Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Uwolnienie

Jacek Frost

Stara droga ułożona z betonowych płyt, rozgrzanych letnim słońcem, prowadziła konsekwentnie naprzód, prosta jak naprężony postronek unoszący wisielca. Toczyła się po niej powoli rozklekotana furgonetka. Pokrywała ją farba w kolorze skrzydeł ćmy, łuszcząca się w wielu miejscach. Prowadził mężczyzna, pomimo upału nie zdjął z siebie grubej, sztruksowej marynarki. Miejsce obok kierowcy było niezajęte. Z tyłu, w małej wnęce na foteliku kuliła się jego żona, ubrana w kwiecistą sukienkę bez rękawów. Na kolanach ściskała torebkę. Oboje wyglądali na około pięćdziesiąt lat. Przesiąknięci byli jednocześnie kwaśnym potem, grozą i pragnieniem dopięcia swego. Tak jakby podjęli dramatyczną decyzję i zamierzali - pomimo że zwierzę żyjące w nich wyrywało się do ucieczki - doprowadzić ją do realizacji.
Dookoła rozciągał się płaski teren, z niskimi pagórkami. Wszędzie łachy piachu przemieszane z plamami niskich traw. Gdzieniegdzie kępy cienkopiennych drzew z rozłożystymi baldachimami - czaiło się tam dziwne, mroczne, niedookreślone życie. Brak jakichkolwiek ludzi i zabudowań.
- Masz wszystko? - spytał mężczyzna.
- Przecież wiesz.
- Sprawdź jeszcze raz - powiedział z naciskiem.
Kobieta zajrzała do torebki, dotknęła końcami palców atrapę członka z czarnej gumy, małą strzykawkę wypełnioną seledynowym płynem i nieduży, damski pistolet.
- Wszystko jest na swoim miejscu - zakomunikowała żona.
Zobaczyli, że z naprzeciwka pędzi w ich kierunku jakiś wehikuł. Widziany z dużej odległości wydawał się malutki. Prędko okazało się, że to nowoczesny, wysoki autobus wycieczkowy. Prowadził go Murzyn w niebieskim uniformie firmowym i takiejż czapce z daszkiem. Z trudnością minęli się na wąskiej szosie, oba pojazdy musiały zwolnić. Żadnych pasażerów w wycieczkowcu nie zauważyli.
Mężczyzna patrzył w bocznym lusterku, jak autobus szybko oddala się i znika.
Furgonetka turlała się jeszcze kilka kilometrów, aż zastopował ją opuszczony w poprzek drogi biało-czerwony szlaban.
- To tutaj - rzucił mężczyzna do żony. Siedzieli w milczeniu dłuższy czas, nic się nie działo. Oboje pocili się okropnie. Okolicę zdominowała trawa, tylko gdzieniegdzie żółciły się łaty piasku. Blisko po prawej tkwiło bez ruchu gęste skupisko drzew.
- Tu gdzieś niedaleko jest jezioro. Widziałam na mapie. Boisz się?
- Zaraz ci zrobię dobrze - mąż podał swojej partnerce przez ramię mały woreczek foliowy z białym proszkiem i szklaną rurkę. Ona wyjęła lusterko, położyła płasko i usypała na nim z zawartości woreczka kreskę. Wciągnęła to przez rurkę do nosa - jedną część do lewej dziurki, drugą do prawej. Nabrała rozdziawionymi ustami haust powietrza, odchyliła się do tyłu i zagulgotała jak indor.
- Mój króliczek zapragnął wielkiej marchewki. Aż dygocze z oczekiwania.
Facet prychnął zniecierpliwiony. Potem wyprostował się w fotelu - Coś się rusza - poinformował żonę - To strażnicy.
Spomiędzy drzew po prawej wyłoniły się cztery postacie, zmierzały nieśpiesznie w ich kierunku. W końcu dotarły do szlabanu, ustawiły się rzędem między nim a maską furgonetki. Wysocy, barczyści mężczyźni w białych koszulach i czerwonych krawatach, czarnych spodniach i lakierkach. Metalowe sprzączki od spodni ozdabiały czerwone, pięcioramienne gwiazdy. Każdy przez ramię miał przewieszonego kałasznikowa. Jeden ze strażników podszedł do samochodu i przez opuszczoną w drzwiach szybę zapytał:
- Państwo Jerzy i Maria Kamińscy?
- Zgadza się - podali mu swoje dowody osobiste. Rzucił na nie tylko okiem i zwrócił.
- Torba-lodówka z lodem jest?
- Oczywiście.
- Pokazać! - kierowca pochylił się, żeby wyjąć ją spod fotela, gdzie była wciśnięta.
- Wystarczy ! - dostali znak ręką, żeby wysiadać.
Stanęli przed czterema typami. Jeden z nich miał zieloną skórę i włosy, nawet paznokcie. Tęczówki oczu intensywnie turkusowe, jak dwa gładkie, wilgotne kamyki.
Jerzy rozejrzał się dyskretnie. Na piasku obok drogi pozostały ślady opon autobusu, który niedawno tutaj nawracał. Do szlabanu przytwierdzono tabliczkę z napisem:

TEREN WYZEROWANY
BEZ ZEZWOLENIA WSTĘP WZBRONIONY
GROZI POPARZENIEM
- Zaraz zaczynamy! Ale jeszcze chwilkę trzeba poczekać.
- Kogo przywieźli tym autobusem, który nas minął wracając? - spytał pan Kamiński.
- Wycieczka z Izraela - odparł jeden z mężczyzn, nie wiadomo, czy na poważnie, czy żartem. Następnie wyciągnął skądś białą tabletkę i podał Marii, ona połknęła ją natychmiast. - To uśmierzy twój ból, aż do końca - powiedział.
Trzej biali mężczyźni otoczyli kobietę, unieruchomili jej ręce i głowę silnymi chwytami. Zielonoskóry rozkręconym maksymalnie płomykiem z zapalniczki zaczął rozgrzewać metalowy przedmiot z drewnianą rączką, przypominający pieczątkę. Mąż nie patrzył na żonę, która szukała jego wzroku. Zielony przytknął na moment kobiecie do czoła "pieczątkę", ona zakwiliła z bólu. Odstąpił dwa kroki do tyłu. Popatrzył zadowolony na Marię, której nad brwiami pojawił się wypalony w skórze emblemat serduszka




Strażnicy puścili kobietę i odsunęli się od niej. Zrozumiała, że czas już nadszedł. Popatrzyła na męża, ich oczy spotkały się. Uśmiechnęła się blado, on odwrócił głowę. Skierowała się w lewo, w kierunku jeziora, które - jak sądziła - gdzieś tam się znajdowało. Poparzona skóra na czole bolała ją, ale jakoś tak tępo, nierzeczywiście.
- Powodzenia! Wiesz co masz robić! - krzyknął za nią jej partner życiowy. Nie obejrzała się.

Stąpała powoli przed siebie. Oddaliła się już znacznie od betonowej drogi. Spodziewała się dotrzeć do rozległego jeziora - z mapy pamiętała, że powinno się znajdować gdzieś tutaj. Ale aż po horyzont ciągnęła się lekko pofałdowana, trawiasta równina. Minęła niekompletny propagandowy napis, umieszczony na metalowym rusztowaniu:
ZWIĄZEK SOCJALISTYCZNEJ
MŁODZIEŻY POLSKIEJ
UCZY, POMAGA, WY…
- reszta była nieczytelna.
Z prawej - w nieokreślonej odległości - pojawiła się wąska, czarna smuga, idąca pionowo do góry. Wiedziała, że tutaj - w Strefie Wyzerowanej - powinna kierować się znakami, więc ruszyła w tamtą stronę.
Dość szybko zbliżyła się do źródła ciemnego dymu. Już z daleka zorientowała się, że to płonie samochód osobowy. A raczej płonął, bo ogień już dogorywał. Stanęła na wszelki wypadek kilka metrów przed czerwonym, sportowym kabrioletem - obawiała się, że silnik może wybuchnąć. Przód auta cały sczerniały, spod maski kopcił się smolisty dym. Zawiesisty zapach palącej się benzyny, smarów i tworzyw sztucznych przyprawiał o mdłości. Na fotelu kierowcy siedział ludzki szkielet, niezwykle wiernie odtworzony z błyszczącego metalu, co do najmniejszej kostki. Dziwne, ale pożar pojazdu się go nie imał - patrzył przed siebie pustymi oczodołami, obojętny na wszystko, czysty jak wykąpana dziewczyna.
Maria obeszła samochód szerokim łukiem, usiadła na zboczu pagórka. Rozchyliła nogi i zakasała do góry sukienkę - nie miała na sobie majtek. Z torebki wyjęła gumowego godmisza. Dotknęła lekko jego końcówką pełną oczekiwania cipkę, potem jeszcze raz. Splunęła na atrapę fallusa i rozsmarowała na nim ślinę. Przysunęła powoli narzędzie miłości do krocza, przytrzymała jeszcze chwilę.
Wtedy wyczuła na sobie czyjś wzrok. Spojrzała na samochód. Przysięgłaby, że kościotrup za kierownicą jeszcze przed momentem twarzoczaszkę skierowaną miał prosto przed siebie. A teraz jego głowa była obrócona w jej stronę. Oczodoły wyglądały jak ciemne okulary, poniżej dwa rządki zębów szczerzyły się w szyderczym grymasie. Wydawało się, że szkielet zaraz wybuchnie śmiechem.
Maria wściekła cisnęła godmisz do torebki, podniosła się, poprawiła sukienkę i szybkim krokiem oddaliła. O mało się nie rozpłakała. Wyrzuciła z siebie kilka przekleństw.
Napotkała kolejny napis propagandowy, ustawiony na pustkowiu. Dziwnie się tutaj prezentował:
SOCJALISTYCZNA OJCZYZNA
JUTRZENKĄ DOBROBYTU
Z daleka dobiegł odgłos kanonady, jacyś ludzie strzelali z kilku karabinów jednocześnie. Potem rozległo się kwiczenie stada zarzynanych świń, szybko skończyło się.
Skierowała kroki na zachód, ku źródłu brutalnych dźwięków.
Minęła kilka białych rzeźb stojących kobiet, naturalnej wielkości, umieszczonych na postumentach. Akty topless w stylu starogreckim, pełne artystycznych fałd spódnice do ziemi. Każdej ktoś odtrącił głowę i dłonie obu rąk. W jakim celu je ustawiono na tym odludziu Maria nie miała pojęcia. Następnie natknęła się na leżącą na plecach podobiznę nagiego mężczyzny, wykutą w różowym marmurze. Brakowało mu dolnej części twarzy i genitaliów, ktoś odrąbał je ciężkim narzędziem.
Jej nogi zrobiły się ciężkie. Kolejne kroki stawiała z wysiłkiem, jakby brodziła w gęstym błocie. Słońce emanowało białym żarem, jak lampa w terrarium dla węży. Ubranie Marii przemokło od potu całkowicie. W głowie słyszała szum telewizora nastawionego na pusty kanał. Rozdeptała kilka spasionych ślimaków bezskorupowych. Ubabrała sobie przy tym sandały i palce nóg - napawało ją to obrzydzeniem. Zbliżała się powoli do rozległego skupiska drzew - to dodawało jej wigoru, w zasłonie listowia zamierzała skorzystać wreszcie z podłużnego przyrządu schowanego w torebce.
Okazało się, że te drzewa to same jabłonie, obwieszone dojrzałymi, błyszczącymi owocami. Dobrze utrzymany sad, zajmujący dużą powierzchnię.
Wkroczyła alejką w zielony cień.
Poszła przed siebie, potem na skrzyżowaniach i rozwidleniach dróżek na przemian skręcała w prawo i w lewo. Tylko niskopienne jabłonie i grunt pokryty trawą przypominającą sierść zwierzęcia. Miała tu coś zrobić, ale odwlekała świadomie moment samopokochania, żeby spotęgować rozkosz.
Wszystko przed jej oczami na chwilę zabarwiło się ognistą czerwienią, trawa, pnie, liście, nawet czasza nieba. Przesadziła dzisiaj z narkotykami.
Znienacka znalazła się na małej polanie pełnej trupów. Leżący mężczyźni, kilkunastu, postrzeleni z broni palnej, w rozmaitych pozach. Krew wypływająca z ran dziwna, różowa jak lakier do paznokci. Drzewa dokoła pokaleczone seriami z karabinów, wszędzie na ziemi mnóstwo jabłek, które pourywały się z gałązek i pospadały. Maria patrzyła na to wszystko całkowicie spokojnie, bez wzburzonych emocji. Zdziwił ją ten spokój, ale zdziwieniem przygłuszonym, niejasnym. W jej umyśle unosiła się para wodna, zmieszana z czadem i pyłem kokainowym.
Przyjrzała się zabitym nieznajomym. Ich głowy zostały obdarowane przez Stwórcę (niech będzie błogosławiony), niezwykłym kształtem, gruszkowatym. Cieńszy koniec wyrastał z szyi, baniasto rozszerzał się nad uszami. Wszyscy posiadali po dwie pary oczu, umieszczone jedne nad drugimi. Niektórzy mieli loczkowate pejsy i wyszywane jarmułki na głowach, które jakimś cudem im nie pospadały podczas jatki. Inni w szykownych garniturach, z włosami długimi jak hippisi. Wszyscy rozstrzelani, pokryci niesamowitymi, jaskraworóżowymi ranami.
Wyprężyła się na baczność i zasalutowała po żołniersku zabitym, aby oddać im cześć. Na chwiejnych nogach oddaliła się.
Dłuższy czas zmierzała prosto przed siebie. Dotarła do miejsca, gdzie jabłonie ustąpiły miejsca niskim, młodym sosenkom. Nozdrza pani Kamińskiej nie wychwyciły specyficznej woni towarzyszącej drzewom iglastym.
W jej polu widzenia pojawiły się zrujnowane mury jakiegoś budynku. Opuszczono go dawno, z wyższego piętra zostały resztki. Tynk odpadł ze ścian, za to pokryły je zgniłozielone plamy porostów. Bryłą przypominał dom mieszkalny, ale dziwiły bardzo małe, kwadratowe okienka - Marii się kojarzyło, że takie występują w oborach. Lekko się zataczając, przez dziurę po drzwiach przetransportowała się do środka.
Zobaczyła nagiego mężczyznę, stojącego na betonowej podłodze. Jego szyję opinała solidna obroża, od której biegł metalowy łańcuch, przypięty do grubego, drewnianego pala wbitego w podłoże. Osobnik ten posiadał wydłużoną, wąską twarz, szczeciniastą bródkę i kozie różki na głowie. Szpiczaste uszy porośnięte ciemną sierścią. Między nogami dyndał mu się instrument, którego wielkość była powodem do zasłużonego podziwu.
Facet popatrzył na Marię, tak jakby długo czekał właśnie na nią i ucieszył się, że wreszcie się zjawiła.
Stanęła poza zasięgiem łańcucha i wyjęła z torebki strzykawkę z cudownym płynem, pokazała mu ją.
- Chcesz to? - zapytała. Człowiek-kozioł skwapliwie przytaknął głową.
- Czy wiesz, co masz robić? - on uśmiechnął się, wyszczerzając potężne, białe zęby.
Marysia wrzuciła strzykawkę do torebki, którą położyła na ziemi tak, aby mężczyzna nie mógł jej sięgnąć. Zbliżyła się do niego, chwyciła lewą dłonią jego prącie i zaczęła stymulować. Wzwód nastąpił szybko. Uklękła i włożyła sobie wielką armatę do ust. Chciała chwilę robić mu laskę, żeby partnera jeszcze bardziej pobudzić, a potem odbyć klasyczny stosunek. Ale w tym momencie nastąpił wytrysk, zresztą niezbyt obfity. Wstała rozczarowana i wypluła na podłogę spermę o wstrętnym, nienaturalnym smaku.
Kozioł chwycił ją za ramię i powiedział piskliwym głosikiem: Ja jeszcze mogę.
Rzeczywiście, jego członek stał dalej pięknie. Opadła na czworaka i zadarła sukienkę. On klęknął z tyłu i wepchnął swoje narzędzie głęboko tam, gdzie powinien. Krzyknęła z zachwytu, ale zaczęło jej się kręcić w głowie. Miała ochotę zwymiotować. Kochanek pracował, jednocześnie pieszcząc obydwie piersi dłonią. Pociemniało jej przed oczami w momencie, gdy u rogatego nastąpiła ejakulacja. Wyszedł z niej i wycofał do tyłu.
Nie przeżyła orgazmu, wszystko to odbyło się jak podróż do Rygi nad muszlą klozetową po ostrym piciu. Nawet nie orientowała się, czy trwało to minutę czy piętnaście. Na czworakach poczłapała do torebki, wyjęła strzykawkę i podała kozłorogiemu. Położyła się na plecach na zimnym betonie i patrzyła dłuższy czas przez wielką wyrwę w suficie na małe chmurki płynące z wolna po nieboskłonie.
Podniosła się na łokciu. Ze zdumieniem stwierdziła, że jej ostatni partner seksualny siedzi oparty o słup, członek stoi mu jak rakieta a on onanizuje się. Ale rozmyte, nierzeczywiste oczy zdradzały, że przed chwilą podał sobie do żyły kilka chwil zakłamanego szczęścia.
Wstała, otrzepała sukienkę, wyciągnęła z torebki pistolet, odbezpieczyła. Podeszła do człowieka-kozła, który teraz nie zdawał sobie sprawy, co dzieje się na bożym świecie. Przystawiła lufę do delikatnej, bezbronnej skroni narkomana-jebaki. Zaczęła się wahać, ale po co to przedłużać? Odwróciła głowę i nacisnęła spust. Usłyszała potworny huk. Zaraz potem łoskot walącego się na ziemię ciała. Nie oglądając się, na mdlejących nogach opuściła budynek. Myląc krok, oddaliła się precz od tego przepełnionego ciemnością miejsca.
Minęła olbrzymi kopiec mrowiska, wysoki prawie na dwa metry. Co ciekawe, mrówki, które go zamieszkiwały i zapewne zbudowały (przyjrzała im się z bliska), były bardzo malutkie.
Zaraz potem zabielił się zagajnik brzózek. Dotarła do skrzyżowania kilku ścieżek naraz. Stanęła i rozejrzała się. Czerwona papuga przysiadła na gałęzi i zaskrzeczała: „Tędy, tędy”, pokazując jednocześnie dziobem kierunek. Poszła zalecaną przez ptaka dróżką, porośniętą po bokach gęstymi pokrzywami. Wyczuła fetor moczu i gnijących owoców.
Zarośla zaraz skończyły się, znalazła się na sporej polanie, pokrytej skoszoną równiutko, elegancko trawą. Zrozumiała, że dotarła do kresu wędrówki przez Strefę Wyzerowaną. Tu nastąpi spełnienie, wykona się to, na co się poważyła. Nie czuła w sobie strachu, tylko monotonną, cichą wibrację, natarczywą i męczącą.
W centrum polany rozbito duży, wojskowy namiot. Odsunęła brezentową płachtę, zasłaniającą wejście, niepewnie wsunęła się do środka. Uderzył ją zapach mielonego mięsa. Pod sufitem paliła się jaskrawa lampa, oświetlająca masywny, obłażący z farby stół i siedzących na nim dwóch facetów. Na jej widok zeskoczyli z niego. Jednego poznała - to był ten zielonoskóry strażnik, którego zobaczyła po raz pierwszy przy szlabanie, broniącym wjazdu do Strefy. W rękach trzymał kałacha. Drugi, w białym kitlu poplamionym krwią, brodaty, o ponurej minie. Wyglądał na lekarza.
W ręce doktora pojawiła się strzykawka z przeźroczystą zwartością. Podszedł do Marii i bez ceregieli wbił jej igłę w ramię. Zabolało, ale zacisnęła zęby. Nacisnął tłoczek, poczuła, że jej ciało zamienia się w galaretę, była pewna, że zaraz upadnie.
- I jak się czujemy? - usłyszała pytanie, niewyraźnie, jak przez grubą błonę.
- Zajefajniutko! - odparła i parsknęła śmiechem, który zadudnił w niej jak rzucony metal w pustej hali.
- Zaruchałaś sobie?
- No pewnie!
- Z zabijankiem, czy bez zabijanka? - nic nie odpowiedziała.
Medyk odsunął się od niej. Strażnik uniósł karabin, wycelował i oddał krótką serię. Marysia dostała w klatkę piersiową, padła martwa na plecy. Mężczyzna w kitlu wyjął zza pazuchy piersiówkę i pociągnął łyk. – Nie mogę znieść tego smrodu - powiedział. - Smrodu krwi.
- Ilicz, powtarzasz się od niepamiętnych czasów. Pierwszy raz mówiłeś mi to chyba w plejstocenie. Rób swoje.
Ilicz założył gumowe rękawiczki. Następnie wziął do ręki mały sekator ogrodniczy z bardzo dobrej stali, którym z łatwością można przycinać nawet grube gałęzie. Klęknął przy martwej kobiecie i oddzielił od jej lewego nadgarstka dłoń, następnie od prawego. Chlusnęła krew. Włożył obie dłonie do foliowego woreczka i podał strażnikowi.
- Zawołaj służących, niech tu posprzątają - powiedział i pociągnął z piersiówki.

Mąż Marii spał oparty o kierownicę. Obudziło go pukanie w przednią szybę. Poderwał się w fotelu, otrzeźwiał natychmiast. Zielony strażnik kiwnął na niego głową. Błyskawicznie wyskoczył z furgonetki.
Zielonoskóry był sam. W ręku coś trzymał. Przykucnął, lufa jego karabinu stuknęła o podłoże. Wytrząsnął z foliowej torebki na beton dwie odcięte, ludzkie dłonie. Położył je obok siebie grzbietami do góry. – Poznaje pan?
Jerzy zbladł i kiwnął potwierdzająco głową.
- Proszę przygotować torbę-lodówkę.
Jerzy szybko wyciągnął ją spod fotela kierowcy. Strażnik przy pomocy zapalniczki rozgrzał do wysokiej temperatury swój pieczątkowaty znacznik. Wypalił nim na obu dłoniach symbol serduszka.


Poprawił karabin i zaczął się szybko oddalać. Pan Kamiński otwarł samochodową lodówkę, włożył delikatnie do środka dłonie żony, szczelnie zamknął. Usadowił się za kierownicą, zamrażarkę zamontował na właściwym miejscu.
Zapalił silnik, nawrócił furgonetką i ruszył przed siebie po betonowej drodze. Poczuł radość i rozkosz, jakby ktoś lał mu miód na serce. Łzy szczęścia zamgliły mu oczy.
- Marysiu, kurwa, dokonaliśmy tego! Udało się nam! Razem dokonaliśmy!
Wyprostował się w fotelu i przyśpieszył. Zobaczył w dali na drodze samochód osobowy zmierzający w stronę Strefy Wyzerowanej. Jerzy dodał jeszcze gazu.

KONIEC

(Wałbrzych, od 25 marca 2012 do 3 maja 2012)



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -