Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:YMAR

Ymar

YMAR

ocena:6
Autor:Magdalena Kałużyńska
Tłumaczenie:
Wydanie oryginalne:0
Wydanie polskie:2010
Wydawnictwo:Fox Publishing
Ilość stron:245
Autor recenzji:Paweł Waśkiewicz
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:
M@rio - 6
M@rio - 6

„…cyfra sześć symbolizuje błąd, niedoskonałość. Cyfra siedem utożsamia szczęście i bezpieczeństwo. Jest idealna, święta, boża. W takim razie Kogo albo Czego Liczbą są trzy siódemki, skoro już od trzech szóstek zaczyna się tak zwana Liczba Bestii?” – Paradoks Siódemek, Anonim

Od tego ustępu rozpoczyna się powieść Magdaleny Marii Kałużyńskiej, zatytułowana „Ymar” – które to słowo z początku zapewne nic dla czytelnika nie znaczy, ale wraz z rozwojem fabuły nabierze sensu. Choć o Kałużyńskiej zapewne mało kto słyszał, „Ymar” nie jest jej pierwszym publikowanym tekstem, za to niewątpliwie debiutanckim spotkaniem z długą formą. Autorka znana dotąd tylko z opowiadań publikowanych na łamach czasopism objawiła nam swoją pierwszą powieść. Czy stanęła na wysokości zadania i przykuła uwagę czytelników, tworząc dobry i satysfakcjonujący horror? Cóż, z pewnością nie udało jej się stworzyć arcydzieła gatunku. „Ymarowi” do doskonałości brakuje bardzo wiele, choć nie można odmówić książce kilku zalet.

Inspektor Wojciechowski, któremu pomaga niezwykle przedsiębiorczy technik imieniem Michał, dostaje do rozwiązania sprawę bardzo dziwnego morderstwa. Ofiarą jest młoda, zjawiskowo piękna kobieta, którą gospodarz kamienicy znajduje martwą w mieszkaniu. Zwłoki są w strasznym stanie, a znalezione na miejscu zbrodni ślady zamiast cokolwiek wyjaśniać, tylko gmatwają sprawę, przecząc sobie nawzajem. Wojciechowski, dręczony przez koszmarne sny i niewyjaśnione wizje, stara się znaleźć sens w rozpościerającej się przed nim tajemnicy. Kluczem do zagadki wydają się być znalezione w pokoju zamordowanej stare ramy o zdobionej powierzchni. Czymkolwiek są, kryją w sobie potężną moc, która co chwila zmusza prowadzących śledztwo do zmiany poglądów na świat i otaczającą rzeczywistość. Wraz z rozwojem akcji gęstnieją złowrogie wizje, a jedno niedopowiedzenie goni następne.

Z początku Kałużyńska nie zaskakuje nas niczym nowym. Książkę otwierają sekwencje niejasnych wizji, przetykające standardowy początek rodem z pierwszego lepszego policyjnego thrillera – Wojciechowski przybywa na miejsce morderstwa, po to by usłyszeć ciąg frazesów z cyklu: „Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem.” Sama zbrodnia nie jest ani szczególnie ciekawa, ani szokująca. Ot, rytualne morderstwo, od jakich roi się na kartach literatury popularnej. Dalej akcja również rozwija się bez ekscesów – wpasowuje się bardzo elegancko w schematy, które znamy z tuzina innych książek. Jednak w pewnym momencie fabuła przestaje być przewidywalna. Wraz z pierwszym zwrotem fabularnym zaczynamy rozumieć, że Kałużyńska bynajmniej nie pozwoli nam na popadnięcie w schematyzm i nudę. Nasze oczekiwania zostają skonfrontowane ze swoistą zabawą z konwencją – która miejscami potrafi zostawić nas skonsternowanych i niepewnych, o co tu właściwie chodzi. Z początku nie sposób przewidzieć, na czym polega zamysł autorki, co działa zdecydowanie na korzyść „Ymara”… z drugiej strony, brakuje tu sprawnej, precyzyjnej narracji, która podkreśliłaby siłę nieoczekiwanych zwrotów.

Pozwolę sobie odwołać się do tekstu z tyłu okładki, który mówi o „odważnych zabiegach narracyjnych”. Stwierdzenie to nie mija się z prawdą, szkoda jednak, że miejscami styl autorki okazuje się mimo wszystko zbyt biedny, by w pełni wykorzystać potencjał wymyślonych przez nią chwytów. Wielokrotnie miałem wrażenie, że dana scena powinna urwać mi głowę (w przenośni, mam nadzieję), a tymczasem budzi co najwyżej letnie emocje. Na odwrocie okładki napisano też: „Niewątpliwie największą zaletą Ymar (…) są błyskotliwe, dynamiczne i bardzo wiarygodne dialogi.” Cóż, jedynym prawdziwym określeniem w stosunku do tych dialogów jest „dynamiczne”. Błyskotliwe na pewno nie są, zaś w miejscach, w których z założenia miały być dowcipne, parokrotnie budzą wręcz uśmiech politowania. Kiepski dowcip to jedno, bohaterowie wielokrotnie wygłaszają kwestie, które z pewnością nie padłyby z ust prawdziwych ludzi. Zwłaszcza na początku, gdzie większość postaci ma zadziwiające tendencje do prowadzenia głośnych rozmów z samym sobą. Rozumiem, że jeden bohater może mieć tendencje do gadania do siebie, kiedy czuje się samotny – ale żeby wszyscy…?!

Tekst z tyłu okładki wspomina też o „niebanalnych osobowościach bohaterów”. Niestety, wręcz odwrotnie, postaci w „Ymarze” są osobowości niemal całkiem pozbawione. Zarówno Wojciechowski jak i technik Michał są zaledwie figurkami, pobieżnie określanymi przez zbiór prostych cech. Ten pierwszy jest szefem, twardzielem, którego rzuciła żona, dość konserwatywnym, niechętnym wobec współczesnej technologii. Ten drugi to młodzieniec, czasami odrobinę bezczelny i ze skłonnościami do mówienia nie na temat, zafascynowany odkryciami nowoczesnej nauki. Niczego ponadto się o nich nie dowiadujemy. Nie wiemy, czemu właściwie Wojciechowski jest rozwiedziony, nie znamy prawie żadnych faktów z jego dawnego życia, nie mamy najmniejszego wglądu w jego psychikę. Są też inne postaci – pani patolog, Agata Chomrzan, skupiona prawie wyłącznie na karierze zawodowej, dziewczyna imieniem Ewa, wokół której rozgrywa się niewyjaśniony dramat, ksiądz Kliwen, który okazuje się równie tajemniczy, jak tytułowe słowo. Do żadnej z tych osób nie zdołamy się jednak przywiązać, żadna też nie będzie raczej budziła większego zaciekawienia.

Mam tendencje do narzekania, nie chcę jednak byście pomyśleli, że „Ymar” jest książką kompletnie niewartą grzechu. Zmierza on w kierunku dość szczególnej odmiany horroru, która miast epatować krwią (choć akurat tutaj posoki nie brakuje, mimo iż podanej dosyć lekkostrawnie i bez przesadnego okrucieństwa) czy też starać się straszyć w wyrafinowany sposób, stawia na mętne, niejasne wizje i pokręconą fabułę, która niewiele wyjaśnia, za to stawia jedno pytanie za drugim. Miałem już okazję recenzować przynajmniej dwie takie powieści: „Radio duchów” i „Miasto trumien”. Wszystkie one mają coś wspólnego z filmami Davida Lyncha, są pogmatwane i tajemnicze, ale robią wrażenie stworzonych wedle jasnego, dobrze przemyślanego wzoru. „Ymar” jest niestety nieco za mało dopracowany, by móc się równać z najlepszymi w tym gatunku, ale niewątpliwie ma swoje zalety. Autorka bardzo sprawnie porusza się w sferze podświadomych przeczuć i deja vu, gorzej za to idzie jej wywoływanie emocji, strachu, współczucia dla bohaterów.

Podsumowując, „Ymar” to dzieło niedoskonałe i nie do końca dopracowane, które mimo to zasługuje na uwagę dzięki kilku dość oryginalnym pomysłom i zwrotom fabuły. Trudno uznać je za zapadające w pamięć czy prawdziwie wartościowe, ale może sprawić trochę przyjemności. Wśród polskich horrorów wyróżnia się in plus, swą oryginalnością bijąc na głowę twórczość Dardy czy panów Cichowlasa i Kyrcza (nawet niedawną, dość zaskakującą „Efemerydę”), nie zbliża się jednak do poziomu Orbitowskiego. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy mieli na krajowym rynku więcej takich rzetelnych horrorów, a w przyszłości Kałużyńska zaskoczy nas swoją rosnącą formą.

Kup książkę Ymar – Magdalena Kałużyńska
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ kilka oryginalnych pomysłów i rozwiązań
+ skutecznie ucieka od sztampy i przewidywalności
+ autorka skutecznie operuje złudzeniami i uczuciem deja vu

Minusy:

- chwilami nudna
- pozbawiona dreszczyku emocji
- słabe dialogi i postaci
- niedomagający styl

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -