Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Krople

Edward Strachoń

Trudno jest usłyszeć opowieść, która nie jest kolejną wariacją na temat znanej legendy albo popularnej creepy pasty. Gdy inna osoba otwiera się przed nami i dzieli się pozornie pospolitą historią, nie liczymy na wiele. Czasem można jednak dostać więcej, niżby się chciało.
Na jednym z sierpniowych ognisk poznałem studentkę psychiatrii, sympatyczną dziewczynę z Trójmiasta. Gdy opowiadaliśmy o dziwnych zjawiskach milczała przestraszona, jakby wyczekując końca. Ogień w końcu przygasł i wtedy to ona sprawiła, że przeszedł nas dreszcz.
Odbywając praktyki w jednym z gdańskich szpitali psychiatrycznych, poznała historię swojej opiekunki, która prowadziła prywatny gabinet udzielający porad. Jako psycholog i psychiatra w jednym, mieszała w głowach jeszcze bardziej tym, którzy nie potrafią rozróżnić obu pojęć. Jeden z jej pacjentów wprowadził się do małego domu na granicy miasta. Z początku nic nie wskazywało, że mężczyzna już niedługo będzie potrzebował intensywnej pomocy. Henryk był dojrzałym i samotnym mężczyzną, który przeszedł w życiu wiele. Rozwód, drugie małżeństwo, problemy w pracy. Zaczęło się niewinnie. Pewnej nocy obudziło go kapanie. Delikatne kap-kap. Wciąż drzemiąc, nasunął poduszkę na głowę, chcąc zignorować dźwięk. Nie udało się. Kapanie wciąż wypłukiwało mu dziurę w czaszce. Niechętnie odrzucił poduszkę na bok i usiadł na łóżku. W pustym pokoju nie było nic, z czego mogłaby ściekać woda. Za oknem widział gwieździste niebo. To nie mógł być deszcz. Kolejne kap, kap i kap. Zsunął się z łóżka i ruszył do kuchni. Ciemny korytarz zagracały nierozpakowane pudła pełne książek i pamiątek. Zajrzał do kuchni, ale to nie stąd dobiegał dźwięk. Na wszelki wypadek mocniej dokręcił kruki. Kap. Zajrzał do łazienki. Sucho. Tak samo w toalecie, ale krople wciąż rozbijały się gdzieś za ścianami. Kap, kap i kap. Zbyt zmęczony, by kontynuować poszukiwania, wrócił do sypialni. Mocno docisnął poduszkę do ucha i zasnął. Następnego dnia zapomniał o kapaniu, które powróciło kolejnej nocy. Kap, kap i kap. Sprawdził kuchnię, łazienkę i toaletę. Sucho. Dźwięk wciąż rozbrzmiewał echem po niemal pustym mieszkaniu. Kapanie towarzyszyło Henrykowi także następnej nocy. W weekend sprawdził strych. Nie znalazł śladów wilgoci na żadnej z zakurzonych belek stropowych. Dach nie przeciekał. Nie znalazł tam również martwego psa, jak w popularnej historii o lizaniu ręki. Wezwał hydraulika, by ten sprawdził rury. Kolejnej nocy znów obudziło go kapanie. Tracił cierpliwość, powoli tracąc też zmysły.
Nim zgłosił się do specjalisty, minęły tygodnie. Każdej nocy słyszał upiorne kap, kap i kap. Pomagały mu tylko mocne środki nasenne, z którymi nie mógł i nie chciał przesadzać. Zdecydował się na podjęcie poważnych kroków, gdy wychodząc na korytarz usłyszał, że kapanie powoli przeradza się w szemranie. Jakby woda wlewała się do pomieszczenia. Poczuł chłód, a potem wilgoć. Odskoczył w tył, gdy koniuszki palców u stóp dotknęło coś lodowatego. Woda! Pobladł spoglądając na suchy parkiet. Zatrzasnął drzwi i spędził noc na balkonie. Rano obudził go deszcz. Przeklinał, strzepując z siebie popiół z papierosów. Wskoczył do samochodu i zapisał się na najbliższą możliwą wizytę. Uważał, że oszalał. Terapeutka myślała podobnie. Podejrzewała nerwicę, początki schizofrenii. Miała wiele diagnoz, ale gdy objawy nasilały się, zaczynała mieć coraz większe wątpliwości. Z tygodnia na tydzień Henryk stawał się coraz bardziej wycieńczony. Zaczynał mieć problemy w pracy, nie tylko zawodowe, ale i towarzyskie, gdyż nerwica odbijała się na kontaktach z kolegami. Za namową terapeutki wyprowadził się z domu i spędził kilka dni w hotelu. Jego stan się poprawił. Mężczyzna nie mógł jednak pozwolić sobie ani na wynajem pokoju hotelowego, ani nowego mieszkania. Raty kredytu na dom mocno ograniczały jego budżet. W końcu musiał wrócić.
Pierwszej nocy, jakby przyzwyczajony do kapania obudził się około drugiej. Cisza zaskoczyła go. Mówił później, że poczuł się jakby coś było nie tak. Czuł to na skórze. Czuł chłód. Wstał i obszedł dom. Wchodząc do garażu zadrżał z zimna. Lodowaty strumień wody wdarł się do jego gardła. Mężczyzna zadygotał upadając na kolana. Ból był oszałamiający. Henryk kasłał, ślizgając się na mokrym betonie. Tracąc przytomność, dojrzał swe żałosne odbicie w karoserii samochodu.
Uratowała go dawno niewidziana żona. Pojawiła się nagle, w środku nocy na wieść o jego problemach. Oszołomiony Henryk wciąż leżał skulony w garażu. Błagał ją, by uciekali. Krzyczał, że woda jest wszędzie. Maria spokojnie wytłumaczyła mu, że jest bezpieczny i wokół nie ma żadnej wody. To prawda, podłoga garażu pozostawała sucha. Ani jedna kropla nie błyszczała na szarym betonie. Resztę nocy spędzili na pobliskiej stacji benzynowej. Od tego czasu żona starała się robić wszystko, by odwrócić jego uwagę od dziwnych zjawisk, których sama nie dostrzegała. W kilku słowach wyśmiała wciąż nierozpakowane kartony, pustki w domu i kawalerski bałagan. Henryk powoli odzyskiwał spokój, starając się skupić na czymś innym. Terapia miała polegać właśnie na tym, ale bez pomocy z zewnątrz terapeuta nie mógł nic zrobić. Mógł tylko rozmawiać.
Z biegiem czasu Henryk przestawał przychodzić na wyznaczone sesje. Wcześniej był już o krok od zamknięcia w zakładzie, gdy nagle jego stan się polepszył. Wszystko dzięki żonie. Gdy budził się w nocy i słyszał echo spadających kropli, żona mocno ściskała go za rękę. Uspokajał się, a z nocy na noc kapanie stawało się coraz rzadsze i cichsze. Kap, kap i kap. Tak jakby jego samotność przebudziła w tym domu coś dziwnego, co teraz musiało odejść. Odchodziło powoli, tak jak on radził sobie z problemami.
Podczas ostatniej wizyty u terapeutki Henryk był szczęśliwy. Nie widzieli się od miesiąca i już na progu mężczyzna oznajmił, że to ich ostatnie spotkanie. Wylewnie dziękował za pomoc i podzielił się dobrą nowiną. Kapanie ustało, a on może spać spokojnie. Nie doszło do żadnego dziwnego zdarzenia. W końcu urządził dom. W pracy szło mu jak dawniej. Terapeutka cieszyła się razem z nim, choć o powrocie żony wiedziała już od dłuższego czasu. Po raz pierwszy w swojej karierze nie wiedziała co zrobić. Postanowiła przemilczeć wszystko. Puścić mężczyznę wolno. Pozwolić mu żyć własnym życiem. Być szczęśliwym. Odprowadziła go wzrokiem do drzwi. Nie wytrzymała. Złamała się.
– Henryk, wiesz, że twoja żona nie żyje? – zapytała, drżącymi rękami sięgając po papierosa. Mężczyzna zatrzymał się. Nie mogła na niego spojrzeć. – Wasz samochód wpadł do jeziora dwa lata temu… – nie mogła mówić dalej. Spojrzała na Henryka. Uśmiechał się.
– Wiem – oznajmił spokojnie. – Wyjechała rano i nie zamierza wracać.
Mężczyzna wyszedł.
Henryk już nigdy nie zgłosił się do żadnej poradni psychologicznej, nie trafił do terapeuty, ani do szpitala psychiatrycznego. Terapeutka do dziś nie może zrozumieć, co pomogło mu się wyleczyć. Nie mogąc zapomnieć o sprawie, często korzystała z kontaktów, by sprawdzić, czy jej były pacjent zgłosił się do kogoś innego. Od tego czasu szczerze wierzy, że nie wszystko uda się jej zrozumieć i wytłumaczyć. To właśnie przekazuje swoim podopiecznym. Wszystkim tym, w których widzi potencjał.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -