Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Heretyk i Kanonik cz.2

Piotr Chlebowicz

III
Dzień IV
De Scorria obudziło łomotnięcie drzwi. Odruchowo natychmiast zerwał się na nogi, ale natychmiast z powrotem spoczął na kocu, bo do celi wchodził nie kto inny, jak inkwizytor Markidzianni. Za nim jego podopieczni, którzy rozstawiwszy meble oraz zastawę ulotnili się w mgnieniu oka..
-Witaj, Adamie.
Tenże chciał odpowiedzieć jakimś uszczypliwym powitaniem, ale gdy tylko spojrzał w oczy księdzu zapytał tylko:
-Co się stało?
-Mam dla ciebie bardzo niewesołe nowiny…
Więzień aż prychnął na te słowa.
-Ech, a czy siedząc w lochach Świętej Inkwizycji można oczekiwać wesołych nowin??? Darujcie sobie takie introdukcje. No, co się stało?
-Ano do miasta lada chwila wręcz, zjadą pozostali członkowie trybunału. Z tych ważniejszych Jan Blonyn z zakonu Kaznodziejów i królewski seneszal z Rennes.
-O Janie z Kaznodziejów słyszałem wiele dobrego. Ponoć zrównoważony człowiek, absolutnie nienadużywający władzy, obiektywny –jak na inkwizytora, niezbyt szparki w ferowaniu wyroków, stroniący w miarę możliwości od tortur. A ten seneszal, Henryk -to wyjątkowe bydle.
-Prawda to. Ale żeby było jeszcze gorzej: między nimi znany ci Conrado Salighieri.
DeScorrio przez kilka chwil trawił otrzymaną informację. W trakcie trawienia odsunął sobie krzesło i usiadł za stołem.
-Szalony Rzeźnik z Piemontu.
-Tak, niektórzy go tak nazywają. –Odparł duchowny siadając.
-Przyzna ksiądz, że nie bez kozery? O ile się orientuję, wy także nie pałacie do niego jakąś szczególną atencją?
-Moje sympatie czy antypatie nie mają tu nic do rzeczy. Przede wszystkim jego kompetencje i uprawnienia nieledwie równe są moim, po drugie: ma glejty i pełnomocnictwa samego Ojca Świętego, a po trzecie wreszcie: cztery lata temu w Padwie pochlastaliście jego bratanka. Wylizał się, ale chirurg musiał mu rękę odjąć a po tym, co mu zostało z twarzy, tylko jawnogrzesznice mu pozostały ku pociesze… Wierzajcie mi, deScorrio, on wam tego nie daruje- pomijając wszystko inne.
-Zasłużył, skurwiel.
-Myślę, że ten –nie wątpię- fakt, nie zmieni podejścia do ciebie świątobliwego brata Conrado Salighieri.
Więzień wzruszył ramionami.
-Dwie konkluzje mi się w tej chwili nasuwają; trzy właściwie. Po pierwsze: naprawdę mamy już niewiele czasu. Po drugie: z całą pewnością psu na budę nasza umowa odnośnie tortur. Po trzecie: mam dużą szansę, że tak czy inaczej nie trafię do owego gościnnego przybytku braci Dominikanów, którego nazwa mi nie przejdzie przez gardło. Ten obłąkany piemontczyk o wyglądzie pokręconego sodomity nie pała specjalną miłością do Wewnętrznego Oficjum, a jest –bydle -tak ustawioną szarą eminencją, że nawet wy musicie się z nim bardzo liczyć… Zwłaszcza, że jak ksiądz sam był łaskaw zauważyć, ma glejty i pełnomocnictwa.
-Nic dodać, nic ująć. –Skomentował kanonik wielce dwuznacznym tonem.
Zapadła cisza. Ani jeden ani drugi nie kwapili się, aby ją przerwać. W końcu deScorrio nalał księdzu oraz sobie wina, poczym rzucił w powietrze kilka wyjątkowo ordynarnych określeń w kilku różnych językach, a na koniec stwierdził:
-Cholera, szybko się spełzają. Sądziłem, że będziemy mieli więcej czasu. Jak im wszystkim w takim tempie udało się pokonać taką drogę? –W miarę jak mówił kolejne słowa wypływały coraz wolniej… Poczym stuknął otwartą dłonią w czoło i dokończył: -Nie musicie odpowiadać. Jestem idiotą i właśnie to do mnie dotarło.
Duchowny kiwnął głową i rzekł:
-Faktycznie, chyba właśnie doszedłeś do tego, że sidła na ciebie były zastawione na długo zanim w nie wpadłeś.
-A wy byliście tak pewni tego, ze się w nie wpakuję, że już dawno temu można się było wyprawić w drogę. Szczerze gratuluję. Nie wątpię też, że to osobista wasza zasługa i plan mojego pojmania, którego szczegółów –ubolewam -nie znam, również wasz.
-Nieskromnie przyznam, że słusznie nie wątpicie. Ale mylicie się w jednej kwestii: mianowicie, absolutnej pewności nie miałem. Owszem, starałem się przewidzieć wszystkie możliwości, ale jak to mówią: różnie bywa. A co do planu: cóż, było tego tyle, że szkoda cennego czasu na opowiadanie. Może tyle, że plątałeś się w sidłach już od kilku tygodni, ale muszę przyznać, że byłeś wyjątkowo trudnym oraz wymagającym przeciwnikiem i do końca wszystko się mogło zdarzyć.
-A więc miałem szansę…
-Od chwili, kiedy przekroczyłeś bramy tego miasta, już nie.
-Skąd ksiądz wiedział, że się tu zjawię?
Kanonik uśmiechnął się pod nosem.
-Na podstawie zebranych informacji… Czułem, że prędzej czy później tu zawitasz. A moi podopieczni czekali na ciebie od dawna. Ale zostawmy to. Teraz mam poważne pytanie.- Duchowny mówił chłodno. -Ci, których napotykałeś na swojej drodze, Adamie. Ci, którym –jak to sam określałeś- pomagałeś i chroniłeś.
DeScorrio wyprostował plecy, uniósł głowę a na jego twarzy zagościł wyraz… Tryumfu!
-Ja wszystko przewidziałem księże! Z góry zapowiadam, że nie usłyszycie ode mnie nic, co by mogło wam pomóc poodławiać tych ludzi. Choćbyście zaciągnęli mnie do braciszków w Alpach –nic konkretnego się nie dowiecie! Bo nie mogę wam powiedzieć czegoś, czego nie wiem!
-Jaśniej, deScorrio. –Warknął inkwizytor.
-Już tłumaczę. –Głos więźnia zabarwił się nieprzyjemnymi, jakby przemądrzałymi tonami. –Zdając sobie sprawę, że prędzej czy później prawdopodobnie skończę, tak jak właśnie kończę, pomyślałem o wszystkim. On dał mi moc rozpoznawania Wybranych, czy też jak wolicie, Potępionych. Zawsze, gdy na kogoś takiego natrafiłem, najpierw długo kręciłem się wokół niego, czy niej, jak pies wokół jeża. Czasami po kilka miesięcy. Prędzej czy później, zawsze znajdowałem okazję, żeby zdybać taką osobę sam na sam. Zaczynałem od tego, że opowiadałem delikwentowi o tym, co się z nim dzieje… O snach i wizjach, jakie go nachodzą. O niewytłumaczalnych lękach i przeczuciach… O… Ksiądz dobrze wie, o czym. A potem zadawałem pytanie, czy chce abym mu pomógł. Nikt nigdy nie odmówił. W tedy pokazywałem takiemu jego prawdziwą twarz.
-Jak?
-Najprościej jak można. Ciemny pokój, zwierciadło i świeca.
-Rozumiem. Kontynuuj.
-No i kiedy minął pierwszy szok, zaczynaliśmy naukę. Nigdy żadnych imion i nazwisk. Oni nie wiedzieli jak ja się nazywam- ja, nigdy, przenigdy jak oni. Absolutnie tego przestrzegałem i pilnowałem konspiracji. Bezwzględnie też wymagałem tego od nich. Alternatywa była jasna od początku. Kiedy kończyliśmy naukę, musieli dostosować się do jednego mojego warunku: a mianowicie mówiłem im: „Teraz wyjedź. Im dalej, tym lepiej. Jeżeli masz jasne włosy, zafarbuj je na rudo, jeżeli kędzierzawe czarne, to je zetnij. Jeżeli jesteś gruby, schudnij. Jeżeli jesteś chudy, utyj. Jeżeli masz prosty nos, to ci go złamię i będzie jak pogrzebacz…”. I tak dalej, i tak dalej. Ale najważniejsze było oczywiście: „Wyjedź. Spokojnie, bez pośpiechu, żeby nie powodować podejrzeń. Byle daleko, i tak, żebym ja, ani nikt inny nawet nie mógł się domyślać, dokąd”. Jeżeli nie mieli tyle pieniędzy, ja im je dawałem. Na wyjazd i choćby, jakie takie urządzenie się na początek.
-A, jeżeli ktoś by się nie dostosował?
-Przecież ksiądz wie. Sztylet albo garota. Rozumiecie, księże, że inaczej nie można. Tylko zamknąć usta na wieki wieków. Tak, więc nie jestem w stanie nikogo księdzu wskazać. Choćbym nie wiem jak chciał.
-Bardzo mądrze deScorrio. Czego uczyłeś tych ludzi?
-Przede wszystkim, tego, kim są. Jak sobie radzić z najbardziej uciążliwymi tego konsekwencjami. Jak to sobie wszystko w życiu poukładać. Jak z tym żyć… Przy okazji trochę ogólnych wiadomości z biblii i innych pism, trochę medycyny, zielarstwa. To tak ogólne, bo wszystko zależało od każdego indywidualnego przypadku z osobna.
-Demonologia?
-Tylko trochę teorii. Pewne podstawy. Wtłaczałem im do głowy, czego w jakże fałszywym poczuciu nowo zdobytej potęgi absolutnie mają nie robić. I jak powoli i z umiarem zdobywać nową wiedzę.
-Ile trwała taka nauka?
-Bardzo różnie. Kilka tygodni, czasami miesięcy…
-Ilu było tych ludzi?
-Zaraz… Siedmioro… Nie, ośmioro.
-Gdzie? I jacy to byli ludzie?
-Młoda arystokratka z Bolonii. Mieszane rodzeństwo z Bristolu, potomstwo jakiejś bogatej rodziny. Kmiecy syn spod Brandenburga, nie pamiętam jak się nazywała wieś. Dobrze urodzona, szalenie urodziwa dama z Gdańska. Kleryk z Porto- nie żyje; nie potrafił się pogodzić z tym, kim jest. Hrabianka z Bolzano. Młody kupiec z Schallaburga. Rycerz z Roskilde –też nie żyje. Więc dziewięcioro. Z żyjących, jak już wspominałem, nie mam bladego pojęcia, co się z nimi dzieje i gdzie aktualnie mogą przebywać.
-Sukkuby?
-Jakże frapujący i zajmujący temat… -DeScorrio znów się uśmiechnął, tym razem nad wyraz obleśnie. –Oczywiście powiązany ściśle z zarzutami przyzywania demonów. Wystarczyło trochę pozmieniać niektóre procedury wzywania bytów nadnaturalnych, zawarte w Natura Daemonum. W inwokacji zamiast „daemon” – „succubus”, przy dolnym ramieniu pentagramu symbol kobiecości… Tyle, tak naprawdę- brzmi prosto, ale w istocie to wcale nie proste. Demonologia i „inwokacjologia” to nie sztywne, nienaruszalne formuły. To materia, którą, przy odpowiedniej wiedzy można rzeźbić jak glinę i układać na swoją modłę. Tworzyć własne kompozycje. Tyle, że to niezbyt bezpieczna zabawa… Nie zawsze wychodzi to, co się planowało. Stąd wśród przedstawicieli tej jakże specyficznej gałęzi nauki duża śmiertelność- nie tylko na skutek waszych działań. Ale wracając do naszych interesujących istotek… Jak już się uda taką wezwać –bywa różnie. Wbrew pozorom nie są to stworzenia dyszące żądzą mordu i zniszczenia. Fakt, zaatakowane, bądź zagrożone zamieniają się w oszalałe bestie. A potrafią być niewyobrażalnie niebezpieczne. Stąd tyle przypadków śmiertelnych i opętań, nawet wśród bardzo doświadczonych wzywaczaczy. Podstawowy błąd, który popełniają nieomal wszyscy, polega na tym, że wezwana istota trafia natychmiast w pułapkę zaklęć i artefaktów mających ją spętać i siłą nagiąć do woli przyzywającego. Ot, zwykła ludzka, niewyobrażalna głupota. Głupota, jako, że spętana istota wykona tylko i wyłącznie to, do czego ją wola czarownika nagnie. I będzie czekać jakiejś chwili słabości, a każdą niejasność zinterpretuje tak, że czarownikowi w pięty pójdzie. Uwolnione dyszą wściekłą żądzą zemsty i wyłapią nawet najdrobniejszą ku niej okazję. Po dobremu, natomiast… -Znów uśmiech, tym razem znacznie mniej obleśny, a bardziej rozmarzony. –Po dobremu wykazują niezwykłą własną inwencję i zaangażowanie… I można później spać spokojnie, bez magicznych barier i talizmanów. Z resztą, wyobrażenie sukkuby, jako istoty tak wściekłej, morderczej i niszczycielskiej, jak pięknej, wzięło się też z tego, że wielu magów, ja też, używa do ceremonii wezwania ofiary z własnej krwi. A kiedy istota się materializuje spotyka ją to, o czym powiedziałem wcześniej. Przekładając na ludzki język: ktoś zaprasza księdza do swojego domu, ze wszystkimi konwenansami i wielką serdecznością, wita księdza chlebem i solą, sam symbolicznie odrobinę tej soli również spożywając, a jak tylko ksiądz przekroczy próg, próbuje was uwięzić, zakuć w kajdany i zrobić z was niewolnika. To prawie dokładnie to samo, tyle, że w wypadku istot tak nieprawdopodobnie dumnych jak sukkuby –o wiele, wiele bardziej. A że są w śród nich stworzenia o bardzo różnej mocy, to raz, drugi czy trzeci takiemu się uda, aż końcu trafi na istotę, dla której zamykające kręgi i inkantacje są taką przeszkodą jak dla was płócienne przepierzenie. No i wtedy lecą wióry… One, doprowadzone do szału, nie wiedzą, co to litość, a gniew sukkuby nieprędko stygnie. Dlatego, też wszystkie te z nich wzywanych w ten sposób imiennie po raz kolejny, jak tyko mają okazję, z całą mocą i furią atakują prewencyjne. Przed czym trzeba się zabezpieczyć, najlepiej którymś z Kręgów Odepchnięcia. Natomiast, kiedy stwierdzają, że nie się nastaje w żaden sposób się na ich swobodę, można zacząć dyskusję. A one… One uwielbiają ciepło ludzkiego ciała, uwalniającą się podczas zbliżenia energię, bicie naszych serc. Nie są interesowne, bo poza muśnięciem cielesności, tak naprawdę to niewiele możemy im zagwarantować. Oczywiście uważać trzeba, bo i one jak ludzie, miewają bardzo różne charaktery, ale moja konkluzja jest taka, że i tak są lepsze niż bardzo wiele kobiet, które na drodze swego życia napotkałem… Naprawdę, gdyby nie ludzka głupota i przeświadczenie, że najlepiej i najprościej załatwiać wszystko przemocą, podstępem i siłą, byłyby to naprawdę w miarę nieszkodliwe stworzenia. Innych istot w zasadzie nie wzywałem, z paroma wyjątkami, kiedy kierując się wskazówkami zawartymi w egipskich pismach musiałem zdać kilka pytań tym, których nie ma już na tym łez padole. Więc w kwestii przyzywania tak zwanych demonów już się nie wypowiem, bo nic w zasadzie nie wiem. Znam tylko pewne podstawy teoretyczne, zawarte w literaturze, o której wspominaliśmy.
Kanonik wstał.
-Wystarczy na dzisiaj. I tak dużo tego. Obowiązki na górze wzywają. Ponadto, znowuż muszę sobie to i owo poukładać. Poczynić zapiski.
-Do rychłego zobaczenia.
Kanonik wezwał swych podopiecznych a kiedy wychodzili, rzucił:
-Bywaj.

IV
Dzień V
Kiedy inkwizytor wraz ze swoim stałym towarzystwem wkroczył do celi, aresztant już nie spał.
-Jakież to radosne wieści mi przynosicie, księże kanoniku?
-Radosnych, żadnych- jak się trafnie domyślasz. No, chyba, że ucieszy cię wieść, że ostatniej nocy, ku chwale kościoła i owieczek pańskich oraz ku radości włodarzy miasta i jego mieszkańców, do Lyonu zawitali sławni tępiciele herezji w osobie Jana Blonyn i Henryka, królewskiego seneszala z Rennes. A najdalej dzisiejszym wieczorem dojadą Bernard Crissiot i Conrado Salighieri.
Zanim kanonik zdążył wygłosić swoją kwestię, jego wychowankowie, zrobiwszy, co do nich należy, zniknęli jak sen jaki złoty.
-Więc jutro rozpocznie się proces?
Duchowny skinął głową.
-No, to teraz zaczną się setki donosów, zawiadomień, etcetera. Będziecie mieli pełne ręce roboty, żeby oddzielić ziarna od plew. Choć wielu inkwizytorów nie zaprząta sobie tym głowy, uważając, że lepiej posłać na śmierć setkę winnych, niż przeoczyć jednego niewinnego.
-Cóż, tragicznym jest to, że są tacy, którzy próbują wykorzystać ostrze inkwizycji we własnych partykularnych celach. Zauważ jednak, jakże często wtedy to ostrze zwraca się przeciw nim.
Heretyk nie ciągnął dalej tego wątku.
-Nie obawiacie się teraz okazywania mi nadmiernych względów? –Spytał wskazując na stół i zastawę.
-Moi szanowni, uczeni w piśmie konfratrzy, chwilowo mają taki natłok zajęć w materii legistycznej i formalnej w związku z procesem, że nie mają czasu zainteresować się ani twoją, ani moją osobą. Zadbałem o to.
-Chylę czoła przed waszą zapobiegliwością.
-Dziękuję uprzejmie. A teraz siadaj i przejdźmy do rzeczy.
DeScorrio posłusznie usiadł. Kanonik poszedł w jego ślady, nalał wina i nałożył obydwu wołowiny z kapustą.
-Opowiedz mi o rytuałach, które wykonywałeś.
-Poza tym, o czym już mówiłem, to, od czego mam zacząć?
-Od początku, najlepiej.
-Oczywiście. Zdarzyło mi się wymienić kilka tytułów ksiąg zakazanych. Głównie rytuały tam zawarte.
-Głównie, ale nie tyko.
-Co jeszcze…? Podwójny Krąg Akermanna. Raczej w formie eksperiencji, żeby przekonać się o jego możliwościach. Cha, kiedyś była z tym kupa śmiechu. Na zamku jednego z moich przyjaciół –uprzedzając pytanie: w swoim czasie powiem, kogo –coś poszło nie tak, czegoś nie dopilnowaliśmy. Jedyny efekt był taki, iż rano okazało się, że w promieniu pół dnia drogi od zamku padły kury… Ale tylko czarne i to co do jednej. Jeszcze próbowałem Wezwanie Demonicznego Sługi, ale to straszna lipa!
Kanonik uśmiechnął się lekko.
-Widzę, że doskonale zdajecie sobie sprawę z zamaskowanej w rytuale pułapce i tkwiącym w nim niebezpieczeństwie. Ja podówczas nie wiedziałem.
-I tak macie dużo szczęścia.
-Szczęścia, owszem, ale bardziej siły woli i późno, bo późno, ale jednak fachowej wiedzy. I tak zajęło mi dobre dwa miesiące, zanim się pozbyłem kleszcza. Straciłem wtedy chyba ze trzydzieści funtów.
-Jakiejże to, w tym konkretnym wypadku, wiedzy?
-Drugi Krąg Odrzucenia. Ot i cała filozofia.
-Mówiłeś o zabiegach nekromantycznych.
-Już o to też zahaczyliśmy. To, co magowie powszechnie acz niepoprawnie nazywają „Księga Seta”, nic ponadto…
-Inna rzecz, że chyba trudno by wymyślić coś ponadto.
-Święte słowa.
-Skąd miałeś te wszystkie tytuły i rytuały?
Więzień wyciągnął się na krześle i skrzywił usta w nieprzyjemnym grymasie.
-Nie ładnie, księże, zadawać pytania, na które doskonale zna się odpowiedź. Organizowali je dla mnie Wilhelm von Hohenburg oraz monachijski czarnoksiężnik Konrad Wernerhagen. Na pewno macie to w swoich aktach. Wiecie też doskonale, że Hohenburga, zanim zdążyliście położyć na nim ręce, zamęczył magdeburski inkwizytor a Wernerhagen, na moment przed aresztowaniem zeżarł chyba z garść pyłku czarnego lotosu. Przecież byliście tam osobiście- to musiał być bardzo niemiły widok.
-Faktycznie, był. Wiesz skąd oni organizowali potrzebne tobie materiały?
-Oczywiście, ze względów bezpieczeństwa –nie. Nawet nigdy nie próbowałem się dowiedzieć. Nie można zdradzić ani wsypać kogoś, o kim się nie wie.
-A inni twoi kumotrzy, że się tak wyrażę: z cechu?
-Znakomita większość z różnych, naturalnych i nienaturalnych powodów, tak jak wyżej nadmienieni, nie żyje. Głównie z powodu sprawnych działań Congregatio Sanctae Inquisitionis Haereticae Pravitatis. Jak i z powodów błędów w sztuce.
-A ci, którzy żyją i jesteś w stanie wskazać?
-Wszystko powiem na pierwszym niejawnym dniu procesu. Mam swoje powody, żeby tak postąpić, z resztą śmiem się domyślać, że macie księże swoje wcale dokładne informacje i podejrzenia, a po prostu chcecie to usłyszeć ode mnie.
-Zaczynasz ze mną igrać, Adamie, a to niebezpieczna gra.
-Wiem, księże, ale zrozumiecie moje motywy. Jeżeli uznacie, że czegoś nie dopowiedziałem, na pewno złożycie mi wizytę w mojej skromnej celi i dowiecie się całej interesującej was reszty. Przecie wam nie ucieknę. To, co wiem, również nie.
-Niewątpliwie. Tym niemniej: dobrze, poczekam i w razie wątpliwości dopytam się jeszcze. Cierpliwość jest cnotą, jak mawiają.
-Niewątpliwie macie jeszcze inne pytania?
-Mam. Wspominałeś, że otrzymałeś zdolności nadnaturalne. Jakie, poza tymi, które wymieniłeś?
-Tak. Potrafię leczyć przykładając dłonie, jednakże w bardzo ograniczonym zakresie. Jeżeli mam wytłumaczyć dokładnie jak to robię, to dokładnie nie potrafię. To bardzo intuicyjne działanie. Kiedy przykładam dłoń do bolącego miejsca, czuję jak przepływa przez nią jakby ciepło. Ci, których leczyłem, mówią również, że czuli ciepło i jakby fizyczny dotyk. A ja nie dotykałem podczas zabiegu. Między dłonią a ciałem zawsze zostaje z pół cala miejsca. Zamykam oczy, koncentruję się i wyobrażam sobie, że chore miejsce, to jakby biała mgiełka zawieszona w czerni. Wtedy, w zależności, co jestem w stanie zrobić, to swoją mocą ja albo rozpraszam- wypalam, albo wchłaniam. Raczej wchłaniam, bo rzadko mi się udaje rozproszyć. Dlatego też bardzo nieczęsto, tylko w szczególnych sytuacjach korzystam z tej zdolności, ponieważ później sam odchorowuję taką kurację.
-Jakie jeszcze praktyki uskuteczniałeś?
-Dużo pracowałem nad głębią zwierciadlaną, ale na skutek pewnego pożałowania godnego incydentu porzuciłem to. Tworząc głębię zwierciadlaną, otwieramy okno. Okno, przez które można wyjrzeć…
-…Ale, przez które zawsze może coś wlecieć. –Uzupełnił zdanie duchowny.
-Tak, właśnie tak.
-I to ci się przydarzyło?
-Owszem. Na zamku w Bochotnicy. Dawno temu gościłem tam przez kilka miesięcy. Jako nauczyciel szermierki i walki wręcz. –Nie patrzcie tak na mnie. Potępieni i heretycy też czasami mają problemy natury obiektywniej: potrzebują trochę grosza i względnego spokoju. A tamtejsi władycy –boczna gałąź szacownego i możnego rodu Kurowskich, ci konkretni z pewnymi inklinacjami do raubritterki a przez to bardzo zasobni, pieniądze płacili potężne. Za trzy miesiące dwanaście grzywien w srebrze. Oczywiście, nie mieli bladego pojęcia, czym, poza fechtunkiem się zajmuję. Miałem własną komnatę, zamykaną na klucz –ergo, w wieczornych i nocnych godzinach święty spokój i ciszę. Nie wiem, co tam przyciągnąłem, ale pewnie pałęta się tam po dziś dzień. Biorąc pod uwagę, że gospodarze cały czas na zamku urzędują, nie było to nic szczególnie paskudnego czy uciążliwego. Tym niemniej jednak, nauczka była nauczką i wyciągnąłem z niej pewne wnioski.
-Potem?
-W sumie to by było na tyle. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o magię rytualną. Pozostałe rzeczy to drobiazgi mające polepszyć siłę i refleks. A z ważnych…
Przerwało mu pukanie do drzwi.
-Wasz miłość!
-Tak, Lorenzo?
-Przyjechał mistrz Bernard Cissiot. Prosi natychmiast na spotkanie. Ważne ponoć kwestie.
-Otwieraj.
Wychodząc rzekł jeszcze:
-Teraz nie będzie mi tak łatwo z tobą rozmawiać. Ale jeszcze przyjdę.
-Do zobaczenia.


Proces
Dzień I
Machina kościelnej sprawiedliwości działała sprawnie. Kiedy tylko pełne gremium inkwizytorów zawitało do miasta, w ciągu jednego dnia dopełniono formalności prawnych w postaci ceremonialnego przekazania listów uwierzytelniających i kompetencyjnych, oraz dokonano wyboru miejsca na sąd. Siłą rzeczy był to tzw. plac katedralny ze względu na bezpośrednią bliskość katedry z jednej i ratusza z drugiej. Powierzchnię miał ogromną, stanowił centrum handlowe oraz pełnił funkcję miejsca wszelakich zgromadzeń –miejsce wypisz, wymaluj idealne pod każdym względem..
Na zapowiedziane zawczasu spotkanie, na które przybył niemal cały kler z miasta i okolic, miejscy oficjele wszystkich szczebli w komplecie, oraz całe tłumy wiernych, inkwizytorzy wygłosili pierwsze kazanie. Z namaszczeniem i wielką pompą ogłoszono pierwszy dzień procesu ohydnego heretyka Adama deScorrio, oraz powołując się na swoje uprawnienia i wspierając powagą urzędu, wezwali obywateli miasta do ujawnienia wszystkich znanych im heretyków, bądź tych, których o herezję można podejrzewać.
Następnie uroczyście sformowano pełen trybunał, zgodnie z obowiązującymi prawami zapraszając do niego miejscowego biskupa, oraz przełożonego najważniejszego lokalnego klasztoru. Wybór padł na opata klasztoru dominikanów, również ze względu na doświadczenie owego w zwalczaniu herezji.
Powołano przysięgłego notariusza, towarzyszących mu pisarzy, skrybów i pomocników, wraz z całym warsztatem pracy.
Zwołano ławników -‘viri probi’ -w liczbie dwunastu, rekrutujących się spośród najcnotliwszych, najpobożniejszych i najbardziej szacownych –czyli najbogatszych -obywateli miasta.
Ostatecznie, jako zwyczajowe ukoronowanie dnia, na wieczornej mszy, koncelebrowanej przez biskupa, inkwizytorzy proklamowali kolejny nieodłączny element procesu: czas łaski, ustalony tym razem na trzydzieści i trzy dni.
DeScorrio w swojej celi oddawał się medytacji i rozmyślaniom nad swoim życiem.
Rozmyślania przerwał mu jeden z wychowanków kanonika Markidzianniego, informując go o rozpoczęciu procesu. Więzień podziękował grzecznie.
Dzień II
Odrzwia celi otwarły się przy wtórze pisku nienatłuszczonych zawiasów. Trzech zakapturzonych zgodnie z protokołem inkwizytorów weszło do środka. Nieszczególny wzrost pierwszego, w połączeniu z niezwykle masywną budową i okulawieniem na lewą nogę, bezsprzecznie wskazywał na kanonika Markidzianiiego. Sprężyste sylwetki i sprawne ruchy pozostałych dwóch -na jego wychowanków. Na zewnątrz było aż gęsto od ludzi w blachach i kolczugach z orężem w rękach. Śmierdzieli potem i strachem, choć był ich tuzin, nie licząc stałej obsady więzienia. Co drugi dzierżył w rękach załadowaną kuszę.
-Witam, mości kanoniku. –Rzekł więzień, zanim inkwizytor zdążył się odezwać. –Przyszliście zabrać mnie na odczytanie aktu oskarżenia i popertraktować na temat, czy dam się zakuć w kajdany po dobroci?
-Zawsze podziwiałem twoją przenikliwość, deScorrio. No, więc jak?
-Oczywiście, pójdę po dobroci. Choć martwi mnie to, że ludzie gotowi sobie pomyśleć, że ten straszny deScorrio jednak wcale nie taki straszny. Cała moja reputacja legnie w gruzach.
Po tych słowach poszedł w kierunku wyjścia. Kiedy wyszedł, stanął w lekkim rozkroku i wyciągnął przed siebie ręce.
-Czyńcie swoją powinność, panowie żołnierze.
Gwardziści, ośmieleni osobą tak potężnego inkwizytora jak Andrea Markidzianni, sprawnie i szybko zatrzasnęli żelazne obręcze na nadgarstkach i kostkach więźnia. Chwycili go za barki i ramiona.
-Nie trzeba mnie szarpać ani wlec. Sam pójdę. –Warknął więzień.
Strażnicy spojrzeli pytająco na inkwizytora.
-Posłuchać go i ustawić szyk. –Sucho zakomenderował duchowny.
Zbrojni sformowali dwa rzędy z więźniem po środku. Kanonik stanął na czele kolumny.
-Znakomicie. Tylko pamiętajcie, co gorliwsi: jeżeli któryś go szturchnie- tu wskazał na osobę deScorria –to ja go szturchnę tak, że po Sąd Ostateczny nie zapomni. Idziemy.
Przez labirynt korytarzy i schodów pochód zmierzał do wyjścia z twierdzy. Gdy wyszli na dziedziniec, deScorrio, który od tygodnia nie oglądał słońca, musiał zatrzymać się i zacisnąć powieki. Osłonić oczu ręką nie mógł, bo nie pozwalał na to zbyt krótki łańcuch. Któryś ze strażników szarpną go brutalnie za ramię.
-Zostaw! Poczekamy. –Adam usłyszał głos księdza Andrei.
Więzień pochyliwszy głowę zamrugał kilka razy i zmrużywszy oczy do wąskich szparek, stwierdził:
-Jestem gotów.
-Idziemy.
Zbrojna kolumna podjęła swój marsz. DeScorrio zauważył, że dołącza się do nich jeszcze cała grupa młodych inkwizytorów Markidzianniego, oczywiście w tradycyjnych inkwizytorskich kapturach. Ci również ustawili się w dwóch rzędach i pomaszerowali za kolumną zbrojnych. Cały pochód przemierzył dziedziniec i wymaszerował przez bramę twierdzy.
Ulica miasta, prowadząca bezpośrednio na miejsce sądu na całej długości, po obydwu stronach, obstawiona była szpalerem wojska. Z okien, oraz spoza ramion i tarcz żołnierzy pospólstwo z wielką ciekawością przyglądało się idącej kolumnie. Panujący zgiełk, dla uszu więźnia, które ostatnimi dniami słyszały niemal wyłącznie ciszę więziennych murów, wydawał się nieznośnym hałasem. Do placu katedralnego na szczęście nie było daleko. Ledwie jakieś dwadzieścia minut wolnego marszu.
Dotarłszy wreszcie na miejsce sądu, idąc cały czas szpalerem gwardzistów, kondukt zatrzymał się dopiero przed długim stołem, za którym zasiadał trybunał w pełnym składzie. Jedno miejsce, bezpośrednio po prawej stronie przewodniczącego trybunału stało puste. Tradycyjnie było to miejsce przynależne głównemu inkwizytorowi śledczemu. W momencie, w którym cały kondukt stanął naprzeciw sędziów, kanonik Andrea zajął owe wolne miejsce.
Obok stały jeszcze dwa mniejsze stoły, a przy każdym dwóch skrybów. Rozmaitej maści kleryków, żołnierzy i rycerstwa kręciło się tu całe multum. Prowizoryczne barierki i kordon gwardzistów odgradzał masę gawiedzi od części sądowej. Jako, że posiedzenie już trwało, było względnie cicho. Nie jest rozsądne ani mądre przeszkadzać w pracy trybunałowi inkwizycyjnemu, zwłaszcza w tak niezwykle sławnym składzie.
Jeszcze nie było świadków i innych podsądnych, którzy z czasem na pewno się znajdą.
To był dzień Adama deScorrio.
Przewodniczący trybunału wstał i rozpoczął:
-Czy ty jesteś człowiekiem znanym jako Adam deScorrio? –Mówił głosem niezwykle donośnym, w sposób dostojny i namaszczony.
-Bez dwóch zdań to ja.
-Czy jest ktoś, kto bez wątpliwości potwierdzi tożsamość oskarżonego? –Dalej czynił zadość tradycyjnym procedurom przewodniczący.
-Ja potwierdzam. –Uniósł rękę ksiądz Andrea; dla postronnych obserwatorów po prostu potężnie zbudowany duchowny i główny śledczy- tak jak pozostali w dokładnie kryjącym twarz, szpiczastym kapturze.
-Jako, że potwierdzenie tożsamości przez członka trybunału wyklucza dalszą weryfikację, tożsamość podsądnego uznajemy za pewną. –Poinformował zgromadzonych ten sam inkwizytor.
-Miło mi. –Prychnął deScorrio.
-Oto akt oskarżenia skierowany przeciwko tobie, Adamie deScorrio, spisany na podstawie wieloletniego śledztwa i badania twych postępków. –Głos inkwizytora jeszcze przybrał na sile.
Dla jeszcze lepszego efektu, inkwizytor zrobił teatralną pauzę i wziąwszy głęboki wdech począł czytać z ogromnego, licznie opieczętowanego pergaminu.
-My, z łaski Boga Wszechmogącego, kościoła jedynego rzymsko-katolickiego, Ojca Świętego Eugeniusza IV, z woli Wielkiego Inkwizytora Wilhelma Merrici, na chwałę Bożą trybunał Sanctum Oficium, wobec dowodów śledztwa długotrwałego, zeznań świadków, etc, stawiamy tobie, Adamie deScorrio listę zarzucanych zbrodni następującą…
DeScorrio wiedział dobrze, że odczytywanie aktu potrwa dość długo i nawet nie udawał, że słucha. Preoracja nie obchodziła go kompletnie, zresztą jej punkty i podpunkty znał doskonale. Za to z ciekawością rozglądał się po zgromadzonej publiczności i śledził reakcje, jakie poszczególne zbrodnie w ludziach wywołują. Początkowo rozczarował się nieco, bo znakomita większość twarzy wyrażała doskonałą wręcz tępotę. Z resztą, gdy tylko jeden z drugim orientowali się, ze podsądny patrzy w ich stronę, natychmiast połami szat zasłaniali twarze i chybcikiem umykali na inne miejsce. DeScorrio uśmiechnął się pod wąsem do swoich myśli. ‘Jasne, przecież każdy wie, że tak straszny czarownik samym tylko spojrzeniem z czystej złośliwości może uczciwego chrześcijanina jakąś klątwą zaprawić.’
Początkowa część zbrodni była mocno oklepana: kacerstwo, wyparcie się wiary, bluźnierstwo, czarostwo, satanizm i jako taka nie budziła specjalnych emocji przyzwyczajonego do takich przedstawień miejskiego motłochu. Dopiero, gdy inkwizytor odczytywał zarzuty bardziej szczegółowe: przyzywanie demonów, zabójstwa łowców czarownic i członków straży inkwizycyjnej, składanie Szatanowi dzieciątek niewinnych, tłum zaczął przejawiać coraz większe zainteresowanie. Na pospolitych i co tu dużo gadać, niezbyt urodziwych i z reguły niedomytych mieszczańskich gębach malowało się to zdumienie, to niedowierzanie, to niekłamane przerażenie…
Ale kiedy inkwizytor doszedł do akapitu o obcowaniu cielesnym z sukkubami, Adam wyłowił w tłumnie, wychyloną z lektyki, niekłamanie piękną -pewnie szlachciankę, albo wyjątkowo bogatą mieszczkę- o pełnych, karminowych ustach i imponującym frontonie gorsetu. Ta twarz i wlepione w niego spojrzenie wyrażały chorobliwą wręcz fascynację. DeScorrio puścił jej perskie oko.
-Czy oskarżony zrozumiał treść dokumentu!? –Te słowa oderwały podsądnego od studiowania szczegółów fizjonomii pięknej nieznajomej, które ze względu na sporą odległość wymagało pewnego skupienia.
-Co? A, tak. Oczywiście! –Odpowiedział niefrasobliwie oskarżony i z wyrazem cielęcej niewinności w oczach popatrzył na przewodniczącego.
-Czy przyznajesz się do zarzucanych ci zbrodni przeciw wierze i ludziom?
-Ni ch… To jest, chciałem powiedzieć, że…
W tym momencie w słowo oskarżonemu wszedł ów mocarny duchowny zasiadający w trybunale jako pierwszy śledczy.
-Moim protokolarnym pensum jest powiadomienie cię, oskarżony, że wedle prawa, dopóty, dopóki trwa czas łaski twoim prawem jest nie odpowiadać na tak postawione pytanie.
-Dziękuję, wasza inkwizytorska miłość. Niniejszym korzystam z tego prawa.
Skrzypnęły po pergaminie pióra skrybów.
Teraz, realizując kolejny punkt protokołu z miejsca wstał inny członek trybunału i suchym, jakby trzeszczącym głosem ogłosił:
-Mam obowiązek zakomunikowania ci, heretyku, iż, jako że wczoraj rozpoczął się twój oficjalny proces, zgodnie z obowiązującymi z miłościwej woli Ojca Świętego Eugeniusza IV i Wielkiego Inkwizytora Wilhelma Merrici procedurami, masz prawo sporządzić teraz listę twoich wrogów, których ewentualne zeznania mogą zostać przez trybunał poddane surowej krytyce, albo nawet całkowicie pominięte.
Więzień skrzywił się.
-Z całego serca dziękuję i niniejszym zrzekam się tego przywileju.
‘Bo wiem ile w moim konkretnym przypadku on jest warty’ przemknęło mu przez myśl ale głośno tego nie powiedział.
Głos znów zabrał przewodniczący:
-W nawiązaniu do wczorajszego kazania, po raz wtóry ogłaszam wszem i wobec, że heretycy zgłaszający się bez wezwania do trybunału i odwołujący tu swe błędy, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności, poza zwykłą pokutą konfesjonału i nie mogą już być ścigani przez władze świeckie. Unikną w ten sposób jakichkolwiek konsekwencji prawnych, ale jako nawróceni zobowiązują się do trwania w wierze, a także do jej obrony, a więc między innymi do współpracy z inkwizytorami w zwalczaniu herezji; w przeciwnym wypadku - zgodnie z postanowieniami synodu w Tarragonie - znów staną się podejrzanymi. Nadmienić jeszcze muszę, że w nadzwyczajnej sytuacji, jaką jest twój przypadek, Adamie deScorrio, powyższa łaska traci swoją moc prawną. Przysługuje ci -jedynie w wypadku skorzystania czasu łaski to jest: ukorzenia się przed majestatem kościoła, wyznania win i wyrzeczenia się błędów herezji –z łaski trybunału nadzwyczajne złagodzenie kary.
-Pojąłem.
-A więc, razem z dniem dzisiejszym, czasu łaski pozostało jeszcze dni trzydzieści i dwa. Czy oskarżony ma jeszcze coś do powiedzenia?
-Absolutnie nie, proszę miłościwego trybunału.
Siedzący po lewej stronie przewodniczącego, przygarbiony, mikrego wzrostu inkwizytor, na którym habit wisiał jak na strachu na wróble, w którym deScorrio domyślił się Conrada Salighieri, niespodziewanie silnym i niepasującym do swojej fizjonomii głosem zakomenderował:
-Straż, odprowadzić oskarżonego w miejsce odosobnienia.
To również było również usankcjonowane prawnie: heretycy tak wyjątkowo niebezpieczni jak Adam deScorrio nie przebywali poza miejscem uwięzienia dłużej, niż to absolutnie niezbędne. De facto cały jawny proces odbywał się bez nich. Z ich udziałem odbywała się część niejawna, czyli w sali tortur. Aresztant doskonale wiedział, że niewykluczone, iż nie zobaczy słońca nawet w dniu ogłoszenia wyroku. Głównie dla tego, że pewnie nie będzie w stanie a na świeże powietrze oprawcy wyprowadzą go dopiero w dniu egzekucji.
Tą samą drogą, tak samo szpalerem zbrojnych, kondukt gwardzistów i kleryków Markidzianniego odprowadził podsądnego do celi.
Na miejscu, nie mając duchowego wsparcia znamienitego inkwizytora, strażnicy nie ośmielili się zdjąć więźniowi kajdan.









Dzień III
DeScorrio cierpliwie czekał na kanonika. A gdy ten wreszcie przyszedł, ucieszył się szczerze.
-Witam, księże. Myślałem, że już nie zawitacie na moje pokoje.
-Gdzieżbym mógł. Nie zdążyliśmy przedyskutować kilku kwestii. A dzisiaj to prawdopodobnie jedna z ostatnich, jak nie ostatnia okazja, żebyśmy mogli w spokoju porozmawiać. Proces ruszył, przywala mnie natłok obowiązków, no i jesteś też pewnie świadomy, że inni inkwizytorzy mogą niechętnie patrzeć na nasze pogawędki.
Adam pokiwał ze zrozumieniem głową. W tym wypadku sformułowanie „niechętnie patrzeć”
Mogło oznaczać bardzo wiele. Wprawdzie kanonik, z racji przynależności do Wewnętrznego Oficium i innych piastowanych godności był w zasadzie nie do ruszenia przez kolegów po fachu, ale cóż, nie mógł nadużywać swoich przywilejów i jawnie nie stosować się do obowiązujących praw.
-Właściwie, po rozpoczęciu procesu, bez świadków w ogóle nie powinienem się z tobą spotykać. Tym razem jeszcze coś sensownego wymyślę, żeby papieskiej kancelarii ulżyć w przewalaniu raportów i donosów na moją skromną, nic nieznaczącą osobę, ale, jak już wspomniałem, przypuszczalnie to nasze ostatnie spotkanie w cztery oczy.
-Domyślałem się tego.
DeScorrio Podniósł z barłogu dwa podarowane mu przez kanonika koce, złożył każdy z nich na cztery i ułożył na podłodze. Kajdany trochę mu przeszkadzały, ale nie miał problemów z poradzeniem sobie.
-Usiądźmy, księże, bo nam nogi zdrętwieją. – Poczym usiadł po turecku na swoim kocu. Duchowny poszedł w jego ślady. Kaganek postawił pomiędzy więźniem a sobą.
-Nie mieliśmy czasu dokończyć kilku kwestii naszych, jakże interesujących konwersacji. Jeszcze trochę pytań mnie nurtuje. Przede wszystkim, skąd w ogóle wiecie o Domus Veritatis?
-Teraz już tam chyba jednak nie trafię?
Kanonik zmrużył oczy.
-Nie bądź taki cwany, deScorrio. Bo w celu przetransportowania cię do Domus Veritatis zawsze, w każdej chwili- nawet na ćwierć pacierza przed egzekucją, mogę przerwać twój proces. A tam ojcowie dominikanie mają swoje metody nawet na twardszych od ciebie. Metody, na które twoje umiejętność blokowania odczucia bólu pomogą ci jak umarłemu kadzidło. Nazwa opactwa, zważ, nie wzięła się z powietrza. Poza tym mamy pewną umowę, przypominam. Nie powiesz mi, powiesz to tam. Ażeby ułatwić ci podjęcie decyzji, powiadamiam, że już jedną nogą jesteś w drodze.
-Ktoś kiedyś mi powiedział: „jeżeli miałbyś tam trafić, to połknij swój język. Albo przegryź sobie żyły. Tak będzie lepiej.” –Oświadczył Adam bardzo spokojnie, ale uwadze Andrei nie umknęło nikłe drgnięcie ust i znikome, trwające mgnienie oka rozszerzenie źrenic.
-Kto.
-Towarzysz broni z czasów bitwy pod Orleanem.
-Nadużywasz mojej cierpliwości, Adamie. –Głos duchownego nie zmienił się ani na jotę, -Pytam, więc po raz wtóry i ostatni: kto?
-Ktoś, kto tam był…
Kanonik zamyślił się głęboko. Poczym, po dłuższej chwili, bardziej stwierdził, niż zapytał:
-Ośmiostopowy moloch o posturze bardziej tytana, niż człowieka. Długie, ciemne, ale nie czarne włosy, jasne, lecz bliżej nieokreślonego koloru oczy, regularne rysy, znakomite maniery… Świetny szermierz, nieprawdopodobnie sprawny, potwornie silny, wszechstronnie wykształcony, niezwykle oczytany –wręcz erudyta…
-Znałem go pod imieniem Anton. Jak nazywa się naprawdę- nie mam pojęcia.
-Skąd go znasz?
-Jak już nadmieniłem, walczyliśmy ramię w ramię pod Orleanem i w wielu innych bitwach pod rozkazami Gillesa de Rais i marszałka „Ira Dei” Le Hira. Tam się pokumaliśmy. Później jeszcze kilka razy spotkałem go na zamku Tiffauges. Ostatni raz jakieś trzy lata temu. Potem wyjechał i ślad po nim zaginął.
-Tak, był w Domus Veritatis i to nawet dwukrotnie. Najpierw, jako dominikanin, potem jako więzień. Jeden jedyny, któremu kiedykolwiek udało się stamtąd uciec, ale to było ponad dwadzieścia lat temu… A jako mnich, jeszcze z dekadę wcześniej… Na jaki wiek wyglądał?
-Bo ja wiem? Tak na najwyżej trzydzieści i to znakomicie utrzymane trzydzieści, nie więcej. Śladu siwizny, zmarszczek, doskonałe zęby… -Tu więzień urwał i pogrążył się w myślach. Widać było, że próbuje sobie coś przypomnieć. Faktycznie, po namyśle podjął watek. - Zaraz, zaraz… Często w rozmowach z Gillesem i mną, opowiadał o bitwach pod Tannenbergiem, Askalonem, Rogami Hattin, Bannockburn, ujściem Warnawy, czy Poities, tej z Roku Pańskiego siedemset trzydziestego drugiego… Opowiadał zupełnie jakby… Jakby tam był…
-Coś jeszcze o nim wiesz? Muszę wiedzieć absolutnie wszystko.
-Słowo heretyka, że niewiele. Poza tym, co powiedziałem, pewnie mniej niż wy. Ot, że parał się wiedzą tajemną, szczególnie nekromancją. Że drapnął z Domus Veritatis, ale absolutnie nigdy o tym, co tam doświadczył nie wspominał. Nawet jednym słowem czy aluzją- poza sentencją, którą wam w całości przytoczyłem. Tyle. Od siebie mogę dodać, że w obyciu bardzo miły i taktowny człowiek. Co ciekawe, straszny w boju, poza polem bitwy jakąkolwiek przemoc traktował jako ostateczność i bardzo nie lubił szafowania ludzkim życiem. No, jeszcze może to, że i on, przy całej swojej wiedzy, nie był nieomylny…
-Co macie na myśli?
Adam uśmiechnął się do swoich wspomnień.
-Kiedyś na zamku Tiffagues, pod pozorem ćwiczeń z ciężką bombardą –taką na pół wiadra prochu, eksperymentowaliśmy z zaklęciem „Kugelblitz”. Celem miał być zdezelowany wóz taborowy. Inkantacja, owszem mu się udała, grom ściągną mocny jak zaraza. Ale ten… -Więzień teatralnie zawiesił głos.- …Zamiast w wóz, wyrżnął w zamkową chlewnię. Gnojówka i flaki wyfrunęły nawet poza zamkowe mury. Baron nie był specjalnie zachwycony.
Inkwizytor wyobraził sobie możnowładczą, wypieszczoną siedzibę od odsadzek po dachówki obryzganą świńskimi odchodami oraz upstrzoną girlandami jelit i zaniósł się szczerym, niewymuszonym śmiechem. Ale szybko spoważniał.
-Nie wspominał o niczym, co mogłoby podpowiedzieć gdzie się udaje?
-Wspominał.
-Twoja bezczelność zaczyna przekraczać granice dobrego smaku.
-Do Tybetu. To chyba nieco poza granicami waszej jurysdykcji. –Skomentował z jadowitą satysfakcją i natychmiast tego pożałował napotykając wzrok inkwizytora.
-Obydwaj wiemy, że są pewni ludzie, dla których jurysdykcja nie ma znaczenia…
DeScorrio zamknął się i miał ochotę podjąć próbę ugryzienia się w zadek.
Inkwizytor bacznie obserwował więźnia.
-Jesteś absolutnie pewien?
-Tak.
Dusza deScorria skręcała się ze strachu. Absolutnie nie okłamał inkwizytora, nie próbowałby nawet, bo wiedział, że ten człowiek ma wręcz nienaturalny dar wyczuwania kłamstwa. A nie miał wątpliwości, że gdyby został na kłamstwie przyłapany, nieodwołalnie skończyłoby się to podróżą w Alpy w jedną stronę. Nie okłamał go, ale nie powiedział też całej prawdy… Że Tybet nie był celem ostatecznym Antona. Gdyby padło jeszcze jakieś pytanie o cel podróży rzeczonego, musiałby odpowiedzieć a bardzo tego nie chciał. Miał świadomość, że jeszcze dzisiejszego dnia pomknęliby gońcy do Domus Veritatis z informacją arcyważnej kategorii…
-Tybet jest ogromny. Wiecie konkretnie, w jaką część Tybetu mógł się udać?
Adam, gdyby mógł, najchętniej odetchnąłby z ulgą. Na tak sformułowane pytanie mógł odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
-Nie.
Oczy kanonika mierzyły więźnia.
‘Jak wymierzone we mnie lufy hakownic… Kiedy wystrzelą?’
-On powiedział ci o mojej jakże zaszczytnej przynależności? Nawet dla hierarchów i moich braci inkwizytorów, którzy będą ze mną prowadzić twój proces, to tylko blade podejrzenie. A ty wiesz.
-Tak.
-No to mam rozwiązanie kolejnej nurtującej mnie zagadki.
Ni stąd, ni zowąd ksiądz uśmiechnął się i wydobył spod habitu pękaty gąsiorek.
-Golnij sobie. Tylko ostrożnie.
Golnął. Oczy omal nie wyszły mu na wierzch, poczerwieniał a oddech uwiązł mu w piersiach.
-Oż… Co to jest?
-Eau la vie. Wynalazek mnichów z południowego zachodu Francji. Z jabłek.
-Ale dobre. Mocne jak sama zaraza. Pyszności. Gdybym jeszcze miał okazję, pewnie zamieszkałbym na południowym zachodzie Francji, został pijakiem i zapił się tym specjałem na śmierć. Więc myliłem się: jednak jest coś dobrego, co ludzkość zawdzięcza kościołowi.
Kanonik nie skomentował, natomiast pociągnął sążnisty łyk.
-Co byś robił w życiu, gdybyśmy cię nie pojmali? –Zagadnął.
-Oczywiście to, co dotychczas. No i brał udział w każdej wojnie, na którą bym się załapał. Nic tak nie koi skołatanych nerwów, jak dobra mediolanka na grzbiecie, solidny ogier pod zadkiem, morgensztern w garści i warkot werbli przed bitwą.
-Wiem, że sporo walczyłeś. –Podjął temat duchowny, podając więźniowi gąsiorek. -Ja też, jakkolwiek moje odczucia na temat zestawienia bitwy i kojenia nerwów są nieco inne. Wspomniałeś o Orleanie. Byłeś tam w bezpośredniej obstawie Joanny. Opowiedz mi o tej bitwie.
Adam znów pociągnął tęgo, a kiedy odzyskał oddech, uśmiechną się do wspomnień.
-Ech, oczywiście pamiętam Orlean chwila po chwili… W pewnym momencie zostaliśmy pod sztandarem tylko chorąży deVrinal, Joanna, jej przyboczny i osobisty ochroniarz Jan z Aulon, Le Hire, Anton, Gilles oraz ja. Wszyscy bez koni. Zanim dotarła do nas odsiecz, otaczał nas istny wał trupów i dogorywających. Antonowi złamał się miecz i wyrzynał ciężkozbrojnych piechurów dwoma puginałami. Ja ledwo mogłem utrzymać korbacz w ręku, tak drzewce było mokre od krwi. De Rais walczył na dwa! Jan i Gilles cały czas osłaniali Joannę… To było coś niesamowitego. Coś, czego nie da się opowiedzieć… Ależ to była dzika jatka! W nocy, kiedy wreszcie wydostałem się ze zbroi, moja przeszywanica była całkiem sztywna –tak była przesiąknięta krwią, choć ja nie byłem nawet draśnięty. Kurwa, lepiej byłoby dla niej, gdyby wtedy zginęła, tak jak kilka godzin wcześniej hrabina Le Hire, siostra marszałka… Przecież ten skurwiel delfin nawet nie kiwnął palcem, żeby ją ratować. A myśmy mogli, lecz nam nie dano szansy…-Tu deScorrio zamilkł i pogrążył się we wspomnieniach.
Kanonik nie przerywał mu tej chwili zadumy.
-A wie ksiądz, co było najbardziej niesamowite? Ano, to, że ten wcielony anioł w swoim najbliższym otoczeniu miał pięć oszalałych potworów: swego przybocznego -Jana, wielkiego marszałka -Le Hira, swą prawą rękę i człowieka do bardzo specjalnych poruczeń -De Raisa z jego towarzyszami -Antonem i mną. Z tego trzech zaprzedanych Ciemności, którzy wtedy pod Orleanem, gdy byliśmy pewni, że już po nas, modliło się do Niego… A przy niej… Przy niej byliśmy… Byliśmy… -Oczy mu się zamgliły; więzień znów odpłynął w świat swoich myśli. Pewnie wracał do chwil wielkiej glorii i chwały.
-Ludźmi. –Dokończył za niego duchowny.
-Tak, ludźmi… -Potwierdził ledwie słyszalnie. –Widzę, że ksiądz naprawdę rozumie. Anton się nie mylił… -Tu urwał i zamilkł. Na długo.
Duchowny i to uhonorował, cierpliwie czekając aż jego rozmówca wróci do tego świata. Faktycznie, w końcu mgła rozwiała się w oczach niegdysiejszego bohatera wojennego.
-Przy niej nie dało się nie być człowiekiem. –Skwitował.
Kanonik chciał coś powiedzieć, ale w tej samej chwili rozległo się gwałtowne pukanie w drzwi. W panującej ciszy głośne niczym wystrzał z bombardy.
-Tak? Rzucił w stronę okienka inkwizytor.
-To ja, Lorenzo, wasza miłość. Pokornie przepraszam, że ośmielam się przeszkadzać, ale bracia inkwizytorzy proszą waszą miłość.
-Cholera, muszę iść. Postaram się jeszcze cię odwiedzić. Jest jeszcze tyle pytań… -Poczym w stronę okienka: -Otwórz, Lorenzo.
Natychmiast wykonano polecenie, ale kanonik już stojąc w progu raz jeszcze zwrócił się do więźnia:
-Ty, to pierwszy. Anton, to drugi. A trzeci?
-Niechże ksiądz uszanuje mój intelekt i nie wciska mi ciemnoty, że nie wie.

Dzień IV-XXXII
Czas łaski. Okres namysłu. Trwał nie mniej jak trzydzieści dni, ale często przeciągał się na dwa, czy nawet trzy miesiące, a poświęcony był szeregowi misji, publicznych konferencji i dysput najlepszych teologów o prawdach wiary i błędach herezji. Tutaj o jakimkolwiek przeciągnięciu nie mogło być mowy, albowiem już pierwszego dnia został odgórnie określony. Wszelakich teologów, uczonych w prawie kanonicznym legistów, kościelnych delegacji i tym podobnych, jak zwykle w przy takich okazjach, nazjeżdżało się, co niemiara.
Trwał korowód publicznych samooskarżeń, odpustów, modłów, prelekcji, zażartych dyskusji, pokut…
Na inkwizytorskich stołach, jak przewidział deScorrio, piętrzyły się stosy informacji, zeznań i niezliczonych donosów…
Kanonik Andrea Markidzianni, mimo najszczerszych starań, nie mógł sam odwiedzić aresztanta. Każdego dnia któryś z jego wychowanków poprzez okienną kratę w drzwiach celi pytał więźnia, czy ten nie prosi o doprowadzenie przed trybunał. Ten grzecznie, ale uparcie odmawiał.

Dzień XXXIII
Przyszedł ostatni dzień czasu łaski. Na placu katedralnym i w twierdzy inkwizytorzy mieli huk roboty. Trybunał ogłosił, że o ile do północy Adam deScorrio nie skorzysta z czasu łaski, dalsza część postępowania w jego sprawie toczyć się będzie w trybie tajnym. Z resztą, jak na potrzeby krwi żądnej gawiedzi, spraw do prowadzenia w sposób jawny będzie wystarczająco. Oczywiście nie wszyscy podli kacerze zechcieli skorzystać z niezmierzonej dobroci braci inkwizytorów i dobrowolnie poddać się konfesjonalnej pokucie. Po tych sięgnie mocarna ręka prawa. Nieuchronnie zbliżał się czas orki na ugornej niwie, a potem okrutnego żniwa.
Kończył się czas łaski, zaczynał czas gniewu.
DeScorrio nie poprosił o doprowadzenie przed trybunał.

Dzień XXXIV
Duża sala w lochach pod zachodnim skrzydłem cytadeli oświetlona była tak, że było niemal tak jasno jak w południe słonecznego dnia. Na sali tłoczno. Za długim stołem zasiadało dostojne, zakapturzone inkwizytorskie gremium w liczbie siedmiu głów.
Pod ścianami i przy drzwiach stały liczne straże.
Dwóch skrybów trzymało już w dłoniach pióra i wygładzało łokciami przygotowane arkusze.
Pomiędzy koszmarnymi urządzeniami i paleniskami pełnymi rozżarzonych węgli kręcili się katowscy pachołcy doglądając narzędzi i czyniąc ostatnie przygotowania. Oczywiście było to całkowicie zbędne- wszystko idealnie gotowe było na długie godziny przed przybyciem inkwizycyjnych śledczych- po prostu należało to do tradycyjnego rytuału.
Sam mistrz małodobry cierpliwie czekał na swoje wielkie chwile stojąc obok stołu inkwizytorów.
Nie brakowało też na sali młodych podopiecznych inkwizytora Markidzianniego, którzy poza funkcją specjalnej ochrony inkwizytorów, pełnili również funkcje medyków. Towarzyszyło im kilku terminatorów ze świty Conrado Salighieriego. Zajmowali specjalnie dla nich przeznaczoną ławę.
Inkwizytor siedzący po środku wstał i gromkim głosem zakomenderował:
-Wprowadzić oskarżonego!
Bez skrzypnięcia otworzyły się drzwi i ośmiu drabów wprowadziło skutego heretyka. Był już przygotowany do badania, a więc nagi i całkowicie pozbawiony owłosienia. Ale w odróżnieniu od znakomitej większości ludzi w jego sytuacji nie wyglądał nawet za grosz żałośnie. Nagość nie krępowała ani nie onieśmielała go na jotę nawet. Ba, wydawał się wręcz dumny z obnażonego, sękatego od muskułów ciała. Szedł prosto, na tyle na ile pozwalał krótki łańcuch między kostkami –pewnie i z tym ledwie widocznym, przemykającym po kącikach ust cynicznym grymasem. Otoczony kordonem straży, stanął vis a vis śledczych.
Ten sam duchowny ogłosił wobec zgromadzonych:
-Otwieram pierwszy dzień badania człowieka posługującego się imieniem i nazwiskiem Adam deScorrio. Lista zarzutów jest następująca…
W miarę jak inkwizytor po raz pierwszy czytał –pełny tym razem -akt oskarżenia, co niektórzy ze składu śledczego aż kręcili z niedowierzaniem głowami, mimo, że już z grubsza go znali przecież znali. Oskarżony tymczasem, jak uprzednio, zdawał się sprawiać wrażenie jakby cała rzecz jego nie dotyczyła. W końcu ów skończył odczytywanie trzymanych w rękach pergaminów i donośnie zapytał:
-Czy ty, Adamie deScorrio, przyznajesz się do zarzucanych zbrodni i występków?
Skrzypnęły pióra skrybów.
-Właściwie tak. -Rzuci swobodnie więzień.
Na chwilę zapadła cisza zakłócana tyko potrzaskiwaniem węgli w paleniskach.
Któryś ze zgromadzonych inkwizytorów krzyknął na skrybów:
-Zaprotokołować, że oskarżony przyznał się do wszystkich zarzucanych mu zbrodni!
-Niech wam będzie, że do wszystkich. Tak będzie prościej i oszczędzi wszystkim zbędnej fatygi.
Ten sam, już mniej egzaltowanie polecił:
-Zapisać, że potwierdził!
Siedzący po sąsiedzku pochylił się w jego stronę i szepnął doń kilka zdań, a do pisarzy rzucił krótko:
-In extenso!
Tymczasem ten po środku odkaszlnął i dostojnym, namaszczonym głosem zadał kolejne pytanie:
-Kiedy i jak poszedłeś drogą ciemności?
Podsądny zastanowił się kilka chwil.
-To było na polu bitwy niedaleko Le Mans. Wpadliśmy wtedy niespodziewanie na zagon hobiliarów. Zostałem raniony toporem w ramię. Obaliłem się z konia. Kiedy otworzyłem oczy, było po bitwie. Czułem, że umieram. Ujrzałem wtedy na pokrytym trupami polu samotnego jeźdźca. Odziany był całkowicie na czarno, w czarnych blachach na karym konisku w czarnym kropierzu i takich, że ladrach. Na kropierzu wyszyte złotem i purpurą odwrócone krzyże. Na tarczy szkarłatny, jakby krwią wyrysowany pentagram. Podjechał do mnie. Poczułem wyraźny zapach smoły i siarki. Poprzez szpary hełmu wyraźnie widziałem gorejące czerwono oczy. Wyciągnął do mnie pancerną lewą rękę i odezwał się grzmiącym głosem: „wybrałem ciebie, abyś mi służył ciałem i duszą aż po swoje ostatnie tchnienie! Twoja dusza jest moja Adamie deScorrio i zawsze nią była. Będziesz studiował czarną magię, nakłaniał do herezji niewinnych i nurzał się w nieprawości ku mojej chwale!”. Straciłem przytomność, a kiedy ją odzyskałem, byłem w pełni sił a zadana mi niemal śmiertelna rana znikła bez śladu. Ja byłem już zupełnie kimś innym. Tak to się zaczęło…
Zacięcie skrobały pióra skrybów. Inkwizytorzy, jak ogłuszeni tak straszliwym wyznaniem milczeli.
-Kto współdziałał z tobą w twoich diabelskich praktykach? –Zapytał w końcu ten, co zwykle.
-Domingo Servantes y Garcia, hiszpański astrolog.
Miarowo poskrzypywały pióra a jeden z podopiecznych księdza Markidzianiego chrząkną cicho i powiedział:
-Za pozwoleniem waszych świątobliwości…
-Tak, młodzieńcze?
-Nadmieniony heretyk trzy miesiące temu został skazany na stos przez trybunał w Kordobie.
-Ktoś jeszcze?
-Wilhelm Konrad von Hohenburg, alchemik z Magdeburga.
Tenże sam młody inkwizytor, gdy tylko heretyk skończył, już niepytany, natychmiast rzekł:
-Wilhelm Konrad von Hohenburg blisko rok temu zszedł podczas przesłuchania przed magdeburskim inkwizytorem.
-Istvan Sabo, węgierski nekromanta.
-Istvan Sabo spłonął w Belgradzie już blisko pięć lat temu.
- Konrad Wernerhagen, czarnoksiężnik z Monachium.
- Konrad Wernerhagen popełnił samobójstwo tuż przed aresztowaniem dwa lata temu.
Dostojny i namaszczony głos, tym razem zdradzający już pewne nutki irytacji zapytał inaczej:
-Kto z żyjących jeszcze heretyków współdziałał z tobą w twoich diabelskich praktykach?
A wtedy gromem przetoczyły się przez salę słowa, po których na długą chwilę zapadła martwa cisza:
-Gilles de Rais, baron Tiffauges.
Descorrio obserwował, jaki efekt wywarły jego słowa. Na dostojnym trybunale zapanował chwilowy chaos. Zgromadzeni zaczęli nagle wszyscy naraz mówić jeden przez drugiego podniesionymi głosami, żywo przy tym gestykulując. Dwie osoby się nie włączyły w chwilowy rozgardiasz. Pierwszą był Andera Markidzianni, który siedział spokojny i absolutnie nieporuszony z rękoma skrzyżowanymi na piersiach.
‘Wiedziałeś, stary, chytry lisie. Wiedziałem, że wiedziałeś! Ty i Wewnętrzne Oficjum. Już pewnie dawno za nim węszyliście. Ale cię przechytrzyłem, choć jeszcze tego nie wiesz, i nie wiesz, dla czego.’ -Adam w myślach uśmiechnął się do siebie.
Drugą osobą natomiast -rosły i korpulentny duchowny, który pochylił się mocno do przodu i wsparłszy brodę na dłoniach wbił spojrzenie w podsądnego. Nie umknęło to uwadze owego. Nie wiedzieć, czemu, heretyk domyślał się w nim Jana Blonyn.
Tenże cierpliwie poczekał, aż jego towarzysze przycichnął nieco, poczym cichym, matowym głosem spytał:
-To bardzo poważne oskarżenie Adamie deScorrio. Czy jesteś pewien i możesz poprzeć je jakimiś przesłankami?
-Wasza inkwizytorska miłość. Znam marszałka od wielu lat. Walczyłem razem z nim pod rozkazami hrabiego LeHire. Całymi miesiącami gościłem w twierdzy Tiffagues, widziałem, co tam się działo. Popytajcie tylko tamtejszą ludność. Odpowiedzą wam, ze na zamku zamieszkał diabeł. Wiem, lud prosty mówi tak, o co drugim możnowładcy, który ich gnębi. Ale w tym wypadku nie mylą się wiele. Opowiedzą wam o przepadających bez wieść całymi dziesiątkami młodych dziewczętach i dzieciach. O nocnych eskapadach barona po włościach, po których zawsze ktoś znika. O tym, co dzieje się wewnątrz murów, oczywiście wam nie powiedzą. To powiem wam ja. Baron, ze względu na moją wiedzę, praktyki i jako dawnemu towarzyszowi broni darzył mnie bardzo daleko idącym zaufaniem. W związku z tym na własne oczy widziałem wiele z tego, co działo się na jego zamkach.
Niejako delektując się wrażeniem, jakie wywołał, deScorrio ciągnął dalej:
-Baron oddaje cześć Lucyferowi i para się czarną magią. W twierdzy odbywają się orgie tak wyuzdane, że moje własne ekscesy to nawet niegodne wzmianki incydenty. Dzikie orgie u stóp podobizny Bafometa, na których wychwala się imię Księcia Ciemności. Na jego dworze gości od dawna poszukiwany przez was florentczyk, Francesco Prelati, kapłan Lucyfera i kilku innych znacznych wyznawców Zła. Wiem to, bo widziałem go tam, tako jak i was widzę. Odbywają się tam regularne czarne msze. Składane są tam na nich ludzkie ofiary, ale tego akurat z całkowitą pewnością poświadczyć nie mogę, bo pryncypialnie nigdy w takich obrzędach nie brałem udziału. Wiem jednak z całą pewnością, że pracują nad czarnoksięską –nie alchemiczną, wersją kamienia filozoficznego –jak na razie bezskutecznie, oraz nad czarnomagicznym eliksirem młodości –z całkiem dobrymi i obiecującymi efektami. Eliksiru jako takiego nie wyekstrahowali, jednakże uzyskali napój, który wprawdzie nie odmładza, ale przywraca siły witalne, znakomicie zwiększa krzepę i moce męskie. Jednorazowe działanie utrzymuje się przez kilka tygodni, a czasami nawet dobrze ponad miesiąc. Sądzę, że uczeni i doświadczeni inkwizytorzy, tacy jak wasze miłości, doskonale wiedzą, jakich substratów wymagają takie badania –i to w dużych ilościach. To samo dzieje się w dwóch innych zamkach barona Champtoce i Machecoul. Wystarczy tylko tam poszukać i to z grubsza a dowodów będziecie mieli tyle, że wystarczy, aby skazać de Raisa i jego towarzyszy, nie raz, ale po wielokroć. Kończąc mój wywód: baron i jego świta, to jedyni jeszcze żyjący heretycy, których jestem w stanie wskazać.
Gdy deScorrio skończył, na sali po raz kolejny panowała kompletna cisza. Kompletna. Nawet skrybowie zamarli przerażeni tym, co usłyszeli. Zdawało się, że z wrażenia nawet węgiel przygasł w żelaznych koszach.
-Czy osobiście braliście udział w praktykach barona? –Zapytał ten sam matowy głos Jana Blonyn.
-Poniekąd już odpowiedziałem na to pytanie. W jednych tak, w innych nie. Brałem udział w orgiach, eksperymentach z czarnoksięskimi zaklęciami i niektórych pracach alchemicznych. W krwawych ofiarach natomiast, oraz próbach stworzenia kamienia filozoficznego i eliksiru młodości –absolutnie nie. Jakim bym sam nie był potworem, są rzeczy, którymi się brzydzę i do których ręki nigdy nie przyłożę.

Dzień XXXV
-Zmiłujcie się dobrzy ojcowie, ja nic nie wiem! –Krzyknęła rozdzierająco niemłoda, otyła kobieta przytroczona do łoża sprawiedliwości.
-Zaraz ustalimy to ponad wszelką wątpliwość, podła czarownico, wspólniczko tego szatańskiego pomiotu! –Huknął przygarbiony chudzielec, jednocześnie wskazując na Adama deScorrio, przykutego do ściany w pozycji krzyżowej. Skinął na oprawcę i kontynuował:
-Czyż to nie prawda, że ten heretyk najgorszego autoramentu, gdy tylko zajeżdżał do Lyonu zatrzymywał się zawsze w twojej gospodzie? –Zagrzmiał.
Kobiecina wodziła wokół przerażonymi oczyma. Po inkwizytorach, po oprawcach i wreszcie po oskarżonym…
-Prawda, wasza miłość, prawda, ale…
-Milcz! Nie ma żadnego, ale. Idąc, więc dalej: czyż kilka lat temu nie zatrzymywał się w twojej gospodzie na całe miesiące i nie cudzołożył z twoją córką?
-Tak, wasza miłość…
-Mamy więc uwierzyć, że nie wiedziałaś o jego nikczemnych i bezbożnych praktykach??? Mało, że nie udzielałaś mu wszelakiej pomocy i że sama w nich nie uczestniczyłaś??? –Nie do wiary potężny, przy tak mikrej posturze, głos inkwizytora grzmiał niczym trąba Sądu Ostatecznego.
-Nie wiedziałam, wasza miłość!
Inkwizytor wsparł się rękoma o krawędź łoża.
-Widzę, że Szatan nie pozwala ci przyznać się do winy. Ale my w trosce o twoją duszę, pomożemy ci. –Zwrócił się nagle do pozostałych członków trybunału: -Z przyzwoleniem, bracia?
-Tak.
-Tak.
-Tak.
-Tak.
Niespodziewanie barczysty inkwizytor żachnął się wyraźnie.
-Nie!
-Nie. –Spokojnie zadeklarował siedzący obok niego pulchny kaznodzieja.
-A czemuż to, szanowni bracia, jeżeli można wiedzieć? –Zapytał zdziwiony konus.
-Po pierwsze, mam obowiązek odpowiadać na takie pytania… Z całym szacunkiem, nie przed wami umiłowani bracia, po drugie nie uważam, żeby faktycznie istniała potrzeba nękania tej kobiety. Uważam, że faktycznie nie wie nic, na czym by nam zależało. –Pospieszył z odpowiedzią Makidzianni.
-Na szczęście nie jesteście jedynym członkiem tego trybunału! Z resztą, wszyscy tu zgromadzeni wiemy o waszej, nazwijmy to, nadmiernej pobłażliwości, bracie Markidzianni…
-Nie wam mnie oceniać, ojcze Salighieri.
Piemoncki inkwizytor nie podjął konfrontacji, lecz dociekał dalej:
-A wy ojcze Blonyn?
-Rozważcie respons ojca Markidzianniego.
-Innymi słowy przychylacie się do jego opinii?!
-Innymi słowy: tak.
Wtedy jeszcze raz zwrócił się do trybunału:
-Z przyzwoleniem? Ojcze przewodniczący?
-Pięć przeciw dwóm. Z przyzwoleniem. –Tenże orzekł.
Piemontczyk zatarł ręce.
-Czyńcie, co do was należy, mistrzu małodobry. Pocznijcie od przypalania.
Kat był już gotowy do działania. Posmarował stopy nieszczęsnej ofiary smalcem, poczym z pomocą pachołków podsunął pod nie węgielnik i dmuchnął kilka razy miechem.
Nieludzki wrzask zdawał się aż wbijać pomiędzy kamienne bloki murów. Ciało torturowanej wyprężyło się i wygięło w łuk, tak, że zdawało się, że omal nie pęknie.
DeScorrio szarpnłą się na swoich łańcuchach.
Na dany przez Salighieriego znak, kat pomiędzy stopy a ogień wsunął szeroką okopconą i poprzepalaną deskę.
-Jakoś twój diabelski mistrz nie przynosi ci ulgi w cierpieniu! –Powiedział z mściwą satysfakcją. –Czy już jesteś gotowa na podzielenie się prawdą?
-Na boga żywego, litości… -Łzy ciurkiem płynęły po wykrzywionej grymasem męki twarzy. –Ja nic nie wiem…
Z dobrze udawaną przykrością duchowny westchnął ciężko.
-Próżny trud, gdy czarownic nie chce wyrzec się diabła i oczyścić swej duszy przez otwarcie się przed trybunałem Świętego Oficjum. Ale nie masz większej miłościwej cierpliwości, niż cierpliwość inkwizytorów dochodzących prawdy.
Skinął na kata, któren wysunął torturowanej deskę spod stóp. Kolejny upiorny wrzask.
-Trzymaj, trzymaj! -Piemontczyk instruował kata.
Koszmarne wibratto dosięgło apogeum i urwało się jak ucięte. Kobieta zemdlała.
Conrado Salighieri zamachał kościstą ręką na wychowanków Markidzianniego.
-Cućcie, synkowie, w imię boże, cućcie!
W tym samym czasie Andrea Markidzianni rzucił okiem na głównego bohatera procesu. Krótkie łańcuchy napięte były do granic możliwości. Na torsie, ramionach i twarzy wystąpiły wszystkie żyły. Oczy promieniowały zimną, spokojną, bezgraniczną nienawiścią.
Podopieczni kanonika sprawnie doprowadzili kobietę do przytomności. Na sali rozległ się rozpaczliwy szloch i łkanie.
-Nie zwiedziesz nas swymi fałszywymi łzami, obmierzła wiedźmo! –Sykną z nienawiścią Rzeźnik z Piemontu. –Mistrzu, na krzesło czarownic!
Katowscy pomocnicy sprawnie odpięli nieszczęsną od łoża sprawiedliwości i przenieśli na najeżone szpikulcami żelazne krzesło. Na kostkach i nadgarstkach ofiary zatrzasnęli żelazne klamry. Rozdmuchali węgielnik pod siedziskiem. Oprawca jeszcze nie wyciągnął deski spomiędzy siedziska, a węgielnego żaru.
-Opowiedz nam o sabatach, Klementyno Roche. –Inkwizytor mówił teraz cichym, jakby proszącym głosem, prosto do ucha torturowanej kobiety. –Ulżyj swojej duszy i wyznaj winy… Nie pozwól nam, abyśmy musieli kontynuować… Opowiedz, jak ten diabelski syniec zabierał ciebie i twoją córkę na sabaty, jak oddawałyście się obydwie diabłu…
Odpowiedziało mu zwodzenie i lament. Skinął na oprawcę. Ten najpierw usunął deskę znad węgielnika, a potem ze stołu zapełnionego katowskim instumentarium wybrał długie kleszcze, z rozszerzonymi szczękami.
-Nie, mistrzu! Gruszkę!
Kat posłusznie odłożył szczypce i wziął ze stołu coś jakby łokciowej średnicy zaklęśnięte koło ze skóry, rozpięte na skomplikowanej, pozornie filigranowej stalowej konstrukcji. Ze znawstwem pokręcił znajdującą się w środku sprężyną i po chwili faktycznie trzymał w rękach coś dokładnie kształtu i rozmiarów średniej gruszki. Zwolnił sprężynę. W mgnieniu oka, przy dźwięku przypominającym odgłos zatrzaskiwanej księgi, przyrząd wrócił do poprzedniego stanu. Kiedy piemontczyk kiwnął głową, kat znów począł kręcić sprężyną. W miarę jak z wolna, lecz nieubłaganie żelazne krzesło nagrzewało się coraz bardziej, nasilał się dziki skowyt dręczonej karczmarki.
Od kilku chwil deScorrio nie wierzgał się na swoich łańcuchach. Andrea Markidzianni szybko zauważył, że dzieje się z nim coś niepokojącego. Całe ciało się rozluźniło. Twarz wyrażała najgłębsze koncentrację. Na czole zaperlił się pot. Spokojne, skupione oczy wpatrywały się nieszczęsną ofiarę. Coś alarmującego zauważyli również jego wychowankowie. Skupiły się na kanoniku pytające spojrzenia. Ledwie zauważany ruch dłoni w czerwonej rękawicy, tyko dla nich nie przypadkowy, wydał jasną komendę: „żadnej reakcji!”. Wytrenowani w bezwzględnym wykonywaniu rozkazów oraz w duchu absolutnego i bezgranicznego zaufania do swego mistrza, wychowankowie nie dali po sobie poznać czegokolwiek.
W momencie, w którym kat już miał włożyć koszmarny przyrząd między nogi kobiety, ta nagle wyprężyła się, kaszlnęła krwią i zawisła bezwładnie na klamrach.
-Co, na Boga Żywego?! –Wrzasnął piemontczyk. –Synkowie, cucić!
Natychmiast młodzi inkwizytorzy przyskoczyli do kobieciny. Już po krótkiej chwili jeden z nich wyprostował się czyniąc znak krzyża:
-Już żadne cucenie nie pomoże. Nie żyje.
-Diabeł ją zabił!- Ryknął Conrado Salighieri.
Nagle, zobaczywszy wyraz twarzy oskarżonego, ryknął jeszcze głośniej:
-Nie, to on! On ją zabił, aby nie powiedziała prawdy!
Najbliższy strażnik najpierw z przerażeniem popatrzył na przykutego więźnia, by w tej samej niemal chwili odruchowo zdzielić go z całej siły drzewcem szpontonu w bok głowy.
Adam zapadł w ciemność.


Dzień XXXVI
-Ależ ja się musiałem nagimnastykować, żeby do ciebie przyjść. –Rzucił, wchodząc do celi kanonik Andrea Markidzianni. –Coraz więcej pracy tam na górze, coraz więcej kacerzy i coraz bardziej moi współpracownicy patrzą mi na ręce…
Więzień natomiast siedział w kącie zwinięty w kłębek. Musiało upłynąć ładnych parę chwil, zanim podniósł twarz znad ramion. Lewą stronę głowy i twarzy miał fioletową i potężnie opuchniętą.
-Cieszę się, że jesteście i dziękuję wam bardzo.
-Za co?
-Nie udawajcie głupiego. Za zakończenie cierpień Klementyny Roche. Wiem, że zorientowaliście się, że coś kombinuję. I nie przeszkodziliście mi. I że swoim ludziom, którzy zorientowali się również, zabroniliście zareagować.
-Ano, zabroniłem.
-Czemu?
-Bo wiedziałem, że ten szalony piemontczyk zostawiłby z niej strzępy mięsa. Wiem również, że jeżeli czemuś była winna, to tylko duszę Bogu.
DeScorrio przysunął się do kanonika. Z jego ust dobiegło coś jakby… Chlipnięcie.
-Wie ksiądz, ja zabiłem w życiu wielu ludzi. Bardzo wielu. Więcej, niż mogę spamiętać. Nawet pomijając pola bitew –bardzo wielu. Ale jeszcze nigdy nie zabiłem kogoś, kto był dla mnie zwyczajnie, po ludzku dobry. Aż do wczoraj.
-Jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało, postąpiłeś słusznie, Adamie. I dla tego ci na to pozwoliłem.
Kanonik usiadł vis a vis więźnia.
-Pokaż mi swój łeb.
Więzień nie oponował. Kanonik z ciekawością oglądał uraz.
-Niezwykłe, zaiste niezwykłe. To było potworne uderzenie. Ten strażnik to krepiaga, jakich mało. Dobrze, że uderzył drzewcem, a i tak mało prawdopodobne, żeby ktoś słabszy, o nieco tylko delikatniejszych gnatach coś takiego przeżył. Zwłaszcza, że łeb nawet nie miał ci gdzie odskoczyć. Potylicę też masz nieźle otłuczoną.
-Czy ja wiem czy tak dobrze?
Kanonik nie odpowiedział na pytanie retoryczne, a sam zwrócił się z zapytaniem:
-Jak to było naprawdę? Dlaczego ta nieszczęsna kobieta nawet na torturach nie chciała cię obciążyć?
-Wdzięczność, drogi księże, wdzięczność. Lat temu ze sześć, albo siedem pierwszy raz zagościłem w jej zajeździe. Tak się złożyło, że jej córka poharatała sobie nogę o jakieś żelastwa. Cyrulik wziął straszny pieniądz i oczywiście spartaczył sprawę. Poszła popielica. Kiedy wziąłem ją w obroty, gorączkę już miała taką, że można było na niej jajka smażyć. Cała moja tradycyjna wiedza medyczna, to było za mało. Więc, cóż zostały metody niekonwencjonalne. Wpompowałem w nią tyle własnej energii, że omal sam się wtedy nie przekręciłem. Ale wydobrzała.
-Potem byliście kochankami.
-Tak… Kiedy tylko zdarzyło mi się zawitać do Lyonu. A potem… Trzy lata później została zamordowana. Wtedy nie było mnie w Lyonie. Zająłem się tym. Niech ksiądz poczyta archiwa miejskie. Lat temu dwa z hakiem, zaginęło trzech lokalnych nietykalnych arystokraciątek. Dwa tygodnie później zostało znalezionych przed jedną z bram miejskich. Byli wywałaszeni, częściowo bardzo starannie oskórowani, mieli wyłupione oczy, wyrwane języki, przebite bębenki, poobcinane wszystkie palce. Posypani solą. Dwóch -rozprute brzuchy i nasypane wapna. Trzeci ucięte ręce w łokciach i nogi w kolanach. Ten trzeci, prowodyr, jeszcze żyje. Muszę się przyznać, że jestem z siebie dumny.
-Jestem pełen podziwu dla inwencji.
-Ale to tyko dygresja. Wracając do tematu. Podarowałem jej córce dwa lata życia. Stąd ta wdzięczność…
-A dziecko? –Kanonik zapytał jakby nigdy nic.
DeScorrio przygarbił się, jakby uchylał się przed ciosem.
-Dziecko?
-Tak, Adamie, dziecko. Ja jestem inkwizytorem blisko od dwudziestu lat i potrafię czytać w ludziach jak w otwartej księdze. Widziałem jak patrzyła na ciebie świętej pamięci Klementyna. Zważ Adamie, że ludzie w takich sytuacjach bardzo szybko zapominają o wdzięczności, przecież o tym doskonale wiesz. Ale, może nie mąż, a jednak ojciec jedynego dziecka jedynej córki -to już insza inszość.
W oczach więźnia błysnął ni mniej ni więcej tylko niekłamany strach.
-Zostawcie! Przecież to tyko dziecko!
-Dziecko Potępionego. –Oczy inkwizytora zamieniły się w dwa kawałki lodu.
W ciszy, która teraz zapadała, słychać było tyko świszczący, astmatyczny oddech deScorria.
-Domyślam się, że na wychowaniu u jakiejś godnej zaufania, arystokratycznej rodziny…
Adam milczał uparcie. Jego wzrok, nagle nieobecny, błądził po murach celi.
-…Która nic nie wie o moich niecnych praktykach, która zna mnie jako bohatera spod Orleanu. –Dokończył zimno.
-Adamie, nasza umowa.
Heretyk spojrzał w oczy inkwizytorowi. Andrea Markidzianni w zielonych, bezlitosnych oczach zobaczył jasną, powziętą decyzję i zimny, bezwzględny, niezłomny upór. Milczenie przeciągało się.
Kanonik przeciągnął dłonią po niegdyś czarnych, teraz czarno-srebrnych, krótko przyciętych włosach. Oczy nagle złagodniały. Adam zobaczył w nich coś, czego nie potrafił nazwać… Może odbicie jakiegoś odległego wspomnienia?
-Dobrze, Adamie. Jak stoi w piśmie napisane: „Tym, którym odpuścicie, będzie odpuszczone. Tym, którym zatrzymacie, będzie zatrzymane.” I z mocy nadanej mi łaski Pańskiej, w tym jednym, jedynym wypadku ja ci odpuszczam… To tylko dziecko…
-Przekonujecie swoje sumienie, czy poczucie obowiązku?
-Daruj sobie cynizm i złośliwość, bo kiedy się boisz, ani jedno, ani drugie ci nie wychodzi.
Więzień opuścił głowę.
-Wybaczcie, księże. Przepraszam. I dziękuję.
-Nie dziękuj. Ja, mimo, że jestem inkwizytorem, mam sumienie. Przede wszystkim, nie potraktuj tej sytuacji jako precedensu. Potraktuj jako… Niewytłumaczalną i niezrozumiałą chwilę słabości; która się już nie powtórzy. Ani tutaj, ani w sali tortur. Przejdźmy do innej kwestii: wiem, w jaki sposób zabiłeś Klementynę Roche. Intryguje mnie natomiast, dla czego nie próbowałeś tego samego z ojcem Conrado Salighieri.
Więzień odprężył się nieco. Muskuły na karku wyraźnie rozluźniły.
-Bez inkantacji i „pomocy naukowych” moje zdolności są bardzo ograniczone, księże. Biedna kobiecina była przerażona do granic możliwości, wręcz bliska szaleństwa z bólu i strachu, a jako taka bardzo podatna na atak mentalny. W normalnych warunkach uśmiercenie siłą umysłu człowieka na odległość jest bardzo skomplikowanym zadaniem. Nad grafem von Vittenbach pracowałem ze dwa miesiące. Wprawdzie to trochę nie wyznacznik, bo ten był wyjątkowo twardy, ale daje jakieś pojęcie o skali trudności. Z resztą, czegoś nie dopatrzyłem i taką konkusją mi się to odbiło, że niewiele brakowało abym też odkorkował. Po tym incydencie powróciłem do bardziej tradycyjnych sposobów, przy których moje nadnaturalne zdolności były jedynie ułatwiającym dodatkiem, a nie metodą samą w sobie. Ale wracając do meritum: tak z miejsca, nawet normalny człowiek jest dla mnie zbyt trudnym obiektem do uśmiercenia mentalnego, a co dopiero Salighieri, który choć obłąkany, to wolę -trzeba przyznać -ma z żelaza. Co innego poczęstować kogoś na przykład obezwładniającym bólem głowy, a co innego zabić. Quo est demonstrndum.
-Jak uśmierciłeś von Vittenbacha?
-Zogniskowałem energię przez wspomniany już jakiś czas temu Podwójny Krąg Akermanna. Łącznikiem byłem ja sam. Nie zabezpieczyłem się wystarczająco i pewnie dlatego tak mi się odbiło.
-Tylko Podwójny Krąg? –Duchowny nieco się zdziwił.
-Tak. Niech ksiądz rozpatrzy to na zasadzie miecza: co mieczem potrafi zrobić ćwiczony rycerz, a co pierwszy lepszy śmierdziel z pospolitego ruszenia? I tu miecz, i tu miecz. Choć, nie, miecz to nie jest dobry przykład, ponieważ pryncypialnie służy do zabijania. Niech tym przykładem będzie zwykły sierp. W rękach moich, a w rękach kmiotka…
-Oczywiście rozumiem. Przejdźmy, zatem do dalszej kwestii.
Głos inkwizytora zmienił się radykalnie. Wręcz zabrzmiał jak strzelenie z bicza:
-Powiedziałeś prawie wszystko, co chciałem wiedzieć… -Andrea patrzył zimno i bardzo mocno zaakcentował słowo „prawie”. Powiedział to tak jak by mówił: „Domus Veritatis czeka”.
DeScorrio chrząknął, poczym podjął:
-Oczywiście nie miałem zamiaru nic przed księdzem ukrywać. Czekałem, kiedy o to zahaczycie.
-Praw dalej.
-Agnes von Buchenwald.
-Tak, o to mi chodziło. Księżniczka wiedźm –jak o niej niektórzy mawiają. Piękna jak anioł, zwiewna jak jedwab, zła jak czart w baptysterium. Tak, chcę wiedzieć wszystko o Agnes von Buchenwald. Wszystko, co wiesz, a wiesz raczej dużo, biorąc pod uwagę w jak bliskich pozostawaliście stosunkach.
-Gdybym nie wiedział, że jest niedosiężna dla was, to bym nic nie powiedział. Nawet tam.
-Kontynuuj.
-Wie ksiądz doskonale, że jest ona właściwie więźniem zamku Przewodziszowickiego w koronie polskiej. Zamku i jego najbliższych okolic. Lokalny władyka, właściciel zamku, Mikołaj Kornicz, od piętnastu lat rządzi tam niczym w miniaturowym królestwie. Raubritter umiłowany przez kmieci i ludzi niższych stanów- bo rabuje tylko karawany kupieckie i możnowładców, biedaków nie rusza, ba –w razie potrzeby wspiera ich orężnie i pieniężnie. Mający w rzyci wyroki i uchwały przeciw sobie. Jego zamek to miejsce stworzone na zbójeckie gniazdo. Mimo, ze relatywnie niewielka, to jednak potężna forteca. Usadowiona na ponad trzydziestometrowym, samotnym masywie skalnym o pionowych ścianach.. Kilka wypraw królewskich, jeszcze za Jogajły, podjętych przeciw Korniczowi nawet nie próbowało zdobywać zamku. W przepastnych jego lochach zgromadzone jest tyle zapasów, że kiedyś przez blisko dwa lata blokowały go wojska królewskie. Blokowały, przezornie nie próbując szturmu. I po dwóch latach dały sobie spokój. Już pięć lat temu na zjeździe panów śląskich i polskich Kornicz został uznany za wichrzyciela państwowego. I od tamtego czasu, co? Ano rzyć blada! Nic się nie zmieniło. Załoga… Załoga składa się z samych wyjątkowych łajdaków i rezunów, z racji bogactw złupionych przez Kornicza, uzbrojonych i wyekwipowanych tak, jak mało, która gwardia królewska. Są też zaopatrzeni w potężny arsenał broni prochowej, tak ręcznej, jak i artylerii fortecznej. Agnes jest w stałej gościnie u Kornicza. Prawda jest taka, że i gospodarz i cała załoga zamku, są pod stałym, niezwykle silnym urokiem rzuconym przez Agnes. Ona jest naprawdę potężną czarownicą. Dopóki nie opuści zamku nie ma możliwości siłą jej stamtąd wydobyć. A nie opuści, bo i po co? Ma tam swój kawałek świętego spokoju i najlepsze możliwe warunki do pracy, tak czarnoksięskiej jak i artystycznej. Wie ksiądz, że ona przepięknie maluje? Malunek w medalionie, który mi zabrali po aresztowaniu, to jej autoportret.
Kanonik widział medalion. Faktycznie, portrecik w środku nie dość, że przedstawiał osobę zjawiskowej wręcz urody, to jeszcze sam w sobie był prawdziwym arcydziełem.
-Wiem, co księdzu chodzi po głowie. Ale, proszę mi wierzyć, próżny trud. Wprawdzie z Ostrężnika relatywnie daleko tam nie macie, ale: próżny trud. Zamek to jedno, zauroczona załoga to drugie, sama jej moc, to trzecie… Ale jest jeszcze czwarte: Homer i Drako.
-Mówże do cholery jaśniej!
-Homer i Drako, jej bezpośrednia ochrona. Homer, z pochodzenia Turek, śródziemnomorski pirat. Drako, niegdyś potężny wojownik- najemnik. Najlepsza możliwa ochrona. Bezwzględnie lojalni, absolutnie posłuszni, ślepo zapatrzeni… Mają jeszcze jedną wspólną cechę…
-Tak?
-Obydwaj nie żyją. –Dokończył deScorrio z absolutnym spokojem.
-Słucham?
-Nie przesłyszeliście się, księże. Nie żyją. Nie, to nie żywe trupy, żadne kościeje. Agnes jest zbytnią estetką na takie towarzystwo. To upory. Upiory, które trwają tylko po to, aby ją chronić. Nie jedzą, nie piją, nie śpią, nie oddychają, tylko trwają na straży. Tak, więc ludzie, dla których jurysdykcja nie ma znaczenia też nic nie poradzą. Dla tego wszystko to księdzu mówię. Bo jej nie dostaniecie. Musielibyście rozpętać całą wojnę, żeby dostać zamek Kornicza. Długą, krwawą i o niepewnym finale. A na to, gdzie jak gdzie, ale w Królestwie Polskim, nikt nie pozwoli. Wracając do Agnes, wiele więcej nie wiem. Mimo jakże bliskiej między nami zażyłości. Jej moc jest nieogarnięta nawet dla mnie. W ogromnej części samorodna. Jej źródło też jest dla mnie niejasne. Bo moc to z jednej strony jakże podobna do mojej, a jednak inna. I o ileż potężniejsza! A! Jeszcze jedno: byłbym daleki od przypisywania wybryków Kornicza urokowi Agnes. Ów raubritter jest raubritterem z powołania i wewnętrznej potrzeby. Czary Agnes zapewniają jej jedynie –nazwijmy to delikatnie –ogromną przychylność Kornicza i jego ludzi, oraz, w razie potrzeby to, że będą jej bronić do ostatniego tchnienia ostatniego wojownika. Okoliczny lud prosty za Zieloną Panią, jak ją nazywają, dały się poćwiartować i bez uroku. Tak jak za Kornicza. Jak ten daje im niekłamane oparcie, gdy potrzeba, tak ona leczy. Każdego, bez względu na majątek i stan.
-Kochasz ty tą swoją Agnes… -Stwierdził duchowny.
-Aby to wywnioskować, nie trzeba posiadać waszej praktyki i intuicji w czytaniu między wierszami.
-Wiesz także o zamku Ostrężniku.
-Tak. Ale tu wystarczy po prostu ruszyć głową. Niedostępna warownia, która nie figuruje na państwowych mapach, nie jest uwzględniona w królewskich rejestrach i nie jest wymieniona nawet w niezwykle rzetelnych i skrupulatnych spisach mistrza Jana z Czarnkowa. Do tego kiedyś przez kilka tygodni się tam kręciłem, obserwując, kto wjeżdża i kto wyjeżdża… Potem wystarczyło zestawić ze sobą zebrane informacje.
Ni stąd, ni zowąd, przez okienko dobiegł głos; mocny, dudniący bas:
-Wasza miłość, trzecia klepsydra właśnie się przesypała.
-Już idę, Martello.
Inkwizytor westchnął.
-Tak, mój czas właśnie minął, i muszę się zbierać, zanim moi bracia inkwizytorzy zaczną mnie zbyt nachalnie szukać.
-Cieszę się, że przyszliście, księże. Ale nie obawiacie się, hm, pewnych konsekwencji nadmiernej fraternizacji z moją parszywą osobą?
-Jestem tu sekretnie.
-Przecież po drodze musi ksiądz minąć tabuny straży, klech, i tym podobnych obiboków, na których dyskrecje trudno liczyć.
-Niech cię o to głowa nie boli. –Odparł lodowato duchowny. –Potrafię zadbać o pewne kwestie delikatnej natury. Doskonale potrafię.
Dzień XXXVII
-Skąd brałeś heretyckie i kłamliwe księgi, plugawy sługo diabła? –Syknął Conrado Salighieri.
-Już mówiłem. -Po raz kolejny z pełnym spokojem odpowiedział Adam deScorrio. –Głównie sprowadzał je dla mnie Wilhelm von Hohenburg oraz Gotfryd Wernerhagen. Pozostałe to prezent od Gillesa de Rais.
Pozycja deScorria raczej nie sprzyjała spokojnym odpowiedziom –wyciągnięty na łożu sprawiedliwości, już tu i ówdzie poprzypiekany rozpalonym żelazem.
-Bracie Conrado, wyczerpujące odpowiedzi na to i wcześniejsze wasze pytania znajdują się w aktach, o tu na stole. –Markidzianni niedbałym gestem urękawiczonej dłoni wskazał leżący przed sobą ogromny stos pergaminów i papierów. Mówił spokojnie, ale Adam doskonale słyszał wrzącą pod warstwą opanowania wściekłość. –Upraszam, więc po raz ostatni, o nie zadawanie tortur oskarżonemu, w wypadku pytań, na które ów już odpowiedział, a które to odpowiedzi nie pasują do waszego postrzegania herezji. Ponadto, zwracam uwagę trybunału, że przyzwolenie na tortury, wydane większością głosów, NIE OBEJMUJE pytań, na które oskarżony wyczerpująco odpowiedział, a które zostały dogłębnie zweryfikowane i potwierdzone. Wedle prawa, które wszyscy znamy, tu nie ma żadnej dyskusji i pola do interpretacji prawa! Wykładnia jest jasna i zamierzam dopilnować jej przestrzegania!
Dymiącą wściekłość również usłyszał chyba chudy piemontczyk. Zrozumiał też –bo trudno było nie zrozumieć- ledwie skrywaną groźbę. Wprawdzie Conrado Salighieri dysponował władzą ogromna i jeszcze większymi powiązaniami, ale nawet przy jego pozycji otwarty konflikt z prawdopodobnym członkiem Wewnętrznego Oficjum, nie był czymś, czego ów by sobie mógł życzyć.
Ale nie zamierzał też łatwo ustąpić pola:
-Jesteście po stronie trybunału, czy tego plugawego heretyka?
Odruchem zapaśnika przed walką, kanonik Markidzianni okręcił głowę. Rozległ się wyraźny trzask stawów w karku.
-Jestem po stronie prawdy i prawa, bracie Salighieri! A jeżeli w to wątpicie, to zapraszam na weryfikację mojego powołania, moich kompetencji i kwalifikacji do Domus Veritatis! Tamtejsi bracia z pokorą i zrozumieniem wysłuchają naszych obiekcji i wątpliwości. Poczym nas rozsądzą.
-Pax, bracia! Pax! –Rychło w czas wtrącił się przewodniczący trybunału. –Obydwaj bracia macie rację. Święty żar serca brata Conrado czyni go nieco zbyt zapalczywym, a wy bracie Andrea, trzymając się litery prawa, bywacie jednak zbyt wyrozumiali. Tuszę jednak, iż gorąca wiara i głębokie poczucie obowiązku pozwolą nam odnaleźć Aurea Medium. Do tego również służy ten trybunał. I tak właśnie będzie dobrze.
Piemontczyk sapnął wściekle i dziarskim krokiem podszedł do swojego miejsca przy stole. Z fury papierzysk wydobył jakiś arkusz.
-Mamy tu wiarygodne zeznanie dobrego chrześcijanina, że miejscowy aptekarz Joachim Stumberg zaopatrywał tego heretyka w magiczne drakwie i ingrediencje do czarów! Co na to powiesz, podły heretyku? –Zamachał nad oskarżonym pokrytą kleksami kartą i przy okazji szerokimi rękawami szaty, wypisz wymaluj, niczym sęp nad padliną.
-Owszem, zaopatrywał mnie. W proszek przeciw wszom i syrop na kaszel.
-Kłamiesz, psie! Kłamiesz, żeby ochronić swego kumotra! Kacie, przypieczcie go jeszcze, może zacznie sobie przypominać niecne handle z parszywym żydem!
Markidzianni chrząknął i jak zwykle spokojnie podjął:
-Kwestia pochodzenia drakwii i ingrediencji znalezionych w rzeczach oskarżonego, już została wyjaśniona i zweryfikowana jako prawdziwa.
-Tak, ale zważcie, bracie Markidzianni, że być może ów przebiegły heretyk powiedział nam jedną prawdę, aby ukryć inną?
‘Cóż za porażająca logika’ Przemknęło przez myśl kanonikowi, ale Salighieri perorował dalej.
-Ponad wszelką wątpliwość trzeba zbadać tą jakże ważną kwestię, czy ów kacerz i czarownik, poza oną wiedźmą nie miał innych wspólników w tym mieście, to do was szczególnie słowa skierowane- księże biskupie! A wy, szacowny bracie Markidzianni, którego zasługi w walce z herezją są niepodważalne i ogólnie znane! –Tu jego głos zabrzmiał aż nazbyt szczerą boleścią. -Przy całej swej mądrości, zbyt ufacie umysłowi i logice, podczas gdy prawdziwe zamysły Złego pojąć i zwalczyć można jedynie duszą i sercem! –Zakończył dramatycznie.
DeScorrio, gdyby mógł, zabiłby mu brawo.
Głos zabrał przewodniczący trybunału.
-Przychylamy się do opinii brata Conrado. Badajcie, bracie, dalej.
Przez połyskujące w kapturze oczy piemontczyka, przeleciała dzika satysfakcja.
-Mistrzu, pozwólcie no z kleszczami.
Oprawca wyciągnął z węgielnika jarzące się jasną czerwienią narzędzie. Kolejne słowa zwrócone już były do podsądnego:
-Przypomniałeś sobie diabelski sługo, jak to było z tym aptekarzem?
-Proszek na wszy i syrop na kaszel.
-Znowu nie zostawiasz nam wyboru, o nieszczęsny! –Głos Salighieriego zabrzmiał dramatycznie. –Mistrzu, w wasze ręce…
Kat zacisnął żarzące się szczęki kleszczy na wydatnym muskule z boku pod krawędzią klatki piersiowej. Dał się słyszeć syk, uniósł się dym i rozszedł fetor palonej skóry. Więzień nie krzyknął. Zacisnął tylko mocno zęby. Na czole wystąpiły żyły. Kat zacisnął mocniej i szarpnął. Obejmy kleszczy zeskoczyły z ciała. Tkwił w nich dymiący kawałek skóry. Wtedy pomocnik oprawcy przystąpił z rozpaloną z jednej strony sztabą żelaza i przytknął ją do krwawiącej rany.
-Mów!
-Powiedziałbym, żebyś pocałował mnie w rzyć, ale mógłbyś mnie zrozumieć zbyt dosłownie, ty żałosny sodomito. –Charknął deScorrio.
Niestety, z powodu inkwizytorskiego kaptura zgromadzeni nie mogli zobaczyć wściekłej purpury, jaka wylała się na oblicze brata Salighierego. Z wyraźnym trudem powstrzymał się przed uderzeniem podsądnego.
-Strappado! –Zaordynował przez zaciśnięte zęby.
Katowscy pachołcy, wspomagani przez gwardzistów szparko odczepili więźnia od łoża sprawiedliwości. Kajdany w nogach przypięli do żelaznej obręczy wpuszczonej w podłogę. Z uprzednio skutych z przodu rak, zdjęli kajdany. W trakcie tej operacji każdą rękę deScorria trzymało oburącz po dwóch wyjątkowo rosłych i silnych drabów. Wiedzieli, co potrafi ów człowiek, kiedy ma wolne ręce. Skuli mu ręce z tyłu a do łańcucha zahaczyli krzepką konopną linę przewleczoną przez kółko wprawione w sufit. Dalej kina nawinięta była na okazały kołowrót, na sztywno przytwierdzony do podłogi. Kat z pomocnikiem poczęli kręcić korbą. Najpierw barki torturowanego podały się do przodu. Zaraz po tym stopy uniosły nad posadzkę, a kiedy naprężył się krótki łańcuch, ramiona powoli zaczęły wyłamywać się ze stawów i całe ciało wyprężyło się jak struna. Salighieri dał katu znak, aby ten zatrzymał torturę.
-Idź się zabawiać z niedorosłymi chłopcami. –Wysapał podsądny.
Chudzielec wydał z siebie jakieś nieokreślone warknięcie i skinął na kata. Zazgrzytała korba.
Ciało podsądnego napinało się coraz mocniej.
-Jeszcze jeden. –Sapnął kat na swoich pomocników. Natychmiast kolejny katowski czeladnik przystąpił do kołowrotu i chwycił za korbę.
Stawy torturowanego powoli zaczęły się rozchodzić. Łokcie i ramiona. Kolana i biodra…
-Wystarczy. Opuszczać. –Rozkazał ojciec Conrado.
Ciało oskarżonego osunęło się bezwładnie na kamienie posadzki.
Niespodziewanie ów, bardzo powoli, ale jednak samodzielnie począł wstawać. Wszyscy zgromadzeni zamarli. Widzieli wiele, ale czegoś takiego jeszcze nie. DeScorrio najpierw podciągnął nogi pod brzuch, potem z wielkim wysiłkiem dźwignął się na kolana, aż wreszcie wyprostował się całkowicie. Z całą mocą napięły się masywne muskuły pasa barkowego… I przy akompaniamencie obrzydliwego chrupnięcia wywichnięte stawy ramion wskoczyły na swoje miejsce.
W mgnieniu oka do deScorria przypadli starannie dobrani i świetnie wyszkoleni gwardziści. Chwycili za głowę, ramiona i ręce. Obalili na posadzkę. Adam nawet się nie próbował się szarpać. Sił wystarczyło tylko, aby się podnieść i nastawić barki. I nie zemdleć przy tym.
W momencie, w którym strażnicy obalili więźnia, kanonik Markidzianni gestem ręki pogonił swoich protegowanych. Ci w krótkich, dosadnych, żołnierskich słowach przeprosili gwardzistów i zakrzątali się przy nieszczęśniku. O dziwo, ten był cały czas przytomny.
-Co za siła… -Wyszeptał niebotycznie zdumiony katowski mistrz, sam zbudowany jak zamkowa baszta.
-Diabelska siła, mistrzu, diabelska siła! –Z zapamiętaniem krzyknął Conrado Salighieri. –Ale z pomocą Boga Wszechmogącego, tego trybunału i waszą, mistrzu, złamiemy ją!
Na dany znak gwardziści i katowscy pachołcy pochwycili słaniającego się Adama i powlekli go na pręgierz…

Dzień XXXVIII
Ten dzień, który zaczął się bardzo wcześnie rano a zakończył bardzo późno w nocy, był jeszcze bardziej makabryczny od poprzedniego. Tym razem rzetelnie przygotowany merytorycznie Conrado Salighieri zadawał pytania przemyślnie, zręcznie obchodząc trudności piętrzone przez Markidzianniego i od czasu do czasu wspierającego go Jana. Bardzo zgrabnie wykazywał zatwardziałość heretyka i ukazywał setki heretyckich tajemnic, którymi ów nie chce się podzielić z miłościwym trybunałem. Na każdą okazję miał też przygotowany tuzin precedensów i osnów prawnych…
Łoże sprawiedliwości. Strappado… Setki nic nieznaczących pytań… Stelaż tortur. Weneckie trzewiki. Znów nic niewnoszące pytania. Kleszcze i przypalanie. Wielogodzinna, przerywana pytaniami chłosta… Od czasu do czasu jakaś bezczelna odpowiedź oskarżonego, która oczywiście była tylko wodą na młyn oprawców. Znów stelaż tortur i łoże sprawiedliwości. Z godziny na godzinę jakiekolwiek słowa ze strony torturowanego były coraz rzadsze… Po raz wtóry chłosta. Potem strappado. Palenie żywym ogniem…
Żelazna Dziewica…
Sala tortur spłynęła krwią Adama deScorrio. Inkwizytor Conrado Salighieri w majestacie wszelkich praw kanonicznych i świeckich, za przyzwoleniem i aprobatą trybunału -przy jednym przeciw i jednym wstrzymującym się- napawał się swoją zemstą.
Badanie przerwano dopiero, kiedy inkwizytorzy poczęli się obawiać, że heretyk nie dożyje ogłoszenia wyroku, a co gorsza publicznej egzekucji.
Protegowani ojca Markidzianniego bardzo rzetelnie opatrzyli zmaltretowanego do granic możliwości oskarżonego. Potem przenieśli go do celi.
W tym samym czasie trybunał udał się na zamkniętą naradę. Po kilkugodzinnej, niezwykle burzliwej dyskusji, bardzo przecież doświadczeni inkwizytorzy, doszli do wniosku, że już i tak z oskarżonego nic nie da się nowego wydobyć. Że prawdopodobnie powiedział całą prawdę, a nawet, jeżeli udało mu się coś zataić, to zgromadzonych dowodów jest tyle, że można by go skazać nie raz, ale co najmniej dziesięć razy. Conrado Salighieri uparcie majoryzował za dalszym, według niego, niezbędnym badaniem, ale tym razem trybunał przychylił się do opinii ojca Markidzianniego, wspieranego przez Jana z kaznodziejów. Przemawiał za nim wielki autorytet, niepodważalne kompetencje, ogromne doświadczenie i co tu dużo mówić, podejrzenie o przynależność do Wewnętrznego Oficjum, które po jego kilku wczorajszych uwagach jeszcze się wzmocniło a do którego jak świat światem nigdy nie trafił nikt przypadkowy. Delikatnie rzecz ujmując…
Dzień XXXIX
-Nazywamy, obwieszczamy, osądzamy i ogłaszamy cię, Adamie deScorrio, nieskruszonym, zawziętym i zatwardziałym heretykiem... –Pałające oczy wpatrywały się bez cienia litości w podsądnego, a krystalicznie czysty, natchniony wręcz, głos inkwizytora przewodzącego trybunałowi zdawał się unosić pod niebotycznie wysokim sklepieniem katedry. -Jako takiego wyłączamy cię słownie z powszechności kościelnej i z naszego Świętego Niepokalanego Kościoła, którego miłosierdzia okazałeś się niegodnym. Powinieneś zostać przekazany sądowi świeckiemu, wobec czego przekazujemy cię Jaśnie Oświeconemu diukowi miasta Lyon, obecnemu na tej sali, ażeby ci wymierzył sprawiedliwość, przy czym usilnie błagamy go, aby zechciał cię ukarać jak tylko można łagodnie i bez przelewu krwi. Niechaj Bóg w swym nieskończonym miłosierdziu się nad tobą zlituje, bo my już nie możemy… Bernard Crissiot, Andrea Markidzianii, Jan Blonyn, Henryk z Rennes, Conrado Salighieri, Jaques deCortaal, Humbert d’Aspet.
Diuk wstał ze swojej loży i pobrzękując pyszną paradną zbroją, wespół z przybocznym i giermkiem wstąpili przed ołtarz. Zgromadzeni poczęli śpiewać „Ave Maria”. Inkwizytor podał arystokracie opieczętowany rulon pergaminu.
Ceremonia przekazania zbrodniarza władzom świeckim dopełniła się.
Diuk skinął pancerną dłonią.
Najpierw z katedry wymaszerował zbrojny poczet złożony ze straży inkwizycyjnej i kilku duchownych, z krucyfiksem i kościelnymi chorągwiami.
Za nimi trybunał.
Potem, tak jak poprzednio, pomiędzy dwoma rzędami szczególnie starannie dobranych strażników- Adam deScorrio. Tym razem towarzyszyło mu dwóch młodych wychowanków kanonika Markidzianniego. Pomagali mu iść, nieledwie nieśli go i rzecz znamienna: uważali, aby nie przysparzać mu dodatkowych cierpień.
Dalej, pozostali młodzi inkwizytorzy w równej, karnej kolumnie.
Ponurą procesję zamykał kolejny poczet straży, a za pocztem pstrokata ciżba mieszkańców Lyonu i jego okolic; nie tylko tych najbliższych. Biedacy i bogacze. Arystokraci i łyki. Prawi i szumowiny…
Nie szli daleko. Tylko do ratusza. Tamże odbył się ostatni akt procesu. Za stołem, uprzednio zajmowanym przez trybunał inkwizycyjny, zasiadł diuk Lyonu oraz sędziowie świeccy. Raz jeszcze odczytano oskarżenia i resume akt procesowych. Gdy formalności dobiegły końca, strojny i zbrojny diuk, z rąk kanclerza podjął okazały wolumin i przeczytał, co następuje:
-Z mocy władzy nadanej mi przez Boga Wszechmogącego, Święty Kościół Pański i Jego Wysokość Króla Francji, wyrok na heretyka i zbrodniarza Adama deScorrio niniejszym wydaję. Ze względu na winę wątpliwości niepodlegającą, wobec braku skruchy najmniejszej, żalu za występki i ukorzenia się przed majestatem Pańskim, wobec wszelkich praw ludzkich i kościelnych, orzekamy jedyną słuszną karę. Śmierć, poprzez spalenie żywcem na stosie.
Odłożywszy pergamin, kontynuował preorację:
-Adamie deScorrio, heretyku! Niegodnym będąc stąpania po chrześcijańskiej ziemi, gdy czas nadejdzie z twierdzy na wóz marny zabrany będziesz. Na wozie tym, powieziony na miejsce sprawiedliwości zostaniesz. Tam, niegodnym będąc śmierci szybkiej i litościwej, a zwłoki twoje spoczywania pomiędzy chrześcijany, w płomieniach stosu na popiół spalonym będziesz. Prochy twoje, aby ziemi nie kalać, z czterech bombard, w cztery świata strony wystrzelone zostaną. Czas sprawiedliwości wyznaczamy na niedzielę najbliższą, to znaczy za dni trzy. Niechaj Bóg się nad tobą zlituje, heretyku. Zabrać go.




Dzień XXXX
W nieprzeniknionych ciemnościach swojej celi Adam deScorio z trudem podpełznął po wilgotnych kamieniach posadzki do drzwi celi. Kilkukrotnie uderzył w nie pięścią. Po chwili zza kraty dobiegł głos, który bez wątpienia nie należał do żadnego ze strażników. Mógł to być jedynie któryś z młodych podkomendnych ojca Markidzianniego.
-Tak?
-Powiedz kanonikowi Markidzianniemu… Powiedz mu, że… Że chcę się wyspowiadać.
Nie usłyszał odpowiedzi, tylko do jego uszu dobiegł odgłos szybkich kroków po kamiennej posadzce korytarza.
Więzień westchną ciężko i boleśnie, poczym wpełzł na swój cuchnący barłóg. Czekał cierpliwie, ale nikt nie nadchodził. Po wielu godzinach próżnego oczekiwania wreszcie okryła go błogosławiona łaska nieświadomości snu…
Kanonik wszedł do celi i ukląkł przy skazańcu.
-Jestem, tak jak prosiłeś. Wybacz, że nie przyszedłem od razu, ale wierz mi, nie mogłem. To, co się dzieje tam na górze w związku z procesem twoim i wszystkimi dodatkowymi, to istny cyrk i młyn w jednym. I nie tak prosto jest przekonać moich współbraci inkwizytorów abym mógł porozmawiać z tobą sam na sam. Z tą spowiedzią, to był znakomity pomysł… A może naprawdę chcesz się wyspowiadać?
DeScorrio z trudem otworzył jedyne oko. Mimo zmasakrowanego, całkowicie wyprutego z wszelkich sił ciała, patrzyło ono na duchownego nad podziw bysto. Jednakże głos, który wydobył się z gardła tego strzępu człowieka, brzmiał tak jak wyglądało jego ciało: ledwie przypominał głos istoty ludzkiej:
-Ech, księże, jednak nigdy nie przestaniecie wierzyć w nawrócenie na łożu śmierci… O ile ten cuchnący barłóg można nazwać łożem. Oczywiście był to tylko pretekst, żeby jeszcze raz z wami porozmawiać. Nie mógłbym spokojnie zdechnąć, nim nie wyjaśniłbym księdzu kilku kwestii…
-Rozumiem i domyślałem się tego. A że do końca wierzyłem? Prawda. Zawsze wierzę. Ale nic to. Powiedzcie mi proszę, czemu wydaliście waszego konfratra, Gillesa deRais? Prawdę powiedziawszy, nie mogę uwierzyć…
-W co? W to, że jest tym, kim jest? Czy w to, że go wydałem?
-To, że go wydałeś i to z premedytacją. Dla czego?
Adam deScorrio z wielkim trudem obrócił się na bok. Ksiądz Andrea zgarnął kłąb słomy i wsunął mu pod głowę.
-Tak, to jedna z tych rzeczy, o których chciałem porozmawiać. Niech mi ksiądz nie przerywa, tylko słucha. Nie mam już wiele siły, a jeszcze jej potrzebuję na swój ostatni występ.
Odetchnął głębiej i zamilkł na dłuższą chwilę zbierając siły.
-Jak już ksiądz wie, swego czasu kilkukrotnie gościłem na zamku Gillesa deRais. Oddawaliśmy się tam pijaństwu, rozpuście, polowaniom i najróżniejszym innym rozrywkom. Poza tym studiowaliśmy rozmaite mądre księgi, przeprowadzali rozliczne eksperymenty magiczne i alchemiczne. Wieczorami bardzo dużo dyskutowaliśmy. Między innymi na temat Pisma Świętego. Zwłaszcza tego sprzed okresu ocenzurowania przez synody- Gilles ma kilka rozmaitych egzemplarzy- ale na temat kanonu biblijnego, również. Szczególnie naszą uwagę przykuła jedna postać… Postać, na której temat doszliśmy po niekończących się dysputach, do arcyciekawych wniosków. Judasz. Ten, który zdradził Jezusa, wydał go jego oprawcom. Imię jego i pamięć o nim została przeklęta na wieki… Judasz, synonim zdrajcy, najpodlejszego, najnikczemniejszego sprzedawczyka. A ja uważam, że ten wyklęty, potępiony Judasz był największym przyjacielem Chrystusa. Tym, bez którego Nowe Przymierze nigdy nie doszłoby do skutku. Był jedynym, który tak kochał Chrystusa, był jego tak wielkim przyjacielem, aby na wieki wieków w najokrutniejszy sposób zhańbić swoje imię. Ba! Jedynym, którego Chrystus mógł prosić o tak wielkiego poświęcenie! Jedynym, który by to dla niego zrobił. Kogo ksiądz wyobraża sobie na jego miejscu? Piotra, który trzy razy zaparł się Chrystusa i nie potrafił się do tego z podniesionym czołem przyznać? Żałosnego sodomitę Pawła? Proszę nie odpowiadać, odpowiedź jest jasna. Ktoś, kto powarzył się na tak wielkie poświęcenie, musiał być… Musiał być… Po prostu największym przyjacielem. Proszę nic nie mówić, już wyjaśniam, co to ma wspólnego z Gillesem i mną. Otóż, kiedy poznałem bliżej marszałka de Rais, poznałem bliżej w sensie jego tajemnych praktyk, bardzo szybko pomyślałem, żeby wydać go w wasze ręce. Dla czego? Byłem pewien, że ten wielki człowiek, potężny wojownik, znakomity strateg i genialny umysł, strasznie się pogubił w tym, co robił. Zgubił granicę między alchemią a jakimś upiornie groteskowym czarnoksięstwem, czczeniem Jego a koszmarną farsą. A to nie służy Jego celom. W żaden sposób. Wręcz przeciwnie. Myślałem, że oszalał z żalu i bólu po śmierci Joanny, że pogrążył się w jakimś najczarniejszym, najpotworniejszym szaleństwie. I chciałem położyć temu kres. A że w taki a nie inny sposób? W pewnych sytuacjach każdy sposób jest dobry, aby osiągnąć cel. Zwłaszcza tak trudny, jak powstrzymanie szaleństwa marszałka Francji- jednego z najpotężniejszych ludzi tego świata. Trucizna czy skrytobójstwo nie wchodziło w grę. Truciznę wyczuwał jakimś szóstym zmysłem. Kiedy byłem gościem na jego zamku widziałem, co pozostało z czterech skrytobójców, którzy dostali się do jego komnat. Straż zawołał dopiero po wszystkim… Tak, nie ma wątpliwości, że Jego moc naprawdę była przy Gillesie. No i dumałem jak tu go powstrzymać. No i wydumałem; a paradoksalnie naprawdę byłem i jestem jego przyjacielem. Trudno mi teraz odtworzyć, co przez te miesiące goszczenia w twierdzy Tiffauges działo się w mojej głowie. W końcu, kiedy stwierdziłem, że już za długo siedzę w jednym miejscu i wyruszałem w drogę… Przed wyjazdem Gilles zabrał mnie na długą przejażdżkę konną. Galopowaliśmy nocą jak diabły wcielone po jego ziemiach. Nie rozmawialiśmy. Do momentu, kiedy Gilles zatrzymał wierzchowca i powiedział do mnie: „Mój przyjacielu z dalekiego kraju, mój bracie, czuję, że kiedy wyjedziesz z bramy mojego zamku to już się nie zobaczymy. Nie, nie czuję. Wiem to. Widzimy się po raz ostatni i w związku z tym mam do ciebie wielką, ale to wielką prośbę. Do ciebie, bo nie ma już nikogo innego, kogo mógłbym obarczyć takim brzemieniem… Przyjacielu, gdybyś kiedyś wpadł żywy w ręce Inkwizycji…” Tutaj Gilles na chwilę zamilkł i ostatnie słowa wymówił ledwie słyszalnie: „Bądź moim Judaszem.” Zaniemówiłem. On tymczasem spiął konia i pogalopował do zamku. Ja natomiast stałem na wzgórzu niczym kandelabr na stole. Olśniło mnie. Pojąłem go. On nie oszalał. Doskonale wiedział, co robi. Miał pewną wizję i realizował ją z żelazną konsekwencją, dzień po dniu, spokojnie i metodycznie…
Skazaniec zamilkł. Po prostu gardło odmówiło mu posłuszeństwa. Z trudnością przełknął ślinę. Odetchną boleśnie i mówił dalej:
-Bardzo szybko po tym jak się poznaliśmy z Gillesem, stało się dla mnie oczywiste, że on po prostu strasznie kochał Joannę. Ale bardzo długo mi zajęło pojęcie jak bardzo. Tak bardzo, że chyba nie ma słów, które mogłyby to oddać. Tyle, może, że z całą pewnością była to jedyna istota na tym świecie, którą kochał. Kochał poza granice wszelkiego szaleństwa. A wyście mu ją odebrali. Zrobiliście z niej potwora. Z anioła. Ostatecznie pchnęli w bramę ognia… Teraz Wielki Marszałek Francji Gilles deRais mówi wam coś, czego wy nie możecie zrozumieć: „Patrzcie!!! Zgładziliście anioła jako potwora, więc patrzcie, czym jest potwór!!!” Cóż, moja konkluzja jest taka, że kiedy przyjdzie właściwy czas, to zrozumiecie. I zrozumiecie tak, że jeszcze lata po tym, jak dobiegnie końca jego proces, na jego wspomnienie będziecie się budzić z wrzaskiem! On już zadba o wszystko. Przy zeznaniach świadków blednąć będą najtwardsi inkwizytorzy. I nie będzie w ich słowach ni uncji przesady. Oczywiście, o to żeby byli żywi świadkowie, Gilles sam zadba. Gdyby nie chciał, nie mielibyście ani jednego faktycznego uczestnika jego praktyk. Rozumnie ksiądz? Jak już się pewnie ksiądz domyślił, Gilles jest tak jak ja, duszą Naznaczoną. Też nie miał wyboru. Ale kiedy na drodze jego życia pojawiła się Joanna, bardzo nie chciał taki być… Jego wola była tak potężna, że potrafił okiełznać swoją wewnętrzną bestię. Ale kiedy zabrakło Joanny, bestia się zbudziła. Jeszcze potworniejsza i krwi żądna niż kiedykolwiek wcześniej. Tym potworniejsza, że powodowana zimnym, dokładnie ukierunkowanym intelektem. On z żelazną konsekwencją dąży do stosu. Do Bramy Ognia -bo poza jej progiem czeka na niego Ona! Ona przeszła przez płomienie stosu, więc on musi pójść za nią…
-Wierzycie w to?
-To nie ma znaczenia, księże. Ważne, że on wierzy. Ale: tak, wierzę, że jeżeli jest jakaś transcendentalna sprawiedliwość, to on za Bramą Ognia spotka swoją umiłowaną Joannę. Zobaczycie sami: śmierć przyjmie z ulgą i… Radością. Tak jak ja wierzę, że w kolejnym życiu znów spotkam hrabinę von Buchenwald.
Kanonik milczał długo po tych słowach. Wreszcie westchnął ciężko i podjął:
-Teraz rozumiem, dla czego musiałeś to powiedzieć wobec całego trybunału. Zdawałeś sobie sprawę, że pod groźbą najpoważniejszej konsekwencji kazałbym ci to przemilczeć, a cała sprawa potoczyłaby się cichym, tajnym torem prowadzonym wyłącznie przez Wewnętrzne Oficjum. Tak jak się toczyła do tej pory. A sam baron wraz z kumotrami wylądowałby niepostrzeżenie w najgłębszych czeluściach Domus Veritatis, albo innego Ostrężnika. I nawet nikt by nie wiedział, kiedy i co się z nimi stało. Tak też powinno się stać. Chociażby ze względu na jego olbrzymią fachową wiedzę i niewyobrażalny ogrom zbrodni, o których nie chciałeś wiedzieć. A tak, dałeś mu to, co chciał. Będzie wielki proces, porównywalny pewnie z procesem templariuszy, w którym pokaże się twarz potwora de Rais -tak jak to sobie obmyślił. A potem upragniony stos. Przyznaję, podszedłeś mnie. W sposób tak wyrafinowany jak prosty. Nie okłamując mnie i nie nadużywając zaufania. A jak teraz pomyślę o naszej rozmowie, która się o ten temat otarła –niemal wprost mówiąc mi, co zamierzasz.
-Oczywiście macie rację.
-Jest jeszcze jedna kwestia, która nie daje mi spokoju.
-Pytajcie.
-Wyjaśnij mi, czemu ty, który z pogardą dla oprawców znosiłeś najsroższe tortury, który w żywe oczy kpiłeś na przesłuchaniach z inkwizytorów, wszystko jak na świętej spowiedzi mówisz mi?! Nie, nie chodzi mi o to, o co cię pytam- tu jest sprawa jasna: wiesz, ze mnie nie okłamiesz. Chodzi mi oto, o co cię NIE pytałem.
Przedziwny grymas wykrzywił zmasakrowaną twarz więźnia.
-Bo obowiązuje was tajemnica spowiedzi.
-Nie kpij, deScorrio. Nie teraz.
-Niechże ksiądz będzie łaskaw pomyśleć.
-Od wielu dni o niewielu innych rzeczach myślę i jakoś nic nie wymyśliłem.
Skazaniec odetchnął boleśnie. Samo mówienie sprawiało mu coraz większą mękę.
-Sądzę, że wymyślił ksiądz, ale chce to usłyszeć ode mnie. Dobrze, więc. Pamięta ksiądz, co mówiłem o duszach naznaczonych?
-Oczywiście, ja wszystko pamiętam.
-Czy myśli ksiądz, że dotyczy to tylko Przeklętych…?
Andrea Markidzianii na chwilę zaniemówił.
-Uważacie, że ja…
-Nie uważam! –DeScorrio przewał niespodziewanie gwałtownie i mocno. –Ja to wiem! Widzę to, jako i wy widzicie kamienie w murach mojej celi. To Jego dar. Chyba największy, z tych, którymi mnie zaszczycił.
Adam zamilkł po tych słowach. Ale że inkwizytor również milczał, po kilku chwilach kontynuował:
-Tak, jest ksiądz taki sam jak ja. Po drugiej stronie -wróg śmiertelny- ale taki sam jak ja… Awers i rewers tej samej monety. Dlatego też wiem, że wiele rzeczy, o których księdzu powiedziałem, nie zostały przez was spisane i jest tak, jakbym głazu je powierzył… To już chyba koniec spowiedzi heretyka…
-Jeszcze tylko jedno pytanie mi się kołacze. Czy zechcecie odpowiedzieć?
-Już odpowiadam…
Widząc zaskoczenie w oczach kanonika kontynuował:
-Czyż nie chcecie mnie zapytać, czy po tym wszystkim: mękach, upodleniu i doświadczeniu mnie wszystkim chyba, co można sobie wyobrazić, osamotniony, setki mil od umiłowanej kobiety, nie zwątpiłem, czy nie pojawiła się w moim sercu myśl, że w całym życiu błądziłem? Czy nie targa mną rozpacz i wściekłość, że mimo poświęcenia Mu całego życia, kończę tak a nie inaczej; że doprowadziło mnie to do takiego a nie innego końca- końca w smrodzie, bólu i upodleniu?
Kiedy inkwizytor kiwną twierdząco głową, rzekł:
-Nie. Nie zwątpiłem. Nie, nie targa mną wściekłość i rozpacz. Oczywiście powiem księdzu, dlaczego. Tyle, że będą to moje ostatnie do was słowa. A Teraz bardzo, bardzo księdzu za wszystko dziękuję. I proszę już zostawić mnie moim myślom i mojemu cierpieniu.
Andrea Markidżianii ujął dłoń strzępu człowieka, który przed nim leżał. Popatrzył mu w oko. Nawet teraz czuł bijącą z dłoni i spojrzenia siłę.
-Ja tobie również dziękuję… I jeszcze jedno: chcę żebyście wiedzieli, że ja już dawno mam oko na tego chorego z nienawiści do ludzi piemonckiego obłąkańca. Od dawna zbieram materiały i informacje. Jednakże on, paradoksalnie, jest bardzo metodyczny i ostrożny w swoim szaleństwie. Ale kiedyś popełni błąd… Zrobi coś, czego robić nie powinien, z czego nawet papież nie będzie mógł go wybronić…
-A wtedy?
-A wtedy własnoręcznie zawlokę go do Domus Veritatis. A potem podpalę jego stos i dopilnuję, żeby zdychał długo.
Poczym wstał i klasnął. Drzwi otworzyły się natychmiast. Jeszcze w progu odwrócił się na chwilę a wtedy Adam deScorrio oznajmił:
-Wy mówicie: „…dopóki śmierć nas nie rozłączy”, my mówimy: „i nawet śmierć nas nie rozłączy.” On nigdy nie zapomina o swoich dzieciach i zawsze się o nie troszczy- choć czasami w bardzo dziwny sposób.

Epilog
Oto i nastał długo oczekiwany dzień wykonania wyroku. Oczekiwany dłużej niż owe trzy dni, bo przecież od chwili rozpoczęcia procesu, wiadomym było, że zbrodniarz tak straszliwy i wyjątkowy jak deScorrio nie wywinie się od stosu…
Dzień był słoneczny i piękny. Wiał lekki wiaterek.
Już na długo przed południem na głównym placu miejskim tłumny były takie, że zdawało się, iż lada chwila elewacje otaczających go budynków zaczną trzeszczeć w szwach. Szczelny kordon straży książęcej ledwo dawał radę utrzymać szpaler, którym miał przejechać wóz ze skazańcem. Również krąg wojska tworzący krąg wokół stosu miał problemy z utrzymaniem w ryzach tłumu niezliczonej gawiedzi. Takie widowiska zawsze cieszyły się niesłabnącą popularnością wśród nie tylko motłochu oraz i bardziej szacownych warstw społecznych, ale egzekucja takiego zbrodniarza i heretyka tak zatwardziałego jak deScorrio musiała pobić wszelkie rekordy. To było wydarzenie nieledwie na miarę egzekucji Jakuba deMolay i preceptorów zakonu templariuszy.
Miejsce kaźni przygotowane było po mistrzowsku. Skazaniec miał nie tyle spłonąć, co raczej przez długie, bardzo długie godziny piec się powoli na wolnym ogniu. Miało to dostarczyć rozwrzeszczanej tłuszczy niezapomnianych wrażeń, potencjalnym heretykom przykładu grozy, a duszy skazanego poprzez otchłań niezmierzonego bólu i poprzez oczyszczający ogień zapewnić ochronę duszy nieśmiertelnej przed potępieniem wiekuistym. Druga wersja głosiła, że skazanych palono na stosie, aby nie zaznali łaski zmartwychwstania w dniu Sądu Ostatecznego. Efekt ten sam- założenia zupełnie inne, ale tak czy inaczej: dusza przecież jest najważniejsza…
Mistrz katowski wraz z pomocnikami stali w rzędzie przed stosem i cierpliwie czekali wielkie chwile demonstracji swojego kunsztu.
Na godzinę przed południem na trybunie honorowej wybudowanej przed fasadą ratusza zasiedli książę i włodarze miasta, oraz sędziowie świeccy. Viri probi zajęli przewidziane dla nich miejsca nieopodal stosu, wewnątrz kręgu zbrojnych.
Na pół godziny przed południem na tą samą trybunę honorową dostojnie wkroczyli biskup oraz szacowne gremium braci inkwizytorów w pełnym składzie.
W końcu zabrzmiały kościelne dzwony obwieszczające południe i początek ponurego widowiska ‘ad maiorem dei gloriam’. Gdy dzwony ucichły w szpaler gwardzistów wtoczył się ciągnięty przez dwie żałosne chabety wóz drabiniasty. A na nim, przykuty do słupa, w stronę swego przeznaczenia podążał Adam deScorrio. W ostatniej drodze towarzyszyło mu dwóch gwardzistów i pro forma tylko- mnich spowiednik. Skazaniec wyglądał makabrycznie. Ogólnym kształtem tylko przypominał jeszcze człowieka. Wyłupione oko i potwornie opuchnięta, fioletowo-sina, zniekształcona twarz, pokryta jednym wielkim skrzepem. Powykręcana, bezwładna lewa ręka o zwęglonej dłoni. Muskularne ramiona i zapadnięta klatka piersiowa, będące jedną wielką wybroczyną. Poszarpane kleszczami, upiornie poparzone boki. Niezwykle szerokie, schłostane do niemożliwości plecy, pozbawione całych połaci skóry. Na całym ciele jedna na drugiej kłute rany od kolców Żelaznej Dziewicy…
Widok był porażający tak, że stojącym najbliżej mieszkańcom Lyonu, opatrzonym w okrutnych aktach sprawiedliwości kościelnej na chwilę odebrało oddech. Ale tylko na chwilę. Najpierw koło zmaltretowanej głowy heretyka śmignęła, poganiana ordynarnym wyzwiskiem, nadgnita główka sałaty. Zaraz za nią głąb kapuściany. Zgniłe jabłko. Rozmiękła brukiew. Zdeptana cebula. Zepsute jajo… Cały deszcz wszelakiego cuchnącego plugastwa sypał już się na wóz. Spowiednik i gwardziści usunęli się na skraj platformy, ale i tak, co rusz jakieś fragmenty smrodliwych pocisków rozbryzgujących się na umęczonym ciele skazańca lądowały na ich pancerzach i ubiorach. Zgiełk i jazgot panowały ogłuszające. Prostackie inwektywy, wyzwiska, szyderstwa i śmiechy uradowanego motłochu…
Z trybuny u stóp ratusza patrzył na to pobladły z bezsilnej wściekłości zakapturzony inkwizytor Andrea Markidzianni.
-Odi profanum vulgus…
-Mówiliście coś, świątobliwy ojcze inkwizytorze? –Zagadnął jego również zakapturzony sąsiad, po głosie nieomylnie zidentyfikowany jako Jan Blonyn.
-Głośno myślałem.
-Ach, tak.
Tymczasem wóz zatrzymał się u stóp stosu. Gwardziści odczepili kajdany od słupa. W tej chwili deScorrio omal nie upadł, ale olbrzymim wysiłkiem woli utrzymał się na nogach. Czterech katowskich pachołków podeszło do wozu i podjęło skazańca. Chcieli go poprowadzić, ale on coś do nich powiedział przez powybijane zęby i poszedł pomiędzy nimi o własnych siłach. Sam, nie szarpany i nie popychany z godnością wstąpił na stos. Mistrz własnoręcznie przytroczył jego kajdany do słupa pośrodku stosu.
Zagrzmiały trąby.
Cisza zapanowała jak makiem zasiał.
Wtedy na plac dostojnie wkroczył książęcy herold z rulonem pergaminu w rękach. Rozwinął pergamin i grzmiącym głosem począł czytać.
-Dnia dzisiejszego, dnia świętych Piotra i Pawła prawu kościelnemu i świeckiemu zadość się stanie, albowiem, my diuk miasta Lyon zarządzamy egzekucję skazanego Adama deScorrio.
Ów, za udowodnione rozliczne zbrodnie, takie jak: oddawanie czci diabłu, składanie ofiar krwawych z dzieciątek niewinnych, bluźnierstwa nieprzeliczone, do kacerstwa nakłanianie i sprowadzanie niewinnych na drogę herezji, Zbawiciela się wyparcie, rzucanie uroków, dostarczanie Żydom krwi dzieciątek do macy wyrobu, wielokrotne morderstwa z podszeptów Złego a wreszcie na sabatach obrzydliwe gwałty sodomicznie, oraz wiele innych występków, o których w trosce naszej o spokój ducha mieszkańców Lyonu nie powiemy, sądzony był. Wobec braku skruchy najmniejszej i uporczywego trwania podsądnego w błędach herezji, Trybunał najdostojniejszy w ręce nasze rzeczonego przekazał. Takoż my, czyniąc zadość prawom papieskim i królewskim na jedyną słuszną i adekwatną do występków karę spalenia na stosie żywcem Adama deScorrio skazujemy. Ad maiorem dei gloriam.
Znów wybuchł dziki harmider. Znów w powietrzu krzyżowały się złorzeczenia, inwektywy, klątwy, modlitwy i psalmy. Ale jeszcze jednej tradycji musiało stać się zadość.
Po raz wtóry zagrzmiały trąby. A kiedy zapadła cisza, przewodniczący trybunału podniósł się z miejsca i zwrócił się do skazańca.
-Adamie deScorrio, heretyku! Z łaski, matki naszej, Kościoła, raz jeszcze zwracamy się do ciebie z błaganiem żarliwym: Wyrzeknij się Złego, o łaskę i rozgrzeszenie proś a będzie ci ona dana. Uchroń swą duszę nieśmiertelną przed potępieniem wiekuistym, a ciało swoje przed męką nieogarniętą. Bo jeśli od błędów herezji odstąpisz, kat tedy szyję ci złamie a jeno twoje doczesne szczątki na stosie spłoną.
Na te słowa przed pomiędzy tłum gawiedzi a stos wyszedł kat, pokazując wszem i wobec dzierżoną w rękach garotę. DeScorrio natomiast powoli uniósł głowę i spojrzenie jedynego oka wbił w postać inkwizytora.
-Elilama sabahtanii. –Wypowiedział nad podziw wyraźnie i mocno, poczym głowa opadła mu na psiersi.
Na tak niesłychaną bezczelność zasiadające na trybunie gremium aż z niedowierzaniem kręciło głowami, a po tłumnie widzów poniósł się głuchy pomruk, jak odgłos odległego grzmotu.
Trąby odezwały się po raz trzeci.
Dostojny i strojny z łaski króla dzierżca miasta wstał i do katowskiego mistrza powiedział:
-Czyńcie swoją powinność.
Kat od kosza z żarem odpalił pochodnie, za nim trzech jego pomocników. Podeszli do stosu z czterech stron i podłożyli ogień. Tłum zaintonował pieśń „Chwalimy cię Wielki Boże”. Stos chwycił ogień i strzelił językami ognia.
Skazaniec miał skowyczeć w mękach na miejscu kaźni przez bardzo długie godziny… Drewno było suche jak wiór, żeby skazany nie udusił się w gęstym dymie i ułożone tak sprytnie i zmyślnie, żeby płomienie nie biły zbyt wysoko i za szybko nie strawiły heretyckiego ciała. Stos rozpalał się, choć płomienie nie sięgały jeszcze ciała i nie omiatał go nieznośny żar. Skazaniec wyprostował się i znów uniósł głowę. Omiótł wzrokiem nieprzeliczony śpiewający tłum. Na zmasakrowanej twarzy wypisała się wyższość, duma i pogarda. Chwilę później spojrzenie jedynego oka przepłynęło przez trybunę i spośród zakapturzonych postaci bezbłędnie wyłuskało inkwizytora Adreeę Markidzianniego. Spojrzenie heretyka skrzyżowało się ze spojrzeniem kanonika. Wtedy na twarzy tego pierwszego ukazał się jakby cień cynicznego i pokpiwającego uśmiechu. Jego usta wypowiedziały bezgłośnie jakieś słowa, a kanonik Markidzianni miał wrażenie, że słyszy szept deScorria gdzieś w głębi samej duszy:
‘Wrócę, mój wrogu -mój bracie. Wrócę.’
Markidzianni skupił swoją wolę. Zamknął oczy.
‘Będę czekał.’
I znów głos w duszy:
‘Jak nie w tym życiu, to w innym…’
W tym momencie, choć nie miało się to prawa zdarzyć, stos buchnął nagle kłębem gęstego, jakby tłustego i zawiesistego, ciemnego dymu. Sylwetka skazańca stała się niemal niewidoczna. Kanonik Markidzianni zdążył jeszcze zauważyć, że Adam z całej mocy wciąga do płuc duszący opar. Raz i drugi. Potem stracił go z oczu- całun dymu spowił nieszczęśnika całkowicie. Gdy po kilku już chwilach dym się rozwiał, wszyscy zgromadzeni zobaczyli ciało skazańca bezwładnie wiszące na łańcuchach. Martwe. Stos tymczasem, jakby kpiąc sobie z katowskiego mistrzostwa, zahuczał wściekłym płomieniem.
Ogień strawił martwe ciało w niespełna dwa pacierze.
Zawiedziony tłum rozpraszał się szybko wracając do swoich codziennych spraw i problemów.
Gromieni diukowskim wzrokiem oprawcy uwijali się wokół stosu, ale oczywiście było już za późno na cokolwiek. Duchowni modlili się głośno.
Andrea Markidzianni pokiwał do siebie głową i do własnych myśli wyszeptał:
-On nigdy nie zapomina o swoich dzieciach i zawsze się o nie troszczy- choć czasami w bardzo dziwny sposób…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -