Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Wywiad z Mają Lidią Kossakowską

Molly

Maja Lidia Kossakowska jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie ukończyła archeologię śródziemnomorską oraz wcześniej Liceum Sztuk Plastycznych. Zadebiutowała opowiadaniem „Mucha”, ukazanym w piśmie Fenix w 1997 roku. Została wielokrotnie wyróżniania, min. uzyskała nominację do Nagrody im. Janusza Zajdla, w 2002 roku otrzymała nagrodę pisarzy SF – Srebrny Glob. Ma na swoim koncie kilka wydanych książek (Ruda Sfora, Zakon Krańca Świata, Siewca wiatru czy Obrońcy Królestwa), oraz kilkanaście opowiadań (Smutek, Więzy krwi, Serce wołu, Smuga krwi, Dopuszczalne straty, Zobaczyć czerwień, Światło w tunelu).


Molly: Z końcem lutego, na sklepowe półki trafiła książka „Więzy krwi”. Czytając w jej opisie, iż jest to zbiór intrygujących i pełnokrwistych opowiadań, w których dominuje klimat zagłady, beznadziejności i śmierci, aż dziw bierze, że opisuje to autorka, która utożsamia się głównie z nurtem fantastycznym. Skąd pomysł na tak mroczną pozycję?

Zaraz, coś mi tu trochę nie pasuje. Czy na pewno mówimy o tej samej książce? To nie jest przecież jakiś podręcznik bestialstw, czy weekendowy kurs popadania w depresję. Złożyłam po prostu zbiór opowiadań, pisanych w ciągu dekady od mojego debiutu i rozsianych po różnych czasopismach i antologiach. Nie uważam ich wcale za szczególnie mroczne. I żywię głęboką nadzieję, że beznadziejne też nie są. Ot, historyjki, głównie w klimacie grozy. Już do dziesięciu lat piszę fantastykę, więc uznałam, że to będzie dobry pomysł na zbiór. A tak przy okazji, dlaczego mroczny nastrój miałby nie pasować do fantastyki? I żeby aż dziw brał, że autorka i podobne klimaty? Mnie po prostu nie bardzo kręcą jakieś posuwiste, łagodne i pogodne bajędy o sforach księżniczek, złotych smokach, albo co gorsza smoczycach, i magii takiej jak z podręcznika wiccarki. Lubię prozę pisaną emocjonalnie, takie krwiste opowiadania, które można zapamiętać, którymi można się przejąć. A przy okazji zapewniające dobrą rozrywkę. Takie staram się wymyślać. A czy to wychodzi, muszą ocenić czytelnicy.

Molly: Skończyła Pani archeologię śródziemnomorską, jak kierunek ten ma się do pracy wykonywanej przez Panią aktualnie?

Ponieważ aktualnie piszę właściwie zawodowo, to, paradoksalnie, ma się całkiem dobrze. Wiele inspiracji czerpię ze źródeł i wiedzy, do której znalazłam dostęp dzięki archeologii. Mam na myśli różne mitologie, zabytki literackie, teksy magiczne, a także to, co nauka wie o strukturach starożytnych społeczeństw, ich kulturze, wierzeniach, życiu codziennym, sztuce, rzemiośle. Takie wiadomości są dla mnie bardzo nośne, pomagają wymyślać własne światy i opowiadać własne historie.

Molly: Kiedy właściwie zaczęła się Pani przygoda z pisarstwem i skąd wzięło się zafascynowanie właśnie fantastyką?

To dość trudne pytanie, bo właściwie nie pamiętam. Już jako bardzo mała dziewczynka pisałam rożne opowiastki o zwierzątkach, które coś tam postanawiały razem zdziałać, ale bardzo szybko zastąpili je kosmonauci. I poważna, twarda hard- sf, taka z heroicznymi dylematami, ratowaniem zamieszkałych planet kosztem własnego życia, a także odpowiednio kosmicznymi problemami. Skrobałam to wszystko w brulionach w kratkę, okropnie przejęta. Może gdzieś u rodziców zachował się z jeden. Ale oprócz fantastyki wymyślałam też wtedy powieść o prywatnym detektywie, takim w typie Filipa Marlowa, z domieszką bohaterów rodem z Alastaira McLeana. A dlaczego fantastyka? To może wiedzieć tylko ten dziwoląg, który siedzi w mojej głowie i wymyśla wszystkie historie. Jak na razie nie przyznał się, dlaczego nie interesuje go co innego. Ale mnie z tym dobrze, więc nie narzekam. Fantastykę czytało się w moim domu, na równi z inną literaturą, moi rodzice nigdy nie wartościowali książek na odpowiednio poważne, głównonurtowe i banalne, uchodzące za gorsze, jak fantastyka. To oni nauczyli mnie, na czym polega przyjemność czytania i jak odróżnić dobry tekst od złego. Nie patrząc na pozorne pseudogłębie i podobny bełkot, sprzedawany jako niezwykle poważne i wartościowe dzieła. Nikt się nie zżymał, że czytam na przykład Chandlera i nie pakował mi w ręce, powiedzmy, Kierkegaarda. Co nie znaczy, że nie znam klasyki literatury. Mam za sobą tony Balzaków, Dostojewskich, Dickensów, Flaubertów i podobnych, bo po prostu lubię czytać, w wtedy miałam więcej czasu na tę frajdę. Wiedziałam więc, z czego wybieram, decydując się na fantastykę.

Molly: Głównym Pani zainteresowaniem jest angelologia. Trzeba przyznać, że to bardzo oryginalna dziedzina wiedzy, z której czerpie Pani bardzo wiele w swych pracach. Jednak można zauważyć, iż przełamuje Pani pewne stereotypy, gdyż świat w nich przedstawiony nie jest sielanką. Czy to celowe działanie?

Przerażająco dużo rzeczy robię celowo. Naprawdę. Jeśli się dobrze zastanowić, to wręcz wszystkie. Bezcelowo, być może, lunatykuję. Ale nawet jeśli tak jest, nic o tym nie wiem, bo wtedy śpię. Chociaż w domu nie widać śladów moich hipotetycznych nocnych eskapad, więc pewnie śpię także celowo. Straszne, ale tak, zdaje się, funkcjonuje ludzki umysł. A z tymi aniołami, to też nie tak. Nie mogę się w żadnym wypadku zgodzić na tę dominację anielskich wątków. Ja mam różne zainteresowania, czasem znacznie głębsze, niż w wypadku angelologii, a czasem całkiem banalne. Choćby szamanizm ciekawi mnie dłużej i bardziej niż świat skrzydlatych. Owszem, napisałam sporo o aniołach, ale znacznie więcej o innych rzeczach. Lubię piekielno- niebiańskie klimaty, ale to nie jest przecież jakiś rodzaj obsesji. Nie siedzę całymi dniami w świętych księgach, nie nauczyłam się ani słowa po henochiańsku, nie odwołuję się bez przerwy do duchowych opiekunów, nie widuję swego anioła stróża, na szczęście, i nie czekam z niecierpliwością, aż wyrosną mi skrzydła. To prawda, że w ogólnym rozumieniu anioł to taki słodki ciamajda w białej szatce, albo promienna dziewoja z cudnym obliczem, aż kapiąca od lukru. Jednak wystarczy choćby troszeczkę liznąć źródła, żeby się przekonać, że przeciętny skrzydlaty to istota dość przerażająca, przychodząca do nas w różnych, nie zawsze dobrych intencjach. Prawie każdy prorok czy zwykły człowiek, który napotkał na swej drodze anioła padał na twarz, o mało nie zemdlawszy ze strachu. A pierwsze słowa, jakie kierował do niego skrzydlaty brzmiały: „Nie lękaj się!”. To chyba wiele wyjaśnia. Mnie zafascynował właśnie taki starożytny, bardzo ludzki wizerunek anioła, przed przyplątaniem się do ich przedstawiania i pojmowania myśli gnostyckiej czy greckiego platonizmu. To było dla mnie właśnie fajne, że mieszkańcy Niebios intrygują, zdradzają, kochają i nienawidzą, że są do nas podobni. W tym znalazłam materiał na ciekawą historyjkę. A czy opisałam to świadomie? O rany, przynajmniej starałam się. Nie byłoby dobrze, gdyby w moich tekstach tak nagle coś wychodziło, mimochodem, nie zależnie od mojej woli. Muszę mieć nad opowieścią kontrolę, inaczej nie byłabym w stanie nic napisać. Bo jak by to wyglądało? Walę w klawiaturę, walę i nagle coś tam powstaje. Ale ups! Mieli być sielankowi aniołkowie, a tu proszę, walą się po pyskach i klną. No nie, nie nastąpiła tu podobna sytuacja. Zapewniam.

Molly: Skoro jest Pani ekspertką od Aniołów, to czy można wnioskować, że wierzy w nie Pani?

Gdybym została nazwana ekspertką od, powiedzmy, Muminków i zapytana o to samo, musiałabym ze smutkiem odpowiedzieć, że nie, raczej nie wierzę, żeby Dolinę można było odnaleźć gdzieś w Szwecji. Mimo to w duszy żywię odrobinę nadziei, że świat nie jest taki do końca oswojony i opisany naukowo. Naprawdę fajnie by było, gdyby w Tybecie uchował się choć jeden Yeti, w jeziorze Loch Ness mała rodzinka Nessich, a w Kornwalii malutki, całkiem niegroźny kelpie. Ale z aniołami jest trochę inaczej. Tu już potrafią wplątać się kwestie wiary i dogmatów. Właściwie to wierzę, choć nie sadzę, żeby przypominali tych z kart „Siewcy Wiatru”. Chociaż, gdyby przypominali, to pewnie miałabym u nich jakieś fory, prawda?

Molly: Często istoty opisywane przez Panią obdarzone są ludzkimi cechami, czy ma to może odzwierciedlenie w życiu osobistym? Utożsamia je Pani z cechami osób bliskich Pani, a może z własnymi cechami?

No, chyba mam jakieś ludzkie cechy, jednak. Chociaż trochę. Trzeba by spytać mojego męża, rodziców, przyjaciół. Nie jestem, raczej potworem. Obcym też nie. Kiedy przeglądam się w lustrze, wydaje się sobie podobna do innych istot ludzkich. No to jakieś cechy pokrewne reszcie gatunku, siłą rzeczy też muszę mieć. A jeśli chodzi o literaturę, to istoty, które opisuję, najczęściej są po prostu są ludźmi. W wypadku aniołów także. Oczywiście, staram się, żeby bohaterowie mieli porządnie zbudowaną osobowość, nie byli papierowi. Jednak nie muszę w tym celu opisywać cech i postaci jakichś konkretnych osób. Czytając moje teksty nie sposób znaleźć przedstawionych tam moich znajomych, czy ludzi, których kiedyś spotkałam na swej drodze. Oczywiście, życiowe poglądy i doświadczenia zawsze przeciekną jakoś do opowiadanych historii, ale jeśli chodzi o mnie, to nigdy nie są to jakiś konkretne rzeczy i osoby.

Molly: W opisach można dostrzec również pozytywne i negatywne cechy człowieczeństwa. Czy jest to jakaś próba ukazania rzeczywistości?

Cała literatura to w sumie zapis zmagań autorów z ukazywaniem rzeczywistości. Pomijając jakieś eksperymenty czysto formalne, których nie cenię, jak na przykład, zapisywanie kartek jednym słowem w kółko, albo bazgrolenie przypadkowych wyrazów, zupełnie z sobą nie związanych. Człowiek, który mieni się być pisarzem, siłą rzeczy musi jakoś się odnosić do rzeczywistości, choćby pisał fantastykę. Bo sam jest w niej zakotwiczony, otacza ona także jego czytelników. Żeby ktoś mógł przejąć się losem bohatera i opowiadaną historią, musi zrozumieć co się właściwie dzieje, polubić bądź znielubić jakieś opisane postaci, kibicować im lub życzyć wszystkiego najgorszego. A to znaczy, że sprawy poruszone w książce powinny być mu bliskie, obchodzić go jakoś. Wydumane problemy dziwacznych i nieznośnie obcych bohaterów nikogo tak naprawdę nie zajmą. Rzeczywistość to platforma, na której wszyscy się poruszamy. Nawet gdy fantazjujemy.

Molly: A czy jakieś wydarzenia z Pani życia mają wpływ na tworzenie opowieści?

W większości przypadków, nie. Wystrzegam się raczej jakichś wątków autobiograficznych. Uważam, że są niepotrzebne i źle robią wyobraźni pisarza. Ale pewnie, to z czym się spotykam na co dzień, o mnie otacza i to co spotyka mnie i bliskich mi ludzi, oddziałuje na mnie, kształtuje mój charakter, opinie, poglądy, priorytety. I to się pewnie przenosi na opowieści. Choćby w taki sposób, że tworząc sympatyczną postać opieram się na tych cechach, które sama uważam za sympatyczne. I odwrotnie, w wypadku bohatera negatywnego. Bywa, że w moich książkach jako tło, pojawiają się miejsca, które kiedyś odwiedziłam. Inspirują mnie do stworzenia jakiegoś „książkowego” krajobrazu, albo, w wypadku opowieści rozgrywających się w rzeczywistości, służą jako wiarygodne dekoracje.

Molly: Czy chciałaby Pani żyć w świecie wykreowanym w swoich opowiadaniach?

No dobrze, ale których? Trochę ich było. Jeśli chodzi o anielskie, to nie za bardzo. To nie jest świat przyjazny ludziom. Gdzie bym wylądowała? W Limbo? W Krainach Poza Czasem? W Otchłani, Boże uchowaj? W Królestwie w grę wchodzi tylko zaświat, ale tam się nie spieszę. Na planecie opisanej w „Smutku” też nie byłoby różowo. Na wyspie z archipelagu Salomona, ze „Szkarłatnej fali”? Dobra, pięknie, ale zbyt wilgotno i warunki nieco za prymitywne. W „Dioramie”? Brrrr, nie ma mowy! Ostatecznie może być domek w Brnie, z widokiem na twierdzę Spielberk, ale chyba ostatecznie zostanę jednak w domu.

Molly: Czy zastanawiała się Pani kiedykolwiek nad możliwością ekranizacji którejś z Pani książek? Miałaby Pani już jakieś konkretne typy, sugestie co do osoby reżysera i obsady?

No, to oczywiście piękne marzenie. Miło je sobie poobracać w głowie, pobawić się trochę w nierealne gdybanie. Jako nastolatka, przez jakiś czas marzyłam, żeby zostać reżyserem filmowym, ale szybko przekonałam się, że znacznie lepiej jest opisywać swoje filmy prozą. Odpada użeranie się z producentami, fochy słynnych aktorów i martwienie się o budżet. Nie wszyscy moi bohaterowie mają swoich odpowiedników wśród znanych aktorów. Do tej pory nie mogę się zdecydować, kto miałby na przykład grać Larsa Bergersona. Natomiast dobrze wiem, jak wygląda Daimon Frey. Zdecydowanie ma twarz i sylwetkę Michaela Wincotta, który grał na przykład w kultowym „Kruku”. W roli Asmodeusza widziałabym Tima Rotha, ale czytelnicy, z którymi bawiłam się w takie podstawianie znanych postaci pod moich bohaterów jednogłośnie wybrali Johnniego Deepa. Dałam za wygraną, ale mistrz katowski Ambrosius już na pewno musiałby być zagrany przez Tima Rotha. Wymyślając tę postać miałam przed oczami rysy i gesty tego znakomitego aktora.

Molly: Dlaczego nie podpisuje Pani książek nazwiskiem męża? Czy uważa Pani, iż popularność męża mogłaby mieć wpływ na Pani karierę?

Najprostsza odpowiedź brzmi, bo to nazwisko męża. Ja zachowałam swoje, więc oficjalnie, w dokumentach mam podwójne. Ponieważ debiutowałam i znalazłam swoje miejsce na rynku, pod panieńskim nazwiskiem, a mój mąż także jest czynnym pisarzem, żeby nie mieszać i nie kombinować, zdecydowałam się nie dodawać drugiego członu nazwiska na okładkach książek. No bo jak by to wyglądało? Tu jeden Grzędowicz, facet. Tam jakaś Grzędowicz, kobieta, ale w dodatku Kossakowska. Czysta schizofrenia. Czytelnik nie musi się orientować w naszej sytuacji rodzinnej. Dlatego lepiej było zostawić wszystko jak dawniej. Jarek pisze pod swoim nazwiskiem, ja pod swoim. A popularność nie ma tu nic do rzeczy.

Molly: Jest Pani bardzo wszechstronną osobą: realizacja programów w Telewizji, dziennikarka, malowanie obrazów... Kiedy znajduje Pani czas na pisanie?

To wygląda zupełnie odwrotnie. Ja jestem pisarzem zawodowym. To moja praca. Cała reszta stanowi dodatki. W tej chwili już nie zajmuję się dziennikarstwem telewizyjnym, między innymi dlatego, że zajmowało mi zbyt dużo czasu, odciągało od najważniejszej dla mnie rzeczy, pisania. A malowanie i kilka innych rozrywek to po prostu hobby, któremu oddaję się, w wolnym czasie, żeby odpocząć.

Molly: Czy muzyka pomaga Pani w pracy; pozwala się skupić, odpręża i relaksuje czy może woli Pani pracować w ciszy?

Kiedy siadam do komputera, żeby pisać, wokół musi panować cisza. Inaczej trudno mi się skupić. Ale kiedy wymyślam całą opowieść, konstruuję poszczególne sceny, potrzebuję muzyki. Pomaga mi znaleźć właściwy nastrój, oderwać się od świata na czas, w którym muszę znaleźć się wewnątrz rozgrywającej się w mojej głowie historii. Należę bowiem do tych pisarzy, którzy najpierw muszą wszystko wymyślić od a do z, a dopiero potem siadają do pisania. Po prostu taki mam styl pracy.

Molly: Czy podgląda Pani czasem poczynania młodych pisarzy - amatorów, zajmujących się fantastyką? Jak Pani myśli, jaka jest przed nimi przyszłość?

Nie jestem aż tak dobrą wiedźmą, żeby wieszczyć w takich sprawach. Moja szklana kula milczy na ten temat. Ale owszem, młodzi pisarze często się do mnie odzywają, przysyłają swoje teksty. To naprawdę miłe, że mają do mnie tyle zaufania. Zwykle staram się ich zachęcić do dalszej pracy, lecz nie oceniam tych prób, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Nie czuję się też na siłach, żeby występować jako krytyk. Jestem pisarzem, a nie poradnikiem dla literatów.

Molly: Czy może Pani udzielić paru rad początkującym pisarzom, którzy dopiero zaczynają przygodę z pisarstwem?

Mogę spróbować. Przede wszystkim, choć zabrzmi to jak banał, trzeba dużo czytać. Wyrobić sobie zmysł, pozwalający odróżnić dobrą literaturę od złej. A potem zabrać się za szlifowanie warsztatu. Bo warsztat jest szczególnie ważny. To jak gra na trudnym instrumencie. Żeby stać się prawdziwym wirtuozem, trzeba najpierw doskonale poznać instrument, dowiedzieć się, co można z niego wycisnąć, w czym jest dobry, a gdzie troszeczkę zawodzi. Po to są kluby literackie, warsztaty, oczywiście nie takie, gdzie chodzi tylko o to, żeby wyżyć się na młodym twórcy i złośliwie go zjechać, kąciki porad, takie jak na przykład ten prowadzony przez Feliksa Kresa. Ale nic nie zastąpi własnej pracy i sporej dozy samokrytycyzmu.

Molly: Których pisarzy ceni Pani sobie najbardziej?

Dobrych pisarzy, oczywiście.

Molly: Co Pani sądzi o współczesnym kinie? Często chodzi Pani do kina, a może woli Pani teatr, operę czy muzeum?

Bardzo lubię kino, a kiedyś, w dzieciństwie, naprawdę uwielbiałam. Zawsze miałam taką obsesję, żeby zatrzymać dla siebie obraz filmowy, zapamiętać jak najwięcej. Zbierałam fotosy, scenariusze, na ulubione filmy chodziłam do kina po kilka razy. Pojawienie się wideo to był dla mnie radosny szok. Wreszcie mogłam zachować dla siebie cały film! Ale na początku wcale nie było łatwo dostać kasety z filmami. Ludzie nie kupowali ich na własność, wystarczyły im wypożyczalnie. Więc ja, za horrendalne sumy, kupowałam kasety z licencją na wypożyczanie, żeby tylko mieć upragniony film. To rzeczywiście graniczyło z obsesją. Pamiętam, że biegałam po sklepach we Francji, szukając filmów Jarmusha i Tarantino. Na polskich odtwarzaczach nie chciały działać, trzeba było je przegrywać w specjalnych punktach, ale mnie nic nie mogło powstrzymać. Dorwanie takiego upragnionego filmu, to było wspaniałe przeżycie. Teraz nikt nie przeżywa takich wzruszeń, bo w powszechnym użyciu jest dvd. A muzea też są fajne. Interesuję się sztuką, skończyłam liceum plastyczne, przez chwilę nawet zastanawiałam się, czy nie wybrać historii sztuki jako kierunku studiów, ale wybrałam archeologię, bo wydawała mi się mniej kostyczna, ciekawsza. Ogromnie lubię ekspozycje archeologiczne i etnograficzne, wykopaliska, odtwórstwo historyczne, skanseny archeologiczne. Można się dowiedzieć mnóstwa rzeczy, ciekawych i pożytecznych dla pisarza fantastyki. Jak wyglądały przedmioty codziennego użytku, naczynia, broń, wnętrza. To cenna wiedza, zwłaszcza gdy chce się pisać porządne fantasy. Do opery chodziłam z babcią, gdy byłam małą dziewczynką i wtedy okropnie mnie bawiła. Teraz bardzo rzadko bywam w operze. Zbyt statyczna rozrywka, na mój gust.

Molly: Jak zapatruje się Pani na kino grozy, które w ostatnich latach przeżywa prawdziwy rozkwit?

Bardzo lubię kino grozy. Ostatnio oglądam dużo produkcji azjatyckich i to nie tylko takich, które wychodzą w, skądinąd, bardzo przyzwoitych seriach wydawniczych na dvd. Ale nie ograniczam się tylko do produkcji z Dalekiego Wschodu. Lubię też inne filmy tego gatunku, na przykład amerykańskie.

Molly: Jaki stosunek ma Pani do samego gatunku horroru, który chociaż wywodzi się z fantastyki, posuwa się przecież o wiele dalej w brutalności, przemocy, a często odrazie? Nie przeraża Pani czasem świadomość tego, co drzemie w umysłach pisarzy zajmujących się kreowaniem grozy na kartach swoich książek?

Do licha, przecież oni nie kreują żadnej grozy! Snują tylko stare jak świat opowieści niesamowite, i chwała im za to! Prawdziwą grozę to tworzył taki Stalin, Hitler albo Pol Pot. Ale z tego co wiem, oni nie czytywali opowieści grozy, tylko dzieła filozoficzne. Więc co jest bardziej szkodliwe dla umysłu? Horror czy filozofia? Ja bym stawiała na to drugie. Opowieści o siłach nadprzyrodzonych, o duchach, upiorach czy innych okropnościach są stare jak świat. Oswajają ludzkie lęki przed nieznanym, niewiadomym, przed śmiercią i zaświatami. Nie ma w nich nic złego. Są naturalne, pomagają rozładować emocje, przeżyć chwile grozy bez realnego zagrożenia, jako czystą rozrywkę. W tym tkwi ich siła.

Molly: Pani ulubiony horror - książka i film?

Hmm… sporo by trzeba wymieniać. Z pewnością ogólnie proza Kinga. Jego książki są świetnie napisane, przepojone grozą nawet kiedy przez sześć tomów czyta się o życiu mieszkańców małego miasteczka w stanie Maine. Wspaniale czyta się także Carrolla. Z pojedynczych pozycji wymieniłabym słynnego „Harrego Angela” a także „Zielonego człowieka” autorstwa Kingsleya Amisa. Dużo byłoby tych powieści. Nie jestem w stanie dalej wymieniać, bo wciąż mam wrażenie, że pomijam coś istotnego. Podobnie jest z filmami. Do głowy przychodzi mi najpierw doskonały „Kręgosłup diabła” Del Toro, a także wspaniały, zapomniany „Dust devil”. Lubię serię „Hellraiser” i pierwszego, kultowego „Kruka”. A także starych i dobrych „Straconych chłopców”. Ostatnio bardzo mi się podobał serial grozy „Carnivale”. Wspaniały pomysł i realia. Lubię też, jak wspomniałam, horrory azjatyckie, zwłaszcza japońskie, choć czasem bywają zupełnie odjechane.

Molly: Jaką książkę zabrałaby Pani na bezludną wyspę?

Oczywiście oprócz podręcznika survivalu i praktycznego podręcznika budowy łodzi? Zbyt wiele książek ma dla mnie znaczenie, żebym zdecydowała się wybrać jedną. Chyba wolałabym mnóstwo brulionów i ołówków. Wtedy mogłabym łatwiej znieść samotność i zabijać czas, wymyślając sobie historie. To wymaga dużo wysiłku i nie nudzi mi się. A po wielu latach mogłabym czytać własne książki, wcześniej napisane, które byłyby dla mnie jak nowe. Słowem, same korzyści.

Molly: Czy ma Pani w planach kolejną powieść?

Powieść, pod tytułem „Ruda Sfora”, właśnie skończyłam. To historia rozgrywając się w świecie mitów i wierzeń ludów Syberii, a szczególnie Jakutów, choć korzystałam też z folkloru Buriatów, Nieńców, Tunguzów, a nawet Eskimosów Grenlandzkich. Wszystkim, którzy nie znoszą zimy zdradzę, że to opowieść z tajgi, a nie śnieżnych połaci północy. Będą tam szamani, herosi, demony i dużo przygód, mam nadzieję, że czytelnicy tę powieść polubią. A ja właśnie zabieram się za następny projekt pod tytułem „Upiór Południa”. Na tę książkę będą się składać cztery mikropowieści grozy połączone jednym wspólnym kluczem, który stanowi upał.

Molly: Serdecznie dziękuję za udzielenie wywiadu, życzę dalszych sukcesów!

Ja również bardzo dziękuję i serdecznie pozdrawiam.


HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską
HO, Wywiady - Wywiad z Mają Lidią Kossakowską

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -