Zaloguj się (dla użytkowników forum)Na wysypisku
Dawid KainKazimierz Kyrcz Jr
Wilecki mieszkał na wysypisku od niepamiętnych czasów. Biblia i pisma Tacyta zbywają milczeniem jego wcześniejsze losy, ciężko więc wywnioskować, czym się wówczas zajmował, gdzie żył, i czy już wtedy w tym właśnie miejscu gnił z bezczynności. W każdym razie on sam nie pamiętał, kiedy tutaj trafił. Najwcześniejsze wspomnienie, które potrafił wyłowić z bajora swej pamięci, zawierało hałdy odpadków i brodatą gębę, odbitą w kawałku znalezionego lustra. I smród resztek poubojowych - równie mocny, co ten dzisiejszy.
Wysypiarz unikał ludzi. Nie, żeby się ich bał, o nie! Nie sądził też wcale, że każdy człowiek jest samotnym wysypiskiem, dryfującym w międzygalaktycznej pustce. Po prostu szkoda mu było czasu dla innych. Jest przecież tyle ciekawszych i ważniejszych rzeczy, którymi można się zająć.
Zwykle, kiedy po całym dniu sortowania śmieci wracał do swej nory, znad sąsiadującej z wysypiskiem łąki płynęła mu na spotkanie rozrzedzona podmuchami wiatru smuga dymu, by tuż przed nim rozszczepić się na kilka cienkich odnóg i objąć go opiekuńczo. Czuł ją na swym ciele niczym macki kosmicznego potwora. Dzięki tym pieszczotom nigdy nie doskwierał mu brak kobiety.
- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - zwykł mawiać z nieco nieobecnym uśmiechem.
Tej nocy Wilecki śnił o gilotynie, tnącej dzieci na cieniutkie jak papier plasterki. Inne urządzenie - również zakorzenione w jego wyobraźni - oprawiało te mięsne karty w ludzką skórę, a ich grzbiety zszywało ścięgnami i włóknami mięśni. Wysypiarz czytał tak sporządzone księgi całymi godzinami, w każdej odnajdując równie zajmujące historie.
Jednak wszystko co miłe, szybko się kończy. Przez sen Wilecki poczuł pierwsze ukłucie jesiennego chłodu. Skoro świt musiał ruszyć na poszukiwania jakiegoś ciepłego przyodziewku. Celowo nie dookreślił celu swoich poszukiwań, nie wiedział na przykład, czy szuka swetra w serek i kratkę, czy innego. Bo czy ciepły sweter jest w paski, prążki czy cipki - znaczy się w ciapki – to bez znaczenia. Grunt, że jest ciepły i tyle.
Podobnie liberalne podejście Wilecki prezentował wobec wszystkich elementów rzeczywistości. I trzeba przyznać, niezmiernie ułatwiało mu to egzystencję.
Wysypiarz skierował się ku nowej hałdzie odpadków, którą śmieciarka przywiozła poprzedniego wieczoru. Liczył na to, że znajdzie tu coś godnego uwagi. Odrzucił na bok kilka płyt pilśniowych i plastykowych pojemników, wzdychając ciężko. Wkrótce jego oczom ukazało się kartonowe pudło. Sporo ważyło, więc coś musiało w nim być.
Kiedy je otworzył, z wnętrza wyturlała się włochata piłka.
Piłka?
Chyba nie...
Głowę mężczyzny owinięto w foliowy worek spięty gumką recepturką. Jedno oko ofiary było przymknięte – wyglądało to tak, jakby głowa mrugała do Wileckiego porozumiewawczo.
Dziwne, pomyślał lokator wysypiska. Czy my się znamy?
Złapał łeb nieznajomego za włosy i wyciągnął z worka.
Szkoda, by coś tak fajnego się zmarnowało, pomyślał nie bez racji.
Zabrał głowę do swojego „mieszkanka”, tam zaś wcisnął ją do lodóweczki, za pomocą kabla podłączonej wprost do słupa wysokiego napięcia. Rzecz jasna Wilecki zdawał sobie sprawę z tego, jak niebezpiecznie jest igrać z prądem, ale gdy przed miesiącem odnalazł na wysypisku niemal nową chłodziarkę firmy „Polar”, po prostu nie mógł oprzeć się pokusie.
- Będzie ci tu jak u Pana Boga za piecem – szepnął do głowy, po czym zatrzasnął drzwiczki lodówki i poszedł szukać jakiegoś przyodziewku.
*
Ręka niewidzialną bynajmniej nie była, ale mimo to Wysypiarz potknął się o nią.
- O żesz, psia jucha, w mordę jebana! – zaklął fantazyjnie i już miał podjąć dalszą wędrówkę przez oceany i kaniony resztek cywilizacji konsumpcyjnej, gdy zorientował się, czym tak naprawdę jest przyczyna jego wnerwienia.
Tak samo jak głowa, ręka też była schludnie zapakowana w folię.
- Czyżby ktoś wciągał mnie w jakąś grę? – zastanawiał się z niepokojem Wilecki. – A jeśli tak, to ciekawe czy jest nagroda, którą można zgarnąć?
Po chwili głębokiej zadumy coś mu się przypomniało.
- Panie Układanka, czy to ty?! – zawył w pokryte gęstym smogiem niebo. Odpowiedź nie nadeszła. Ani spomiędzy szarych niczym beton chmur, ani z odległego Hollywood.
Denat nie był chyba księdzem - a przynajmniej nie katolickim - bo na ramieniu miał wytatuowaną gołą babę. Baba jak baba, nawet całkiem ładna. Tyle że zamiast włosów z czaszki wyrastały jej węże.
- Czegoż te durne ludziska nie wymyślą? – kontynuował dyskusję z samym sobą Wysypiarz. – No, ale jeśli to jakaś łamigłówka, to chyba powinienem spróbować ją rozwiązać!
Kiedy przyłożył rękę do łepetyny nieznajomego, okazało się, że nie pasują do siebie. To znaczy może by i pasowały, ale trupowi brakowało tułowia. Niby szczegół, ale trzeba będzie go poszukać...
Przed wyjściem z nory zaparzył sobie na piecyku typu koza herbaty z suszonego bzu. A może z jodły? Napis na opakowaniu był zatarty, smak zaś trudny do określenia.
Wilecki długo wędrował po okolicy, skanując wzrokiem hałdy śmieci. Wreszcie, wśród otaczających go ze wszystkich stron odpadów dostrzegł duży, metalowy wieszak. Widok ten nie byłby niczym niezwykłym, gdyby nie to, że z wieszaka zwisał nabity na hak ludzki korpus. Połyskujące zielonkawo muszyska wyczuły już świeże mięcho i krążyły nad nim niczym mikroskopijne sępy nad padliną.
Wysypiarz zdjął znalezisko z wieszaka, wsadził je sobie pod pachę i zadowolony zawrócił do swego gniazdka. Idąc pogwizdywał melodię przewodnią z „Halloween”. Któż mógłby przypuszczać, że ten dzień zaowocuje tak emocjonującą przygodą?
*
Stanął jak wryty, gdy tylko wgramolił się do swej nory. Ktoś spał w jego łóżku! Spod postrzępionej kołdry wystawały brudne giczoły.
- Słuchaj no, psubracie! To jest moje wysypisko, moja działka i moje wyro! Ciężko sobie na to wszystko zapracowałem i nie pozwolę, żeby jakaś menelska łajza teraz mi bruździła! – ryknął groźnie, idąc w stronę drzemiącego w najlepsze konkurenta.
Gdy Wilecki odrzucił kołdrę, cała prawda wyszła na jaw. Nikt tak naprawdę nie zajął mu łóżka. Na jego posłaniu leżała druga ręka i nogi, obcięte na wysokości ud jakimś niezupełnie ostrym narzędziem. Ktoś ułożył tu te zakrwawione, rozkładające się kończyny specjalnie po to, by go zdenerwować.
- Układanka? Ja wiem, że to ty! – krzyczał Wysypiarz, wznosząc pięści ku niebu.
- To nie ja – odparł ktoś. Ten ktoś miał głos Misia Uszatka, bohatera ulubionej wieczorynki Wileckiego, którą oglądał jeszcze za swoich młodych lat. Ileż to czasu minęło od tamtych szczęśliwych chwil? Who know?
- Kto… kto to powiedział? – spytał Wysypiarz, rozglądając się wokół.
- Ja – misiowy głosik dobiegał z wnętrza lodówki.
- Czego... czego chcesz?! – Wilecki miał już dość tej zabawy w kotka i myszkę. – Jeśli szukasz tu swoich pluszowych przyjaciół, to ktoś cię zrobił na szaro, tępaku!
- Czegoś ty się nawąchał? – wrzasnął z oburzeniem lokator „Polara”.
- Po co zawracasz mi głowę?!... Przepraszam – zmitygował się Wysypiarz. – Gadaj lepiej, o co ci chodzi?!
- Chcę, żebyś mnie poskładał do kupy. Bo ja jestem wyznania mojżeszowego i inaczej nie dostąpię zbawienia...
- Srały muszki, będzie wiosna! Myślisz, że uwierzę w ten kit? Jakbyś był Żydem, to nie miał byś tatuażu z Lilith na ramieniu, no nie?!
- Człowieku, zrobiłem w życiu wiele głupstw, których teraz żałuję. Ten tatuaż jest jedną z nich. To pamiątka po mojej byłej – Urszuli. Wiedźma wcielona, a nie baba, mówię ci!
Wilecki podrapał się po plecach. I on miał kiedyś dziewczynę imieniem Urszula. Ale kiedy to było? Tę traumatyczną wiedzę wyparł w podświadomość.
Z lekkim wahaniem otworzył drzwiczki lodówki. Znajdująca się wewnątrz głowa popatrzyła na niego spode łba.
- To jak będzie? Pomożesz mi?
- Wystarczy, że złożę cię w jedną całość i dasz mi spokój? – spytał Wilecki.
- Tak. Wtedy moja dusza wreszcie będzie mogła połączyć się z Najwyższym.
- Oki... W sumie to co mi szkodzi? My, chłopy, musimy trzymać się razem, no nie?
*
Ułożenie mięsnej układanki zajęło Wysypiarzowi nie więcej niż piętnaście minut. Ubabrał się przy tym krwią po pachy, a i muchy trochę mu się naprzykrzały, ale gdy było już po wszystkim, poczuł satysfakcję z dobrze wykonanej roboty.
- Dzięki, stary – wyszeptały zwłoki, gdy były już w jednym kawałku. – Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
- Wydaje mi się, że wiem – odparł Wilecki. – Czasami też się rozklejam. W takich chwilach marzę, by ktoś przyszedł na to wysypisko i wspomógł mnie jakimś czarodziejskim superglue…
*
- Co my tu mamy? – spytał Cholms, zaraz po tym jak przybył na miejsce zbrodni. Smród plebejskich odpadów ranił jego wykwintne nozdrza. Dlaczego to właśnie on zawsze dostawał takie sprawy? Zwłoki trójki dzieci porzucone w kanałach, brutalny mord w cuchnącej szczynami kamienicy… Czemu nigdy dotąd nie zdarzyło mu się rozpoczynać dochodzenia w kwiaciarni, albo w pięknym, pachnącym ogrodzie?
- Zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, panie inspektorze.
Cholms skinął tylko głową. Nihil novi, niestety. Trzynasta taka sprawa w tym roku.
- Co z ciałem?
- Jest w kawałkach. Sprawca poćwiartował zwłoki.
- Hmm. Znamy tożsamość ofiary?
- Zrobiliśmy już mały wywiad środowiskowy. Facet był odludkiem i dziwakiem. Mieszkał na tym wysypisku od wielu lat… Znaleźliśmy przy nim dowód osobisty, z którego wynika, że nazywał się Wilecki.
- Czyli nasz seryjniak znów uderzył.
- Sądzi pan, że to… jego robota?
- Na sto procent. Ten świr zabił już dwunastu meneli, za każdym razem robiąc z nich sushi. Najgorsze, że to nie koniec... Trudno spodziewać się, by facet, noszący ksywkę Miś Uszatek, mógł kiedykolwiek spocząć na laurach.
Horror Online 2007 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody
twórców strony ZABRONIONE!!!
