Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Licho nigdy nie śpi

Piotr Ferens

Czy oczy otwarte, czy we śnie zamknięte,
Licho i tak przyjdzie, by odnaleźć ciebie.
Będzie chciało sprawdzić, czy w twoim oddechu,
Nie ma nieprawości, kłamstwa, czy też grzechu.

Kołysanka ludowa.
Autor nieznany.

Edgar poprawił się na łóżku i ułożył wygodniej na plecach. Odetchnął głęboko, wolno wypuszczając powietrze z płuc. Patrzył wprost przed siebie nie widząc zupełnie nic. Wokół panowała idealna ciemność. Mimo iż tkwił w niej od dobrych kilkunastu minut, jego oczy nadal nie były w stanie przebić panującej wokół czerni. Przypomniał mu się przeczytane gdzieś słowa z jakieś książki:, Kiedy spoglądasz w idealną ciemność, czujesz się tak, jakby cię w ogóle nie było (jakbyś w ogóle nie istniał). Coś w tym musi być — zgodził się. W końcu, po dłuższej chwili z przepastnej głębi nicości, zaczęły nieśmiało wyłaniać się jakieś prześlizgujące w atramentowej masie nieokreślone kształty. W końcu jego umysł zdołał je rozpoznać; oparcie krzesła, róg stołu, wąski trójkąt ręcznika przy zlewie. Drewniane domki w górach miały swój niewątpliwy i niezastąpiony urok, ale człowiek żyjący, na co dzień w mieście, szybko zapominał o praktycznej stronie życia, jakie wymusza przebywanie w takim właśnie miejscu. Żałował, że nie udało mu się rozpalić w kominku, mimo wielu usilnie podejmowanych prób. Za każdym razem, kiedy tylko pojawiał się ogień w postaci złotych promieni pląsających chybotliwym kształtem, po upływie kilku sekund, wszystko gasło. Edgar w końcu stwierdził, że to wina całkowitego braku ciągu. Zapewne komin został czymś zapchany i stąd te problemy. Miał jedynie nadzieję, że nie okaże się, że to martwa wiewiórka, kot lub jakiś innych zwierzak. Skrzywił się w mroku. Cóż... Postanowił, że zaglądnie do niego ponownie jutro z rana i spróbuje przeczyścić pion. Póki co, musieli wraz z Elisą przetrwać tą noc bez ogrzewania. Na szczęście nie mieli powodu do zbytnich narzekań. Na wyposażeniu znajdowała się odpowiednio gruba pierzyna, która mówiąc szczerze, wystarczała aż nadto. Połączone ciepła ich ciał emanowały spokojem. Tak czy inaczej ta cała sytuacja nieco go zirytowała. W końcu facet powinien umieć rozpalić ogień, podstawę ludzkiej egzystencji. Jednostajny oddech Elisy świadczył o tym, że zasnęła. Cały dzień w drodze, wrażenia z podróży — to wszystko złożyło się na zmęczenie, które zmogło ją zapewne szybciej niż się spodziewała. Edgar uśmiechnął się w ciemności poprzetykanej widzialnymi kształtami. Kochał ją i czuł radość z tego, że wszystko układa się tak jak powinno. Za trzy tygodnie ślub. Cieszył się, że udało im się wyrwać na te kilka dni z dala od wielkomiejskiego zgiełku metropolii, w której mieszkali. Mocniejszy podmuch wiatru uderzył w jedną ze ścian. Gdzieś wysoko nad nimi, pomiędzy górskimi szczytami gnał wiatr, raz po raz rozdzierany przez skaliste wierzchołki na nierówne poszarpane strugi. Za ciemnym kwadratem okna, mimo iż Edgar nie był w stanie teraz tego dojrzeć, tkwiła nieruchomo granica sosnowego lasu. Ten wiatr, ta ciemność, las i... to całe odosobnienie... Wszystko to sprawiało, że wracały dawne lęki. Dziecięce strachy, zbyt śmieszne i wstydliwe w świetle dnia, ale zbyt pamiętliwe i przerażające w mrokach każdej z nocy. Jego pamięć pracowicie wydobywała zdarzenia z minionych dni. Wspomniał opowieści swojej, nieżyjącej już babci ze strony mamy, która mówiła o tym, że jeżeli będzie niegrzeczny za dnia, to w nocy przyjdzie do niego Licho.

● ● ●

— Żyje w głębi lasu — mawiała. — Porusza się wraz z oddechem wiatru, przemyka pomiędzy szelestem liści i chrobocze swoimi ostrymi pazurami o gałęzie drzew. Odwiedza domy w ciemne noce, podkrada się do łóżek i nasłuchuje oddechu śpiącego człowieka
— Po co? — zapytał przejęty słowami babci.
— By sprawdzić, czy są w nim złe uczynki.
— A jeżeli są?
— Cóż. — Babcia uśmiechnęła się trochę dziwnie, tak jakby wewnątrz niej uśmiechnął się ktoś jeszcze. Ktoś o wiele starszy i o wiele okrutniejszy. — Wtedy Licho wyrywa jakiś kawałek ciała, by pożreć go jako pokutę za odkupienie złego uczynku.
Mały Edgar patrzył na nią przerażony. Pomarszczona twarz babci z osadzonymi w niej małymi, żywymi oczami przybliżyła się do niego, a blade, zwiotczałe usta zatańczyły układając się w kolejne słowa:
— Jego cień jest jak wąska strużka, jego krok lepko-miękki, jego głos szeptliwie-sykliwy, jego spojrzenie błyszcząco-mgliste, a jego dotyk drżąco-chłonący.
Mały Edgar kompletnie nie rozumiał tych dziwnych słów, które używała jego babcia. Intuicyjnie wyczuwał jedynie, że spotkanie z... tym czymś, z pewnością nie należało do przyjemnych.
— Powinieneś wiedzieć jeszcze jedno.
Edgar zerknął na babcię z niepokojem.
— Jeżeli Licho zjawi się u kogoś, to zabierając kawałek ciała grzesznika, pozostawi w jego sercu Zadrę Przypomnienia.
— Zadrę przy... przypomnienia? — powtórzył pytającym tonem. — A co... co to takiego?
Babcia położyła palec wskazujący na ustach, nakazując tym samym milczenie.
— To wiedzą tylko ci, których odwiedzi Licho.
— A ciebie kiedyś odwiedził?
Wzrok starszej kobiety zamglił się kiedy jej umysł sięgał pamięcią wstecz.
— Może — odparła tajemniczo, nie patrząc na swojego wnuka. — Pamiętaj. — Spojrzała na niego. — Licho nigdy nie śpi. Licho zawsze czuwa.
— Ale, jak to? Każdy przecież musi kiedyś spać.
— Niby tak, ale nie Licho. Ono jest bardzo, ale to bardzo stare. Pochodzi z czasów, kiedy kontynent europejski zamieszkiwany był przez różnego rodzaju ludy. Było to dawno, dawno temu.
— Jeszcze przed Rzymianami? – zapytał rezolutnie malec, bo od pewnego czasu bardzo interesował się ich historią.
— Tak, na długo, długo przed Rzymianami.
Edgar zmarszczył brwi. Wiedział, że przed Rzymianami były dinozaury, ale z tego ci się orientował one chyba były o wiele, wiele wcześniej. Ciekawe, co też było pomiędzy dinozaurami i Rzymianami?
— Skąd się ono w ogóle wzięło? To Licho... — zapytał mały Edgar.
— Prawda jest taka, że stuprocentowej pewności co do pochodzenia tego stwora nie ma. Choć istnieje pewna legenda, ale ile w niej z prawdy. — Wzruszyła ramionami.
— Opowiedz mi o tym babciu – poprosił Edgar przysiadłszy na taborecie.
— No więc. — Starannie wytarła pomarszczone dłonie w nieco sprany, biały fartuch z wyblakłymi kwiatowymi aplikacjami. — Żyli wtedy ludzie, których dziś określa się mianem Prasłowian. Opowieść mówi o pewnej młodej kobiecie, która została niesłusznie oskarżona o kradzież jedzenia, dla swojego dziecka. Na imię miała Leiku . Wygnano ją wraz z jej maleństwem, nie przejmując się bynajmniej ile w tym wszystkim prawdy. Kobieta najpierw prosiła i błagała, ale wódz plemienia nie chciał zmienić zdania. Wtedy, w akcie rozpaczy rzuciła się z gołymi rękami na swojego wodza, który w obronie ciął na oślep tym, co miał pod ręką, uszkadzając jej lewe oko, które nigdy już nie miało ujrzeć światła dziennego. Wtedy, jedną ręką trzymając swoje dziecko, drugą zaś przykładając do krwawej rany na twarzy, Leiku wydyszała klątwę... –Zawiesiła na chwilę głos.
Malec wpatrywał się w nią z napięciem nie mogąc doczekać się dalszej części opowieści.
— Powiedziała, że będzie ich wszystkich niepokoić i zadręczać aż po kres ich dni.
— I co?
— I tak też się stało. Leiku odeszła do lasu, a już po niedługim czasie na wioskę zaczęły spadać różnego rodzaju nieszczęścia. Panoszyły się różnego rodzaju choroby, niszczały plony, polowania nie przynosiły dotychczasowych żniw, tu i ówdzie z znienacka wybuchały niewyjaśnione pożary. Pomiędzy mieszkańcami coraz częściej zaczęło dochodzić do różnego rodzaju niesnasek i kłótni. Ludzie przestali sobie ufać, ujawniały się ich złe cechy. Jeden z drugim patrzyli na siebie wilkiem. W końcu rozmowy zaczęły cichnąć. Ludzie zamykali się w sobie przestając ufać komukolwiek. Z tygodnia na tydzień wioska z wolna umierała. Chaty pustoszały. Ludzie zaczynali odchodzić by znaleźć inne miejsce. Jednak Leiku, po doznanych krzywdach, wcale nie zamierzała komukolwiek odpuścić. Podobno, jak mówi legenda, dopadła każdego. Nikt z dawnych mieszkańców jej rodzinnej wioski nie zaznał spokoju. Trwało to całymi latami, ale w końcu dopięła swego. W trakcie tego czasu Leiku pogrążała się w swojej nowej profesji, aż stało się to treścią jej nowego życia. Polubiła tą swoją nową i straszną rolę, a to oznaczało, że nie upłynęło zbyt wiele czasu, kiedy Leiku poczuła tęsknotę za ludzkim cierpieniem. Ponownie chciał ujrzeć ludzkie łzy, usłyszeć błagania o pomoc i doświadczyć lamentów na niesprawiedliwość losu. Szybko więc wyruszyła szlakiem ludzkiego cierpienia. Ponoć wtedy właśnie ludzie zaczęli mówić o tym, że: Leiku nigdy nie sypia. Wraz z upływem czasu, język ulegał zmianom i po wielu, wielu latach ugruntowało się znane do dziś powiedzenie: Licho nigdy nie śpi. Podobno czasami, w bezgwiezdną ciemną noc, kiedy dobrze się wsłuchasz w oddech nocy, można usłyszeć śmiech Leiku lub też jakby płacz małego dziecka. Nikt jednak nie wie, kto tak naprawdę płacze. Jej dziecko, czy też to ona sama zawodzi nad swoim nieszczęśliwym losem. Ma to miejsce szczególnie wtedy, kiedy dzieje się coś złego.
Edgar milczał.
— Wątpię czy to Leiku istnieje naprawdę — wypalił chłopiec.
— Tak sądzisz?
Mały pokiwał potakująco głową.
— A jak myślisz, dlaczego ludzie popełniają samobójstwa, co? Dlaczego się wieszają, podcinają sobie żyły, łykają tabletki lub skaczą z wieżowców, tak jak brat twojego ojca?
— Nie wiem. Mama mi mówiła, że mają już dość życia.
— To prawda. Mają dość życia. A jak uważasz, co spowodowało, że mają go już dość. Co takiego wydarzyło się w ich życiu, że nie są już stanie udźwignąć kolejnego dnia?
— Nie wiem. Może, po prostu są zmęczeni i już? Jak po długim biegu.
— To Leiku Edgarku. To właśnie Leiku sprowadza ich na samą krawędź ich własnej śmierci.
Edgar patrzył na nią uważnie. Usiłował dopatrzyć się w jakimkolwiek jej geście, że ta cała opowiastka jest jedynie bajką. Może i straszną, ale jednak tylko bajką. Jak opowieści braci Grimm. Jednak nic w sylwetce staruszki, w jej pomarszczonej twarzy, czy wzorku nie wskazywało na to. Babcia była dziwna. Chyba była najdziwniejszą osobą jaką znał. Bywały dni kiedy była jak do rany przyłóż, to znów denerwowała się o byle co i wciąż na niego pokrzykiwała.
— Zresztą. — Babcia wstała nagle i wytarła ręce w fartuch. — Nie tylko Leiku istnieje na tym naszym świecie. Jest jeszcze całkiem sporo innych istot, o których wspomina się nader rzadko, a o części z nich współcześni ludzie zapomnieli już całkowicie, co nie oznacza oczywiście, że przestały istnieć.
— Naprawdę? A jakie jeszcze? – zainteresował się Edgar.
— Na przykład Mamuna, Płanetnik zwany też Chmurnikiem bądź Obłocznikiem. Poza tym są jeszcze Strzygi, Perepłuty, Południce, Beboki i Dydek, Dusiołki, Wietrzyce, Wąpierze…
— Aż tyle? – zdziwił się mały Edgar.
— Aż tyle i jeszcze wiele, wiele innych – potwierdziła jego babcia.

● ● ●

Opowieść o Leiku jednocześnie przerażała go jak i fascynowała. Nie chciał o niej myśleć, ale i równocześnie nie potrafił tego zaprzestać. Jej postać przyprawiała go o gęsią skórkę. Tego samego dnia, kiedy wieczór zaczął z wolna zaciemniać świat, a ciemność wlewała się falami ciszy do wnętrza cichego, położonego na końcu wioski, domu, mały Edgar leżał już w niewielkim, ale przytulnym pokoiku. W powietrzu czuć było woń ciasta, które właśnie upiekła jego babcia. Ślinka ciekła mu na samą myśl o spróbowaniu choćby małego kęsa. Postanowił, że jak tylko babcia pójdzie spać, on zakradnie się do kuchni i odkroi wąski pasek z samego brzegu. To nie była zbyt bezpieczna misja, choć oczywiście naznaczona pewnym ryzykiem. Jednak Edgar miał w tym już pewną wprawę a co za tym idzie i odpowiednie doświadczenie. To będzie jego trzeci raz.
Jak postanowił, tak też zrobił. Niecałą godzinę później zgasły ostatnie światła i do jego uszu doszło stłumione skrzypienie starego wysokiego łóżka babci, które nie chciała się pozbyć za żadne skarby, mimo iż niejednokrotnie był świadkiem jak jego rodzice namawiali ją na to. Edgar odczekał jeszcze kilka minut zanim wyśliznął się spod kołdry i zsunął nogi na dywan. Powolutku podszedł do drzwi i bardzo ostrożnie nacisnął klamkę. Lekkie stuknięcie zabrzmiało jak grzmot
Edgar skrzywił się bo odniósł niemiłe wrażenie, że ten odgłos usłyszeli wszyscy mieszkańcy wioski Zamarł, czekając na jakiś znak, że przerwał babciny sen. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Odetchnął z widoczną ulgą. Uchylił drzwi i na palcach, niczym duch przemierzył krótki korytarzyk prowadzący prosto do kuchni, Jedna z desek skrzypnęła cicho i krótko. Edgar wśliznął się do kuchni. Światło księżyca nieco stłumione nielicznymi chmurami tkwiącymi tu i ówdzie na niebie, opływało słabym blaskiem srebrzystości prawie całe pomieszczenie. Jedynie odległe kąty po przeciwległej stronie skrywały mroczne zakątki nocy. Edgar w ułamku sekundy zlokalizował interesujący go przedmiot. Blacha z sernikiem leżała na stole, tuż pod oknem, przykryta w całości jedną z wielu kraciastych tkanin, jakimi dysponowała babcia. Edgar postąpił krok do przodu, lekko przymknął drzwi za sobą i podszedł do stołu. Leżący tuż obok blaszki nóż, bardzo ułatwił mu całe zadanie. W innym wypadku musiałby zapewne wyciągać jakiś z szuflady, co z całą pewnością byłoby przyczynkiem do kolejnych dźwięków, które zaowocować fiaskiem jego działań. Edgar uśmiechnął się do siebie z dumą i radością. Chwycił rękojeść noża, odsunął przykrywające ciasto, tkaninę i z uwagą odkroił wąski pasek z samego przodu. Przełamał go na pół i czym prędzej wpakował pierwszą część do ust.
— Mhmmm.... pycha — westchnął szeptem przełykając słodkości.
Nagle rozbłysło światło i wokół zrobiło się przeraźliwie jasno.
— A ty co mi tutaj robisz!? — usłyszał rozeźlony głos babci.
Edgar zamarł z kawałkiem sernika do połowy już wsuniętym do buzi. Odwrócony tyłem nie widział jej. Może to i dobrze? — przemknęła mu przez głowę myśl. Poruszył szczęką i przełknął pierwszy kęs jednocześnie popychając pozostałą część ciasta.
— Jutro będą goście. Przyjeżdżają twoi rodzice — powiedziała z wyrzutem. — To ciasto dla nas wszystkich. Jak możesz zakradać się tutaj jak jakiś złodziej i.... — sapnęła ze złością.
— Ja — chciał się jakoś obronić, albo raczej obłaskawić babcię dobrym słowem o wspaniałym smaku ciasta. Jednak zanim zdołał to zrobić, usłyszał coś przeraziło go o wiele bardziej niż potencjalnej niemiłe konsekwencje przyłapania go na kradzieży sernika.
— Zobaczysz! — huknęła na niego. — Jeszcze dziś w nocy Licho przyjdzie do ciebie, aby zakraść się po cząstkę twojego spokoju. Za to co zrobiłeś!
Edgar spojrzał na nią wielkimi ze strachu oczyma i przełknąwszy kęs ciasta czym prędzej czmychnął do swojego pokoju. Wsunął się pod kołdrę, którą podciągnął pod samą brodę. Leżał bezruchu i jeszcze przez jakiś czas słyszał krzątaninę babci i jej narzekania, aż w końcu światło zgasło i po krótkim skrzypieniu starego łóżka, ponownie nastała błoga cisza. Jednak Edgar daleki był od poczucia jakiejkolwiek błogości. Co prawda w ustach pozostał jeszcze wspaniały smak sernika, ale szybko nikł aż pozostał tylko wspomnieniem. Noc była mroczna i wietrzna. Jedna z tych, kiedy każdy czuje, że świat jaki znamy jest jedynie ledwo uchyloną kurtyną prawdziwej rzeczywistości. Edgar nie był w stanie przestać myśleć o Leiku czy też raczej współcześnie: Licho, które miało go odwiedzić. Co chwilę zerkał z niepokojem w okno znajdujące się po jego prawej stronie, przesłonięte firanką z motywem bladych słoneczników. Zaraz za widocznym babcinym ogródkiem, w głębszym mroku, dostrzegał zarysy pni wysokich drzew, które kołysały się nieprzerwanie to w jedną i drugą stronę jak milcząca grupa mnichów, zanosząca mrukliwe modły. Niespokojny wiatr obejmował stary dom, wciskając swe chude paluchy w każdą możliwą szczelinę, wyszukując szpar i pustych przestrzeni w starych deskach. Świsty i dudnienia przeplatały się wraz ze skrzypieniem, chrzęstami i zgrzytaniem drewna. Cały dom zdawał się snuć jakąś niezrozumiałą opowieść, poszeptywać w nieznanym języku, tłumacząc coś gorączkowo, to znów cichym jękliwym półtonem zgodliwie wyrazić swą aprobatę. Zdarzały się też krótkie chwile, podczas których, wszystko milkło zupełnie, tak jakby dom nasłuchiwał w oczekiwaniu na ważną dla niego samego odpowiedź. Słowa babci, które tak utkwiły mu w pamięci zaczynały powoli stygnąć i blaknąć. Mgiełka senności oklejała jego umysł coraz bardziej. Mąciła wzrok i zalewała jego świadomość coraz mocniej i mocniej. Dźwięki wiatru, przeszły w ciche szumne posapywania, by w końcu wypłaszczyć się i stłumić. Sen bez obrazów całkowicie objął w posiadanie umysł Edgara. Był ciemny i pusty jak nocny hol w opuszczonym wiele lat temu domostwie.
Następnego dnia obudził się rześki i wypoczęty. W chwilę później pamięć wtłoczyła w jego świadomość wieczorne wydarzenia. Z radością stwierdził, że żadne Licho się nie pojawiło. A skoro tak... to znaczy, że już pewnie się nie zjawi. Zapewne jego uczynek nie był aż tak zły. W końcu... skradł jedynie kawałek ciasta. Przecież to nie zbrodnia.
— Nie ciesz się zbytnio — ostrzegła go babcia, kiedy przyszedł na śniadanie. — Prędzej czy później przyjdzie. Jesteś już na jej liście. Pamiętaj, że Licho istnieje już tak długo, że dawno temu zapomniało czym jest czas. Dla niej wczoraj, dziś czy jutro może być za kilka dni albo i za tysiąc lat. Nie ma to dla niej najmniejszego znaczenia. Pamiętaj, strzeż się jak już się pojawi, bo może zostać z tobą na całe lata. Często dzieje się tak, ze zostaje przy swojej ofierze do póki nie doprowadzi do ostatecznej zguby. Ludzie dzisiaj myślą, ze Licho pojawia się u Bogu ducha winnych ludzi by siać zamęt i zniszczenie, a tym samym napawać się czyimś nieszczęściem. Nie jest to jednak prawda mój drogi. Licho przychodzi aby zadać cierpienia za ludzkie niegodziwości tym, którzy się ich dopuścili. — pamiętał jak jej wzrok posmutniał. — Ale... dzisiejsi ludzie już w większości dawno zagubili swoją przeszłość. Tylko nieliczni wracają do korzeni naszych wierzeń. Reszta twierdzi, że to zwykłe zabobony. Tak jak i twój ojciec — nie omieszkała wytknąć. — A to nie żaden zabobon.

● ● ●

Edgar przewrócił się prawy bok. Ponad szczupłym ramieniem Elisy, widać było słabą, srebrną poświatę niczym pociągnięcie wodną farbą w tkliwym powietrzu. Czuł ciężar powiek, które wiodły go ku ciemności. Zasypiał. Pierwsze obrazy snu były zamazane i wyzute z wszelkiego koloru. Potem, nagle i niespodziewanie z panującej wokół szarzyzny wyłoniły się wysokie, sięgające ciemnego nieba, pale. Nie to nie były pale, to były drzewa. Strzeliste, mocne pnie sosen. Siedział w swoim samochodzie za kierownicą. Był sam. Droga była pusta, jakby ktoś postanowił odłączyć ją od świata. Jechał szybko, spieszył się. Lśniąca w szarzyźnie kończącego się chmurnego dnia czerwona wskazówka audi minęła właśnie wartość stu trzydziestu kilometrów na godzinę. Był już spóźniony na ważne spotkanie, a zawsze twierdził, że punktualność jest podstawą wszystkiego co przynależy prawdziwemu dżentelmenowi a tym bardziej biznesmenowi. Nagle przez reflektory przemknął jakiś kształt. W tym momencie Edgar nadal przyspieszał. Zanim zdążył zareagować w jakikolwiek sensowny sposób, poczuł uderzenie. Głuche i nieprzyjemni puste. Zatrzymał się i wysiadł. Na drodze było pusto. Asfalt lśnił wilgocią niedawnego deszczowego chłodu. Drzewa po obu stronach jezdni tkwiły milcząco, jak niemi świadkowie a może nawet oskarżyciele? Cofnął się niecierpliwym truchtem szukając czegokolwiek. Nigdy nie wierzył w Boga i nigdy też nie chodził do kościoła, ale teraz prosił Stwórcę z wielką żarliwością i nadzieją, że uderzył w jakąś sarnę albo innego zwierzaka. Nagle dostrzegł ludzki kształt. Leżał tam, tuż na linii pobocza. Zwolnił krok i podszedł bliżej, Serce zdawało się uderzać w zwolnionym tempie a jednocześnie dygotać zbyt szalenie. Podszedł i zatrzymał się tuż przy ciele. Leżąca na boku twarz dziewczyny była kredowobiała. Tuż pod zamkniętym okiem twarz, kosmyk kasztanowych włosów układał się w idealny kształt sierpa. Przecinał woskową powierzchnię w milczącym potwierdzeniu śmierci. Niebieski ortalion podwinął się na rękawach. Nagie nadgarstki lśniły wyraźnie bez najmniejszego ruchu. Rozejrzał się, jakby oczekiwał czyjeś porady; co robić?
Przykucnął i odgarnął zlepiony kosmyk mokrych włosów z jej czoła. Młoda i ładna, z bladymi ustami i półprzymkniętymi powiekami. Dźwignął jej bezwładne ciało, zadziwiająco ciężkie jak na jej delikatną szczupłość. Zrobił dwa niepewne kroki i pozwolił bezwładnemu ciału sturlać się z jego rąk, a potem po krzywiźnie dość głębokiego rowu, aż na samo jego dno.
Wracają do auta dojrzał podwójne, niezbyt głębokie wgniecenie, po prawej stronie; jedno tuż nad kołem, drugie bliżej drzwi. Częściowo pęknięta obudowa lusterka odstawała od reszty. Oderwał ją i schował do kieszeni. Wsiadł i ruszył ostro do przodu. Był spóźniony, a z każdą mijającą sekundą spóźnienie to, powiększało się.
Edgar mruknął i zamamrotał coś, machnąwszy ręką jakby chciał odgonić natrętną muchę albo dręczący go koszmar.
— Wszystko w porządku? — usłyszał tuż przy uchu głos Elisy.
Ocknął się w jednej chwili. Oddychał za szybko, jakby właśnie wynurzył się z wody po dłuższym zanurzeniu albo zakończył dłuższy bieg.
— Tak skarbie. Wszystko okay. Po prostu nie mogę zasnąć.
— Wystarczy zamknąć oczy i o niczym nie myśleć — mruknęła wtulając się w jego ciało swą miękką ciepłotą.
Edgar odetchnął głębiej. Ten sen. Ten cholerny sen! Od czasu tego wydarzenia powtarzał się z irytującą regularnością niczym ramówka jakiego telewizyjnego kanału. Każdego tygodnia, od siedmiu miesięcy, zawsze tej samej nocy, która przypadała na noc wypadku. Z piątku na sobotę. Chcąc, nie chcąc i tak pamiętał wszystko bardzo dokładnie. Miał wrażenie, jakby był jedynym widzem, który oglądał film, ze sobą w roli głównej. Obrazy prześlizgiwały się w jego umyśle, jeden za drugim; dokładne i wyraźne. Ten proceder zdawał się nie mieć końca. Edgar był zmęczony, ale mimo to nie mógł zasnąć. Przymknął powieki i czekał na sen. W końcu do jego uszu dotarł chrobotliwy dźwięk, jakby ktoś idąc, ciągnął za sobą suchą gałąź, która skrobała o powierzchnię drewnianej podłogi. Uniósł powieki, ale nic nie dojrzał. Odniósł wrażenie, że panująca w domku ciemność zgęstniała. Chrobot powtórzył się, trwając tym razem dłużej. Było to o tyle dziwne, że dźwięk zdawał się dobiegać z podwórza. Nagle coś zastukało w okno. Edgar uniósł się na łokciach i spojrzał w tamtym kierunku. Przez ułamek sekundy zdawało mu się, że tuż za szybą przemknął jakiś niewyraźny, garbaty cień.
— Chyba wariuję. — powiedział szeptem i opadł na łóżko.
Wtedy na wprost siebie dojrzał zarys krzywej postaci. Ten widok zmroził go od czubków palców stóp, aż po ostatnie włosy na głowie. Serce szarpnęło się nagłym, gwałtownym ruchem w jego klatce piersiowej, jakby samo chciało wyrwać się i uciec z tego miejsca.
— Kim jesteś? – zapytał zmartwiałymi wargami Edgar. Jego głos zamienił się w świstliwy szept przesycony przerażeniem.
— Leiku – odparł stwór. Jego głos brzmiał jak odgłos pocierania o siebie dwóch kawałków kory suchego drzewa. Przechyliła się w bok, tak jak gdyby chciała mu się uważniej przyjrzeć. Wysunęła jedną nogę i bezszelestnie przysunęła się bliżej niego stając z boku łóżka. — Jestem Leiku — powtórzyła.
— Leiku. — Wargi Edgara wyszeptały bezwolnie znane mu z lat dziecinnych słowo. Poczuł woń lasu; mokrego igliwia, przesyconego górskim wiatrem drewna, przesiąkniętej deszczem ziemi i szelestliwych źdźbeł trawy. Miał wrażenie, że w jego ustach pojawił się chropowaty smak kory. Księżyc uwolnił się spoza chmur i wlał bezszelestną srebrzystość do wnętrza pomieszczenia poprzecinanej słupami cieni, tkwiących pod oknami pni drzew. Mdłe światło wydobyło z mroku rysy i sylwetkę postaci stojącej przy łóżku. Leiku miała starą, pomarszczoną twarz o szarej barwie, tu i ówdzie przyciemnionej zbrązowiałymi plamami lub jakimś ciemnozielonym nalotem podobnym do mchu lub pleśni. Jej lewe oko zakryte było powieką, a od czoła, przez część policzka biegła brzydka, krzywa szrama. Nie wiedzieć czemu, Edgar pomyślał, że upodabnia ją to do znanego wszystkim katolikom na całym świecie wizerunku Matki Boskiej, widywanym na wszelkiego rodzaju obrazach, tylko o dobre trzydzieści, a nawet czterdzieści lat starszą. Siwe, strąkowate włosy zwisały ciężko w dół prostymi liniami, smętnie opadając na jej szczupłe barki. Długie ręce zwisały luźno wzdłuż tułowia. Z przodu, na jej piersi miała przewieszone jakieś małe zawiniątko. Poruszyła się nieznacznie i Edgar z rosnącą paniką zdał sobie sprawę co to jest. Cień mroku odsłonił na chwilę ciemną pergaminową skórę opiętą na małych kościach szkieletu niemowlęcia. Zapadła twarz, z obkurczonymi wargami i zapadniętymi oczodołami tkwiła nieruchomo jak skarga z przeszłości. To było jej dziecko!
— Co, co tutaj robisz? — zdołał zapytać Edgar.
— Wiem co zrobiłeś — szepnęło Licho i uśmiechnęło się nieomalże ludzko.
— Ja? O co ci chodzi? — zdumiał się. Przecież to niemożliwe żeby ten stwór przybył tutaj po latach wziąć odwet za kawałek ciasta! I wtedy Licho szepnęło z dziwnym bezdechem:
— Ariaaadnaaa....
— Ar... — zająknął się. — Ariadna? — powtórzył. — Jaka Ariadna. Kto to jest?
— Droga. Deszcz. Samochód — wyszeptała smakując każde słowo w zmartwiałych, popielatych wargach.
Edgar poczuł jak wszystkie włosy na jego ciele stają na baczność. Zrozumiał o czym mówiło to coś. Czuł strach wlewający się ołowianą ciężkością w jego trzewia. Serce nie miało już siły pędzić w szaleńczym rytmie. Zrezygnowało zwalniając. Ostatkiem sił, które opuściły jego mięśnie podciągnął się na łokciach.
— Ale — chciał w pierwszej chwili zaprzeczyć nabierając jednocześnie powietrza do płuc. Szybko jednak zdał sobie sprawę, z tego, że to nie ma sensu. Powstrzymało go od tego spojrzenie stwora. W jego wzroku było coś, co mówiło, że wie o wiele więcej niż on może przypuszczać. Że wie wszystko! Ale jak!? To przecież nie możliwe. Nikt go nie widział. Nikt nic nie powinien wiedzieć.
Leiku obserwowała go uważnie. Nagle uniosła jedną z dłoni. Długie na co najmniej kilkanaście centymetrów paznokcie, skręcały się lekko i kołysały niczym węże wahające się czy zaatakować.
— Co chcesz zrobić? — zapytał struchlały ze strachu.
Leiku nachyliła się w jego kierunku. Woń lasu stała się o wiele intensywniejsza. Strąkowate włosy musnęły twarz Edgara. Poczuł jak robi mu się niedobrze. Kiedyś z ciekawości dotknął martwego kota przejechanego przez samochód. To uczucie było bardzo bliskie temu, co poczuł w tamtej chwili.
— W twoim oddechu czuć smród winy — usłyszał jej skrzypliwy głos. — Cuchniesz strachem, którzy przesącza się przez twoja skórę jak wyziew śmierci.
Pusty oczodół martwego maleństwa wpatrywał się w Edgara z przestrzenną uwagą. Nagle dłoń Leiku wykonała błyskawiczny gest i Edgar poczuł dotkliwy ból w okolicach klatki piersiowej. Ból składał się z pięciu ognisk cierpienia w miejscach, gdzie stwór wczepił się swoimi zgrubiałymi pazurami. Ku rosnącemu przerażeniu Edgara, po krótkim bezruchu, paznokcie przeniknęły dalej, ruszając poprzez warstwę skóry i wślizgując się do jego wnętrza. Czuł jak twarde powierzchnie suną coraz głębiej przecinając napotkane po drodze tkanki. Grymas bólu wykrzywił jego twarz. Czuł napór wnikający coraz głębiej i głębiej. W pewnej chwili dłoń Leiku zatrzymała się, a w jej drugiej dłoni pojawiło się coś ciemnego i błyszczącego. Edgar widział to jak przez mgłę pulsującą ostrą czerwienią ognistego bólu.
— To serce twojej ofiary — usłyszał.
Edgar wytrzeszczył oczy.
— Ccooo!? — wydyszał. — Chy, chyba nie chceszzz.
Jednym szarpnięciem Leiku wyrwała z jego piersi coś krwistego i pulsującego. Jego własne serce. To wymykało się wszelkiemu pojmowaniu. Edgar stracił oddech i zaczął zapadać się nieprzebraną ciemność. Zanim jednak zdołał pogrążyć się całkowicie w odmętach błogiej nieświadomości, dotarło do niego, że Leiku w otwór po jego własnym sercu, wciska oślizgłą czerń martwej od ponad pół roku Ariadny. Jak przez grubą kotarę dotarły do niego następujące słowa:
— Będziesz przeżywał jej śmierć każdego dnia. Sercem widzisz, sercem czujesz, sercem dotykasz.
Potem jego umysłem owładnęła przepastna ciemność bez początku i bez końca.

● ● ●
Poczuł delikatny dotyk.
— Kochanie — usłyszał ciepły glos Elisy. — Śniadanie gotowe. Kawa zaparzona. Chyba czas rozpocząć nasz dzień, prawda?
Otworzył oczy i przez kilkanaście kolejnych sekund trwał w dziwnym zawieszeniu pomiędzy tym co istnieje naprawdę a co jedynie tkwi w jego umyśle. Wahał się, który z obu elementów jest tak naprawdę bardziej realistyczny. Odrętwienie powoli mijało. Potrząsnął głową i usiadł na łóżku nieco otumaniony.
— Źle spałeś? — zapytała troskliwie Elise, patrząc na niego uważnie.
— Kiepsko — przyznał.
Aromat kawy rozchodził się smakowicie po całym domku. Światło dnia przegoniło wszystkie złe cienie nocy. Nagle wszystko mu się przypomniało. Noc, Zapach lasu. Postać Leiku z wysuszonym truchłem własnego dziecka. W przypływie nagłej paniki szarpnął poły górnej części pidżamy i spojrzał na swoją klatkę piersiową. Nic. Ani śladu. Odetchnął z ulgą, która zdawała się oblewać go z góry do dołu.
— Wszystko w porządku? — zapytała Elise.
— Nie... tak... chyba... — wyjąkał i uśmiechnął się słabo.
Poczuł mocniejsze uderzenie serca. Mimowolnie spojrzał ponownie na swoją pierś i zamarł. Na bladej skórze gasły właśnie ciemne kreski jakiegoś kształtu. Kolejne uderzenie i ku jego zdumieniu dojrzał rysującą się żyłkowymi liniami twarz kobiety.
— Ariadna — wyszeptał pobladłymi ustami.
Wyglądała dokładnie tak jak ją zapamiętał, wtedy na drodze pośród strug deszczu. Niejednokrotnie żałował później, że spojrzał na jej martwą twarz.
Elisa odłożyła trzymany w dłoni nóż do krojenia chleba i podeszła do niego.
— Co to jest? — zapytała wskazując na niknący wzór na jego skórze.
— Nie wiem.
— Wytatułowałeś to sobie? — Spojrzała na niego badawczo. — Kiedy?
— Nie, no coś ty. Ja...
Serce Edgara uderzało raz po raz przyspieszając w rytmie zdenerwowania. Wizerunek Ariadny zaczął pulsować, odbijając się smukłym kształtem martwej twarzy na jego owłosionym torsie. Za każdym kolejnym uderzeniem napływał odczuwany w całym ciele strach, przerażenie i bezdech. W tej właśnie chwili Edgar zrozumiał czym tak naprawdę jest Zadra Przypomnienia. Będzie ją czuł z każdym krokiem, z każdym oddechem, a przede wszystkim z każdym uderzeniem serca.
Zastanawiał się ile jeszcze tak naprawdę pozostało mu tych uderzeń. A ściślej, ile uderzeń będzie w stanie wytrzymać, zanim...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -