Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




UMYSŁ POZA CIAŁEM - Cz. 1

Michał Ferek


„Sprawiedliwość musi nastąpić, choćby z tego powodu miałby runąć świat.”

Ferdynand I Habsburg



1.

1 październik , 1978 r.

Nikt nie wie co stało się w mieszkaniu przy Avenue Park 389, ale pewne jest, że jakaś tajemnicza siła wypchnęła Johna McCormicka z czwartego piętra, na wąskie podwórko między kamienicami.Obserwatorzy, głównie policjanci , nie widzieli niczego podobnego od lat-chociaż był już rok 1978 zapomniano już o mafii, a ludzie nie wierzyli w zjawiska nadprzyrodzone.Jeden z poruczników powiedział wtedy przez radio w samochodzie,że najprawdopodobniej powstał w kamienicy wybuch-nakazał więc wezwać jak najszybciej straż pożarną i zająć się ewakuacją pobliskich mieszkań oraz pubów.
-John do cholery żyjesz?!-wykrzykiwał sierżant Romuald zbiegając po schodach przeciwpożarowych- zobaczcie czy żyje i uciekajcie stąd!-dodał policjant co chwila potykając sie o śliskie od deszczu metalowe schody.Jeden z policjantów podszedł do McCormicka, który leżał na asfalcie w kałuży krwi i deszczu;dotknął jego twarzy, wycierając strużki błota z jego ust, i kiwnął głową w stronę Romualda , który był już na dole schodów.Sierżant przetarł twarz z potu i podszedł do ciała McCormicka-nie mógł uwierzyć,że to co widział na czwartym piętrze było rzeczywistością.Spojrzał sie jeszcze na okno przez które wyleciał John-firana z potłuczonego okna nadal falowała na zewnątrz budynku, jak biała flaga-Tak... -pomyślał Romuald patrząc na Johna- ...przegraliśmy, ty i ja. Tkwimy w tym po uszy i nic już nie będzie takie same-Romuald rozpiął swój płaszcz i przykrył nim Johna ,po czym wyciągnął ze spodni pogniecioną paczkę Newportów;odpalił papierosa i powoli udał sie w stronę dwójki, nieznanych mu policjantów.
Nie pamiętał jak przedzierał sie przez tłum gapowiczów, i przez policyjne żółte taśmy.Nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć.Jako twardy glina miał wyrzuty , że nie pomógł swojemu partnerowi.Obwiniał siebie za te tragedie, będąc jeszcze myślami w starej kamienicy. W pokoju numer 10.
W oddali było słychać nadjeżdżające syreny alarmowe, budząc zapewne śpiące,deszczowe już miasto.
-Już po mnie jadą-rzekł Romuald podchodząc do policjantów, którzy stali na przeciwko uliczki, przy Parku Washingtona.
-O czym pan sierżant opowiada?Nic panu nie jest?-rzucił okiem jeden z policjantów na poszarpane ubrania Romualda-Zaraz przyjedzie karetka ,powinien pan zostać na miejscu zbrodni. A jak nie , to niech sierżant się rozgości w naszym radiowozie-uśmiechnął sie policjant ,otwierając drzwi Romualdowi.Ten westchnął , i spojrzał sie z dezaprobatą na młodego funkcjonariusza ,gasząc jego głupawy uśmieszek.-Przepraszam sierżancie-przeprosił zdezorientowany funkcjonariusz-leje jak z cebra, niech sie pan rozgrzeje w radiowozie.
-Wszystko mi jedno- odpowiedział ,wchodząc do samochodu na tylne siedzenie-złożę wyjaśnienia i przyznam sie do wszystkiego.
-nie rozumiem?-oznajmił wpatrując się w tylne lusterko na posępną twarz Romualda.
-tak ,to ja zabiłem. Przyznaje sie do zabójstwa-dał do wiadomości sierżant krzyżując nogi.
Zapanowała druzgocząca, niespotykana cisza-obydwaj policjanci lekko opuściło głowy i popatrzyli sie na siebie.Jeden z nich przełknął ślinę tak głośno, że zagłuszył wycie syren policyjnych.Po chwili jeden obrócił sie w stronę Romualda,poprawił czapkę jak przykładny funkcjonariusz, i otworzył szeroko spękane od zimna usta, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa.-Co sie kurwa gapisz!-wybuchnął niespodziewanie Romuald-zawiadom przez radio , że macie podejrzanego i skujcie mnie!
-Ależ sierżancie to nie pan.-odpowiedział drżącym głosem policjant-zaraz przyjedzie lekarz i pana zbada.Nikt nie mówi , że pan jest winny...
- Słuchaj gówniarzu .Jestem w tym zakopany po uszy.A nawet po samą głowę , więc nie pierdoli mi tylko wzywaj komendanta.
-Nie, Nie ,nie...zaraz pójdę na stacje benzynową przyniosę panu kawę i jakieś ciastko.Poczuje sie pan od tego o niebo lepiej-uśmiechnął sie , myśląc ,że już wszytko gra.Romuald popatrzył na funkcjonariusza, wypuszczając dym z papierosa.
-No fajnie-zaśmiał się-fajnie wszystko już ok!?
-No widzi pan, nie chcemy pana przymknąć.Jest na świecie wielu wariatów , którzy robią rzeczy wbrew społeczeństwu...- Funkcjonariusze popatrzeli na siebie, wiedząc że powiedzieli kilka słów za dużo.Po chwili jednak uśmiechnęli się, wpatrując się w budynek, gdzie McCormick wyleciał z okna.
-A mogę ci zadać jedno , zasadnicze pytanie?-rzucił Romuald do siedzącego po stronie pasażera policjanta.
- A niech sierżant mówi-odpowiedział obserwując ludzi wokół przeklętej uliczki-z nami gliniarzami już tak jest.To my zadajemy pytania-zaśmiał się , wyjmując z schowka puszkę Coca Coli.
Romuald wykrzywił twarz , i przesunął się na środek siedzenia.Spojrzał się bokiem na jego na sylwetkę ,po czym finezyjnie przyłożył mu do czoła rewolwer.Zszokowany policjant powoli położył napój na deskę rozdzielczą, wybałuszając oczy do równie zaskoczonego kierowcy radiowozu, który podświadomie miał już dłoń na swojej kaburze.Romualdo ze spokojem odciągnął kurek od broni, obserwując parującą od ciepła lufę-Dlaczego sie pocisz?-zapytał Romuald-tak ci było do śmiechu a tu nie ma się co śmiać-odwrócił głowę w stronę kierowcy, ciągle trzymając rewolwer na głowie wystraszonego policjanta, który skurczył nogi ze strachu-Jeżeli chcesz by twój pierdolony przydupas jeszcze żył to wezwij komendanta.Nie będę idioto powtarzał .To ja popełniłem masowy mord!.-krzyknął Romuald ponownie siadając po prawej stronie fotela, cofając rewolwer ze skroni wystraszonego policjanta.Romualdo odłożył rewolwer na podłogę i odgasił papierosa o zaparowaną szybę, rzucając spojrzenie zmieszanemu kierowcy-policjant bez żadnych pytań i odpowiedzi sięgnął za gruszkę od radia, obserwując wystraszonego kolegę ,który zapewne nie trząsł się z zimna tylko ze strachu.
Podgłośnił i zmienił częstotliwości radia.Ostatni raz spojrzał na bladą twarz Romualda , po czym drżącym głosem rzekł:-Baza tu 074, baza tu 074.Komendant niezwłocznie musi tutaj przyjechać... Jesteśmy przy Parku Washingtona, i złapaliśmy podejrzanego...słyszycie nas? złapaliśmy go ...powtarzam... mamy go...


* * *


John McCormick leżał bezwładnie w uliczce.Po jego twarzy spływały strużki lodowatego deszczu ,które spływały mu do uszu.John otworzył jedno oko. później drugie.Otrząsnął się dopiero teraz ,wpatrując się w światło ulicznej lampy, której poświata cięta była przez deszcz.Odwrócił głowę-tuż obok niego leżało jakieś ciało przykryte czarną folią.Ręka nieboszczyka wykręcona była w jego stronę , a złożona dłoń zbierała krople deszczu.McCormick charknął, i niezgrabnie podniósł sie z ziemi-nie za bardzo wiedział to sie stało i dlaczego w tej uliczce leży tuż obok trupa.Powoli zaczął sie poruszać w stronę głównej ulicy.Zauważył idącego w jego stronę wysokiego Azjatę , który trzymał w ręku walizkę.Zapewne był zajęty i zdenerwowany gdyż, krzyczał na policjantów stojących obok zewnętrznych schodów przeciw pożarowych.Rozpoznał go-był to komisarz Ching-jego przełożony z komisariatu, i bliski przyjaciel Johna.
John niezgrabnie pełzł w jego stronę.Pomiędzy śmietnikami zauważył jedzące koty , oraz pełzające robactwo.Nie był to widok który chciałby teraz za bardzo widzieć.Błysnęło sie ,po czym uderzył piorun.Gdzieś w oddali-tak nad jeziorem Michigan-pomyślał John odchodząc od kociej uczty.
-Panie komisarzu Ching.-zwrócił sie John do przełożonego-co tu sie stało?Nic nie pamiętam.-komisarz Ching podszedł bliżej miejsca gdzie stał McCormick, zatrzymał sie i uderzył walizką w metalowy kubeł na śmieci.Wszystkie kocury podskoczyły i pouciekały w szczeliny budynku i do piwnic.-pieprzone szkodniki, należało wypędzić te siersciuchy z miasta-rzekł wściekły Ching nie zwracając uwagi na Johna.
-One dają więcej pożytku niż szkodzą-gdyby nie one mielibyśmy tutaj Nowy Jork-wie pan szczury i takie tam...
Do Chinga podbiegł pewien policjant ,z wyglądu podobny do Johna Kennedego, i przekazał mu parę lateksowych rękawiczek.Ching spojrzał sie na niego nie ufnie.Policjant zawahał sie i coś powiedział(tak bynajmniej zdawało się Johnowi,gdyż mimo ruchu warg policjanta nie usłyszał jego głosu ).Komisarz Ching zatrząsł się z zimna, i poprawił materiałowy kapelusz, po czym krzyknął:-Nie będziesz mnie pouczał co mam robić!Teraz ty, a później tłumaczenie w telewizji.Byście sie wzięli za porządki tutaj.-Wystraszony policjant zasalutował , i pobiegł do radiowozu, gwiżdżąc na tłum gapowiczów którzy przechodzili przez policyjna taśmę.
-Ależ komisarzu-zwrócił sie John-jakie porządki ja tu jestem i żądam jakieś odpowiedzi co ja tu robię?!-nie wytrzymał John, czując lekki strach przed Chingiem.Wiedział , że zaraz wybuchnie, lecz za wszelką cenę chciał sie dowiedzieć dlaczego leżał na ziemi z trupem w slamsach Chicago, nawet gdyby to groziło jakimiś konsekwencjami.
Ching nie odpowiedział mu.Założył rękawiczki i udał sie w stronę leżącego w kałuży krwi i błota tajemniczego ciała, o którym nic nie wiem.John spojrzał sie na komisarza i pokręcił głową-Porąbaniec czy im wszystkich odjebało?-pomyślał odwracając się od dziwaka Chinga.
John przeszedł przez tłum funkcjonariuszy nie odzywając się nic-głowę miał spuszczoną, a po jego dłuższych lekko kręconych włosach spływały krople deszczu.Już nie za bardzo go interesowało co on tam robił ,gdyż nawet policjanci sie nim nie interesowali-myślał że przechodzi przez nich jak przez mgłę.Niezauważony przez kolegów, gapowiczów, czmychnął z tego szaleństwa jak cień. Wyszedł na ulice.Czuł się spalony od środka-obłęd w którym popadł nie dawał sie racjonalnie wyjaśnić.Stojąc teraz na ulicy obserwował wystraszonych ludzi, którzy ciągle wskazują palcami na wybite okno budynku.John myślał tylko o jednym-by zapalić papierosa, i wypić kawę.Sięgnął wiec ręka do obdartych spodni, lecz niestety nie znalazł tam nic prócz nitek, piachu oraz wypranego, startego na krochmal pustego pudełka od papierosów.Gdy chciał zaglądnąć do policyjnej, umorusanej bluzy zobaczył , że ma na sobie płaszcz który nie należy do niego.Zdziwiony wyciągnął z niego papierosy marki Newport po czym wyciągnął krzywego kiepa-Romuald-pomyślał-to jego cholerny płaszcz.On pali Newporty!-Zdezorientowany ale oświecony John schował papierosa do w kieszeni jaskrawego, przydużego płaszcza po czym zauważył ,że stoi obok niego niski policjant.Omijając kałużę podszedł do niego i poprawiając włosy zapytał sie:
-ej ty, znasz sierżanta Romualda?gdzie on jest?-policjant nie odpowiedział-ty słyszysz mnie ?W amok kurwa wpadłeś?-policjant znów nie odpowiedział.John wzdychnął i stanął na przeciw stojącego policjanta,tak blisko ,że niemal dotykał nosem jego czoła-powiesz mi wreszcie gdzie on jest czym mam ci przypierdolić?-spytał sie pewny McCormick.Funkcjonariusz jak stał tak stał.-ty kurwa Głuchy jesteś!- wrzasnął John wpatrując sie w oczy policjanta, który poruszył głową i palcem wskazującym pokazał na uliczkę gdzie leżało niezidentyfikowane ciało.-tam leży ciało poruczniku.Już koroner jedzie-powiedział policjant kładąc ręce na pasku, pukając palcami w rękojeść beretty.-John ze zdziwieniem spojrzał na niego i śmiejąc mu się w twarz odparł ze spokojem-a, teraz poruczniku, ty krawężniku jeb...-tam musi iść porucznik-przerwał mu policjant, mówiąc do trójki mężczyzn którzy z zakłopotaniem kręcili się wokół radiowozu.Mężczyzna w ciemnych okularach uśmiechnął się do policjanta i machnął ręką w stronę uliczki-tak poruczniku-odparł policjant kierując rękę w uliczkę-tamtędy...jedno ciało, naszego mniej...-policjant spuścił wzrok i z lekkim uśmieszkiem impa poczuł sie jak wzorowy obywatel,prostując sie do tej samej wcześniejszej pozycji.Johna zatkało.Pomału oddalił się od policjanta.-co tu się kurwa dzieje...powiedział do siebie-oni są nie normalni.co tu sie dzieje...Policjant nadal nie zwracał uwagi na Johna.Jakby go tam nie było...
Zaniepokojony John spojrzał sie na lampę-chwilę pomyślał...jak bym nie żył to...John podszedł bliżej latarni ,obok której stała kamienna ławka.jak bym nie żył to...znowuż pomyślał ,podchodząc powoli do lampy ,mijając jakąś reporterkę i kamerzystę.Jak bym nie żył to...John przeszedł obok ławki na której pojawił sie załamany cień McCormicka...Jak bym nie żył to zapewne nie miałbym cienia...Odetchnął z ulgą siadając na ławkę.
-Witam państwa tu Jessica Cobler-zaczęła reporterka-stoimy teraz naprzeciwko kamienicy ,przy parku Jeffersona, w której to doszło do tragicznych zdarzeń.-John odpalił papierosa, i w spokoju zaczął obserwować reporterów-fajna ta Jessica-powiedział sam do siebie rozluźniając sie przy papierosie-tylko za młoda dziewczynko jesteś!-krzyknął w stronę reporterki, która nic sobie nie robiła z obelg Johna-jak zwykle ja mówię, a wy to w dupie macie.
McCormick posiedział jeszcze chwile na ławce całkowicie uspokojony.Już go nie obchodziło , że nikt nie jest nim zainteresowany.Dziwiło go tylko co on tam robił na ziemi obok trupa.Może on zabił-na pewno nie , gdyż „więcej”ludzi by się nim zainteresowało.A może ten trup próbował go zabić?-to było bardzo prawdopodobne gdyż jak powiedział Ching”Teraz ty, a później tłumaczenie w telewizji”.Wiadomo , że komisarz stanie zawsze za swoimi , lecz być może John nadużył swoich uprawnień, i przesadził?Nie był tego pewny.Pewien bym za to , że coś się święci i on jest w centrum tych chorych wydarzeń, tylko nikt o tym nie mówi...I nikt go nie dostrzega.
Myśli McCormicka zakłóciły napierający tłum, oraz wycie syren.Tłum ciekawskich zaczął odsuwać sie w stronę chodnika schodząc z jezdni.Z za zakrętu z impetem nadjechał rządowy Lincoln, omijając tłum migając na nich długimi światłami. Za nimi jechał pancerny czarny Jeep, z czerwonym kogutem na dachu.Hamulce nagle zapiszczały i obydwa auta zatrzymały sie naprzeciw ciemnej uliczki.Z samochodów wylazło dwóch krępych mężczyzn w ciemnych okularach.Wyciągnęli broń, i oznaki-John był pewny , że to federalni.
- Proszę państwa tu FBI-zabrzmiał głos w megafonie radiowozu, który stał obok rządowych samochodów-proszę sie rozejść.w przeciwnym razie nie zawahamy sie użyć ostrej amunicji.
Tłum zamarł.Słychać było tylko szepty wśród ludzi, lecz nikt nie protestował-tabun ludzi powolutku przemaszerował szlakiem, którym nakazywał policjant.Johnowi przypominało to zaganianie wołu z pastwiska do obory , bądź marsz więźniów do obozu koncentracyjnego.Gdy tłum trochę się rozwarstwił, z radiowozu wyszli dwaj policjanci.John znał ich...Coś mu się przypomniało- z tymi policjantami przyjechał pod Avenue Park 389.John wstał z ławki, i ruszył w ich stronę.Przedzierając sie przez rozkojarzony tłum ujrzał kogoś jeszcze-z radiowozu wyszedł Romualdo-meksykanin, partner McCormicka z pracy.Rośli policjanci złapali za przegub Romualda i szybkim tempem przeszli do policyjnej półciężarówki.Policjant był wyraźnie nieobecny, rozkojarzony-to tak jakby obudzić podpitego nastolatka w trakcie festynu, który zobaczył swoich rodziców.
Romualdo nie szarpał sie.Z pokorą omijał policjantów patrząc im się w oczy jak ciele na rzeźnika-głębokie, ogromne a zarazem smutne oczy otrzymywały od policjantów współczucie, z zarazem nienawiść.
John zatrzymał się na środku ulicy.Zimny wiatr rozwiewał jego płaszcz .Johnowi zdawało się , ze stoi w miejscu ,a ludzie przechodzą obok niego z niebywałą prędkością.Nie widział ich twarzy, które zdawały się rozmazywać- tak jakby ktoś namalował je farbami a później zamazał ręką.Nie widział nic prócz tych ciemnych poświat chodzących obok zatrzymanego Romualda, który rzucił spojrzenie w jego stronę...Nie widział już niczego... tylko czarną plamę, która kontrastowała sie z Romualdem...Nie słyszał ruchu ulicy, sygnałów syren, rozmów ludzi ... usłyszał jedynie słowa Romualda-”Ja mam szansę, ty straciłeś”...



2.

6 maj, 1964 roku ; fragment zapisków z ekspedycji do wioski Xoŕi .22 km, na zachód od Tuyęn Quang ,Wietnam.

12:08 czasu wietnamskiego

Tego ranka zmierzaliśmy do wioski Xoŕi przez las ,omijając wszelkie obszary zamieszkane przez ludzi.Dziś ekspedycja liczyła (ze mną) 10 osób, w tym sześciu azjatyckich wieśniaków z prowizowaną białą bronią.Ja wraz z Romualdem szliśmy ostatni, pokonując z największym trudem gęste połacie krzewów.Na samym przodzie szedł przewodnik Cho o, wraz z jakimś dowódcą Vietcongu.Ten dowódca to jakiś dziwny facet-w trakcie marszu co chwila kazał sie ekspedycji zatrzymywać, po czym nasłuchiwał szumu lasu.Dziś wyglądał jakby przybył z safari, a nie z Wietnamu-miał na sobie krótkie spodenki z zewnętrznymi kieszeniami, biały podkoszulek, a na głowie miał jakiś dziwny hełm.Chyba z pierwszej wojny światowej...


15:00 czasu wietnamskiego

Nigdy, nawet w moich niektórych szalonych snach nie widziałem czegoś tak pięknego a zarazem nienaturalnego-gdy wyszliśmy z tej gęstej dżungli ,naszym oczom ukazało się ogromne, kwadratowe wejście do wioski, ogrodzone dookoła drutem kolczastym.Brama miała chyba z piętnaście metrów długości, i jakieś dziesięć metrów szerokości.Z wyglądu przypominała mi tę bramę co jest w Berlinie- to chyba w Niemczech .Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale nie widziałem w Wietnamie podobnej architektury, choć zwiedziłem w tym roku wiele zabytków wschodu, znajdując przy tym odrobinę czasu na strzelanie do żółtków w zatoce Smoka.Gdy tylko wrota otworzyły się weszliśmy na dziedziniec „miasteczka”, gdyż na zewnątrz wyglądało to na jakąś cholerną dziurę.Miasteczko zbudowane było z jakiegoś szkła, dość połyskliwego, który mienił się nawet teraz gdy padał deszcz.Okrągłe budynki przypominały kryształowe kule wizjonerskie, w środku których „tańczyły” różno kolorowe plamy. Całe rzędy tych dziwaczny mieszkań połączone były ze sobą szklanymi rurkami- coś na kształt tuneli.Gdybym był Guliwerem wziąłbym tą „technologiczną” osadę za ekwipunek jakiegoś szalonego alchemika,lecz mimo tak dziwacznych chałup nie widziałem żadnej żywej duszy! W oddali ujrzałem tylko stado zamkniętych kóz, których beczenie przypominało mi śmiech szatana, w tej całej paranoicznej groteskowości- my żołnierze na zewnątrz walczymy o wolny Wietnam, prowadzimy akcję humanitarne, a tu żółtki zapewne urządzają sobie piknik!Teraz zadaje sobie tylko pytania:jaki cel był tej podróży do tej wioski?Czy tak chętnie żółtki pokazały by nam -amerykanom swoje technologie?A może to spisek naszego rządu z tymi dzikusami? Może sam Romualdo miał w tym całym gównie jakieś cele?Na razie tylko spekuluje. Nie wiem nic,ale przewodnik chcę abyśmy szli dalej przez wioskę.Na szczęście mam w gotowości przygotowaną moją małą kurewkę „Jessice”- automatyczny M16A2!


15:27 czasu wietnamskiego, Xoŕi


Przewodnik zatrzymał się przy jednym ze szklanych chałup, i kazał nam przed wejściem porzucić wszelką broń-nie powiem bo narzekałem trochę, ale miałem w nogawce schowany nóż, i nie zamierzałem nikomu o nim mówić.Najgorzej miał Steve - czarnoskóry olbrzym, nasz artylerzysta , który nie chciał porzucić swojego M1918 BAR, wraz z tuzinem granatów odłamkowych, gdyż jak twierdzi błoto ,krew, i woda źle sprzyjają metalowi.Mimo to porzucił swój sprzęt ,zostawiając jedynie zdjęcie swojej rodziny w kasku mówiąc, że ta fotografia to jego największa broń i obrona...
Gdy weszliśmy do środka ,w progu ciemnego ,lekko oświetlonego niebieską poświatą korytarza ,przywitał nas jakiś starzec-miał jakieś zaledwie 130 cm wzrostu, i nosił białe szaty.Morda starucha przypominała mi tego zielonego, uszatego stwora z Gwiezdnych wojen, lecz jego oblicze zdawało się być jakieś bardziej(bynajmniej dla mnie)diaboliczne-za tym miłym uśmieszkiem zapewne chował sie jakiś podstępny chochlik , który nie zawahałby nas wydać żołnierzom Vietcongu.Nie ufałem mu zbytnio.W ogóle!Na domiar złego Steve zaczął mnie denerwować-gdy ten starzec obrócił się do nas plecami , by móc pogadać z naszym przewodnikiem , Steve szturchał i klepał mnie po biodrze jak jakiś pedał.Gdyby byśmy byli w Stanach pokazałbym temu bambusowi gdzie leży afryka ,lecz to co pokazał mi Steve zmroziło mną, i chłopakami: dwu palczaste dłonie starca były niezwykle powykręcane, coś na kształt płetw jakiegoś ogromnego żółwia, któremu połamano odnóża.Skóra zaś (a może pancerz?)i wszystkie brodawki na tych przeszczepach były sino- purpurowe.Ledwo podtrzymując się od rzygania zasłoniłem gębę ręką.Spojrzałem na chłopaków, którzy także nie byli zachwyceni tym widokiem-Romualdowi przeszkliły sie oczy, i zapewne zrobiło się słabo gdyż ściągnął kask, wycierając spocone czoło jakąś starą chustą.Mimo to wytrwaliśmy ten jebany szok.Po chwili „gospodarz” skończył gadkę z naszym przewodnikiem, i skinął głową byśmy poszli za nimi.
Korytarz był ciemny i długi . Oświetlały go jedynie malutkie jasnoniebieskie paciorki umiejscowione w podłodze, tuż przy krawędzi ściany.Ciągle po nich deptaliśmy ,gdyż ta grota( jak to nazwie), była ciasna jak cipka europejki.Spróbowałem dostrzec kolorowe plamy, które dostrzegłem na zewnątrz budynku , lecz niestety ani ja ,ani kompanii ,nie zauważyliśmy tych plam, i stwierdziliśmy zgodnie , że je sobie po prostu ubzduraliśmy...
Nie było się czego dziwić-nikt z nas nie był przygotowany do takiego przeciwnika, jakim był Wietnam- ostro dostaliśmy w dupę już na samym szkoleniu w USA.Później było miasto Ho Chi Minh(nazwa zapewne wzięta od tego tchórza, ich przywódcy) -ostre walki pod ciągłym ostrzałem, nie przespane noce,płonące ciała na ulicach...Jednak pomimo trudu nikt z naszej kompanii nie zginął, lecz wiem, że wielu chłopaków wolałoby zginąć tam ,niż żyć w Stanach jako przegraniec , psychol, bądź kaleka.I tak aż do śmierci...
Gdy doszliśmy do końca korytarza dziadek otworzył bambusowe drzwi do jakiegoś pokoju, wchodząc do niego niepewnym,pokracznym krokiem.Chociaż stałem na samym końcu kolejki widziałem niepewność u chłopaków:stary zapraszał nas do swojej klity, uśmiechając sie ,ględził coś w swoim piskliwym języku.Miałem tylko nadzieje , że to nie żadna inkantacja, która miała rzucić na nas jakiś zły omen...
Gdy weszliśmy do pokoju, mała rączka starca chwyciła mnie za przegub, i natychmiast ściągnęła mnie w dół na twardy taboret. Nie wiedziałem o co dziadkowi chodzi chcąc mu po prostu wpieprzyć, lecz to samo zrobił z innymi,” powalając” ich niemal tak samo jak mnie.
...Znalazłem się w luksusowej prywatnej kabinie, gorącej i zadymionej od niezliczonych dziesiątków płonących świec i kadzideł. Przez migotliwe płomyki wykukałem szklany stół oraz wiklinowy palankin, jedynie na pół widoczny spoza zasłony dymnej. Prze¬kształcono go w jakieś pieprzone siedlisko,tron, przymocowując bambusowe kije pionowo do boków kosza. Nie mogłem uwierzyć przysłaniając oczy, chro¬-niąc je przed światłem świec, lecz i tak nie mogłem wyraźnie zobaczyć, kto lub co uwił sobie gniazdko w tym koszyku.
W pokoju znajdowało się jeszcze kilka osób — dwóch czy trzech zamaskowanych młodych kitajców, stojących w cieniu, oraz młodziutka szmatę, ubraną tylko w czerwonozłotą jedwabną koszulę i w niezwykłą, pokrytą laką ozdobę głowy, skompono¬waną z kwiatów, chyba jakiś wodorostów. Sądząc z twarzy i na pół rozwiniętych cycek domyśliłem się, że nie miała więcej niż dwanaście, trzynaście lat.Trochę się wystraszyłem i nie chciałem(jak co) gwałcić tej cizi-poczuwając sie do tatusiowych obowiązków, obronił bym te ślicznotkę przed tymi dobrze zbudowanymi „alfami”.
Jak wiadomo wszystko było w miarę rozsądku-pisząc te notatki wiem, że moja żona tego nie przeczyta , gdyż nawet nie uwierzy mi , że byłem u jakichś karłów, i półnagich kobitek.Dlatego nie zareagowałbym gdyby, ta trojka Wietnamczyków wyruchała tę dziwkę w zamian za udział w orgii.Już sobie wyobrażam jak wszyscy ją ruchają, lejąc jej twarz z otwartych dłoni , krzycząc głośno:-lubisz to suko!
Jeden z mężczyzn podszedł do wiklinowego posłania i ściągnął ręcznik z bioder , pokazując nam swojego kutasa-owłosione łono tego szaleńca było blond ,mimo gdyż ten skośnooki drań był czarny jak kruk .Machał nam nim przy naszych głowach, nucąc coś przed nosem.Dziwny taniec połączony z jego pomrukiem zdawał sie mnie hipnotyzować, tak ,że omal tam nie zasnąłem.Chłopaki trzymali sie dzielnie , a sam czarnuch Steve był zezłoszczony na niego drąc ciągle ryja , że nie jest pedałem...Po chwili ekshibicjonista pieczołowicie rozścielił siedlisko chowając rożki ręcznika do środka.Wymruczał coś jeszcze chwile przed nami, i kiwnął głową w stronę tej „damy” , pokazując palcem na maleńki , ozdobiony czerwonymi wstążkami mosiężny dzwoneczek;dziewczyna podeszła z gracją gejszy do niego, i zaczęła nim potrząsać tak długo , dopóki dwójka Wietnamczyków nie wstała ,i nie ruszyła dupsk w stronę koszyka, znikając za nim w smogu gryzącego kokosowego dymu z kadzielnicy.
Już zaczęliśmy nudzić sie ,a sam kitajec stojący na waleta zaczął ziewać-nie wiedzieliśmy o co tutaj chodzi ,czekając na finał tego marnego teatrzyku.Od wyjścia mężczyzn minął już kwadrans ,a my mogliśmy się tylko przyglądać w pusty koszyk i migoczące po ścianie poświaty świec.Miałem już powiedzieć do nagiego Wietnamczyka , że jeżeli chcą dary z USA to możemy im je podarować, tylko że muszą zmniejszyć koszyk do rozmiarów mrówki, gdyż gady takie jak oni nie zasługują na żarcie, lecz wreszcie do pokoju weszli ponownie obaj mężczyźni, trzymając na rękach zawiniętą w bielutką pościel, jakąś małą postać.
Bez chwili namysłu ułożyli to coś jak niemowlę do łóżeczka, cofnęli się ponownie o krok w zakopcone miejsce, i pociągnęli jednocześnie za prześcieradło , odkrywając oblicze tego obłędnie wynaturzonej paskudy, która zmroziła nas wszystkich, tak głęboko ,że wszyscy powstaliśmy.z taboretów.
Na wiklinowym tronie, oparte o przybrudzoną poduszkę, leżało coś żółtawego, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak znacznie powiększony embrion ludzki. Głowę miało większą niż normalny mężczyzna i bardzo podłużną,lecz nie ujrzałem twarzy tego czegoś, gdyż były ukryte za szyderczą, żółto pomalowaną maską ,lekko uśmiechniętego wojownika, z epoki jakiegoś cesarza.
Tułów jednak był nagi i całkowicie odsłonięty i ta właśnie przerażająca masa zniekształconego ciała i kości przyprawiała nas o duszności. Wąska pierś wznosiła się i opadała gwałtownie jak u duszącego się kocura, dwa kościste ramiona zakończone były przypominającymi pączki guz¬kami zamiast palców, niżej sterczał żołądek. Genitalia, jeszcze bardziej zniekształcone, tworzyły szare, pomarszczone szeregi fałd i podgardli, ani męskich, ani babskich, które lśniły w świetle świec śliskim śluzem. Kreatura ta miała swego rodzaju nogi, wygięte pod genitaliami, lecz były patykowate i najwyraźniej bezwładne, wystając poza ramy kosza.
Nie wiem jak z tymi amerykańskimi chłopakami wytrwaliśmy...Czułem się jakbym został zamieniony w kamień, gdyż wiedziałem,że to coś przeszywa mnie spojrzeniem zza tej okropnej maski.Wiedziałem że to już nie są przelewki, i kazałem chłopakom ponownie usiąść na taborety.Jedynie Romuald stał obojętny , wpatrując sie w ten koszmar, zmieniając natychmiast neutralną minę, na cwany, pewny siebie, wręcz psychiczny uśmieszek.Dziadek tak samo zareagował jak Romualdo , jakby w tym szaleństwie było jakieś rozwiązanie, plan, bądź zarobek.Snułem domysły , że to może być anomalia po bombie atomowej, którą nasze wojska zrzuciły w 45 roku na Hiroszimę , lecz nie rozumiałem jaki byłby sens przenoszenia tej istoty z Japonii do Wietnamu, i szczerze myślę , że nie przeżyłaby nawet dziesięciu lat-(a od wybuchu Little Boy minęło już dziewiętnaście lat!).
Obawiam się że żółtki chcą nas zabić, zemścić sie na nas za drugą wojnę światową.Panicznie się boję i zastanawiam czy nie zwiać, albo nie pozabijać tych kutasów, robiąc z nich siekane wodorosty.Być może było to rozwiązanie lecz nie ufam tej czwórce przewodników.A z zresztą „wrogów”jest więcej-ich czwórka, plus trójka muskularnych półnagich facetów, plus dziadek, plus ta kurewka, i na dodatek przebrzydła , charcząca kreatura w koszyku, na nas czterech:ja, artylerzysta Steve,grenadier Michael „Oduro” , oraz...no właśnie Romualdo.Ten szczur musiał mieć zapewne jakiś swój prywatny cel i przytargał nas tutaj do tego domu wariatów, a my głupki porzuciliśmy własną broń przed wejściem do budynku.Jeżeli dowiem się , że Romualdo jest szpiegiem-jak Boga nie kocham wysadzę go w powietrze rzucając w niego z najbliższej odległości granatem .
Jeden z nagich Wietnamczyków celowo odwrócił się plecami do ohydnej postaci na wiklinowym tronie i chwiejnie przeszedł wzdłuż rzędu świec do najdalszego rogu pokoju.Przez ten czas stwór jakby obserwował maszerującego mężczyzn ,gdyż jak za dotknięciem magicznej różdżki umilkł, nie charcząc i nie wydając żadnego skowytu.Nagle Wietnamczyk ponownie wyłonił się z kąta pokoju trzymając w rękach jakieś drewniane pałki , już w towarzystwie tej wietnamskiej dziewczyny;dziewczyna miała już na sobie czerwone, z wyszywanymi żółtymi kwiatami kimono, a na głowię okrągłą ,złotą czapeczkę z przyczepionym z tyłu sztucznym warkoczem.
Oboje przeszli obok istoty, która gdy tylko ich zobaczyła, wpadła w histerie:niesamowity jazgot ,i lament przypominający mi płacz niemowlaka i skomlącego zwierza, wydawała poczwara spod maski tak głośno , że ta zaczęła chwiać się na jej zdeformowanej twarzy.Widzący to starzec pochylił głowę, krzyknął na nią , chwytając za rzemienny sznurek , który miał przepasany wokół spodni, i ruszył na nią , okładając pasem jej kruche ciało -nie był to fajny widok , ale wraz z chłopakami nie wpieprzaliśmy sie do starca ,lecz mimo tego nie powinien bestialsko znęcać sie nad nim tylko dlatego, że przechodzą wietnamcy z ...no właśnie, z drewnianymi pałkami, które zrzucili nam pod nogi.
Widzący to dziadek spojrzał się na nas i na uciszającego sie embriona, który całe zdeformowane ciało miał w pręgach, wykrzywiając krzywy, przerośnięty kręgosłup wokół siedliska tak zwinnie, aż obrócił sie na brzuch, przygniatając swoim ciałem niewładne kończyny.
-Tonfa!-krzyczał dziadek do nas-Tonfa!-brać za mniszą broń!-Zrozumiałem tylko to zdanie.
Cały nas oddział spojrzał nawzajem na siebie nie robiąc nic z nakazu dziadka.Natychmiast naszą obojętność zauważył przewodnik, mówiąc nam , że starzec chcę aby dowódca oddziału , wraz z wybranym „przedstawicielem”sięgnęli za tonfy, i podeszli do „Onryu”-istoty z wiklinowego kosza.
Romuald od razu spojrzał na mnie, łapiąc mnie z całej siły za ramie.Klepnął mnie dwa razy drugą ręką po głowie , po czym podwinął rękawy od koszuli.Podszedł lekkim krokiem do drewnianych pałek, i skrupulatnie podniósł dwie sztuki.-masz John, zaczynamy ceremonie.- powiedział zdecydowanym, pewnym siebie głosem.
Osłupiałem zastanawiając sie ,czy Romualdo kiedyś nie „wystąpił” w podobnej ceremonii w roli głównej ,lecz czułem, że ta zabawa nie skończy się dobrze.Chwyciłem za tonfę, obejrzałem ją dookoła i spytałem się Romualda, czy jest pewny tego co zaraz zrobimy.Ten szeroko posmutniał i powiedział , że taka jest kultura wietnamska, i w ten sposób mogą oddać cześć osobie w stanie agonalnym, by jej duch czuwał nad nią , aż do śmierci...Nie powiem , że do końca uwierzyłem mu, lecz chciałem jak najszybciej wyjść z tego budynku, i jak najprędzej zapomnieć o tym pomylonym wydarzeniu, zapadając w głęboki ,błogi sen...
...Dwóch zamaskowanych facetów stojących obok kosza, uklęknęło przy nas, ściągając z głowy ceramiczne maski.-Jestem Rioshi-odpowiedział nam jeden po angielsku, którego twarz nie różniła się niczym, od mordy zwykłego kitajca.Drugi zaś był chyba jakimś mieszańcem, zapewne od mongoła i Rosjanki, gdyż jego oczy były bardziej rozwarte, a nos zdawał sie być typową anomalią choroby płodu, u których matka w trakcie ciąży zażywała alkoholu-ja mój panie nazywam się Ching, i powierzam wam wykonanie ceremonii otwarcia duszy Onryu-zakomunikował mężczyzna całując nasze tonfy od trzonka do końca pałki.Mężczyźni wstali i odsunęli sie od nas w zadymioną krawędź pokoju, po czym obydwoje chwycili za maskę istoty;starzec wydał im pozwolenie klaskając dwa, bądź trzy razy, po czym obydwoje ściągnęli ją z głowy tego wynaturzenia, ukazując jego prawdziwe oblicze-głowa stworzenia była niesamowicie długa i pociągła.Wąsko osadzone oczy sprawiały , że postać patrzała na nas z ukosa, jak jakiś zezłoszczony byk.Ostre, lecz maleńkie ociekające śliną zęby , tkwiły w rozciągłym pysku , w którym wił się obrzydliwie długi jęzor.Istota zapewne nie posiadała stuprocentowych ludzkich genów-przypominała bardziej jakiegoś wilka ,a jej długie ,oplatające ciało włosy ,były nawet szare, jak u ów zwierza.Najgorszy jednak był rozmiar czaszki-wręcz nie proporcjonalna i ogromna w stosunku do małego ciała Onryu.Mogę stanowczo stwierdzić , że tułów był nawet mniejszy od spuchniętej głowy, i to rodziło moje wątpliwości czy ta istota rzeczywiście pochodziła z Ziemi.
Romualdo puknął tonfą o podłogę, po czym ruszył do Onryu nie pytając mnie o nic.Spojrzałem się na chłopaków chcąc spytać ich co mam zrobić, lecz już skurwysyn zamachnął się bronią przewracając kosz wraz ze stworzeniem. To coś nawet nie wydało dźwięku.Romualdo ze złością przyklęknął do leżącej istoty, i rzucił nią o ścianę.Kości Onryu chrupnęły ,a ciało wygięło się w kłębek jak zabita larwa.Odrzucił pałkę , podniósł go za bezwładną stopę, po czym wykręcił mu lepką od śluzu rękę , jakby usiłował wyrwać nóżkę kurczaka.Onryu wydał przeraźliwy pisk, a Romualdo stłumione „hmmm!”
Bez słowa chwycił go za kościste , powykręcane do środka uda, powoli rozszerzając je , i naciągają każde ścięgno i mięsień.Słychać było trzask kości.Cofnął się, podnosząc go za nogi, na wysokość swojej głowy- Onryu oddychał płytko, lecz charcząco , a bezwładna ,zwisająca już głowa zaczynała sinieć.Strużka krwi z jego rozwartej szczęki , zaczęła kapać na drewnianą podłogę ,przypominając odgłos cykającego zegara.Romualdo nabrał haust powietrza , i napiął ramiona zupełnie jak podnoszący ciężary atleta , po czym ponownie rozszerzył nie władne nogi istoty.Skóra Onryu na kończynach była tak mocno naciągnięta, że rozerwała się w przerażającym kłębowisku rozpryśniętych kości i arterii.
Romualdo chwycił za kostki i okręcił odnóża dookoła, tak mocno , że z uda stwora wyskoczyła maleńka kość .Potem z całej siły zakręcił go jak lassem, po czym rąbnął nim głową w przód, o stojący w kącie szklany stół, który w moment rozsypał się na kawałki.Ostre jak brzytwa kawałki laminowanego szkła, wbiły się w podbródek Onryu jak w masło, przeszywając język na wylot.Jeden z mniejszych fragmentów utkwił mu w oku,które momentalnie zaczynało siniec i przybierać kolorów.
Onryu dysząc nie mógł wydobyć z siebie głosu ,nie wiedząc zapewne co go czeka...Oprawca zakręcił nim do tył, poza obręb nóg od stołu, i uderzył nim o ścianę, o podłogę i ponownie o zabryzganą od krwi ścianę.
Połowa truchła Onryu oderwała się od ciała bez głowy , szybując w stronę zaciemnionej części pokoju.
Romualdo jedno ręką podniósł część oddzielonego ciała,wysoko nad swoją głową, jak jakimś trofeem. Głowa stworzenia wiła się w spazmie śmierci i agonii, a z rozdartej szyi i ciała wypłynęły wnętrzności , z plaskiem wyciekając na podłogę.
-To już koniec bólu twego istnienia-odparł zdyszany Romualdo puszczając zwłoki Onryu na podłogę,tuż obok rozlanych trzewi , po czym padł na kolana rozkładając szeroko ręce.
Wszystkie świece i kadzidła w pokoju nagle zgasły.Poczułem nagły powiew zimnego wiatru ,zupełnie jakby ktoś celowo zrobił przeciąg.Formujący dym uciekł z wirem pędzącego powietrza do końca pokoju,przysłaniając w pół mroku sylwetkę niewidocznego już Romualdo, który całkowicie zniknął mi z oczu...

* * *
Usłyszałem w tej ciemności tylko szept.Nie znany mi , tajemniczy, nie należący do nikogo z pokoju głos, rozbrzmiewał w mojej głowie dość intensywnie, powodując przyjemne , niepokalane uczucie umysłu.Kakofonia ta nabierała co raz to bardziej soczystych tabunów zwrotów:
Litery zamieniały się w słowa, a słowa przemieniały się w zdania, tworząc coś na wzór jakiegoś tajemniczego wiersza.
Czuje jak mój umysł zmienia się -jest lekki , nie myśli prawie o niczym, jakby gdzieś wokół mnie był inny wymiar-Wszechrzecz, która zdawała się być tak blisko a zarazem daleko, że niemal chwyciłem ją dłonią, tracąc jednak jej byt chwilę później...Czuje jak do mnie mówi...On pochodzi stąd i trzyma opatrzność nade mną.
Wtedy wydało mi się, że słyszę przejmujący, jednostajny dźwięk, który nie mógł pochodzić z pokoju; spokojny, świadomy, z określonym celem, szyderczy głos gdzieś z oddali, rzekł mi wersety te , które pod dziś dzień nie mogę zrozumieć :



„Ciemność spowalniała me ruchy- bez tchu szedłem,
Niemal na oślep, by dotrzeć na miejsce,
Każdy ruch twój, był jak gwóźdź do mojej trumny,
Wiedząc, że wokół czai się zło i martwe druhny,
Okrwawionym ostrzem godziłem powietrze
,Lecz one drwiły ze mnie, pokazując mi przejście,
Moje młode serce zabije niczym dzwon,
Lecz wiedziałem, że to nie mógł być on
,Za wszystkie doznania oddałbym wtedy życie,
Lecz teraz makabra zżera mą duszę
,Wołałem wtedy do Boga na tym szarym skraju lasu,
Bym nigdy nie wpadł w tą pułapkę czasu,
Sekunda za sekundą-czułem jego tchnienie
,Każdy ruch w akwenie, i każde skinienie,
Wted ujrzałem odmęt z jeziora,
Jak Wszech wieczny chóralnie z mrokiem doskwiera,
Żadne inkunabuł nie zawiera jego ryciny,
A każdy szatański wers, nie opisze tej plwociny,
Wszyscy się boją, a ja przy nim pod gwiazdami
, Czuje, że życie leci ludzkości między palcami,
O Boże mój drogi!, już nadszedł czas,
Byśmy znów spotkali się, i zrównali Nas,
Na wszystkie anioły, i średniowiecznych królów,
Bezimienny powrócił, a imię jego brzmi –Burhulhu.”






2.

2 październik, 1978 r.

John wreszcie skręcił w New Dempton Avenue po godzinie pierwszej w nocy. Była to długa, obsadzona drzewami ulica z ogromnymi ceglanymi budynkami po obu stronach. Większość z nich stała za wysokimi murami albo żywopłotami. Prawie całe osiedle przerobiono na prywatne domy pogodnej starości, w jednym (o czym świadczyła wielka, błyszcząca mosiężna tablica przy drzwiach) znajdował się gabinet masażu, ale większość ciągle jeszcze była w rękach zasiedziałych tu od dawna rodzin. John pojechała w głąb ulicy i zatrzymał się przy numerze 88,
wysiadł ze swojego Lincolna, i udał sie w stronę swojej posiadłości.
Otaczający dom mur był na szczycie naszpikowany kutymi stalowymi kolcami, a wejścia na teren broniła potężna brama z czarnego kutego żelaza – ale jej zawiasy dawno temu zardzewiały i brama się nie domykała. Przez nią było widać wijący się zakolami, pokryty grubym żwirem podjazd i zapuszczony ogród pełen chwastów i zdziczałych krzewów. Do frontowego wejścia prowadziło pięć schodków, a drzwi pilnowały dwa impy, z których jeden miał na łbie zgniłozieloną czapkę z wyschniętego mchu.
Sam dom był ogromny, pełen wieżyczek, balkonów i opadających pod różnymi kątami daszków. Z boku budynku stała wysoka na pięć stóp rzeźba holenderskiego wiatraka, którego skrzydła wydawały ponure skrzyp-skrzyp-skrzyp . Wszystkie okna były ciemne i ślepe. Umieszczony na pokrytym łupkiem dachu wiatrowskaz był skierowany na północny wschód – wskazując, w jakim kierunku wieją w tej okolicy najmocniejsze wiatry.
John wchodząc na werandę domu, przypomniał sobie o potwornościach sprzed kilku godzin, gdzie leżał na ulicy, wokół której kręciło się wielu policjantów , którzy nawet się nim nie zajęli, nie spytali się nawet go czy nie potrzebuje pomocy.Był rozgoryczony całym tym szaleństwem i miał na dzisiejszą noc tylko jeden cel-napić się dobrej ,dwunastoletniej whiskey, która „czeka” na niego schłodzona w lodówce.
Przedpokój Johna McCormicka był ogromny i przepiękny– całe wnętrze wyłożone było na podłodze terakotą, a na ścianach widniała ciemna dębową boazeria. Z lewej strony znajdowała się wielka rzeźbiona garderoba z wieszakami na ubrania, lustrami i stojakiem do parasoli. Schody na piętro znajdowały się na prawo od wejścia. Były szerokie i jak wszystko tutaj – również dębowe. Dolną belkę podporową balustrady schodów wieńczyła rzeźba z brązu, przedstawiająca kota z zawiązanymi oczami, unoszącą zapaloną lampę.
John ściągnął zabrudzony płaszcz, wziął wczorajszą gazetę po czym w progu pokoju pojawił się jego schorowany ojciec, który poruszał się na wózku inwalidzkim. Po wylewie posiwiał i wyglądał znacznie gorzej niż powinien. Na szczęście mógł mówić, używać prawej ręki i kręcić się po domu.
John widział, że ojciec się postarzał, choć może wynikało to stąd, że ostatnio szybko dojrzewał i po raz pierwszy zwrócił uwagę na jego wygląd.
Gdy teraz jeździł na wózku ,był dwadzieścia , może nawet trzydzieści centymetrów wyższy od ojca, dzięki czemu widział z góry jego zaczynającą się łysinę.
– No i jak ma się nasz detektyw McCormick? – spytał na powitanie ojciec.
John pochylił się nad nim i pocałował go.
– Hm… nie było źle. Nie musiałem zbyt dużo robić. Trochę grzebałem w aktach, i tyle.
A czy przypadkiem nie dostałem jakieś poczty?-zmienił temat, nie chcąc rozmawiać o dzisiejszym dniu z ojcem
-Tak przyszło coś-odpowiedział, wyprowadzając wózek z progu przedpokoju-położyłem ci pakunek w salonie.A tak między nami-ładny bajzel zrobiłeś z Romualdo dwa tygodnie temu.Do dzisiaj jakieś zmrożone pudło leży w łazience, a akta z pracy walają się po całej chałupie-odparł ojciec Johna, wjeżdżając z przed pokoju do dalszej części domu, do kuchni.
John wypuścił powietrze i poruszył oczami-dziadek się starzeje, i chyba potrzebuje porady psychiatrycznej-pomyślał, drwiąc z ojca ,przypominając sobie , że wczoraj posprzątał pokój, a Romualdo był u niego jakieś dwa miesiące temu , oglądając wraz z nim stary klasyczny film na wideo pt. „Działa Nawarony”.
-Tato a co dziś zrobiłeś na kolacje?
– Oj, późno... – odparł ojciec. – chyba zasługujesz na odgrzewane żarcie.Czekałem na ciebie aż przyjedziesz na obiad.Nie wpadłeś.Potem na kolacje.Wpadłeś dopiero teraz o pierwszej.Wiedz ze nie dostaniesz dobrej potrawy-bo już z obiadu nic zostało.odgrzewam ci warzywa!-krzyknął z kuchni obracając kotlety kabaczkowe.
-Nie fatyguj się!-krzyknął John , mając już gdzieś przygrzewane ,polskie kabaczki-zjem jutro, i nie przeszkadzaj mi bo mam jeszcze sporo pracy.-powiedział wychodząc z korytarza z opuszczoną głową, kurczowo łapiąc się za brzuch, który o dziwo nie burczał.
John przeszedł do z korytarza do swojego salonu , który był ogromny -trzy szerokie okna wychodziły na ulicę, a dwa na ogród. Pod jedną ze ścian znajdował się wielki jak jaskinia kominek, z sufitu zwieszał się pokryty plątaniną pajęczyn kandelabr. Na środku leżał pomięty, poprzecierany dywan, z mebli pozostał jedynie rozpadający się regał ,mały stolik karciany, wiktoriańskie krzesło oraz dębowe popękane biurko.
John złapał się za głowę po czym nie mógł uwierzyć w to co widzi: wszędzie leżały sterty książek i papierów. Obite tapetą w pożółkłe kwiaty ściany obwieszone były bez żadnego ładu i składu najprzeróżniejszymi fotografiami i drukami. Trochę dalej wisiały karykatury słynnych oficerów z lat sześćdziesiątych, Williama Buckley i Williama Caseya. Tuż obok stolika do gry leżało jakieś brązowe pudło,całe oszronione jakby dopiero co wyjęto je z zamrażalnika ,a w całym pomieszczeniu czuć było zapach formaliny.
John podszedł do zawalonego papierami biurka z zasuwanym blatem, wyjął papierosa z rozdartej paczki Newportów i zapalił go-co tu kurwa się stało. Trąba powietrzna przeszła czy jaki ch...-zastanawiał się John siadając na skrzypiące krzesło.-Tato, chodź do mnie!-zawołał ojca, obserwując zdemolowany pokój-Tato ,był tu dzisiaj ktoś?-spytał się, lecz nie usłyszał żadnej odpowiedzi.
John wychylił głowę w stronę kuchni by go ujrzeć, lecz ten momentalnie zgasił światło , zlewając się z ciemnością.
-Tato no powiedz czy ktoś tu był, bo obawiam się , że ktoś się tu włamał!?-nie usłyszał żadnej odpowiedzi, jakby ojciec zamarł.Po chwili McCormick usłyszał stukanie dochodzące z kuchni-dość stłumiony, i daleki hałas był coraz to bardziej wyrazisty, i zdawał się pogłaśniać, idąc w stronę salonu.
-Och tato...-pomyślał John-tato, o boże...-wydusił z siebie wstając natychmiast.
Serce biło mu jak oszalałe, a strach uniemożliwił mu nawet wydobycie słowa:chciał krzyczeć, lecz nie wiedział jak to robić; zupełnie jakby był niemową.Kurczowo złapał się poręczy krzesła ,gdy nagle w kuchni zapaliło się światło-dość przymglony blask , najprawdopodobniej od świecy, rzucał trzęsący się cień przygarbionej postaci o przedpokój, krzyżując się ze ścianami salonu ,co niemalże przysłoniło jasność pokoju w którym stał przerażony John.Niewyraźny zarys ciemnych konturów, powoli obejmowały cały salon, przysłaniając kominek , i powiewający na suficie świecznik.
Stuk-puk , stuk-puk- zdawał się słyszeć John, obserwując ze strachu okno , w którym kołysały się na wietrze ogromne tuję, które pukały o szybę okien.-Jeżeli coś zrobisz mojemu ojcu , to nie zawaham się użyć strzelby-wydusił John kłamiąc , że posiada w domu długą broń, uświadamiając sobie , że gdyby to napastnik zrobił ten bałagan w salonie , to widziałby(i wiedział), że w pokoju nie ma żadnej strzelby.
-Nie żartuje!-wykrzyczał sięgając wazon z kwiatami-licze do trzech ,i jak się nie pojawisz to strzele do ciebie...
Raz...
Odskoczył od krzesła małym krokiem zmierzając ku wejściu do kuchni.
Dwa...
Ominął porozrzucane książki wpatrując się w coraz to bardziej zacieniowany pokój.Stuk-puk, stuk-puk-jak w biciu zegara ,odgłos natarczywie drażnił jego zmysły.
Trzy...
John podniósł wysoko wazon przed wejściem do kuchni, po czym wyszedł...
...jego ojciec podparty o drewnianą kulę.
-I czego się drzesz!-wydarł się na Johna- zepsuła się lampka od okapu, i nie mogłem znaleźć głównego włącznika.A na dodatek akumulator od wózka padł.Idiota jesteś i dziwak!
John wypuścił powietrze i głęboko wzdychnął-Tato czego się nie odzywałeś jak cię wołałem?
-Ja cię w ogóle nie słyszałem, a może nawet nie zamierzałem słuchać twojego gędolenia.Patrz-wskazał palcem na bałagan w pokoju-zapomnij , że ja ,stary dziadek- prawie siedemdziesięcioletni ,będę sprzątał dwutygodniowy syf mojego syna , który ma czterdzieści cztery lata!Ogłupiałeś do reszty!
-Tato ,ale ja nawet nie wchodziłem ostatnio do salonu.A tak w ogóle to nie jest mój pokój... Przypominam,że ty też tu siedzisz, i zapraszasz ludzi z klubu seniora na brydża.Nie dość , że palą tutaj w salonie, to jeszcze chaos w domu robią-wytknął John ojcu ,pokazując nieporządek w pokoju.
Ojciec McCormicka wybałuszył oczy przez wielkie okulary ,wpatrując się w nieład, po czym wydał z siebie stłumione wooo...-istna stajnia Augiasza-odparł wlekąc się w stronę swojego pokoju.-powojowisko.Coś ty znowu z tym Romualdo wymyślił, co?Dwa tygodnie temu nie było takiego chlewu...
-Jak już powiedziałem to nie zrobiłem ten bałagan.I co tacie ubzdurał się pomysł , że „ten pokój” nie był sprzątany.Wszystko w nim posprzątałem, i przysięgam na Boga , że to nie ja porozwalałem książki, poprzewracałem regały i przyczepiłem jakieś plakaty na ścianę!-krzyknął John, któremu ze złości pojawiły się wypieki na twarzy.
-Ty bezbożniku!-zatrzymał się Ojciec próbując przywrócić go do porządku-ty wzywasz Pana naszego jedynego na daremne ?!On syfu nie sprząta, on trzyma pieczę nad naszą Ziemia i nad naszymi duszami, plugawy szarlatanie!-Ojciec splunął na podłogę ,po czym kuśtykając wszedł do swojego pokoju ,trzaskając drzwiami.
-Tak...-mruknął John sam do siebie, poprawiając przetłuszczone włosy-lepiej żeby Bóg zajął się sprzątaniem patologii na Ziemi, niż trzymał opatrzność nad człowiekiem-odparł siadając przy biurku.
Nie zważając na uwagi ojca John, rzucił okiem na bałagan na stole:stare zżółknięte kartki, wysypana popielniczka , kubek z niedopitą kawą ,walały się po blacie biurka, jakby dopiero co skończyła się tutaj jakaś konferencja.John wziął do ręki porozrzucane kartki, złożył je i przyklepał po stole wyrównując je;rozsiadł się wygodnie na krześle , po czym zaczął wnikliwie studiować nieznany mu tekst.
Były to raporty wojskowe datowane na rok 1963.OPERACJA PARENTHOUSE-widniał tytuł na pierwszej stronie protokołu ,który sygnowany był jakimś kodem.Stempel na okładce wskazywał , że sprawa została zamknięta. John szybko opuścił mniej przydatne treści tekstu , po czym zatrzymał się na ciekawym fragmencie maszynopisu:
„Niewiele na dzień dzisiejszy wiadomo o północno-wietnamskiej wsi Xoŕi-mówił tekst-oddziały wojskowe przemierzające się wzdłuż linii wroga, napotkały się na dziwne budowle.Cała osada była technologicznie rozwinięta, posiadająca własne podłączenia sanitarne i tym podobne.Nie wybudowali ich zapewne Wietnamczycy ,a wszelkie depesze mówiące o nieznanych budowniczych, będą badane przez departament Stanu i Biały Dom[...]”.
John nalał sobie Chivas Regal ,po czym wybiórczo przeszedł do środka raportu, który mówił o obserwowaniu przez wojsko tajemniczych budowli.Dowiedział się , że dygnitarze armii przez dwanaście tygodni siedzieli na drzewach, doglądając tajemniczych „manifestacji”w centrum osady-niestety w raporcie nie przedstawiono , na czym polegały te ucieleśnienia.
Na samym końcu raportu John znalazł przejmujący fragment, a raczej depesze:

„10 maja , 1964 r. O godzinie 6:57 czasu wietnamskiego bombowiec B-52 zrzucił na wioskę Xoŕi dwanaście bomb z napalmem.Ludność nie ewakuowana-ofiary ,blisko tysiąca ludzi doszczetnie sploneło,kilkaset rannych.Nie było odwetu ze strony wrogów, a nawet obrony.Mniej ranna społeczność uciekała w głąb dżungli-nasze odziały oddały serie strzałow z lasu-nikt nie przeżył.Kobiety i dzieci ,które nie ucierpiały w wybuchu ,zostały przewiezione do bazy marynarki w Ho Chi Minh ,w celu ich przesłuchania.Dalszy los tych ludzi nie jest nam znany .Nasz Departament oświadczył, że udzieli bezinteresownej pomocy poszkodowanym”.

Płonące szczapy na kominku nagle się obsunęły ,przerywając mu czytanie. John Przestraszył się i gwałtownie poderwał głowę. Wiatr przycichł i usłyszał tylko deszcz, szeleszczący uparcie wśród gałęzi drzew na ulicy. Wstał i powoli ukląkł na dywanie pośród rozrzuconych książek i nadsłuchiwał w nadziei, że dom nie ośmieli się szeptać, że drzwi nie ośmielą się otworzyć, że żadne skośnookie duchy sprzed czternastu lat nie ośmielą się włóczyć po korytarzach i schodach.
John zamknął oczy i zaczął wyobrażać sobie scene z bombardowania wioski.Widział uciekające matki z dziecmi, pośrod błysku ognia, który zdzierał im od temperatury skóry, odsłaniając mięsnie i spalone tkanki.Niemógł zrozumiec, że sam mógł brać udział w tym wydarzeniu, lecz nie przypominał sobie ,by wogóle chodził po jakiejś „zaczarowanej osadzie”, gdzie technika architektoniczna jest wyższa niż w stanach.
Przez chwilę panowała cisza, słychać było jedynie trzaskanie ognia na kominku i szmer deszczu. A potem rozległ się ledwie uchwytny dźwięk, ten sam dźwięk, którego tak się obawiał. Mimo woli wyrwał się stłumiony okrzyk strachu, jak gdyby znalazł się w samolocie, który nagle zaczyna spadać. Zlodowaciał cały i gdyby nawet chciał uciec, nie zdołałby ruszyć się z miejsca.
To skrzypiał ogrodowy wiatrak. Rytmicznie i regularnie, to samo skrzyp-skrzyp, skrzyp-skrzyp, skrzyp-skrzyp. Wstał i na niepewnych nogach wyszedł na korytarz. Drzwi wyjściowe, które zamknął, były teraz otwarte.- Klamka puściła? Tak...-pomyślał domykajac je. John po odejściu od drzwi ujrzał błysk, jakby nad podwórkiem przechodziła burza.Cichym łotrzykowskim krokiem podszedł do okienka w korytarzu i zaczął obserwować swoje podwórze ,lecz nic oprócz starego wiatraka nie zauważył.
Światło błysnęło jeszcze raz i zdawało mu się, że widzi coś, co wcale mu się nie spodobało.Już chciał odwrócic głowe , lecz ujrzał za oknem nagą kobietę, której długie włosy zasłaniały twarz.Postać ta stała obok wiatraka nie ruchomo, jakby była rzeźbą ,wydawając z siebie lamentowy szloch. Jej sylwetka migała niczym fotograficzny flesz: w jednej sekundzie oślepiająco jasna, w następnej będącą już tyjlko obrazem odbitym na siatkówce oka. Jak ledwie uformowana sylwetka o rozmytych konturach, jak hologram przesłany z jakiegoś odległego w czasie i przestrzeni miejsca.
Potem znowu błysnęło, trochę jaśniej niż poprzednim razem. Cofnął się o krok, o dwa kroki, od okna.
Otworzył usta. Z początku nie mogł wydobyć z siebie głosu. Twarz miał mokrą od potu, ale w gardle czuł suchość i dziwny ucisk. To coś nagle się na niego spojrzało; światło zaczęło przygasać. Wkrótce prawie jej nie widział, tylko zaledwie bladą plamę dłoni, na konstrukcji rzeźby, niewyraźny zarys ramienia i falowanie rozwianych włosów.
Po chwili znikła-John ponownie usłyszał skrzypenie wiatraka, gapiąc się na niego, ciężko dysząc. Nic nie rozumiał, ale doznał dziwnej ulgi. -To naturalne zjawisko- pomyślał- dzięki Bogu nauka, a nie duchy. Jakieś zakłócenia magnetyczne. Może w tym miejscu jest pod ziemią żyła wodna.Jestem chyna przemeczony-odparł dodając sobie otuchy.
John bez chwili zastanowienia( zapewne ze strachu)zasłonił okno, po czym pewnym , lecz miarowym krokiem przeszedł do salonu, w którym panował straszliwy chłód-fale lodowatego przeciągu ogarnęły cały pokój, niemal przyduszając kominek.Nie robiąc nic z tym, usiadł ponownie na krzesło przeszukując w papierach ciekawych informacji, co rusz wpatrując się w zasłoniete okna.
Po kilku przerzucony aktach John trafił na starą ,naświetloną, czarno-białą fotografie, z początku nie patrząc na nia, lecz po chwili z wolna opuścił wzrok i ujrzał nadmiernie niskiego, krępego mężczyzne, trzymającego coś nad głową. Zro¬biono je gdzieś w górach; teren był spadzisty, widać było drzewa iglaste i skały. Dopiero jednak gdy John wpatrzył się w zdjęcie, zobaczył, co krępy mężczyzna trzyma w uniesionych dłoniach. Był to byk czy też resztki byka — zwierzę wyglądało, jakby rozdarto je na pół na podobieństwo książki telefonicznej. Wnęt¬rzności zwisały między wyciągniętymi rękami mężczyzny, a gło¬wa opadała pod dziwacznym kątem.
-Czy to możliwe?-zapytał sam siebie wpatrując się w zasłonięte okno-może to jakiś retusz?-John skrąbnął palcem po matowej fotografii , szukając w niej jakiegos, nawet najmniejszego znaku oszustwa, gdyż nie wierzył , że taki mężczyzna mógł miec tyle siły.John ponownie spojrzał na zdjęcie po czym wyteżył wzrok.Nie mógł uwierzyc w to co widzi, próbując przypomnieć sobie ,czy te zdarzenie było prawdziwe-Otóz ujrzał że tym silnym mężczyzną jest Romualdo, a on sam stoi kilka metrów niżej na rozpadline ,cykajac jemu zdjęcie z drugiej strony.
Gdzie wtedy byli, i dlaczego nic nie pamiętał?Moze to zdjecie było robione w jakimś rezerwcie w stanach?Romualdo nigdy nie wykazywał sie taka tezyzna fizyczna.Ba ,chyba żaden człowiek nie podniósłby ważacego ponad tone zwierzecia ,a jakby już tego dokonał, to by go nie rozerwał na strzepy... Coś tu nie było w porządku, ale nie wiedział, gdzie kryje się błąd-czy na fotografii czy w jego umyśle...
Zakłopotany john odłożył fotografię, po czym sięgnął za szklankę , i jednym tchem wypił całą zawartosc whisky.Natrętnie skrzywił sie ,jakby miał zwymiotować, poczym sięgnął po wycinek z gazety :ZASŁUŻONI WIETNAMCZYCY DOSTANĄ AMERYKANSKIE OBYWATELSTWO- brzmiał nagłowek gazety, na której była czyjas fotografia.John już bez wahania wiedział czyje to zdjęcie : przedstawiało ono Jamesa Chinga -komendanta chicagowskiej policji, jego przełożonego.
John nie wiedział, że Ching pochodzi z wietnamu-nawet wszyscy jego przyjaciele z policji mówili, ze urodził sie w rodzinie mongolskiej w Providence.On zaś sam dementował te pogłoski, mówiąc , że pochodzi z Japonii, z carskiej rodziny Ryoshi.
Tak naprawde nikt nie poznał biografi Chinga, gdyż ten wychodził z pracy nie zauważony przez nikogo.Policjanci zapraszali go po pracy na piwo, lecz ten nie odwzajemniał przyzwoitych zachowań, mowiąc im , że krawężniki powinni trzymac się najdalej od pożądnych ludzi.
John ujrzał dziś to samo-nie wiedział , dlaczego Ching, nie pomógł mu gdy ten leżał w uliczce.Nie prosił go o przesłuchanie, ani nie wypytywał się o wydarzenia , które wydarzyły się w starej kamienicy.Lecz McCormick sam zauważył ,że tego dnia nikt nie chce z nim rozmawiać.
John odłożył wszyskie fotografie po czym zamknął oczy-był wyczerpany dzisiejszym dniem i próbował o nim jak najszybciej zapomnieć.Chciał zanurzyć się w zimnym łożku, pod ciepłą kołdrą, która ogrzeje jego zmarznięte, przemoczone ciało.Spojrzał sie jeszcze na paczke którą dziś dostał od listononosza,po czym machnął ręką, niechcąc wiedziec dzisiaj co jest w jej srodku.Wstał i ruszył w stronę łazienki głosno ziewając.
W szalecie mieściła sie gigantyczna zielona wanna ;kran musiał cieknąć przez lata, bo dno wanny pokrywał ciemny, rdzawy naciek, co wyglądało, jakby kogoś tu zamordowano.
Pchnął drzwi mocniej i wszedł do środka. Za drzwiami znajdowała się kabina prysznicowa o drzwiach z mrożonego szkła, nie było więc widać zbyt dobrze wnętrza, jednak w środku najwyraźniej coś leżało. John zajrzał do umywalki i w wiszącym nad nią przebarwionym lustrze zobaczył swoje odbicie. Miał wytrzeszczone oczy i był nienaturalnie blady.
Ostrożnie podszedł do kabiny prysznicowej, próbując dostrzec, co w niej leży. Owo nieokreślone coś było czerwonobrązowe, jakby złożone wpół, i miało rozmiary dużego dziecka. Za swoimi plecami John słyszał monotonne kapanie. PLIK-PLAK-PLIK-PLAK.
Nie wiedział, czy otwierać drzwi kabiny, czy nie. Niezależnie od tego, co znajdowało się w środku. Serce waliło Johnowi jak oszalałe i wyschło mu w ustach.
Może powinien poszukać Ojca? Ale co by sobie pomyślał, gdyby się przyznał, że boi się sam otworzyć drzwi kabiny?
Wyciągnął rękę i złapał za klamkę. Próbował otworzyć kabinę powoli, po cichu, jednak drzwi nagle rozwarły się z trzaskiem. John wziął trzy głębokie oddechy, otworzył je szeroko i zajrzał do środka.
W brodziku leżał pokryty szarawą pleśnią, mokry zrolowany dywanik i średniej wielkości samochodowa lodówka, z której czuć było formalinę.
John z ulgi niemal wybuchnął śmiechem, ale kiedy się cofał, dostrzegł coś w lustrze nad umywalką. Był to szybko się poruszający, podobny do mignięcia cień – jakby przedtem ktoś za nim stał i teraz błyskawicznie wybiegł z łazienki.Kątem oka zauważył w lustrze postać, chudej gipsowej postaci ,której ciało było całe poranione, a włosy nadpalone...
Z całych sił wybiegł z szaletu.Był wystraszony i nie wiedział co ma zrobić.John znalazł sie juz w salonie i poczekał, aż usłyszy ponownie chrapanie ojca.
Zauważył dziwny zgarbiony cień, który przemieścił się na piętro, gdzie spał jego ojciec.
W tej samej chwili wydało mu się, że znowu słyszy ten podobny do szlochania dźwięk. Był tak cichy, że w rzeczywistości mogła go wydawać poruszająca się w zawiasach okiennica albo polująca w nocy sowa — tak cichy, że tłumił go nawet szelest bąbelków w otwartej butelce coli. Wstała i przez chwilę nasłuchiwał, ale nadal nie potrafiła stwierdzić, co to za odgłos.
John nadstawił ponownie uszu. Tym razem miał absolutną pewność. To był szloch kobiety: nie piskliwy lub jękliwy lament, lecz straszliwy, dobiegający z głębi płuc krzyk skrajnej rozpaczy.
John czekał i czekał. Zrobiło mu się zimno i zesztywniała szyja, jednak nadal nie potrafił się zdecydować, czy powinien pójść na górę.
Zaczął iść szybko obok wydymanych wiatrem firanek. Serce biło mu jak oszalałe, ale postanowia, że nie będzie się bać. W każdym razie nie będzie się bać zbyt mocno. Jeśli rzecz sprowadzała się wyłącznie do szlochu, nie miał się czego obawiać. Jeśli jednak ktoś tam był, jakaś prawdziwa kobieta, która potrzebowała pomocy, do końca życia nie wybaczyłby sobie, że ją zignorowała.
Wszedł po piętrze bo skrzypiących schodach mijając kolejne pokoje.Szloch stawał się coraz głośniejszy i bardziej bolesny- Tym razem cię odnajdę- pomyślał John. Tym razem ci pomogę. Cokolwiek wydarzyło się złego, jakakolwiek stała ci się krzywda, sprawię, że przestaniesz szlochać. Ta kobieta płakała bowiem w sposób, w jaki płaczą wszystkie skrzywdzone kobiety, bez względu na to, czy robią to otwarcie, czy też skrycie, w głębi duszy. Płaczą, ponieważ któregoś dnia uświadamiają sobie, że urodziły się na planecie zamieszkanej przez mężczyzn i że jedyną możliwą ucieczką jest dla nich śmierć lub staropanieństwo.
Nawet niewolnicy mogą uciec od swego pana, ale dokąd mają uciec kobiety?" — powtarzała sobie.
Minął ostatni tren upiornej procesji i znalazł się na podeście pierwszego piętra, gdzie rezydowała gipsowa postać. Szlochanie było tak wyraźne, że potrafił teraz niemal odróżnić pojedyncze słowa. Księżyc pojawił się właśnie tuż nad horyzontem i witraż lśnił niczym olbrzymia pajęczyna. Chciał wspiąć się na drugie piętro, kiedy coś kazało mu się nagle obejrzeć. Z początku nie bardzo wiedział, co się stało, ale potem uświadomił to sobie i poczuł się tak, jakby po jej plecach, pod swetrem, pełzły w dół dżdżownice.
Gipsowa postac stała za nim- bryłowata, ociekająca wodą kreatura z potworną głową Człowieka-Słonia i jednym załzawionym okiem ,miała nadpalona skórę.John rozpoznał , że była to osoba rasy mongolskiej.Swieciła jasnym zielinkawym swiatłem.Roznopznał ją-to tą sylwetke ujrzał na podwórzu.
Zapłakana kobieta nie wydajac z siebie żadnego dźwięku, ultniła się jak kamfora-znikła w blasku księzyca.
Pokój znów ogarnęła ciemność.
John stał u stóp schodów, opierając dłoń na szorstkiej, łuszczącej się poręczy i czując, że za chwilę zemdleje ze strachu. Skoro gipsowej postaci już tu nie było, gdzie mogła się podziać? Wyobraził sobie przez chwilę, jak sunie przez pogrążone w mroku korytarze domu.
Ostrożnie podniósł wzrok stwierdzając ,że za późno już było, żeby wracać. Z drugiego piętra dobiegł ten szloch i John wiedział, że musi zdobyć się na odwagę i odkryć, skąd się bierze. Nabrał powietrza w płuca, żeby się uspokoić, i postawił prawą nogę na pierwszym schodku. Stopa robiła wrażenie zupełnie zdrętwiałej, jakby zbyt długo na niej siedział.
Po chwili namysłu stwierdził że nie warto tam wchodzic, i wszedł do swojej sypialni, nie chcąc już wiedzieć co to była za istota.
Otulił się pledem i prawie natychmiast przysnął. Miał wrażenie, że spada w głąb czarnej, rozbrzmiewającej głuchym echem studni. A potem przyśniło mu się, że wchodzi do wysłanego błękitnym dywanem pokoju i widzi stojącą przy oknie kobietę w bieli. Kobieta milczała. W ogóle się nie odwróciła. John uświadomił sobie, że sunie po podłodze w jej stronę, mimo że wcale nie porusza nogami, mimo że wcale nie chce się do niej zbliżyć.
Bał się spojrzeć jej w twarz. Coś mówiło mu, że może być chora, zniekształcona albo podobna do trupiej czaszki. Mimo to przysuwała się coraz bliżej i bliżej. Chciał podnieść ręce, żeby się jakoś zatrzymać, ale odmówiły mu posłuszeństwa.
Nagle kobieta obróciła się i okazało się, że ma zdeformowaną twarz gipsowego posągu, z jednym połyskującym okiem i okropnym kostropatym wolem inkrustowanym kryształkami soli mineralnych;nachyliła się nad nim i powiedziała:

Każdy ruch twój, był jak gwóźdź do mojej trumny,
Wiedząc, że wokół czai się zło i martwe druhny


Oczy Johna zamknęły się mocniej-popadł w głęboki błogi sen.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -