Zaloguj się (dla użytkowników forum)Ogród Floriana
Kazimierz Kyrcz JrDawid Kain
Ambicją Floriana Zielenickiego było stworzenie ogrodu botanicznego na miarę czasów w jakich przyszło mu żyć. Aby zrealizować swe marzenie, gotów był na wszystko...
Długo zastanawiał się nad doborem miejsca, w jakim powinno powstać to cudo. W końcu zdecydował się na okolice Krakowa, a konkretnie przylegającej do niego wsi Zielonki, obecnie gęsto zaludnionej zblazowanymi mieszczuchami, którzy w poszukiwaniu spokoju i wygody masowo opuszczali swe industrialne pielesze.
Dysponując praktycznie nieograniczonymi zasobami gotówki (niezwykłym zrządzeniem losu sześć razy z rzędu zgarnął główną wygraną w toto-lotka), Florian wykupił większą część Zielonek, zlecił firmie budowlanej wyburzenie znajdujących się tam domów i zabudowań gospodarczych, całość kazał otoczyć czterometrowej wysokości murem, po czym przystąpił do realizowania zasadniczej części inwestycji. Za bajońskie sumy sprowadzał z najdzikszych zakątków świata okazy tamtejszej flory. Cóż, Florian kochał przyrodę...
Przez kilka następnych lat gorliwie gromadził, badał i utrzymywał wszystkie te rośliny, stale pracując nad zapewnieniem im optymalnych warunków rozwoju, a także wzbogaceniem kolekcji w nowe gatunki i odmiany. Wreszcie wysiłek Floriana wydał owoce – sława jego ogrodu botanicznego (z racji tego, że nikt nie był do niego wpuszczany, wścibscy dziennikarze ochrzcili go mianem „małych Chin”) obiegła całą kulę ziemską. Setki rozmaitych organizacji, fundacji, a nawet rządów różnych państw, dzień w dzień słało do Floriana prośby o udostępnienie ogrodu dla zwiedzających.
Trudno powiedzieć, co było przyczyną tego, że Florian uległ namowom. Pewnej wczesnowiosennej niedzieli, za pośrednictwem obsługującej jego interesy kancelarii adwokackiej, prezes Florian Zielenicki, (bo tym mianem kazał się tytułować) zwołał konferencję prasową, na której ogłosił zamiar otwarcia dla ludzkości bram Raju.
- Zapraszam was wszystkich, starych i młodych, do zwiedzania mojego Ogrodu... – perorował, zmrużonymi od nadmiaru oświetlenia oczyma wpatrując się w obiektywy kamer. - Zarówno nauczyciele jak i ich uczniowie ujrzą w nim mnóstwo roślin, których dotąd nie widzieli, ani w naturze, ani nawet na fotografiach...
Szumne obietnice prezesa Zielenickiego rozpaliły w mieszkańcach planety Ziemia zrozumiałe nadzieje, które, niestety, wkrótce zostały w dużej mierze przygaszone. Tłumacząc swą decyzję dbałością o to, by zapewnić zwiedzającym różnorodność wrażeń i przyciągnąć ich w to miejsce jeszcze wiele razy, Florian odmówił wstępu do swojego Ogrodu zorganizowanym wycieczkom. Zwiedzanie? Owszem. Ale tylko w grupie nie większej niż dwie osoby. I jedynie przez dwa dni w tygodniu.
Z oczywistych względów znacznie ograniczyło to liczbę szczęśliwców, którzy mogli podziwiać ten ósmy cud świata...
Gdy tylko Adam i Ewa Wieśniowscy dowiedzieli się o powstaniu niesamowitego Ogrodu Floriana, natychmiast zapragnęli się w nim znaleźć. Kupa kasy, jaką trzeba było zapłacić za wstęp, nie stanowiła dla nich żadnego problemu. Adam był dyrektorem wielkiej firmy produkującej konsole do gier, a jego żona miała własną klinikę, w której różne sławy poddawały się operacjom plastycznym. Może zastanawiacie się, jak ludzie o tak skrajnie odmiennych zainteresowaniach, (bo mieli to szczęście, że praca była jednocześnie ich pasją) mogli się dobrać w parę. Już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż zarówno Adam, jak i Ewa byli wielkimi wielbicielami natury, a dokładniej – seksu na łonie natury. Gdy tylko uświadomili sobie, że istnieje na tej planecie egzotyczny ogród, w którym jeszcze się nie bzykali, natychmiast zapragnęli dostać się do niego, rozebrać do naga i – czy to pod figowcem, czy też rzadko spotykaną odmianą paproci – pieprzyć się do utraty tchu.
- Oczywiście wiedzą państwo, że bilet wstępu kosztuje dziesięć tysięcy baksów od łebka – powiedział Florian, jak zwykle osobiście nadzorujący przepływ gotówki.
- A czy na pewno będziemy w ogrodzie całkiem sami? Czy nie będzie tam nikogo prócz nas? – dociekał Adam.
- Za tą cenę gwarantuję panu kilkadziesiąt minut odosobnienia.
- Cudownie! – nie ukrywała entuzjazmu Ewa.
- W takim razie, skoro są państwo zadecydowani, proszę uiścić opłatę i... – Zielenicki na
sekundę zawiesił głos: - ...zostawić wszystkie zbędne rzeczy, w tym także telefony komórkowe, w przechowalni. Będą tu bezpiecznie czekały na państwa powrót.
Wieśniowscy spojrzeli po sobie zaskoczeni.
- Ale dlaczego mamy zostawić tu nasze telefony? – Adam zmarszczył brwi w wyrazie pełnej dezaprobaty. - Jesteśmy ludźmi biznesu i...
- To standardowa procedura – wszedł mu w słowo prezes. – Nie mogę pozwolić na sprofanowanie mojego Ogrodu przez media, szmatławce, które chętnie zamieściłyby jakiekolwiek zdjęcia przedstawiające jego wnętrze. A wiadomo przecież, jakie funkcje pełni obecnie najzwyklejszy telefon. Poza komunikacyjną, rzecz jasna.... Może być kamerą video, aparatem fotograficznym, szczoteczką do zębów czy choćby wibratorem...
Ewa zachichotała niczym przyłapana na strojeniu głupich min nastolatka.
- Jak mus, to mus... – poddał się Adam, kładąc saszetkę z telefonem na blat biurka, za którym siedział Florian.
Prezes uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Niech się pan nie martwi. Wszystko w moim Ogrodzie ma swoje uzasadnienie. W myśl motta, które kazałem umieścić nad jego bramą: „Wejdź na chwilę, zostaw rzeczy poważne, a dostąpisz prawdziwego szczęścia”.
Kiedy podobna do kosmicznej śluzy brama zamknęła się za Adamem i Ewą, natychmiast wkroczyli na wąską ścieżkę niczym w gardziel mitycznego zielonego stwora...
Rosnące wokół krzewy, przetykane drobnymi krwistoczerwonymi owocami, stanowiły łącznik pomiędzy drzewami a trawą i kwiatami, które zawłaszczyły ziemię u ich stóp. To bogactwo barw miało w sobie coś urzekającego, ale i nieuchwytnie niepokojącego.
- Dziwnie tu... – wyszeptała Ewa, mimowolnie ściszając głos.
- Może i tak, ale strasznie mnie to podnieca – odparł jej mąż.
Złapali się za ręce i popędzili jedną z bocznych ścieżek, by czym prędzej zaszyć się w gęstwinie, zrzucić ubrania i...
Parę minut później znaleźli niewielką polankę, która znakomicie nadawała się do tego, by się na niej... echem... poprzytulać. Słońce przenikało przez sklepienie liści, złotymi plamkami znacząc trawiaste podłoże. W zaroślach poświstywał jakiś ptak, odurzająco mocno pachniały kwitnące zioła. Było przyjemnie, sielankowo wręcz. Państwo Wieśniowscy rozebrali się i od razu zabrali się do roboty. W końcu – nie było sensu tracić czasu na zbędne ceregiele (czytaj: grę wstępną).
- Och, och, kochanie, przeleć mnie, och, w tej koniczynie – poprosiła Ewa, uatrakcyjniając swą wypowiedź sugestywnymi jękami. Co prawda w pobliżu nie było żadnej koniczyny, ale otoczenie rzeczywiście było zjawiskowe i dawało natchnienie do różnego rodzaju akrobacji.
Ewa położyła się na miękkiej ściółce i... wrzasnęła z przerażenia.
- Co się stało, najdroższa? – spytał Adam.
Jego żona, blada jak Rywin podczas składania zeznań, wskazała mu leżącą tuż obok... ludzką dłoń.
- Kurwa, musiało się źle zmielić! – wyjaśnił obojgu Florian, który w tym akurat momencie wyłonił się zza najbliższego krzewu. Był całkiem nagi i trzymał w dłoniach... nie, nie swoje przyrodzenie, lecz piłę spalinową!
- Wolnego! To jakieś żarty?! – Wieśniowski poderwał się na równe nogi, starając się jak najszybciej ubrać. Źle się do tego zabrał – próbował jednocześnie włożyć slipki i podkoszulek, co raczej nie mogło się udać. Tym bardziej, że prezes paroma wprawnymi cięciami pozbawił go prawej ręki, lewej nogi i - na dokładkę – głowy.
Ewa, niczym żona Lota, w osłupieniu przyglądała się temu krwawemu widowisku, by wkrótce wziąć w nim udział. Niestety, rola, jaką jej wyznaczono, była raczej epizodyczna. Rozkawałkowanie ciała wdowy zajęło bowiem prezesowi Zielenickiemu dokładnie trzy minuty i czternaście sekund.
Są takie maszyny, obsługiwane ręcznie, które wyglądają jak potężne wózki z metalu, a działają w ten sposób, że koszą trawę, jednocześnie odrzucając ją na bok. Florian także miał podobne urządzenie, tyle że przerobił je tak, by nadawało się również do „obróbki” zwłok. Wystarczyło przejechać raz i drugi po ciałach państwa Wieśniowskich, a po chwili zostało z nich jedynie coś, co można by określić jako „krwawy nawóz”.
Prezes zebrał ów „nawóz” do worków, a następnie użyźnił nim glebę przy leśnych liliach.
Nauczony wieloletnią praktyką, wiedział, że dzięki temu zabiegowi będą one rozwijać się znacznie lepiej, niż byłoby to możliwe przy zastosowaniu klasycznych metod ogrodniczych.
Florian przechodził właśnie pod kasztanowcem, kiedy drzewo powiedziało do niego: - Zjedz moje liście, a będzie ci zajebiście...
Przyzwyczajony do tego typu podpowiedzi prezes bez namysłu sięgnął do góry i zerwał duży liść. Gryzł kawałek po kawałku, dokładnie przeżuwając. Rzeczywiście - niebo w gębie. Oszołomiony cudownym sokiem i niezliczoną ilością drobnych płatków, tworzących nad jego głową bajeczne baldachimy, czuł się niczym młody bóg...
Jak zwykle po spełnieniu swoich obowiązków wobec Ogrodu, tak i teraz ogarniało go potężne podniecenie. Na szczęście był blisko swojego ulubionej dziupli.
- A sio, paskudo! – przepłoszył mieszkającą w niej wiewiórkę i nie hamując, z rozbiegu wbił swojego fiuta w otwór. Chropowata kora przyjemnie masowała jego okazały członek, gdy raz za razem wkładał go i wyjmował z dziupli.
Sprowadzony z dalekiego kraju bambus skrywał się w głębokim cieniu, ze wszystkich sił starając się pozostać nie zauważonym. Nie bez racji uważał, że jest jeszcze zbyt młody na tak ostry seks.
Horror Online 2007 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody
twórców strony ZABRONIONE!!!
