego niskiego taboretu.
Chłopiec odwrócił się i biegł. Nie zatrzymywał się nawet na moment. Nie patrzył pod nogi, tylko biegł przed siebie.
I wrzeszczał. Przeraźliwie wrzeszczał. Wrzeszczał, wrzeszczał, wrzeszczał…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -