Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pierwszy stopień do piekła

Michał Talaśka

Różnie go nazywano. Jedni mówili na niego wariat, inni nazywali ćpunem, jeszcze inni twierdzili, że jest niedorozwinięty. Nie wiedziałem, którzy mieli rację. Może wszyscy, może nikt. Trudno powiedzieć. Ale prawda jest taka, że każde z tych określeń doskonale do niego pasowało. Snuł się zawsze chodnikiem przed siebie, nie zwracając uwagi na nikogo ani na nic. Raz miał wzrok wbity w jakiś tajemniczy punkt na niebie, o którego istnieniu tylko on wiedział, innym razem rozglądał się panicznie. Był brudny, niedbale ubrany, nieogolony. Jego dawno nie obcinane włosy były poplątane i przetłuszczone. Często widywałem go w centrum Katowic, na ulicy Stawowej. Nigdy nie wchodziłem mu w drogę. Kto wie, co takiemu chodzi po głowie? Poza wszami oczywiście. Takich ludzi lepiej unikać. Wydawało mi się, że jest bezdomny. Sugerował to jego wygląd, zapach i kierunek, w którym często podążał – na dworzec. Pewnego dnia szedłem po godzinie ósmej rano właśnie ulicą Stawową. Jak zwykle o tej porze była już pełna ludzi. Tłum przechodniów wymieszany był z rozdającymi ulotki i darmowe gazety. Ulotkowicze zawsze działali mi na nerwy. Choćbym nie wiem jak bardzo starał się ich unikać, zawsze znajdzie się ktoś, kto mi wciśnie w rękę karteczkę z reklamą kredytu. Pieprzony slalom gigant... Czy ja, student pierwszego roku chemii, wyglądam na kogoś potrzebującego pożyczki? Ale tego dnia miałem plan. Wziąłem od jednego z nich darmową gazetę i udałem pogrążonego się w lekturze. Plan był niezły. Nie dostałem żadnej ulotki. Słyszałem w prawdzie, jak niektórzy z nich mówią do mnie „proszę”, ale nie reagowałem. W końcu byłem zaczytany, nie musiałem ich słyszeć. Gdybym wtedy wiedział do czego to doprowadzi, to z chęcią bym wziął od każdego z nich po dwie ulotki... Szedłem tak zadowolony z siebie, gdy nagle w coś uderzyłem i padłem na ziemię. Gdy się otrząsnąłem, zamarłem z przerażenia. Gorzej nie mogłem trafić. To był On. Dziwak ze Stawowej. O tym człowieku krążą po mieście straszne historie a teraz ja wywaliłem go na ziemię. Przed oczyma ułożył mi się od razu najgorszy scenariusz. Widziałem jak wyciąga nóż i podrzyna mi gardło na oczach przechodniów udających, że nic się nie dzieje. Ale nie zrobił tego. Już miałem wstać i zacząć uciekać, gdy nasze spojrzenia spotkały się. To co ujrzałem w jego oczach, nie dawało mi spokoju przez najbliższe dni. Jego spojrzenie emanowało mieszaniną uczuć. Widziałem cierpienie, strach, bezsilność, smutek i samotność. Czułem się jak zahipnotyzowany, nie mogłem oderwać wzroku. Wtedy on burknął do mnie coś, co brzmiało jak „przepraszam” i odszedł. Obserwowałem go przez chwilę. Tak jak się spodziewałem, doszedł do końca ulicy i wszedł na estakadę prowadzącą do głównego wejścia dworca PKP. Już miałem ruszyć w swoim kierunku, gdy ujrzałem coś na ziemi w miejscu naszego zderzenia. Schyliłem się i podniosłem ów przedmiot. Było to zdjęcie przedstawiające zakochaną parę. Piękna, uśmiechnięta kobieta przytulona do swojego mężczyzny. Rozpoznałem w nim tego bezdomnego. Wyglądał zupełnie inaczej. Był zadbany i szczęśliwy. W prawym dolnym rogu widniała data zrobienia zdjęcia : „29.07.2005”. „Czy to możliwe, żeby człowiek w jeden rok aż tak bardzo się stoczył?” – pomyślałem. Przeszło mi przez myśl, żeby iść za nim i go obserwować, ale i tak już byłem spóźniony na zajęcia. Może innym razem. Wcisnąłem fotografię do kieszeni i pognałem w kierunku uczelni. Wykłady tego dnia nadzwyczaj mnie nudziły. Nie potrafiłem się na niczym skupić. Cały czas rozmyślałem o tym dziwnym człowieku. Jaką skrywał w sobie tajemnicę? Kim był? Kim była ta kobieta? I co się z nimi stało przez miniony rok? Musiałem poznać tę tajemnicę...
Kilka dni później znowu go zobaczyłem. Na tej samej ulicy co zawsze. Tym razem szedł w przeciwnym kierunku, wracał z dworca. Pomyślałem, że to dobra okazja, aby się czegoś dowiedzieć o tym człowieku, więc ruszyłem za nim. Śledzenie nie było trudne. Nawet nie musiałem go obserwować. Jego smród był tak intensywny, że dało się go wyczuć kilka metrów za nim. Wędrówka trwała jakieś 15 minut. Doprowadził mnie do starej części miasta. Wszedł do brudnej, zniszczonej upływem czasu kamienicy. Wbiegłem szybko za nim na klatkę schodową, zanim drzwi się zamknęły. Zatrzymałem się i zacząłem nasłuchiwać. Odgłos kroków nie trwał długo. Mężczyzna musiał wejść nie wyżej, niż na drugie piętro. Usłyszałem zgrzyt otwieranego zamka. Wszedłem najciszej jak mogłem na półpiętro. Zdążyłem zobaczyć zamykające się drzwi. Byłem prawie pewny, że to jego mieszkanie. Podszedłem powoli do drzwi i wziąłem głęboki oddech. Smród wycisnął mi łzy z oczu. „Tak, to musi być tutaj” – pomyślałem. Od razu moją uwagę zwróciła klamka, była pokryta szkarłatną cieczą. Wyglądała jak umazana krwią. Spojrzałem na tabliczkę z nazwiskiem. „M. A. SADOWSCY”. Nagle klamka się poruszyła. Wystraszyłem się, że Dziwak zaraz wyjdzie ze swojego lokum, więc opuściłem kamienicę ile sił w nogach. Gdy oddaliłem się na bezpieczną odległość, zwolniłem kroku. Byłem jeszcze bardziej zaintrygowany tym człowiekiem. W mojej głowie pojawiły się nowe pytania. Jednak nie był bezdomnym. Więc dlaczego doprowadził się do takiego stanu? Czy na klamce była krew?... Była jego? A Może powinienem zawiadomić policję? Nie wiedziałem co dalej robić. A jeśli jest mordercą? Jeśli właśnie kogoś zabił? Postanowiłem wrócić do domu. Musiałem przemyśleć, czy jest sens mieszać się w jego życie. To mogło być zbyt niebezpieczne. Ale czułem, że ode mnie może zależeć czyjś los.
Wróciłem do domu. Nikogo nie było, więc puściłem głośno muzykę i podgrzałem sobie obiad w mikrofalówce. Gdy był gotowy, usiadłem z talerzem przed komputerem. Jedząc ziemniaki i kotlety mielone odebrałem maile. Załączyłem komunikator i przejrzałem listę dostępnych znajomych. Nikogo ciekawego nie było. Zawsze się tak kończy. Siedzę i gram w pasjansa słuchając muzyki. Na tym starym sprzęcie i tak nic innego mi nie pozostaje. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wszedłem na stronę wyszukiwarki internetowej i wpisałem „Sadowski Katowice” . Enter. Wyszukiwane przeze mnie słowa znalazły się na stronie jakiejś lokalnej gazety w dziale archiwum. Był tam artykuł sprzed roku, mówiący o wypadku samochodowym. Niejaki Michał Sadowski wraz z żoną Aleksandrą wjechał w drzewo. Aleksandra nie miała zapiętych pasów i została wyrzucona przez przednią szybę. Zginęła na miejscu. Poniżej znajdowało się zdjęcie tego małżeństwa. Byłem już pewny. Dziwak ze Stawowej to Michał Sadowski. A kobieta ze zdjęcia, które znalazłem, to jego zmarła żona. Część tajemnicy została wyjaśniona. Ale tylko drobna część, która jeszcze bardziej zaostrzyła mój apetyt na poznanie całej historii. Tylko co mam robić dalej? Był piątek, więc miałem dwa dni luzu. Postanowiłem, że następnego dnia rano zaczaję się koło jego domu, aby mieć pewność, że go spotkam i pójdę za nim na dworzec.

Tak też zrobiłem. W sobotę rano kręciłem się koło jego kamienicy, cały czas mając na oku klatkę schodową. Czekałem prawie dwie godziny. Ani znaku Michała. Zrezygnowany już postanowiłem wracać, gdy nagle wyszedł przed dom. Rozejrzał się niepewnie i ruszył przed siebie. Przygarbiony, posępny i brudny. Poczekałem aż się oddali, żeby nie wzbudzać jego podejrzeń. Nagle się zatrzymał. Złapał się za głowę i zachwiał na nogach. Po chwili znowu ruszył przed siebie. Przeszedł kilka kroków i niespodziewanie padł na ziemię. Ludzie omijali go szerokim łukiem, nikt nie chciał pomóc, pewnie się bali. Jakieś trzy minuty później doszedł do siebie. Wstał ociężale i ruszył dalej a ja za nim. Gdy doszedłem do miejsca, w którym przed chwilą leżał, zauważyłem na ziemi pęk kluczy. Podniosłem je i rozejrzałem się, ale nikt nie szedł w moim kierunku. Nikt też nie wyglądał na szukającego kluczy. Wyglądało na to, że należały do Michała. Szybko wcisnąłem je do kieszeni i pobiegłem w kierunku jego domu. Klatka schodowa stała otworem. Wbiegłem do środka i pokonując po trzy stopnie naraz znalazłem się na pierwszym piętrze. Stanąłem przed jego drzwiami, „teraz albo nigdy” – pomyślałem. Drżącymi palcami wsunąłem pierwszy klucz do zamka. Chciałem przekręcić, ale nic z tego. Nie pasował. Wybrałem następny, to samo. Trzeci też mi nie otworzył drzwi. Coraz bardziej zdenerwowany skorzystałem z czwartego, przedostatniego klucza. Kropelka potu spłynęła po moim czole. To był ten. Zamek szczęknął a drzwi się otwarły. Wszedłem do środka i pośpiesznie zamknąłem je za sobą. „No i co teraz, kretynie? Co tu chcesz znaleźć?” – pytałem sam siebie. Ruszyłem przez przedpokój rozglądając się uważnie. Strasznie tam śmierdziało. Postanowiłem oddychać ustami, ponieważ bałem się, że jeszcze chwila i zwymiotuję. Pierwsze na mojej drodze było wejście do kuchni. Stanąłem w jej progu i obrzuciłem pomieszczenie szybkim spojrzeniem. Wyglądało na to, że Michał nie lubi wynosić śmieci. Wszędzie na podłodze leżały papierki, opakowania po przeróżnych produktach spożywczych i resztki jedzenia. W zlewie leżała sterta brudnych naczyń, które już tak dawno nie były myte, iż pokrywała je twarda skorupa zaschniętych pozostałości po posiłkach. Doszedłem do wniosku, że nic ciekawego tam nie znajdę. Dochodziła dopiero godzina dwunasta, ale w kuchni, jak i w całym mieszkaniu było dosyć ciemno. To zasługa brudnych okien oraz jeszcze brudniejszych firan i zasłon. Miałem ochotę jak najszybciej stamtąd uciec, ale musiałem jeszcze sprawdzić jakiś pokój. Inaczej nigdy by mi ta sprawa nie dała spokoju. Pokój naprzeciwko kuchni miał uchylone drzwi. Wszedłem tam i aż mnie zamurowało. Na ścianie namalowany był wielki pentagram. Przy niej stał niewielki stolik, na którym znajdowały się cztery świeczniki z czarnymi świecami, po jednym w każdym rogu. Na środku, pomiędzy nimi, leżała karta papieru formatu A4. Podszedłem, położyłem klucze na stolik i wziąłem ją do ręki. Kartka pokryta była pisanym odręcznie tekstem koloru czerwonego. Zacząłem czytać...

"Ja, niżej podpisany swą własną krwią, oświadczam, iż wyrzekam się chrztu, który nadano mi, nie licząc się z moim zdaniem. Lucyferze, w tę noc Walpurii przyjmuję twój majestat ciemności i od dziś moje usta będą mówić twoimi słowami, moje ręce będą spełniać czyny przez Ciebie rozkazane i pragnę być Twoją zemstą i Twoim zwycięstwem. Wybieram ciemność i noc, a wraz z nią przyjmuję potęgę, którą przyrzekam godnie rozporządzać. Wyrzekam się słabości i wszelkich związków z chrześcijaństwem. Od dziś moja dusza nie należy do Boga. Jako jedyny jej właściciel ofiaruję ją w służbie Szatanowi. On bowiem jako jedyny godnie mnie wynagrodzi. Jednocześnie godzę się ponieść wszelkie kary i konsekwencje w przypadku złamania przeze mnie przysięgi, którą przedstawiam : zobowiązuję się dostarczyć Tobie, panie, dwadzieścia dusz na Twój własny pożytek, w zamian za duszę mojej zmarłej żony, Aleksandry. Z własnej i niewymuszonej woli składam podpis pod powyższym zaświadczeniem.

Michał Sadowski”

Zaschło mi gardle, nogi miałem jak z kamienia. A więc on jest mordercą! Musiałem się stamtąd wynosić. Szybkim krokiem udałem się do przedpokoju. Zamarłem w bezruchu, ponieważ usłyszałem kroki na klatce schodowej. Ktoś stanął pod drzwiami mieszkania.
-Kurwa! Zgubiłem klucze! – wykrzyknęła postać. Czyli to Michał wrócił! Ale dlaczego tak szybko? Na wszelki wypadek uciekłem na palcach z powrotem do pokoju z pentagramem na ścianie. Okazało się, że słusznie, ponieważ zdenerwowany lokator uderzył z całych sił w drzwi, które ku jego zdziwieniu a mojemu przerażeniu otworzyły się, wywołując wwiercające się w uszy skrzypienie. Nie zastanawiając się dwa razy, wskoczyłem pod łóżko. Zacząłem nasłuchiwać. Michał wszedł do kuchni i otworzył jakąś szufladę. Sądząc po hałasie jaki wywoływał, grzebał w sztućcach. Od razu przyszło mi do głowy, że zapomniał noża. Po chwili zamknął szufladę z trzaskiem, ale miałem przeczucie, że jeszcze nie opuści mieszkania. Pokręcił się chwilę po przedpokoju, poczym wszedł do pokoju, w którym byłem ukryty. Obserwowałem spod łóżka jego zabłocone, zniszczone buty. Podszedł do stolika. Usłyszałem brzdęk kluczy.
-Hmmm... A to ciekawe... –powiedział. –Dałbym głowę, że zamykałem drzwi... No cóż. To widocznie przez moje zmęczenie. Chyba się chwilę... -Po wypowiedzeniu tych słów rzucił się na łóżko. Nie zdziwiło mnie, że nie ściągnął ubrania, ani nawet butów. Postanowiłem odczekać kilka minut, aby mieć pewność, że zasnął i wymknąć się z tego miejsca. Pod łóżkiem było strasznie brudno. Przyłożyłem dłoń do ust, żeby nie wdychać kurzu. Bałem się, że jeśli trochę dostanie się do mojego gardła, to mogę kichnąć i zostać wykryty. Kiedy oddech Michała stał się spokojny i głęboki, doszedłem do wniosku, że najwyższa pora się wynosić. Gdy do połowy wyczołgałem się spod łóżka, niespodziewanie jego ręka zsunęła się z materaca i opadła mi na plecy. Znieruchomiałem. Nie wiedziałem co robić, rzucić się do ucieczki, czy jeszcze poczekać? Po chwili zacząłem się jednak dalej czołgać. Jego dłoń powoli przesuwała się po moich plecach. Byłem pewien, że za chwilę mnie złapie. Ale jednak udało mi się. Wstałem najciszej jak się tylko dało i skierowałem się do wyjścia. Gdy stanąłem przy drzwiach, poczułem, że mam dziwnie lekko w tylnej kieszeni. Wróciłem po cichu do pokoju. To co ujrzałem, zmroziło mi w żyłach krew. Mój portfel leżał pod łóżkiem! Musiałem po niego wrócić. Nie chodziło mi o pieniądze ani o sam portfel, ale o dokumenty. Bałem się, że ten psychol dowie się gdzie mieszkam i mnie odnajdzie. Już miałem zacząć się zakradać w kierunku łóżka, gdy nagle Michał otworzył oczy. Wpatrywał się w sufit. Odskoczyłem do przedpokoju, na szczęście mnie nie zauważył. Nie miałem pojęcia co robić. Do działania zmusił mnie dźwięk naprężania sprężyn łóżka. Uciekłem do kuchni i kucnąłem za zlewozmywakiem. Usłyszałem kroki. Ich dźwięk przeniósł się wkrótce do przedpokoju. Serce waliło mi jak oszalałe. Otwarły się drzwi wejściowe, aby chwilę później zamknąć się z trzaskiem. Mieszkanie wypełnił zgrzyt zamykanego zamka. Kucałem tak przez parę minut. Czułem się, jakbym był z kamienia. Zostałem zamknięty w jego mieszkaniu. Gdy w końcu przełamałem się i wstałem, jedyna myśl goszcząca w mojej głowie była taka, że muszę zmienić spodnie. Wróciłem do dużego pokoju, portfel na szczęście leżał na swoim miejscu. Podniosłem go i wsadziłem do kieszeni. W myślach karciłem się najgorszymi przekleństwami za swoją głupotę. Udałem się do przedpokoju i złapałem za klamkę, tak na wszelki wypadek. Niestety, zamknięte. Rozejrzałem się. Na ścianie wisiał telefon. Od razu przyszło mi do głowy, żeby zadzwonić na policję, ale zaraz się rozmyśliłem. Bo co im mogłem powiedzieć? „Przepraszam, przypadkiem zostałem zamknięty w mieszkaniu, do którego się włamałem”? Kiepski pomysł. Jedyne rozwiązanie, jakie przyszło mi do głowy, to zadzwonić do domu i wyjaśnić rodzicom zaistniałą sytuację. Wykręciłem numer i przyłożyłem słuchawkę do ucha. Słowa, które usłyszałem sprawiły, że zakręciło mi się w głowie. „Połączenie nie może zostać zrealizowane...”. Rzuciłem słuchawką. Dlaczego nie miałem telefonu komórkowego? W dzisiejszych czasach każdy ma, tylko ja jeden głupi uważałem, że mi się nie przyda. Nigdy bym nie przypuszczał, że będę tego tak bardzo żałował. Mógłbym spróbować uciec przez okno, ale to było zbyt ryzykowne. Poza tym pewnie zanim bym zdążył zejść, to ktoś by wezwał policję. Pozostało mi czekać na powrót Michała i wtedy spróbować się jakoś wymknąć. Tak też zrobiłem. Usiadłem na skraju jego łóżka i czekałem obserwując zegar na ścianie. Dochodziła godzina trzynasta. Czas ciągnął się niewyobrażalnie długo. Sekundy zdawały się być minutami, minuty godzinami, godziny dobami... Wstałem i zacząłem krążyć po pomieszczeniu. Była już trzecia po południu a jego wciąż ani śladu. W pokoju poza łóżkiem i stolikiem znajdowała się wielka szafa. Otworzyłem ją. Nie wiem czy z nudów, czy z ciekawości. Wisiało w niej kilka kurtek, jakiś garnitur i dwie koszule. Nic ciekawego, ale natchnęło mnie to do przeszukania mieszkania. W kuchni już byłem, ale nie sprawdziłem zawartości szuflad. Wróciłem tam, aby nadrobić zaległości. Otworzyłem pierwszą, nic dziwnego – widelce, łyżki, łyżeczki. Druga była pusta. Natomiast w trzeciej znajdowały się noże. Wyciągnąłem jeden z nich, nieduży, i wsadziłem z tyłu spodni za pasek. „Nigdy nie wiadomo...” –pomyślałem. Obok znajdował się inny pokój. Podszedłem do jego drzwi i złapałem za klamkę. Zamknięte. Została jeszcze łazienka. Wszedłem tam, było nieprzenikliwie ciemno. I strasznie śmierdziało. Chyba najbardziej w całym mieszkaniu. Obmacałem ścianę w poszukiwaniu włącznika światła. Znalazłem go i przycisnąłem. Pomieszczenie wypełniło mętne światło. Od razu rzuciła mi się w oczy wanna, nad którą latało stado much. Jej dno pokryte było jakąś czerwoną i mięsistą masą. Podszedłem bliżej aby się przyjrzeć. W rogu pomieszczenia stała miotła. Wziąłem ją do rąk i kijem pomieszałem w zagadkowej zawartości. Odkryłem, że znajduje się tam pełno różnego rodzaju robactwa, głównie białe larwy. Takie, jakie zalęgają się w gnijącym mięsie, czy padlinie. Gdy zrozumiałem co to było, nogi się pode mną ugięły. W wannie leżało kilkanaście a może nawet kilkadziesiąt serc. Skurcz złapał mój żołądek, w ustach poczułem smak żółci, oczy zaszły mi łzami. Nie wytrzymałem i puściłem pawia prosto na serca. Wymioty były tak intensywne, iż czułem, że wydobywają się również poprzez mój nos. Padłem na kolana, kręciło mi się w głowie, nie potrafiłem zebrać myśli. Gdy po kilku minutach zacząłem znowu trzeźwo myśleć, postawiłem przed sobą tylko jeden cel – nie zważając na sposób, jak najszybciej się stamtąd wydostać. Wstałem i odwróciłem wzrok od gnijących serc, teraz dodatkowo pokrytych moim na wpół strawionym śniadaniem. Stanąłem na końcu przedpokoju. Na tyle na ile pozwalała mi jego długość, wziąłem rozbieg i z całych sił uderzyłem barkiem w drzwi wejściowe. Ani drgnęły. Jeszcze raz. Nic z tego. Jedyna droga ucieczki prowadziła przez okno. Pobiegłem do pokoju, stanąłem przed nim i zacząłem szarpać za klamkę. Nie chciało się otworzyć. Chyba bardzo długo było zamknięte. Gdy w panice i amoku walczyłem z klamką, nie usłyszałem, że drzwi wejściowe zostały otwarte. Następne co pamiętam, to sekunda strasznego bólu i ciemność...

Gdy doszedłem do siebie, na dworze było już ciemno. Włosy z tyłu głowy miałem posklejane zaschniętą krwią. Łeb mi pękał. Miałem wrażenie, że potylica pulsuje mi tak potężnie, jakby coś od środka w nią uderzało. Nie mogłem się ruszyć, byłem przywiązany do krzesła. Dłonie miałem związane za oparciem tak mocno, iż nabrały sinego koloru. Mój oprawca użył żyłki, która przy każdej próbie wyzwolenia, coraz bardziej wżynała się w skórę. Krew kapała na podłogę. Nikogo poza mną nie było w pokoju. Ten spokój był nie do zniesienia. Powietrze wypełniało ogromne napięcie. Nagle zjawił się Michał.
-O, obudziłeś się. Powiedział spokojnie.
-Dlaczego mnie związałeś? Zapytałem. -Wypuść mnie!
-To nie jest takie proste. Odparł.
-Nie masz prawa mnie tutaj więzić!
-A Ty masz prawo włamywać się do mojego mieszkania?
-Wypuść mnie, proszę... Nikomu nic nie powiem!
-Widzisz... To nie jest takie proste... Jestem zbyt blisko celu żeby tak ryzykować.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Myślałem, że to już koniec. Zabije mnie. Ale nagle przyszła mi do głowy pewna myśl. W filmach zawsze na końcu szaleniec wyjawia cały swój plan. Zazwyczaj podczas tego monologu dzieje się coś, co doprowadza go do ostatecznej przegranej.
-Jaki jest Twój cel? Zapytałem.
-Bardzo prosty. Miłość – ot co. Moja żona rok temu zginęła w wypadu. A niedługo do mnie wróci!
-A te serca z łazienki Ci w tym pomogą? -Starałem się przedłużyć rozmowę.
-Ofiara musi zostać złożona. Wtedy Ola wróci do świata żywych.
-Skąd ten pomysł?
-ON mi to powiedział.
-Kim jest „ON”?
-Mastema, Beliar, Belial, Duma, Gadriel... Ale Ty zapewne znasz go jako Szatana.
-Szatan Ci powiedział, że wróci do Ciebie Twoja zmarła żona? To nie ma sensu! Bredzisz, powinieneś się leczyć!
-Milcz! Krzyknął i uderzył mnie pięścią w twarz tak mocno, że głowa odchyliła mi się do tyłu i coś strzeliło w karku.
-Czy Twoja żona była aż taką złą kobietą, że trafiła do piekła?
-Na pewno nie... Ale ON mi obiecał mi a ja mu wierzę! Oczywiście zwracałem się z tą prośbą do Boga, ale nic mi nie odpowiedział. Ten starzec nie ma żadnej mocy... Natomiast Szatan się zgodził. Objawił mi się we śnie. Doskonale mnie rozumie... Obiecałem mu w zamian dwadzieścia dusz. Brakuje jeszcze tylko jednej...
-Chyba nie chcesz mnie zabić?! Proszę, zrobię dla Ciebie wszystko!
-Tak... Możesz coś dla mnie zrobić... Nie powinieneś wtykać nosa w cudze sprawy. Gdybyś się nie wtrącał, nikt by nic nie zauważył. Ale Ciebie będą szukać... W planie miałem zabijanie jedynie bezdomnych. O nich nikt nie pyta, nikt za nimi nie zatęskni... Wręcz przeciwnie! Miasto będzie bez nich piękniejsze! Nie sądzisz? Teraz, kiedy brakuje mi tylko jednej duszy, nie mogę ryzykować... Jedyne co możesz dla mnie zrobić, to siedzieć cicho. Już niedługo się z nią spotkam! -Wykrzyczał uradowany i wybiegł z pokoju. Musiałem coś zrobić. Zacząłem się kołysać na boki. Z początku delikatnie, prawie niezauważalnie, ale z każdą chwilą coraz mocniej. Po niecałej minucie przewróciłem się na prawy bok. Podczas upadku nóż, który miałem za paskiem, wyleciał na podłogę. Zacząłem go szukać, przesuwając grzbietem lewej dłoni po podłodze. Chwilę później musnąłem go opuszkiem palca. Złapałem rękojeść między wskazujący i środkowy palec. Przyciągnąłem nóż do siebie i złapałem całą dłonią. Zacząłem odcinać żyłkę. Było bardzo ciężko, w końcu dłonie miałem za plecami. Kilka razy przejechałem ostrzem po skórze. Ból był okropny, ale chęć przetrwania jeszcze większa, więc się nie zrażałem i ciąłem dalej. Po chwili dłonie miałem wolne. Od razu wziąłem się za odwiązywanie żyłki krępującej moje nogi. Gdy i to się udało, usłyszałem kroki w przedpokoju. Szybko postawiłem krzesło na swoim miejscu, usiadłem na nim i schowałem ręce za plecy, tak jakby wciąż były związane. W prawej dłoni ściskałem nóż. Sekundę po tym, jak się ułożyłem na krześle, Michał wszedł do pokoju. W ręce trzymał tasak.
-Mam nadzieję, że się nie gniewasz. To nic osobistego. -Powiedział z diabolicznym uśmiechem na twarzy. -Po prostu ona jest taka wspaniała... Nie mogę jej stracić na zawsze. Podszedł do mnie i uniósł tasak nad głowę.
-Nie martw się, zrobię to szybko. I jeszcze jedno. Dziękuję Ci...
Nie mogłem dłużej czekać. Z dzikim okrzykiem na ustach wbiłem nóż z całych sił w jego brzuch. Wypuścił tasak i padł na kolana.
-Dlaczego mi to zrobiłeś? -Zapytał z niedowierzaniem.
-Dla Ciebie. Zaraz się z nią spotkasz. -Odpowiedziałem i złapałem za rękojeść noża wystającą z jego brzucha. Pchnąłem ją najgłębiej jak tylko potrafiłem. Michał splunął krwią. Chciał coś odpowiedzieć, ale z jego gardła wydobył się tylko niezrozumiały gulgot. Odepchnąłem go. Wstałem i wybiegłem z mieszkania.

Gdy wróciłem do domu, opowiedziałem o wszystkim rodzicom. Mama mnie opatrzyła. Następnego dnia pojechałem z tatą na komisariat. Tam też opowiedziałem całą historię. Musiałem udać się z policjantami do mieszkania Michała. Nie chciałem tam wracać, ale w końcu się zgodziłem. Doszedłem do wniosku, że w towarzystwie uzbrojonych mężczyzn nic mi nie grozi. Gdy dojechaliśmy na miejsce, drzwi były otwarte. Weszliśmy do środka. Śmierdziało inaczej niż poprzedniego dnia. W powietrzu unosił się zapach spalenizny. Zaprowadziłem ich do pokoju z pentagramem na ścianie. Okazało się, że był pusty...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -