Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Wywiad z Jakubem Ćwiekiem

Molly

Jakub Ćwiek - to śmiało można rzec człowiek wszechstronny. Jest polskim autorem, kojarzonym głównie z fantastyką, ponadto piastuje funkcję wiceprezesa Śląskiego Klubu Fantastyki, pracuje jako animator kultury oraz udziela się w sekcji teatralnej „Słudzy Metatrona”. Jest autorem zbiorów opowiadań „Kłamca”, oraz „Kłamca 2. Bóg marnotrawny”, a niedawno wyszła spod jego ręki nowa, tym razem dłuższa forma powieści, zapraszająca czytelnika do światka z pogranicza kryminału i horroru - „Liżąc ostrze”.


Molly: „Pragniesz pomysłów, snów, opowieści? Zatem dostaniesz je aż w nadmiarze.”
(Kaliope, Neil Gaiman) To zdanie, które cytujesz na swoim portalu. Czy jest ono inspiracją do tego, by starać się w jak najlepszy sposób zadowalać czytelnika i dawać mu jeszcze więcej, niż oczekuje?

Jakub Ćwiek: Zdanie to utkwiło mi w pamięci przy okazji realizacji spektaklu Kaliope. Tam mój przyjaciel, Arek Sroka wcielający się w rolę Sandmana rzuca na mnie tę klątwę, co powoduje, że nie mogę ogarnąć natłoku pomysłów. I mam wrażenie, że ta klątwa trochę przeszła do naszego, rzeczywistego wymiaru. Miewam takie chwile, gdy nie mogę się skupić na projekcie, bo tłucze mi się po głowie milion nowych, kuszących pomysłów. I gdy ktoś wchodzi na tę stronę, rozmawia ze mną itp., po części dostaje właśnie tym natłokiem idei. Czuję się zatem w obowiązku lojalnie czytelnika ostrzec, że ma do czynienia z potwornym gadułą i wciąż jeszcze jest czas, żeby się wycofać.
A czy inspiruje mnie, by stawać się lepszym pisarzem? Myślę, że nie bardziej niż opinie czytelników na temat mojej twórczości. To dla nich piszę i w związku z tym ich opinia jest dla mnie najważniejsza.

Molly: Zwykle wszystko zaczyna się od pisania do szuflady, potem następuje przełom i autor stara się zamieścić swe prace w portalu internetowym lub czasopiśmie. Gdy potencjał jest duży, a pisarz utalentowany i co najważniejsze, ma chęć oraz zapał, następuje przeskok, i wkrótce ukazuje się wydanie w księgarni. Czy właśnie tak to wyglądało w Twoim przypadku?

Jakub Ćwiek: Właściwie nie. Po pierwsze ja nigdy nie pisałem do szuflady. Tak bowiem rozumiem pisanie dla samego pisania, dla wyłącznie własnej frajdy. Tekst w takim przypadku przebywa krótką drogę z drukarki wprost do szuflady, skrzyni etc. Ja nigdy nie byłem tak łaskawy. Zawsze pisząc miałem zamiar kogoś swoimi wypocinami męczyć. Pisałem zatem dla przyjaciół, dla nowych znajomych, dla nauczycieli... a nawet dla wrogów (te ostatnie teksty, jak łatwo się domyślić nie trafiały do zainteresowanych bezpośrednio, ale przez tłum ludzi, którzy już należycie obśmiali się z wykpionych). Tak się w końcu złożyło szczęśliwie, że w ŚKFie trafiłem na przyjaciół (jak była prezes Ela Gepfert, znakomita pisarka Ania Kańtoch czy obecna prezes Aleksandra Rudzinska), którzy dali mi solidnego kopa, nauczyli co poprawić, żeby teksty były drukowalne (wielka jest tu również zasługa Ani Brzezińskiej i Andrzeja Pilipiuka, dziękuję więc za to przy każdej okazji).
Potem, za namową Ani Kańtoch posłałem opowiadania o Kłamcy do wydawcy, a gdy dowiedziałem się już, że książka pójdzie do druku, postanowiłem dać się poznać paroma opowiadaniami w sieci. Pierwsze opowiadanie w gazecie poszło już po wydaniu drugiej książki. Właściwie na progu trzeciej...

Molly: W Twojej twórczości można zauważyć wiele nawiązań oraz dominacji postaci mitologicznych, dlaczego postanowiłeś wykorzystywać właśnie takie elementy?
Jakub Ćwiek: Przyszły do mnie zapomniane bóstwa i powiedziały, że chcą być sławne. Powiedziały, że jak się postaram, to ze mnie też zrobią gwiazdę. Cóż innego mogłem odpowiedzieć?
A poważnie, zawsze interesowały mnie opowieści. Zauważ jak wiele historii opowiadanych współcześnie bierze swój początek w mitach. To korzenie obecnej literatury, a postaci mityczne to archetypy, z których wszyscy czerpiemy. Dlaczego więc nie sięgać od razu do źródeł? Nawet po to, by jak ja, troszkę się pobawić z popkulturą. To jest ta definicja postmodernizmu, która pasuje mi najbardziej.

Molly: Jednak „Liżąc ostrze” odbiega od Twych poprzednich wydań, jest to książka z pogranicza kryminału i horroru. Dlaczego postanowiłeś pójść właśnie w tym kierunku?

Jakub Ćwiek: Żeby nie dać się zamknąć w szufladce „ten trefniś od Lokiego”. Od zawsze lubiłem horrory, moim absolutnie ulubionym pisarzem jest King, stwierdziłem też, że w tej kwestii mogę mieć coś do powiedzenia. Wybrałem gatunkowe pogranicze, by nie ładować się w horror z buciorami, tylko wejść tam małymi kroczkami. Nie każdy bowiem ma taki talent jak Łukasz Orbitowski, który chyba od zawsze potrafił straszyć.

Molly: „Liżąc ostrze” jest Twoją pierwszą powieścią, gdyż wcześniejsze pozycje były zbiorami opowiadań. Dlaczego zdecydowałeś się na dłuższą formę?

Jakub Ćwiek: Zaobserwowałem, że skłonność do dłuższych form przychodzi z czasem. Znaczy im dłużej się pisze, tym teksty coraz bardziej się wydłużają, proste historie wzbogacają się dodatkowymi wątkami, czasem dygresjami itd. Po dwóch zbiorach opowiadań doszedłem do wniosku, że jestem wreszcie gotowy, by napisać coś dłuższego... I napisałem.

Molly: Jak długo zajęła Ci praca nad książką?

Jakub Ćwiek: Chyba nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Dla mnie praca nad książką zaczyna się od pomysłu, który noszę i rozwijam w głowie do poziomu, w którym wiem już, że koncepcja to nie ślepy zaułek i mam kilka koncepcji jak doprowadzić ów pomysł do końca. Zazwyczaj jest to wrażenie złudne, ale w owym momencie nie potrzebuję niczego więcej niż złudzenia, by zabrać się do pracy. A potem to już idzie. Dwa, trzy miesiące pisania, potem poprawki, redakcja, zmiany i już. Gotowe i wystawione na pastwę krytyków...

Molly: Czy mógłbyś pokrótce przybliżyć czytelnikom jej fabułę?

Jakub Ćwiek: Trochę to ryzykowne, bo nigdy nie wiem co wolno mi o tej książce powiedzieć, by niczego nie spalić. Jest to opowieść pewnego policjanta, który miał szanse na spokojne i miłe życie, ale małymi kroczkami wszystko sobie kopał. A potem zrobił większy krok i wtedy jego życie odwróciło się do góry nogami. To opowieść o czynach i ich konsekwencjach... a przede wszystkim opowieść o pewnym ostrym przedmiocie... Tak ja to widzę. Jak zobaczy to czytelnik? Bardzo chcę się dowiedzieć.

Molly: Do jakiej grupy czytelników przeznaczona jest ta powieść?

Jakub Ćwiek: Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Trudno powiedzieć czy jest to opowieść dla rasowych miłośników grozy, bo nie ma w niej aż tyle horroru, by mogli być usatysfakcjonowani. Podobnie miłośnicy kryminału. Myślę, że jest to książka przede wszystkim dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z grozą. Taka dobra wprawka... Oczywiście marketingowo dodać muszę (prawa rynku), że oprócz tego każdy znajdzie w tej pozycji coś dla siebie. To oczywiście nieprawda (nie ma tam nic dla sklejających modele na przykład), ale brzmi dobrze.

Molly: W opiniach o książce „Liżąc ostrze” recenzenci wypowiadają się przeważnie w samych superlatywach i nie ma się czemu dziwić - język powieści jest bardzo przystępny, akcja i tempo sprawiają, że książka pochłania czytelnika, a jej zagadkowość nie pozwala się odciągnąć od lektury, póki nie dobrniemy zakończenia. Takie opinie jedynie obligują do tworzenia, czy masz więc coś w planach?

Jakub Ćwiek: Z recenzjami bywa różnie. Trafiłem już na kilka takich, które nie były aż tak entuzjastyczne, a niektóre wręcz niepochlebne. Dziękuję jednak, że skłaniasz się ku tym, którym się podobało.
Oczywiście mam plany i to nawet daleko idące. Na warsztacie mam w tej chwili (na różnych etapach tworzenia) trzy książki: rasowy horror z akcją we współczesnych Katowicach „Ciemność płonie”, trzeci tom Kłamcy (tym razem powieść) z podtytułem „Ochłap sztandaru” i jeszcze pozbawioną tytułu przygodową książeczkę grozy dla młodszych czytelników. Słowem, dzieje się.

Molly: Lubisz horrory?

Jakub Ćwiek: Bardzo lubię. Jestem wielkim fanem zarówno dobrych horrorów budowanych nastrojem („Inni”, „Szósty zmysł”, „Darkness”) jak i gore, slasherów i innych splatterpunków (Hellriser, „Noc żywych trupów”- oczywiście klasyczna z 1968r, trylogia Evil dead). Trudno mi powiedzieć jakie lubię najbardziej- jestem fanem Kubrickowego „Lśnienia”, pierwszego „Egzorcysty” i „Omenu”, a także wielu innych filmów, których, przez moją słabą pamięć teraz nie wymienię.

Molly: A jeśli chodzi o książki grozy?

Jakub Ćwiek: Przede wszystkim King. Byłem (co tam byłem, wciąż jestem) zachwycony „To” i „Bastionem” (a najbardziej „Wielkim marszem”, ale to nie horror). Do tej pory przeczytałem niemal wszystko co napisał, a jest ogólnie dostępne. I wciąż czekam na więcej. Ponadto lubię czytać Barkera, szalenie podobała mi się też „Twierdza” Wilsona. Ramsey Campbell też jest niezły, szkoda, że tak potraktowany po macoszemu w naszym kraju. No, ale przynajmniej książka Mathesona „Jestem legendą”, kolejny klasyk i świetna rzecz, ma być wznowiona. To napawa nadzieją.

Molly: Twórczość których pisarzy zrobiła na Tobie największe wrażenie?

Jakub Ćwiek: Oprócz wspomnianego już Kinga, bardzo sobie cenię Gaimana. Nie tyle jeśli chodzi o styl opowiadania co niebywałe wręcz pomysły. Nie da się też ukryć podobieństwa zainteresowań, co pewnie jeszcze bardziej skłania mnie ku jego twórczości. Gaimana uwielbiam wystawiać na scenie.

Molly: Jak wygląda Twoja praca nad tekstem? Czy najpierw rodzi się pomysł na fabułę i akcję, czy raczej działasz spontanicznie, pod wpływem chwili?

Jakub Ćwiek: Zawsze najpierw jest pomysł i przekonywanie samego siebie, że z tego coś może się urodzić. Gdy mam już lekki, mglisty zarys fabuły, przystępuję do pracy. A tam już odrobinę tylko kontrolowany spontan.

Molly: Czym kierujesz się przy pisaniu? Czy ważniejszy jest klimat, czy raczej stawiasz na akcję?

Jakub Ćwiek: To zależy od tego co akurat piszę. Są fragmenty, gdzie trzeba starannie budować klimat, a są i takie, gdzie tempo akcji sprawia, że zwyczajnie nie ma na to czasu. Docelowo jednak ważniejsza jest akcja. Książki budowane wyłącznie na klimacie dość szybko robią się nudne. Bo w książce rozrywkowej, a takie piszę, brak akcji to przestępstwo karane okrutnie. Czytaniem Pilcha na przykład.

Molly: Można zauważyć, że literatura fantastyczna ma dużo większe poparcie w Polsce, aniżeli horror - jak myślisz, z czego to wynika?

Jakub Ćwiek: Z tego, że jeszcze nikt się porządnie za horror nie wziął. Ale jest szansa. Horror to przecież również gałąź fantastyki, więc jest szansa, że coś ruszy, bo nie wymaga to od wydawnictw nawet zmiany wydawniczego profilu. Świetny „Domofon” Miłoszewskiego, teksty Orbitowskiego, „Księga jesiennych demonów” Grzędowicza... to wszystko pokazuje, że w rodzimych autorach tkwi potencjał. Trzeba go tylko wydobyć. Nie ukrywam też, że środowisko miłośników horroru, by wszystko ruszyło, musi mocno zagłosować portfelami.

Molly: W ostatnim czasie zwiększa się ilość portali dotyczących fantastyki, czy uważasz, że mogą stać się one zagrożeniem dla tych wydawanych na papierze?

Jakub Ćwiek: Nie, nie sądzę. przynajmniej jeszcze długo nie. Dla mnie portale pełnią funkcję przede wszystkim informacyjną i na tym polu rzeczywiście mogą wygrywać- bo wieści mogą dodawać na bieżąco, zaraz po wydarzeniu, a nie ze świadomością, że to co na łamach w chwili pokazania się jest już nieaktualne.
W kwestii tekstów tak publicystycznych jak i literackich prym wieść będą jednak pisma papierowe- bo mają możliwość płacenia za teksty, a co za tym idzie ściągnięcia profesjonalistów. I to się jeszcze długo, myślę, nie zmieni.

Molly: Jak zaczęła się Twoja współpraca ze Śląskim Klubem Fantastyki?

Jakub Ćwiek: Wylądowałem na studiach w Katowicach wiedząc już, że taki klub istnieje. Słyszałem o nim czytając na temat Polconu, czyli największej imprezy fandomowej w Polsce, która w roku 2001 (a zaczynałem studia w październiku tego właśnie roku) odbywała się właśnie w Katowicach.
Nie trafiłem do klubu od razu w październiku. Jakoś mi było nie po drodze, do tego nowe środowisko uczelniane, zajęcia ( pierwsze pół roku to czas, gdy nawet największe obiboki coś tam robią), potem zająłem się trochę teatrem (grupa teatralna „Panica”, z którą zdobyliśmy Grand Prix Wiosennego Festiwalu Studenckiego Katowice 2002).
Wreszcie w marcu 2002 okazało się, że nie mam co czytać ani w domu ani w bibliotece, a na nowe książki jakoś mnie nie stać. I wtedy przypomniałem sobie o klubie. Poszedłem tam i, zachwycony atmosferą, zostałem.

Molly: Z Twojej inicjatywy powstała sekcja teatralna Śląskiego Klubu Fantastyki, możesz przybliżyć jej działanie?

Jakub Ćwiek: Słudzy Metatrona to grupa teatralna stawiająca sobie za cel promowanie fantastyki poprzez prezentowanie scenicznych adaptacji literatury fantastycznej. Do tej pory wystawiliśmy dwie większe sztuki (ponad 16 osób biorących czynny udział, czas trwania przekraczający pół godziny) i kilka mniejszych ( po dwie, trzy osoby, spektakl do piętnastu minut). Nasze spektakle prezentujemy na konwentach, promocjach książek czy w domach kultury na specjalne zaproszenie. Raz też występowaliśmy na deskach legendarnej „Piwnicy pod baranami” (To wspomnienie z rodzaju tych, które potem z błyskiem w oku opowiada się wnukom.). Mówiąc najkrócej Słudzy to grupa przyjaciół bawiąca się w teatr i wciągająca do tej zabawy coraz więcej ludzi... zewsząd.

Molly: Masz wiele czasochłonnych zainteresowań - pisarstwo, występy w teatrze, piecza nad ŚKF, do tego dochodzą obowiązki rodzinne - jak znajdujesz na to wszystko czas?

Jakub Ćwiek: Ta piecza nad ŚKF to gruba przesada. Są ludzie dużo bardziej zaangażowani w jego funkcjonowanie niż ja. A co do znajdowania czasu, recepta tkwi w przyjaciołach i bliskich, Dzięki tak wspaniałym ludziom, jak moja żona, rodzice, przyjaciele (nie tylko z Klubu) udaje mi się to wszystko jakoś poukładać. A nawet gdy z czymś zawalę (co przy takim natłoku tak zajęć jak i w ogóle pomysłów zdarza się niestety częściej niż bym chciał), mogę liczyć na wyrozumiałość. To naprawdę pomaga.

Molly: Czy w dzisiejszych czasach można wyżyć tylko i wyłącznie z pisarstwa?

Jakub Ćwiek: Tak, można. Nie tylko na świecie, ale nawet w Polsce. Ja co prawda nie osiągnąłem tego pułapu ( a właściwie nie osiągnąłem pułapu takiego, bym mógł za te pieniądze utrzymać rodzinę, sam pewnie bym wyżył), ale znam autorów, którzy zajmują się już tylko pisaniem i radzą sobie nienajgorzej. Choć oczywiście nie są to kokosy i o amerykańskich stawkach nie ma co marzyć.

Molly: Fantastyka jako nurt rozwija się w zastraszającym tempie. Wciąż wyłaniają się młodzi, utalentowani pisarze - jak więc wśród nich się wybić?

Jakub Ćwiek: Wystarczy mieć paru kumpli w mafii, a do tego mocne buty, by wchodzić innym po głowach. A tak poważnie to nie wiem czy jest na to jakaś recepta. Człowiek pisze to co chce napisać i albo ma szczęście albo nie. Na pewno najgorszym rozwiązaniem jest kalkulowanie na chłodno co ludzie chcą czytać. Bo wtedy wychodzą książki „jak kod Leonarda”, jak „Harry Potter”. Z pewnością znasz tę reklamę Żywca z hasłem „...prawie jak...”? To właśnie takie przypadki.

Molly: Czy gdy zaczynałeś poważniejszą pracę (wydanie pierwszego zbioru opowiadań) spodziewałeś się, że osiągniesz taki sukces? Czy czujesz się w jakimś stopniu spełniony, czy może to jeszcze nie to?

Jakub Ćwiek: Mam dwadzieścia pięć lat więc pragnę głęboko wierzyć, że to jeszcze nie to. Sukces, owszem, niemały, ale znam przypadki dużo lepszego startu niż mój (mówię o popularności, nie jakości tekstów, bo o tym nie mnie rozsądzać). No i zawsze trzeba, ciesząc z tego co się ma, mierzyć wyżej i wyżej.


Molly: W 2006 roku otrzymałeś nominację do Nagrody Fantomu Polskiego im. Janusza Zajdla za opowiadanie „Cicha noc”, a rok później za „Boga Marnotrawnego” - jak zareagowałeś?

Jakub Ćwiek: W obydwu przypadkach ogromnym zaskoczeniem. W pierwszym dodatkowo wielkim stresem, bo po takiej dawce emocji miałem jeszcze wystawiać monodram, który obiecałem organizatorom dużo wcześniej. Ale jakoś poszło. Co do drugiej nominacji to miałem nawet okazję zobaczyć swoją reakcję, bo akurat fragment, gdy wyczytano moje nazwisko ( a co za tym idzie i mnie zaraz potem) pokazała telewizja TVN 24. Minę miałem dziwną.

Molly: Jak czujesz się w roli „polskiego Gaimana”?

Jakub Ćwiek: Dziwnie zmieszany. Ja sam osobiście wcale się nie uważam za jego odpowiednik, bo Gaiman to geniusz, a ja tylko poruszam takie same tematy i próbuję, jak on działać na wielu polach. Poza tym niektórzy używają tego sformułowania jako pochwały, inni jako zarzutu... trudno więc o moje jednolite stanowisko. Ale samo zestawienie mojego nazwiska z nazwiskiem Gaiman brzmi nieźle. Może powinienem przedstawić jego dzieci moim?

Molly: A jaki jesteś prywatnie, jakie gusta muzyczne preferujesz, lubisz operę i czy czytasz dzieciom bajki przed snem?

Jakub Ćwiek: Prywatnie podobno bywam zabawny, na pewno jestem chaotyczny i głośny. Są tacy, co twierdzą, że mam charyzmę i umiem gromadzić wokół siebie ludzi. Nie zaprzeczam, bo rzeczywiście ciągle przebywam w jakimś tłumie- czymś to musi być spowodowane. Zainteresowania dzielę na książki i filmy, które to czytam /oglądam w ilościach naprawdę hurtowych. Muzycznie generalnie określiłbym się jako fana rocka (słucham Aerosmith, Lynarda Skynarda, Bonnie Tyler), ale lubię też dobry metal (Metallica aż do „Black albumu”, bo potem to już jakoś nie bardzo, „Iron maiden”, Alice Cooper), irlandzki folk, a zdarza mi się nawet zachwycić kawałkiem popowym. Moja playlista winampowa z pewnością nie może uchodzić za jednorodną. Zresztą zmieniam ją niemal całkowicie przed każdym nowo pisanym tekstem.
Co do bajek, to czytam im raczej w ciągu dnia. Wieczorem, przy zgaszonym świetle czasem coś opowiadam, a czasem śpiewam kołysanki. Generalnie jednak dzieci usypia moja żona, bo często kładzie się razem z nimi i już zasypia. A wtedy ja siadam do pisania...

Molly: Co byś ze sobą wziął na bezludną wyspę? :->

Jakub Ćwiek: Najchętniej? Oczywiście zestaw survivalowy. Jako harcerz mógłbym się tam wtedy nieźle urządzić. Oprócz tego sporo zeszytów, masę ołówków, strugaczek i gumek, by móc opisywać swoje wyspiarskie przygody. I jeszcze zbiór nowel Kinga/Bachmana i dzieła zebrane Vonneguta... właściwie to ile rzeczy mogę tam zabrać?
Jeśli pytasz też o osoby to najchętniej swoją rodzinę i kilku przyjaciół.... no ale wtedy wyspa nie byłaby już bezludna, prawda?

Molly: Prowadzisz własny portal internetowy, umieszczasz tam najświeższe informacje dotyczące nie tylko książek, ale także ze swego prywatnego życia. No właśnie - czy rodzina ma jakiś wpływ na Twoją twórczość, czy wspiera Cię i wybacza tak częstą nieobecność?

Jakub Ćwiek: Nie takie znowu najświeższe, niestety. Dzieje się tak dlatego, że sam jestem słabiutki w komputerowych technikaliach, więc ja tylko piszę i przygotowuję materiały, a już zamieszczeniem zajmuje się nieoceniony admin Mike Draven (który ostatnio z przyczyn od niego niezależnych nie za bardzo może się tym zająć). Ale tak, zamieszczam tam też zdjęcia moich dzieci, bo jak ma być o twórczości, to dlaczego nie pochwalić się największymi osiągnięciami jakich jestem współtwórcą? Co do wyrozumiałości mojej rodziny to dzieci wciąż się jeszcze ze mną bawią, a żona nie każe spać na wycieraczce, co oznacza, że wszystko jest w miarę ok. A poważnie, są bardzo wyrozumiali i wyraźnie czuję ich wsparcie. Nawet mój syn, choć ma dopiero półtora roku wie, że jak tatuś pracuje to się mu nie przeszkadza (jeżeli muszę pracować także w dzień). Za to oba szkraby bardzo intensywnie wykorzystują każdą moją przerwę w pracy.

Molly: Na stronie piszesz, że Twoje dzieciństwo było raczej beztroskie. Podejrzewam, że byłeś chłopcem pełnym pomysłów, marzeń, o bujnej wyobraźni. Zazwyczaj też w dzieciństwie powstają zalążki tego, co sprawia nam największą radość w późniejszym życiu - czy i tak było z Tobą? Kiedy zaczęła się Twoja miłość do fantastyki?

Jakub Ćwiek: Urodziłem się w noc Kupały, czyli najbardziej magiczną noc kalendarza słowiańskiego. Myślę, że to już wtedy. Właściwie nie pamiętam chwili, gdy nie interesowałem się baśniami, niezwykłymi opowieściami itd. Pierwsze książeczki ze smokami zacząłem czytać w wieku lat czterech z kawałkiem. W wieku lat sześciu przeczytałem Hobbita, a mając lat osiem obejrzałem po raz pierwszy „Koszmar z ulicy wiązów”. W międzyczasie zdarzyło mi się napisać pierwsze w życiu opowiadanie...oczywiście fantastyczne.
Stwierdzenie, że fantastyką interesuję się od zawsze nie jest więc chyba w żaden sposób przesadzone.

Molly: Bierzesz udział w licznych konwentach, gdzie spotykasz wielu swoich fanów. Czy zdarzają z ich strony jakieś sugestie odnośnie książek, wykorzystujesz je?

Jakub Ćwiek: Sugestie się zdarzają, ale raczej nie mogę z nich już skorzystać, bo zwykle w fabule jestem juz dużo dalej, albo owe sugestie nie zgadzają się z ogólną ideą, którą mam w głowie, a czytelnicy jeszcze jej nie znają. Ale wszystkich uwag słucham, bo nie da się powiedzieć kiedy coś okaże się przydatne. Moi czytelnicy to ludzie inteligentni i z poczuciem humoru ( a przynajmniej ci, których spotkałem- nie mam podstaw twierdzić, że pozostali są inni)- co za tym idzie prawdopodobieństwo pojawienia się z ich strony świetnego pomysłu jest znaczne.

Molly: Serdecznie dziękuję za udzielenie wywiadu oraz życzę dalszych sukcesów!

Jakub Ćwiek: Ja również dziękuję bardzo i pozdrawiam.



HO, Wywiady - Wywiad z Jakubem Ćwiekiem
HO, Wywiady - Wywiad z Jakubem Ćwiekiem

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -