Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Strach z Azji rodem!

Lohikaarme & Kamiko

Azjatyckie kino ostatnimi laty przeżywa prawdziwy boom. W wielu miejscach organizowane są przeglądy filmów z tego kontynentu i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie ta tendencja miała się diametralnie zmienić. Swoista moda na kino azjatyckie nie ominęła też specyficznego gatunku filmowego, jakim jest horror.


O azjatyckim kinie grozy zrobiło się głośno na świecie dopiero pod koniec XX wieku, kiedy to powstało najwięcej horrorów opowiadających, ogólnie rzecz ujmując, o spotkaniach ludzi z istotami ze świata niematerialnego. W samej Japonii, a także poza nią, twórcy przystąpili do kręcenia coraz to nowych horrorów w mniejszym lub większym stopniu nawiązujących do takiego schematu. Jednak nie samymi opowieściami o duchach miłośnik grozy żyje. Kino Azji ma do zaoferowania liczne inne atrakcje dla spragnionego mocnych wrażeń widza.

Generalnie, można wyróżnić dwa podstawowe nurty, którymi podąża azjatycki horror. Nie będzie żadnym odkryciem, stwierdzenie, że o prymat rywalizują nastrojowe filmy grozy spod znaku duchów i zjawisk nadprzyrodzonych oraz brutalne horrory spod znaku gore. W ramach tych dwóch głównych nurtów można wyróżnić wiele pobocznych odmian, jak chociażby specyficzne dla Japonii horrory cyber-punkowe.
Horror azjatycki "mówi" dość specyficznym językiem, który nie do każdego trafia; posługuje się właściwymi sobie symbolami i nawiązaniami tak do historii, jak i wierzeń ludów zamieszkujących największy z kontynentów, których mieszkaniec Europy czy Ameryki często nie rozumie, a czasami nawet nie dostrzega. Jednak jeśli ktoś już zasmakuje w azjatyckich klimatach grozy, to czeka na niego nie jeden interesujący film...

Różne źródła podają różne daty jako swoisty przełom w azjatyckim kinie grozy. Przełom ten można datować na lata 1998/1999, kiedy to na ekrany kin weszły jedne z najsłynniejszych obecnie japońskich horrorów: "Ringu" oraz "Audition". Niekiedy wskazuje się na ten drugi film jako przyczynę mody na "azjatycką grozę". Niewątpliwie jednak złożył się na to sukces nie jednego, ale paru obrazów. Można się sprzeczać jak było w świecie, ale w Polsce i w USA sytuacja w tym względzie jest jasna i jednoznaczna. Zainteresowanie azjatyckim horrorem zaczęło się od japońskiego "Ringu". Nakręcony w 1998 roku film został wprowadzony na nasze ekrany z paroletnim opóźnieniem, niemal równocześnie z wersją amerykańską, ale mimo wszystko nie przeszkodziło mu to zdobyć wielu zwolenników. O ile "Audition" był filmem dość realistycznym, o tyle prawdziwą manie na paranormalne historie napędził (i wciąż napędza) "Ringu". Film, który można uznać za swoisty fenomen. Nie ma bowiem wielu obrazów, które doczekały się aż tylu remake'ów, sequeli, nawiązań co właśnie "Ringu". Ekranizacja powieści pod tym samym tytułem autorstwa K. Suzuki, jednego z najbardziej znanych japońskich pisarzy współczesnych, okazała się przebojem nie tylko w swej ojczyźnie. Na fali popularności powstały kolejne części mrocznej historii zabójczej kasety video (Suzuki sam kontynuował ją w serii "Rasen"). Sam tytuł filmu można interpretować na co najmniej parę sposobów: począwszy od kręgu, który widzimy na przeklętej kasecie w niektórych wersjach filmu, przez symboliczny krąg, jaki musi zatoczyć kaseta wędrując z ręki do ręki, przez wymyśloną przez fanów - również błędną wersję - jakoby "ringu" miało znaczyć po japońsku "on and on"; aż po tradycyjny dźwięk telefonu, który w fonetycznym brzmieniu przypomina nieco angielskie słowo "ring". Wszystko to jednak interpretacje powstałe post fatum lub wymyślone przez miłośników pisarza. Tak naprawdę Suzuki miał na myśli nieco inne znaczenie, jakie znalazł w słowniku pod hasłem "ring". W momencie, gdy powieść była już napisana, ale nie miała jeszcze tytułu, autor zaczął z nudów przeglądać angielsko-japoński słownik i w oko wpadło mu właśnie wspomniane słowo. W jednym z wywiadów autor wyjaśnił, że wybierając to słowo, miał na myśli jego zastosowanie jako czasownika w znaczeniu "to call someone" lub "to call out", a nie rzeczownika oznaczającego "okrąg".
Reżyser "Ringu" H. Nakata jest twórcą, któremu horror nie obcy. Zaczynał swą karierę w branży w 1996 roku, od całkiem niezłego "Joyu-rei" ("Ghost Actress"). Po dwóch latach światło dzienne ujrzał doskonały "Ringu" - film który przyniósł reżyserowi uznanie a japońskiemu kinu grozy szeroki rozgłos na całym świecie. Potem przyszła kolej na równie dobre "Dark Water" oraz nieco gorsze, ale i tak trzymające dobry poziom "Ringu 2". W między czasie reżyser próbował też sił w innych gatunkach, czego efektem są takie filmy jak np. "Chaos" (który ma sporo wspólnego z horrorem), romantyczny dramat "Sleeping Bride", a także komedia "Last Scene". Niestety, ostatnio twórca ten zrezygnował z tworzenia we własnej ojczyźnie i bez reszty poświęcił się realizacji dla amerykanów remake'ów azjatyckich horrorów. Praca Japończyka zza oceanem zaowocowała (delikatnie mówiąc) niezbyt udanym "The Ring Two". W planach reżysera na najbliższą przyszłość znajduje się remake "The Eye", którego premiera planowana jest na rok 2006.

Lata 60' przyniosły kilka filmów grozy, z których na szczególną uwagę zasługują tytuły takie, jak "Yokai Monsters", "Jigoku", "Onibaba" oraz "Kaidan". Ten ostatni jako jeden z nielicznych przedstawicieli kina grozy uzyskał nominację do Oskara, a za realizacją tego obrazu stał jeden z najlepszych japońskich reżyserów M. Kobayashi. Znany głównie jako twórca wspaniałych dramatów, który swą przygodę z kinem grozy rozpoczął i zakończył na tym właśnie filmie. Jednocześnie "Kaidan" jest obok "Samurai Rebellion" i "Human Condition" jednym z najbardziej znanych filmów tego reżysera. Długi film składający się z czterech odrębnych historii osadzonych w średniowiecznej Japonii, przepełnionych niesamowitymi zdarzeniami, duchami i mistycyzmem. Każda z opowieści to odrębna całość, która równie dobrze mogłaby egzystować jako samodzielny obraz. Na szczególna uwagę zasługuje w tym filmie sposób realizacji i niezwykle poetyckie zdjęcia - wiele ujęć to dzieła same w sobie. Wszystko to połączone z niezwykłą atmosferą, ciekawą fabułą i bardzo dobrym aktorstwem tworzy niezwykle urzekający spektakl. Co ciekawe podstawą do nakręcenia tego obrazu była twórczość L. Hearn'a, z pochodzenia Europejczyka, urodzonego w Grecji, który do Japonii wyjechał w wieku prawie 40 lat. Tam też ożenił się, przyjął japońskie obywatelstwo, a nawet zmienił imię na Koizumi Yakumo. Niestety twórca ten zmarł w kilkanaście lat po osiedleniu się w Kraju Wschodzącego Słońca, lecz - co ciekawe - Japończycy uważają go za swojego pisarza narodowego.

Ostatnimi laty powstały dwa filmy odwołujące się po części do konwencji, na której opierał się "Kaidan". Produkcje o znaczących tytułach "Three..." oraz "Three... Extremes" będące, podobnie jak tamto dzieło, zbiorem niezwiązanych z sobą fabularnie, ale powiązanych tematycznie krótkich filmów. Te dwa świeże jeszcze, międzynarodowe projekty, okazały się bardzo udanymi filmami. W "Three... Extremes" mamy okazję obejrzeć trzy upiorne opowieści pochodzące z trzech najważniejszych dalekowschodnich państw produkujących horrory, czyli Japonii, Chin i Korei Południowej. W produkcji "Three..." też uczestniczyły trzy państwa, jednak zamiast Japonii mamy Tajlandię. Oba obrazy to przykłady bardzo dobrego nastrojowego kina grozy, które wbrew powszechnemu przekonaniu o wtórności azjatyckich horrorów, ma do opowiedzenia jeszcze wiele ciekawych i intrygujących historii.

Filmem dość nietypowym jeśli chodzi o horror jest z kolei "Onibaba". Przez większość ekranowego czasu jest on doskonałym dramatem opowiadającym historię dwóch kobiet, które w wyniku wojny zmuszone są same zadbać o przetrwanie.
Fabuła filmu również jest bardzo intrygująca i oryginalna. Najlepsze zaś jest w niej to, że zdarzenia, których jesteśmy świadkami można interpretować na dwa zgoła odmienne sposoby: na płaszczyźnie czysto realistycznej jak i metafizycznej. Bardzo ważnym rekwizytem, który pojawia się w połowie filmu jest maska demona, którą nosi pewien samuraj. W filmie tym jedna z kobiet morduje samuraja, a maskę chce wykorzystać tylko do nastraszenia synowej. Jednak z czasem maska "wrasta" w twarz kobiety, która ją nałożyła. W kontekście całego filmu można to interpretować wprost - wszak samuraj, który nosił tą maskę cierpiał na przewlekłą i ciężką chorobę skóry, więc bakterie na pewno zostały na wewnętrznej części maski. Jednak równie uprawniona jest teza, że maska ta jest tylko metaforycznym symbolem odwiecznego zła, które siedzi w każdym człowieku i tylko czeka aby się ujawnić. Można by zaryzykować stwierdzenie, że kobieta ubierając maskę przedstawiającą podobiznę demona ukazała światu swe prawdziwe oblicze. Film ten wykazuje wiele powiązań z teatrem "no", gdzie częstym motywem jest stara kobieta, która pod koniec sztuki przemienia się w demona, a ogromną rolę w tym wszystkim odgrywa właśnie maska.

Niesamowite historie od wieków cieszyły się w Japonii sporym powodzeniem i zainteresowaniem wśród ludzi. Filmowcy odpowiadając na te "społeczne zapotrzebowania" realizowali coraz to nowe obrazy opisujące straszne przeżycia ludzi, którzy mieli okazję zetknąć się z istotami "z drugiej strony" (zresztą dość wspomnieć, że cały teatr "no" służył właściwie spotkaniom śmiertelników ze światem duchów i bogów). Ostatnie lata przyniosły temu nurtowi w azjatyckim kinie grozy prawdziwy wysyp nowych filmów. A w zasadzie nawał obrazów opierających się na dość podobnych założeniach (w których nawet sposoby na straszenie do najoryginalniejszych, niestety, już nie należą) sprawia, że coraz częściej podnoszą się głosy o popadaniu azjatyckiego horroru we wtórność i kopiowanie samego siebie. Coś jest w tym stwierdzeniu, bo "ringopodobnych" filmów pojawia się bardzo wiele. Jednak tendencja do powtarzania znanych i sprawdzonych tematów to obecnie trend dość popularny w filmowym światku, czego dowodem jest cała masa wszelkiego typu remake'ów. Nawet jednak wśród filmów, które garściami czerpią z poprzedników, można znaleźć wiele wartych obejrzenia pozycji.
Chociażby "The Eye", moim zdaniem, jeden z najlepszych horrorów z Azji. W ciekawy sposób ukazana została rzeczywistość, w jakiej żyją wszyscy ludzie. Świat, w którym żyjemy przepełniony jest duchami, z tym, że zobaczyć mogą je tylko nieliczne jednostki. Duchy bardzo często nie są ani złe ani dobre, po prostu trwają w czasie i przestrzeni, niekiedy nawet nieświadome tego, że nie są już żywymi ludźmi. Za produkcją tą stali, znani już w świecie azjatyckiego horroru, bracia Pang. Ich kariera w kinie grozy zaczęła się od opowieści o duchach i twórcy wciąż w wielu filmach pozostają wierni tej tematyce. Różne były efekty tego "związku". Począwszy od średniego "Bangkok Haunted" przez doskonały "The Eye" i całkiem niezłą kontynuację "The Eye 2", po zupełne nieporozumienie pod tytułem "The Eye 10". W międzyczasie powstał jeszcze utwór niepodobny do innych w dorobku tych twórców. "Ab-Normal Beauty", bo o nim mowa, był obrazem o tyle nietypowym, ponieważ nie poruszał tematyki paranormalnej, ale skupiał się na psychologicznych aspektach związanych z fascynacją śmiercią. Gdy młoda bohaterka filmu przez przypadek fotografuje ciało osoby, która zginęła w wypadku, wkracza na niebezpieczną ścieżkę położoną na granicy życia i śmieci. Od tego momentu pogrąża się coraz bardziej w chorej fascynacji śmiercią i powoli popada w obłęd. Film odznaczał się doskonałą niemal realizacją i niezłą fabułą. Nie było to pierwsze, ani nie ostatnie, odejście braci Pang od typowego horroru.

W temacie filmów o wszelkich zjawach i nawiedzonych miejscach na szczególną uwagę zasługuje seria "Ju-On". Bez wątpienia, filmy z tej serii to jedne z najlepszych "ghost movies" z Kraju Kwitnącej Wiśni. Sama fabuła odwołuje się do japońskich wierzeń, które dużą wagę przykładają do sfery niematerialnej, a opiera się na założeniu, że śmierć w gniewie prowadzi do zatrzymania na Ziemi ducha zmarłej osoby, który nie może zaznać ukojenia.

Azjatyckie horrory realizowane są niekiedy w sposób bardzo plastyczny, stawiając tajemniczy, nieco senny nastrój wyżej niż straszenie widza. Najlepszym przykładem takiego podejścia jest wspomniany już "Kaidan", wśród nowszych pozycji filmem takim jest urzekający wieloma scenami "Kakashi". Horror dość nietypowy, bo strachu w nim niewiele. Trochę podobny pod względem wykonania jest "Uzumaki". Tu też wiele razy mamy okazję podziwiać nietypowe ujęcia, w których dodatkowo pewne ciekawe szczegóły widać dopiero przy głębszym przyjrzeniu. Oba obrazy powstały zresztą na podstawie mangi autorstwa Ito Junjiego.
Na podstawie komiksu powstała też jedna z najdłuższych serii horrorów, jaką jest "Tomie". Niestety, poziom samego filmu do najwyższych nie należy i nie oferuje prawie nic, co by sprawiło, aby mógł na poważnie zainteresować miłośnika horroru. Sama historia jest nawet ciekawa, ale ani wykonanie, ani napięcie, ani nawet poziom aktorstwa nie prezentują sobą niczego, co mogłoby na dłużej zapaść w pamięci. Kolejne części serii prezentowały zbliżony poziom, bez wielkich rozczarowań, ale i bez większych rewelacji.

Dość ciekawym jest fakt, że w wielu horrorach następuje swoiste przenikanie się świata nowoczesnej techniki ze światem duchów czy zjawisk nadprzyrodzonych. Najbardziej znanym przykładem jest, oczywiście, cała seria "Ringu", gdzie elementami niosącymi ludziom śmierć i będącymi symbolami zguby były telefon i kaseta video a pośrednio także telewizor. Podobne motywy z telefonem w roli głównej spotykamy w innym japoński horrorze - w dwóch częściach "One Missed Call" (oryginalny tytuł, który brzmi "Chakushin ari" można przetłumaczyć jako "Jest sygnał") oraz w koreańskim "Phone", z tym, że w tych filmach zwiastunami zguby są telefony komórkowe.
Ciekawe podejście do spraw z pogranicza techniki i parapsychologii odnajdujemy też w bardzo oryginalnym filmie "Kairo"(co znaczy "obwód elektryczny" albo po prostu "elektryczność"). W nim jednak źródłem wszelkich nieszczęść staje się medium, bez którego wielu współczesnych ludzi nie wyobraża sobie już życia, czyli internet. Jest to smutna i niespieszna opowieść o ludzkiej bezradności w zetknięciu ze zjawiskami przekraczającymi granice percepcji. Akcja zawiązuje się dość długo nawet jak na japońskie standardy, ale to efekt w pełni zamierzony, gdyż film ten nie miał być kolejną produkcją przeznaczoną tylko i wyłącznie do straszenia widza postaciami zjaw.
Wszystkie te utwory łączy ukazanie strachu ludzi związanego - wprawdzie nie z techniką jako taką - ale z ingerencją sił wyższych, jednak fakt wykorzystania zdobyczy technologii jest niebagatelny i znaczący. Żyjemy bowiem w świecie, w którym bardzo wielu ludzi czuje się zagubionych wśród tych wszystkich migających i wydających dźwięki urządzeń. Dotyczy to zwłaszcza głównego bohatera filmu "Kairo", który pomimo iż jest młody i teoretycznie powinien być obyty z komputerami, nie zna się na nich prawie wcale i nie rozumie istoty ich działania. On też jest jednym z pierwszych, którzy za pośrednictwem sieci nawiąże kontakt z "drugą stroną". A w zasadzie to "druga strona" nawiąże kontakt z naszym światem. Zakończenie filmu nie pozostawia złudzeń co do losu, jaki spotka ludzkość. Historię tę (podobnie jak i pozostałe) można rozumieć i interpretować na parę równouprawnionych sposobów. Jednym z nich jest ostrzeżenie ludzi przed zbytnim zawierzaniem wynalazkom i stopniowym, ale na naszych oczach postępującym, uzależnianiu się ludzi od coraz to nowszych i wymyślniejszych wytworów techniki. Znamienny jest fakt, że filmy te mają rodowód w Japonii i Korei, a więc krajach bezapelacyjnie przodujących pod względem nowoczesnych technologii i informatyzacji społeczeństw.

Nieco inną drogą niż Japonia, czy Hong Kong poszła Korea Południowa, w której twórcy postawili głównie na tajemniczy nastrój w swych filmach. Wśród horrorów z tego kraju niezwykle mało jest filmów z nurtu gore czy też innych równie krwawych obrazów. Jeśli już nawet takie powstają, to w niewielkich ilościach i nigdy nie zyskują szerszego rozgłosu. Co innego koreańskie "ghost stories" i inne horrory "klimatyczne". Tych jest o wiele więcej, a pod względem poziomu wykonania, plasują się na tym samym (jeśli nie nawet wyższym) poziomie, co analogiczne produkcje z Japonii.
Jednym z najlepszych filmów grozy, jakie stworzyła Korea Południowa jest, rzecz jasna, nastrojowy "A Tale Of Two Sisters". Horror o tyle niezwykły, że nie koncentruje się na straszeniu widza wykorzystując efekt zaskoczenia głośnym dźwiękiem czy strasznym obrazem, ale skupia się głównie na przedstawieniu tragicznej i tajemniczej historii dwójki tytułowych sióstr. Wspaniale nakręcony, z odczuwalną niemal od pierwszych ujęć nieco senną tajemniczą atmosferą. Pod względem fabularnym wyprzedzający o kilka długości zdecydowaną większość innych horrorów koreańskich i ogólnie azjatyckich. Film czarujący obrazem i przedstawiający w bardzo trafny sposób dramatyczne przeżycia bohaterek, zaś całość zwieńczona doskonałym finałem, tworzy niepowtarzalne widowisko, które winduje film grozy na zupełnie nowy poziom.

Horrorem nawiązującym niemal wprost do starokoreańskich wierzeń jest film "Acacia", w którym fabuła opiera się na założeniu, że każde miejsce na świecie jest zamieszkałe przez jakiegoś ducha. Dodatkowo, mamy też poruszony problem istnienia duszy oraz tego, co się z nią dzieje po śmierci. Podobnie jak w przypadku Japonii, tak i w Korei wierzono, że w zależności od tego, czy człowiek umiera spokojnie i pogodzony ze światem, czy też w gniewie lub zostaje niewinnie zamordowany, jego dusza może zaznać spokoju lub też błąkać się nadal wśród żywych.
Bardzo interesująco przedstawia się czteroczęściowa seria "Whispering Corridors". Kolejne jej odsłony nie wykazują wprawdzie zbytniego związku z poprzednimi częściami, ale tak pod względem fabuły, jak i wykonania prezentują sobą dobry poziom. Z nowszych koreańskich horrorów warto zwrócić uwagę na: "Tell Me Something", "Bunshinsaba" (który mimo iż momentami wtórny, to jednak sam w sobie jest całkiem niezłym filmem), czy też "Cello" lub "Gabal". Swoistym powrotem do horroru wojennego był powstały w 2004 "R-Point". Jednak wbrew temu, do czego przyzwyczaiła nas seria "Man Behind The Sun" (o którym nieco szerzej wspomnę w dalszej części tekstu), tym razem wojna została potraktowana jako pretekst do przedstawienia dość typowej historii o nawiedzonym przez duchy miejscu. Wyszedł film dobry od strony technicznej i fabularnej, ale pod względem straszenia zdecydowanie słabszy.

Jednym z lepszych horrorów o duchach z ostatnich lat jest tajlandzki obraz "The Shutter". Film będący kompilacją "jump" scenek i nie najgorszej, aczkolwiek mało oryginalnej, fabuły. Całość jednak jako straszak sprawdza się znakomicie i co ważne, nie próbuje udawać, że jest czymś więcej. Horror tajlandzki przeżywa obecnie prawdziwy renesans, który owocuje sporą liczbą mniej lub bardziej udanych filmów. Obok "The Shutter" na uwagę - wśród tajskich filmów grozy - zasługują jeszcze "Krasue", "Nang Nak", "Buppah Rahtree" czy też udane połączenie horroru i komedii w postaci "Sars Wars". Jednak niestety pewna liczba bardziej popularnych tajskich horrorów prezentuje sobą nie najwyższy poziom. Najlepszym tego przykładem jest bezczelnie stylizowany na amerykańskie produkcje film "999-9999".

Bardzo ciekawe i zróżnicowane zarówno w treści, jak i w formie jest kino grozy rodem z Hong Kongu. Ten specyficzny "kraj", znany głównie z produkcji wszelkiej maści filmów akcji z wywijającymi wszystkimi kończynami bohaterami, stworzył bardzo wiele interesujących i wyróżniających się horrorów, charakteryzujących się specyficzną atmosferą, która sprawia, że są one nie do pomylenia z produkcjami z innych krajów regionu. To, co cechuje większość filmów grozy z Hong Kongu to niezwykły realizm ukazanych zdarzeń. Wszelkiego typu horrory wojenne, czy też te dotyczące zbrodni popełnianych przez człowieka, epatują niekiedy bardzo naturalistyczną brutalnością. Istnieje też jednak grupa filmów, która opiera się na nieco innych założeniach. Naturalizm i realizm (co całkiem zrozumiałe) nie dotyczy bowiem filmów, których tematyka oscyluje wokół mocy nadprzyrodzonych. Ciekawym obrazem, który wprawdzie z typowym horrorem ma niewiele wspólnego, jest seria "A Chinese Ghosts Story" (znana w Polsce jako "Chińskie Duchy"). Historia ta łączy w sobie elementy kina grozy, komedii oraz czegoś, co można by nazwać fantasy, chociaż precyzyjniej byłoby powiedzieć, że są to aluzje do chińskich wierzeń ludowych. Filmem z pogranicza realizmu i mistyki jest "Centipede Horror" (a w zasadzie "Centipede Curse"), bardzo dobry skądinąd obraz cechujący się licznymi bardzo obrzydliwymi scenami z udziałem robaków. Nietypowym horrorem jest z kolei "Hex" (czyli w oryginale "Xie"), który z początku wydaje się być kolejną zwyczajną historią o duchach, ale z czasem fabuła podąża w zupełnie nieoczekiwaną stronę. Rok 2001 udowodnił, że każdy kraj musi mieć swą własną wariację na temat "żywych trupów". Ze sporą dozą specyficznego humoru nakręcony został horror "Bio Zombie". Pomimo ograniczonego budżetu ten, nawiązujący miejscami do klasycznych obrazów o zombie, horror jest całkiem udanym filmem. Na szczególną uwagę zasługuje też film, który wprawdzie nie bazuje na nadprzyrodzonych historiach, ale przedstawione tam zdarzenia są grubo przerysowane, przez co obraz z realizmem nie ma wiele wspólnego. Akcja "Story of Ricky" wypełniona jest krwią, wnętrznościami i innymi krwawymi atrakcjami, ale wszystko podane w sposób bardzo umowny i nie do końca poważny, a mający wiele powiązań z horrorami nurtu gore.

Azjatycki nurt gore należy do zdecydowanej światowej czołówki, jeśli chodzi o prezentowanie przemocy na ekranie. Każdy, kto choć raz zetknął się z takimi filmami, jak chociażby niesławna seria "Guinea Pig", "Biotherapy", "Suicide Dolls" wie, że Japończycy nie mają sobie równych w zalewaniu ekranu krwią.
Pochodzący sprzed ponad 40 lat "Jigoku" czyli "Piekło" przez wielu uważanym jest za pierwszy film odwołujący się do estetyki gore nie tylko w japońskim kinie. Tytuł bezpośrednio nawiązuje do tego, co będziemy mieli okazję obejrzeć w tym filmie. Bowiem wraz z bohaterami mamy okazję udać się, nie gdzie indziej, tylko do samego piekła. Na długo, zanim obrazy tego typu powstały w innych krajach, bo już w roku 1960 "Jigoku" oferował krwawe widoki na ekranie, a do tego jeszcze niezłą fabułę i nieco głębsze przesłanie. Co jest zestawieniem zasługującym na uwagę, gdyż wielu przedstawicieli nurtu gore, nie grzeszy nazbyt rozbudowaną linią fabularną.
Do takich chlubnych wyjątków zalicza się też niewątpliwie "Evil Dead Trap", a zwłaszcza jego pierwsza odsłona. Tematem wyjściowym dla całej dość zakręconej opowieści jest kaseta video z nagranym okrutnym morderstwem młodej kobiety. Kaseta ta trafia do rąk reporterki wieczornego programu telewizyjnego. Ambitna kobieta postanawia wraz ze współpracownikami przeprowadzić śledztwo w tej sprawie. Historia w miarę rozwoju obfituje w coraz bardziej krwawe sceny, a sama fabuła i bohaterowie są nie do końca tym, kim się z początku wydają.
Jednak nie tylko Japończycy kręcą przepełnione krwią obrazy. Drugim krajem, który ma na swym koncie sporo filmów tego typu jest Hong Kong. Filmy takie, jak "Human Pork Chop", czy też "Untold Story" są mocnymi obrazami. Jednak najbardziej chyba znanym horrorem gore z Hong Kongu jest seria "Man Behind The Sun". Niezwykle okrutny obraz osadzony w wojennych realiach, ukazujący bestialstwo japońskich wojsk okupacyjnych na terenach Chin. Część pierwsza i druga to wstrząsający zapis drastycznych eksperymentów z użyciem broni biologicznej. Niestety, 1994 rok przyniósł trzecią odsłonę serii, która była produktem nie najwyższych lotów. Na szczęście część czwarta, pomimo zmiany głównej tematyki (nawiązanie do masakry w Nankin, w którym według różnych źródeł zginęło od 200 do 300 tysięcy ludzi), okazała się bardzo udanym filmem. Ukazane w dwóch pierwszych częściach bestialstwo przechodzi niekiedy granice wyobrażenia, ale co najbardziej szokujące do takich (a niekiedy nawet o wiele bardziej) szokujących sytuacji naprawdę dochodziło w okupowanych przez Japończyków Chinach. Do dziś zresztą ten rozdział historii pozostaje nierozliczoną kartą w stosunkach między państwami basenu Morza Chińskiego, a w Chinach i Korei wybuchają masowe demonstracje za każdym razem, gdy japoński premier odwiedza świątynię Yasukuni.
Lata 60 i 70 przyniosły w Japonii sporo filmów również odwołujących się do wydarzeń historycznych, jednak znacznie bardziej odległych w czasie. Produkcje pod wiele mówiącymi tytułami, jak chociażby "Joy of Torture" czy też nawiązujący do niego "Shogun's Sadism" stanowią kawał naprawdę mocnego i brutalnego kina. Z podaniem dokładnych lat powstania tych filmów jest pewien problem, bo różne źródła podają sprzeczne informacje na ten temat. Można by długo debatować nad tym jak jest naprawdę, ale w gruncie rzeczy nie jest to aż tak ważne. Najistotniejszy jest fakt, że obrazy te odwołują się do wydarzeń, które miały miejsce w Japonii podczas epoki Edo. Czasy, kiedy do władzy doszedł ród Tokugawa, za którego panowania nastąpiło stopniowe zamknięcie Japonii wobec świata, a także zwalczano przybyłą wraz z Europejczykami religię chrześcijańską. Do tego drugiego faktu nawiązują wspomniane wyżej obrazy, a zwłaszcza "Shogun's Sadism". Na długo przed powstaniem najsłynniejszych współczesnych filmów gore obrazy te szokowały skrajnie okrutnymi widokami na ekranie, a głownie brutalnymi i krwawymi torturami. Dość wspomnieć jedną z najsłynniejszych scen z "Shogun's Sadism", kiedy to ukazane zostaje rozrywanie człowieka na strzępy za pomocą dwóch wołów. Jednak podobnie jak w przypadku "Man Behind The Sun", tak i tutaj najbardziej przerażający jest fakt, że film nie był jeno wymysłem wyobraźni twórców, ale odwoływał się do okrutnej historii Japonii i chociażby z racji tego zasługuje na większe uznanie niż filmy pokroju "Guinea Pig".
Odchodząc jednak od kwestii historyczno-politycznych można natknąć się na nie mniej brutalne horrory. Do takowych z pewnością należy powstały w Hong Kongu "The Untold Story". Bardzo ciężki i ponury horror opisujący poczynania zwyrodniałego mordercy. Film obfituje w liczne ekstremalne sceny, które nikogo nie pozostawiają obojętnymi. Równie mocnymi i uważanymi za klasyczne przykłady ekstremalnego horroru z Hong Kongu są takie filmy jak: "Dr. Lamb", "Love to Kill" czy też "Ebola Syndrome". Wszystkie te obrazy pomimo, iż opisują diametralnie różne historie, są jednocześnie wielkimi spektaklami okrucieństwa i przemocy, której ofiarami padają najczęściej kobiety (żeby wspomnieć chociażby psychopatycznego taksówkarza, który w "Dr. Lamb" morduje prostytutki). Ekstremalnych filmów z Hong Kongu jest znacznie więcej, jednak ich poziom bywa bardzo nierówny a dostępność wielu tytułów jest znikoma.

W kinie japońskim nieco mniej odległe lata przyniosły też kilka bardzo interesujących przykładów wykorzystania gore w horrorach. Na szczególną uwagę zasługują - nakręcony w 1995 "Naked Blood" czy powstały dwa lata później nihilistyczny "Kichiku Dai Enkai".
Pierwszy film skupia się na odczuwaniu bólu przez człowieka, a konkretniej na zjawisku czerpania z tego przyjemności i niezbyt przyjemnych konsekwencji, jakie z tego wynikają. Powodem wszystkiego jest wynalazek pewnego naukowca, który sprawia, że ludzki mózg pod wpływem bólu zaczyna wytwarzać substancje odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności. Jakie są tego skutki, nietrudno się domyślić. Wszystko prowadzi do coraz okrutniejszego okaleczania własnych ciał przez młode kobiety, na których testowany jest specyfik. Film sam w sobie niesie pewne głębsze myśli, ale podane w sposób niezwykle krwawy.
"Kichiku Dai Enkai" również oferuje niezwykle krwawe i ekstremalne sceny tortur, czy też śmierci jak chociażby obcinanie głowy mieczem. Jednak pomimo całej swej niezwykle brutalnej otoczki utwór ten, podobnie jak "Naked Blood", ma ambicje bycia czymś więcej niż tylko krwawym spektaklem. I w pewnym sensie mu się to udaje. Oba zaś są bardzo solidnie nakręconymi i fachowo zrealizowanymi od strony technicznej produkcjami.

Serią zdecydowanie wyróżniająca się wśród japońskiego nurtu gore jest skrajnie nihilistyczny "All Night Long". Licząca sobie pięć odsłon seria jest jedną z lepszych, zarówno pod względem klimatu, jak i poziomu wykonania. Jego skrajnie pesymistyczna wymowa sprawia, że film pozostawia po sobie niezatarte wrażenia. Pomimo iż każda z części opowiada inną historię, to ich przesłanie jest równie dołujące, co "jedynki" i nie pozostawia złudzeń, że wcale nie żyjemy na najlepszym ze światów, a ludzie to nic nieznaczące, "brudne" istoty o wrodzonych predyspozycjach do czynienia zła.

Ciekawym i typowo japońskim motywem horrorów jest rytuał harakiri (co znaczy dosłownie "rozpruwanie brzucha"). Rytualne samobójstwo, które popełniały niekiedy nawet dzieci, jest szokującym i najczęściej absolutnie niezrozumiałym dla Europejczyka faktem. Filmów odwołujących się w mniejszy czy większy sposób do tego zagadnienia jest bardzo wiele. Nie wszystkie to horrory, ale bardzo często doskonałe dramaty. Jednakże, jako że harakiri to "rytuał" niezwykle krwawy i brutalny, więc i twórcy horrorów sięgnęli po niego i wykorzystują w swych filmach. Ostatnie lata przyniosły całą liczącą sobie już kilkanaście części serię filmów, w których jedynym tematem i jednocześnie całym sensem jest harakiri popełniane przez młode kobiety (notabene stoi to w sprzeczności z japońską tradycją, w myśl której to kobieta nie jest godna wbić sobie miecz w brzuch; powinna to zrobić w szyję). Może wydawać się to dziwne, a nawet niezrozumiałe, ale seria ta liczy sobie już ponad 10 części, z czego powszechniej znane są tylko trzy. Co ciekawe, wśród tych kilkunastu części ani razu harakiri nie popełnia mężczyzna, co może dodatkowo świadczyć o erotycznym podtekście całości. Za dowód może posłużyć na przykład film z tej serii, znany pod tytułem "Ritual Suicide" (z oryginału można przetłumaczyć jako "Harakiri uczennicy liceum"),w którym to zdjęcia martwych kobiet, wywołują swoiste podniecenie u młodej dziewczyny. W chwilę później ona także odbiera sobie życie. Całość trwa długo i jest obficie oblana krwią oraz wnętrznościami, które samobójczyni wyjmuje sobie z brzucha. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że film, którego jedyną problematyką jest harakiri musi być koniecznie krwawy.
Obrazem, który poruszając się tylko i wyłącznie w temacie seppuku przewyższa niewątpliwie pod względem treści i formy wszystkie dzisiejsze krwawe spektakle jest "Yukoku" z 1960r. Historia żołnierza armii cesarskiej, który wraz z żoną popełnia rytualne samobójstwo, przemawia z siłą o wiele większa niż przesycone krwią współczesne obrazy, chociaż i w tym filmie trochę się jej przelewa. Akcja umiejscowiona jest w bliżej nie określonym miejscu, dzieje się pod koniec epoki Meiji. Wtedy to bardzo wielu oficerów decydowało się na odebranie sobie życia najczęściej wraz z małżonką. Obraz ten jednak nie jest horrorem, ale bardziej dramatem, co wcale nie zmienia faktu, że jego wymowa jest bardzo sugestywna.
Filmem traktującym o samobójstwach (ale nie tych w wykonywanych klasycznej formie, polegających na rozkrajaniu brzucha przy pomocy ostrego narzędzia) jest "Suicide Circle". Niecodzienny jest to obraz, porusza bowiem trudne kwestie podatności ludzi na sugestię i manipulację przez media. Całą spiralę nakręca bowiem tajemniczy osobnik, który działa za pośrednictwem internetu. Gdy sprawa zaczyna być głośna, wśród młodych ludzi powstaje swoista "moda na samobójstwa". Najpełniej uwidacznia się to w scenie, gdy ktoś z grupki rozbawionej młodzieży, dla zabawy, rzuca nagle hasło, aby popełnić samobójstwo skacząc z dachu. Od słów do czynów, po chwili krawędź dachu zapełnia się trzymającymi się za rękę ludźmi. Niewinna zabawa zamienia się jednak w koszmar, gdy większość z nich skacze naprawdę. Niestety film ten nie podjął jednej z najbardziej drażliwych kwestii, jaką są samobójstwa młodzieży w Japonii, co najwyżej się o nią otarł. Nikt chętnie o tym nie mówi, ale tajemnicą Poliszynela jest fakt, że liczba młodych samobójców należy w tym kraju do najwyższych na świecie. Sam film zaś obfitował w liczne sceny zbiorowych samobójstw, ale jednocześnie niekiedy ocierał się o groteskę.

Mówiąc o azjatyckim gore nie sposób nie wspomnieć najbardziej znanej, a jednocześnie jednej z najbrutalniejszych i najbardziej krwawych serii. Połowa lat 80 to czas, gdy powstała pierwsza część okrytego złą sławą cyklu "Guinea Pig". Zarówno część pierwsza jak i druga to filmy celowo stylizowane na "snuff movies". "Devil's Experiment" w pierwotnej wersji pozbawiony był informacji o twórcach czy obsadzie, co miało spotęgować wrażenie, że oto mamy do czynienia z prawdziwym filmem snuff. Jeszcze w tym samym roku nakręcono bardziej krwawą i brutalniejszą drugą część o znamiennym podtytule "Flowers of Flesh and Blood". Film podobnie jak pierwsza część był praktycznie pozbawiony fabuły, za to oferował widzom rzadko spotykane w filmie naturalistycznie obrazy znęcania się nad bezbronnym człowiekiem. "Guinea Pig 2", jak głosi oficjalna propaganda, jest rekonstrukcją autentycznego "snuff movie", który wysłał reżyserowi fanatyczny wielbiciel jego twórczości. Ile w tym prawdy, a ile nastawionego na sensację marketingu najpewniej nigdy się tak do końca nie dowiemy. Nie zmienia to jednak faktu, że "Guinea Pig 2" pod względem okrucieństwa i realistycznych scen ustawiła poprzeczkę niezwykle wysoko. W podobnej konwencji nakręcony został też skrajnie zwyrodniały film "Niku Daruma". Z tą tylko różnicą, że w o ile "Guinea Pig" przemoc i śmieć ofiary nie miały chyba żadnego erotycznego podtekstu, o tyle w "Niku Daruma" nawet trudno mówić o podtekstach, bo wszystko jest aż nazbyt dosadnie ukazane.
Kolejne lata przyniosły rozwój serii, który jednak poszedł różnymi drogami. Części 3 i 6 były groteskowymi obrazami z mnóstwem krwi lejącej się na ekranie, ale jednocześnie twórcy puszczali do widzów oko (nie sposób zresztą brać na serio zdarzeń, które mają miejsce w tych częściach serii). Po głupawej krwawej komedii, jaką było "He Never Dies", rok 1988 przyniósł kolejną część serii. "Mermaid In Manhole" zdecydowanie najlepsza pod względem fabularnym oraz niezwykle krwawą opowieść o samotnym malarzu, przez przypadek znajdującym w kanale mityczne stworzenie, którym jest piękna syrena. Niestety, istota cierpi na jakąś tajemniczą chorobę, która powoli, lecz bezlitośnie rozkłada jej ciało. Malarz zabiera ją do swego mieszkania, gdzie chce na płótnach uwiecznić niezwykłe stworzenie. Historia całkowicie nierzeczywista nabiera jednak zupełnie innego znaczenia w świetle finału filmu, który każe spojrzeć na całość z zupełnie innej perspektywy. Rok 1989 przyniósł film, z którego klasyfikacja mają problem nawet osoby obeznane z japońskim horrorem ekstremalnym. "Lucky Sky Diamond"- uważany niekiedy za siódmą część "Guinea Pig"- jest w rzeczywistości tworem, który tylko tematycznie wpisuje się w serię, bowiem oficjalnie do niej nie należy. Obraz ten posiada niezwykły surrealistyczny klimat, który nie pozwala o sobie zapomnieć jeszcze na długo po zakończonym seansie. Jednocześnie jednak film ten obfituje w brutalne sceny, czym doskonale wpisuje się w tradycję krwawych części serii. Z tego też powodu często jest wymieniany jako nieoficjalna część "Guinea Pig".
W roku 1992 wyszła za to kolejna oficjalna część serii o podtytule "Slaughter Special", będąca w istocie zbitką najbardziej krwawych i szokujących scen z "Devil's Experiment" i "Flower of Flesh And Blood". Jaki był jednak cel wydawania takiego filmu? Naprawdę trudno zgadnąć.

Do dość mocnych obrazów zaliczanych do gore należy niewątpliwie "Ichi The Killer", którego akcja rozgrywa się w środowisku japońskiej mafii. Film autorstwa T.Miike, jednego z najbardziej popularnych współczesnych reżyserów japońskich, obfitowała w brutalne i krwawe atrakcje: obcinanie języka czy też polewanie gorącym olejem. Miike jest twórcą, u którego temat yakuzy jest niezwykle często eksploatowanym motywem. Efektem tego są najczęściej obrazy z pogranicza kilku gatunków, jak chociażby "Gozu", "Full Metal Yakuza", "The City Of Lost Souls", "Fudoh" czy wspomniany już "Ichi The Killer". Jednak twórca ten nie ogranicza się tylko do problematyki mafijnej. W bardzo licznym już dorobku ma takie nietuzinkowe obrazy, jak "Visitor Q". Klasyfikacja tego utworu do konkretnego gatunku jest bardzo utrudniona, a sam film i historia japońskiej rodziny w nim przedstawionej, należą do najdziwniejszych, jakie pokazano. Tematykę bardzo "rodzinną" przedstawia też "Happines Of The Katakuris", będący surrealistyczną mieszaniną horroru, komedii i musicalu.

Azjaci nie unikają też tematów bardziej dla nich nietypowych jak chociażby zombie. Swoiste połączenie komedii i horroru zaowocowało w 2001 roku filmem o wiele mówiącym tytule "Stacy: Attack of Schoolgirls Zombies", w którym to fabuła przedstawiała nastoletnie dziewczęta przeistaczające się w półżywe twory (coś na kształt zombie) zwane właśnie "stacy". Film ten obfitował w liczne krwawe sceny, ale motyw eksterminacji zombie nie raz był sprowadzany niemal do absurdu (w telewizji pojawia się reklama nowych wynalazków przeznaczonych do eliminacji przeistoczonych dziewczyn). Japońskie wariacje na temat żywych trupów podane w nie do końca poważnej formie, z dużą ilością bardzo specyficznego humoru, sprawdzają się nawet nieźle jako filmy na jeden raz, ale potem niestety nie chce się już do nich wracać.

Obok bardzo znanych filmów istnieje też wiele niszowych produkcji, które zasługują na uwagę nie mniej niż popularniejsze tytuły. Przyznać trzeba, że nawet krótkometrażowe filmy gore zrealizowane w Japonii trzymają bardzo dobry poziom krwawych efektów. Jednym z bardziej znanych filmów tego typu jest "Biotherapy", opowiadający historię naukowców, którzy przeżywają (a w znacznej mierze nie przeżywają) spotkania z tajemniczym przybyszem z innej planety. Film trwający nieco ponad pół godziny, ale wypełniony taką ilością krwi, że starczyłoby na obdzielenie paru innych produkcji.

Jednym z najlepszych filmów, który trudno jednoznacznie zaliczyć do któregoś z podgatunków horroru, jest "Battle Royale". Futurystyczny thriller opowiadający o uczniach szkoły średniej sprowadzonych (w myśl ustanowionego w Japonii prawa) na wyludnioną wyspę w celu pozabijania się nawzajem. Tematyka, zgoła absurdalna, zaowocowała jednym z najciekawszych i najbardziej oryginalnych filmów, któremu - jeśli klasyfikować by go tylko jako horror - najbliżej do nurtu gore. Jednak krwawe sceny są tylko dodatkiem do fabuły i prezentacji postaw poszczególnych bohaterów i zasadniczego pytania, które przewijało się przez cały film. Druga część tego niecodziennego filmu, niestety, okazała się porażką. Fundamentalne pytania i psychologiczne problemy, które stawiał pierwszy "Battle Royal", zostały sprowadzone do bezsensownego strzelania, a wszystko niemiłosiernie rozciągnięte na ponad dwie godziny projekcji.

Z filmów wykorzystujących gore w bardziej inteligentny sposób warto by też wymienić "Living Hell". Tytuł to nie na wyrost, gdyż głównego bohatera, niepełnosprawnego Yasu spotkają wydarzenia, które nie będą mieściły się w głowie. Wszystko jednak ma swoje głębsze przyczyny, zwłaszcza w przeszłości rodziny chłopaka. Już samo imię bohatera jest znaczące, Yasu można bowiem przetłumaczyć jako "Spokojny" . I faktycznie przez większość czasu chłopak dzielnie znosi kolejne sadystyczne pomysły dwóch maniakalnych kobiet, które najczęściej sprowadzają się do kolejnych krwawych i okrutnych tortur. Chociaż przyznać trzeba, że reżyser oszczędził widzom najbardziej hardcore'owych widoków, bo bez problemu mógł się posunąć o wiele dalej.

Z kinem gore blisko powiązane są horrory z podgatunku cyber-punk oraz brutalnej erotyki spod znaku pinku eiga, co tłumaczy się jako "różowy film" i jako taki jest uznawany za typ filmu pornograficznego.

Fakt, że nurt zwany cyber-punk, narodził się w Japonii jest znamienny. W kraju wciąż rozwijającym najnowsze technologie jest naturalne, że ktoś postawi w końcu pytanie: czy ludzie nie weszli w ślepą uliczkę, która do niczego nie zaprowadzi, a w bardziej pesymistycznej wizji kroczą ku własnej zagładzie, tworząc technologię, która w końcu przewyższy ich pod każdym względem? Na zachodzie podobne kwestie spopularyzował film "Matrix", jednak w Japonii już wiele lat wcześniej twórcy stawiali sobie takie problemy i może w mniej dosłowny sposób starali się mówić o tym w swoich dziełach. Filmy cyber-punk to w zdecydowanej większości obrazy animowane, które z horrorami nie mają nic wspólnego. Aktorskie filmy wykazują dużo większe powiązania z horrorem, głównie przez ukazanie rozpadu ludzkiego ciała i innych związanych z tym zagadnień. Pierwszym filmem z tego nurtu i jednocześnie jednym z bardziej znanych horrorów japońskich jest pochodzący z 1988 roku nieco surrealistyczny "Tetsuo". Jako niemal sztandarowe dzieło znajdujemy w nim wszystko, co powinien zawierać film z tego sub-gatunku. Tego typu filmy grozy to swoiste połączenie motywów kina science-fiction z horrorem. Ich akcja dzieje się zazwyczaj w czasach współczesnych lub w niezbyt odległej przyszłości, a tłem dla wydarzeń są gigantyczne, zdominowane przez technologię metropolie. To właśnie industrializm jest jednym z głównych motywów prezentowanych w dziełach z tego nurtu. Nie mniej ważne jest też ukazanie konfliktu oraz wzajemnego przenikania się świata materii ożywionej (ludzi) ze światem przedmiotów martwych (maszyny). Takie właśnie podejście do problemu możemy oglądać we wspomnianym już "Tetsuo" , w którym główny bohater powoli przeistacza się w potworną "żywą maszynę". Zazwyczaj historie te są obficie oblane krwią ludzi a nierzadko także substancjami chemicznymi pochodzącymi od maszyn. W tę stylistykę doskonale wpisuje się inny cyber-pukowy obraz z pogranicza s-f i horroru jakim jest nakręcony w 1991 roku "964 Pinocchio", którego reżyserem jest Shozin Fukui. Również w tym filmie mamy do czynienia z dość pokręconą opowieścią, dla której tłem jest wielkie miasto zamieszkałe przez mrowie anonimowych ludzi. Historia z pozoru prosta, zmienia się w pewnym momencie diametralnie, a postacie, do których już zdążyliśmy przywyknąć, zaczynają się względem siebie zachowywać w sposób niemożliwy do przewidzenia.
Nieco wcześniej powstał dziwny i mało znany film "Adventures Of Denchu Kozo". Historia opowiedziana w tej produkcji jest dziwaczna nawet jak na standardy cyber-punk, ale sam film ogląda się całkiem nieźle (oczywiście pod warunkiem, że lubi się takie odrealnione klimaty).
Innym nieco mniej znanym horrorem z tego nurtu jest pochodzący z 1996 roku "Rubber's Lover". Drugi (i jak do tej pory ostatni) pełnometrażowy obraz w dorobku twórcy wspomnianego wcześniej "964 Pinocchio", na który przyszło czekać przeszło pięć lat. Ten niecodzienny film zarejestrowany został na czarno-białej taśmie i zawiera dodatkowo sporo erotyki. Pomimo, iż w bardzo wielu miejscach, obraz ten odwołuje się do stylistyki cyber-punk, to jednak w żadnym razie nie jest to typowy przedstawiciel nurtu. W 1992 roku światło dzienne ujrzała druga część "Tetsuo" o podtytule "Body Hammer". Tym razem już na kolorowej taśmie, co zmieniło nieco nastrój filmu w porównaniu do części pierwszej.
Rok 2001 przyniósł kolejny film, który z czystym sumieniem można dopisać do cyber-punk'owej listy. "Electric Dragon 80'000V" jest filmem, który z horrorem wiele wspólnego w prawdzie nie ma, ale w stylistykę nurtu wpisuje się bardzo dobrze. Nakręcony, podobnie jak pierwszy "Tetsuo", film na czarno-białej taśmie jest przepełniony akcją oraz niezwykłymi wydarzeniami, w których - jak sam tytuł wskazuje - elektryczność odgrywa istotniejszą rolę niż w innych produkcjach. Horrory z nurtu cyber-punk to bez wątpienia jedne z najdziwniejszych obrazów, jakie w ramach kina grozy powstały. Poruszanie trudnych tematów, nie uciekanie od momentami bardzo dosłownego ukazania ludzkich cierpień, a także przekazywanie treści w postaci symboli, których znaczenie widz sam musi odczytać, sprawia, że grono miłośników tego typu filmów nie jest zbyt liczne, a i liczba samych filmów do najwyższych nie należy.

Jednym z bardziej skomplikowanych zagadnień związanych z kinem grozy, jak i z kinem w ogóle, jest wykorzystanie w nim motywów erotycznych. Azjatyckie horrory również nie omijają tego tematu, a niekiedy czynią z niego jeden z głównych motywów przewodnich. Ekstremalnym przypadkami są filmy z nurtu pinku-eiga. Bez większej przesady można by rzec, że w zasadzie jest to zwyczajna pornografia. W odniesieniu do dużej części filmów ma to pełne uzasadnienie, jednak w pewnych przypadkach erotyka połączona jest z brutalnością, gwałtami, czy różnymi dewiacjami oraz sowicie przyprawiona krwią. Niekiedy trudno jednoznacznie wyznaczyć granice, gdzie kończy się gore, a zaczyna pinku-eiga i na odwrót.
Cechą charakterystyczną dla wszystkich horrorów zahaczających o pinku-eiga jest skrajnie przedmiotowe traktowania kobiet. Komentarz do tytułów takich, jak chociażby "Flesh Meat Doll 1: Doll For Pleasure", "All Womans Are Whores", "Female Market" czy z mniej znanych np. "Raping My Virgin Slave" jest chyba absolutnie zbędny, bo po tych kilku słowach aż nazbyt jasno widać, czego można się spodziewać. Zgodnie z tradycyjnymi wartościami w społeczeństwie japońskim kobieta zawsze stała w hierarchii niżej od mężczyzny. W prawie, równy status płci wprowadziła dopiero, napisana pod dyktando amerykańskie, powojenna konstytucja Japonii, jednak od wielowiekowej "tradycji" nie tak łatwo uciec i wciąż jest to odczuwalne w japońskim (a także koreańskim) społeczeństwie.
W temacie tym warto wspomnieć jeden z najciekawszych japońskich horrorów ostatnich lat, czyli "Auditon", który nie ma z kinem pinku nic wspólnego. Bardzo dobry skądinąd film (rozpowszechniany w Polsce pod idiotycznym tytułem "Gra Wstępna") odwołujący się - chociaż w zdecydowanie łagodniejszej formie - do takiego właśnie tradycyjnego spojrzenia na kobiety, jest niekiedy traktowany jako swoista próba rozliczenia z tymi stereotypami. Momentami aż dziw, że nakręcił go mężczyzna. Finałowe sceny przez niektórych interpretowane są jako symboliczna zemsta stereotypowej ślicznej Japonki na "gatunku" męskim, od którego wycierpiała bardzo wiele.
Korzeni łączenia erotyki z horrorem w japońskim kinie szukać trzeba we wczesnych latach '60. Rok 1963 przyniósł film przez wielu uznawany za jeden z pierwszych (a niekiedy za pierwszy) eksploit w japońskiej kinematografii. "Bind Beast" nie był typowym horrorem, chociaż do nich jest też zaliczany. Historia w nim zaprezentowana opowiadała o ociemniałym rzeźbiarzu, który wraz z matką, porywa z ulicy pewną dziewczynę. Więzi ją w swym mieszkaniu i chce z niej uczynić swe kolejne dzieło sztuki. Film swego czasu zapewne kontrowersyjny, w porównaniu do powstających obecnie wytworów zwichrowanej wyobraźni twórców, zdaje się być obrazem wyjątkowo łagodnym.
O ile jednak kino eksploatacji z pierwszych lat istnienia tego nurtu było często czymś więcej niż tylko próbą przekroczenia kolejnych granic, o tyle "nowa fala" w pinku-eiga to już w zasadzie czyste kino eksploatacji, niekiedy w formach skrajnie ekstremalnych. "Niku Daruma", czy "Red Room" nawet nie próbują udawać, że niosą sobą jakiekolwiek głębsze treści. Nastawione są tylko i wyłącznie na szokowanie obrazem, z fabułą w stanie ostatecznego zaniku. Chociaż niekiedy i w tej materii zdarzają się chlubne wyjątki. Jednym z nich jest "Mu Zan E" (czyli "Bezlitosny film"). Obraz wyjątkowo brutalny z wieloma krańcowo obrzydliwymi scenami, jednocześnie jest jednak utworem wyraźnie wyróżniającym się na tle innych produkcji z tego samego nurtu. Ciekawa forma realizacji pod postacią telewizyjnego reportażu, a przede wszystkim zaskakująca fabuła, powodują, że film ten zapada w pamięć na znacznie dłużej niż inne mu podobne przykłady japońskiego kina eksploatacji.

W filmach tego typu bardzo często można się naoglądać wszelkiego rodzaju praktyk sadomasochistycznych (z wyraźnym wskazaniem na ten pierwszy człon). Jednak w azjatyckim wykonaniu, w miejscu w którym znaczna część tego typu filmów z kręgu kultury zachodniej już odpuszcza, to tu wszystko się dopiero na dobre rozkręca, prowadząc niekiedy do brutalnego morderstwa kobiety. Dokładnie taki schemat zastosowano w jednym z najbardziej chorych i zwyrodniałych filmów jakim jest "Niku Daruma".
Filmem z pogranicza pinku i horroru jest też niewątpliwie "Injure Murder Rape Film". Jeden z nowszych tworów D.Tsumabachi, autora między innymi wspomnianych "Mu Zan E" i 'Red Room". "IMRF" jest jednym z najdziwniejszych filmów, jakie przyszło mi oglądać. Opowiada historię młodej uczennicy, która na pozór niczym nie różni się od innych. Szybko jednak okazuje się, że jej życie jest zupełnie inne niż można by przypuszczać. Ludzie z jej najbliższego otoczenia i ci, z którymi jest dane się jej spotkać, to prawdziwa "galeria osobliwości". Większość nadawałby się do natychmiastowego i intensywnego leczenia psychiatrycznego. Główna bohaterka zdaje się być w całym tym towarzystwie najbardziej normalna, ale też nie do końca. Sam film zaś obfituje w brutalne sceny morderstw, gwałtów i innych dziwnych praktyk. Filmów z tego nurtu jest bardzo wiele (z bardziej znanych wspomnieć można takie tytuły jak pochodzący z późnych lat '70 "Beautiful Girl Hunter", "Eat The Schoolgirl" czy też seria "Guts Of Virgin"), ale znaczna ich część to produkcje undergroundowe, które zostały oficjalnie wydane tylko w Japonii i poza tym krajem są praktycznie nie do zdobycia.

Chociaż azjatycki horror obecnie bywa najczęściej kojarzony z historiami o duchach lub brutalnymi obrazami gore, ma on jednak też swój bardzo znaczący wkład w podgatunek filmów o potworach. Najsłynniejszego z nich nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, któż bowiem nie słyszał o Godzilli? Filmy z udziałem tego stwora powstają bez przerwy już od połowy lat 50 i pomimo, iż technika filmowa przeszła od tego czasu niesamowitą ewolucję, to japońskie filmy o tej istocie nadal są realizowane w tym samy starym stylu. Może się wydawać to nieco dziwne (chociaż może to miłość do tradycji), ale niewątpliwie nadaje serii specyficznego smaczku i niepowtarzalnego klimatu. Seria odwoływała się do ludzkich lęków związanych z rozwojem technologii wojennej i zmianami genetycznymi, do jakich może prowadzić użycie broni atomowej i w ogóle eksperymenty z rozbijaniem atomu (można tu chyba mówić o "syndromie Hiroszimy"). Duża część monstrów pojawiających się w japońskich "monster movies" to właśnie efekty różnych mutacji. Jednym z ciekawszych i mało znanych azjatyckich "monster movie" jest pochodzący z 1963 roku japoński film "Matango" (znany także pod tytułem "Attack Of Mushroom People"). Retrospektywny obraz przedstawiający dramatyczne przeżycia załogi łodzi turystycznej, która w wyniku silnego sztormu rozbija się u wybrzeża tajemniczej wyspy. Na pozór bezludna wyspa okazuje się być zamieszkała przez tajemnicze istoty będące czymś w rodzaju hybrydy ludzi i grzybów. Przesycony bardzo tajemniczą atmosferą film, podobnie jak i cykl o Godzili, odwoływał się do lęków ówczesnego świata przed igraniem z siłami, których do końca poskromić się nie da.
Do szeroko pojętej stylistyki "monster movies" nawiązują też powstałe w 1966 roku trzy części filmu "Daimajin". Tym razem jednak nie mamy do czynienia z kolejnym przerośniętym zwierzakiem, ale z czymś, co można by przyrównać do golema. Tytułowy Daimajin jest bowiem potężną kamienną statuą, która ożywa aby bronić mieszkańców niewielkiego miasta przed atakiem wroga. Dwie kolejne części (które były realizowane w tym samym czasie co "jedynka") z powodzeniem kontynuowały opowieść o żyjącym skalnym obrońcy.
Co ciekawe, swój specyficzny wkład w ten nurt kina grozy ma też jeden z najbardziej izolowanych krajów świata. Mowa oczywiście o Korei Północnej. Pomijając fakt, że największym horrorem z tego kraju są wszelkiego typu przemycone przez granicę amatorskie filmy nakręcone na północnokoreańskiej prowincji, to jednak i ten kraj może się pochwalić posiadaniem swego reprezentanta w szacownym gronie filmów grozy. Film ten, który można (a w zasadzie trzeba) zaliczyć do nurtu "monster movies" jest jak na razie jednym z nielicznych szerzej znanych reprezentantów północnokoreańskiego kina na świecie. I prawdę mówiąc nie sądzę, aby ten stan szybko uległ zmianie. Z powstaniem tego filmu zresztą związana jest przedziwna historia, a w zasadzie to międzynarodowa intryga, ponieważ reżyser Sang-ok Shin jest Koreańczykiem z Południa, a na Północ wcale nie udał się z własnej woli. Długo by opisywać dokładnie, co i jak. Dociekliwi znajdą na pewno bardziej szczegółowe informacje na ten temat. Wróćmy jednak do samego filmu. Obraz ten nakręcony w 1985 roku jest swego rodzaju odpowiedzią na japońską "Godzillę" (z którą jest ten problem, że nie za bardzo wiadomo czy klasyfikować ją do horroru czy też nie). Północnokoreański stwór nazywa się Pulgasary i taki też tytuł nosi film, w którym "odgrywa główną rolę". Wbrew pozorom nie jest to film tylko rozrywkowy, lecz w dużej mierze niosący konkretne treści, jak to zwykle bywa, podyktowane względami propagandowymi. Wspominam o tym filmie jako swoistej ciekawostce zza "żelaznej kurtyny", gdyż przez kilkanaście lat był on zakazany poza Koreą Północną i dopiero parę lat temu ujrzał światło dzienne poza swą ojczyzną Ale i tak pozostaje praktycznie nieznany.

Mówiąc o azjatyckim kinie grozy wypadałoby też wspomnieć o dość specyficznym typie filmów, jakich prawie w ogóle nie spotyka się wśród produkcji amerykańskich czy też europejskich. Mowa o horrorze w wersji animowanej, a krajem, w którym takowych produkcji powstaje najwięcej jest specjalizująca się w animacji Japonia. Sztuka rysunku ma w tym kraju bardzo długą i niezwykle bogatą tradycję, co zaowocowało powstaniem najpotężniejszego rynku komiksów i filmów animowanych.
Cieszące się wciąż niesłabnącą popularnością mangi i anime zahaczają o wszelakie możliwe aspekty, jakie tylko wymyślił człowiek. Nic więc dziwnego, że i dla rzeczy niesamowitych czy też strasznych, znalazło się tam miejsce. Jako, że artykuł niniejszy traktuje o kinie, pominę cały szeroki temat horroru w mangach, chociaż wiele filmów grozy (nie tylko animowanych) bierze swój rodowód stamtąd (żeby wspomnieć chociażby takie tytuły jak "Uzumaki", "Sky High" czy też seria "Tomie"). Jednym z najbardziej znanych animowanych filmów grozy jest "Perfect Blue". Całości, wprawdzie, bliżej do psychologicznego thrillera, niż typowego horroru, jednakże zrealizowana z pełnym profesjonalizmem tajemnicza historia obłędu, jaki dotyka młodą piosenkarkę i poczynania jej fanatycznego wielbiciela, potrafi dostarczyć lepszych wrażeń niż niejeden komercyjny film aktorski. Kolejnymi znanymi przedstawicielami horroru w świecie animacji są filmy poruszające temat wampiryzmu. Najbardziej znane tytuły poruszające tę tematykę to "Vampire Hunter D", "Blood The Last Vampire" oraz wyświetlana swego czasu w Polsce seria "Hellsing". Dwa ostatnie wykorzystują skądinąd znany z co niektórych horrorów (np. "Blade") motyw wampira zwalczającego innych krwiopijców. Pierwszy zaś też zahacza o te tematy (mamy postać pół-wampira, pół-człowieka, który poluje na wampiry), ale przedstawia historię dziejącą się w dalekiej przyszłości, gdy świat jest miejscem prawie opustoszałym. Nieco mniej znanymi "wampirycznymi" anime są takie filmy jak "Vampire Knight", czy "Vampire Princess Miyuu". Drugi z nich przedstawia historię wampirzycy, która chroni ludzi przed demonami Shinma, a krew jest zapłatą, którą ludzie muszą uiścić za takie "usługi". Co ciekawe, motyw wampiryzmu (z pojedynczymi wyjątkami jak np. powstały niedawno "Moon Child, którego jednak trudno uznać za typowy horror) jest prawie nieobecny w japońskich horrorach aktorskich, co można tłumaczyć tym, że w tradycyjnej japońskiej kulturze postać wampira jest po prostu nieznana.
Bardzo interesującym przykładem zastosowania animacji w filmach grozy jest 13 odcinkowa seria "Hundred Stories". Mroczna i tajemnicza atmosfera towarzyszy kolejnym przygodom głównych bohaterów, którzy przemierzając średniowieczną Japonię spotykają się z najróżniejszymi dziwnymi zdarzeniami. Dobrze zrealizowana i ciekawie narysowana seria jest jednym z ciekawszych rezultatów mariażu animacji i horroru.
Niekiedy w poczet horrorów anime wpisywana jest też seria "Elfen Lied". Po części można to zrozumieć, gdyż serial momentami jest dość krwawy i brutalny. Ale poza tym z horrorem wiele wspólnego nie ma. Chociaż przyznać trzeba, że kilka co mocniejszych sekwencji (jak np. otwierająca całą serię masakra w laboratorium), robi całkiem niezłe wrażenie. Zważywszy, że mamy do czynienia z filmem animowanym klasyczną metoda rysunkową. Filmów anime bardziej lub mniej zahaczających o tematy powiązane z horrorem można by wskazać więcej, ale jest z nimi dość poważny problem, gdyż wiele tytułów bardzo trudno jednoznacznie sklasyfikować.

Co prawda na hasło "horror azjatycki" większość osób automatycznie kieruje swe myśli na Daleki Wschód w stronę państw basenu Morza Żółtego i Japońskiego, to jednak znaczna część pozostałych państw Azji też może się pochwalić posiadaniem w swej "filmotece narodowej" przedstawicieli kina grozy. Niestety, omijając horrory z Tajlandii, które ostatnio coraz liczniej zdobywają rynek oaz pojedyncze przypadki z innych państw, to w większości są to filmy praktycznie nieznane poza krajem, w którym powstały. Mowa przede wszystkim o horrorach rodem z Turcji, Pakistanu, Indii, Malezji czy Indonezji. Większość, niestety, jest nie do zdobycia poza ich ojczyzną, ale na szczęście zdarzają się wyjątki, które trafiają do szerszego grona odbiorców. Do takowych filmów z pewnością należą "Seytan", czyli turecka (notabene niezbyt udana) wariacja na temat "Egzorcysty" oraz pochodzący również z tego kraju "Okul" będący dziwną mieszaniną horroru i komedii. Jedynym bardziej znanym horrorem z Pakistanu, jest czarno-biały film o znamiennym tytule "Dracula in Pakistan". Jednak ta jaskółka wiosny nie czyni i horrory z krajów arabskiego kręgu kulturowego, to wciąż tylko nieliczne wyjątki na tle produkcji dalekowschodnich.
Indie są krajem, w którym co roku kręci się niewyobrażalne wręcz ilości filmów. To, co trafia do zachodniego odbiorcy to tylko znikomy promil całości indyjskiej produkcji. Również serwisy filmowe nie podają pełnej liczby filmów, którymi mogą poszczycić się Indie. Niestety, horror indyjski wciąż pozostaje praktycznie nieznany dla innych nacji niż Hindusi. Niewątpliwie, jednym z bardziej znanych i nowszych produkcji jest "Naina". Obraz ten spotkał się z niezbyt przychylnymi recenzjami. Ale fakt jest faktem, że filmem tym Hindusi ubiegli trochę Amerykanów, gdyż jest to nic innego jak remake (chociaż wielu używa w tym miejscy bardziej dosadnego określenia "kopia") "The Eye". Zresztą, to już swego rodzaju specyfika hinduskich produkcji, że jak już coś kopiują, to bez zbędnych formalności czy udawania, że tworzą coś nowego na starym fundamencie. Z filmów grozy, które trafiły na zachód, można wymienić jeszcze takie pozycje jak "Hawa" czy "Rakht", który też w dużej mierze kopiuje zachodnie produkcje..

Dokładną liczbę horrorów z Azji nie sposób podać, gdyż nie ma praktycznie miesiąca, aby nie powstało kilka nowych tytułów. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że pomimo rozwoju rynku DVD oraz niezwykłej popularności azjatyckiej grozy w ciągu ostatnich lat, wiele filmów pozostaje praktycznie nieznanych poza swą ojczyzną. Ogólną liczbę filmów grozy nakręconych do tej pory w krajach azjatyckich można z grubsza oszacować na około 1200-1300 tytułów. Z czego niemal połowa przypada na Japonię, a już ponad 85% na (nazwijmy to tak) "wielką czwórkę" czyli w kolejności Japonię, Hong Kong, Koreę Południową i Filipiny. Pozostała liczba rozkłada się na inne kraje regionu, jak chociażby na poczynającą sobie coraz śmielej w świecie horrorów, Tajlandię.
W porównaniu do produkcji amerykańskich czy nawet europejskich nie jest to wprawdzie liczba, która rzuca na kolana, ale zważywszy na fakt, że całkiem sporo (w zależności od kraju jest to od około 20% w przypadku Hong Kongu, do przeszło 70% w Tajlandii) produkcji przypada na ostanie 5 lat, toteż spokojnie można liczyć, że w ciągu najbliższych lat ta liczba będzie systematycznie wzrastać, co z pewnością ucieszy wszystkich miłośników azjatyckiego horroru.

Prognozy na przyszłość są dla azjatyckiego kina grozy optymistyczne. Pomimo iż coraz częściej twórcy popadają w monotematyczność, zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. "ghost movies", to jednak wciąż wielu ludzi uważa właśnie Azję za miejsce, w którym odradza się współczesny horror. Dowodem tego mogą być liczne amerykańskie remake'i najsłynniejszych horrorów. Swoich zamerykanizowanych wersji doczekały się już takie filmy jak "Ringu", "Ju-On". W kolejce czekają kolejne, żeby wymienić chociażby "Kairo", "A Tale Of Two Sisters", "R-Point", "The Shutter" i wiele innych. Niestety, a może na szczęście, w odniesieniu do zdecydowanej większości takich filmów sprawdza się zasada, że "wszystko co oryginalne jest lepsze", gdyż przeniesione w zachodnie realia filmy tracą swój specyficzny klimat, który jest jedną z głównych cech odróżniających je od reszty światowej produkcji. Pozostaje też mieć nadzieje, że z czasem do łask wrócą też horrory gore, ale w bardziej inteligentnym wydaniu, niż co niektóre współczesne "wynalazki" chorej wyobraźni twórców.


Na forum: Podyskutuj o tym artykule


HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!
HO, Publicystyka - Strach z Azji rodem!

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -