Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Uczciwość

Waldemar Tomczyk

Półprzytomny z niewyspania, czekałem na przystanku. Kiedy w końcu nadjechał długo wyczekiwany autobus, jak zwykle w godzinach porannego szczytu był już na dobre przepełniony. Z trudem zdołałem dostać się do środka. Chociaż zdążyłem już do tego przywyknąć, i tak z zazdrością spoglądałem na szczęściarzy, którzy zaczytani w poranną prasę, bądź też pogrążeni w innej lekturze, spokojnie siedzieli na swych miejscach. Wygodnie jest mieć na czym skupić wzrok aby udawać, że nie widzi się męki pozostałych pasażerów. Zaledwie przy pomocy łokci zorganizowałem sobie przyzwoity kawałek powierzchni do stania, a już zakląłem siarczyście pod nosem. To była moja reakcja na silne uderzenie, jakie właśnie otrzymałem prosto w łydkę. Bezpośrednim sprawcą była wypchana zakupami kraciasta siatka, trzymana w ręku przez starszą kobietę wyraźnie zgorszoną moimi słowami. Najwidoczniej nie kojarzyła, co mogło być powodem mojej wykrzywionej grymasem bólu miny. Nie ją oczywiście winiłem, gdyż bardziej przyczynił się do tego kierowca, który zamierzał zdążyć przez skrzyżowanie na pomarańczowym świetle, lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie. Zresztą podobne do mojego wulgaryzmy przetoczyły się po całym autobusie. Paradoksalnie, cała moja złość skupiła się jednak nie na żadnym z tych dwojga, tylko na bezpośrednim powodzie mojej obolałej teraz łydki – przepełnionej sprawunkami torbie. W momencie, gdy zamierzałem dość obcesowo zapewne wyglądającym gestem odsunąć ją od swojej nogi, poczułem w kieszeni wibrujące łaskotanie przychodzącej na moją komórkę wiadomości. Z pewnymi problemami, spowodowanymi brakiem trzeciej ręki - jedną przytrzymałem się obleśnego, powycieranego skórzanego strzemiączka, a w drugiej ściskałem nieco mniej zużyty uchwyt torby od laptopa - sięgnąłem po telefon.
Co u licha? Nadawca nieznany. Na wyświetlaczu widniał nic nie mówiący mi numer sugerujący wiadomość od mojego operatora, przez co momentalnie zaświtała mi pewna myśl. Jednak szybko ją odrzuciłem. W końcu abonament opłaciłem w tym miesiącu wyjątkowo wcześnie, więc nie mogło to być ponaglenie. „Pewnie znowu jakiś kretyński konkurs.” - Pomyślałem i nacisnąłem odpowiedni klawisz, aby odczytać treść.
„Gratulacje! Zostałeś wytypowany do skorzystania z darmowej promocji naszych usług. Ciesz się życiem! Życzymy miłego dnia”… i tyle.
„A cóż to tym razem? Znowu chcą naciągnąć człowieka na coś kompletnie zbędnego!” Wkurzały mnie te nieustanne promocje, jakimi wciąż zasypywano moją skrzynkę odbiorczą. Nie nadążałem ich kasować, przez co miałem wiecznie przepełnioną pamięć w telefonie. Wszelkie dalsze rozważania tej kwestii zostały nagle brutalnie przerwane. Po mojej nodze rozszedł się ból, jaki powoduje uderzenie twardego przedmiotu w silnie unerwione miejsce. I tym razem powód stanowiło bliskie spotkanie mojego ciała ze wspomnianą już wcześniej wypchaną siatą na sprawunki. Teraz dla odmiany ucierpiał mój staw kolanowy.
„Ażeby tą pieprzoną torbę szlag trafił!” W zasadzie nie wiem czy powiedziałem to na głos, czy tylko w myślach, ale nie to jest istotne. W tym momencie, dosłownie w mgnieniu oka cała jej zawartość wylądowała na podłodze rozsypując się pod moimi, oraz nogami pozostałych ciasno stłoczonych pasażerów. Nieszczęsna kobieta uniosła z niedowierzaniem w oczach rękę, w której widniały strzępy tego, co jeszcze przed chwilą było solidnie wyglądającą, typowo bazarową torbą na zakupy. Normalnie poczułbym pewnie współczucie. Ale wtedy, losy tej zapewne ubogiej emerytki i jej porannych sprawunków były mi dokładnie obojętne. Poczułem nawet coś na kształt irracjonalnej satysfakcji porównywalnej z tym, gdy nabijając sobie siniaka o krawędź stołu, przywali mu się pięścią prosto w blat. Oczywiście nie powodując sobie tym gestem żadnej dodatkowej szkody.
Zaraz po tym zdarzeniu kierowca, jak zwykle nie licząc się z żywą zawartością tego środka transportu, zatrzymał pojazd na przystanku. Jaki był dalszy ciąg, mogę tylko domniemywać, gdyż teraz cała moja uwaga skupiona była na przeciśnięciu się do drzwi. Wysiadłem nie spoglądając za siebie. Przez tłum dobiegł mnie jeszcze płaczliwy głos kobiety: „O Matko, co za nieszczęście. Uważajcie ludzie! Nie depczcie! Kto mi pomoże?”
Chwilę później, moje myśli były zaprzątnięte już zupełnie czymś innym. Spojrzałem na swój tani, kupiony na stadionie zegarek. Przyspieszyłem kroku. Dziś nie mogłem spóźnić się do pracy. Teraz liczyła się tylko czekająca mnie prezentacja. To było najważniejsze dzisiejsze zadanie, którego nie mogłem zawalić. Jak zwykle wyszykowałem wszystko dosłownie na ostatnią chwilę, kosztem spędzonej przed ekranem komputera nocy. No... może jeszcze kawa. Wprost marzyłem o gorącej filiżance tego parującego, aromatycznego napoju.
Do biura wpadłem na kilka sekund przed tym, jak służalcza do granic możliwości asystentka szefowej naszej szacownej instytucji, pojawiła się przy biurku recepcji, aby zabrać listę obecności pracowników. Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Nie wiem czy wyczytałem to w jej oczach, czy może w niewielkim i siłą rzeczy nie trudnym do przeniknięcia umyśle, ale wyraźnie w mojej głowie usłyszałem „Udało ci się palancie.” Specjalnie odczekałem jeszcze chwilę, by z pełną satysfakcją machnąć swój autograf tuż przed wymalowanym pazurem jej sięgającej po kartkę dłoni. Tym razem zdążyłem. Z uśmiechem satysfakcji mrugnąłem porozumiewawczo do recepcjonistki, po czym skierowałem się w stronę swoich przydziałowych czterech metrów. Uszedłem kilka kroków, gdy dobiegł mnie głośny rumor i wypowiedziane kobiecym głosem, powszechnie znane, aczkolwiek mocno niecenzuralne słowo. Odwróciłem się. Najpierw moją uwagę przykuł rozsypany po podłodze stos papierów, na wierzchu którego spoczywała znajoma kartka z podpisami pracowników. Następnie, czerwona ze złości młoda dama, niezdarnie próbująca podnieść się na nogi, w czym stanowczo jej nie pomagała zbyt obcisła spódnica. Z wściekłością spoglądała na trzymany w ręku przedmiot – odłamany spiczasty obcas od swych zapewne dosyć drogich botków. Rozbawiony tą sytuacją dotarłem wreszcie na swe stanowisko pracy. Tu z kolei czekała mnie naprawdę miła niespodzianka. Na biurku stała pachnąca, świeżo zaparzona kawa!
- Dzięki! – Zawołałem, odpychając się od biurka, przez co ujechałem na fotelowych kółkach poza obręb swego boksu.
Te słowa kierowałem w stronę siedzącej za boczną ścianką towarzyszki wspólnej pracowniczej niedoli. W odpowiedzi zobaczyłem tylko zdziwione spojrzenie koleżanki, która najwyraźniej całkowicie zatonęła w rytmie melodii wystukiwanej palcami na klawiaturze swojego komputera. Machnąłem więc tylko ręką, po czym zająłem się rozpakowywaniem klamotów oraz oczywiście konsumpcją porannej dawki kofeiny.
Prezentacja naszej nowej usługi wypadła nadzwyczaj pomyślnie. O dziwo, frekwencja zaproszonych przedsiębiorców - naszych potencjalnych klientów, była wyjątkowo duża. Zapewne zmobilizowany krążącymi od jakiegoś czasu po firmie pogłoskami o planowanej redukcji etatów, poszedłem na całość. Jak nigdy dotąd, z pełną determinacją i bez najmniejszego zająknięcia, recytowałem ubrane w pięknie brzmiące wyrażenia, najzwyklejsze banialuki. Nie wiem jaki wpływ na moje słowa miał ten swoisty doping, ale pozbawiony jakichkolwiek oporów, nie cofałem się przed ubarwianiem, naciąganiem wyników analiz a nawet najzwyklejszym kłamstwem. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. Przed gabinetem dyrektora handlowego ustawiła się kolejka klientów zainteresowanymi dalszymi szczegółami, oraz co najważniejsze tym, aby pozostawić w rękach naszej firmy, całkiem pokaźne kwoty. Jako główny pomysłodawca projektu, doskonale zdawałem sobie sprawę z faktu, jak mgliście wygląda ich rzeczywista perspektywa zysku. Nie miałem żadnych skrupułów. Nie oczekiwano ode mnie staromodnej uczciwości, lecz konkretnych wyników. Tylko sprytnie skonstruowana i zręcznie przedstawiona oferta, mogła nam zagwarantować przewagę nad konkurencją. Gdy było już po wszystkim, poczułem ulgę. Jednakże wkurzała mnie świadomość, że chociaż zasadnicza część całej koncepcji była wyłącznie moją zasługą, całą śmietankę i tak będą spijać inni.
Tym razem myliłem się. Nie miał to był to jeszcze koniec zaskakujących wydarzeń, jakie spotkały mnie tego dnia. Krótko po przerwie obiadowej, zadzwoniła do mnie „ulubiona” asystentka naszej Jaśniepani Prezes, informując tajemniczym tonem, że szefowa wzywa mnie na osobistą audiencję. Zwykle nie wróżyło to nic dobrego. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy po trwającym całe dziesięć minut wywodzie nad misją naszej firmy, świetlanymi perspektywami dla jej pracowników i o tym jak docenia sumienną pracę, stałem na powrót przy swoim biurku z niedowierzaniem spoglądając na trzymany w ręku dokument. Nowy angaż. Od przyszłego miesiąca stan mojego konta miał się systematycznie powiększać o jedną trzecią tego, co dotychczas wpływało nań w końcówce każdego miesiąca. Żyć nie umierać!
Przepełniony wiarą we własne nieograniczone możliwości, z zapałem i ochotą już miałem zabierać się do dalszych zadań, gdy w kieszeni kolejny raz poczułem charakterystyczne wibrowanie telefonu. Kolejna wiadomość od nieznanego nadawcy. Otworzyłem mrugającą kopertkę. Na wyświetlaczu widniała treść sms-a:
„Kończymy darmową promocję. Jeśli jesteś zadowolony z naszych usług i chcesz by twoje życie było szczęśliwsze, odeślij wiadomość TAK. Skontaktujmy z Tobą naszego przedstawiciela. Koszt SMSa – 0 pln + VAT”.
„Co za bzdury?” – Przemknęło mi tylko przez głowę, po czym nie zastanawiając się ani odrobiny dłużej nad czyimś wysiłkiem włożonym w opracowanie tak wymyślnej formy kampanii reklamowej, wróciłem do swoich zajęć.
Reszta dnia minęła bez żadnych ciekawych, a już z pewnością jakichkolwiek pozytywnych wydarzeń. Gdy wróciłem do domu, na miejscu zastałem swoją dziewczynę w iście bojowym nastroju. Jej dzień nie wyglądał tak różowo jak mój. Najwyraźniej odczuwała potrzebę odreagowania swoich napięć na mojej osobie. Absolutnie nie miałem na to ochoty. Oczywiście nie obyło się bez kłótni, po której nie znajdując pocieszenia u mnie, zdecydowała wypłakać się w domu, w rękaw koszuli swojej mamusi. Tak więc czekała mnie kolacja w stylu zrób-i-zjedz-to-sam, a następnie perspektywa samotnie spędzonej nocy.
Nie mając nic lepszego do roboty, włączyłem telewizję. Przez kilkanaście minut skakałem po kolejnych kanałach kablówki. Nuda. Postanowiłem zastąpić nieciekawy program w telewizji filmem na DVD. Nic z tego. Kupiona kilka dni wcześniej wraz z gazetą płyta, okazała się uszkodzona. Czasami kumulacja złośliwych drobiazgów może zepsuć człowiekowi najlepsze nawet samopoczucie. Tak było i tym razem. Na jego poprawę miałem jednak pewien środek. Przeszedłem do kuchni, otworzyłem lodówkę i wyciągnąłem butelkę z resztką czegoś mocniejszego. Zawartość przelałem do szklanki, po czym wróciłem do pokoju. Wtedy zadzwonił mój telefon. Najpierw, jednym haustem opróżniłem zawartość szklanki. Pustą, odstawiłem na szafkę obok łóżka. Dopiero po tym, chwyciłem za podskakującą obok niej słuchawkę. Dzwonił właściciel mieszkania. Następne kilka minut rozmowy zajęło mi wymyślanie całej masy powodów, dla których nie odnotował jeszcze wpłaty należnego mu czynszu za wynajem w tym miesiącu. Obiecując dokonanie przelewu w dniu jutrzejszym, z ulgą rozłączyłem się. Mając już naprawdę dosyć tego dnia, postanowiłem położyć się wcześniej spać. W zasadzie oczy same mi się zamykały. W końcu poprzednią noc miałem w większości nieprzespaną. Spojrzałem na wciąż trzymaną w ręku komórkę. Nie miałem już siły i ochoty na wieczorną toaletę, więc należało ustawić budzenie ze dwadzieścia minut wcześniej niż zwykle. Zamiast jednak natrafić na menu z ustawieniami alarmu, otworzyła mi się lista otrzymanych wiadomości.
„…by twoje życie było szczęśliwsze, odeślij wiadomość TAK… Koszt SMSa - 0 pln + VAT.”
- No dobra. Zabawię się waszym kosztem!
To był impuls. Kompletnie nie obchodziło mnie, cóż takiego „szczęśliwego” mają do zaoferowania. Górę wzięła przekora. Żyłem już na tyle długo, aby zdawać sobie sprawę, że nic na tym świecie nie jest za darmo. Zobaczymy! Niech ponoszą koszty rozliczeń za swoją niedorzeczną promocję. Co tam. Jak obciążą mi rachunek to nagram temat znajomemu pismakowi. A ten dopiero potrafił z byle czego zrobić prawdziwą aferę. Tylko czekał na takie tematy. Z pełną premedytacją wciskałem kolejne przyciski: OPCJE - ODPOWIEDZ - ODPOWIEDZ TAK - WYŚLIJ WIADOMOŚĆ - OK. Wiadomość wysłana.

*

Nie wiem która mogła być godzina, gdy poczułem w pokoju czyjąś obecność. Otworzyłem oczy. Na zewnątrz panowała jeszcze ciemność. Na tle przebijającego przez zasłonę okienną światła ulicznej latarni, wyraźnie odcinała się, stojąca nieruchomo sylwetka mężczyzny. Pierwszą myślą było:” Jak mógł się tu dostać?” Dopiero następną - że to zapewne włamanie! Poczułem charakterystyczne ukłucie strachu i jednocześnie do mojego krwioobiegu została uwolniona potężna ilość adrenaliny. Pewne nawyki zostają w człowieku na długo, toteż w jednej sekundzie stanąłem na nogach. Przyjąłem postawę obronną, do jakiej zapewne nie miałby zastrzeżeń nawet mój zawsze krytyczny instruktor kursu sprzed paru lat. Usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła. Opróżniona wcześniej szklanka, na skutek moich gwałtownych ruchów, ze spotęgowanym panującą nocną ciszą hukiem tłuczonego szkła, wylądowała na podłodze. Na mgnienie oka, odwróciło to moją uwagę od okna. Gdy ponownie spojrzałem w tamtą stronę, z ulgą ale i zdziwieniem stwierdziłem, że nie ma nikogo. Do tej pory nie miewałem żadnych zaburzeń natury psychicznej jak przywidzenia czy irracjonalne lęki. Nie doświadczałem też nigdy tak realistycznych nocnych urojeń. No cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz. Dla pewności zrobiłem obchód całego mieszkania. Ani śladu czyjejkolwiek obecności. Pozornie uspokojony, wciąż jednak nie mogłem pozbyć się dziwnego wrażenia, że nie byłem sam. Chwilę jeszcze posiedziałem z zapalonym światłem, zanim zdecydowałem się wrócić do łóżka.
Do rana męczyłem się, nie mogąc spokojnie zasnąć. Przez cały czas towarzyszył mi bliżej niesprecyzowany niepokój. Śniłem, że z kimś rozmawiam. Po głowie kołatały mi jakieś fragmenty zdań, dziwnym trafem przypominające zlepek moich własnych wypowiedzi, kierowanych za dnia do klientów, ufnie zapatrzonych w przygotowaną na ich potrzeby prezentację. „Oferujemy praktycznie same korzyści… To prawie nic nie kosztuje… Gwarantujemy najwyższy standard świadczonych usług… Wystarczy tylko podpisać zgłoszenie do projektu…” Kompletny bełkot. Tylko że w mojej pogrążonej w letargu świadomości odnosiłem niezwykle sugestywne wrażenie, że teraz dla odmiany, adresatem tych słów byłem ja sam!
Gdy włączyło się budzenie w telefonie, moje samopoczucie było takie, jakbym przez kolejną noc nie zmrużył oka. Co kilka sekund, sygnał stawał się coraz głośniejszy. Zniecierpliwionymi ruchami ręki starałem się odszukać to prawdziwie wściekle już brzęczące źródło świdrującego me uszy dźwięku. Spoczywało gdzieś koło łóżka. Zanim zaspany, błądząc dłonią po dywanie w końcu nań trafiłem, syknąłem z bólu. Spowodował go kawałek szkła, wystający teraz z czubka mojego palca wskazującego. Takie było następstwo pobieżnego sprzątnięcia, zaledwie co większych resztek stłuczonej w nocy szklanki. Nie zważając na rozharatany palec, wcisnąłem któryś z klawiszy. Wreszcie natrętny dźwięk ustał. Zbliżyłem komórkę do oczu by potwierdzić, czy faktycznie nadeszła już pora, o której muszę nieodwołalnie zwlekać się z łóżka. Wtedy zobaczyłem coś dziwnego. Po pierwsze – z dosyć drobnego w sumie skaleczenia, przez wąską szczelinę pomiędzy klawiszami telefonu, wsiąkała właśnie do środka kropla krwi. Wyglądało tak, jakby coś ją wsysało! Po drugie – zamiast godziny, na ekranie widniał znajomy komunikat: „Wiadomość wysłana”.
- Co jest!?
Usiadłem na krawędzi wersalki, odruchowo przykładając skaleczony palec do ust. Kciukiem drugiej ręki manipulowałem po klawiaturze, aby odczytać tekst, tego niby wysłanego przeze mnie chwilę wcześniej sms-a. Faktycznie – wiadomość była. Tylko kto ją do jasnej cholery napisał! Ze zdziwieniem i niedowierzaniem wpatrywałem się w jej treść:
„Z ofertą zostałem zapoznany i zgadzam się na zaproponowane mi warunki.”

*

Wkrótce zapomniałem o całym wydarzeniu, gdyż niespodziewanie wiele zaczęło nagle dziać się wokół mnie. W ciągu następnych miesięcy, miejsce skromnych i nielicznych dotąd osiągnięć w życiu zawodowym, zajęło pasmo samych sukcesów. Trudności i przeszkody, które kiedyś uważałem za niemożliwe do pokonania, teraz najczęściej okazywały się błahostkami, które znikały tak nagle jak tylko się pojawiały. Zupełnie, jakby próbować wejść do skarbca w banku będąc przygotowanym na forsowanie kolejnych, zabarykadowanych drzwi. Lecz zamiast spodziewanych trudności w ich otwarciu, te rozsuwały się same lub do ich sforsowania wystarczyło tylko najzwyczajniej nacisnąć klamkę. Nie próbowałem dociekać, dlaczego tak się dzieje. Byłem wówczas przekonany, że jest to wyłącznie zasługa mojego talentu i sprytu. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo się myliłem.
Jakakolwiek by nie była przyczyna tego stanu rzeczy, już po roku od dnia, w którym odniosłem powodzenie na prezentacji w firmie, nie byłem już jej etatowym pracownikiem. Kierowałem własnym, jeszcze nie specjalnie dużym ale za to doskonale prosperującym i pełnym perspektyw biznesem. Moja sytuacja finansowa była naprawdę dobra i na dodatek nieustannie poprawiała się każdego dnia. Miłą rzeczą jest wydawać pieniądze nie troszcząc się o to, że ich źródło wkrótce się wyczerpie. Jeśli można powiedzieć, że w którejś dziedzinie nie odnosiłem sukcesów to wyłącznie dlatego, że zwyczajnie nie zależało mi na tym. Całkowicie przewartościowałem swoje dotychczasowe priorytety. Zarówno pojęcie wolnego czasu jak i sfera uczuciowa, nie stanowiły obecnie dla mnie żadnej wartości. Na efekty nie przyszło długo czekać. W zaiste ekspresowym tempie straciłem przyjaciół i dziewczynę. Nie przejmowałem się tym. Sądziłem że kiedyś, jak znów zrodzi się we mnie taka potrzeba, będzie można to naprawić. Uwagi najbliższych, próbujących uświadomić mi, że coś złego się w moim życiu dzieje, zbywałem wzruszeniem ramion. Nierzadko również wybuchałem gniewem. Ale jak można się nie irytować, gdy bliskie osoby nazywały mnie zimnym, pozbawionym sumienia draniem?! Szybko osiągnąłem też mistrzostwo w manipulacji innymi. Kłamstwo i obłuda stały się dla mnie codziennością. Wówczas jednak sądziłem, że to podstawowy sposób, dzięki któremu można dojść w życiu do czegoś. Pojęcie sumienia stało się mi obce. Tak było wygodnie. Jednak przy całym tym paśmie sukcesów, coraz bardziej niepokoiła mnie jedna rzecz, którą z początku bagatelizowałem. Stopniowo i systematycznie, wkrótce urosło to do rangi prawdziwego dylematu. Chyba jedynego, z którym w żaden sposób nie mogłem sobie poradzić. Mianowicie - kiedy za dnia wszystko dookoła mnie podążało we właściwym kierunku, prawdziwe problemy zaczynały się, gdy zapadał zmierzch. Sypiałem niecałe trzy godziny na dobę. Nie dlatego, że poświęcałem noce oddając się pracy. Takie przypadki zdarzały się dawniej, ale nie teraz. Zwyczajnie nie mogłem zasnąć. A kiedy mi się już udawało, to z reguły wyłącznie po znacznie przekraczającej dopuszczalną dawkę środkach nasennych. I nawet wtedy budziły mnie koszmary. Gdy tylko zamykałem oczy, miałem wrażenie, że ktoś lub coś zakrada się do mnie, skacze na piersi i dusi. Bezskutecznie próbowałem zrzucić to z siebie. Zawsze wtedy się budziłem.
Spowodowane tym przemęczenie organizmu nieustannie kumulowało się we mnie. Jednak najgorsze było to, że w którymś momencie moje senne mary, zaczęły przejawiać się nawet za dnia. Nie miałem pojęcia, czy zwyczajnie przysypiałem wtedy w czasie codziennych czynności, czy też to co widzę, ma miejsce naprawdę. Odnosiłem wrażenie, że jestem non-stop obserwowany. Gdy się rozglądałem, próbując zlokalizować źródło moich fobii, zwykle na granicy pola widzenia, dostrzegałem wtedy nieznaczny ruch. Kiedy próbowałem skupić się na jego źródle, nie było tam nic. Czasem udawało mi się tylko zarejestrować kątem oka jakiś cień. Ale nigdy mogłem stwierdzić, co go rzuca.
Zacząłem mieć obawy, czy to nie początkowe objawy czegoś gorszego. Schizofrenia. To słowo napełniało mnie lękiem. Najpierw szukałem porady u lekarza internisty. Efektem były wyłącznie kolejne, przyjmowane przez mój organizm w coraz większych dawkach leki nasenne. Kiedy zrozumiałem, że nie tędy droga, postanowiłem spróbować czegoś innego. O wizycie u medyka specjalizującego się w dolegliwościach natury psychicznej, nie chciałem nawet słyszeć. Kiedy więc ktoś polecił mi człowieka, który miał szansę mi pomóc, uparcie chwyciłem się tego pomysłu. Podobno należał on do najbardziej znanych w stolicy i zarazem całym kraju bioenergoterapeutów. Zwykle trzeba było długo i cierpliwie czekać na termin wizyty. Ale ostatnimi czasy, wszystko w moim życiu działo się szybciej niż poprzednio, więc zupełnie się nie zdziwiłem, gdy wyznaczono mi ją już za dwa dni.
Na miejscu zastałem może z pięćdziesiąt osób. Zanosiło się więc na dłuższe wyczekiwanie. Ale od czego mój tupet i sprzyjające mi ostatnio okoliczności? Chytrze i dość bezwzględnie odwróciłem uwagę, szykującego się do wejścia, wiekowego staruszka. Efektem tego, już wkrótce byłem w środku. Pomieszczenie w niczym nie przypominało tradycyjnego gabinetu. Nie posiadało nawet biurka, a jego rolę pełnił mocno już zużyty stół. Siedział za nim chudy, dobiegający sześćdziesiątki mężczyzna.
Najpierw obrzucił mnie pobieżnym spojrzeniem. Po chwili, z miną jakby coś go nagle zaskoczyło, zaczął przyglądać mi się uważniej. Przez dłuższy czas wpatrywał mi się w oczy. Następnie przeniósł wzrok w jakieś bliżej nieokreślone miejsce nad moją głową. Wyciągnął rękę w tym kierunku, po czym nagle, cofnął ją jak oparzony. Chociaż ta reakcja nieco mnie zaskoczyła, nic nie powiedziałem.
- Proszę się położyć – skinął ręką w kierunku najzwyklejszej wersalki.
Z kieszeni wyciągnął wahadełko - rekwizyt znany mi dotychczas tylko z opowieści i telewizji. Wprawdzie wirujące ruchy tego obiektu kompletnie nic mi nie mówiły, po minie siedzącego przede mną „magika” wnioskowałem, że coś jest nie tak. Na usta oczywiście cisnęło mi się kilka pytań, wytrzymałem jednak i w milczeniu czekałem na jego diagnozę. Najwyraźniej nie należał do osób lubiących dużo mówić. Trochę dziwiło mnie, że o nic nie spytał. Zupełnie jakby nie interesowały go me dolegliwości, będące przyczyną obecności w tym miejscu. W końcu wydusił z siebie nieco dłuższe zdanie.
- W pańskim polu energetycznym wyczuwam coś niepokojącego.
Nie powiedział – niezdrowego, osobliwego czy choćby niewłaściwego. Wyraził się właśnie tak – niepokojącego. I nic więcej. Wyglądało, że nie zamierza doprecyzować, co też ma na myśli. Chwilę jeszcze leżałem jak ten kołek, zanim zrozumiałem, że już to koniec tego dość specyficznego badania. Usiadłem. Zamierzałem właśnie otworzyć usta, jednak on odezwał się pierwszy.
- Powiem szczerze. Nie potrafię panu pomóc. Nie sądzę też, aby poskutkowały w tym przypadku jakiekolwiek typowe medykamenty.
- Przychodząc tu, nie spodziewałem się recepty na standardowe proszki. Tych akurat przetestowałem już całkiem sporo. Bezskutecznie. Myślałem raczej, że pomoże mi pan tą swoją słynną mocą. Lub w najgorszym razie zaproponuje mi jakieś herbatki ziołowe lub środki homeopatyczne. Cóż, widocznie się myliłem. Chyba że jednak ma pan jakiś pomysł?
- Pomysł? Hm… - Wyraźnie intensywnie nad czymś myślał. - Czy jest pan osobą wierzącą?
- Słucham?! – Jego zapytanie wydawało mi się kompletnie nie na miejscu.
- Nie pytam czy chodzi pan regularnie do kościoła, tylko czy wierzy w istnienie innego, niematerialnego świata. Nie istotne którą religię się wyznaje, ale właśnie to, czy wyznaje pan jakąkolwiek.
- Ale co to ma do rzeczy? - Nadal nie mogłem pojąć, do czego zmierzał.
- Proszę mi uwierzyć. Spotkałem się już z podobnymi przypadkami. Uważam, że w powszechnie rozumianym znaczeniu, z pańskim stanem fizycznym wszystko jest w porządku.
- Czyli jestem zdrowy i nic mi nie dolega? A z tym moim bio-coś-tam też wszystko gra? – Zacząłem już żałować straconego tu czasu. – Przecież nawet się pan nie spytał, dlaczego tu jestem! Wyczytał to pan z ruchów tego wisiorka, czy co?
- Nie. – Niezrażony moimi słowami pokręcił spokojnie głową, po czym wyciągnął z szuflady lusterko. Podstawił mi je prawie pod sam nos.
- Przekrwione rogówki, opuchnięte powieki i podkrążone oczodoły. Żeby dostrzec pańskie kłopoty ze snem, naprawdę nie jest potrzebne wahadełko. Ono pomaga mi jednak, zdiagnozować ich przyczynę.
Pierwszy raz od dawna, zrobiło mi się naprawdę głupio. Nie wiem czemu nie zwróciłem wcześniej uwagi na swój aktualny wygląd. Spoglądając w to nieduże, wyszczerbione na bocznej krawędzi lusterko, przez dłuższy czas nie mogłem oderwać od niego wzroku. Moja twarz. Blada, przemęczona, jakby ciążyło na niej z brzemię wszystkich nieszczęść tego świata. Mimowolnie się wzdrygnąłem. Przez chwilę siedzieliśmy w całkowitym milczeniu.
- Przepraszam. – Dawno nie używałem tego słowa, ale tym razem wydało mi się ono najwłaściwsze.
- Nie jest pan jedynym z takimi objawami. – Kontynuował. - Próbuję powiedzieć, że według mnie, przyczyna tych dolegliwości leży w sferze duchowej. Polecam raczej kontakt z kimś znacznie bardziej kompetentnym w tej dziedzinie. Proponuję nie odrzucać z góry nauki kościoła. Uważam, że właśnie tam powinien pan poszukać porady. Dziękuję. Czy można poprosić kolejną osobę?
To był już koniec mojej wizyty. W głowie odczuwałem prawdziwy zamęt. Z jednej strony zdawałem sobie sprawę, że potrzebuję pomocy, z drugiej jednak nie chciałem do siebie dopuścić myśli, że udzielić mi jej może osoba duchowna. Sprawy związane z wiarą od dawna nie były dla mnie tematem jakichkolwiek przemyśleń. A już na pewno nie kultu. Religijne święta traktowałem jako powszechnie przyjętą tradycję, nad sensem której nie ma co się głębiej zastanawiać. Nie oznaczało to, że negowałem istnienie istoty wyższej, podobno czuwającej nad wszystkim co się dookoła nas dzieje. Zwyczajnie nie miałem na ten temat sprecyzowanego zdania, chociaż pewne elementy religijnej tradycji wpojonej mi przez lata edukacji, traktowałem jako staroświeckie zabobony.
Z pewnością przy każdej innej okazji zbagatelizowałbym to, co zostało mi zasugerowane. Jednak każda kolejna noc stanowiła coraz większą mękę. Byłem naprawdę zdesperowany. W sytuacji gdy samemu nie jest się w stanie stawić czoła narastającym problemom, można albo ulec albo posłuchać porady innych. Porażki nie leżały w mojej naturze. Jeszcze przez kilka dni walczyłem z samym sobą. W końcu się przemogłem. Skoro próby szukania pomocy u lekarza i bioenergoterapeuty nic nie dały, to czemu nie spróbować u księdza?!
Gdy tylko podjąłem decyzję, postanowiłem nie odkładać jej realizacji na później. Obawiałem się, że za chwilę znów zmienię zdanie. W połowie dnia pracy opuściłem swoje biuro i zameldowałem się w najbliższej kancelarii parafialnej. Dziwnie się czułem, opowiadając siedzącemu przede mną duchownemu o swoich problemach i bezowocnych próbach ich przezwyciężenia. Całość nie miała charakteru spowiedzi. Stanowiła raczej luźną opowieść, którą zaledwie kilka razy przerywał mi pytaniami. Ale na szczęście trafiłem na wytrawnego słuchacza. W końcu po księdzu można się tego było spodziewać. Kiedy skończyłem, zapadła dłuższa cisza. Wreszcie nie wytrzymałem. Chociaż zapewne nie wyraziłem się do końca precyzyjnie, to i tak po raz pierwszy wypowiedziałem na głos zasiane we mnie obawy.
- Czy myśli ksiądz, że COŚ mnie opętało?
Mimo ze miałem do czynienia z kapłanem, zapewne spłonąłbym ze wstydu, gdyby wtedy choćby ukradkowo się uśmiechnął. Ten jednak, z całkowicie poważną miną, tylko pokręcił głową.
- Nie sądzę żeby to było opętanie.
Po tych słowach poczułem ulgę. Niestety, tylko na krótko.
- Przypuszczam jednak, że to coś gorszego. Z przypadkami opętania, najczęściej umiemy sobie radzić. Z tym o czym myślę, jest znacznie trudniej. Wygląda na to, że w twoje życie rzeczywiście przeniknęło zło. Ale raczej to nie to, o czym myślisz. Obawiam się synu, że zaprzedałeś swoją duszę diabłu.
Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. Na taką „diagnozę” absolutnie nie byłem przygotowany.
- Jak to?! Chyba coś bym o tym wiedział!
- Zwykle tak, ale niekoniecznie. Zło ostatnimi czasy stało się niezwykle przebiegłe. Bierze na cel nie tylko osoby mające w swej naturze skłonności ku niemu. Swoje ofiary wybiera często wśród ludzi, których w danym momencie uzna za podatnych na jego wpływ. Bywa bardzo wyrachowane. Słyszałem o przypadkach, w których do swojego mrocznego dzieła wykorzystywało nawet zdobycze współczesnej techniki. Żyjemy przecież w XXI wieku.
- Ale przecież, dokonując takiej „transakcji”, musiałbym podpisać jakiś rodzaj cyrografu, czy innego kontraktu. Chyba dostałbym też coś w zamian? – Chociaż byłem naprawdę zaniepokojony, jednak w tonie mojego głosu zabrzmiała mimowolna, szelmowska nutka ironii. Mój rozmówca dostrzegł to.
- Proponuję abyś zastanowił się nad tym, czy ostatnio coś w twym życiu nie zmieniło się radykalnie i dość niespodziewanie na korzyść. Jeśli tak, przypomnij sobie moment, kiedy to się zaczęło. Może wtedy znajdziesz odpowiedź jakiej szukasz. Gdy już to będziesz wiedział na pewno i zdecydujesz bez względu na wszystko zmienić ten stan rzeczy, zapraszam ponownie. Może coś się uda na to zaradzić.
Z jego miny niezbyt wiele mogłem wyczytać ale na pewno to, że naszą rozmowę uznaje za zakończoną. Bijąc się z dziwacznymi myślami, wróciłem do biura. Siedząc w wygodnym skórzanym fotelu, zerkałem to na swój najnowszy pozłacany zegarek, to na rozpościerającą się za oknem panoramę miasta. Chociaż wynajem biura w tym najnowocześniejszym w stolicy wieżowcu kosztował majątek, ów widok wart był niemałych pieniędzy. Ale w końcu było mnie na to stać. Moje myśli wciąż krążyły wokół niedawnej rozmowy. Miał rację. Zdecydowanie coś się ostatnio w moim życiu zmieniło. Próbowałem przeanalizować swoje położenie. Kiedy człowiek jest przekonany, że swoje sukcesy zawdzięcza wyłącznie własnej ciężkiej pracy i wrodzonemu talentowi, trudno o obiektywizm. A już na pewno nie jest rzeczą łatwą, być krytycznym w stosunku do samego siebie. Długo dumałem nad całą sytuacją, starając się ogarnąć pamięcią ostatnie wydarzenia. W przeciągu krótkiego odcinka czasu zaszło rzeczywiście sporo. Tylko czy rzeczywiście mogłem wskazać początek tej wyjątkowej passy?
Było już dość późno, gdy niespodziewanie w pomieszczeniu rozległy się dźwięki melodii, którą ustawiłem w miejsce standardowego sygnału w swoim modelu połączonego z palmtopem telefonu komórkowego. Patrzyłem na to spoczywające przede mną na biurku poręczne urządzenie, czując jak moje oczy otwierają się coraz szerzej i szerzej… Nie odebrałem. Zupełnie nie obchodziło mnie, kto usiłuje się ze mną skontaktować. Moje serce kołatało tak, jakby chciało wyskoczyć na zewnątrz, usiłując przy tym wyłamać, powstrzymującą go od tego kratę żeber. To wtedy właśnie znalazłem odpowiedź. Musiałem jednak potwierdzić swoje, przeradzające się stopniowo w pewność, przypuszczenia. Bardzo pragnąłem się mylić. To nie mogło dziać się naprawdę! Przecież to jakiś jeden wielki absurd! Ale nie mogłem pozostawić miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. Postanowiłem działać.
Chociaż do przyjaciół odwróciłem się plecami, na brak znajomości o charakterze bardziej biznesowym, nie narzekałem. Starałem się je podtrzymywać, gdyż nigdy nie wiadomo, kiedy mogły być naprawdę przydatne. Tak jak właśnie wtedy. Wprawdzie parę dni potrwało i co-nieco kosztowało, ale w końcu zdobyłem rzecz, która wówczas była mi tak bardzo potrzebna. W spoconych z emocji dłoniach trzymałem wykaz, wraz z treścią wysyłanych z mojej komórki sms-ów w interesującym mnie przedziale czasu. Przeleciałem wzrokiem po wydruku. Nie było ich aż tak wiele, więc szybko odnalazłem ten właściwy. „Z ofertą zostałem zapoznany i zgadzam się na zaproponowane mi warunki”. Przesunąłem palcem po kartce. Numer +48666000000.
Pierwsze cyfry, to oczywiście powszechnie znany, telefoniczny kod naszego kraju. Potem sześć – sześć - sześć i ciąg uzupełniających długość numeru zer. Pewnie w innych okolicznościach prychnąłbym śmiechem. Ale zapewniam – w tym momencie kompletnie nie wydawało mi się to zabawne. Czas najwyższy by wyjaśnić to wszystko. Raz na zawsze. Nie namyślając się długo, chwyciłem w rękę telefon.
Przebierając po klawiaturze nieco drżącymi palcami, wstukałem widniejący na listingu numer, pomijając oczywiście krajowy kierunek. Przez dłuższy czas nie było słychać nic. Potem charakterystyczny beznamiętny głos nagranej w systemie wiadomości poinformował: „Wybrany numer jest nieprawidłowy. Proszę się rozłączyć”. Następnie zapadła cisza. Jeszcze przez chwilę z rosnącym przekonaniem o bezcelowości moich działań, trzymałem aparat przy uchu. Czułem jak stopniowo całe skumulowane wcześniej napięcie zaczyna mnie opuszczać. Jego miejsce zaczęła już zajmować ulga. I właśnie wtedy, kiedy już zamierzałem odłożyć słuchawkę, ponownie wrócił sygnał. Coś zachrobotało, po czym usłyszałem kilka sygnałów nieodbieranego połączenia. Ten dźwięk po chwili zastąpiły szumy i trzaski, zupełnie jakby w wysłużonym radioodbiorniku przesuwać gałką po skali, tylko na krótką chwilę łapiąc echa słabych obcojęzycznych stacji. Nigdy nie uważałem się za poliglotę, ale zwykle już po kilku słowach mogę określić, z którym z popularnych języków mam do czynienia. Dochodzące do mnie tony nie przypominały żadnej znanej mi ze słyszenia mowy. Przez to wszystko, gdzieś w tle przedostawały się inne dźwięki. To były krzyki. Przerażone, przesycone trwogą krzyki. Przez ten zgiełk, w pewnym momencie przebił się inny głos. Nie miałem pewności, ale odnosiłem wrażenie, że kierowany jest do mnie. Zaskoczony, zupełnie bezwiednie wyszeptałem tylko jedno słowo, jakie w tym momencie przyszło mi do głowy:
- Halo…
Wtedy zapadła cisza. Jeszcze chwilę trwało, zanim zrozumiałem, że urwało się połączenie. Nie miałem pojęcia co o tym wszystkim sądzić. Przez jakiś czas siedziałem odczuwając w głowie całkowitą pustkę. A właściwie czułem coś jeszcze. Swędziało mnie mianowicie ucho. Automatycznym ruchem podrapałem się. Wtedy pod palcem wyczułem miękką grudkę. Toaletę odbyłem jak zwykle rano, więc nie było to raczej coś, co w pierwszej chwili przychodziło na myśl. Zbliżyłem palec do oczu. Na jego opuszku znajdował się niewielki strupek świeżo zakrzepłej krwi.
Następnego dnia zostałem dłużej w pracy. Siedziałem samotnie w biurze, przeglądając kolorowe katalogi biur podróży. Piękny słoneczny lipiec zastąpił zupełnie nie podobny do niego sierpień. Ale to było głównie wakacyjne zmartwienie tych, którzy planowali urlop w kraju. Oglądając rajsko wyglądające widoczki, mimowolnie spojrzałem w stronę okna. Zupełnie na przekór moim oczekiwaniom, miasto akurat zalane było blaskiem popołudniowego słońca. Zdziwiłem się. Ale nie dlatego, że po kilku pochmurnych dniach pogoda nagle i niespodziewanie postanowiła zmienić się na lepsze. Powód był inny. Przez ogromne szyby, będące jednocześnie oknami i ścianami budynku, powinno wpadać teraz do mojego gabinetu mnóstwo słonecznego światła. Toteż zupełnie nie rozumiałem, czemu w pomieszczeniu panuje, dodatkowo gęstniejący z każdą chwilą półmrok?! Zjawisko było o tyle dziwne, że słońca nie przysłaniał najmniejszy nawet obłoczek. Poczułem się trochę nieswojo. I właśnie wtedy, przez uchylone drzwi do sekretariatu, usłyszałem dźwięk biurowego domofonu. Spojrzałem na zegarek. Była osiemnasta. Za wcześnie na personel sprzątający. Poza tym, ich ekipa miała własne klucze. Czyżbym więc zapomniał, że umówiłem się z jakimś klientem? Nieco zdziwiony przeszedłem do tamtego pomieszczenia i w momencie, gdy rozległ się kolejny brzęczek, nacisnąłem przycisk z symbolem kluczyka. W drzwiach stał elegancko ubrany młody mężczyzna.
- Biuro już nieczynne. Proszę mi wybaczyć, ale czy byliśmy umówieni?
- Och to ja proszę o wybaczenie. Z nadmiaru zleceń nie mogłem przybyć do pana wcześniej.
Patrzyłem na niego, jednocześnie usiłując sięgnąć w głąb swojej pamięci. Chociaż sekretarka pilnowała mego kalendarza spotkań, wszystkie ważne terminy i tak zwykle miałem w głowie. Mimo wszystko byłem gotów przysiąc, że gdzieś już go widziałem. Ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć ani miejsca, ani czasu. Ten dylemat musiał być widoczny na mojej twarzy.
- Coś nie tak? - Spytał, patrząc mi prosto w oczy. Chociaż starał się zachowywać uprzejmie, jednak coś mnie w nim zaniepokoiło.
- Nie. Tylko zastanawiam się, czy gdzieś już się nie spotkaliśmy.
- Ależ oczywiście. Zanim zdecydował się pan przystąpić do naszego programu, niezbędna była moja osobista wizyta w celu wyjaśnienia zasad, no i naturalnie kosztów naszych usług.
- Jakich usług? Jakiegoż to programu? Nie mam pojęcia, o czym pan mówi. Czy aby na pewno to ze mną chciał się pan widzieć?
Jeszcze starałem się być uprzejmy, ale powoli traciłem cierpliwość. Nie znoszę namolnych i bezczelnych akwizytorów a ten dodatkowo, najwyraźniej pomylił adres i osobę. I albo był na tyle głupi, że nie odkrył jeszcze swojej gafy, albo próbował na mnie jakichś wyuczonych sztuczek, aby pozyskać następnego klienta. Nic z tego. Nie ma do czynienia z naiwniakiem. Czekałem co odpowie, ale ten sprawiał zupełnie szczere wrażenie, jakby nie zrozumiał mojego pytania.
- Ja? To przecież pan usiłował się ze mną skontaktować!
Mimo wszystko, po jego słowach byłem już naprawdę wkurzony. Odniosłem wrażenie, że spogląda na mnie z miną kogoś całkiem przekonanego o swojej racji. A ja nadal nie miałem bladego pojęcia o czym on mówi.
- Chyba nie ma pan zastrzeżeń co do jakości naszych usług? – Teatralnym gestem omiótł wzrokiem biuro. – Z tego co zdołałem ustalić i co zresztą widzę, moja instytucja wywiązuje się wzorowo z naszej umowy.
W tonie jego głosu wyczuwało się butę, a nawet drwinę. Chociaż wciąż nie kojarzyłem z kim właściwie mam do czynienia, gdzieś w zakamarkach mojej świadomości zaczęła kiełkować dziwaczna i jednocześnie absurdalna myśl. Ponieważ jednak zawsze uważałem się za osobę zdecydowanie logicznie myślącą i pragmatyczną, mój umysł natychmiast zakwalifikował ją jako niedorzeczną i odrzucił zanim na dobre pojawiła się na horyzoncie. Czas najwyższy pozbyć się intruza.
- Dosyć tych bzdur! Nie przystępowałem do żadnego programu a tym bardziej, nie podpisywałem z panem żadnej umowy! A w ogóle to…
- Tak się panu tylko wydaje. A ja zapewniam, że jest pan w błędzie! – Przerwał mi bezpardonowo.
W jego postawie i spojrzeniu nie było już śladu jakiejkolwiek dotychczasowej protekcjonalnej nonszalancji. Sprawiał wrażenie kogoś, kto nie toleruje najmniejszych nawet oznak sprzeciwu. Chociaż taka niespodziewana zmiana całkowicie mnie zaskoczyła, nie dałem się wytrącić z równowagi.
- Nie wiem o co ci człowieku chodzi. Jestem zajęty i proszę natychmiast opuścić moje biuro.
- Czym zajęty? Planowaniem urlopu? Polecam Afrykę. Tam jest teraz naprawdę gorąco. Proponuję się przyzwyczajać… człowieku! – Zakończył śmiechem, od którego aż przeszły mnie ciarki.
Dwie rzeczy kompletnie zbiły mnie z tropu. Po pierwsze – ten dziwaczny, zupełnie nieziemski chichot, a po drugie – byliśmy wciąż przy kontuarze recepcyjnym. Z tego miejsca absolutnie nie był w stanie dostrzec leżących na mym biurku wakacyjnych katalogów. Pomimo wciąż rosnących obaw co do charakteru tej wizyty, ja też nie zamierzałem ustąpić. Wyprostowałem się, chcąc uniesionym głosem uświadomić temu osobnikowi co sądzę o nim i jego zachowaniu. W momencie gdy usiłowałem przerodzić swój zamiar w czyn, usłyszałem:
- Siadaj! - I jakaś niepojęta siła, dosłownie wgniotła mnie w fotel sekretarki.
Z początku miałem ochotę rzucić się na niego. Próbowałem nawet wstać, lecz nie mogłem ruszyć się z miejsca. Musiałem szybko wymyślić coś innego. Przepełniony złością ale też i trwogą, sięgnąłem do ukrytego pod blatem guzika, aby wezwać ochronę. Jednak, gdy tylko wyciągnąłem rękę, w miejscu w którym się znajdował błysnęło, poleciały iskry i przez moje ramię przebiegł łuk elektryczny porażając mnie prądem. A on stał teraz nieruchomo przed biurkiem nachylając się nade mną z postawą pana całej sytuacji. Jedyne co czułem, to tylko rosnący z każdą chwilą strach.
Wtedy na jego obliczu zaszła niewiarygodna przemiana. Twarz zrobiła się nagle rozmyta a cała postać zafalowała po czym stała się półprzezroczysta. W następnej chwili, przybrał formę obłoku ciemnej materii. Z jego wnętrza znów dobył się ten niesamowity odgłos nasuwający mi tylko jedno skojarzenie. Myślę, że to właśnie bywa opisywane w literaturze jako diabelski śmiech. Po krótkiej chwili, w której mój żołądek skurczył się zapewne do rozmiarów ziarna fasoli, wróciła jego poprzednia postać
- I co? Czy faktycznie chcesz wystosować jakiekolwiek uwagi w kwestii naszej działalności?
Miałem wrażenie, że to jakiś kompletnie obłąkany koszmar.
- Kim ty jesteś? - W zasadzie znając już odpowiedź, i tak zapytałem.
- No cóż. Chyba wyjaśnię to, używając znanych ci z pewnością pojęć. - Uśmiechnął się przebiegle, prezentując garnitur śnieżnobiałego uzębienia. – Możesz mnie nazywać przedstawicielem handlowym, a ty należysz do licznego grona klientów mojej instytucji. Jeśli się nie mylę, a niezwykle rzadko mi się to zdarza, zostałeś nim około roku temu, kiedy wyraziłeś zainteresowanie naszą promocyjną ofertą. Ja tylko załatwiłem resztę. Dzięki mojemu darowi przekonywania, postanowiłeś skorzystać z naszej propozycji. No, może trochę wykorzystałem twój twardy sen, ale to ty zgodnie z wszystkimi regułami, własną krwią przypieczętowałeś zgodę.
I tak oto spełniły się moje najczarniejsze przypuszczenia. Okrutnym podstępem zmienił moje obecne życie i najwyraźniej zamierzał zagarnąć moje przyszłe!
- Ale to co mi zrobiłeś, to oczywiste oszustwo! Jak można być tak nieuczciwym!
- Że co proszę? Niby ja miałbym być uczciwy? Wolne żarty. To zupełnie nie leży w mojej naturze. Zresztą w tym względzie widzę pomiędzy nami spore podobieństwo. Kto jak kto, ale ty zapewne doskonale wiesz, że uczciwością daleko się nie zajdzie. Poza tym... Cóż. Mnie również rozliczają z wyników. Chyba to rozumiesz? – Znów ten przeraźliwy chichot. - Pewnych formalności musimy oczywiście dochować. Ale gdy już kogoś pozyskamy, wtedy postępujemy jak najbardziej lojalnie. Mam nadzieję, że teraz wyjaśniliśmy sobie wszelkie wątpliwości. Z mojego punktu widzenia, wszystko jest w porządku. Mam nadzieję, że w przyszłości nie będziemy musieli się już spotykać. No – oczywiście do czasu... Nawet nie wiesz jak bardzo jestem ostatnio zajęty. Aha. Na koniec jeszcze jedno. Ta umowa ma charakter permanentny. Nie radzę kombinować. Wiesz, zajmuję się też windykacją i zapewniam, że bardzo sprawnie mi to wychodzi. Więc nie próbuj żadnych sztuczek. Żyj i ciesz się życiem. Pamiętaj – to nasza dewiza.
Kolejny raz rozległ się jego śmiech, po czym przybysz nagle zniknął. W biurze ponownie nastało widno. Poczułem się jak ostatni z naiwniaków. Zostałem wplątany w jakąś nieprawdopodobną historię, która działa się naprawdę! Chociaż to zupełnie nielogiczne, na krótko w myślach usiłowałem przeanalizować rzetelność tej „transakcji”. W normalnych okolicznościach, po prostu przekazałbym sprawę prawnikowi. Jednak w tym przypadku widziałem marne szanse, aby odwoływać się gdziekolwiek. Zapewne jedynym sądem, który mógł orzec rozstrzygnięcie w tej kwestii był Sąd Ostateczny! Oczywiście nie zamierzałem spokojnie czekać na jego werdykt. Pomimo kompletnego zamętu w głowie, usilnie próbowałem znaleźć możliwość wyjścia obronną ręką z tej bezprecedensowej sytuacji. Do głowy przychodziła mi tylko jedna osoba.

*

Nie zważając na kiepską, od dawna nie remontowaną nawierzchnię starej szosy, nacisnąłem mocniej pedał gazu. Wskazówka na liczniku zbliżyła się do 180 km/h. Było wątpliwe, abym na tak z rzadka zamieszkanym obszarze mógł tym ściągnąć na siebie kłopoty z drogówką. To zresztą nie policji się obawiałem. Miałem świadomość innego, znacznie bardziej zagrażającego mi niebezpieczeństwa. Zostawiając wszystko, uciekałem przed nim tam, gdzie podobno mogłem odnaleźć schronienie. Chociaż miejscowość, w okolice której się kierowałem, nie była specjalnie odległa, zupełnie nie znałem tamtych rejonów. Kolejny już raz zerknąłem na mapę z naklejoną niedużą karteczką. Zanim wyruszyłem w drogę, przytwierdziłem ją do otwartego teraz na właściwej stronie i spoczywającego na bocznym fotelu, atlasu samochodowego. Widniała na niej nazwa miejsca stanowiącego cel mojej podróży oraz imię osoby, do której miałem się udać. Tylko tyle. Żadnego adresu. Powinienem już znajdować się gdzieś niedaleko. Podobno będąc w pobliżu, nie sposób je przeoczyć. Wyrazisty, nieco ozdobny charakter pisma tej króciutkiej notatki, sugerował rękę wprawioną w wypełnianiu dokumentów mających być przechowywanymi przez długie lata. Nie miałem wątpliwości, że to właśnie na księdzu, od którego poprzedniego dnia ją dostałem, spoczywał obowiązek prowadzenia księgi parafialnej.
Tym razem, moja rozmowa z nim trwała znacznie krócej niż poprzednio. Nie zdziwił się, gdy ponownie mnie zobaczył. Najwyraźniej był przygotowany na taką ewentualność. W uszach wciąż dźwięczały mi jego pełne troski słowa. „Ocalenie twojej duszy nie będzie łatwe. Nie oznacza to, że niemożliwe. Dobrze się zastanów, czy jesteś gotów zdobyć się na takie poświęcenie. Tylko naprawdę silna wola, może ci dopomóc przezwyciężyć pokusę powrotu do aktualnej sytuacji. Bądź ostrożny. ON tak łatwo nie ustąpi. Zrobi wszystko aby uniemożliwić wydostanie się spod jego kontroli. Musisz być przygotowany na prawdziwą walkę.”
Silnej woli mi nie brakowało. Z myślą o czekających mnie wyrzeczeniach też się oswoiłem. A co do ostrożności… Instynktownie zdjąłem nogę z gazu i zapiąłem pas. Ktoś inny najwidoczniej również nade mną czuwał, gdyż zapewne to, właśnie wtedy mnie uratowało. Nie dane mi było kontynuować dalsze rozważania, ponieważ moją uwagę całkowicie pochłonął widok, jaki zobaczyłem przez przednią szybę.
Z przydrożnych zarośli, wprost na spotkanie mojego samochodu, wybiegł potężnych rozmiarów dzik. W ciągu ułamków sekund, wyraźnie dostrzegłem jak z jego oczu bije przerażenie. Miał się czego bać. W szaleńczym pędzie usiłował uciec przed dopadającym go stadem zdziczałych i wygłodniałych psów. Energicznym ruchem, z całej siły wcisnąłem hamulec. Najpierw dał się słyszeć głośny pisk opon. Potem poczułem charakterystyczną woń palonej gumy. Rozpędzony pojazd zarzuciło na wąskiej i nierównej drodze. Starałem się nad nim zapanować, jednocześnie próbując ominąć przeszkodę, która tak nagle pojawiła się na jezdni. Na próżno. Odczułem dwa następujące po sobie uderzenia. Słabsze pierwsze, pozwoliło nieszczęsnemu zwierzęciu uniknąć śmierci w męczarni. Zanim jego ciało koziołkując po masce samochodu ponownie dotknęło drogi, z pewnością był już martwy. Siła drugiego była z kolei niszcząca dla mojego pojazdu. Poczułem potężne szarpnięcie a me uszy przepełnił ogłuszający huk, będący następstwem zderzenia rozpędzonego pojazdu z solidnym pniem rosnącej przy drodze topoli. Chociaż poduszka bezpieczeństwa spełniła swe zadanie, miałem obawy, czy aby nie przyczyniła się przy okazji do złamania mi nosa. Zresztą całe ciało bolało mnie niemiłosiernie. Jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że gdy pierwsze objawy naturalnego w tej sytuacji szoku miną, będzie jeszcze gorzej. Jedną ręką zaciskałem nozdrza, próbując zatamować krwotok, a drugą usiłowałem wyplątać się z pasów i wciąż przesłaniającej mi widok, napełnionej powietrzem tkaniny. Dokuczliwy ból prawego barku, nie ułatwiał mi tego zadania. W końcu udało mi się wypiąć, po czym już sięgałem do klamki by wydostać się na zewnątrz, gdy opadła zasłona poduszki powietrznej. To co zobaczyłem spowodowało, że moja ręka zatrzymała się wpół drogi. Poprzez siatkę pęknięć na szybie, dostrzegłem wyszczerzone i ociekające pianą, psie kły i pazury. Wtedy też usłyszałem ich ujadanie. Dosłownie oblepiły wrak samochodu, zupełnie nie interesując się leżącym w pobliżu i gotowym do spożycia, potężnym kawałem dziczyzny. W jednej chwili zrozumiałem, że teraz ich ofiarą miałem być ja! Poczułem drobną ulgę, że jednak szyba wytrzymała. Niestety. Moje chwilowe poczucie bezpieczeństwa miało zaraz zastąpić inne uczucie - strach.
Dostrzegłem jak rozwścieczone zwierzęta oddalają się od samochodu. Wciąż jednak czujnie nie spuszczały z niego wzroku. Z rozwartymi pyskami przycupnęły nieco dalej, zupełnie jakby ktoś wydał im polecenie – waruj! Już po chwili zrozumiałem, co było powodem zmiany ich taktyki. Przez przytkane krzepnącą krwią otwory nosowe, przebiła się woń rozlanej benzyny. Następnie zobaczyłem dym. Myśl! Najważniejsze to nie dać się sparaliżować ogarniającej trwodze. Działałem więc szybko, nie zważając na wciąż przybierający na sile ból. Szamocząc się, próbowałem złożyć tylne siedzenie aby od środka dostać się do bagażnika. Była tam gaśnica i skrzynka z narzędziami nadającymi się do wykorzystania w charakterze broni. Nic z tego. Pod wpływem zderzenia, jego zatrzaski zblokowały się na dobre. Walcząc z ogarniającą mnie paniką, zacząłem rozglądać się za czymś, co mogłem użyć do obrony. Scyzoryk! Powinien być na dnie otwartego od uderzenia schowka w desce rozdzielczej. Sięgnąłem ręką. Na szczęście spoczywał na swoim miejscu. Chociaż ostry, jego nieduże rozmiary nie rokowały większych nadziei w starciu przeciwko odsłoniętym, zębom zdesperowanych zwierząt. Potrzebowałem jeszcze jakiegoś oręża. I to szybko. Przez tylną szybę dostrzegłem błysk. Ogień! Bak miałem co najmniej do połowy napełniony benzyną. Próbując nie myśleć nad skutkami zetknięcia nagromadzonych w nim oparów paliwa z ogarniającym już tył samochodu płomieniem, ostrzem składanego noża uciąłem dłuższy fragment taśmy z pasa bezpieczeństwa. Zacząłem rozglądać się za czymś twardym, co mogłem przyczepić na jego końcu. Mój wzrok natrafił na wyrwane siłą zderzenia, luźno zwisające na kablach radio. Nie zważając na pierwsze poparzenia od dosięgających mnie już płomieni, uwiązałem je do pasa. Nie miałem innego wyboru. Musiało wystarczyć. Zacząłem krztusić się dymem. Teraz albo nigdy. Pociągnąłem za klamkę i całym ciężarem ciała pchnąłem drzwi. Wytoczyłem się na zewnątrz. Dopływ powietrza do kabiny spowodował, że momentalnie stanęła cała w ogniu.
Słaniając się na nogach, zdołałem ujść zaledwie kilka kroków, gdy gorący podmuch rzucił mnie na ziemię. Płonące resztki wybuchającego paliwa dosięgły mojego ubrania. Zaczęło się tlić. Zaciskając zęby z bólu, ze sporymi trudnościami zdołałem zrzucić dymiącą, cienką letnią marynarkę. Musiałem natychmiast stawić czoła kolejnemu zagrożeniu. Spokojnie przypatrujące się dotychczas całej scenie zwierzęta, w momencie wybuchu, kuląc pod siebie ogony odbiegły na bezpieczną odległość. Teraz postanowiły wrócić. Zupełnie jakby widząc, że z wypadku i całkowicie objętej już pożarem pułapki udało mi się wyjść w miarę cało, ktoś im nakazał zrobić wszystko, abym żywy nie uszedł z tego miejsca.
Za plecami miałem płonący samochód. Przed sobą - warczące i obnażające kły, najpewniej dotknięte wścieklizną stworzenia. Szykowały się do skoku. A ja do śmiertelnej walki. W prawej dłoni ściskałem nóż. Dookoła lewego nadgarstka oplotłem wolny koniec pasa. Gdy głośno ujadająca sfora rzuciła się na mnie, wziąłem zamach i swoim naprędce skleconym orężem zdzieliłem najbliższego z czworonogów. Trafiłem ostrym kantem przymocowanego na końcu radioodtwarzacza. Od góry. Prosto w niedużą przestrzeń pomiędzy uszami. Chrupnęło. Martwy, z wciąż otwartym pyskiem legł bez ruchu pod moimi nogami. Następny dotarł bliżej, ale nie zdołał mnie pokąsać. Zwijał się w bólu na ziemi. Z jego krwawiącego boku wystawał uchwyt, wbitego po samą rączkę scyzoryka. Gdy kolejny z atakujących trafiony celnym, wyuczonym jeszcze na sali treningowej kopniakiem, ze skowytem bólu wywinął w powietrzu kozła, tego już było za wiele dla pozostałych. Z podkulonymi ogonami czmychnęły, ginąc mi z oczu w przydrożnych zaroślach. Dopiero wtedy opuściły mnie siły. Usiadłem na poboczu jezdni spoglądając to na dogasający wrak, to na martwe ciała zwierząt. Zastanawiałem się co robić. Zerknąłem na leżącą nieopodal, nadpaloną marynarkę. W jej kieszeni powinien być telefon. Z wysiłkiem wstałem na nogi. Faktycznie. Był. Przez chwilę, beznamiętnym wzrokiem patrzyłem na leżące w dłoni, zniekształcone pod wpływem wysokiej temperatury pozostałości urządzenia, od którego wzięły początek wszystkie moje obecne kłopoty. Potem wziąłem zamach i na ile jeszcze miałem sił, cisnąłem nim patrząc, jak trafiając w osmalony bok samochodu, roztrzaskuje się na kawałki.
Chociaż w pobliżu nie widziałem żadnych zabudowań, miałem nadzieję że ktoś dostrzegł dym i zechce sprawdzić jego przyczynę. Bezowocnie odczekałem jeszcze jakiś czas, po czym ruszyłem zupełnie pustą drogą, licząc na to, że w bliżej przewidywalnej przyszłości pojawi się wreszcie żywa dusza. Minąłem nieduży lasek. Wtedy moim oczom ukazał się długo wyczekiwany widok. W oddali, za ogołoconymi po zbiorach polami, widniała na horyzoncie strzelista wieża klasztornej dzwonnicy. Oceniłem sytuację. Idąc dalej zakręcającą szerokim łukiem szosą, miałem szansę, że w końcu natknę się na jakiś pojazd. Jeśli jednak nie, przez pola dotrę tam znacznie szybciej. Wciąż nasilający się ból i zmęczenie ułatwiły mi decyzję. Nie zważając na tak nieistotne przy tym wszystkim niedogodności jak kłujące nawet przez nogawki resztki niedawno skoszonego zboża, wytrwale powłóczyłem nogami w kierunku oddalonych od cywilizacji zabudowań opactwa. Gdy do celu zostało mi kilkaset metrów, ponownie poczułem że jestem obserwowany. Zaniepokojony, stanąłem rozglądając się po najbliższej okolicy. Ani śladu psów. Za to nieopodal, przy rosnącym pomiędzy polami drzewem, wyraźnie dostrzegłem ruch. Znałem to uczucie. Towarzyszyło mi nieustannie, od wielu już miesięcy. Również i tym razem, w pierwszej chwili nie zauważyłem niczego. Gdy jednak bardziej wytężyłem wzrok, w końcu to ujrzałem. Naturalny cień rzucany przez samotną, prawie całkiem ogołoconą z gałęzi wierzbę, przesunął się niespodziewanie w bok, po czym nieustannie się wydłużając, podążał w moim kierunku. Machinalnie zerknąłem w górę. Oczywiście słońce tkwiło nieruchomo na swoim miejscu. Wciąż wysoko. Lecz z pewnością nie po przeciwnej pniu drzewa stronie!
Przez moment, rozszerzonymi ze zdumienia oczami, obserwowałem to niesamowite zjawisko. Kiedy jednak ów cień zaczął podnosić się z ziemi, miejsce dotychczasowego zdziwienia, zajęła już tylko trwoga. To było oczywiste. ON za wszelką cenę zapragnął mnie powstrzymać! Mój wyczerpany organizm zdołał jeszcze zmobilizować się na ostateczny wysiłek. Nie bacząc na cierpienia, pędem puściłem się przez pole Byłem zbyt blisko aby się poddać. Biegłem bez wytchnienia. Prosto w kierunku otwartej na oścież bramy zwieńczonej kamienną wieżycą, z której właśnie rozległ się pierwszy i potężny dźwięk bijącego dzwonu. Przez pozbawiony okna otwór w murze, wyraźnie widziałem pociągającego oburącz za sznur zakonnika. On również mnie dostrzegł.
Nagle za plecami usłyszałem świst, jakby w moją stronę mknął silnie rzucony przedmiot. Odwróciłem głowę. Przez ułamek sekundy, na tle nieruchomego krajobrazu mój zmysł zarejestrował pędzącą na wprost strugę falującego powietrza. Nie zdążyłem zareagować. Poczułem szarpnięcie, a następnie przenikający moje ciało, trudny do zniesienia ból. Najpierw krzyknąłem. Potem upadłem. Tym razem nie zdołałem podnieść się ponownie na nogi. Nie od razu pojąłem, co było tego przyczyną. Po chwili zobaczyłem. Poniżej prawego kolana moja kończyna w nienaturalny sposób wygięła się na zewnątrz. Dotarło do mnie, że była złamana. Wtedy TO mnie dopadło. Ciemna bezkształtna chmura spowiła moje ciało, z nieludzką siłą przygniatając do ziemi. Stopniowo traciłem oddech. Z resztkami nadziei, spojrzałem w kierunku klasztoru. Przez gęstniejącą przed oczami mgłę dostrzegłem, jak dwóch niemłodych już braci zakonnych, zbliża się w moją stronę. Zapewne zdawali sobie sprawę co się dzieje, gdyż w rękach trzymali uznane kiedyś przeze mnie za staroświeckie, insygnia swojej wiary. Resztką sił w geście rozpaczliwego błagania o pomoc, wyciągnąłem w ich kierunku dłoń. Podeszli. Coś mówili. Chyba po łacinie, ale nie byłem pewny, gdyż ich słowa całkowicie zagłuszał dźwięk bijącego jak na trwogę dzwonu. Wówczas me umęczone ciało, niespodziewanie odczuło ulgę. Usiłowałem coś powiedzieć ale zamiast artykułowanych dźwięków, z mych ust wydobył się przepełniony bólem jęk. I coś jeszcze. Kaszląc, wypluwałem zalewającą mi usta krew.
- Nic nie mów.
Nawet nie próbowali dokonywać jakichkolwiek oględzin mojego stanu. Chwycili mnie pod ręce, podnieśli, i nie bacząc na widoczne okaleczenia poprowadzili w stronę wrót opactwa. Głowa opadła mi bezwładnie na bok. Kątem oka dostrzegłem jeszcze wlokącą się za mną po ziemi, złamaną kończynę. Nawet nie odczuwałem bólu. Właściwie przestałem odczuwać cokolwiek. Straciłem przytomność.

*

Otworzyłem oczy. Spojrzałem w okno. Na wschodzie niebo wyraźnie już szarzało. O tej porze roku, oznaczało to, iż najwyższy czas szykować się na poranną mszę. Palcami przeczesałem lekko już posiwiałą brodę. Przeciągnąłem się ziewając. Z wprawą, jakiej nabywa się po latach wykonywania codziennie tej samej czynności, założyłem habit. Potem odmówiłem pierwszą tego dnia litanię w intencji zbawienia swojej duszy.
Padające pod ostrym kątem poranne promienie słońca rozświetliły pomieszczenie, swoim blaskiem oślepiając mnie na moment. Odruchowo przesłoniłem wzrok, po czym ponownie zerknąłem w stronę okna. Widok pięknej wiosennej aury nie był jednak w stanie uśpić mojej czujności. Wiedziałem, że gdzieś tam czyha ON. Pośród kwiatów na łąkach, drzew w lesie, oraz oczywiście w miastach. Wśród tłumów nieświadomych niczego ludzi, wybierał kolejne ofiary. Był cierpliwy i nieubłagany. Wciąż szukając okazji... czekał. Ale ja się już nie bałem. Wiedziałem, że tu mi nic nie grozi z jego strony.
Pamięcią sięgnąłem do wydarzeń, które stanowiły przyczynę mojej obecnej sytuacji. Nie czułem już ani żalu, ani złości. Te, podobnie jak i wiele innych emocji, zostawiłem dawno temu na zewnątrz owego odizolowanego murami od reszty świata azylu. Chociaż ktoś postronny mógłby go przyrównać raczej do więzienia, dla mnie stanowił jedyne bezpieczne ale i zarazem ostatnie schronienie. Już dawno oswoiłem się z myślą, że nigdy nie opuszczę tego miejsca. Zresztą nie miałem do czego wracać. Straciłem prawie wszystko. Wciąż jednak pozostawała mi wiara i determinacja. Byłem całkowicie i za wszelką cenę gotów bronić tych obecnie bezcennych dla mnie wartości.
Tak więc stałem w swoich długich szatach i… nie ze złości, lecz właśnie z tej determinacji bezwiednie zaciskałem pięści. Nie dostaniesz mnie! Nie dam się tak łatwo wystrychnąć na dudka! To nieuczciwe!



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -