Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Mój chłopak

Daniel Robert Krok

Był najwspanialszym chłopakiem na świecie; był wysokim brunetem o piwnych oczach. Potrafił opowiadać dowcipy i każdą nawet, w najbardziej poważną rozmowę wtrącał żart, sprawiając, że wszyscy wokoło zrywali boki ze śmiechu - on sam nigdy nie śmiał się z własnych żartów, zachowując przy nich grobową minę. Ale mimo to go lubiła, a od ostatnich kilkunastu miesięcy -kochała. Miał dwadzieścia trzy lata, a ona była o rok młodsza. Mieli być razem i być może by byli - gdyby go nie zabiła.
Wróciła do domu. Miała złamana rękę i szeroki, biały plaster przyklejony na czole, poza tym fizycznie nie dolegało jej nic. Jak to powiedział lekarz: „Tylko cud, uratował pani życie.” On jednak nie nazywała tego cudem. Dla niej było to przekleństwo i kiedy odzyskała przytomność i zaczęły do niej wracać wspomnienia, zapragnęła nie żyć, tak samo jak Darek.
Pierwszą rzeczą jaką zobaczyła była świecąca lampa wisząca u sufitu, tuż nad jej łóżkiem. Słyszała dźwięk aparatury medycznej; stałe i monotonne: pip! pip! pip! przypominało jej to ciche stukanie włączonego kierunkowskazu. Spojrzała wtedy we wsteczne lusterko. Nie jechał za nią nikt. Droga była pusta, z wyjątkiem jej samochodu i tego, który jechał przed nią. Dodała gazu; skręciła kierownicą w lewo. Wyprzedzała białego volkswagena golfa. Kiedy się z nim zrównała, na chwilę zerknęła w tamtą stronę. Siedziała w nim para staruszków. Prowadził mężczyzna, delikatnie stukając palcami wskazującymi po kierownicy. A ona nacisnęła mocniej na gaz. Samochód gwałtownie ruszył do przodu. Ponownie włączyła kierunkowskaz i wróciła na swój pas ruchu. Była noc. Na niebie iskrzyło się tysiące gwiazd. To był ostatni tydzień wakacji. Całe szczęście słońce im dopisało, ona się wreszcie opaliła, a on po przeszło półgodzinnej walce, złowił ogromnego szczupaka, którego i tak wypuścił z powrotem do wody. Ale najważniejsze było to, że podczas tego tygodnia kochali się, po raz pierwszy. Starał się być delikatny, ale i tak był to dla niej bolesny „pierwszy raz”. Oczywiście nie mówiła o tym, i może dobrze, przy następnej próbie, mógłby być spięty, a przecież ten drugi i trzeci raz, był największą rozkoszą jej życia. Teraz jednak wracają do domów, skończą się wakacje, wrócą do swych uniwersytetów; on będzie się uczył pochodzenia słów, ona będzie rozkrajać żaby. I znów między nimi powieje chłodem, ale po tych wakacjach to z pewnością już nie będzie mróz. Kątem oka spojrzała na niego. Uśmiechnęła się sama do siebie. Wyglądał tak słodko jak dziecko, wygodnie ułożony w fotelu, opierając, ramię o do połowy odsuniętą szybę.
- Zapnij wreszcie te pasy! - powiedziała.
- Skup się na drodze, a nie na moich pasach, to na pewno nic mi się nie stanie.
- Ha! Ha! Ha! Bardzo śmieszne. - Uderzyła go w ramię. On odchylił się jak dziecko chcące uniknąć klapsa od matki.
- Proszę mamusiu, tylko nie bij!
- Jesteś głupi! - Wykrzyknęła. Spojrzała na drogę. Wrzasnęła najgłośniej jak potrafiła. Na samym środku ulicy stał wilk. Jedną łapę trzymała na upolowanym króliku. Głowę miał odwróconą w stronę nadjeżdżającego samochodu. Rozwarł nieznacznie wargi, groźnie ukazując ostre, białe zęby. Ślepia świeciły mu zabójczym blaskiem. Dziewczyna spanikowała. Obróciła kierownicą. Samochód wpadł w poślizg; kilkakrotnie obrócił się wokoło własnej osi, wypadł z drogi i uderzył w drzewo.
Zapadła zupełna ciemność i czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Kiedy leżała na noszach i powoli umieszczali ją w karetce, której migające światło, rozświetliło teren wokoło miejsca wypadku, Dominika na chwilę odzyskała przytomność i nim ponownie zapadła w ciemność, zobaczyła ciało Darka. To samo ciało, które ją pieściło i to samo, które ona pieściła, w trakcie kilku upalnych nocy; wtedy go pragnęła i pożądała go najbardziej na świecie, wtedy jednak, w trakcie tych krótkich dwóch sekund, czuła prawdziwe obrzydzenie widząc, jak chłopak, którego jeszcze przed chwilą nazwała głupcem, leży koło kół samochodu, a jego głowa z otwartymi wciąż oczyma, znajduje się pół metra dalej.
Nim zdążyła krzyknąć, odpłynęła w ciemność.

Ojciec otworzył jej drzwi i przepuścił ją przodem. Przez całą drogę ze szpitala nie odzywali się do siebie ani słowem. Mężczyzna wrzucił klucze od samochodu do wiklinowego koszyka.
- Dominiko zaczekaj - uchwycił ją za zdrowe ramię. - Tak bardzo się o ciebie bałem. Nigdy bym sobie nie darował tego, gdyby…
- Gdybym tam zginęła. To chciałeś powiedzieć?! Czyli cieszy cię fakt, że ja żyję, a człowiek z którym jechałam nie?!
- Wiesz, że nie to miałem na myśli. Rozumiem, że jesteś zdenerwowana.
- Zdenerwowana?! Zabiłam człowieka, a ty mówisz, że jestem zdenerwowana?! To wszystko co mi jesteś w stanie powiedzieć?!
- Przecież to nie była twoja wina…
- Gówno wiesz! - wykrzyknęła mu w twarz. - To była wyłącznie moja wina. On by żył, gdyby nie ja, więc nie mów mi, że jestem zdenerwowana, bo w ogóle nie masz pojęcia co czuję.
Chciał do niej podejść i objąć ją, ale uciekała przed każdym jego dotykiem. Jej puste pozbawione życia oczy tylko wylewały na twarz, setki łez i stała tak przez chwilę, nim biegiem uciekła do swego pokoju.

Gdyby ktoś rok temu powiedział, że jej życie będzie właśnie tak wyglądać, z pewnością uznałaby go za nawiedzonego pesymistę, pozbawionego prawa bytu. Rzuciła studia, zerwała większość kontaktów ze znajomymi, pozostała sama ze swoimi wspomnieniami i ze swym bólem i poczuciem winy. Zapadła już noc, kiedy wolnym, równym, krokiem, zaczęła wracać do domu. Ręce miała splecione na piesi. Wieczór był chłodny, a jesienny wiatr rozdmuchiwał rozsiane, pożółkłe liście, usiane wzdłuż czarnego pasa drogi. Wsłuchiwała się w rytmiczny stukot butów, które z każdym jej krokiem uderzały w asfaltową drogę. Myślała o nim, tak jak każdego wieczoru, kiedy wychodziła z domu i bez sensu, przez kilka godzin błądziła po mieście, czasami nawet, okrążając je kilkakrotnie. W czasie tych spacerów, wszystko do niej wracało, w całej swojej jaskrawości.
Gdzieś za jej plecami, na dalekim horyzoncie, gdzie kończyło się wzgórze, zabłysły długie, jasne światła samochodu. Dwa świecące w mroku ślepia, rozpędzonego potwora, mknącego w sobie jedynie znanym kierunku. Szła dalej, nie oglądając się za siebie. Światła reflektorów były coraz bliżej. Już oświetlały jej postać i rzuciły do jej stóp, długi, czarny cień, idealnie odzwierciedlający jej kształt i każdy ruch. Słyszała już warkot silnika. Nie był teraz jedynie dalekim, ledwo dosłyszalnym pomrukiem lecz był groźnym i wyraźnym rykiem. Zeszła na kraj ulicy; tylko centymetry dzieliły ją od krawędzi jezdni i przeszło półmetrowej fosy. Odruchowo przyspieszyła krok. Samochód był już blisko; zbyt blisko. Podświadomość szeptała jej, żeby tego nie robiła; zagłuszyła jednak jej głos. Pomyślała, że oszaleje jeśli tego nie zrobi. Wstrzymała oddech i zatrzymała się. Nie zwlekając już dłużej, odwróciła się w stronę nadjeżdżającego pojazdu. Światła reflektorów na chwilę ją oślepiły, ale mimo to szybko przekonała się, że samochód jedzie wprost na nią. Znajdowała się w symetrycznym środku, pomiędzy dwoma jasnymi punktami. Ale przecież to niemożliwe; stała na samym skraju jezdni. Fosa. Tak, fosa! Jego prawe koła musiałyby znajdować się poza drogą, nad fosą, w powietrzu! To niemożliwe! Nie! Stała jak sparaliżowana. Pozostała jedynie myślą w zamkniętym, nieruchomym ciele i bezwolnie wpatrywała się w nadjeżdżający pojazd. Uderzył w nią z całą siłą rozpędzonej masy.
Zamknęła oczy.
Usłyszała krótki, przeraźliwy huk; coś jasnego błysło jej przed oczami, tak jasno, że nawet osłona powiek nie powstrzymała tego blasku na tyle skutecznie by jej nie oślepił. A potem pozostała już tylko ciemność: głucha i zimna. Trwała w tej ciemności. Jak długo? Sama nie potrafiłaby tego określić i dopiero kiedy zimny wiatr uderzył w jej twarz swoim oddechem, dopiero wtedy odważyła się otworzyć oczy. Początkowo wystraszyła się panującej wokoło niej ciemności. Myślała nawet, przez kilka pierwszych sekund, że powieki ma nadal zamknięte, albo że oślepła zupełnie, jednak po upływie krótkiego czasu znów mogła widzieć, jaskrawo i wyraźnie. Kilkakrotnie obróciła się około własnej osi. Nic. Zupełna pustaka; po samochodzie nie pozostało ani śladu, ani jednego śladu jego domniemanej obecności. Jej intensywny oddech powoli powracał do normalności. Serce również uspokajało swój rytm. To było tylko przewidzenie, chory wytwór jej fantazji; skutek wielu nieprzespanych nocy, zmęczenia, poczucia bezsensu. To się musiało prędzej czy później odbić na jej psychice. Do tej pory jednak nie przypuszczała, że jest nią aż tak źle. Nigdy wcześniej nie miała halucynacji. Ponownie zamknęła oczy i kilkukrotnie odetchnęła głęboko, wpuszczając w płuca olbrzymie dawki powietrza. Już wszystko było w porządku. Odczekała jeszcze chwilę i nim poszła dalej.
Od razu wróci do domu, miała już dosyć wrażeń na dzisiaj. Pozostało jej przejść jeszcze półtorej kilometra. Weźmie gorącą kąpiel, obejrzy jakiś film na DVD i pójdzie spać, o ile uda jej się od razu zasnąć. Sama nawet nie wiedziała kiedy jej krok zamienił się w coraz szybszy, momentami nawet przypominający bardziej bieg niż marsz, tylko zachowujący, pozory spokojnego spaceru.
Odwróciła się za siebie. Droga była pusta, ale mimo to wciąż miała wrażenie, że ktoś, bądź coś, za nią jest i podąża jej śladem już od dłuższego czasu. Przecież to głupie - pomyślała.
Wpadła na coś. Odwróciła się ponownie, patrząc przed siebie. Mogłaby przysiąc, że jeszcze sekundę temu nikogo tu nie było. Z całą pewnością była tu sama. Teraz jednak wpadła na starszego, wysokiego mężczyznę, który zdawał się być tak samo zaskoczony jej obecnością tutaj, jak i ona jego.
- Najmocniej pana przepraszam - powiedziała z zakłopotaniem. Z każdą chwilą czuła się coraz gorzej. Uczucie; to dziwne uczucie strachu przed niewiadomo czym, z każdą chwilą potęgowało się w niej. W dodatku ten mężczyzna. Wyglądał tak dziwnie w blasku kilku przydrożnych latarni. Jago twarz była blada, jakby nigdy nie widziała słońca. Nie wiedziała dlaczego ale bladzi ludzie od zawsze budzi w niej lęk. Może dlatego że, kiedy umierała jej matka, również była tak przerażająco blada i była blada przez wiele miesięcy mim w końcu umarła. Później długo czuła obrzydzenie do samej siebie, ale cieszyła się, że w końcu umarła i Dominika nie musiała już patrzeć na jej bladą twarz, na jej niknące każdego dnia ciało; nie musiała już wysłuchiwać jej bezsensownych zdań o tym, co w życiu widziała i o jakie miejsca odwiedziła, co oczywiście było nieprawdą, bo ona nigdy nie przekroczyła granic tej przeklętej wsi. I ten mężczyzna miał tak samo bladą twarz i sztywno osadzone źrenice, które nie drgnęły ni razu.
- Nic się nie stało - powiedział. Miał nieświeży oddech, który wyczuła nawet z odległości dwóch metrów. - Może panią podwieś do domu. Wygląda pani na zdenerwowaną i może lepiej będzie jeśli…
- Nie, ale dziękuję - odsunęła się od niego na jeszcze jeden krok. Nie wiedziała dlaczego, ale ten człowiek ją przerażał, a już za nic w świecie nie wyobrażała sobie, by miła z nim wsiąść do samochodu. Samochodu? To chyba jakiś absurd. Tu nie ma żadnego auta. - Mieszkam tu niedaleko - dodała.
- To nie prawda. - Mężczyzna zaczął się do niej zbliżać. - Wiem gdzie mieszkasz i chętnie cię tam podwiozę; to będzie dla mnie sama przyjemność.
- To nie jest najlepszy pomysł - znów czuła się zdenerwowana. Czekała tylko, aż na moment odwróci od niej uwagę, tak żeby w tym czasie zdążyła wziąć nogi za pas. W szkole średniej była mistrzynią w biegu na czterysta metrów, więc pewnością pozostawi go w tyle. Mężczyzna tymczasem cały czas, powolnym krokiem zbliżał się do niej.
- Mimo wszystko nalegam - zatrzymał się i stanął do niej skierowany bokiem. Odwrócił głowę za siebie, a kiedy ponownie spojrzał na dziewczynę dodał: - W końcu kupiłem go specjalnie dla ciebie.
- Słucham?…
- Ten samochód, kupiłem go specjalnie na tę okazję. Nie możesz mi teraz odmówić.
Dziewczyna stanęła oszołomiona. Początkowo patrzyła jedynie na jego twarz, ale kiedy jego martwe, nieruchome do tej pory usta, rozszerzyły się w ironicznym uśmiechu, wtedy spojrzała tam, gdzie jeszcze przed chwilą kierował się jego wzrok. Trzy może cztery metry za nim, stał samochód, pozostawiony z włączonym silnikiem i otwartymi szeroko drzwiami od strony pasażera. Z radia wyraźnie dobiegała piosenka: twist in my sobriety; Tanita Tikaram była jej ulubioną wokalistką, więc rozpoznała ją bez wahania. Ale twego samochodu z całą pewnością tu nie było i nie tylko dlatego że go wcześniej nie zauważyła, ale przede wszystkim dlatego że go tu nie mogło być.
To był ten sam samochód, którym jechała rok temu, powracając z wakacji, i którym uderzyła w drzewo; to był ten sam samochód, w którym zabiła Darka. Teraz ten samochód stał tutaj, cały bez ani jednej rysy w swym idealnie czerwonym kolorze. Zakryła usta dłońmi nie potrafiła spuścić z niego wzroku.
- Podoba ci się? - Zapytał. - Wiedziałem, że ci się spodoba. - Jego głos już nie był głosem starego mężczyzny, lecz brzmiał jak głos…
- Ty nie żyjesz! - wykrzyknęła przerażona, przerzucając wzrok na niego.
- Nie żyjesz? - Darek roześmiał się swym szyderczym śmiechem, który zawsze nakładał na twarz, kiedy kategorycznie się z czymś nie zgadzał. - Nie żyjesz? - powtórzył raz jeszcze. - To takie prymitywne określenie. Ja jestem wolny od śmierci, jestem teraz wolny od strachu przed nią. Rozumiesz? - Owinął sobie jej rude włosy wokoło dłoni i mocno za nie szarpnął. Dziewczyna krzyknęła przerażona. - Nie odmówisz mi tej przyjemności prawda? Oczywiście, że nie. - Siłą zaciągnął ją do samochodu, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej krzyki i wyrywania się. Nie zamykał drzwi, nawet ich nie dotknął, to one same się zatrzasnęły. A następnie pasy niczym wąż oplotły jej ciało, a zapinając się mocno, brutalnie docisnęły ją do siedzenia.
Kiedy i on wsiadł do samochodu, zatrzasnął drzwi silnym trzaskiem.
- Co chcesz ze mną zrobić? - Chciała, żeby to zabrzmiało spokojnie, ale nie potrafiła się opanować, a każde jej słowo, było histerycznym krzykiem.
Darek tymczasem, przez kilka chwil, wpatrywał się w daleką, ciemną przestrzeń przed samochodem. Wyglądał jak betonowy posąg, który jakiś ekstrawagancki artysta, posadził w samochodzie na miejscu kierowcy. W końcu jednak poruszył się. Jego prawa dłoń zacisnęła się na kluczyku włożonym do stacyjki. Przekręcił go i silnik zamruczał swym równym odgłosem. Jego dłoń powędrowała na lewarek zmiany biegów. Wrzucił wsteczny.
- Chcę cię zabrać na wycieczkę. Nie oczkuję chyba zbyt wiele. Za te dwa tygodnie nad srebrzystym jeziorem, za twoje urojone plany względem mnie… - Samochód zaczął cofać. Darek nadal wpatrywał się przed siebie, nie patrząc, ani wstecz, ani tym bardziej w którekolwiek z lusterek. Gwałtownie tylko skręcił w lewo, następnie wrzucił jedynkę; odbił kierownicą w prawo i z piskiem opon ruszył do przodu. Wtedy dopiero odwrócił głowę w stronę dziewczyny. - Nawet za moją śmierć - dokończył. - Sama przyznaj, że to chyba nie jest tak wiele.
- Darek, boję się ciebie. Naprawdę się ciebie boję.
Ponownie spojrzał przed siebie. Zdawał się zupełnie zignorować jej uwagę i dziewczyna nawet tak pomyślała, chciała więc raz jeszcze powtórzyć to, kiedy on dociskając pedał gazu, uprzedził ją i rzekł, skupiając swą uwagę, jedynie na białej linii dzielącej jezdnie na dwa pasy. Przerywana linia, już nie zdawała się nieruchoma, ona płynęła po jezdni, uciekała przed tym co oni mają przed sobą.
- Jeszcze nie masz pojęcia czym jest strach. Jeszcze nic o nim nie wiesz. - Ostatnie zdanie dodał, jakby powoli odpływał od rzeczywistości, jakby pogrążał się w śnie po długim okresie zmęczenia.

Straciła rachubę czasu. Ale czy czas mógł mieć dla niej jeszcze jakieś znaczenie? To chyba pierwsza oznaka choroby psychicznej, tylko dla takich jak ona - dla wariatek - czas jest jedynie abstrakcyjną jednostką; jednostką, która dotyczy wszystkich tylko nie jej. Ale przecież nie tylko o to chodziło. Sam fakt, że jedzie już od nieskończoności albo dopiero od kilku minut, był tutaj najmniej istotny, zbyt błahy by mogła go roztrząsać i przyćmiewać nim myśli. Były inne powody, które ją martwiły - zmartwienie, to chyba nie jest oznaka choroby psychicznej? Czyli nie jestem jeszcze zupełną wariatką? Jeszcze nie jestem - zapewniła się w myślach. Dlaczego więc siedzę w aucie - w moim rozbitym, całkowicie skasowanym aucie - obok człowieka, którego zabiłam i który nie żyje już od ponad roku? Czy w tej cholernej sali jest ktoś, kto mi to łaskawie wyjaśni?! Może pan w zielonym swetrze, powie mi dlaczego to wszystko nie znika, kiedy zamykam oczy, a potem otwieram je ponownie, sądząc, że już jestem w stanie myśleć racjonalnie? Przecież nie wierzę w duchy! Nigdy nie wierzyłam, nawet będąc małą dziewczynką! Dlaczego więc miałabym w nie uwierzyć teraz?
Może właśnie dlatego że to wszystko dzieje się naprawdę i te cholerne pasy ściskają mnie tak mocno, że już z trudem wdycham powietrze? Może właśnie dlatego?
Spojrzała na niego. Nadal niewzruszony, prowadził samochód. Nie mrugnął nawet powieką, nie poruszył najmniejszym mięśniem twarzy i tylko jego ręce kurczowo ściskały kierownicę, od czasu do czasu zajmując się zmianą biegu. Próbowała z nim porozmawiać, ale nadal nie zwracał na nią uwagi i tylko jeden raz na jej pytanie: „dokąd jadą?” Odburknął pod nosem tak cicho, że musiała całą swoją uwagę skupić, jedynie na jego słowach, które ułożyły się w zdanie: „Jesteśmy już blisko”. Potem powrócił do swego milczenia, a ona do rozważań i coraz bardziej chaotycznych myśli. Wszystko co przychodziło jej do głowy, napawało ją takim samym przerażeniem. Sama już nie wiedziała która z perspektyw wydaje jej się gorsza: duch czy choroba psychiczna? Oparła głowę o zagłówek. Zamknęła oczy i starała się oczyścić umysł ze wszelkich myśli. Chciała, żeby to wszystko znikło, żeby po prostu znikło, a ona żeby ponownie znalazła się na tej pustej drodze, albo jeszcze lepiej we własnym łóżku. Odetchnęłaby z ulgą, gdyby to wszystko okazało się nieprawdą. Z drugiej jednak strony nie chciała być wariatką - i jeśli miałaby być szczera, to właśnie ta możliwość przerażała ją najbardziej. Otworzyła powieki. To jednak nie znikło. Nadal była w tym samochodzie, może i całe szczęście? Darek wciąż siedział obok niej, a ona nadal była przykuta tymi pasami.
Obojętnie spojrzała przed siebie.
- Zatrzymaj się! - Krzyknęła; chciała złapać za kierownicę i przekręcić ją, ale pasy docisnęły ją do siedzenia jeszcze mocniej. Mimowolnie raz jeszcze spojrzała przez przednią szybę. Na drodze stał wysoki, szczupły mężczyzna, w ubłoconym ubraniu. Na nogach nie miał butów. Bosy mężczyzna na drodze - nie wiedziała dlaczego, ale właśnie ten szczegół zwrócił jej największą uwagę i dopiero potem dojrzała coś co powinno od razu rzucić się w oczy. Człowiek ów stał w rozkroku, twarzą zwrócony do nadjeżdżającego samochodu. Nawet nie ruszył się z miejsca i tylko rękoma wymachiwał, w najbardziej rozpaczliwym geście, jaki Dominika kiedykolwiek w życiu widziała. Chciała jeszcze raz krzyknąć - ale już nie zdążyła.
Zdążyła tylko zobaczyć wskazówkę prędkościomierza, znajdowała się przy 120km/h, kiedy zderzak samochodu, brutalnie uderzył w mężczyznę. Zamknęła oczy i już nie widziała tego, jak jego postać, zupełnie sztywna, niczym plastikowa kukła, najpierw uderzyła o maskę samochodu, by następnie odbić się od niej, przelecieć ponad dachem i z trzaskiem łamiących się kości, upaść na asfalt.
- Zabiłeś go! - krzyknęła jednocześnie uderzając go w ramię, raz, drugi, trzeci. Odwróciła się. Ciała już nie było widać. Było zbyt ciemno i byli już zbyt daleko. - Musimy tam wrócić! Słyszysz?! - W jej oczy, do tej pory stanowiły tamę dla gromadzących się tam łez, teraz jednak tama pękła i wszystkie łzy, rwącym potokiem popłynęły po jej policzkach.
- On już od dawna nie żyje. - Powiedział i jego głos, sprawił, że oderwała spojrzenie od widoku zza tylnej szyby i przerzuciła wzrok na niego. On również odwrócił się w jej stronę. Skóra na jego lewym policzku zdawała się zupełnie zaniknąć, ukazując powoli zaczynające się rozkładać mięso. Dominika z trudem powstrzymała się, żeby nie zwymiotować. Te kilka semestrów na Akademii Medycznej jednak okazały się przydatne. Przykryła usta dłonią i wstrzymała oddech; powróci do niego jeśli tylko poczuje się choć trochę lepiej - o ile w ogóle kiedykolwiek poczuje się choć trochę lepiej. Darek tymczasem, jakby nie zauważając jej zachowania, powoli kontynuował: - Zabito go na tej drodze już dwa lata temu. Kierowca był pijany, ale nie na tyle, by wywlec jego ciało w głąb lasu, gdzie wrzucił je do starego rowu. Przyjechał tu następnego dnia rano, tym razem miał z sobą łopatę. Przez kilka godzin błądził po całej okolicy, nim wreszcie znalazł ciało, w tym samym miejscu, gdzie je wcześniejszej nocy pozostawił. Zwłok nie znaleziono do dzisiaj i wątpię czy kiedykolwiek je odnajdą. - Przerwał na chwilę i ponownie spojrzał na drogę, i nie czekając na żadne pytania, od Dominiki, rzekł: - Uznano go za zaginionego. Jego żona i córka wciąż czekają, aż wróci do domu, wciąż mają nadzieję. I on też ma nadzieję, bo bez niej nie stałby na tej drodze i nie próbowałby zatrzymywać, każdego przejeżdżającego samochodu.
Dominika już nie patrzyła na niego; patrzyła na drogę i wydawało jej się, że znów go zobaczyła, tak samo stojącego, tak samo machającego rękoma. Jednak tym razem to było tylko złudzenie.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała i mocno wierzyła w to, że jej odpowie, choćby po to, by nawiązać rozmowę. Tak bardzo bała się kolejnego milczenia.
- My nazywamy to drogą umarłych - powiedział, odwróciwszy w jej stronę głowę. Jego policzek gnił coraz bardziej. - Ty możesz to nazywać sprawiedliwością. - Dodał ponownie skupiając się jedynie na drodze.
- Błagam cię, pozwól mi wysiąść! Chcę stąd wyjść! - krzyczała, ale jej głosu nie usłyszał ani on, ani nikt inny.
Przez załzawione oczy zobaczyła, że zbliżają się do białego volkswagena golfa i wszystkie wspomnienia powróciły do niej w jednej chwili i w jednej chwili dostrzegła, że to ta sama droga, którą powracała z wakacji i w tejże samej chwili zrozumiała prawdziwy powód jego obecności. I już nie miało dla niej znaczenia czy Darek przybył tu z zaświatów, czy też z głębin jej umysłu. Nie chciała już nawet wiedzieć tego na pewno, bo wszystko to co wypełniało jej myśli sprowadzało się do jednego. On tu przybył, żeby dokończyć to co nie zostało dokończone, naprawić to co spartaczyło przeznaczenie, przypadek lub cokolwiek innego, czego nie potrafiła nazwać.
On tu przybył, żeby ją zabić - i to był prawdziwy i jedyny powód jego obecności.
- Ten samochód - wyrzekła.
- Miesiąc temu - powiedział najzupełniej spokojnie w świecie. - Zawał serca. Jedzie po swoją żonę. - Kiedy go wymijali, Dominika spojrzała przez szybę. Mężczyzna również odwrócił głowę w jej stronę; jego twarz była pozbawiona warg, ale mimo to mogła przysiądź, że uśmiechnął się szyderczym, pełnym obrzydliwości uśmiechem. Zaczęła się rzucać, jak ryba wyciągnięta z wody, a im bardziej się miotała, tym mocniej pasy dociskały ją do siedzenia.
- Nie chcę umierać! Słyszysz sukinsynu?! Nie chcę umierać!
Jego dłoń mocno zacisnęła się na jej szyi. Dwukrotnie uderzył jej głową o zagłówek, tak silnie, że ból przeszył jej mózg i ze zdwojoną siłą spotęgował się wokoło czoła.
- Milcz! - Spojrzał na nią i teraz naprawdę wyglądał przerażająco; już nie tylko jego lewy policzek, ale cała jego twarz znajdowała się w stanie rozkładu. Kości policzkowe były już całkowicie obnażone i zdawały się świecić, jak księżyc na nocnym niebie; po jego prawym oku pozostała tylko czarna nieprzenikniona dziura. Uwolnił jej szyję z uścisku, a następnie zewnętrzną jej częścią delikatnie pogładził jej policzek; odgarnął jej włosy za ucho. Widział jak łzy spływają jej po twarzy i widział strach w jej oczach, w jej bladym obliczu, w jej nieustannie drżącym ciele.
- Nie jesteś mordercą - wyrzekła ledwo dosłyszalnie - nigdy nim nie byłeś. Lubisz muzykę, długie spacery, piszesz wiersze. Nie jesteś mordercą. Słyszysz? Nie byłeś i nie jesteś!
- Śmierć zmienia ludzi - jego wzrok powrócił na drogę. - Nie mów, że nigdy o tym nie słyszałaś? - Docisnął pedał gazu do samej podłogi. - Zresztą za chwilę sama się o tym przekonasz.
Pełnym rozpaczy wzrokiem spojrzała przed siebie i już nie mogła oderwać wzroku od ulicy kończącej się ostrym zakrętem i to nie oni zbliżali się do niego, to zakręt rósł w jej oczach. Zamknęła powieki, uczyniła to samoczynnie, bez wyraźnego sygnału z mózgu, jakby to one same uznały, że tak będzie najlepiej.
A potem nastąpił przeraźliwy, nie dający się niczym zagłuszyć huk. I było już po wszystkim. Przynajmniej tak myślała nim ponownie otworzyła oczy. Maska samochodu była kompletnie roztrzaskana, wbita w drzewo.
Spojrzała na Darka. Leżał nieruchomo z głową na kierownicy. Nie żył? Może tym razem naprawdę już nie żył? Ale żyła ona i szczerze, po raz pierwszy, od tego wypadku rok temu, chciała żyć. Musiała się tylko stąd uwolnić. Ze wszystkich sił próbowała odpiąć pasy, (swoją drogą uratowały jej życie i Darek też by żył, gdyby je zapiął, więc to nie była jej wina!) tylko że teraz im bardziej rozpaczliwe były jej starania, tym mniejsze były tego efekty.
- Boże proszę! - Wykrzyknęła rozhisteryzowana. - Boże, pomóż mi się stąd wydostać.
- Tu Go nie ma. O tym cię mogę zapewnić. - O mało nie wrosła do siedzenia, kiedy usłyszała jego głos. Wiec to jednak nie koniec. Z nim nie można wygrać. - Nie myślałaś chyba, że pozwolę ci tak łatwo umrzeć. Chcę, żebyś cierpiała, głupia wiejska suko! Chcę, żebyś naprawdę cierpiała! Za wszystkie moje plany, za wszystkie zrujnowane marzenia. Za wszystko czego mnie pozbawiłaś.
Jego twarz topniała, jak plastelina pozostawiona w gorącym miejscu. Ciekłe mięso skapywało z jego brody i tworzyło na jego spodniach obrzydliwe plamy. Śmiał się przy tym piekielnym, przeraźliwym śmiechem, wypełniającym całą przestrzeń samochodu.
Dominika odwróciła głowę.
Z przerażeniem spojrzała na przód samochodu. Pod szczątkami maski pojawił się najpierw czarny, wolno sunący ku górze dym, ale już chwilę później w jego miejscu wybuchły płomienie.
Krzyknęła; nie była w stanie zrobić niczego więcej. To już koniec, naprawdę koniec. Nie uczyniwszy już nic, oddała się w ramiona śmierci. Chwilę później samochód eksplodował, a ona przez ułamek sekundy, który zdawał jej się całym życiem, zmuszona była wdychać gorące, przesiąknięte odorem jej własnego spalającego się ciała, powietrze.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -