Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Kontrakt

Dariusz S. Jasiński

Poddałem się. Miałem już absolutnie dość wszystkiego. Na to, żeby ze sobą skończyć jakoś nie miałem jeszcze odwagi. Ale już samo to, że zacząłem o tym myśleć było najlepszym dowodem, że ostatnie miesiące to pasmo porażek.
Ostatnie miesiące to było pasmo porażek. Najpierw zostawiła mnie żona. Znalazła sobie lepszy model. Lepiej zarabiał, lepiej wyglądał i przyznaję uczciwie – lepiej troszczył się o Hankę. Zresztą nie tylko o nią, byłem pewien, że o naszą córkę też zadba lepiej ode mnie. Córkę, którą pewnie nieprędko zobaczę, bo razem z moją byłą i nowym tatusiem przenieśli się do Stanów. Nie wspominałem, że John jest amerykańskim dentystą? Ano jest. Kasy ma jak lodu, toteż Hanka zrzekła się alimentów. Zresztą i tak nie miałbym z czego ich płacić, bo jako kierowca tira nie mogłem wykonywać pracy bez prawa jazdy, a to zabrali mi, gdy wracałem autem z knajpy, w której zapijałem żal po utracie rodziny. Samochodem też nie musiałem się z nią dzielić, bo wyrżnąłem nim wówczas w słup i niewiele z niego zostało…
Bez pracy nie mogłem spłacić kolejnych rat kredytu za mieszkanie, które wraz z hipoteką zostawiła mi wspaniałomyślnie Hanka. Za kilka dni spodziewałem się eksmisji, a że nie miałem ani bliskiej, ani dalekiej rodziny i żadnych przyjaciół, to czekało mnie spanie pod mostem.
Komputer i telewizor poszły do lombardu, bo już nie miałem za co pić. Z wartościowszych sprzętów została mi lodówka, bo pralkę wczoraj szlag trafił, no i smartfon na kartę. Jutro kończył mi się okres wykonywania połączeń, więc bez żalu planowałem wymienić go na jakieś pięćdziesiąt złotych. Mógłbym za to kupić cztery flaszki na mecie mieszczącej się parę przecznic dalej. Może i nie było to najsmaczniejsze, ale przynajmniej nie pozbawiało wzroku i pozwalało odpłynąć.
Pieniędzy na karcie SIM też miałem raptem na wykonanie jednego krótkiego połączenia. Skacowany siedziałem trzymając w jednej ręce smartfon, a w drugiej najostrzejszy nóż, jaki miałem w domu. Zacząłem przekonywać siebie, że samobójstwo to wcale nie takie złe rozwiązanie. Jednym cięciem wzdłuż żyły mogłem zakończyć wszelkie moje problemy. Umierając miałbym satysfakcję, że za mieszkanie, w którym ktoś popełnił samobójstwo nikt nie da bankowi dobrych pieniędzy. A że był środek lata, całkiem upalnego, to przez kilka dni pewnie bym się całkiem nieźle rozłożył, no i takiego smrodu też ciężko się pozbyć. Kusząca możliwość.
Z drugiej strony patrząc na wyświetlacz wiedziałem, że może warto pomyśleć i wykonać jakiś jeden cudowny telefon, który wszystko zmieni, odwróci złą kartę. Tylko do kogo, do diabła, mógłbym zadzwonić?!
Pewnie gdyby nie kac i jeszcze nie do końca sprawny mózg skusiłbym się na cięcie. Ale wolne przetrawianie myśli pozwoliło mi wychwycić zwrot, który przed chwilą przeleciał przez głowę. Będąc tylko drobnym przekleństwem jest zwykle pozbawiony treści, jednak nie tym razem. Nagle wydało mi się oczywistym, że jedyny telefon, jaki mógłby mnie uratować, to rozmowa z diabłem właśnie. Tylko skąd wziąć numer piekła? Bo jakoś nie miałem wątpliwości co do jego istnienia.
Oświeciło mnie równie szybko. Wykręciłem trzy szóstki i usłyszałem plumknięcie oznajmiające, że zostałem rozłączony. W pierwszej chwili chciałem ze złości cisnąć telefonem o podłogę, w porę zorientowałem się, że jeśli jednak na razie nie użyję noża, to po rozwaleniu ostatniej w miarę wartościowej rzeczy jutro nie miałbym za co pić…
No właśnie, w lodówce miałem jeszcze prawie pełną, ale już ostatnią flaszkę od Ryśka z Bema. Wstałem i niepewnym krokiem ruszyłem do kuchni.
Nagle zadzwonił dzwonek. Było przed północą, a o tej porze prócz Macierewicza nikt raczej nie pracuje. Na pewno nie był to nikt z banku, bo miałem jeszcze kilka dni na uregulowanie zadłużenia. Choć z drugiej strony ci też raczej nie odwiedzaliby mnie o tej porze.
Spojrzałem na siebie. Poplamiona koszulka może nie wyglądała najlepiej, ale wszystkie pozostałe miałem w bębnie pralki, która padła w trakcie pracy. Trzeba było świeżego umysłu, by poradzić sobie z pełną wody maszyną, a mój takim z pewnością nie był. Wciągnąłem więc koszulkę w spodnie dresowe i poczłapałem do drzwi wejściowych. Zerknąłem przez wizjer i zobaczyłem elegancko ubranego, budzącego zaufanie mężczyznę. Na oko wyglądał na akwizytora. Otworzyłem.
– Pan Juliusz Rodny? – zapytał przyjemnym dla ucha głosem.
– Zależy czego pan chce – odparłem niepewnie.
– O ile dobrze mnie poinformowano w centrali potrzebuje pan naszego wsparcia, pozwoli pan, że wejdę do środka? – I wszedł w butach do salonu.
– Panie!… – udało mi się jedynie wydukać.
Mężczyzna tymczasem, bez pytania, przeniósł z fotela na kanapę majtki i skarpetki, noszone przeze mnie cały poprzedni tydzień. Następnie wziął do ręki nóż, którym bawiłem się chwilę temu, sprawdził jego ostrość i pokiwał z aprobatą głową. Potem rozsiadł się wygodnie, postawił na stoliku teczkę, otworzył ją i wyjął plik dokumentów.
– Panie Juliuszu, proszę usiąść, mamy parę spraw do omówienia,
Usiadłem jak kazał. Jego pewność siebie całkowicie mnie zdominowała w moim własnym (jeszcze) domu! Zanim cokolwiek zdołałem powiedzieć facet znów przejął inicjatywę.
– Rozumiem, że pana aktualna sytuacja życiowa pozostawia wiele do życzenia. Biorąc pod uwagę ostrość noża, którym zamierzał pan zakończyć ostatnią serię niepowodzeń jestem przekonany, że wręcz dotarł pan do krawędzi… Nie sądzę, żeby już dziś był pan gotów na ostateczne rozwiązanie, ale przypuszczam, że taką właśnie decyzję podjąłby pan za niespełna tydzień. Choć jeśli faktycznie chciałby pan zrobić na złość bankowi, to sugerowałbym jednak zrobić to po moim wyjściu. Jeśli oczywiście oferta nie przypadnie panu do gustu.
– Ale… – Nawet nie byłem w stanie wymówić więcej niż te dwie sylaby. Skąd do diabła wiedział o czym myślałem?! Otępiały umysł wreszcie połączył fakty i zacząłem błyskawicznie trzeźwieć. Oto miałem swoją szansę na zmiany.
– Rozumiem, że nie muszę już mówić jaką instytucję reprezentuję? – uśmiechnął się promiennie. – To świetnie, oszczędzi nam to sporo czasu. Przejdźmy więc do rzeczy. Nie jesteśmy amatorami i nie zamierzamy ofiarować panu bogactwa, bo ono faktycznie jeszcze nikomu szczęścia nie przyniosło. W naszej ofercie otrzyma pan władzę. Niestety od razu muszę zaznaczyć, że stanowiska prezydenta, premiera, a nawet większość ministerstw mamy już zajęte na najbliższych kilkanaście lat. Mamy jeszcze co prawda dostępną tekę ministra zdrowia, ale powiedzmy sobie szczerze, nie jest to żaden rarytas. Wiadomo, że ochrony zdrowia naprawić się nie da i jeśli śledzi pan uważnie polską scenę polityczną, to zazwyczaj partia wiodąca oddaje to stanowisko koalicjantom, a przewodniczącym sejmowej Komisji Zdrowia jest wręcz ktoś z opozycji. Możemy z pana jednak zrobić powiedzmy pisarza… – Spojrzał na mnie i zobaczył skrzywioną minę. – Niech pan nie wierzy, że czytelnictwo upada. Ma się dobrze, a autorzy… może nie będę wymieniał nazwisk, ale autorzy książek o wampirach, wilkołakach, nastoletnich czarodziejach czy szarych sferach seksu zawładnęli ostatnio umysłami setek milionów ludzi i od razu dodam, że akurat na jakość ekranizacji tych dzieł nie mieliśmy wpływu. I co? Nie?…
Zdecydowanie pokręciłem przecząco głową.
– No cóż. To może inna gałąź rozrywki? Muzyka? Czego pan słucha?
– Rocka – powiedziałem wreszcie nieco pewniejszym głosem.
– Hm… niby nadal jeszcze się tego słucha, ale gdyby był pan zainteresowany jakąś czarną muzyką, albo przynajmniej dance – mielibyśmy naprawdę parę dobrych ścieżek kariery. Wie pan – w show-biznesie są ogromne możliwości. Można pić, ćpać, przelatywać panienki. To, co polityk musi robić po cichu, pan mógłby robić całkiem otwarcie, a wszyscy by pana i tak kochali.
– Nie… – Znów mi coś nie pasowało. – W zasadzie to zawsze piłem okazyjnie, teraz chlam całkiem sporo i nie mam z tego żadnej frajdy. A dziewczyny? Była żona odbija mi się czkawką i nie mam na razie jakoś ochoty na nowe znajomości. Do filmu ani telewizji też nie chciałbym się pchać. Nie macie czegoś innego?
– Ależ oczywiście. Jeśli nie chce pan działać w rozrywce, to może zainteresuje pana religia? Niech no zobaczę czy mamy w tej chwili jakieś wakaty na stanowisku biskupa. Hm… No nie bardzo, ale kilka probostw byłoby dostępnych. Tyle, że tu musielibyśmy poczekać, aż skończy pan seminarium. Ale potem przed panem otworzyłyby się całkiem spore możliwości.
– Musiałbym poczekać? – w głowie zaczynał rodzić mi się intrygujący plan. Ciekaw byłem czy koleś już odczytał moje myśli…
– Jeśli nie chce pan czekać, to oczywiście możemy szybko zbudować jakąś sektę w oparciu o wiodącą religię. Na początku nie byłoby to na dużą skalę, ale niektórzy jak się rozbujali to mają nawet własną telewizję.
– Nie, religia odpada. Zawsze słabo mi się robiło w kościele. To nie moje klimaty.
– To może sport? Jeździł pan zawodowo, więc może jakiś sport motorowy? Choć nie ukrywam, że gdyby zechciał pan wybrać piłkę nożną, to tu możemy przebierać w ofertach. To popularna dyscyplina i nawet lokalni gwiazdorzy są kochani przez swoich kibiców. Pamięta pan może mistrzostwa świata z osiemdziesiątego szóstego? A nie… ale może pan słyszał o „ręce boga”? Powiem tylko, że Bóg wówczas nie miał z tym nic wspólnego, wręcz przeciwnie… I co?
– Mam inny pomysł… – zacząłem.
– To świetnie, jesteśmy oczywiście otwarci na wszelkie propozycję.
– Ale chciałbym się upewnić, jaka jest cena waszej oferty?
– Od lat nic się nie zmienia. Ot, po śmierci idzie pan do nas, a nie do nich.
– A jak jest u was?
– Jak to mówią: „nie taki diabeł straszny, jak go malują”. Ale niestety nie mam upoważnienia do odpowiedzi na pana pytanie. Zresztą tak, jak nie mogę powiedzieć jak wygląda wieczność u nich – wskazał na sufit.
– A ta śmierć kiedy miałaby nastąpić?
– Jeśli nie złamie pan warunków cyrografu – będzie pan żył minimum osiemdziesiąt lat, przy czym gwarantujemy piętnaście lat sławy i popularności, przynajmniej osobom w pana wieku. Reszta zależy od pana, jeśli wykorzysta pan dobrze te piętnaście lat, to może pan żyć w glorii i chwale do końca. Nie każdemu się to udaje. Jest taki amerykański aktor. Zagrał w paru dużych produkcjach, w zasadzie co film to hit. Czego się nie dotknął przynosiło wytwórniom miliony, taki skarb narodów. A potem skończyła się nasza opieka i co? I wręcz przynosi nam wstyd, to chyba taka jego piekielna zemsta.
– No to już wszystko wiem. Proszę mnie wysłuchać, bo mam chyba trochę nietypowy pomysł…
Zaczęliśmy rozmawiać, dyskusja była naprawdę żywa, ale w sumie całkiem owocna, bo w końcu mój gość skończył przygotowywać dokument, podał mi nadal leżący w pobliżu nóż, naciąłem sobie nim kciuk i cieknącą krwią podpisałem cyrograf. Dokonało się.
– Muszę przyznać, że trochę mnie pan zaskoczył. Rzadko zdarza się ktoś, kto naprawdę potrafi wykorzystać nadarzającą się okazję. No cóż, na mnie już czas. – Podał mi rękę. – Do zobaczenia za jakieś pięćdziesiąt lat. I proszę jutro… – spojrzał na zegarek – właściwie to dziś… postępować tak, jak się umówiliśmy.
– Oczywiście i do zobaczenia.
Zamknąłem za nim drzwi. Miałem nadzieję, że postąpiłem słusznie. Choć zdawałem sobie sprawę, że nie ma nic za darmo…

***

Obudziłem się grubo po godzinie dziesiątej. Lombard był już otwarty. Zarzuciłem na siebie coś w miarę schludnego i poszedłem zastawić telefon. Wziąłem za niego trzydzieści złotych, czyli więcej niż potrzebowałem. Poszedłem do kolektury lotto i zainwestowałem trzy w kupon dużego lotka. Za resztę kupiłem coś do jedzenia.
Następnego dnia wróciłem do kolektury dowiedzieć się czy stało się tak, jak obiecał mi agent. Faktycznie, wygrałem prawie dziesięć milionów złotych. Jak tylko się u mnie znalazły, spłaciłem mieszkanie, szybko je remontując, resztę wrzuciłem na lokatę, żeby żyć z odsetek. Może nie jakoś specjalnie rozrzutnie, ale i tak lepiej niż kiedykolwiek. Niedługo później poznałem świetną dziewczynę, z którą po kilku miesiącach wzięliśmy ślub, a potem urodziła nam się piękna córeczka. Naprawdę byłem szczęśliwy…

***

Pielęgniarka usiadła obok i zaczęła mnie karmić.
– Wszystkiego najlepszego z okazji osiemdziesiątych urodzin – powiedziała.
Pewnie gdybym cokolwiek czuł poniżej brody, doświadczyłbym spadającego z serca ogromnego kamienia.
Jak już wspominałem – nie ma nic za darmo. W niecały rok po ślubie za namową żony zainwestowałem pieniądze w „pewny interes”. Po kilkunastu miesiącach okazało się, że gigantyczny krach na giełdach zredukował moje środki do około 300 tysięcy. Parę tygodni później żona miała wypadek samochodowy, w którym zginęła nasza córeczka. Moja ukochana Malwina była zaś w fatalnym stanie. Pozostałe pieniądze wydałem więc na jej leczenie. W końcu jednak kasa się skończyła, a jak się okazało – lekarze tylko planowali mnie oskubać, wiedząc, iż terapia i tak nic nie pomoże. Znów zostałem sam. Nie będę nawet próbował wytłumaczyć, jak boli strata, gdy naprawdę i szczerze się kogoś kocha. Cierpiałem jak nigdy, ale wiedziałem też, że podpisana jakiś czas temu umowa weszła w życie. Mogłem spodziewać się wszystkiego…
A jednak rzeczywistość przerosła oczekiwania.
Po roku względnego spokoju wpadłem w łapy jakiegoś świra, który przez dwa niesamowicie długie lata torturował mnie, umiejętnie zachowując oczywiście przy życiu. Nie mogło być inaczej, przecież w mojej umowie był zapis o tych nieszczęsnych osiemdziesięciu latach. Zresztą z trudem wynegocjowany, bo w pierwszej wersji miałem dożyć setki!
Po tym, jak policja mnie odbiła, dla części mnie było już za późno. Nie udało się odratować jednej nogi, pozostało mi jedno oko, a blizny na całym ciele raczej nie dawały szans na seks nawet z niedowidzącą prostytutką. Zresztą – z całkiem ślepą też nie, bo to, czego trzeba do seksu również straciłem. Cóż… takie życie.
Kiedy już lekarze postawili mnie na nogę, okazało się, że choruję na stwardnienie rozsiane. Choroba postępowała nawet dość wolno. Po kilkunastu latach doprowadziła do pełnego paraliżu ciała. Straciłem też całkowicie wzrok. Niestety rozum pozostał w całkiem dobrej kondycji i choć ciężko mi było mówić zrozumiale, lekarze napisali na temat mojej odmiany choroby wiele prac, publikując je w dobrze punktowanych pismach naukowych.
Wyobraźcie sobie dwadzieścia lat gdy możecie ruszać tylko głową, do tego z wyłączonym obrazem. Ale dotrwałem. Skończyłem właśnie osiemdziesiąt lat i czekałem z utęsknieniem na śmierć.
Kolejna łyżka podawanej przez pielęgniarkę papki wpadła mi do tchawicy. Zacząłem się dusić. Słyszałem jak przez mgłę, że moja karmicielka zaczęła panikować. Próby odratowania mnie na szczęście spełzły na niczym, a ja pozbawiony tchu po ponad czterdziestu latach męczarni, wreszcie się udusiłem, w mało przyjemny sposób żegnając ten świat.

***

– Julek! Witaj w klubie, chłopie. – Powitał mnie w progu pięknej posiadłości znajomy piekielny agent. – Sorry, że tak od razu przechodzę na „ty”, ale my tu nie lubimy zbędnych formalności. Nawet z szefostwem jesteśmy po imieniu. Aaa… Marek jestem. – Nie wyciągnął ręki tylko zrobił ze mną misia.
Znów byłem trochę oszołomiony. Po chwili jednak dziwiłem się znacznie bardziej.
– Julek? Cześć kochany! – Dobiegł mnie dobrze znany głos. Nie pomyliłem się, to była moja druga żona, Malwina. – Marek mówił, że dzisiaj do nas dołączysz. Dobrze cię znowu widzieć. Nieźle ci daliśmy w kość, co?
– To ty… ty jesteś stąd? – Teraz już byłem całkiem zaskoczony.
– A coś ty myślał głuptasie, że poświęcimy normalnych ludzi na złamanie ci serca? Daj spokój. Chociaż przyznaję, że to, że dostaliśmy małą Julkę do tej sprawy świadczy, że szefom bardzo zależało, żebyś poczuł prawdziwy ból. – Pokiwała głową w zadumie, po chwili jednak znów się uśmiechnęła. – Dobre byłyśmy, co? No przyznaj? Udało mi się ciebie rozkochać, nie? Ale miałyśmy z Julką ubaw jak płakałeś przy naszych grobach.
– Nasza córka też tu jest? – Aż mnie zatkało.
– Jaka tam nasza? Nie, nie ma jej tu. Piekielne dzieciaki mają spore wzięcie. Jest w pracy. Ale poczekaj – wyciągnęła komórkę – jeszcze kogoś powinieneś poznać… Skalpel, cześć? – powiedziała do słuchawki – Masz jeszcze urlop?… U siebie? To super. Schodź szybko do recepcji, twój stary znajomy przyszedł.
– Kawki, herbatki, a może coś mocniejszego? – zaproponował Marek.
– Nie, dajcie mi chwilę na dojście do siebie.
Wówczas go zobaczyłem i żołądek podszedł mi do gardła. Cofnąłem się dwa kroki.
– Ja nie mogę… – zaśmiała się moja zmarła żona – no nie bój się go! Skalpel, pamiętasz Julka?
– Jak mam nie pamiętać. W końcu zjadło się parę jego kawałków. – Wszyscy się roześmiali, uznając to za dobry żart. Mnie jakoś nie rozbawił. – Dawaj stary żółwika. I czasem nie bierz tego do siebie, to nie było nic osobistego, w końcu taka praca. Choć, tak między nami, całkiem przyjemna. Spodoba ci się u nas.
– No właśnie, nie będziemy tak stać w drzwiach. Chodź pokażę ci twój pokój.
We czwórkę wjechaliśmy na czterdzieste piętro, znaleźliśmy pokój numer 40131 z tabliczką, na której widniał napis „Juliusz Rodny – młodszy agent”. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem piękny gabinet ze skórzanym fotelem i eleganckim biurkiem. W rogu przeszklony, pełny barek…
– No chłopaki spadajcie do swoich zajęć – Malwina zwróciła się do Marka i Skalpela. – Mam z Julkiem parę spraw do powspominania. – Mrugnęła do mnie, uszczypnęła w tyłek i wypięła wydekoltowaną pierś.
Poczułem, jak zadrgała część ciała odcięta kilkadziesiąt lat temu, przez mojego… teraz już kolegę – Skalpela. I poczułem zwierzęce pożądanie. Wziąłem głęboki oddech i przestąpiłem próg.
Z ulgą wypuściłem powietrze. Wreszcie zdołałem się uśmiechnąć. Pięćdziesiąt lat temu uświadomiłem sobie, że głupotą jest mieć piętnaście lat gwarantowanych przyjemności, a potem cierpieć całą wieczność. Na umowie odwróciliśmy kolejność. Cierpiałem za życia, ale wieczność miałem spędzić jako łowca dusz dla piekła, w całkiem przyjemnych warunkach. W jak bardzo – wiedziałem już po chwili, gdy język Malwiny dotknął mojej szyi…

Pabianice, Styczeń 2016



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -