Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Karne odsetki

Krystian Kochanowski
Mateusz Lewartowski

„(…) pośle aniołów swoich: (…) Kto ma uszy, niechaj słucha.”
– Co to ma znaczyć? Gdzie jestem? Może to halucynacje? – schludnego 50 – latka otaczała bajkowa aura. Słońce. Rozłożyste palmy. Lekka bryza znad morza i żar tropiku. W momencie poczuł się słabo. Opadł z sił. Obraz zaczął się zacierać. Wszystko zostało powłóczone nieprzepastną mgłą. Traci przytomność.
Mgła przerzedza się. Inne miejsce, nie przypominające poprzedniego – ziemia zmieszana
ze ściekami. Coś na kształt ciemnoszarego stepu, poprzecinanego bagienną mazią. Gdzieniegdzie leżą porozrzucane fragmenty rozmaitych przedmiotów, kawałki krzeseł, mebli, narzędzi. Niebo spowijają granatowe, ciężkie chmury zawieszone nieruchomo w przestrzeni. Cisza, bez wiatru, pomimo to nie jest duszno. Pośrodku tego niegościnnego, marsowego krajobrazu leży znany nam już mężczyzna. Ma szybki i płytki oddech, twarz wykrzywiają mu grymasy, postękuje. Śpi, a może trwa w stanie odrętwienia?
Wtem gdzieś z daleka daje się słyszeć przeciągły odgłos. Przypomina ludzki. Trwa przez chwilę, na tyle długo, że mężczyzna wybudza się.
– Moja głowa. Uff! Gdzie jestem? Co tym razem?
Rozgląda się badawczo, przeciera oczy. Poprawia marynarkę i kołnierz koszuli. Patrzy na zegarek, ale zauważa brak wskazówek:
– To chyba jakiś żart. O co w tym wszystkim chodzi? Co to za miejsce?
Widoczność jest bardzo słaba, odwraca się i spostrzega bramę. Podchodzi do niej.
Jest słusznej postury, masywna, szeroka, ze stalowymi odrzwiami. Klamki są związane
i opieczętowane. Widnieje na niej napis w nieznanym mu alfabecie, jednak po chwili nie wiadomo skąd dowiaduje się, co znaczą wyryte symbole:
„Królestwo tego świata”. Napis, początkowo słabo widoczny, po przeczytaniu począł mienić się złotą barwą.
Próbuje otworzyć. Bez skutku. W szparach widzi jasne światło. Irytuje się.
– No bez jaj! Jak się dowiem kto to, ten wyleci nieodwołalnie!
Ruch powietrza, widoczność zdaje się poprawiać. Dostrzega otaczający go bezmiar pustkowia. Dookoła rozpostarły się dziwne kształty, w których nie rozpoznaje niczego bliskiego.
Rozpoczyna wędrówkę, co rusz potyka się o wystające z ziemi sprzęty. Ziemia zmieszana
z brudnym piaskiem ogranicza swobodę ruchów i prędkość. Pomimo tego idzie naprzód, pozostawiając za sobą zamkniętą bramę.
– Co to ma znaczyć? To jakiś dowcip? – wykrzyknął, obracając się dookoła i wymachując energicznie rękoma. Przeszukuje kieszenie, znajduje portfel i szwajcarski scyzoryk. Próbuje wyciągnąć banknoty, dokumenty i karty kredytowe. Za każdym razem, w kilka sekund
po dotknięciu, każdy z dokumentów i środków płatniczych rozpada się, resztki popieleją.
– Do diabła z tym!
W tym momencie czuje jak serce zaczyna bić jak szalone, a włosy staja dęba. Oblewa go poczucie dławiącego lęku. Dygocze. Pułap chmur obniża się, zaciskając duszącą pułapkę.
Obraz zaczyna drgać i falować, następują zmiany oświetlenia, kształtów i elementów krajobrazu. Miejsce szarego pustkowia zajmuje widok małego miasteczka, przeciętego asfaltową drogą, z domami, zielenią. Dzień jest pochmurny z mżawką. Przez ułamki sekund obrazy wzajemnie na siebie nachodzą, po czym ustala się obraz miasteczka.
– A jednak, to musiał być zły sen.
Rozgląda się. Ze względu na aurę, okolica jest wyludniona. Odwraca się. Wtem brama się materializuje. Ta brama. Jest przerażony. Niepokój podsycany niepewnością zamienia się
w panikę.
– Boże, czy to się wreszcie skończy?
Wszelkie odgłosy cichną. Cisza z każdą sekundą odbiera mu nadzieję.
Pejzaż znowu zaczyna falować i drgać, powracając ostatecznie do niegościnnego odludzia.
Trapią go sprzeczne odczucia. Czuje się zagubiony. W akcie desperacji sięga po scyzoryk, którym przecina sobie żyły na lewej ręce w okolicy nadgarstka.
– Au! – wyje z bólu, bo boli okropnie.
Krew, a w zasadzie to, co krążyło w żyłach, ma barwę smoły. Po kilku minutach
ze zdumieniem stwierdza, że rana zasklepia się bez śladu, bez blizny.
– Jak to możliwe? – niepokoi się.
Co jakiś czas przeszywa go podmuch mroźnego powietrza. Kroczy. Teren przeorany jest wzniesieniami, niektóre są wysokie na kilkaset metrów, o ostrych wierzchołkach, stromych zboczach. Istne pustkowie w świecie mroku.
Czas płynie, ale nie sposób odczuć jego upływu. Trzydniowy zarost zdaje się nie rosnąć.
Nie czuje zmęczenia. Może minęło kilka godzin, może kilka dni.
Coraz mocniej zaczyna doskwierać mu samotność, z drugiej strony ma wrażenie, że nie jest sam.
– Nie jest dobrze, chyba oszalałem. Muszę znaleźć wyjście. (…)
Co się wydarzyło? Myśl, myśl, muszę sobie przypomnieć – mówi sam do siebie.
Idzie, usiłuje przywołać ostatnie wydarzenia.
Stanowi to nie lada wyzwanie. Wzrusza ramionami:
– To bez sensu!
Słyszy sapanie, przyspiesza. Odwraca się do tyłu, ale nie widzi niczego niepokojącego.
Ma wrażenie, jakby wrogie spojrzenie wwiercało się w jego ciało.
Odtąd idzie żwawiej, czując na karku czyjś oddech.
Po pewnym czasie odwraca się i pyta:
– Pokaż się!
Nic jednak nie następuje. Czas płynie. Brodząc w śmieciach, poczynając od fifek, butelek,
a na broni kończąc, spotyka młodą kobietę. Sprawia wrażenie zagubionej, poza tym jest wyjątkowo ponętna.
– Jak dobrze, że pana spotkałam, gdzie jesteśmy?
– Myślę, że nie wiem więcej od pani.
Rozmawiają. W pewnym momencie orientuje się, że kobieta kieruje słowa do kogoś innego,
a on sam przestał być dostrzegany. Postać ta, niewidoczna dla niego, mówi jego głosem.
Stoi nieruchomo, jakby przytrzymywany przez niewidzialną rękę lub ścianę. Kobieta niknie
z oczu, słyszy tylko jej głos:
– Dobrze Robercie.
Sięga do zasobów nadwątlonej pamięci.
– Byłem u Sylwii, dużo alkoholu, czyżby draże? – skrzętnie wylicza.
– Zaraz, zaraz Sylwia, czy Monika, a może Ewka?
– Może przedawkowałem?
– Boże, ratuj!
Chwilę się namyśla.
– Do czego to doszło, wzywam Boga, w którego nie wierzę. Nie!
Idzie dalej, ogarnia go dziwny niepokój. Zaczyna odczuwać głód. Do tej pory czuł się syty.
Temperatura stopniowo podnosi się, jest cieplej niż przy bramie. Rośnie tez liczba zniszczonych sprzętów. Pojawiają się też i inne przedmioty. Fragmenty gazet, książek, łuski, strzępy aktów prawnych, wiele zdjęć, figurki, posążki – wszystko uszkodzone, często jakby rozszarpane na drobne fragmenty.
Na horyzoncie zaczyna majaczyć jakby łuna czy poświata, w powietrzu daje się wyczuć delikatny zapach spalenizny. Wzrok utkwił na jednym z dalekich wierzchołków. Wtem przez ułamek sekundy, poniżej szczytu z prawej strony, kątem oka w przestrzeni dostrzega dziwny obiekt. Coś jakby duży ptak.
– Co to? – wymamrotał z przerażeniem.
Utwierdziło go to tylko w przekonaniu, że jest śledzony.
– Przestaje mi się to podobać.
Jest coraz bardziej zmęczony i głodny. Pod stopami co jakiś czas pojawiają się węże
i robactwo wszelkiego typu. Chwilami przystaje, ażeby zwymiotować. Czas płynie, może się zatrzymał, stracił poczucie jego upływu. Przystanął przy pustej klepsydrze mającej od podstawy do szczytu około dwóch metrów. Co ciekawe w szklanych czarach nie było piasku ani żadnego innego materiału, którym można by odmierzać czas. Obudowa wykonana była
z ciemnego metalu o czerwonawym wejrzeniu odblasku. Z trudem, bo z trudem, ale zmienił jej ustawienie. Nic nie nastąpiło. Wpatruje się przez moment. Następnie porzuca.
Słyszy za sobą:
– Proszę poczekaj!
Odwraca się, widzi młodą kobietę. Nad wyraz powabną, o delikatnej twarzy, zgrabną, ubraną w tiulowy opasujący i podkreślający jej kształty strój. Wydatne usta, szare oczy, cera bez skazy. Przebywając z nią, odczuwa niepokój.
Napięcie.
– A wie pan, która godzina?
– Zaraz sprawdzę, mam zegarek.
Spogląda na tarczę i przypomina sobie, że wskazówki zniknęły. Sięga po komórkę.
Włącza i mówi:
– Chyba to jakiś błąd, bo widzę, że jest 47:13:41.
– Tutaj to możliwe – odpowiada nieznajoma.
Podążają razem, kobieta w miarę zbliżania się do świateł na horyzoncie, staje się coraz bardziej opryskliwa. Zmienia się także jej fizjonomia i głos. Narasta w nim poczucie lęku
i zagrożenia. W końcu zaczyna uciekać. Biegnie, przeskakuje przeszkody: martwe zwierzęce ciała, uszkodzone przedmioty, słabnie jednak coraz bardziej. Kobieta dogania go, a z jej pleców wyrasta zakończona szponami długa kończyna, którą zaczyna go dusić.
Traci przytomność.
Budzi się w innym miejscu. Ubrany jest w szatę przypominającą szlafrok ciemnej barwy. Może to szkarłat, może czerń. Na plecach ma wyszyty łaciński napis: „stigmosus”, to znaczy „napiętnowany”. Atmosfera przesycona jest dusznym zapachem palonego, zbutwiałego drewna. Całkiem niedaleko widać tryskające płomienie, jednak salwy strzelającego dymu nie pozwalają na lustrację otoczenia. Widzi postać kobiecą wyłaniającą się z dymu. Ma powabne kształty i jasną, ale całkowicie zabrudzoną suknię. Pełno na niej plam ciemnoczerwonej barwy, błota, węgla. Oczekuje z niepokojem. Z każdą chwilą, gdy postać zbliża się, narasta jego niepokój. Dostrzega jej twarz – bladą, smutek skapujący z niej jak nieme łzy.
Chce uciec, nie może. Kobieta łapie go za ramię:
– Dokąd chcesz uciec, panie?
Nie odpowiada, trzęsie się.
– Całe życie liczyłeś, pomnażałeś, grałeś. Innych własności pozbawiałeś. Teraz kolej na ciebie!
– Jak to na mnie?
– Pora wyrównać rachunki.
Cały czas próbuje się wyswobodzić, bezskutecznie. Krępują go niewidoczne więzy.
Kobieta zmienia się w szkaradną postać błotnej barwy ze zniekształconą sylwetką.
Podążają w kierunku płomieni, dym się rozstępuje. Dostrzega inne demony rozmawiające
z jemu podobnymi nieszczęśnikami. Upiory ubrane są w eleganckie garnitury, sukienki, dzierżą nesesery. Widzi znajomą postać mężczyzny, uprzedniego rywala na rynku.
Przez moment obraz się zmienia, szarość, ogień ustępują miejsca słońcu, krystalicznemu niebu, ulicy zatłoczonej samochodami, dokoła rozciągają się biurowce. Widzi swoich współpracowników w przerwie obiadowej, swoje miejsce pracy. Niedługo potem obraz
urywa się.
Chwilę później wybucha ogień, demony zmieniają swoją postać, okropny jęk będący udziałem wszystkich wypełnia przestrzeń. Idą dalej. Widzi coraz to więcej ofiar i oprawców. Dręczycieli i dręczonych. Zewsząd dobywa się trawiący wszystko ogień. Jęk. Strach. Chaos. Istne piekło.
– Dokąd mnie prowadzisz?
– Nie ty pierwszy i nie ostatni odpowiesz, Oskarżyciel już przygotował akt. Ale spraw jest dużo, póki co poczekasz w tym areszcie. Na twarzy demona pojawia się szyderczy uśmiech. W momencie czuje ucisk na szyi. Chwilę później materializuje się łańcuch, którego koniec demon dzierży w szponach.
– Zabieram cię w podróż po krainie ciemności. Zobaczysz i doświadczysz wszystkiego, odczujesz na własnej skórze wszelkie okropieństwa.
Mówiąc to, ruszyli w czeluście. Zaczęła się jedna z największych udręk – wędrówka
po ciemnym księstwie. Na widok poszczególnych mąk, nie jest w stanie zamknąć oczu. Męczarnie są bardzo urozmaicone. Ból i doznania fizyczne, do tego cierpienia duchowe. Część jednak jest wspólna: brak nadziei, wyrzuty sumienia, rozpacz, przerażenie, gryzący zapach, ciemności, nieokiełznany głód i pragnienie, nienawiść do siebie i swoich czynów, nagość myśli i uczynków, towarzystwo demonów, utrata Najwyższego.
W promieniach pochodni dających nikłe światło dostrzega ludzi cierpiących katusze – tych, którzy niewolniczo wyzyskiwali innych, których praca zdawała się nie mieć końca. Obecnie sami są smagani batem i zmuszani do najcięższych robót. Czują głód i pragnienie widząc suto zastawione stoły, a nie mogąc do nich sięgnąć. Ręce i języki, mimo, że tego nie widać, płoną niewidzialnym ogniem. Grzeszący mową – z ich ust wydobywają się wszelakie nieczystości, przy tym przeszyci są rozdzierającym bólem. Ci, którzy za życia byli najbardziej znaczący
i czynili nieprawość, w tym swoim świadectwem, wieszani są na językach nad gorącymi oparami – wydają odgłosy o różnej tonacji tworząc chór potępionych. Wszyscy trzymają się od nich z daleka, nawet anioły nieczyste. Siejących przemoc bezustannie nękają demony o zwierzęcych kształtach, raz po raz rozszarpując ich ciała. Towarzyszy im paraliżujący strach i ani na chwilę nie opuszcza uczucie własnej bezradności. Złodzieje są nadzy, z uciętymi kończynami. Zabójcy niemowląt są rozczłonkowywani przez demony wielkości noworodka wysysające krew. Zabójcy starych ludzi sami przybierają postać niedołężnych starców, przeżywają agonię z powodu duszenia się, bólu nie do zniesienia i gnicia. Po pozornej śmierci powstają na nowo i cykl zaczyna się powtórnie. Robert dostrzega stojącego przed lustrem, tyłem do niego, białego mężczyznę ze swastyką na plecach, okładającego się pejczem. Zbliżają się do niego, okazuje się, że jego przednia połowa przypomina wyglądem ciało Murzyna. Zwraca się do wizerunku widzianego w lustrze używając przekleństw, śle pogróżki pełne nienawiści wobec czarnoskórych. Ci, co dawali zły przykład odczuwają na sobie samych skutki własnego postępowania. Człowiek podjudzający do agresji i przemocy wobec innych ludzi czy zwierząt, sam jest bity i dręczony. Nadużywający są trawieni przez skutki odstawienia. Zdarza się, że mroczny Książę wybiera się na inspekcję swojego władztwa. Nieszczęśnicy doświadczają wtedy dodatkowych cierpień, bo skory on jest do zadawania bólu i bardzo zawzięty. Mówią do niego: Princeps huius mundi, czyli Książę tego świata. „To jest zarówno koniec jak i początek, początek bez końca” – zwykł mawiać. Przyjmuje postacie wzbudzające przerażenie, ale tak naprawdę nikt nie wie, jak wygląda. To byt duchowy o wyjątkowej mocy. Wędrówka zdaje się nie mieć końca, jak migawki pojawiają się kolejne katusze... Pośród nich twarze znane i nieznane, z kart historii, także takie, których nikt by się tu nie spodziewał.
Są też męki, których nie sposób opisać...
Tutaj każda chwila jest wiecznością, a wieczność nie ma końca. I przyjdą jego następcy.
I będą oglądać i jego cierpienia. Nadszedł czas, aby zaczęła się jego męka... W zasadzie męki, bo zaiste jest ich wiele. Oto jedna z nich:
Przebywa w ogromnej, bogato zdobionej sypialni. Akty w złotych ramach, lustra, marmurowe posągi. Łoża wyścielone muślinem i jedwabiem. Leży nagi jedynie małżeńska obrączka zdobi jego dłoń. Gdy patrzy na nią, przypomina mu się jego wybranka. Wybranka w drugim miesiącu i jego nalegania. Przez chwilę ma wrażenie, że widzi kielich z ciemnoczerwoną cieczą. Tylko przez chwilę, gdyż… Pojawiają się niespotykanej urody kobiety, piękności różnych kultur opasane cienkimi przezroczystymi szatami. Ich włosy mienią się wszystkimi spotykanymi kolorami od jasnych po zupełnie ciemne, to samo tyczy się skóry. Wszystkie zgrabne, niezaspokojone kusicielki. Oddają się zmysłowemu tańcowi, zapraszają go pomiędzy siebie. Ma miejsce wspólna seksualna uczta. Początkowo jest przyjemnie, wzajemnie wytrącają go sobie z rąk, całując i pieszcząc. Jednak po chwili zaczynają kąsać,
a on krwawić. Ból daje znać o sobie.
Poczyna krzyczeć:
– Na pomoc, zostawcie mnie!
Odgryzają mu części ciała, a ich wygląd zmienia się – stają się brzydkie, postarzałe,
skóra trzeszczy przy dotyku, pojawiają się plamy opadowe. Jeszcze żyje, gdy z niknących potwornych kreatur , wychodzą obrzydliwe robaki pochłaniając żywcem to, co z niego zostało.
Za każdym następnym razem nie pamięta, co działo się uprzednio, nie spodziewa się też,
do czego zaraz dojdzie.
– To jedna z wielu udręk, jakim jest tu poddawany – mówi demon kolejnemu nieprawemu.
Ta oraz inne jego męki będą powtarzać się bez ustanku.
Nadchodzi czas na konfrontację z demonem – opiekunem. Jej celem za każdym razem jest spotęgowanie wrażenia beznadziejności i dręczenia. Trwa rozmowa:
– Co zrobiłeś dobrego w życiu, co mogłoby cię ułaskawić? Z tego więzienia nie ma ratunku. Dla nikogo.
Myśli. Nie jest to łatwe pytanie i trudno znaleźć odpowiedź w ciągu kilku sekund.
– Wiele dobrych rzeczy, ludzie byli zadowoleni.
– Wszyscy? Zawsze? Samozadowolenie nie wartościuje, czy czyn jest dobry, czy zły.
Gdzie są, ci których uradowałeś? Część już zdążyłeś tu spotkać.
– Trafili tu przez pomyłkę, jak ja.
– Każdy, kto cię tu spotyka, widzi, co wcześniej stało się twoim udziałem, więc zapewne jesteś świadomy, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
– Czyżby? A co w takim razie z niewierzącymi, z wierzącymi inaczej?
– Mamy tu specjalne komturie. Nie ma wyjątków. Niewierzący, mają lżej, bo nie mieli szansy na pełne poznanie prawdy, chociaż część z nich trafia tu pomimo taryfy ulgowej. Najbardziej cierpią ci, co wiedzieli najwięcej, zwodzili innych, sami mieli starczyć za przykład.
Ale przyszłość jest niepewna. Jest miejsce zwane jeziorem siarki i ognia.
Coś jeszcze gorszego od tego. Ponadto nikt nie zna Jego zamierzeń, o ile sam ich nie wyjawi.
A nieposłusznych zdławi, wytraci.
– A co na to wasz władca? Nie próbuje zniweczyć tych planów?
– Nasz Pan, Oskarżyciel mimo, że mocny, nie da Mu rady, wygubi ilu się da, ale Jego
nie przemoże.
– To znaczy, że jest niegodny czci.
– Dość tego, trafiłeś tu by cierpieć! Żyłes na kredyt zaufania, niegodny i niezdolny by go spłacić!
Twój dług jest nie do spłacenia, odsetki nie do wyrównania! Mimo to, twoją powinnością jest
go wyrównywać.
Na nowo rozpoczyna się sekwencja kaźni.
Początkowa amnezja ustępuje miejsca: trwożliwemu oczekiwaniu, niepewności, bólowi
i poczuciu beznadziei.
Jest pierwszy listopada. Cmentarz tonie w kwiatach, zniczach, które rozświetlają szaroburą aurę uchodzącego dnia. Ludzki tłum okupuje jeszcze nagrobków kamiennych las.
Ale przerzedza się. Pojedyncze groby są zaniedbane, pozbawione wszelkich oznak pamięci. Zioną pustką, echem zapomnienia. Trzyletnia dziewczynka wraz z matką opuszczają cmentarz. Przechodząc obok zapomnianego, marmurowego grobowca dziecko mówi
do matki:
– Taki smutny grób, zapalmy znicz.
– Pomódlmy się, dobrze?
– Mamusiu, czego nikt go odwiedził?
– Nie wiem skarbie, może nie miał kto. W życiu nie zawsze się układa.
Stoją chwilę nad grobowcem Roberta. Odmówiły modlitwę. Wiatr bawi się płomieniem świecy.
Zrywa się gwałtowny podmuch, porywając drobne przedmioty, daje się słyszeć zduszony jęk, niknący tak nagle, jak się zjawił.
– Mamo.
– Słucham, kochanie.
– Chyba słyszałam, że ktoś płacze.
– Zdawało ci się. Nikogo tu nie ma. Chodźmy, późno już.
Cmentarz pustoszeje.
„(…) ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości (… ) Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą. (…)”



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -