Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Anioł

Rafał Znamirowski

- Obudź się.
Delikatnie poruszył się przez sen.
- Obudź się – tym razem głośniejsze.
Przewrócił się na drugi bok, ale wciąż spał mocno. Pochylająca się nad jego łóżkiem postać odczekała chwilę, a potem zaintonowała gardłowo i nosowo, grzmiąc nad jego uchem:
- Obudź się!
Natychmiast otworzył oczy. Wyrwany ze snu umysł startował powoli, jak zmrożony silnik samochodu; prawie słyszał przeciągłe, niczego nieobiecujące wycie, dławienie się i wreszcie jedno jedyne puff!, po którym mechanizm w jego głowie wszedł wreszcie na bezpieczne, miarowe obroty.
Kilka milisekund później, kiedy jego mózg zinterpretował wreszcie obraz docierający z jego oczu, całe jego ciało oblał zimny i lepki pot – wilgoć przerażenia.
W mroku pokoju dostrzegł zakapturzoną twarz wykrzywioną w dziwnym grymasie ni to przerażenia, ni to ekstazy. Zamiast oczu wyzierał z niej dwie, głębokie puste dziury, otoczone strzępami zielonkawej skóry. Niżej, tam gdzie powinna znajdować się nasada nosa, zobaczył potrzaskane fragmenty kości obleczone czarnymi skrzepami krwi. Skóra na policzkach miała barwę zgnitej zieleni; była tak cienka i napięta, że miejscami prześwitywały przez nią czarne i żółte korzenie zębów luźno obsadzone w przegnitych do cna szczękach. Usta były jedną wielką owrzodzoną raną, z mnóstwem białych larw wgryzających się w to, co zostało z warg postaci. Jej oddech cuchnął mieszaniną smrodu rozkładającego się mięsa i świeżej, gęstej spermy. Spowijała ją ciemna szata – rodzaj płaszcza o fakturze futra, jak gdyby wiecznie wilgotnego, zmoczonego gęstą i lepką mazią (krwią?). A nad jej plecami, nad jej obojczykami górowały umięśnione, otoczone długimi i grubymi piórami, czarne jak węgiel, skrzydła.
Leżąc na boku, podciągnął kolana do klatki piersiowej, a jego jądra znalazły się niemal w brzuchu. Serce rozpoczęło dziki galop krwi, jak po zastrzyku adrenaliny, ale mięśnie klatki piersiowej zatrzymały się, sparaliżowane przerażeniem.
- Zginiesz – powiedział Anioł nad nim. Po chwili dodał – i zabijesz. Teraz śpij…
Sen spłynął na niego gęsto, lepko. Tak, jak ze zmiażdżonej czaszki, gęsta i lepka od kawałków mózgu, krew spływa po nagim tułowiu.

*

Jacek Strzyk, którego zeszłej nocy odwiedził Anioł, dobiegał czterdziestki. Mieszkał samotnie w wykupionym na własność trzypokojowym mieszkaniu na trzecim piętrze bloku przy ulicy Lipowej. Przegapił ten okres swojego życia, w którym mógł się ożenić, jak większość jego znajomych, ale kiedy sobie to uświadomił, nie poczuł goryczy ani smutku. Doskonale zadawał sobie sprawę z tego, że jego dorosłe życie motywowała tylko i wyłącznie praca – Jacek Strzyk był pracoholikiem w pełnym tego słowa znaczeniu.
Zaraz po studiach, w czasie których dorabiał do stypendium naukowego projektując witryny web, dzięki pomocy dalekiego kuzyna załapał się w dziale produkcji wielkiej firmy komputerowej. Przez blisko rok składał pecety, to znaczy wkładał do blaszanych obudów napędy, czasem montował karty rozszerzeń. „Pięć lat technikum informatycznego i pięć lat studiów na wydziale sieci komputerowych – dziesięć lat nauki po to, żebym mógł skręcać cdeki” myślał wtedy z potężną dawką ironii i sarkazmu. Ale pracował, a za swoją pracę dostawał pieniądze, które dawały mu niezależność. W firmie zawsze dobrze płacili, nawet za tak debilnie prostą robotę, jaką wykonywał. Niebawem zresztą awansował na zastępcę kierownika produkcji. Stało się to z jednego z dwóch możliwych powodów: albo kierownik docenił wreszcie jego sumienność i staranność, albo, co Jacek uważał za bardziej realne, jego daleki kuzyn, który w firmie był już dyrektorem ds. zatrudnienia, wymusił na kierowniku ten awans. Drugie rozwiązanie było tym bardziej prawdopodobne, że niecałe dwa tygodnie przed podpisaniem nowej umowy, Jacek spłukał się prawie zupełnie i zafundował kuzynowi wypad na wędkarski weekend. Oczywiście dyrektora ds. zatrudnienia stać było na taki wyjazd, ale sam ciułał grosz do grosza, żeby opłacić dwójce dzieci studia na renomowanej uczelni, więc z radością przystał na propozycję Jacka.
Stojąc po pas w nurcie rzeki, z długą wędką w dłoniach, Jacek uświadomił sobie, że udało mu się uruchomić wielką machinę. I nie mylił się. Najpierw awansował na zastępcę kierownika produkcji. Pół roku później zafundował kuzynowi wypad na polowanie. Niebawem został szefem działu marketingu. Ale Jacek nie miał o marketingu żadnego pojęcia, więc dwa miesiące później postawił wszystko na jedną kartę i zabrał kuzyna do najdroższego i podobno najlepszego w całym mieście burdelu.
Rankiem, kiedy spotkali się przy wyjściu, dyrektor ds. zatrudnienia wyglądał na zmęczonego i skacowanego, ale uśmiechnął się do Jacka i zapytał, jakie studia skończył. Tydzień później Jacek dostał posadę głównego informatyka w firmie, która znana była już w całej Polsce i w sporej części krajów Europy Wschodniej.
Miał pieniądze, dużo pieniędzy, a więc kompletną niezależność. Ale paradoksalnie owa niezależność, która miała uczynić go szczęśliwym, wpędziła go w pracoholizm. Przyjaciele odwrócili się od Jacka, jeszcze przed jego wyprawą do burdelu z kuzynem. Cześć z nich miała dosyć tego, że wciąż odmawia zaproszeń do kina, na przyjęcia i imieniny, a reszta po polsku zazdrościła mu posady, pieniędzy i samochodu. Jacek został więc sam. Zamienił dwuletniego peugeota 406 na nowiuśieńki, prawie najdroższy model volkswagena passata i jeszcze głębiej rzucił się w wir pracy. W firmie spędzał po dziesięć godzin dziennie (nadgodziny płatne ekstra, naprawdę ekstra) w tygodniu, a w soboty „tylko” osiem. W niedzielne poranki odsypiał sobotnie wieczory i noce spędzone w najdroższym w mieście burdelu, w którym odreagowywał cały tydzień ciężkiej pracy. Stawki były wysokie, ale na obecnym stanowisku zarabiał sporo, więc szybko został stałym klientem. Czekała na niego zawsze Anika – młoda Ukrainka z jędrnym biustem i pełnymi, miękkimi wargami; wykąpana, świeża Anika, której ciało sprawiało, że na te kilka godzin zapominał dosłownie o wszystkim z pracą włącznie. Nie kochał jej tak, jak mężczyzna w jego wieku kocha kobietę, bo nigdy nie miał czasu na kochanie kogokolwiek, ale był jej wdzięczny za to, że potrafi go zrelaksować i tak wiele razy w ciągu jednej nocy zrobić mu dobrze.
W piątek późnym popołudniem wrócił z pracy. Zjadł kolację, wziął prysznic i położył się spać, ukradkiem myśląc o jutrzejszych zabawach z Aniką. Anioł odwiedził go dokładnie o pierwszej nad ranem.
Elektroniczny budzik zadzwonił pięć godzin później, punkt szósta w sobotę rano. Jacek nawet nie otworzył oczu. Powoli wyciągnął rękę, opuszkami palców namacał budzik na nocnym stoliku obok łóżka i nacisnął przycisk drzemki.
Dziesięć minut później ciszę jego pokoju ponownie rozdarł przenikliwy pisk małego głośniczka. Jacek otworzył oczy. Nagle przypomniała się mu postać, która odwiedziła go w nocy. Zimny pot znowu oblał jego ciało, a strach sparaliżował wszystkie mięśnie.
Paraliż ustępował powoli w miarę jak jego mózg przetrawiał okropne wspomnienia. „Zginiesz i zabijesz” – słowa Anioła odbijały się echem w jego głowie. Przez moment Jacek zastanawiał się, jak zinterpretować te dziwne odwiedziny. Nie wierzył w ich prawdziwość i chętnie zaliczyłby je do grona nocnych koszmarów, gdyby nie fakt, że nie pamiętał już, kiedy śniło mu się cokolwiek, a zwłaszcza koszmar.
Kiedy paraliż mięśni ustąpił całkowicie i Jacek odzyskał panowanie nad swoim ciałem, niechętnie zdecydował wreszcie, że całą tę historię uzna za nocne widziadło i jak najszybciej postara się o nim zapomnieć. Jego rozum bronił się przeciwko tej decyzji, ale Jacek postanowił nie myśleć o tym, przynajmniej nie teraz. Spojrzał na zegarek. Było już prawie wpół do siódmej, a to oznaczało, że będzie musiał się pospieszyć, jeśli nie chce spóźnić się do pracy.
Wstał, umył się, a potem ubrał grafitowy garnitur, zabrał neseser i bez śniadania, na które nie miał już czasu, wyszedł na klatkę. Automatyka, z jaką wykonywał poranne czynności, sprawiła, że nawet nie zauważył trzech, czarnych i tłustych piór rozsypanych na dywaniku koło łóżka i dwóch kolejnych leżących na progu sypialni.
Za kwadrans siódma zapalił papierosa, uruchomił silnik passata i wyjechał z parkingu. Palił tylko rano i wieczorami w domu. W pracy rezygnował z papierosów, bo nie chciał przerywać swoich zajęć, by wyjść na zewnątrz, a w budynku firmy obowiązywał unijny zakaz palenia.
Ruch na ulicach był niewielki. Słońce świeciło już mocno, zapowiadając, że ten dzień będzie tak samo gorący, jak wczorajszy. Na granicy świadomości Jacka zaświtała myśl, że lato w tym roku jest naprawdę piękne, ale zignorował ją, myśląc tylko o jednym: żeby nie spóźnić się do pracy. Ruszając spod najbliższych świateł, mocno wbił pedał gazu w podłogę. Passat ruszył gwałtownie, jak koń dźgnięty metalową ostrogą.
Siedziba firmy mieściła się na obrzeżach miasta, na terenach, przez które miała kiedyś przebiegać obwodnica odciążająca centrum. Wybudowano czterokilometrowy odcinek szerokiej, czteropasmowej drogi i na tym skończyły się fundusze przeznaczone na obwodnicę, więc zapomniano o jej budowie.
Ów czterokilometrowy odcinek prowadził niemalże pod samą główną bramę firmy, w której pracował Jacek. Lubił tamtędy jeździć. Nawierzchnia była w dobrym stanie, a dziury w niej płytkie i stosunkowo rzadkie. Zazwyczaj rozpędzał się na niej do 140 – 150 kilometrów na godzinę i miękko wchodził w dobrze wyprofilowany łuk w prawo. Zaledwie kilometr później skręcał w lewo, w uliczkę prowadzącą do firmy.
Teraz gnał przez czteropasmowy kawałek niedoszłej obwodnicy z prędkością blisko dwustu kilometrów na godzinę. Zegarek umieszczony pod obrotomierzem na desce rozdzielczej passta wskazywał 6:56. Papieros krzywo zwisał z kącika ust Jacka. Zaciągał się nim płytko, skupiony na tym, żeby dojechać do firmy przed siódmą. Powinno się mu udać.
Lewy pas, którym mknął, był pusty. Prawym kilka aut sunęło z przepisową prędkością. Pozostałymi dwoma samochody zmierzały w przeciwnym do jego kierunku jazdy.
Jacek nie spuszczał nogi z gazu. Samochody, które mijał, wydawały się mu po prostu plamami określonej barwy – jechał tak szybko, że nie dostrzegał szczegółów karoserii, nie mówiąc już o logo producenta pojazdu. Zbliżał się do łuku w prawo. Delikatnie nacisnął na hamulec i potem na sprzęgło. Papieros w jego ustach wypalił się prawie do filtra. Jacek zaciągnął się nim po raz ostatni i oderwał dłoń od kierownicy, żeby wyrzucić niedopałek do samochodowej popielniczki. W tym momencie stało się coś dziwnego.
Kiedy papierosowy dym dotarł do płuc, poczuł, jak jego tchawica zaciska się w nieskończenie mocnym skurczu i odcina dopływ tlenu. Jednocześnie od środka, w okolicę mostka coś wbijało się z taką siłą, jakby chciało rozerwać jego klatkę piersiową. Rozszerzonymi w jednej chwili źrenicami zarejestrował, że jest już na początku łuku. Dwie milisekundy później jego ciało przeszył olbrzymi skurcz. Jacek zacisnął dłonie na kierownicy, unieruchamiając ją pod lekkim kątem, wbił plecy w skórzane oparcie fotela, a stopy w pedały sprzęgła i hamulca. Skurcz i przeraźliwy ból w piersiach unieruchomiły go zupełnie.
Passat wpadł w łuk z prędkością około 170 kilometrów na godzinę. Być może wszystko skończyłoby się szczęśliwie i elektroniczne układy bezpieczeństwa zdołałyby utrzymać rozpędzone dwie tony na właściwym torze jazdy, gdyby Jacek nie nacisnął hamulca.
System ABS zadziałał z milisekundowym opóźnieniem, które wystarczyło, by koła przedniej osi straciły kontakt z asfaltem. Kiedy pokładowy procesor przetwarzał dane zebrane ze wszystkich czujników, rozpędzony samochód wpadł już w boczny poślizg. Na nic zdały się wysiłki serwomechanizmów ABS i EBD – passat sunął bokiem, zbliżając się nieuchronnie do środka łuku.
Sparaliżowany Jacek widział i czuł, co dzieje się z jego samochodem. Najpierw mocno nim szarpnęło, kiedy skurcz mięśni wbił jego stopę w pedał hamulca, potem przód jakby ugiął się, niemalże stykając z pędzącym pod nim asfaltem, a później gwałtownie uciekł w prawo. Chociaż Jacek bardzo tego chciał, nie mógł ruszyć ramionami i skontrować kierownicą. Przednia oś wpadła w poślizg, pociągając za sobą tylnią. Passat obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni tak, że samochody jadące prawym pasem, sunęły teraz prostopadle do jego maski. Z przeraźliwym piskiem opon zbliżał się do środka łuku.
Osiągnął go dokładnie w tej chwili, w której odzyskał panowanie nad mięśniami karku i w której poczuł, jak siła odśrodkowa wypycha, pędzącego w bocznym poślizgu, passta wprost na pas przeciwnego ruchu. Obrócił głowę w lewo i zobaczył nadjeżdżającego znad przeciwka czerwonego vana. W mgnieniu oka dostrzegł za przednią szybą kierowcę, kobietę siedzącą obok niego i dwójkę dzieci na siedzeniach za nimi. „Zginiesz i sam zabijesz” rozległ się w jego głowie głos Anioła. Nieświadomy tego, co robi mocno zacisnął powieki.
Podświadomie czekał na potężne uderzenie w drzwi od strony kierowcy. Jego mózg naprężył wszystkie mięśnie, z których odpłynął już paraliż. Serce w jednej sekundzie wpompowało do organizmu olbrzymią dawkę adrenaliny, pobudzając wszystkie jego zakończenia nerwowe. Po raz ostatni, jak wydawało się Jackowi.
Kierowca czerwonego vana obserwował poślizg samochodu Jacka od samego początku. Kiedy siła odśrodkowa wypchnęła grafitowego passata na jego pas ruchu, odruchowo nacisnął na hamulec i obrócił kierownicę w lewo. Vanem szarpnęło, ale ABS nie dopuścił do zablokowania się kół, dzięki czemu manewr powiódł się i pędzące w poślizgu dwie tony blachy i tworzyw sztucznych, wraz z zamkniętym w ich wnętrzu przerażonym Jackiem, przemknęły kilka centymetrów przed jego przednim zderzakiem.
Passat wytracał prędkość, sunąc wciąż bokiem do zewnętrznej łuku. Przeciął pusty pas ruchu, na lewo od czerwonego vana. Przeraźliwy pisk opon słabł z każdą sekundą. Coraz to wolniej i wolniej grafitowy volkswagen zbliżał się do krawędzi asfaltu. Koła, nadal zablokowane w poślizgu, uderzyły w niewysoki krawężnik i przeskoczyły nad nim. Passat przesunął się po poboczu jeszcze tylko kilka metrów, ryjąc rozgrzanymi oponami wilgotną od porannej rosy trawę na poboczu, złamał bokiem metrowej wysokości świerka i zatrzymał się wreszcie ze zgaszonym silnikiem.
Jacek otworzył oczy dopiero po kilkunastu sekundach. Ze zdziwieniem zarejestrował fakt, że jeszcze żyje. Potem powoli rozejrzał się dookoła, chcąc przekonać się, gdzie właściwie się znajduje. Nagle jego mózg powrócił do myśli tuż sprzed wypadku: „nie spóźnić się do pracy”. Jacek z przerażeniem wbił wzrok w deskę rozdzielczą samochodu. Elektroniczny zegarek wskazywał 6:57. Wyplątał się z pasów bezpieczeństwa i szarpnięciem otworzył drzwi.
Na zewnątrz obiegł samochód dookoła, w poszukiwaniu poważniejszych uszkodzeń. Oprócz przytartych opon i delikatnej rysy na drzwiach pasażera po zmiażdżeniu świerka, passat wyglądał na nietknięty.
Jacek wpadł do środka. Jeszcze miał szansę nie spóźnić się do pracy, małą, ale jednak. Zacisnął palce na kluczyku tkwiącym w stacyjce i przekręcił go do oporu. Silnik zaskoczył. Wbił pedał sprzęgła w podłogę, wrzucił jedynkę, miękko nacisnął na gaz i już, już miał ruszać, kiedy zamarł nagle, z niewidzącym spojrzeniem utkwionym w horyzoncie za przednią szybą.
Jego myśli zatrzymały się na „nie spóźnić się do pracy”. Trwały przez moment w bezruchu, a potem przez tą jedną jedyną, najważniejszą dotąd, zaczęła przenikać inna, nieznana dotychczas, złowieszcza i budząca dziwny lęk. Jacek przez ułamek sekundy pomyślał: „nie mam niczego”. I nagle, jak na przyspieszonym filmie, przez jego mózg przeleciały obrazy sprzed paru chwil. Taśma myśli zaczęła zwalniać i już po chwili jego rozum pracował na zwyczajnych obrotach.
Jacek zamrugał oczami. Spojrzał na pokładowy zegarek: 6:58. Przypomniał sobie, że nie może spóźnić się do pracy, ale ruszył ostrożnie i powoli, zdziwionym spojrzeniem uważnie lustrując przestrzeń dookoła. Czuł się nieswojo. Myśl, że nie ma niczego pochłaniała go bez reszty.
Drogę do firmy pokonał nie przekraczając przepisowej prędkości sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. O 7:05 zaparkował passata przed wielkim budynkiem ze stali i szkła, w którym pracował, i niepewnym krokiem ruszył do jego wnętrza. Nawet nie zorientował się, że pierwszy raz w swoim życiu spóźnił się do pracy.
Dziewczyna w recepcji powiedziała „dzień dobry” i uśmiechnęła się do niego promiennie. Mruknął coś po nosem i przeciągnął magnetyczną kartę w szczelinie czytnika, rejestrując się w pracy. Potem poszedł do swojego biura.
Starał się skupić na wykonywanych czynnościach, ale jego uwaga raz po raz usilnie wracała do tej myśli – „nie mam niczego”. Ignorował to, z wielkim wysiłkiem zmuszając swój umysł do zajęcia się obowiązkami głównego informatyka. Po dwóch godzinach walki z własnymi myślami udało się mu wreszcie wpaść w rytm pracy. Znowu działał na najwyższych obrotach, jak co dzień skupił się na otaczającej go rzeczywistości firmy i własnego biura, ignorując wszystko inne. Ignorując nawet dwa wspomnienia, przyczajone na obrzeżach jego pamięci: uczucie niespełnienia i odwiedziny Anioła.
Przepracował osiem godzin, jak co sobotę. Kilka minut po piętnastej, zmierzając do samochodu zaparkowanego przy bramie firmy, pomyślał o wizycie u Aniki i uśmiechnął się błogo. Trzymał na wodzy dręczące go myśli. Liczył że noc w płatnych objęciach ponętnej Ukrainki zabije je raz na zawsze.
Przed wizytą w burdelu, wrócił do swojego mieszkania. Zjadł szybki obiad odgrzany w mikrofalówce i wskoczył pod prysznic. Mył się długo i dokładnie, podświadomie starając się zmyć z siebie cały tydzień pracy i, chociaż nie przyznawał się do tego przed samym sobą, również to dziwne uczucie, że nie ma niczego.
Godzinę później, z ręcznikiem owiniętym wokół bioder, podszedł do szafy w sypialni. Na dzisiejszy wieczór wybrał czarne, eleganckie spodnie i beżową koszulę pod krawat, który po namyśle sobie darował. Całości dopełniać miała dwurzędowa, czarna marynarka.
Kiedy zapinał spinki do mankietów, jego wzrok padł na trzy czarne pióra, rozrzucone na dywaniku przed łóżkiem. W jednej chwili powróciły do niego wspomnienia z nocnej wizyty Anioła, wspomnienia tak wyraźne, że poczuł nawet odór gnijącego mięsa i świeżej spermy, wydobywający się spomiędzy rozkładających się warg upiora.
- Zginiesz i zabijesz – rozległ się potężny głos Anioła w głowie Jacka. Czuł, jak paraliż znowu ogarnia jego ciało, a obok wspomnienia nocnej wizyty, w jego umyśle skrystalizowała się wreszcie myśl, która dręczyła go przez cały dzień. Nie ma niczego, bo wszystko czym żyje, to praca, nic więcej, więc nie ma tak naprawdę niczego!
Jacek stał na środku pokoju z mięśniami zdrętwiałymi od paraliżu. Przez ułamek sekundy poczuł, że skurcz jakby delikatnie słabnie i postanowił działać. Z okropnym bólem, który przeszywał całe jego ciało, porwał marynarkę, leżącą na łóżku i wybiegł z mieszkania, głośno trzaskając wyjściowymi drzwiami. Na klatce schodowej oparł się o ścianę i policzył powoli do dziesięciu, starając się skupić na własnym oddechu.
Przy pięciu paraliż zaczął opuszczać jego ciało. Przy siedmiu, Jacek wyraźnie czuł, jak wysącza się przez jego stopy. Kiedy w myślach wymówił „dziesięć”, jedynym co przypominało o bolesnym skurczu sprzed chwili, było echo głosu Anioła i gorzkie uczucie niezadowolenia z własnego życia.
Jacek narzucił na siebie marynarkę. Nie bardzo wiedział, co z tym wszystkim zrobić. Po chwili wahania, wyszedł z bloku i ruszył w stronę samochodu. Potrzebował Aniki, potrzebował jej tak mocno, jak jeszcze nigdy nikogo w swoim życiu.
Droga do burdelu wlekła się w nieskończoność, ale nie przekraczał przepisowej „sześćdziesiątki”, pomny na to, co wydarzyło się rano. Nie zapalił również papierosa, choć miał na to wielką ochotę. Obiecał sobie, że już nigdy nie będzie palił w samochodzie. Równie dobrze mógłby obiecać sobie, że w ogóle nigdy już nie zapali, bo zmarli nie mają nałogów, ale nie wiedział jeszcze, że za kilka godzin będzie martwy.
Kilka minut przed dziewiętnastą wjechał na mały parking przed salonem masażu „Kraina Snów”. Zatrzymał się pod bramą wysokiego, metalowego ogrodzenia, którym otoczony był cały burdel. Czekał.
Kamera, zainstalowana na jednym ze słupków, zaczęła się obracać, aż wreszcie wycelowała swój obiektyw w maskę grafitowego passata i znieruchomiała.
Jacek, który co tydzień doświadczał podobnego „rytuału wejścia”, podejrzewał, że właśnie w tej chwili operator kamery robi zbliżenie na numer rejestracyjny jego samochodu, a potem sprawdza, w czymś w rodzaju księgi gości, tożsamość jego właściciela. W myślach policzył do trzech.
Brama poczęła przesuwać się w prawo z cichym szumem elektrycznego silnika. Jacek wjechał do środka i zaparkował na niewielkim parkingu. Zgasił silnik, ale nie wysiadł ze samochodu. To również należało do „rytuału wejścia” – jeśli dla ludzi z zewnątrz chciał pozostać anonimowym gościem, nie powinien wysiadać dopóki metalowa brama nie odetnie go od reszty świata.
We wstecznym lusterku obserwował domykające się ogrodzenie. Otworzył drzwi i postawił stopy na wybrukowanym cementową kostką parkingu „Krainy Snów”, dopiero wtedy, gdy brama z cichym stukiem zamknęła się na dobre. Podreptał do wejścia. Nie wiedział, że nigdy już stąd nie wyjdzie.

*

Anika, wykąpana i świeża, próbowała rozpalić go na wszystkie znane jej sposoby, ale Drągal, jak czasem nazywała jego penisa, był dzisiaj Patykiem, a ściślej rzecz biorąc Zapałką. Darzyła Jacka swego rodzaju sympatią – często płacił ekstra i nie był brutalny, a nawet całkiem przystojny – dlatego starała się postawić go na baczność z większym zaangażowaniem niż innych klientów. Może odpuściłaby, gdyby wiedziała, że Jackowi już nigdy nie stanie?
Leżał na plecach na olbrzymim łóżku, z dłońmi splecionymi pod głową. Nieobecnym spojrzeniem wpatrywał się w obłożony różowym pluszem baldachim nad łóżkiem. Zamontowano w nim kilkanaście halogenowych żarówek ukrytych za szybkami barwionymi na czerwono, co powodowało, że biała pościel jak gdyby emanowała tym kolorem – kolorem ciepłej krwi. Reszta pokoju tonęła w mroku, ale z poprzednich wizyt Jacek wiedział, że wszystkie ściany oraz podłoga i sufit, obłożone są imitacją różowego pluszu. Jak burdel, to burdel – pomyślał. Zdawał sobie sprawę z tego, że Anika już od dłuższego czasu usiłuje doprowadzić jego członek do wzwodu, ale nie potrafił się na tym skupić. W głowie uparcie wirowała mu jedna myśl: nie mam niczego. Dziś chyba wolałby po prostu pogadać, zamiast się pieprzyć.
- Hej przystojniaku, o co chodzi? – spytała Anika, jak gdyby odgadując jego pragnienie.
Jacek popatrzył na nią. Klęczała obok, delikatnie zaciskając dłoń na bezwładnym członku. Przez cieniutki materiał kusego szlafroczka, który miała na sobie, widział twarde i uniesione sutki jej obfitych piersi i czarny, wąski wykrzyknik włosów łonowych.
- Jesteś zadowolona ze swojego życia? – spytał, patrząc prosto w jej niebieskie oczy.
- Pytasz, czy cieszy mnie to, że jestem kurwą?
- Nie. Czy czujesz, że coś masz w życiu?
- Dziwne pytanie – Anika zawiesiła głos, uciekając wzrokiem w bok, jakby w czerni pokoju starała się znaleźć odpowiedź. Po chwili powiedziała:
- Mam pieniądze, to przede wszystkim, a poza tym jestem dobra w tym, co robię i nie zaprzeczę, sprawia mi to trochę frajdy.
Pieniądze, no tak.Jacek uśmiechnął się pod nosem. Anika wzięła to za dobry znak.
- A ty, przystojniaku, co masz w swoim życiu? – spytała.
- Ja nie mam nic – odpowiedział powoli.
Zabrzmiało to tak strasznie zimno i smutnie, że Anika prawie odruchowo dotknęła dłonią jego policzka. W jego oczach zobaczyła pustkę i strach. Dobrze wiedziała, że nie powinna tego robić, ale położyła się obok i mocno go przytuliła. Najmocniej, jak potrafiła, bo akurat wtedy nie był dla niej tylko klientem z wypchanym portfelem.
Jacek, zdziwiony czułością dziewczyny, objął jej smukłą szyję ramieniem i przyciągnął do siebie. Duże piersi Aniki miło naciskały na jego żebra. Trwali tak przez moment w absolutnej ciszy, a potem Jacek westchnął lekko i usiadł na łóżku. Dziewczyna zrobiła to samo.
Popatrzył w jej oczy. Na moment ta ogłuszająca myśl, że nie ma niczego, ucichła i Jacek pomyślał, że chyba się zakochał. Ujął jej twarz w dłonie, opuszkami palców dotykając miękko, czule skóry na jej skroniach i policzkach.
Zaskoczona Anika zaczęła obawiać się najgorszego: że Jacek będzie chciał ją pocałować, pocałować w usta. O Boże, tylko nie to! – krzyknęła w myślach, ale nie poruszyła się ani trochę, obserwując uważnie jego twarz. Czuła ciepłe palce wplątane lekko w swoje włosy, tuż nad uszami i zobaczyła, jak Jacek pochyla się do przodu, zbliżając do niej swoje wargi. Nagle zatrzymał się, z takim wyrazem twarzy, jak gdyby coś usłyszał, a potem spojrzał gdzieś ponad nią, w mrok pokoju i skamieniał.
Jacek naprawdę pocałowałby Anikę i zamierzał zrobić to najlepiej, jak potrafił, najbardziej żarliwie i zachłannie wpijając się w jej usta, ale usłyszał szelest skrzydeł w głębi pokoju. Natychmiast spojrzał w tamtym kierunku i po jego ciele rozlał się kolejny paraliż. Ostatni już.
Anioł stał tuż przy łóżku, za plecami Aniki. Czarne skrzydła zwisały prosto i nieruchomo z jego obojczyków; lśniły wilgotne. Patrzył na Jacka i choć nie poruszył strzępami warg, główny informatyk wyraźnie usłyszał jego głos:
- Przyszedłem po ciebie.
Przerażony Jacek próbował coś powiedzieć, ale usta odmówiły mu posłuszeństwa. Niewypowiedziane, błagalne „nie!” pozostało w jego głowie.
- Tak – słowo Anioła rozległo się tuż obok jego przeczenia. – Teraz zginiesz i zabijesz.
Jacek rozpaczliwie jeszcze raz zaprzeczył w myślach i poczuł, jak tężeją mu mięśnie na ramionach, a opuszki jego palców zaczynają naciskać na skronie i policzki przerażonej Aniki. Choć ze wszystkich sił starał się coś zrobić, przestał już panować nad swoim ciałem. Na zawsze.
Zdumiona Anika szeroko otworzyła oczy. Palce Jacka coraz mocniej zaciskały się na jej twarzy. Kiedy poczuła, jak krótko obcięte paznokcie głównego informatyka przekłuwają jej skórę, krzyknęła i spróbowała go odepchnąć, ale jego chwyt był zbyt mocny. Przerażona, zaczęła drapać jego twarz i ramiona – bezskutecznie. Pieszczota Jacka była dosłownie miażdżąca.
Patrzył na jej twarz i nie mógł zrobić niczego. W głowie wciąż czuł cuchnącą obecność Anioła.
- Dlaczego?! – krzyczał w myślach. Ale Anioł milczał, obojętny na jego wołania.
Jacek widział, jak spod opuszków jego palców, po delikatnej twarzy Aniki, zaczyna sączyć się krew. Kilka jej kropli spadło już z jego dłoni na prześcieradło, a reszta utworzyła cieniutkie strumyczki, które spływały mu po ramionach, aż do pach i stamtąd rozlewały się po jego żebrach. Czuł wyraźnie ciepło tej czerwonej rzeki, rzeki życia.
- Dlaczego?! – jeszcze rozpaczliwiej spytał w myślach Anioła.
Odpowiedzią była cisza – głucha, bezdenna, zimna cisza. Poczuł, jak jego umysł odrywa się od ciała. Po chwili miał wrażenie, że unosi się gdzieś po sufitem, ale jednocześnie nadal widział twarz Aniki, wykrzywioną w przeraźliwym grymasie bólu, widział, jak drapała go swoimi paznokciami po skamieniałych mięśniach ramion i czuł opuszki swoich palców, zagłębiające się coraz bardziej w skórze twarzy dziewczyny.
Anika nie krzyczała już – po prostu wyła z bólu. Palce Jacka naciskały na kości jej czaszki; wyraźnie czuła, jak zaczynają drżeć. Chłostała głównego informatyka sierpami swoich paznokci. Bezskutecznie, z każdą sekundą jego uścisk stawał się coraz mocniejszy.
Pierwsza fala mdłości zalała umysł Aniki. Rozlała się po jej twarzy, a potem wsączyła w mózg tak uporczywie, że dziewczyna zobaczyła jaskrawe punkty przed oczyma. Trzask miażdżonych stawów żuchwy przywrócił jej przytomność. Wyraźnie czuła, jak jej dolna szczęka obluzowała się i nie mogła już domknąć ust. A Jacek naciskał wciąż.
On sam również zaczął odpływać. Jego umysł kurczył się z każdą sekundą i Jacek naprawdę to czuł. Przestał już walczyć z mięśniami swoich ramion, bo i tak przegrywał. Skupił się na obecności Anioła w swoich myślach.
- Dlaczego? – spytał go tym razem jakby bardziej władczo.
Żadnej odpowiedzi. Tylko stłumione puk!, jak odgłos wyciągania korka z butelki wina, kiedy stawy żuchwy Aniki pękły pod wpływem nacisku jego dłoni. Jej gałki oczne nabiegły krwią i zaczęły wysuwać się z oczodołów. Pod palcami wyraźnie czuł śliskie i kruche kości jej twarzy.
Jego umysł, byt, czy dusza (Jacek już sam nie był pewien, czym teraz był) skurczyło się jeszcze bardziej. Miał wrażenie, że niemalże ociera się o czarne, futrzane szaty Anioła. W myślach przywarł do nich prawym policzkiem. Poczuł odór gnijącego mięsa – ciepły i lepki. I nagle wydało się mu, że znalazł odpowiedź na swoje pytanie.
- Zabijasz mnie ponieważ nie mam nic – stwierdził z dziwną, zważywszy na okoliczności, nadzieją w głosie.
Opuszczona dolna szczęka Aniki pękła na pół z głuchym trzaskiem. Kości przebiły skórę w okolicach brody, wywołując kolejną falę czerni, która rozlała się po świadomości dziewczyny. Opuściła powieki i bezwładne ramiona. Czuła, że tym razem fala zabierze ją ze sobą w otchłań.
Obraz, docierający do Jacka, skurczył się tak bardzo, że widział jedynie fragment twarzy Aniki, jakby patrzył na nią przez szparę miedzy niedomkniętymi drzwiami a framugą. I ta szpara zwężała się, aż nagle znikła. W ostatniej sekundzie świadomości usłyszał głos Anioła:
- Zabijam cię, bo tak mi się po prostu podoba.
Jacek umarł.
Głowa Aniki eksplodowała w jego dłoniach, jak ściśnięty zbyt mocno balon.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -