Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




NOWA

Marek Grzywacz

I MIEJSCE W HALLOWEENOWYM KONKURSIE LITERACKIM


Nowa była magiczna. W upale, gdy głowa nagrzana, wydawała się nierealna. Miejscówka, którą znalazła, całkiem jednak rzeczywista. Ściany szare i kruszejące, ale mało pomazane przez gnojów ze sprejami. Szyb brak. Tam, gdzie powinny być parapety, goły mur i białe plamy ptasiej sraki. Trochę śmieci, ale bez smrodu, paskudztw w stylu zużytych kondomów czy butelek po piwie pełnych szczyn.
Zwieźć jakieś meble i ideał. Szkoda, że dopiero teraz, pomyślałem.
- Całkiem kurwa elegancko – przyznał Marcin.
Nowa uśmiechnęła się rozbrajająco. Magia wynikała nie tylko z tego, że była najbardziej „swoją” dziewuchą jaką poznaliśmy. Dogadała się z nami szybciej, niż powiedziałbyś „z kobietą nigdy nie będziesz żył jak z kumplem”. Nie, żeby dało się ją traktować jak kolegę. Kiedy patrzyło się na nią… jakby w jej głowie siedział napalony facet, wydający instrukcje jak wykonać każdą czynność, by istotom płci męskiej robiło się gorąco.
- Nigdy tu nie byłem, seryjnie – mówił dalej Marcin.
Kama wyglądała, jakby miała urodzić kamień nerkowy wielkości ludzkiej głowy. Widziała, jak się patrzymy, jak Marcin zerka na tamtą. Babki są proste, mówi się, że ciężko je odczytać, ale to bzdura. Zareagować tak, jakby chciały – to już sztuka. Miałem ochotę pocieszyć. Szepnąć na ucho głupi komentarz. Tyle, że nie wypadało.
- Postawili magazyny. Tam na krańcu miało być biuro – tłumaczył Damian. – Splajtowali, budowa na dobre nie ruszyła. Myślałem, że lepiej ogrodzone będzie.
Rzeczywiście, na placu były ze trzy małe magazyny i szkielet większego budynku. Ale liczył się ten. Nieważne czym miał być, odtąd należał do nas. Nowa zatknęła flagę, zaklepane.
- Kawałek drogi tu jednak jest. Na rowerze – podkreśliłem.
- I przegapiliście taki obiekt? – Nowa nie dowierzała. – Panowie, dupy z was, a nie krajoznawcy.
- Tu masz rację, mała. – Marcin nawijał jak nakręcony. – Ja tam wycieczek nie lubię.
Kama chciała coś wtrącić, ale się zawiesiła. Z szeroko otwartymi ustami prezentowała się cholernie śmiesznie. Wyczułem napięcie, więc wyciągnąłem butelki.
- Oblewamy? – spytałem.
Marcin pracował nad korkiem. A ja wiedziałem, że tyle, ile nam zostało spędzimy właśnie tu.

Dzień później mieliśmy już ogrodowe krzesełka i pufy. Dowieźliśmy autem ojca Marcina. Byliśmy tak dumni, jakbyśmy sami postawili tę ruderę.
Dotychczas najlepszym, co mogło się przytrafić, był nasyp nieużywanej bocznicy. Sala Pożegnań okazała się luksusem. Tak zacząłem ją nazywać. Nie na głos, wyśmialiby. Ale fakt, miała służyć długiemu żegnaniu się.
- Będziemy siedzieć jak te zjeby? – spytała Nowa między łykami piwa. – Jakieś rozrywki?
- Znam dużo dobrych – odparł Marcin. – Ale wiesz, bardziej dla par.
Zaczęło się.
Kama próbowała zabić Nową wzrokiem. Czego oczekiwała? Dostał się na Zarządzanie Sportem, daleko, przecież nie mógł jej wziąć. Zresztą nie utrzymałby fiutka na wodzy bez kogoś, kto by go pilnował.
A ona młodsza. Ciekawsza.
Miałem nadzieję, że Marcin zachowa się wporzo. I, że nie. Jednocześnie.
Nowa wyjęła z torebki skręta.
- Nieźle – powiedziałem. – Skąd?
- U was ciężko o dobrą trawę. W ogóle dostać coś. Brat załatwił.
Gdy w powietrzu zawisł dym, Damian skrzywił się demonstracyjnie.
- Co, zielska nie lubisz? – spytała. – Czy nigdy nie dali?
Wzruszył ramionami, jak to on. Zaciągnęła się i nagle wstała. Zbliżyła się i pocałowała, wpuściła dym do jego ust. Kaszlał.
- Dorosły chłop, a jarać nie umie! – krzyknęła. Zarumienił się, ryknęliśmy śmiechem. Nawet Kama nie wyrobiła.
Z Nową nudzić się nie dało.

Wróciłem tak ululany, że mimo osiemnastki bałem się starych. Na szczęście ojciec spał przed telewizorem. Matki ani śladu, znów na plebani. Zrozumiałbym, jakby proboszcz posuwał spraszane babki. Ale chyba serio się tam modlili i takie. Cóż, starość.
Mimo to przemknąłem na górę jak zawodowy ninja. Przyzwyczajenie.
Nie mogłem spać, wlazłem w Internet. Zaczęło mi się poważnie nudzić. Klikałem losowe łącza, grałem w idiotyczne gierki. Włączyłem Skype’a i dawno nie używane GG.
Ktoś pisał na Gadu, z godzinę wcześniej. Tylko link, przeniósł na stronę do wrzucania zdjęć.
Fotka nieznanej mi dziewczyny. Raczej nieładnej, oprócz dużych, przenikliwych oczu. Coś w rogu. Czerwone, dodane z łapy w Paincie litery. Powiększyłem.
TO SIĘ POWTÓRZY!
Pomyłka lub jakiś świr. Nie zastanawiałem się. Uciekłem do wyra.
Rano znalazłem zdjęcie na mailu. W temacie wiadomości to samo ostrzeżenie.
Brawo idioto, pogratulowałem sobie. Było wrzucać dane na Facebooka?

Naszą miejscowość nazywano miastem. Ja poprawiałem na miasteczko. Co prawda dumna stolica powiatu, ale jakoś za ciasna, by to „miasto” przeszło przez gardło. Niby mieliśmy wszystko, co potrzeba. Nikt nie pędził krów na pastwisko przed oknami. Ale po tylu latach znaliśmy każdy kąt. Identyczne scenki dzień w dzień.
Dlatego czuwałem nad komórką z obawą.
Był czas ucieczek, a ja czułem, że zostanę. Matura poszła średnio. Kasy brak, musiałem się dostać za darmo. Żeby nie utknąć tu, jako pomocnik w sklepie czy kasjer na Orlenie.
W dodatku sam. Łudziłem się, że zostanie jeszcze ktoś, konkretna osoba, ale bałem się.
Na szczęście czekała ekipa. To się liczyło, na razie nic innego.
Sala Pożegnań była najważniejsza.

Oszukuję się, że jeśli nie zapomniałbym przeklętego pendrive’a, nie zaczęłoby się. Przynajmniej nie dla mnie.
Oczywiście miałem powód. Jak debil zostawiłem w pamięci coś, co mogło mnie spalić. Pendrive został w Sali, byłem pewny. Odłączyłem od laptopa, z którego puszczaliśmy muzę, rzuciłem na pufę i zapomniałem. Jeśli ktoś zawinął, miałem przerąbane.
Miasto przejechałem ostrożnie. Piłem, a nie chciałem pożegnać się z prawkiem. W lesie przygazowałem. Ciemnica, mogłem się wyrżnąć, ale gnałem bez zastanowienia.
Zostawiłem rower przy płocie. Gdy się zbliżałem, usłyszałem głosy. Zamarłem.
- Jeśli się nie postarasz, nic z tego.
- Kurwa, to jednak trochę dziwne.
Pełen zaskoczenia okrzyk bólu.
- Ugryzłaś mnie!?
- Będę gryźć, póki nie pobawimy się tak, jak lubię – droczyła się seksownie, poczułem niepożądany ruch w bokserkach.
- Dziabnęłaś do krwi!? Wredna sucz!
- O, tak dobrze. Do roboty!
Plaśnięcie. Zduszony krzyk. Hałasował jak mało kto, a ona wydawała takie odgłosy… Poczułem się źle. Nie dlatego, że podsłuchiwałem. Coś było nie tak. Niby nic nie widziałem, ale po skórze przeszła fala chłodu, choć było upalnie. Zapomniałem, że przyjechałem po coś.
Wracałem jeszcze szybciej.
Wyobraźnia ponosiła. Mrok lasu wydawał się gęstnieć.

Wróciłem rano. Marcin miał pomagać ojcu, niezręczne spotkanie nie groziło. Myślałem, że nikogo nie zastanę, była chyba dziesiąta. Myliłem się.
Damian siedział na krześle, czytał. Machnął ręką na powitanie. W głośniczku lapka pyrkał wakacyjny dance.
- Co czytasz? – spytałem od niechcenia, szukając wzrokiem pendrive’a.
Pokazał okładkę.
- „Lśnienie”? Nie czytałeś tego w gimnazjum? I parę razy potem?
- A co, są na to jakieś limity? – bąknął, wracając do lektury.
Nie powstrzymałem się. Musiałem komuś powiedzieć.
- Marcin rżnie Nową.
Nie oderwał oczu od kartki.
- To chyba dobrze, nie? – mruknął. - Dla ciebie?
Udałem, że nie wiem o co biega. O dziwo, postanowił coś dodać.
- Masz zdjęcia Kamy na penie.
- Przypadek.
- Znad morza. W bikini. Nie wiem skąd masz, ale założę się, że ćwiczyłeś przy nich nadgarstek. Szczerze, nosisz je przy dupie? Nie możesz się rozstać?
Zatkało mnie. W jego ustach to była wręcz tyrada.
- Masz? – zapytałem tylko.
Wyciągnął z kieszeni. Wziąłem bez słowa. Potem chciałem wyjść.
- Nie zostaniesz? – Był zawiedziony.
- Sprawy. Nie mów nikomu, okej? – poprosiłem.
Tak, jakby nikt nie wiedział.
Wracając myślałem o ostatnich latach. Taki okres, że się roztrząsało. Bo kiedy, później? Potem się tylko wspomina, wtedy to jeszcze była rzeczywistość.
Marcin był z nielicznych prześladowanych dzieciaków, które zamiast się izolować, robią coś ze sobą. Między gimnazjum i liceum dał czadu. Zaczął uprawiać sport, zamiast tylko kibicować. Zrobił się silny. Nie jakiś kark, nadal na oko dość niepozorny. Chudy, ale nabity – zawsze mówił, że tacy są najlepsi fighterzy. W zasadzie nie zmienił się bardziej, niż inni w tym wieku. Ale na zewnątrz… budził respekt. Zaczął przesadzać. Jeździł na mecze z braciakiem, wracał obity. Jak się spił, potrafił wziąć w obroty gościa, co mu się nie spodobał. Ogarnął się dopiero, jak brat trafił do pierdla.
Kama przyszła w pakiecie z przemianą.
Prowadzał się z nią, rozdziewiczył. Kolej rzeczy. A mi zaczęło to doskwierać. Dostałem fioła, po szczeniacku. Starałem się być najlepszym przyjacielem, zawsze obok, aż jej koleżanki ostrzegały, żebym przystopował. Po scysji z Marcinem spasowałem. Odpuściłem, choć słabość ujawniała się czasami. Ale to już każdy ignorował, w ekipie takie rzeczy się wybacza.
Zajechałem pod monopolowy. Pogadałem ze sklepową, trochę mi przeszło.
Łyknąłem Sprite’a. Robiło się coraz goręcej.

Pod wieczór znowu dostałem dziwnego maila. Tym razem zdołał przykuć moją uwagę na dłużej. Oprócz zdjęcia i ostrzeżenia był w nim odnośnik do artykułu.
Papieros sam znalazł się w ręku. Obiecałem matce nie jarać w domu. Jednak tak mnie wciągnęło, że się zapomniałem.
Pięć ofiar. Sprawca nieujęty. Rozcięte brzuchy. Ślady spermy we wnętrznościach. Poważne błędy podczas śledztwa.
- Co to do kurwy nędzy jest?
Pomyślałem, że przyda się mózgowiec. Napisałem na Skypie do Damiana. Wyskoczyło okienko z niezbyt zadowoloną twarzą.
- Dostałeś linka? – zacząłem. – Czytałeś?
- Co tobie? Makabra to moje terytorium.
- Ktoś mi to wysłał. Wiesz o co biega?
- W podstawówce jeszcze byliśmy, wtedy to była głośna sprawa. Do dziś typa nie złapali. Jakiś mafijny bonzo, emerytowany gangster. Policja obserwowała dom i, jak wyjechał, zrobili wjazd. Co znaleźli? Córkę facia, zgwałconą i porżniętą na kawałki. Gniła w piwnicy, komedia, nie zauważyli, że zniknęła. A później? To dopiero masakra. Słuchasz?
- Ehe.
- Zrobił se trasę po Polsce. Cztery miasta, cztery dziewczyny. Znak rozpoznawczy, no, dymał we flaki. W otwarty brzuch, kurna, lepiej niż w filmach o seryjnych zabójcach. I wiesz co? Wiadomo kto, twarz znana każdemu glinie, i co? Lipa. Wielka obława i nic. Zbłaźnili się.
- Podsyłam fotkę. – Tknęło mnie. – Jedna z ofiar?
- A co ja, kartoteka? Sam szukaj.
- Wykaż się, stary.
Chwilę nie odpowiadał.
- Człowieku! – Huknęło z głośników. – To córa zabójcy! Pierwsza ofiara. Kto ci to wysłał?
- Bo ja wiem.
- Masz zdrowo pogrzanego wielbiciela. Jakaś gotka się do ciebie zaleca?
- Gdzie widziałeś u nas gotki?
- Ale metalówy są. Może miłośniczka horrorów, jak tak, to mnie umawiaj.
- Haha, dowcip.
- Słuchaj, spadam. Mam coś na głowie – powiedział.
- Co? – Zainteresowałem się.
- Przyjęli mnie. Będę studiował w stolicy, nieźle? Muszę podzwonić, nara.
Pięknie, pomyślałem. Zostałem tylko ja.
Ja i Kama.

Marcin się nie zjawił. Wpadła Kama, wypiliśmy za studia Damiana. Zjawiła się Nowa. Gadała o głupotach, jakimś filmie. Wypaliła dwa jointy i oznajmiła, że spada. Co dziwne, Kama zawinęła się z nią. Wymieniliśmy podejrzliwe spojrzenia. On myślał, że ja wysypałem, ja, że on. Wzruszyłem ramionami. Jeśli miała być wojna, okej, nie moja sprawa.
Sięgnął po „Lśnienie”. Kończył. Skubany, pomyślałem, wciąż dobrze czuje się tylko pochłaniając książki.
Nie miałem co ze sobą zrobić. Siadłem. Zapaliłem szluga. Wstałem. I wtedy, przez wyrwę w płocie, zobaczyłem sylwetkę postawnego kolesia w dali.
- Kurwa! – Przylgnąłem do ściany. Damian westchnął, zniesmaczony.
- Co się dzieję? – spytał.
- Pod lasem ktoś jest. Obserwuje nas.
- Jak? Ma rentgena w oczach?
- Przez dziurę w płocie.
Podszedł do okna, nie wypuszczając książki z dłoni.
- Przewidziało ci się – stwierdził.
- Był tam!
Mina jakby połknął cytrynę. W całości.
- Już wiem o co biega. Te mordercze maile. Lekka paranoja – wyjaśnił jak ekspert.
- No co ty. Bez jaj – zaprzeczyłem. – Ktoś tam był, przyrzekam!
- Mi by się udzieliło.
Rozmowa prowadziła donikąd, wydał wyrok. Awansowałem do rangi niegroźnego świrusa.
- Zawijamy się, już! – rozkazałem. – Pakuj laptopa w torbę. Weź ważniejsze rzeczy. Bluza Kamy, nie zapomnij!
- Okej – Nie był przekonany.
Jadąc rozglądałem się na boki tak często, że niemal nie patrzyłem na drogę.

Obśmiali mnie. Damian też, choć zwiał ze mną. Podjechaliśmy autem. Ani śladu, nic, co pozwoliłoby stwierdzić, że ktoś był w środku, grzebał w naszym śmietniku. Obszukałem miejsce, gdzie według mnie stał podglądacz. Efekt podobny. Już obaj uważali, że jestem lekko walnięty.
- Źle znosisz upały – zasugerował Marcin, oczy mu się śmiały.
Temat mojej paranoi szybko zszedł na dalszy plan. Ojciec Marcina wyjechał i oddał chatę ukochanemu, bo jedynemu nie za kratkami, synkowi pod opiekę. Wiedząc, że będzie najebka, jego stary taki był. Liberalny? Szalony?
Trzeba było skombinować flaszki i sprzęt grający.
Piątkowa domówka. Jakoś nie skakałem z radości.

Pokój przepełniony. Jedni nalewali, inni próbowali tańczyć, już odbywały się zawody w wymianie śliny. Twarze znałem ze szkolnych korytarzy, ale nie chciałem ich widzieć.
Ekipa sprawdzała się, bo byliśmy inni. Nie mówię, że inteligentniejsi, choć, nie przeczę, tak uważałem. Trochę do przodu. Znudzeni. Trzymaliśmy się razem, bo tłum małp zaludniający nasz ogólniak nie wystarczał. Czasami też przerażał.
Szukałem wzrokiem swoich. Kama przy stoliku, w sąsiedztwie butelki Tequili. Piła na poważnie. Damian przy kompie, ustawiał playlistę z domorosłymi didżejami.
Siedziałem. Piłem. Tupałem nogą w rytm hitu skomponowanego dla robotów.
Nagle ktoś pstryknął na „off”. Impreza się zatrzymała, nawet muzyka jakby przycichła.
Najpierw Marcin. Torował drogę.
Wtedy zauważyłem, że Nowa ubierała się na luzie, t-shirty i tenisówki, że nie malowała się za bardzo. Nie wcześniej, bo nigdy nie widziałem jej odstawionej. I cholera, to był widok. Miała na sobie, serio, złotą sukienkę. Krótką i opinającą, te jej ruchy, w takiej oprawie hipnotyzujące. Czarne rękawiczki, takie śmieszne, zakrywające tylko palce. Widziałem podobne na filmiku z Lady Gagą. Ułożone włosy, mocny makijaż. Jej usta… Boże. Jakby wstąpiła na imprezę przy okazji, po drodze na balety z koleżankami z Beverly Hills.
Otrząsnąłem się później niż reszta, dopiero, gdy zagadał mnie Damian.
- Nie wyglądasz za dobrze.
- Hmm…
- Dołek? – zgadł. Dusiłem to w sobie, ale po alko smuty wypływają na powierzchnię.
- Są wyniki, wiesz które. Nie jestem nawet na rezerwówce.
- Do przewidzenia. Zresztą jesteś humanista, tak czy siak przejebane na starcie.
- No stary, to mi ulżyło.
- Za wysokie progi– odparł, nie speszony moją reakcją. Też się opił, czy co?
Marcin, jak na władcę melanżu przystało, zaczął polewać czystą. Nowa witała adoratorów. Kama, gdzieś z boku, robiła się blada.

Stałem przy ścianie, równowaga siadała. W sumie powinienem się ewakuować. Ale do głowy, jak to przy wódzie, wpadł głupi pomysł. Nie wiem, poczułem się opuszczony.
Ruszyłem w stronę innej opuszczonej.
Zanim jednak dotarłem do Kamy, ona wstała. Nie wyglądała za wesoło. Podbiła do Nowej. Dalej nie wiem, zasłonił mi tłum. Wymknęły się do pokoju obok. Pojedynek, doszedłem do wniosku.
Nie moja sprawa, powtarzałem sobie. Usiadłem przy stole, zagadałem znajomka z budy. Wpakowałem garść chipsów do ust. Muzyka naparzała. Zapaliłem papierosa.
Drzwi niemal wyrwało z zawiasów. Przodem Nowa. Z przekornym wyrazem twarzy, włosy rozczochrane. Za nią Kama. Coś nie grało. Oczy jej latały. Szminka rozmazana, smuga aż do policzka.
Wstyd?
Przebiegła przez pokój i tyle ją widzieli.
Nowa, jakby nic się nie stało, spytała, czy ktoś poleje. Marcin wstał. Napięty każdy mięsień, dosłownie. Na szyi pojawiła się wstrętna żyła.
Pchnął ją na ścianę. Z całej siły.
Musiał być nieźle nawalony, nigdy nie miał zadatków na damskiego boksera.
- Co robiłyście!? – pytał. – Co kombinujesz?
- Wal się! – odwarknęła.
- Durna szmata! – wrzasnął, a potem wyszedł.
Niezręczna cisza.
W końcu towarzystwo olało temat. Powrócił łomot muzyki. Laski zaczęły się gibać. Faceci zaczęli pić.
Też wróciłem do imprezowania. Norma.
Dopóki nie poprosiła, żebym odprowadził ją do domu.

Jedyne osiedle miasta. Wielka płyta, brzydkie jak noc. Postawione dla roboli, „sypialnia”. Fabryka dawno nie pracowała, bloki zostały. Wyróżniały się, reszta zabudowy niska, jednopiętrowa. Właśnie tam mieszkała babcia, u której wakacje spędzała Nowa.
Szedłem z nią pod rękę. Jak zakochana parka, szkoda, że się zataczaliśmy. Nowa narzuciła znoszoną skórę. Żałowałem, że nie mam bluzy. Padało wcześniej, kałuże błyszczały tu i ówdzie. Może przeszła burza? Nie, byłoby parno, a zrobiło się chłodno. Jak na lato, to zimno.
Zapuszczony plac zabaw w świetle latarni prezentował się raczej upiornie. Rozłożyste drzewo jak strażnik okolicy. Usiadła na huśtawce. Patrzyła tak, że aż przeszedł mnie dreszcz. Kucnąłem, zakurzyłem fajka. Nowa bujała się, strasznie rozbawiona.
Podniosłem się raptownie.
Coś poruszyło się na drzewie. Liście zadrżały, trząsnęły łamane gałązki. Z jakimś takim małolackim lękiem szukałem tego, co poruszało się za ciemnozieloną osłoną. Bez skutku. Zaraz ustało i tyle.
- Mamy tu wielkie, grube koty – oznajmiła Nowa, zaśmiała się ślicznie.
- Chyba kurwa żbiki – rzuciłem, wciąż gapiąc się w górę.
- Może. Sąsiadki dokarmiają! – krzyknęła wesoło.
- Cicho. Pobudzisz ludzi.
Obdarzyłem ją w moim mniemaniu poważną miną.
- Dawaj, idziemy. Późno już.
Odwzajemniła się grymasem mówiącym „no i co z tego, harcerzyku”, ale wstała i ruszyła w stronę ostatniego bloku po lewej. Ciemny budynek wyłaniał się zza reszty osiedla, aż w końcu stanęliśmy pod daszkiem. Spod klawiatury domofonu wypływało seledynowe światło.
- Masz klucze, czy coś? – zapytałem.
- Spoko – powiedziała, zbliżyła się. O krok, dwa. Za blisko.
Palce chłodne, ale zostawiły płonący ślad na policzku. Usta już gorące. Język wiedział, czego szuka w moich. Czas przestał biec. Przerwa na generalny remont rzeczywistości. Gdy oderwała wargi od moich, ruszył w przyspieszonym tempie. Patrzyłem w oddalające się oczy i totalnie nie wiedziałem co dalej.
- Nie martw się – uspokoiła mnie. – Taki bonus, wiesz, podziękowanie za przechadzkę.
Wydukałem kilka nie układających się w nic sylab.
- I wyluzuj. To studia, nic szczególnego. Nie ma się co gnębić. – Skąd wiedziała? Miałem ochotę urwać łeb Damianowi.
Dałem krok w tył.
- Nara – pożegnałem ją szeptem. – Śpij dobrze.
W połowie drogi do ulicy odwróciłem głowę. Stała jeszcze na wejściu, patrzyła jak odchodzę.
Nie oglądałem się więcej.
Wtedy nie zauważyłem. Leciałem na pijackim autopilocie, a w głowie miałem tylko resztki pocałunku. Teraz dochodzę do wniosku, że miasto nigdy nie było tak puste, jak tej nocy. Psy nie szczekały, ani widu zataczających się balowiczów, zbłąkanych samochodów.
Otoczenie zabawnie dostosowuje się do nadchodzących klęsk.

Obudziłem się o dwunastej i było źle. Nie tylko z powodu kaca. Takie poczucie beznadziei zjawia się rzadko, upierdliwe wrażenie, że kompletnie przestałeś rozumieć życie. Ale jak jest, to nie pozwala się skupić. Mimo to spróbowałem wydzwonić Kamę. Miała wyłączoną komórkę. Właściwie pogadałbym z Nową, ale nie znałem numeru.
Gdy jadłem bezsmakowe śniadanie, dosiadła się matka. Skapnęła, że coś nie w porządku i niekoniecznie chodzi o nieznośny odorek.
- Nie zadręczaj się tak – powiedziała.
- Aha.
- Jesteś na rezerwowych na dwa kierunki. Zadzwonią. Głupi nie jesteś, tak? Modlę się za to… ale nie wszystko udaje się od razu. Jak nie teraz, to później.
- Dzięki, mądrości nie potrzeba – wychrypiałem.
Spojrzała srogo. Zamknąłem się. Nie chciałem dokładać kłótni do mętliku we łbie. Dojadłem i zaraz wyszedłem.
Myślałem, że ktoś wpadnie, choćby podleczyć się browarami. Rozmowa pomogłaby ogarnąć bałagan zostawiony przez imprezę. Niestety było pusto, nie licząc bzyczących głośno much.
Wyżłopałem kupionego po drodze browca. Ciepłe Tyskie niespecjalnie pomagało zwalczyć zmułę. Przysnąłem. Upał i kac nie są dobrą parą.
Obudził mnie huk.
Wstałem. Uderzenie w metal. Coś spadło na dach najbliższego magazynu, tam była blacha.
Wybiegłem na zewnątrz.
Spojrzałem w górę, słońce oślepiło mnie, ale dojrzałem jakiś cień. Nic określonego. Świst. Coś przeskoczyło przez płot, pojąłem. Wparowałem w przejście między Salą a magazynem. Przez wyrwę zobaczyłem, że intruz pruje przez wysokie trawy w stronę lasu.
Nie przecisnąłem się. Musiałem obejść.
„Coś” zdążyło zniknąć, ale zostawiło ślad, koryto z przygniecionej trawy. Jakieś zwierzę, pomyślałem, na pewno nie mój „urojony” obserwator. Chyba, że potrafił bardzo szybko pełzać. Las. Stamtąd musiało przyjść. Nie miałem w sobie żyłki przyrodnika, ale nie potrafiłem zignorować. Co mogło tak skakać? Kuna? Za duże. Żbik z mojej pijackiej teorii? To by była ironia.
- Co ja pierdolę? – spytałem siebie na głos.
Nie minęła minuta, a znalazłem się wśród drzew.
Szedłem powoli. Panowała niesamowita, leśna cisza, jak z dzieciństwa, z porannych wypadów na grzyby.
Gdzieś blisko zahukał ptak.
Tyle, że brzmiało podejrzanie nie ptasio. A mające w zwyczaju hukać pojawiają się nocą.
Biegłem za dźwiękiem, ciekawość nie pozwalała odpuścić. Coś mignęło na sośnie po prawej. Dało susa na inne drzewo, umknęło z pola widzenia. Goniłem za cieniem parę dobrych minut. Wreszcie zatrzymałem się, złapać oddech.
- Stój! – Nagły okrzyk prawie doprowadził mnie do zawału. – Odwróć się, powoli!
Posłuchałem. Duży facet w ciemnych ciuchach. Miał siwiejące włosy i pistolet wymierzony we mnie. Instynkt przetrwania kazał założyć, że to prawdziwa klamka.
- To chyba jakaś pomyłka! - Spanikowałem.
- Przepłoszyłeś go. Przez ciebie spierdolił!
Zmierzył mnie wzrokiem. Wyjął z kieszeni zabytkową komórkę, wielką jak cegła.
- Nie próbuj niczego! – ostrzegł.
Nie zamierzałem. Jeśli czegoś nauczyła mnie telewizja, to tego, że uciekanie ewidentnie stukniętemu facetowi z bronią może być złym pomysłem.
- Uciekło. Kurwa, nie rób mi wyrzutów. Ja się nie nadaję? Przyhamuj – darł się do słuchawki. – Nie moja wina! Wpadł jakiś gnój i... Ta. Co zrobić? Opisywać go mam? Po chuj? Chudy jest. Wysoki. Co? Spytać? Jak się nazywasz? – zwrócił się do mnie. – Mów, no już!
- Paweł. Paweł Rosik.
- Ten twój? Uspokój się, nastraszyłem go tylko.
Zaraz oderwał komórkę od ucha, wąskie usta ułożyły się w podkowę.
- Masz szczęście – oznajmił. – Dawaj numer telefonu.
Jako, że opuścił broń, pozwoliłem sobie na moment wahania.
- Nie będę tu sterczał cały dzień! – ryknął.
Nie znalazłem innej opcji.
- Odezwiemy się. A teraz spierdalaj. No już, migiem!
To polecenie wykonałem z wielką chęcią.

Nie zgłosiłem na policję. Wiedzieli coś o mnie. Mogli nasłać kogoś na rodzinę, czy, nie daj Boże, kumpli. Patrzyłem więc na ekran Samsunga, tworząc scenariusze przykrych następstw spotkania. Matka zajrzała raz, zobaczyła jak modlę się do koreańskiego produktu eksportowego. Wycofała się. Pewnie pomyślała, że od trudów rekrutacji cofnąłem się w rozwoju.
Dzwonek. Tylko kilka słów. Miejsce i czas.
Pół godziny później stałem przed cukiernią. Dziwnie się czułem, idąc na ścięcie tam, gdzie dziadkowie zabierali mnie na pączki. Wszedłem do środka. Gdyby przy człowieku na wózku nie siedział znany mi kolo, i tak wiedziałbym, że to on na mnie czeka. Wyglądał obco.
Duży pokazał, żebym podszedł.
- Proszę usiąść, panie Pawle – zachęcił inwalida. Miał dziwny głos. Miękki? – Mam na imię Leon.
Drab zamówił talerz ciastek, trzy cole w szkle. Ekspedientka wykazała się pojętnością. Jak wręczył za dużo banknotów, od razu zmyła się na zaplecze.
- Proszę się częstować – zachęcił Leon. – Mam dużo do powiedzenia.
Nie wziąłem ciastka.
- Czy ostatnio coś zmieniło się w pana życiu?
- W moim wieku? Nie, skądże – sarknąłem.
- Nie chodzi o ogólne zmiany. Wasze grono się powiększyło.
Nie przewidziało mi się, jego przydupas naprawdę nas obserwował.
- Czasem przypałęta się fajna dziewucha.
- Aż za fajna, prawda? Koledzy bardzo zafascynowani?
- Kto by nie był?
- Nikt – potwierdził. – Taki jest cel.
Nie załapywałem. Zauważył.
- Ja wysyłałem maile. Teraz to żadna zagadka, wiem. Chciałem wzbudzić czujność. Być może dałem za mało, widzi pan, mam skłonność do gierek.
- Świetnie.
- Jest powód nękania właśnie pana. Mój towarzysz zaobserwował, że jest pan jedynym, który nie miał kontaktu fizycznego z nową koleżanką.
Dobrym obserwatorem nie był, bo kontakt miałem, dość bezpośredni. Nie wspomniałem o tym, tylko przejąłem inicjatywę.
- Szpiegowanie nastolatków to chora zabawa. I skończ z „panem”. Tak mówią zgredy udając, że traktują cię serio, bo państwo dało ci kawałek plastiku z peselem. A w ogóle, to o czym do cholery mówimy?
Zaśmiał się.
- Podoba mi się to. Konkretny i szyderczy. Zatem do rzeczy. Na początek ustalmy jedno. Jesteście zagrożeni, ty i twoi kumple. Poluje na was stworzenie, o jakim ci się nie śniło.
To, że nie wybuchłem śmiechem, świadczyło o samokontroli godnej buddyjskiego mnicha.
- Potwór?
- Z braku lepszego określenia. Kryptyda, jeśli wolisz, od wieków żyjąca obok nas. Na tyle długo, by nauczyć się ludzi wykorzystywać. Posiada dar współodczuwania. To zabrzmi źle, ale cóż, żywi się określonymi emocjami. I opracowała metody ich wyłudzania.
- Że jak?
- Pożądaniem i nienawiścią. Tworzy przynęty. Marionetki, spreparowane tak, by dostarczać pokarmu. Uzależnione od istoty, całkowicie posłuszne.
- Nowa. – Zdziwiłem się, że to powiedziałem.
- W jej ślinie, pocie, wydzielinach są substancje wzmacniające pożądane emocje. Aż do skrajności.
- Logika siada. Nie może znaleźć ludzi ze skłonnościami? O ile wiem, takich nie brakuje.
- A lubisz surowe jedzenie? Po coś nauczyliśmy się przyrządzać, przyprawiać.
- Używa jej? To zwykła laska! Ma tu rodzinę. Szlaja się z nami z nudów!
- Nic dziwnego przy niej nie czujesz?
Zagiął mnie.
- Dowody – zażądałem. – Zdjęcia, relacje świadków, teczkę skradzioną z Archiwum X?
- Tylko słowa. Ale zdradzę ci sekret, on potwierdzi intencje. Mówiąc to, zdaję się na twoją łaskę.
Drab zaczął się nerwowo wiercić.
- Zabiłem te dziewczyny – oznajmił cicho.
Jedynym znanym mi zabójcą był kumpel od flaszki ojca. Zadźgał zięcia. Nie wyróżniał się, zwykły żul. Facet na wózku nie miał też cech hollywoodzkiego psychopaty. Zimnych oczu, braku emocji, tego typu szajsu.
Nie osiągnął zamierzonego efektu. Wytoczył więc działa.
- Nie możesz wiedzieć jak to jest, gdy zaczynasz pożądać własnego dziecka. Jak patrzysz na ukochaną, śliczną córeczkę i widzisz coś, co musisz posiąść, zapłodnić, mieć. Zaczynasz się nienawidzić. A potem ją, z głębi duszy, jak nikogo wcześniej. Aż bum. Coś pęka i możesz zrobić tylko jedno. - Przerwał na duży łyk coli. - Nie byłem dobrym człowiekiem. Wiesz zapewnie. Ale to… Najgorsze, że kiedy wchodziłem w ich tak ciepłe wnętrza, gdy wraz z wytryskiem rozum rozpuszczał się… Nic piękniejszego nie poczuję. Nie ekstaza. Coś większego.
Udowodnił swoje. Jezu, mówił o tym jak o najlepszych chwilach życia.
- Nie mogłem przestać. Nie dawało uciec, nawet się zabić. Jestem pewny, że zacierało ślady. Dopiero zdruzgotany kręgosłup mnie wyzwolił.
Minęło sporo czasu, zanim zdołałem odpowiedzieć. Spędziłem go na zastanawianiu się, czy nie uciec. Póki mogłem.
Trzeba było wiać.
- Czego oczekujecie? – spytałem. – Bo czegoś chcecie, co?
Uśmiechnął się. Kurewsko paskudnie, albo jego opowieść przekręciła mi percepcję.
- Niewiele. Mój towarzysz jest łowcą, niezłym, zaręczam. Byli wspólnicy uważali, że wiem za dużo, by pozwolić dopaść mnie policji. Wysłali go, żeby mnie uciszył. Lecz też spotkał monstrum.
- Plan?
- Nie dotarliśmy do gniazda. Dziewczyna nie daje się śledzić.
- Jest jak jebany duch – dodał drab.
- Twój kolega pieprzy ją w tej waszej ruinie. Stwór trzyma się z pewnością blisko.
- A ja?
- Dodatkowa para oczu zawsze w cenie. Będziesz tylko ostrzegał.
Wtajemniczał mnie jeszcze chwilę. Potem wstałem. Spojrzałem na ich kamienne twarze… i porwałem z talerza eklerkę. Wyszedłem z trofeum.
Widać potrzebowałem cukru.

Marcin usiadł na oparciu parkowej ławki. Damian przysłuchiwał się, niby obojętnie. Miałem sucho w ustach, jakby wyparowała cała ślina.
- Kama zaszyła się w chacie, nie daje znaku życia. I, bez ściemy, wy też nie zachowujecie się normalnie.
- Znaczy jak? – zapytał Marcin.
- Zwyczajnie. Jak zawsze – objaśniłem.
- Nie szarżuj – ostrzegł Damian, ale zaraz spuścił wzrok.
- Ona niszczy ekipę – walnąłem prosto z mostu. – I nie przez wasze fikołki – To do Marcina. – Zamąciła nam w głowach. To miał być czas dla nas, a latamy za nią jakby była ósmym cudem świata.
- W sumie jest. – Kiedy Damian nauczył się pyszczyć?
Marcin przetrawił to gorzej.
- Znowu twoje fazy? Kurwa, ślepy byłem. Nigdy nie chodziło o dupę, ty mi zazdrościsz. Chcesz mieć to, co moje, nie? Kolega… żal.
- Daruj. Nowa robi to specjalnie, nie widzisz? – wybuchłem.
- Idź do Kamy! Droga wolna. Łaź za tą nudną krową. Baw się dobrze, ale ode mnie się odwal!
Sięgnąłem po mocny argument.
- Przelizała się ze mną!
- Ty durny cwelu – szepnął Damian.
- Morda, Cichy! – Użyłem znienawidzonej ksywki. Podziałało, milczek wrócił do milczenia.
Płuca Marcina pracowały jak miechy. Myślałem, że palnie mnie w ryj. Myliłem się. Załatwił mnie słowami.
- Masz urojenia. Dorośnij wreszcie! Ekipa? Spadamy stąd, zaczynamy żyć! Nic nas już nie łączy. A ty wmawiasz sobie, że jesteśmy jebaną Kompanią Braci! Wiesz czemu? Boisz się. Było ci wygodnie, jak szlajałeś się z podobnymi sobie frajerkami, ale już nimi nie jesteśmy, od dawna. Tkwisz w świecie gnojków! Tylko przeszłość. Nie masz nic.
Chciałem wierzyć, że tylko się wyzłośliwia. Mści się po swojemu. Ale jego twarz, nerwowe gesty Damiana kazały wątpić. Naprawdę mogli tak myśleć.
Wtedy kaszlnęła teatralnie. Odwróciłem się.
Musiała słuchać od dłuższego czasu. W oczach dzikie ogniki. Pasjonowała ją to, obserwowała z lubością.
Marcin pocałował Nową, otoczył ramieniem. Gdy odchodzili, położył dłoń na pośladku. Miałem ochotę oderwać wielką łapę od jej tyłka. Ujebać, jeśli trzeba.
Gorzej, że potem chciałem położyć tam swoją.

Z rana odwiedziłem osiedle. Plac zabaw wyzuty z niesamowitości w świetle dnia, pełen piszczących dzieci. Mieszkańcy bloków obdarzali mnie nieufnymi spojrzeniami.
Wcisnąłem przycisk domofonu. Nic. Ponownie. Jeszcze raz i jeszcze. Miałem szczerą chęć rozpieprzyć durną skrzynkę.
Ktoś sobie otworzył. Skorzystałem z okazji i wemknąłem się do środka.
Dzwonek nie działał. Zacząłem pukać. Potem walić, coraz wścieklej okładałem drzwi. Wtedy otworzyły się inne, wyżej.
- Co pan, wyżyć się nie ma gdzie? – spytał wąsacz we flanelowej koszuli.
- Muszę się zobaczyć z dziewczyną, która tu mieszka!
- Na Musiałową bym tak nie powiedział. – Skrobał palcami po zarośniętym podbródku. - Poza tym się spóźniłeś. Stara odwaliła kitę ze dwa miesiące temu. Tera to puste stoi…
Więcej mówić nie musiał. Wszystko zaczęło mi zalatywać oszustwem. Już wiedziałem, że jeśli zadzwonią, dołączę do nich.

Topiłem się. Było późno, słońce zachodziło, a i tak ubranie przesiąknięte potem. Zero wiatru, ledwo wyrabiałem. Nie mogłem zlokalizować draba. Musiał się nieźle skitrać. Nic podejrzanego też nie wpadło mi w oko, chociaż byłem w najwyższym dostępnym punkcie, na piętrze niedoszłego „biura”.
Czułem się dość głupio.
Auto zjawiło się nagle. Wysiadł Marcin, za nim Nowa. Szli wolno, co chwilę zatrzymywał się, by wepchnąć jej język do ust. Wreszcie zniknęli we wnętrzu Sali.
Następne minuty spędziłem zastanawiając się, czy już wskoczyła na pęto, czy tylko się migdalą. Jedna dłoń trzymała lornetkę, drugą zaciskałem kurczowo.
Coś zaczęło się dziać.
Gałęzie jednego z drzew przy drodze odgięły się na boki. Próbowałem nadążać. Zatrzęsły się krzaki. Nagle wyłapałem kształt. W locie wyglądało jak małpa, spłaszczona, z wyciągniętymi kończynami. Złapało się płotu, przesadziło go.
Wyjąłem komórkę.
Wytyczne proste. Jak coś się pojawi, dzwoń. Drab będzie wiedział, że nadeszło. Niezbyt wymagające zadanie.
Ruch. Stwór wlazł na dach magazynu w rogu. Brunatna skóra jak z gumy. Oczu nie widziałem, gębą otoczona ruchliwymi wypustkami. Na szczycie głowy drgający i w tej właśnie chwili zmieniający kolor na jaśniejszy grzebień. Zaczął pełzać. Wcześniej zdał się kuzynem gibona, ale gdy rozłożył nogi jak owad zrozumiałem, że nie ma w ciele ani jednej kości.
Nie miałem czasu się dziwić. Bać. Wybrałem numer.
Potwór znikł.
Obserwowałem uważnie i modliłem się, seryjnie, mruczałem paciorki pod nosem. Żałowałem, że w ogóle trafiliśmy na Nową, na to przeklęte miejsce.
Wtem kobiecy krzyk. A na dachu Sali pojawiło się monstrum. Coś się z nim działo. Trzęsło się, kiwało na boki. Dekoracja na łbie nabrała barwy wściekłego różu.
Znów przeszywający wrzask.
Zrobiłem coś wyjątkowo durnego. Zerwałem się z miejsca. Prawie się zabiłem na schodach, ale pędziłem dalej. Nie wyobrażałem sobie, że coś takiego we mnie jest. Ten instynkt, mus ratowania kogoś. Zanim pomyślałem, już wybiegałem na plac.
Reszta rozegrała się z prędkością światła.
Łowca wyłonił się zza magazynu, ze strzelbą. Huk wystrzału mnie ogłuszył. Przemknąłem przed nim sekundę później, zapomniałem pojęcie „linia ognia”. Bestia dostała, żółte fluki wypływały z boku. Próbowała wiać. Kiepsko, wciąż podrygiwała dziwacznie. Parłem naprzód. Drab poprawił i przeklął, nie trafił.
Wpadłem do Sali.
Nowa w kącie, Marcin nad nią, dyszał. Bydlak rozbił jej nos. Trzymała się za brzuch, czyżby też skopał? Wkurwiłem się. Aż dziw, że dostał tylko dwie sztuki, i, jak zatoczył się, cios w głowę. Upadł ogłuszony, Nowa pisnęła, uwalniając mnie z uścisku furii… a zrobiłbym mu większą krzywdę, nie wątpię.
- Nie przerywaj im! – wydarł się łowca. Zagłuszały go ni to bulgoty, ni nawoływanie. Potwór. – Zrób coś! Zrób jej coś!
Nie posłuchałem, to jasne. Zostawiłem ją, otępiałą, wybiegłem na zewnątrz.
Dobrze, że opuściłem posterunek. Istota zwisała ze skraju kondygnacji, próbowała się wdrapać. Dryblas strzelił, celnie, ale stwór puścił się, kula go minęła. Opadając wykonał przedziwny fikołek, tylne kończyny chwyciły krawędzi. Udało mu się podciągnąć, uciekł w głąb budynku. Słyszeliśmy tylko jego bulgotliwe narzekania.
- Debilu! Czemu czegoś nie zrobiłeś!?
Lufę skierował na mnie.
- Czego nie…? – wyjęczałem.
- Starczyło bić! Ruchać, cokolwiek! Dałeś temu się ogarnąć!
Dźwięk. Jakby szuranie, tyle, że bardzo głośne. Zaczął biec, gotowy dobić bestię. Chciałem powstrzymać, czułem, że będzie źle, ale mnie zamurowało.
Miałem rację.
Spojrzał w górę, ja też. Coś dużego. Na tle różowiejącego nieba wyglądało jak cień paskudnego grzybostwora ze złych snów ilustratora podręczników RPG. W dodatku zdawało się puchnąć, rozrastać. Drab cofał się. Nie uniósł broni, zaczął uciekać w moim kierunku.
Ogromny balon mięsa uderzył w grunt, w tumanach kurzu. Długie ramię wystrzeliło do przodu i porwało biegnącego. Wrzeszczał okropnie, zgniatany jak w imadle.
Zdezerterowałem. Co miałem zrobić, rzucić się na to z niczym?
Ukryłem się w Sali.
Wielu rzeczy nie dostrzegałem, skulony pod ścianą, wsłuchany w makabryczne odgłosy. A powinny mnie obejść. Na przykład to, że Nowa zniknęła. Albo, że nawet nie wiedziałem, jak drab miał na imię. Że Marcin bełkotał. Strach odłączył świadomość. Dopóki nie zapadła cisza, nie kontaktowałem.
Jak odważyłem się wyjść, było ciemno. Natura sygnalizowała, że bezpiecznie, cykaniem świerszczy, odgłosami wieczoru.
Podźwignąłem Marcina z podłogi. Nie musiałem go przeszukiwać – co za dekiel zostawia kluczyki w stacyjce?

Prując szosą jak Kubica na speedzie odkryłem prawdę życiową. Niezbyt nowatorską, ale wziętą z doświadczeń własnych, nie z pierdolenia starych pryków.
Nie ważne, czy życie rozpieprza wypadek, choroba czy… krzyżówka mątwy z Predatorem. Proces przebiega tak samo. Zostawia cię bez niczego, stłamszonego, zruchanego do reszty. Nie pomoże „trzeba żyć dalej”.
A może wpadłem na to później? Wtedy raczej kierowała mną adrenalina.
Stanąłem pod chatą Marcina. On nadal ledwo przytomny. Miałem stracha, że walnąłem za mocno. Ale wolałem tam nie kwitnąć. Zadzwoniłem do bramy i już mnie nie było.
Bałem się nawet myśleć. Coś jak z lektur Damiana. Szaleństwo.
W domu pozorna pustka. Mama spała na fotelu, pewnie czekała. Ojciec musiał pójść w tany.
W pokoju zatrzasnąłem okno. Wydobyłem spod bielizny klucz. Matka dorobiła, bo „dorastający chłopak potrzebuje prywatności”. Naprawdę chciała, by tatuś w cugu nie gmerał w poszukiwaniu forsy, ale w tej chwili i tak kochałem ją za ten prezent. Stworzyłem namiastkę twierdzy. Klepnąłem na łóżko.
Oczekiwałem się, że w szybę zastuka gumiasty upiór, że wróci po mnie. O spaniu nie było mowy. Wyglądałem poranka, w dzień chyba nie przekradłby do miasta.
Około pierwszej ożył telefon. Leon. Zgadł, że skończyło się fatalnie, wyjaśniać nie musiałem. Ale on powinien.
Wykradłem auto z garażu.

Zajazd przezywano Burmistrzowskim, bo przyłapano tam kiedyś pełniącego urząd z kurwą. O tym myślałem parkując rodzinny rzęch. Odganiałem gorsze tematy.
Zastałem Leona z butelką. Wyglądał jak trup.
- Oszukałeś mnie! – zaatakowałem od razu.
Nie drgnął mu nawet jeden mięsień twarzy.
- Warunki współpracy były jasne.
- Nie wspomniałeś, że mój kumpel będzie przynętą!
- Wyjawiłem naturę istoty. Mogłeś się domyśleć. Miała być upojona emocjami, wtedy łatwiej wykończyć.
- A ja, czemu mnie w to wpakowałeś!?
Dziwny półuśmieszek.
- Domyślaliśmy się, że szukając dostroiła się do każdego z was. W razie co mogłeś podtrzymać więź. Postawiłem na ciebie, ten Damian wyglądał na zbyt biernego.
- Miałeś to obcykane? Wyrachowany skurwiel z ciebie.
- Teraz i tak się to nie liczy. Sam nic nie wskóram.
- A co z nami? – Wypełniała mnie rozpacz, napędzał gniew.
Dopił wódę haustem.
- Uciekaj, już. Albo… jeśli masz jaja, możesz przepędzić istotę. Wiesz jak?
Nie zrobiłbym tego za żadne skarby. Milczałem więc. Leon podjechał wózkiem do szafki.
- Coś jeszcze? – Wyraźnie zawiodła go moją postawa.
- Zabiło go coś innego – wyznałem, głos mi się łamał. – Wielkiego i… sam nie wiem, ale tego nie powinno być, tyle.
- Matka.
- Co?
Zaczął grzebać w szufladzie.
- Czemu stwór wybrał grupę w zasadzie dzieciaków? Nie kogoś starszego, zawiedzionego życiem, podatnego na podszepty? Jak mnie? Proste. Sam dopiero wkracza w dojrzałość. Uczy się. A ćwiczy się na łatwym łupie. I pod nadzorem.
- Kurewsko wspaniale. Jeden nierealny potwór nie wystarczy? Co jeszcze ukrywałeś?
- Wierz mi, nie marzyłem o jej wykończeniu. Pozbawienie potomka miało starczyć za zemstę. – Wyjął zawiniątko. – Więcej? Proszę bardzo. Emocje niezupełnie są ich pokarmem, psychicznym stanem się nie najesz. Widzisz, musiały odkryć przyjemność, jaką sprawia sondowanie naszych umysłów. Uzależniły się od stymulacji. Jesteśmy empatycznymi narkotykami. Dlatego łatwo ich się nie pozbędziesz.
- Czemu? – parsknąłem.
- Widziałeś ćpuna na głodzie? Ja wielu, jak zaczynałem, opylaliśmy towar najgorszym mętom. Zrobią wszystko za działkę.
Nie chciałem już słuchać. Odwróciłem się.
- Czekaj! – Zatrzymał mnie.

Matka czekała. Gdy zapaliłem światło w przedpokoju, zjawiła się jak rozjuszone widmo.
- Co ty sobie wyobrażasz? – Robiła mi wyrzuty. – Myślisz, że ci wszystko wolno? Ojciec by cię ukatrupił! Wiem, że masz trudny okres, ale… I jeszcze zostawiłeś dziewczynę samą. Po co pojechałeś, no? O tej porze chyba nie po prezerwatywy?
Nie zauważyła, że z twarzy odpłynęła mi krew. Nie słuchałem dłużej. Poleciałem na górę.
W pokoju zastałem Nową, jakżeby inaczej.
Niezbyt pokiereszowaną, co cieszyło. Trochę bladą. Wzrokiem wypalała dziurę w ciele, na wylot. Nie próbowałem się odzywać, język zasupłany. W półmroku wyglądała jak posąg greckiej bogini w skórzanej kurtce.
- Hej! – zaczęła. – Przegoniłeś ich. Teraz musisz się mną zająć.

Najdłuższe godziny mojego życia. Leżałem na karimacie, w zaduchu, wiedząc, że ona wierci się niecierpliwie w łóżku. Stał, nie chciał opaść, totalna frustracja. Nagle jej twarz. Wychyliła głowę zza krawędzi materaca i przypatrywała się. Oczekując. Odkąd rozebrała się przy mnie przed wskoczeniem pod kołdrę, była pewna, że mnie złamie.
Gdy słońce wtaczało się na niebo, byłem tak wściekły na ciągłe powroty jej oczu i ust nade mną, że miałem ochotę zrzucić ją na podłogę i…
Leon nie kłamał. W te sidła każdy by wpadł. I była moja kolej.

Nowa miała się coraz gorzej. Wyglądało trochę, jakby miała gorączkę, ale gdy próbowałem pomóc, zaczynała te swoje zaloty. Poważnie coś ją męczyło, ale wciąż chciała tylko, żebym ją wydymał. Robiła swoje do końca.
Ojciec dobijał się do drzwi, wściekły z trzeźwości, groził, że wyważy, ale w końcu odpuścił. Czekałem. Próbowałem obmyślić plan. Ale przez zapach i głęboki oddech Nowej nie mogłem się skoncentrować.
Postanowiłem działać. Sprawdziłem, ile mam kasy. Przebrałem się, olewając świńskie uwagi o mojej nagości, upchałem w kieszenie przydatne drobiazgi.
- Pomóż mi – powiedziała, zanim zdążyłem się odezwać.
- Taki mam zamiar.
- Tak! – Ucieszyła się. – Wiesz, że będzie nagroda. Miałeś próbkę, wyobraź sobie, ile możesz zgarnąć teraz.
Złapała mnie za krocze, zbliżyła twarz, by całować. Odepchnąłem. Trochę za mocno. Straciła równowagę, upadła na łóżko. Śmiech wariatki, wygięła się kusząco. Zdawała się inna. Nieprawdziwa, stworzona do jednej funkcji. Sztuczna jak mordy w TV. Jak pierdolona Natasza Urbańska. Produkt.
Najgorsze, że wciąż pragnąłem ją mieć, gorzej, zajeździć do granic wytrzymałości. Musiałem walczyć.
- Wywiozę cię – zacząłem. – Dam kasę na start, kurde, osobiście wsadzę w pospieszny, pojedziesz gdzie chcesz. Byle z dala od nas. Czaisz?
- Muszę z nimi – syknęła.
- Chyba jak odejdziesz, to one za tobą?
Pokiwała głową, zwątpiłem. Za łatwo się zgodziła. Jednak postawiłem na to wyjście. Inne możliwości przerażały.

Ojciec doskoczył, gdy zgarniałem kluczyki z półki. Zły jak stado os, gotów lać. Odparłem atak, dość brutalnie. Matka zaczęła szlochać.
- Chuj, nie syn! – ryknął, ale już nic nie próbował. – Szacunku ni grosz!
- Muszę iść! Wrócę, to pogadamy o szacunku! Przepraszam – rzuciłem jeszcze do mamy, złapałem Nową za ramię i wyszliśmy.
Gdy usadowiłem się za kierownicą, zadzwoniła komórka.
- Ukradłeś ją, tak? – Marcin.
- Nie. Stary, co ty w ogóle pamiętasz? Nic ci nie jest?
- Byłem pod twoim domem, łajzo. Co, myślisz, że masz farta?
- Człowieku, pobiłeś ją!
- To przez ciebie… zresztą, ona lubi ostre jazdy. Nie zrozumiesz, tylko ja wiem, czego ta cipa chce! Mógłbym zabrać co swoje. Ale sam zobaczysz. Dowiesz się, jak bardzo się nie nadajesz!
Zerwałem połączenie i wyciszyłem telefon. Zarzęził silnik.
Został ostatni przystanek.

W końcu otworzyła. W workowatym t-shircie, z nieumytymi włosami, wyglądała jak cień siebie. Zobaczyła Nową, chciała zwiać. Zatrzymałem ją.
- Pomóż mi! – prosiłem. – Tylko tobie jeszcze nie odbiło!
- Czego chcesz?
- Potrzebuję hajsu. Wiem, że zbierałaś na wakacje, ale muszę jej coś dać.
- Nic dla niej! – wrzasnęła. Ze strachu, przysiągłbym.
Objąłem ją. Bez krzywych intencji, jak przyjaciel. Tuliłem i tłumaczyłem.
- Pozbędę się jej. Zniknie i będzie jak zawsze. Obiecuję.
Weszła do środka, wróciła po chwili. Dała mi kopertę.
- Więcej nie mogę.
- Dzięki. Szczerze, dziękuję.
Zatroskana mina. Nigdy jeszcze się o mnie nie martwiła.
- Uważaj – przykazała. – Serio, pilnuj się. Ona… wchodzi do głowy. Nie zachowałabym się tak, naprawdę, ale jak połapałam się, było po wszystkim.
Łza spłynęła po policzku.
- Będę ostrożny – obiecałem. – Kama…
Nie skończyłem. Raczej nie musiałem. Zamknęła drzwi.
Gotowało się we mnie. Próbowała Kamy, nawet na nią przeniosła swój brud. W tym momencie zabiłbym ją gołymi rękoma.
Spojrzałem w stronę auta i odkryłem, że coś mnie wyręcza.
Wpadłem do wozu. Omdlała, płytki oddech, ale wyczułem puls. Kwalifikowała się do szpitala i może to była idea, może ktoś przerwałby to wariactwo. Tak czy owak, musiałem dostać się do miasta, prawdziwego, nie tej parodii.
Ruszyłem z piskiem opon. Dramatycznie, choć niechcący.

Cisnąłem, choć bałem się, że gruchot się rozpadnie. Gdy po lewej wyrosła ściana lasu, zerknąłem nerwowo. Monstra jednak nie leciały mi na spotkanie. Czułem, że może się udać.
Gdyby nie nieuwaga… Jak mogłem nie zamknąć drzwi od jej strony?
Wyskoczyła przy, bagatela, maksymalnej prędkości. Mignęła w lusterku. Dałem po heblach. Kolejny błąd. Rzuciło mnie do przodu, walnąłem głową, urwał się film.
Doszedłem do siebie chyba nie dużo później, bo ktoś by mnie już znalazł. Ale bez niej. Było pewne, że wracała do mątwiej rodzinki. Wyszedłem z auta. Chwilę bluzgałem.
Leon miał rację. Delikatnie się nie dało.
Otworzyłem tylne drzwi, wydobyłem kurtkę, w której kieszeni ukryłem prezent od niego. Mogłem tylko się modlić, że zapamiętałem jak obchodzić się z pistoletem.
W życiu nie wszedłbym do lasu w pełni rozumu. Nowa zdążyła mnie wykrzywić.

Uważałem, że znam te lasy, a mimo to błądziłem. Dopiero oznakowanie szlaku turystycznego podpowiedziało, że jestem blisko pozostałości cmentarza. Poniemieckiego bodajże. Choć między pniami snuła się groźna mgiełka, poczułem się pewniej.
Aż trafiłem na chatkę. Może opuszczoną leśniczówkę, ale nie słyszałem o takiej.
Wkroczyłem z bronią wyciągniętą przed siebie. Pusto, ale po klepce walały się opakowania po chińskich zupach i sokach. Damskie ciuchy na komódce, gdzieś rzucił się w oko błyszczyk. Bez wątpienia tam koczowała.
Za oknem porzucona skóra, bluzka, trampki. Rozebrała się.
Szedłem dalej, ostrożnie. Nerwy jak postronki, bałem się, że siądzie mi pikawa. W powietrzu roznosił się mdląco słodki zapach. Za nim podążyłem.
Dotarłem do rozległej polany. Sosny załopotały. Po czubkach sunął wielgachny kształt. Jak to zdołało nie połamać drzew?
W centrum kurhan z gałęzi, dużych kamieni, liści. Z jamy pośrodku wylewały się żółtawe gluty, wyrastały cieliste wypustki. Młody potwór wpełzł na kopiec. Nie ruszał się, w ogóle się nie bał. Lekceważył mnie, nie byłem dla nich zagrożeniem.
Ujście jamy rozwarło się, buchnęło śluzem i… wypluło Marcina. Otrzepał się. Zaraz zjawiła się drobna dłoń. Chwycił ją i wyciągnął Nową.
Rozpostarła ramiona, demonstrując sterczące sutki. Dziwna ciecz spływała po jej ciele, ociekała nią, cała błyszcząca, a przez to jeszcze wspanialsza. Zlepione włosy opadały na oczy. Odgarnęła je, wbiła wzrok we mnie.
Zrozumiałem, spojrzenie mówiło wszystko. Naiwniak ze mnie, już dawno zostałem wybrany. Dlaczego? Może miałem najwięcej powodów, oddzielono mnie od jedynych ludzi, jakich chciałem znać, odebrano ostatnie dni razem. Zresztą, po co dociekać? Starczyło, że miałem wziąć ją i zniszczyć. Żeby bydlę mogło się naćpać, mentalnie zwalić sobie konia moim nieszczęściem.
Marcin uśmiechnął się triumfalnie. Bałwan, nie wiedział, że miał być środkiem perswazji. Zanim zareagowałem, ramię Matki uniosło go gdzieś wysoko. Krzyczał jak przypalany.
Nowa zaprosiła gestem.
Niby czemu nie, pomyślałem. W końcu była źródłem. Meteorem, który walnął w Planetę Paweł, powodując mały Armagedon. Powinna cierpieć. Podała się na tacy. Mogłem rozkwasić kłamliwą buźkę, spłaszczyć te kuszące wypukłości. Wyciąć cudne oczęta, sprawny języczek.
Podszedłem.
Uklękła, ale dostała nie to, czego się spodziewała. Ale polizała lufę pistoletu, wsunęła między wargi. Potem wyjęła z ust, położyła się, rozchyliła uda. Drżałem, chciałem tylko na nią spaść, ale udało mi się unieść broń. Wolałem nie dać im za dużo przyjemności.
Coś walnęło we mnie, zwaliło z nóg. Klamka wyleciała z dłoni, huknęło, chyba wystrzeliła. Bolało. Wijąc się po mchu, uświadomiłem sobie - Matka rzuciła we mnie Marcinem. Leżał niedaleko, okropnie poskręcany.
Nie opowiadało im szybkie rozwiązanie. Młode zagulgotało rozkazująco. Grzebień na łbie bestii poczerwieniał, wypustki przy gębie tańczyły. Napinała się.
Jednak ślepe. Nie tyle, że oczu nie widziałem, ich nie było. Nie mogły dostrzec, że wymacałem dłonią zimnym metalu pistoletu.
Zerwałem się z ziemi. Albo miałem wrodzony talent, albo obłędnego farta. Kula rozsadziła głowę stwora, trysnęła żółto-czarna jucha. Upadło na bok bezgłośnie. Albo ja już nic nie słyszałem, uszy poraził pisk nie do zniesienia. Nowa złapała się za głowę, usta ułożone do wrzasku. Wypełniły się pianą. Chwilę turlała się w spazmach, aż przestała się ruszać.
Uderzenie czymś niesamowicie ciężkim, leciałem, potem walnąłem o coś z wielką siłą.
Gdy ocknąłem się, istot nie było.
Wstałem, poczułem mdłości, ból rozerwał mi plecy, poczułem drętwość w kilku miejscach. Słaniałem się. Spojrzałem na trupy. Sam żyłem tylko dlatego, że bestia znów wykazała się instynktem macierzyńskim. Wolała uciec ze zranionym dzieckiem, niż mnie dobić.
Powinienem zabrać chociaż Marcina. Nie powinien zostać, porzucony w środku lasu. Ale potrafiłem jedynie pokuśtykać w stronę, jak mi się wydawało, szosy. Domu.

Łunę na ciemniejącym niebie widziałem, zanim jeszcze z mozołem wdrapałem się na pagórek. Straszne przeczucie, wyjąłem komórkę. Kilka przydługich esemesów. Zawsze za dużo pisał. Przeczytałem najświeższego.
Pierdoleni egoiści, jak zwykle. Ona nie jest tylko wasza. Mi też jest potrzebna! Też moja! Ty jesteś najgorszy, ty psujesz wszystko. Przykro mi.
Zakręciło mi się w głowie, oczy zaszły mgłą. Za dużo. O wiele, wiele za dużo.

***

Odkąd ciotka przywiozła mnie ze szpitala, siedziałem na kanapie i wpatrywałem się w zgaszony telewizor. Myśleli, że to trauma, ale po prostu robiłem bilans strat. Marcin. Nowa, choć jej nie żal. Ojciec zjarał się żywcem, w głębokim śnie alkoholika. Matka… poparzenia trzeciego stopnia, przeżyła, ale w lustro nie spojrzy już nigdy. Damian… z podpalacza został popiół. Pocieszałem się, że wbiegł do domu, bo oprzytomniał, chciał ratować moich starych. Musiałem wierzyć, że zrehabilitował się, choć przecież kontroli nad tym nie miał.
Dno.
Nie miałem dużo czasu. Psy węszyły. Znaleźli auto draba. Odnotowali obecność tajemniczego inwalidy, który nocą opuścił zajazd taksówką. Ciał z lasu nie mieli, podobno, ale pewne było, że jak minie dyspensa dla poszkodowanych, powiążą wszystko i zapukają do mnie.
Wypadałoby się poddać losowi. Nie było ekipy, przeszłości, przyszłości. Ale miałem w kurtce pistolet Leona, w spodniach pieniądze od Kamy.
Niewiele, ale dobry początek.
Nienawiść nie odeszła z Nową. Została, bardzo skupiona, konkretna. Nie wiedziałem, czy młode przetrwało, ale Matka nadal gdzieś tam grasowała.
Trzeba żyć dalej, mówi się. A w życiu trzeba mieć jakiś cel.

***

Akademik stał się jedną wielką bibą, studenci odreagowywali sesję. Drin za drinem, dziewczyny też się rozkręcały. Kamila, już nie Kama, wymknęła się do pokoju z kompem. Nie wiedziała, czego szuka w necie. Włączyła Gadu, porzuciła Skype’a, ciągle wyobrażała sobie wyskakujące okienko ze złą twarzą Damiana.
To musiała być intuicja. Specyficzny dźwięk, ktoś napisał. Sam numer, nikt znajomy.
- Jesteś…
- Co? – odpisała.
- Nie idzie mi. Słaby w tym jestem.
- ???
- Prawie zabiłem dziś dziewuchę, wiesz? Zwaliłem z niej dresiarskiego kochasia, usiadłem, przystawiłem broń do skroni… nie miała tego w oczach. Tego, co ona.
- Kim jesteś?
- Nowa. Nie była jak Nowa. Zwykła tępa cizia, a ja prawie…
- Paweł?
- Dobrze, że jesteś. Że przynajmniej ty zostałaś.
Nic więcej, próbowała pisać, ale odpowiedź nie nadeszła.
Tego wieczoru upiła się do nieprzytomności.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -