Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Mała Makabra

Kamil Raczyński

Otworzyła oczy. Światło. Strasznie jasno. Jakieś głosy. Nieprzyjemny zapach. Badawczym wzrokiem rozejrzała się dookoła. Widziała sufit. Pożółkła zieleń z dwoma świecącymi jarzeniówkami. Z lewej strony, ściana w kafelkach bliżej nieokreślonego, jasnego koloru, z prawej okratowane okno. Przetarła oczy. Leżała w łóżku pod zbyt mocno nakrochmaloną pościelą.
Dotknęła ręką głowy. Poczuła szorstki materiał na czole. Coś lekko szarpnęło ją za ramię. Z wysokiego, metalowego stojaka zwisało kilka kroplówek. Obok stał jakiś aparat ze zwojem kabli i rurek, kończących się w wenflonie na jej nadgarstku.
- Jak się pani czuje? – usłyszała niski, męski głos dochodzący spod drzwi.
Spróbowała lekko unieść głowę aby zobaczyć twarz rozmówcy, ale poczuła mdłości i pulsujący ból głowy. Zrezygnowała.
- Jak się pani nazywa? – spytał inny, damski głos.
Podeszli bliżej. Widziała zarys postaci, ale nie mogła dostrzec twarzy. Oczy jakby zaszły jej mgłą.
- Ile ma pani lat? – padło kolejne pytanie.
Mgła się trochę rozwiała, ale ciągle nie widziała wyraźnie. Stali nad nią. Kobieta i mężczyzna w białych fartuchach. Ona ciągle cos notowała, on przeglądał jakieś papiery. Z tyłu poruszyła się jeszcze jedna sylwetka.
- Ja – urwała. Zrobiła niepewną minę. Jej głos, jej własny głos zabrzmiał jakoś tak obco, jakby słyszała go pierwszy raz. Zbladła.
Nad nią, postać z lewej powiedziała coś drugiej na ucho, a ta rzuciła jakieś polecenie tej przy drzwiach. Zapadła długa chwila ciszy. Kobieta na łóżku utkwiła wzrok na swoich dłoniach. Na ich wewnętrznej stronie widniały dwie niewielkie blizny w kształcie półksiężyca. Drżały jej ręce. Oblizała suche usta.
- Ja – kontynuowała prawie szeptem. – Ja nie ... nie wiem. Nie pamiętam. – Spojrzała szklistymi oczami na stojące nad nią osoby.
- Amnezja. – powiedziała kobieta do mężczyzny – Powinna ustąpić. To normalne po takim urazie. Na razie, niech odpoczywa.
Ten tylko wzruszył ramionami.
W momencie, kiedy już mieli wyjść, gwałtownie poderwała się na łóżku. Złapała stojącą najbliżej łóżka lekarkę za rękę. Zakręciło jej się w głowie.
- Ja … - Nie dokończyła zdania. Zrobiło jej się ciemno przed oczami i bezwładnie opadła na posłanie.

Minął dzień, zapadła noc. Potem następna i jeszcze jedna. Czas przestał mieć znaczenie. Ktoś przychodził i odchodził, zmieniał opatrunek, a czasami nawet coś do niej mówił. Niewiele jednak do niej docierało. Godzinami wpatrywała się w sufit. Zdawała się nie słyszeć zadawanych pytań, a może świadomie je ignorowała. Wszystko, co się działo dookoła było takie nowe, takie dziwnie obce i straszne jednocześnie.
Z czasem mgła ustępowała coraz bardziej. Mogła już dostrzec szczegóły pomieszczenia, w którym leżała i rozumiała większość zdań wypowiadanych przez lekarzy. Po woli odzyskiwała siły.
Zbliżał się wieczór. Coraz lepiej jej się myślało. Zaczynała po woli zdawać sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znalazła. W dalszym ciągu była jednak bardzo słaba i z trudem przychodziło jej poukładanie sobie wszystkiego w głowie.
Jeszcze raz spróbowała usiąść na łóżku. Lampa nad głową lekko zawirowała i zrobiło jej się niedobrze. Zanim zdążyła się powrotem położyć zwymiotowała na podłogę. Przez chwilę miała ciemno przed oczami ale potem poczuła się wyraźnie lepiej. Z tej perspektywy pokój wydawał się jakby większy. Białe kafelki na ścianach delikatnie kontrastowały z zielonym sufitem.
Dotknęła ręką twarzy. Przejechała palcami po bandażu owiniętym dookoła głowy. Po woli, narastała w niej chęć porozmawiania z kimś, poczucia czyjejś obecności. Nie wiedziała co jej jest i co się stało, a co najgorsze nie wiedziała kim jest. Dziwne – pomyślała. Przecież słowa w miarę logicznie układają jej się w głowie, zna nazwy rzeczy i pojęcia, ale jak to możliwe że nie pamięta nic o sobie. Bała się.
Spuściła nogi z łóżka. Przełknęła ślinę i poczekała aż przejdzie kolejna fala nudności. Spojrzała w okno. Widok rozciągał się na gęsty las. Wyglądało na początek jesieni. Słońce po woli chyliło się ku zachodowi. Pod jednym z drzew zobaczyła mężczyznę. Ubrany był w długi do ziemi, szary płaszcz. Brunatne włosy, w nieładzie opadały mu na czoło. Przez moment wydawało jej się, że wpatruje się w jej okno.
Spróbowała stanąć. Nogi ugięły się pod ciężarem jej ciała, ale nie upadała. Zachwiała się. Mocno oparła ręce na brzegu szafki nocnej i w końcu dźwignęła się do pozycji pionowej. Dopiero teraz poczuła, jaka jest słaba. Zerknęła na okno, ale nikogo już nie zobaczyła.
Pierwsze kroki przychodziły jej z trudem. Oparta o ścianę sunęła bosymi stopami po posadzce. Przypomniały jej się kroplówki i aparatura do której była podłączona. Najwyraźniej pielęgniarka odłączyła wszystko kiedy spała. Dotarła do umywalki. Spojrzała na wiszące nad nią lustro. Na moment wstrzymała oddech.
Zobaczyła twarz kobiety w średnim wieku. Wpatrywały się w nią podkrążone, zielone oczy. Długie, pofalowane, ciemne blond włosy wystawały spod opatrunku na głowie. Nos, spiczasty, odrobinę zadarty do góry pokrywały drobne piegi. Usta, małe ale pełne, ściągnięte były teraz w smutnym grymasie. Podniosła rękę do swojego odbicia. Zobaczyła łzę spływającą po policzku.
Stała tak przez kilka minut próbując przypomnieć sobie na kogo patrzy. To wszystko ją za bardzo przytłaczało. Czuła odpychającą niechęć i odrazę do kobiety którą widzi, ale jednocześnie wiedząc, że to jej własne odbicie zrobiło się jej żal. Przez moment targały nią jakieś dziwne, ambiwalentne emocje, których sama nie potrafiła rozpoznać. Już miała odwrócić wzrok, ale coś z powrotem przyciągnęło jej uwagę. Z jednej z dziurek w nosie spływała czerwona strużka krwi. Szybko otarła ją ręką. Odkręciła wodę w kranie i zmyła rozmazaną ciecz z dłoni oraz smugę z policzka. Zanim zakręciła kurek, w zlewie zaczęły się pojawiać czerwone krople. Podniosła wzrok i zamarła.
Naprzeciwko niej stała przerażona kobieta, której z nosa i z oczu spływały strugi krwi. Otworzyła usta żeby krzyknąć. Zanim wydobyła z siebie jakikolwiek dźwięk, z rozchylonych warg zaczęła wypływać spieniona, brunatna ciecz. Poczuła słodkawy smak w ustach. Nie mogła już zaczerpnąć powietrza. Strach zmienił się w przerażenie.
Sekundę później, leżała na podłodze. Usłyszała głos kobiety za plecami. Jakieś silne ręce chwyciły ją za ramiona. Nagle dookoła zrobiło się dużo ludzi. Zobaczyła twarz pielęgniarki i głos lekarza. Ktoś zrobił jej zastrzyk. Ktoś inny się o coś pytał ale nic nie rozumiała. Powieki robiły się coraz cięższe. Jacyś ludzie podnieśli ją i położyli na łóżku.
Następną rzeczą, która wyrwała ją z odrętwienia był ostry zapach. Kiedy oprzytomniała, zobaczyła przed sobą pielęgniarkę trzymającą solę trzeźwiące.
- Już wystarczy siostro. – odezwał się męski głos z końca sali.
Rozpoznała lekarza, którego zobaczyła zaraz po przebudzeniu. Teraz wszystko widziała jasno i wyraźnie. Miał na sobie biały fartuch z wystającym statoskopem z kieszeni. Mimo siwawych włosów nie mógł mieć więcej niż 40 lat. Worki pod oczami zdradzały niewyspanie po nocnym dyżurze. Podszedł bliżej, stukając przy tym drewniakami o podłogę. Spojrzał na nią z miną, której nie potrafiła odczytać, po czym powiedział.
- Zanim porozmawiamy na temat pani zdrowia, muszę obejrzeć pani głowę. - Mówił wolno, niskim głosem. Dokładnie sprawdził opatrunek, poświecił jej małą latarką w oczy i zapisał coś na karcie wiszącej w nogach jej łóżka.
Przypomniała jej się scena sprzed kilku minut, a może godzin. Spojrzała na lustro wiszące na ścianie.
- Ja. – Zaczęła. Znowu to samo wrażenie. Obcy, zupełnie nieznajomy głos wydobył się z jej gardła. – Moja twarz. Krew. – głos jej się załamał.
- Już dobrze. Jest wszystko w porządku. – Teraz inny, kobiecy głos dobiegł spod drzwi.
Podchodziła do niej wysoka, szczupła blondynka. Ręce miała założone na piersi. Biały fartuch mówił, że również jest lekarzem. Oboje podeszli bliżej i usiedli na krzesłach przy łóżku. Pielęgniarka stanęła za nimi.
- Nazywam się dr Saliwan – kontynuowała – a to jest dr Petit. Jesteśmy tu aby pani pomóc. Proszę się niczym nie martwić. Jest pani pod naprawdę dobrą opieką. To co się stało, mogło być spowodowane szokiem oraz halucynacjami, jakie czasami występują przy tak silnych lekach jakie pani dawaliśmy. Nikt jednak nawet nie podejrzewał, że jest pani na tyle silna aby wstać z łóżka i podejść do lustra.
Chwila ciszy. Wymiana spojrzeń.
- Jak się pani nazywa? – powiedział mężczyzna - Czy wie pani, który mamy rok?
Pacjentka zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nie … nie wiem.
- Otóż to. – odezwała się kobieta. Zrobiła pauzę, jakby myślała od czego zacząć – Tak, jak podejrzewaliśmy. Jest to typowy objaw wstrząsu, jakiego pani doznała podczas wypadku. Utrata pamięci, o której już wspominaliśmy będzie się cofać, ale do tego potrzeba czasu.
- Opowiemy teraz kilka zdań na pani temat. – dodał. - Na początku będzie się to mogło wydawać dziwne i trudno będzie we wszystko uwierzyć, ale proszę mi wierzyć – w tym miejscu zaśmiał się lekko pod nosem, jakby rozbawiony własnym powtórzeniem - z czasem wszystko pani sobie przypomni. Równie dobrze może to nastąpić dzisiaj, jak i za kilka tygodni. Trzeba po prostu być cierpliwym. Czy jest pani gotowa?
- Skinęła głową.
- Może są jakieś pytania, które chciałaby nam pani zadać?
Kobieta zamyśliła się.
- Gdzie ja jestem?
- Jest pani w Szpitalu Klinicznym imienia św. Bartłomieja.
- Co mi się stało?
To pytanie jakby trochę zbiło ich z tropu.
- Zaraz do tego dojdziemy. Czy jeszcze coś? – ponaglił ją lekarz
Zaprzeczyła.
- A więc chciałbym aby nas pani wysłuchała.
- Może ja zacznę – blondynka wzięła głęboki oddech – Nazywa się pani Braun. Agata Braun. Urodzona w 1945 roku w małej wsi o nazwie Karbon na południu Walii. – kobieta mówiła wolno i wyraźnie, spokojnym i przyjemnym tonem, co raz zerkając na papiery trzymane w dłoniach. - Pani rodzice, Karol i Małgorzata Dingbat, zginęli w wypadku kiedy miała pani 5 lat. Od tego czasu opiekowała się panią babcia. Następnie, mając lat 19, po śmierci babci, przeniosła się pani do Londynu i tam skończyła studia. W 1980 roku wyszła pani za mąż za doktora nauk humanistycznych, Adama Brauna i oboje zamieszkaliście w dużym domu w Rossolinie na ulicy Foxa 21. W tym samym roku urodziła się wam pierwsza córeczka Alicja, a rok po niej syn Dawid. Jest pani 45 letnią nauczycielką chemii.
Agata – powiedziała w myślach blondwłosa kobieta. Patrzyła na siedzącą naprzeciwko niej parę i z trudem rozumiała co do niej mówią. Brzmiało to jak streszczenie jakiegoś filmu. Żadne imię nie brzmiało jej znajomo i co gorsza nic sobie nie przypominała. Środki uspokajające chyba przestawały działać, bo znowu zaczęły drżeć jej dłonie i krople potu pojawiły się na czole. Mimo to jednak, starała się zachować spokój.
Agata – powtórzyła jeszcze raz, tym razem na głos. Próbowała sobie coś wyobrazić, cokolwiek. Nic jej jednak nie wychodziło. Przed oczami stawały jej jakieś dziwne, abstrakcyjne imaginacje. Lekarze opowiadali historię jej życia, a ona odpłynęła gdzieś myślami. Czy to możliwe, że ma męża i dwójkę dzieci? Zerknęła na lekarzy. W ich zachowaniu wyczuwało się jakiś konflikt, jakby jedno chciało pokazać, że jest lepsze od drugiego. Facet w fartuchu coś mówił i tłumaczył, energicznie przy tym gestykulując, a ona przeglądając swoje notatki, z zaciśniętymi ustami szykowała się do przejęcia pałeczki.
- I dlatego, po odzyskaniu zdrowia chciałaby z panią porozmawiać również policja. – głos doktora wyrwał ją z zamyślenia - Cudem uniknęła pani śmierci. Sąsiad zobaczył jak spada pani z okna. Nie potrafił jednak powiedzieć czy sama pani wyskoczyła, czy ktoś panią wypchnął. Kilka minut później cały dom stał już w płomieniach.
- Policja? – przerwała Agata
- Pani Braun. – westchnęła - Jest 25 październik 1990 roku. Pani mąż oraz dzieci uważane są za zaginione. Na podjeździe nie było jego samochodu i policja ma podstawy, aby sądzić, że mogło ich nie być wewnątrz podczas pożaru. Pani ubranie było całe we krwi. Nie była to jednak pani krew. Od ponad miesiąca była pani w śpiączce. Rozległy uraz głowy, naprawdę nie dawał wysokich szans. Dwa tygodnie temu pojawił się zakrzep i zmuszeni byliśmy ponownie trepanować pani czaszkę. Zwykle podczas takiej rozmowy unikane są bolesne tematy, ale w tym przypadku zdecydowaliśmy, że lepiej będzie o wszystkim opowiedzieć, niż żeby w wyniku cofnięcia się amnezji dostała pani szoku i powtórzyła się sytuacja z wczoraj.
Agata nie wiedziała czy ma się śmiać czy płakać. To wszystko było dla niej takie odległe i nierealne. Przez myśl jej przeszło, że może nic z tych rzeczy nie jest prawdą, że to zaplanowane działanie na jej niekorzyść. Szybko jednak odrzuciła tę koncepcję. Ogarnął ją lęk. Obawa przed nieznanym.
- Tutaj mamy rzeczy, które miała pani przy sobie podczas wypadku – powiedziała lekarka podnosząc do góry przezroczystą, plastikową torbę – mamy nadzieję, że pomogą w odzyskaniu pamięci. Proszę mi tylko powiedzieć, czy coś z tego co powiedzieliśmy wydało się pani znajome?
Cisza
- A więc zobaczmy co tutaj mamy.
Wysypali na szafkę obok łóżka zawartość torebki. Znajdował się tam pęk kluczy, trochę drobnych pieniędzy, zegarek i książka. Agacie serce zaczęło jakby szybciej bić. Nic z tych rzeczy nie wyglądało znajomo, ale coś niewątpliwie budziło w niej nieznane emocje. Wyciągnęła rękę po książkę.
- Z tą książką to dziwna sprawa – powiedział Petit – nie mogliśmy znaleźć nic na jej temat, poza tym, że jest bardzo stara. Podczas wypadku, kiedy panią znaleziono, w jednym ręku trzymała pani właśnie ją. – Wciągnął powietrze przez zęby aby coś dodać, ale zrezygnował. Zrobił kwaśną minę.
Agata trzymała w rękach książkę średnich rozmiarów. Mimo niepozornego wyglądu zdawała się bardzo ciężka. Czerwone, skórzane okładki były nadgryzione zębem czasu. Na przedzie widniał czarny, jakby wypalony ozdobną czcionką napis: Mała Makabra. Bez autora, bez wydawnictwa, bez niczego więcej. Szybko przerzuciła kilka kartek, ale to co zobaczyła wcale jej nie usatysfakcjonowało. Książka zawierała 350 ponumerowanych, lecz nie zapisanych, pożółkłych stron.
- Dobrze. Myślę, że na dzisiaj to by było na tyle. Czy aby na pewno nic pani sobie nie przypomina? – uniósł brwi i spojrzał na Agatę tak, jakby chciała zataić przed nim jakieś informacje.
- Nie
- Trudno. Jeśli za kilka dni nie będzie poprawy, może spróbujemy hipnozy.
- Hipnozy?
- Tak. Jest to metoda absolutnie bezpieczna i w wielu przypadkach skuteczna. Zostanie pani wprowadzona w trans i poprzez zadawanie odpowiednich pytań lekarz oddziałuje na pani podświadomość w taki sposób, aby wydobyć z niej jak najwięcej wspomnień. Ale na razie, proszę o tym nie myśleć. Potrzebuje pani dużo odpoczynku.
- Pani doktor? – spytała Agata
Dr Saliwan poprawiła się na krześle, z wyraźną satysfakcją, że pacjentka zwróciła się właśnie do niej.
- Słucham?
- Czy mogę zatrzymać te rzeczy?
- Tak, oczywiście. Należą przecież do pani.
- Gdyby czegoś pani potrzebowała – wtrącił mężczyzna, podnosząc się z krzesła – proszę nacisnąć ten guzik przy łóżku, a od razu ktoś się zjawi.
Pożegnali się i zapewniając, że wszystko będzie dobrze, wyszli. Agata została sama. Rozmowa ta w niczym nie pomogła, a wręcz przeciwnie. Miała w głowie gorszy mętlik niż wcześniej.
Tej nocy prawie nie zmrużyła oka. Za każdym razem, jak tylko zamykały jej się powieki, zaczynała śnić o jakiejś absurdalnej, ale budzącej dreszcz sytuacji.
Spadała. Leciała bezwładnie w dół czarnej otchłani. Dookoła niej wiły się w fantasmagorycznych kształtach płomienie. W momencie, kiedy miała już się zetknąć z ziemią, otwierała oczy. Sen powtarzał się w kółko, ciągle ten sam. Co chwilę więc, budziła się zlana potem. Środki nasenne, które dostała po kolacji również nie działały. W pewnym momencie, postanowiła wogule nie zasypiać. Nad ranem, kiedy pierwsze promienie słońca wpadły przez okno, w końcu, zmęczona przez koszmary zasnęła. Padła jak mucha, aby godzinkę później zostać obudzoną mierzeniem temperatury i poranną wizytą.
Czas mijał wolno, nawet za wolno. Po śniadaniu otworzyła szafkę i spojrzała na rzeczy, które jej przyniesiono. Kilka monet, pordzewiałe klucze, zegarek z nie obracającymi się wskazówkami i książka. Nie przypominała sobie żadnej z nich, ale jednak, coś wywoływało u niej pewnego rodzaju dreszczyk. Przyciągało ją jednocześnie i odpychało. Wzięła do ręki oprawione w skórę, czerwone okładki. Przez chwilę wpatrywała się w czarny, tytułowy napis. Mała Makabra – powtórzyła pod nosem.
Otwierające się drzwi wyrwały Agatę z zamyślenia. Stanęła w nich niska, pulchna kobieta po pięćdziesiątce, o przyjaznym i uśmiechniętym wyrazie twarzy. Nie miała na sobie fartucha. Przynależność do kadry lekarskiej zdradzała tylko mała plakietka przyczepiona do bluzki. Pewnym krokiem podeszła do łóżka.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry – odpowiedziała pacjentka
- Nazywam się doktor Lidia Palczewska, ale proszę mi mówić po prostu Lidia. Jestem psychologiem. Przysłano mnie abym odbyła z panią sesję hipnozy.
- Ale, ale to miało być dopiero za kilka dni.
- Ktoś najwyraźniej stwierdził, że nie należy zwlekać. Proszę pójść ze mną, do mojego gabinetu, tam wszystko pani wyjaśnię.
Trochę niechętnie, z nieukrywanym ziewaniem, zwlokła się z łóżka. Narzuciła na siebie niebieski szlafrok wiszący przy drzwiach i wyszła razem z panią psycholog.
Wychodząc na korytarz, poczuła chłód na stopach. Uświadomiła sobie, że po raz pierwszy opuszcza swoją salę. Zobaczyła po jednej stronie długi rząd drzwi zakończony windą oraz sale ze stolikami, krzesłami i gabinetem za szklaną szybą z drugiej. Dookoła było pełno ludzi. W Sali obok krzątały się pielęgniarki, w świetlicy kilku pacjentów oglądało mecz, a z windy wysiadła matka z dzieckiem, najwidoczniej idąca w odwiedziny do któregoś z pacjentów.
Doktor Palczewska pospieszyła Agatę skinięciem głowy. Widząc, że ta odczuwa lęk, delikatnie wsunęła swoją rękę pod jej ramię i obie ruszyły w stronę windy. Przechodząc obok świetlicy, zagadnięta przez jakiegoś lekarza na moment przystanęła.
Agata obróciła się w stronę telewizora. Stary, czarnobiały odbiornik, umocowany w rogu sali rzucał blade światło na twarze siedzących na przeciwko mężczyzn. Pięciu pacjentów, wszyscy z przynajmniej jedną kończyną w gipsie zastygli w bezruchu wyczekując na decyzję arbitra.
Nagle, jeden z nich obrócił głowę w jej stronę i zmarszczył brwi. Był to niesamowicie chudy i łysy dziadek z jedną ręką na temblaku i cewnikiem wystającym spod piżamy. Wpatrywał się w nią przez chwilę tępym wzrokiem, z miną, jakby chciał ją za coś skarcić, po czym na dźwięk gwizdka, obrócił się w kierunku trwającej dalej gry.
Pani doktor skończyła rozmowę i obie wróciły na wcześniejszą trasę w kierunku jej gabinetu. Idąc korytarzem, Agata poczuła, że coś jej ciąży w szlafroku. Wkładając rękę do kieszeni, na chwile przystanęła.
- Czy coś się stało? – spytała psycholog
- Nie, nic takiego.
Jak to możliwe, że wzięłam książkę ze sobą? – pomyślała. Najwyraźniej zapomniała ją odłożyć i zamyślona, przez nieuwagę wsunęła do kieszeni.
Kiedy wsiadły do windy, zanim zamknęły się drzwi, na korytarzu przed nimi, wyłonił się dziadek, którego widziała wcześniej. Szedł w odwrotnym kierunku, wymachując przed sobą długą, białą laską.

Leżenie na kozetce było niesamowicie przyjemne. Dywan na podłodze i obrazy na ścianach stwarzały taką, domową atmosferę. Pani doktor była bardzo miła i uprzejma. Od pierwszego, wypowiedzianego przez nią słowa odczuwało się do niej sympatię.
- Proszę zamknąć oczy i odprężyć się. Policzę teraz do dziesięciu. Kiedy trzy razy klasnę w dłonie, obudzisz się. Czy zrozumiałaś?
Zapadła ciemność. Agata odpłynęła. Pogrążona w letargu, dryfowała gdzieś na falach swoich ukrytych wspomnień. Co raz wynurzała się, by z powrotem zanurkować w głębiny własnych myśli.
Klask. Otworzyła oczy. Usiadła. Mimo, iż było jej zimno, włosy lepiły się od potu do czoła. W pierwszej chwili, zdezorientowana nie wiedziała co się stało. Pamiętała tylko jakieś migawki i pojedyncze, nic nie znaczące obrazy. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Pusto. Na stole przed fotelem, gdzie siedziała pani doktor, leżała odwrócona okładką w jej stronę, czerwona książka.
Klask. Do jej uszu dobiegł dźwięk, który ją obudził. Wstała. Cisza. Potem kolejne, klask. Obróciła się.
W kącie, na podłodze, siedziała skulona pulchna postać. Doktor Lidia Palczewska kiwała się w tył i w przód, co raz wyrywając sobie pęk włosów i klaszcząc w dłonie na przemian. Blada twarz, zmieniona przez okropny grymas w niczym nie przypominała przyjaznej pani psycholog. Szeroko otwarte oczy patrzyły gdzieś w przestrzeń przed sobą. Z uśmiechniętych szaleńczo ust spływała na brodę ślina.
Nie pamiętała, jak dotarła na swój oddział. Może przestraszona wybiegła i wrócił drogą, którą tu przybyła, a może straciła przytomność i ktoś ją przywiózł. Jednego była pewna. Leżała w swoim łóżku i za nic nie zamierzała go dzisiaj opuścić. Przed oczami stanął jej obraz doktor Palczewskiej w obłędnym transie.
Usiadła na łóżku. Szarpnęła za szufladę swojej szafki. Mała Makabra leżała na swoim miejscu, tak jak dzisiaj rano. Coś jej jednak nie dawało spokoju. Wzięła książkę do ręki.
- Co tam się właściwie stało? – dobiegł ją damski głos zza uchylonych drzwi
Przysunęła się bliżej wyjścia i wytężyła słuch.
- Nie mam pojęcia. Rozmawiałem z Palczewską dzisiaj rano i wydawała się całkiem normalna. – odpowiedział inny, męski ton – Jak coś takiego mogło przydarzyć się komuś z takim doświadczeniem i prawie trzydziestoletnim stażem pracy? Co będzie z nią teraz?
- Nie wiem. Na razie jest umieszczona na oddziale psychiatrycznym, gdzie wcześniej sama pracowała. Wygląda na to, że jej po prostu odbiło. – odpowiedziała kobieta – A jak się czuje pani Braun?
- Na razie śpi. Porozmawiamy z nią później.
Głosy oddaliły się. Przystawiła ucho do drzwi, ale nie słyszała już rozmowy. Wróciła do łóżka. Na tacy zostawiony miała posiłek, ale nie miała najmniejszej ochoty jeść. Niebo za oknem zachmurzyło się i chyba zbierało się na deszcz. Podciągnęła się do pozycji siedzącej. Poprawiła poduszkę i kolejny raz spojrzała na trzymaną w rękach książkę. Przerzuciła parę kartek, po czym znowu ją zamknęła. Dostała gęsiej skórki. Zawahała się. Na chwilę znieruchomiała, po czym powtórzyła czynność.
Trochę ponad pół książki było zapisane. Piękne kaligrafowane litery zdobiły 210 pierwszych stron. Kolejne były puste. Wróciła na pierwszą kartkę. Mała Makabra – głosił napis.
Była przekonana, że wcześniej książka była w całości nie zapisana. Chociaż, biorąc pod uwagę stan jej zdrowia i ostatnie wydarzenia, niczego już nie była pewna. Przezwyciężając strach, pchana nieznanym dotąd uczuciem, odwróciła kolejną stronę i zaczęła czytać.
„Z otchłani czeluści, z nieznanych zakamarków, skrywających nieopisane cienie, z morza bólu i cierpienia, wyłania się by przeniknąć na wskroś tkanki i wżera się w mózg. Zamienia miłość w nienawiść, rozkosz w ból. Odbiera zmysły i miesza jawę ze snem. Odchodzi, by uderzyć ponownie. Zabiera nadzieję i napawa się Twoim strachem. To jest właśnie groza. Kiedy nie będzie już dokąd uciec, gdy nie będziesz miał siły na szloch, kiedy nie zostanie już nic, wtedy przyjdzie po Ciebie”
Po krótkim wstępie zaczynały się opowiadania. Żadne z nich nie miało tytułu. Jedne były krótkie, drugie długie. Nie zawierały również żadnych imion, nazw miejscowości, ani dat.
Pierwsze, opowiadało historie kobiety, mieszkającej w samotnym domu, z dala od najbliższej wioski, razem z trójką dzieci. Jej mąż kilka lat wcześniej wyruszył na wojnę i nigdy nie wrócił. Przyszła zima. Ogrom śniegu, który spadł z nieba odciął rodzinę całkowicie od świata na długie tygodnie. Pewnego dnia, kiedy skończyła się żywność, matka nie mogąc się opanować zabiła we śnie całą trójkę dzieci i przerobiła na prowiant. Następnie, kiedy znowu zabrakło jedzenia, aby się nasycić, odrąbywała sobie po jednej kończynie. Przestała w jakikolwiek sposób przyrządzać tak uzyskane mięso, po prostu obgryzała surowe. W końcu, kiedy została jej tylko jedna ręką, tą też zjadła, już bez odcinania jej od ciała. Leżąc na podłodze w izbie, pochłonęła kolejno wargi, policzki i język. Nie umarła z wykrwawienia. O zgrozo, w wyniku przedłużającej się śnieżycy, skonała z głodu.
Agata czytała z zapartym tchem. Niesamowite, przerażające sceny, które momentami ją nawet obrzydzały, były tak prawdziwe, że ciężko było się oderwać. Realność opowiadań podkreślały mrożące krew w żyłach opisy zbrodni oraz wszelakich innych sytuacji. Co dziwne, z opowiadań wywnioskować można było, że są ułożone w sposób chronologiczny. Nie było dat, ani konkretnych wydarzeń, ale nawet sam język, którym były pisane, ewoluował od starodawnej gwary aż po bardziej nowoczesny. Książka wyglądała również jakby była napisana ręcznie, a co dziwniejsze charakter pisma, przez kolejne strony ani trochę się nie zmienił. Mimo wszystko, było to niewątpliwie, dzieło literackie wysokiego poziomu.
Kolejna opowieść przedstawiała losy zamożnego właściciela, który w okrutny, bestialski sposób zabawiał się ze zwłokami swoich służących, których sam wcześniej zabił. Po jego śmierci, mimo iż był martwy, nie stracił świadomości, wszystko widział i słyszał. Grabarz w zakładzie pogrzebowym robił z nim mniej więcej te same rzeczy, których doświadczyła jego służba. Można powiedzieć, że będąc martwym, został żywcem pochowany.
Czytając o kolejnych morderstwach, obsesjach i szaleństwach, dziwna myśl przeszła jej przez głowę. Szybko obróciła kartki do ostatniego opowiadania. Po kilku przeczytanych zdaniach zaśmiała się w duchu ze swoich irracjonalnych obaw.
Opowiadanie to było mężczyźnie, który pewnego dnia zaczął słyszeć głosy. Głosy, które namawiały do najstraszniejszych rzeczy, najgorszych okrucieństw i niewyobrażalnych bestialstw. Najpierw szeptały, lecz potem zaczęły się wręcz domagać i krzyczeć. Były to zdania wypowiadane przez zmarłych, najgorszych zbrodniarzy i psychopatów, ongiś żyjących na tej ziemi.
Po pierwszym akapicie, na chwilę przerwała. Wydawało jej się, że gdzieś już słyszała tę historię. Nie mogła tylko sobie przypomnieć dalszego ciągu.
Mężczyzna na początku starał się nie słuchać i zagłuszał wciąż odzywające się głosy. Próbował walczyć z rozwijającym się obłędem. Następnie, kiedy wiedział już, że nie wygra, zamknął się w sobie i odciął się od zewnętrznego świata. Pewnego wieczoru, kiedy do reszty tracił zmysły, kiedy koszmar wziął nad nim górę i nie mógł dłużej zapanować nad sobą, wyszedł z ukrycia.

Agata osunęła się na łóżko. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Wspomnienia powróciły, jak od uderzenia młotem. Zachłysnęła się falą przeszłości, tak, że z trudem łapała oddech. Rozbolała ja głowa. Zacisnęła dłonie na zmiętym prześcieradle, aż zbielały jej kostki. Przygryzła wargę do krwi, żeby nie krzyknąć. Cały pokój zawirował jej przed oczami. Spod zamkniętych powiek, popłynęły łzy. Żałowała. Oddałaby wszystko, żeby z powrotem nic nie pamiętać. Opowieść urywała się wpół zdania. Była niedokończona.
Zamknęła książkę.

Nie miała nic przeciwko, żeby pójść z Adamem do antykwariatu. Dobrze wiedziała, że jej mąż ma absolutnego bzika na punkcie starych książek. Tylko że, tym razem byli już sporo spóźnieni, a nie zamierzała ryzykować kolejnego wykładu od teściowej. Już wczoraj marudziła, jaka to ona jest zmęczona ciągłym niańczeniem tych bachorów.
Może ich dzieci nie należą do najgrzeczniejszych, ale chociażby z uwagi na fakt, że są to jej jedyne wnuki i po drugie, widzi je mniej więcej raz na rok, mogłaby okazać więcej cierpliwości. Gdyby żył teść wszystko wyglądałoby inaczej. Jeszcze pięć lat temu była wesołą i uśmiechniętą babcią, a teraz, nawet nie można było z nią porozmawiać, bo się wszystkiego czepiała. Czasami miała wrażenie, że najchętniej ją samą, swoją synową udusiłaby gołymi rękami. Ostatnio przy pierwszej lepszej okazji, niby przypadkiem, wspominała, że gdyby Adam nie wyjechał ze Stanów, gdyby nie został w Europie, to ojciec ciągle by żył. Niby dlaczego miałby żyć? Nie dostałby wtedy raka, czy co?
W sumie, to sama nie powinna się odzywać. Tym razem to ona prowadziła. Sama chciała spróbować prawostronnej jazdy i masz babo placek. Jak na złość, skręciła nie tu gdzie trzeba i naprzeciwko samochodu wyrósł napis Antykwariat. Gdyby się nie zgodziła zatrzymać, to Adam pewnie by się zapienił ze złości.
Nie specjalnie lubiła takie miejsca. Od zapachu kurzu i pleśni kichała potem cały dzień. Nie był to duży antykwariat. Ot, taki sobie średnich rozmiarów, z nie największą nawet ilością książek na półkach. Właściciel, jakiś totalny dziwak, wyszedł z zaplecza dopiero po usilnym wołaniu. Wyglądał na zdziadziałego, podstarzałego alchemika, którego właśnie oderwaliśmy od pracy nad kamieniem filozoficznym. Siwe, rzadkie włosy opadały w nieładzie na czoło, długa broda, tego samego koloru sięgała prawie do pasa. Mimo powolnych ruchów i sporego przygarbienia, cera jego naznaczona była wyjątkowo małą ilością zmarszczek. Nie starał się być nawet specjalnie uprzejmy. Dopiero, kiedy Adam zapytał się o tę książkę.
Niczym nie wyróżniała się spośród innych. Dziwne, że wogule ją dostrzegł. Zawsze starał się wyszukiwać znajome mu pozycje, a teraz pytał się o coś innego. Po piętnastu latach małżeństwa, Agata przyzwyczaiła się już do niektórych jego dziwactw i nie zwykła była już nawet domagać się wyjaśnień niektórych rzeczy. Sama, ostatnio czytała wyłącznie literaturę naukową, więc nawet nie specjalnie interesowało ją, co on kupuje.
Kiedy wskazał na nią palcem, na najwyższą, kompletnie nie oświetlona półkę za plecami sprzedawcy, ten zdjął okulary i zmierzył go wzrokiem. Zdejmując książkę z szafy, jeszcze raz zerknął spode łba na Adama, po czym, przyniósł książkę i położył przed nim na ladzie. Mała Makabra – głosił, napisany demoniczną czcionką napis na okładce.
Mąż Agaty dokładnie obejrzał ją ze wszystkich stron i przerzucił kilka kartek.
- Ile kosztuje? – spytał
Staruszek zamyślił się na chwilę, po czym powiedział:
- Trzynaście dolarów. – zrobił pauzę - To jest wyjątkowa książka, niech się pan dobrze zastanowi. – dodał ochrypłym głosem
Adam był wyraźnie zaskoczony taką ceną oraz uwagą, którą rzucił brodaty pan. Agata nie wiedziała jednak, czy spodziewał się dużo wyższej, czy raczej dużo niższej kwoty. Bez zastanowienia wyjął pieniądze i wręczył starszemu panu. Właściciel podał mu dłoń i przedstawił się.
- Deuszsa Tanasmo – proszę dobrze zapamiętać – powiedział, otwierając szeroko oczy.
Chcąc nie chcąc, na pewno zapadło w pamięć Agacie. Rozbawiło ją to imię i nazwisko, ale widząc śmiertelnie poważną minę męża, nie dała tego po sobie poznać.
Kiedy już mieli wyjść, starzec zatrzymał Adama i coś mu powiedział na ucho. Kiedy spytała go o to w drodze powrotnej, odpowiedział, że był to niezrozumiały bełkot zgrzybiałego dziwaka.
Po powrocie do Anglii, byli tak zmęczeni, że przed pójściem spać się nawet nie rozpakowali. Następnego dnia, kiedy Agata wstała rano, jej męża nie było obok. Znalazła go w salonie czytającego nowo zakupiona książkę. Czule cmoknęła go w czoło. - Dzień dobry kochanie – powiedziała. Ale on, albo ją zignorował, albo był tak pochłonięty przez lekturę, że nic nie usłyszał.
Dzień jak co dzień, minął Agacie na zwykłych czynnościach domowych. Wieczorem, wykąpała dzieci i położyła je spać. Dziesięcioletnia Alicja i dziewięcioletni Dawid byli jej oczkami w głowie. Gdyby mogła, oddałaby dla nich wszystko. Śpiąc w swoich łóżeczkach, w kolorowych piżamkach, wyglądali jak aniołki.
Idąc do sypialni, zauważyła zapalone światło na parterze. Schodząc na dół po schodach, stanęła jak wryta. Adam, siedział przygarbiony nad czerwonymi okładkami w tym samym ubraniu, co go widziała rano. Zaskoczyło ją to, gdyż był on, jak sam siebie określał, umiarkowanym ekscentrykiem i do niektórych jego zwyczajów należało przebieranie się kilka razy dziennie. Nie potrafiła sobie również przypomnieć, czy widziała go podczas innej czynności tego dnia. Oparła się delikatnie na jego ramieniu.
- Może na dzisiaj ci starczy skarbie, dokończysz jutro. - powiedziała
Obracając się, podniósł wzrok. Spojrzał na nią przekrwionymi i spuchniętymi oczami. Miała wrażenie, że patrzy przez nią, gdzieś na wylot. Jego nieobecne spojrzenie przyprawiło ją o gęsią skórkę.
- Idź spać. Później przyjdę. – odpowiedział spokojnym tonem, po czym znowu pochylił się nad książką
Agata czekała na niego w łóżku do późna w nocy, aż sama zasnęła. Rano, tak jak przewidywała, obudziła się sama. Dzieci, które zapewne już od dawna nie spały, biegały w najlepsze po domu bawiąc się w chowanego. W salonie, ku jej zdziwieniu Adama nie było. Nie było go również w kuchni, w jego gabinecie, ani w pozostałej części domu.
- Czy widziałyście tatusia?
- Nie. – Odpowiedziały chórem
Usłyszała jakieś odgłosy na górze. Pobiegła po schodach na piętro. Cisza. Potem znowu. Dochodziły ze strychu. Takie zachowanie nie należało do normalnego, a szczególnie u jej męża. Wspięła się po schodkach, ale natrafiła na kolejną przeszkodę. Klapa od strychu była zamknięta. Jak to możliwe? Przecież ona się nie zamyka - pomyślała. W takim razie, w nocy musiał założyć zamek od wewnątrz. Stuknęła pięścią kilka razy w drewniane drzwiczki.
- Ej, wyłaź! Słyszysz mnie. Co ty wogule robisz? Spóźnisz się do pracy!
Spróbowała jeszcze raz. Żadnego odzewu. Zaklęła w myślach. A siedź tam sobie – powiedziała pod nosem.
- Co robi tatuś?
Wpatrywały się w nią dwie zarumienione twarzyczki. Jedna z loczkami do ramion, druga z ciemną czupryną i lekkim przedziałkiem.
- Sprząta. – odpowiedziała po chwili zastanowienia – A teraz ubierajcie się, bo się nie wyrobimy do szkoły.
Wracając do domu, trochę się obawiała tego, co tam zastanie. Adam nigdy się tak nie zachowywał. Pierwszy raz, odkąd go zna, opuścił dzień w pracy. Całą drogę zastanawiała się, co się mogło stać. Dzieci nieświadome całej sytuacji, dokuczały sobie nawzajem na tylnich siedzeniach samochodu.
Wysiadając z samochodu, spojrzała w okno na poddaszu. Coś ją zastanowiło. Auto Adama było na swoim miejscu, ale coś było nie tak, jak powinno. Dawid pierwszy zauważył.
- Mamusiu, dlaczego wszystkie okna są zasłonięte? – powiedział wskazując palcem.
I rzeczywiście, w każdym oknie była zaciągnięta zasłona. Weszli do ciemnego jak grób mieszkania. Postanowiła na razie udawać przed dziećmi, że wszystko jest w porządku. Jedzenie z lodówki zniknęło, więc tatuś na razie nie umrze z głodu. Puste pokoje, jednoznacznie wskazywały miejsce pobytu Adama. Kiedy dzieci zajęły się zabawą, zdecydowała, że jeszcze raz spróbuje rozmowy z mężem. Najpierw delikatnie zapukała w klapę od strychu. Nic.
- Adam, czy możemy porozmawiać?
Dalej cisza.
- Wyjaśnij mi chociaż, o co chodzi, co się stało. – starała się mówić wolno i spokojnie, ale nie bardzo jej się udawało – Adam, do jasnej cholery, odezwij się!
- Odejdź.
Teraz ona ucichła. Ze strychu odezwał się do niej zupełnie obcy głos. Wcale nie brzmiał jak mężczyzna, którego znała. Usłyszała, niskie i szorstkie, niemalże odszczeknięcie.
- Co się stało? Wytłumacz mi.
- Zostaw mnie w spokoju.
Dalsze próby nawiązania kontaktu, również spełzły na niczym. Drzwi do strychu, jak były, tak zostały zamknięte.
Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Zaczęła się już poważnie obawiać o zdrowie Adama. Nawet dzieci były jakieś inne. Czuły, że coś wisi w powietrzu.
Nazajutrz nie mogła się kompletnie skupić. Poranny telefon od przełożonego Adama jeszcze bardziej wyprowadził ją z równowagi. Poszła na górę i przez zamknięte drzwiczki wykrzyczała mu wszystko, co jej leżało na sercu przez ostatnie lata małżeństwa. Obrzuciła go wyzwiskami i przekleństwami, a w odpowiedzi usłyszała głęboką ciszę. Później tego żałowała.
W pracy wszystko ją denerwowało i nic jej nie wychodziło. Ciągle rozgoryczona, nie mogła przestać myśleć o zachowaniu swojego męża. Cała ta sytuacja stała się tak nagle. Nie potrafiła znaleźć nawet żadnej przyczyny. Bała się, że niedługo Adam całkiem zamknie się w sobie i stracą z nim kontakt. Postanowiła, że da mu jeszcze jeden dzień, a potem albo wezwie lekarza, albo policję, albo sama oszaleje.
Zajeżdżając pod dom, nie wiedziała, czego się spodziewać. Nawet Alicja z Dawidem stracili ochotę do wygłupów. Wysiadając z samochodu, zawsze pierwsi biegli do domu, a tym razem, spokojnie szli za mamą.
Agata nacisnęła na klamkę i trochę niepewnie pchnęła drzwi. Kiedy się otworzyły, z wrażenia wypadła jej torba z zakupami. Cofnęła się krok do tyłu i przytuliła dzieci. W progu stał Adam. Oczy miał spuchnięte i czerwone. Twarz, wychudła i zapadnięta, z nieuczesanymi, tłustymi włosami. Brudny i nieogolony, wyglądał, jakby przez te kilka dni postarzał się o co najmniej kilka lat.
Wyszedł z domu, nawet na nich nie patrząc i skierował się prosto do swojego samochodu. Za drugim razem silnik zapalił i odjechał.
Agata nie wiedziała co o tym myśleć. Pobladłe dzieciaki patrzyły za odjeżdżającym pojazdem, a ona pierwszy raz odkąd wrócili ze stanów uroniła łzę.
- Tatuś jest chory – powiedziała
Postanowiła jednak wykorzystać nieobecność męża. Spryciarz, założył kłódkę również od zewnątrz, co wymagało podjęcia innych kroków. Zajęła dzieci odrabianiem lekcji, a samo poszła do piwnicy po łom. W każdej chwili mógł wrócić, więc należało się spieszyć.
Włożyła jeden koniec pręta w szparę pomiędzy klapą a sufitem i naparła całym ciężarem ciała. Ani drgnęła. Spróbowała jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu drewno puściło. Drzazgi posypały się na podłogę, a kłódka zwisała na przybitym do drzwi haczyku.
Nie zastanawiając się długo otworzyła klapę i wspięła się na górę. Wnętrze strychu wyglądało dosyć normalnie. Duże, trochę nieproporcjonalne okno wychodziło na północ i prawie nie dawało światła. Zapaliła zwisającą z sufitu żarówkę i rozejrzała się dookoła. Nic specjalnie nie przyciągało jej wzroku. Oprócz starych mebli, przeróżnych gratów i resztek jedzenia, w jednym z kątów był materac, a obok niego, rozstawiony stolik z krzesłem. Nie zwróciłaby na to specjalnej uwagi, gdyby nie leżąca na nim czerwona książka.
Niewiele myśląc, chwyciła za skórzane okładki i zeszła na dół. Przerzuciła palcami kilka stron, ale nie zamierzała jej czytać. Jeśli to przez ten przedmiot jej mąż popadł w obłęd, to go zniszczy.
Zbiegła na parter. Mimo, że jeszcze nie palili w kominku, podłożyła kilka drew i polała olejem opałowym. Zapaliła zapałkę i zasłoniła dłonią oczy, kiedy buchnął ogień. Wyrywała po kilka stron z książki i kolejno wrzucała je do ognia. Nieźle się przy tym namęczyła, gdyż kartki były solidnie posklejane. Na koniec cisnęła samą okładkę. Czarny dym wypełnił pomieszczenie i smród palonej skóry uniósł się w powietrze. Widziała pękający i skwierczący tytuł. Dolała więcej oleju i po kilku minutach z książki pozostała tylko garść popiołu i drażniący nozdrza zapach w mieszkaniu.
Otwierając okna, zobaczyła dwie przestraszone twarzyczki, wpatrujące się w nią spod ściany. Przytuliła i uspokoiła dzieci oraz wyjątkowo, pozwoliła im spać ze sobą. Zaśpiewała im kołysankę, którą sama pamiętała z dzieciństwa i ciągle nasłuchując silnika samochodu, zgasiła światło i położyła się obok.
Przyjechał zaraz po północy. Lekko rozchyliła zasłonkę i wyjrzała na zewnątrz. Ledwo mogła dostrzec jakiekolwiek szczegóły, ale w blasku księżyca wyraźnie można było zauważyć dużą torbę, którą taszczył na plecach.
Schowała się pod kołdrę i czekała. Po raz pierwszy od dnia ślubu bała się swojego męża. Nie wiedziała, jak zareaguje, kiedy zobaczy, co zrobiła. Na wszelki wypadek, przysunęła telefon z szafki bliżej siebie.
Usłyszała dźwięk klucza w zamku, potem ciężkie kroki po schodach i sapanie, kiedy mijał jej drzwi. Ku jej zdziwieniu, nawet nie zwolnił kroku wchodząc na górę.
Kilka minut później, na strychu rozległ się śmiech. Długi, szyderczy, okropny rechot, zdawał się nabijać wprost z Agaty. Chichot przeszedł wręcz w zanoszące się piskliwe parsknięcia, po czym ucichł. Dreszcz przeszedł przez jej ciało. Nie zamierzała dłużej znosić takiego zachowania. Jutro zaraz po pracy, albo jeszcze w trakcie, zawiadomi odpowiednie służby, aby się nim zajęły.
Całą noc, z piętra wyżej dochodziły odgłosy szurania, skrobania, czy też stukania, toteż Agata nie mogła spać. Cieszyła się tylko, że nie zostawiła dzieci samych w pokojach.
Następnego dnia rano, półprzytomna po nieprzespanej, prawie całej nocy, schodząc z dziećmi do kuchni, jej zdziwienie sięgnęło zenitu. Na stole przygotowane było śniadanie dla trzech osób. Jajecznica na begonie i kanapki z żółtym serem, takie jak zawsze robił Adam. Nie było to może nic wielkiego, ale w końcu z tej całej cholernie dziwnej sytuacji, może coś drgnęło. Adam zapewne odsypiał nieprzespaną noc na strychu, ale może chciał się w jakiś sposób zrehabilitować. Wiele rzeczy budziło jej wątpliwości, ale z zawiadomieniem pomocy postanowiła jeszcze poczekać.
Podjeżdżając po pracy pod dom, nie rozczarowała się. Wszystkie okna były odsłonięte. Po wejściu do środka, aż odebrało jej głos. Jej maż stał w garniturze, ogolony i przystrzyżony z bukietem róż i dwoma wielkimi prezentami. Na stole czekał pięknie przyszykowany obiad.
- Przepraszam was. – powiedział ze łzami w oczach
To był mężczyzna, którego znała. Wrażliwy i uprzejmy. Stojąc tak z zamiarem ukorzenia się, wyglądał naprawdę niewinnie.
- Nie wiem co we mnie wstąpiło – dodał – Tak jakoś, przybił mnie widok mojej matki, że myślałem, że oszaleję.
- A książka … - wtrąciła Agata
- Zapomnij o tym – przerwał jej – to już przeszłość
- Tak bardzo się martwiłam. – głos jej się lekko załamał i zadrżała broda
- Wiem. Przepraszam.
Nie mogła mu nie wybaczyć. Musiała. Obiecał, że porozmawia o tym z jakimś dobrym psychologiem, a poza tym, był taki słodki, że Agacie zmiękło serce. Dawid z Alicją, najpierw podchodzili trochę nieufnie. Dostały jednak rozkładaną kolejkę górską i ogromnego pluszowego misia, po czym rzuciły się ojcu na szyję.
Przy obiedzie, można by pomyśleć, że nic się nie stało. Adam sam cały czas nakręcał rozmowę, a kiedy wyczerpywał się temat, sypał jakimś dowcipem. Nie chciał rozmawiać, o ostatnich dniach. Agata domyśliła się, że wolał konwersację na osobności, nie przy dzieciach. Wyglądało na to, że wszystko wróci do normy.

Kiedy się obudziła, była jeszcze zbyt otępiała, żeby zdać sobie sprawę, z tego co się stało. Było jej niedobrze i straszliwie bolała ją głowa. Dopiero krzyk wyrwał ją z odrętwienia.
Leżała na podłodze w kuchni. Ręce i nogi miała związane z tyłu grubym sznurem, a usta zakneblowane. Znowu krzyk. Dochodził z górnego piętra. Szarpnęła się z całej siły, ale mocne węzły tylko bardziej wbiły się w jej ciało. Spróbowała jeszcze raz, ale bez rezultatu. Niechcący, zahaczyła kolanem o szafkę. Zadrżały stojące tam naczynia. Oceniła szansę i stuknęła kolejny raz. Tuż obok, rozbijając się, spadła jedna ze szklanek. Nasłuchiwała przez chwilę, czy dźwięk ten nie dotarł do wyższej partii domu, po czym chwyciła jeden z kawałków szkła. Nie od razu, ale w końcu, w jednym miejscu, twarda lina puściła, tak że mogła uwolnić lewą rękę. Po kilku minutach, ocierając pot z czoła, stała już na schodach do strychu.
Słyszała bicie własnego serca. Żołądek podchodził jej do gardła i nie mogła opanować drżenia rąk. Ten drań musiał dodać coś do jej posiłku. Jednak, to wszystko było zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Co ona sobie myślała Była taka głupia, taka naiwna. Adam nie był sobą, był chory. Już dawno powinna wezwać pomoc. Teraz mogło już być za późno.
W myślach układała sobie najgorsze scenariusze, ale to, co zobaczyła przez uchylone drzwiczki, przerosło jej wszelkie wyobrażenia. Wewnątrz, kiwająca się żarówka, rzucała światłem na wszystkie strony tak, że makabryczny widok, dochodził do jej oczu klatkami. Do jednego z drewnianych słupów, przywiązany był Dawid. Nieruchomo, obojętnym wzrokiem wpatrywał się w ciągle trwającą, kilka metrów przed nim niewyobrażalną dla dziecięcego umysłu scenę.
Kiedy żarówka przestała się kołysać, szerzej otworzyła drzwi. Trwało chwilę, zanim dotarło do niej, że to, co widzi, dzieje się naprawdę. Na zwisających z sufitu łańcuchach, zakończonych metalowymi haczykami bezwładnie wisiało nagie, poszarpane ciało Alicji. Za nią, Adam właśnie naciągał na siebie spodnie. Nogi się pod nią ugięły, kiedy jej mąż usunął się w kąt, odsłaniając tym samym stół, ukryty wcześniej jego w cieniu. Na blacie leżało coś, jakaś sylwetka, cała we krwi, z odstającymi strzępami mięsa i fragmentami wnętrzności na wierchu. Musiała zakryć usta, żeby nie krzyknąć. Teraz to dostrzegła. Na łańcuchach wisiała flakowata, precyzyjnie zdjęta skóra, a Alicja, a raczej to, co z niej zostało, leżała na stole.
Działała pod wpływem impulsu, nie zastanowiła się nad swoim posunięciem. Wykorzystując chwilową nieuwagę Adama, wślizgnęła się niepostrzeżenie do środka i schowała za starym kufrem na ubrania. Jej mąż był zajęty czymś w rogu pomieszczenia. Nagle wstał, stanął naprzeciwko przywiązanego syna, wyszczerzył zęby w uśmiechu zadowolenia i skierował się do wyjścia.
Kiedy mijał miejsce, gdzie ukryła się jego żona, przystanął na chwilę i rozejrzał się dookoła. Agata wstrzymała oddech. Obracając się w stronę światła, zobaczyła go w całej okazałości.
To nie był jej mąż. To była bestia. Z umazanego od stóp do głowy krwią ciała, błyszczały tylko szalone oczy. W lewym ręku trzymał rzeźnicki nóż, a w prawym, o boże, w prawym ręku niósł znaną jej czerwoną księgę. Uśmiechnął się zadowolony z siebie i zszedł na dół.
Nie było czasu na zastanowienie. Lada chwila zobaczy, że jej nie ma i wpadnie w szał. Podbiegła do Dawida i zaczęła rozplątywać węzły z tyłu jego dłoni.
- Zabiorę cię stąd synku – szepnęła.
Ten, dalej tępo patrzył się przed siebie. Uwolniła mu ręce, potem nogi i delikatnie pociągnęła w swoją stronę. Ciągle nie chciał się ruszyć ani o krok. Złapała go za ramiona i zdecydowanie nim potrząsnęła.
- Dawid, musimy stąd iść, słyszysz mnie?
W tym samym momencie jego głowa odchyliła się do tyłu odsłaniając szeroką ranę ciętą na szyi. Dawid nie żył. Był zimny jak lód.
Nie mogła dłużej tłumić krzyku. Zawyła na całe gardło z rozpaczy. Gorzkie łzy popłynęły jej po policzkach. Nic ją już nie obchodziło. Wszystko, co liczyło się dla niej na tym świecie, odeszło. Usłyszała czyjś oddech za plecami. Obróciła się.
Stał uśmiechnięty z założonymi rękami. Wyglądał jakby patrzył na całą scenę od samego początku. Pewnie nawet celowo wszystko zaplanował, aby właśnie tak wyszło. Przyłożył palec do ust.
- Ciii - wycedził przez zaciśnięte zęby
Następną rzeczą, jaką pamięta, było to, jak siedziała spętana na krześle w salonie, ubrana w suknię wieczorową. Ręce miała związane w ten sposób, że nadgarstki były obwiązane razem, a dopiero od nich sznur biegł do krzesła. Nogi tak samo przymocowane były do stołu. Naprzeciwko niej, ława zastawiona była półmiskami i talerzami oraz zapalonymi świecami. Po drugiej stronie siedział Adam.
- Niczego nie zjesz? – powiedział wkładając kawałek mięsa do ust
Zebrało jej się na wymioty. Jasne było, z czego przygotował te potrawy. Wszystko działo się jak we śnie. To nie może być prawda, to się nie dzieje na prawdę – powtarzała w myślach
- Wątróbka, krwista, tak jak lubisz kochanie – kontynuował, podchodząc z wyciągniętym widelcem w jej stronę. Na siłę otworzył jej usta i wepchnął mięso. Wypluła wszystko na talerz przed sobą.
- Nie jesteś głodna? A tak się starałem.
Odwróciła głowę w przeciwnym kierunku i zaraz tego pożałowała. Oczom jej ukazał się siedzący na krześle Dawid, z głową bezwładnie zwisającą nad talerzem i otwartymi oczami.
- On już się najadł – usłyszała, rozbawiony głos za plecami.
- Ty chory bydlaku, ty pieprzona świnio, zabije cię, słyszysz zabije! – wykrzyczała, szarpiąc się na siedzeniu.
- Nie wątpię, że byś to zrobiła – spokojnie odparł siadając – ale nie psujmy atmosfery
Wstał od stołu i włączył starą płytę gramofonową, na której był walc wiedeński.
- Zatańczysz? Tak dawno razem nie tańczyliśmy.
Odwiązał ją od krzesła i stołu, ale ponieważ dalej miała związane razem ręce i nogi nie mogła nic zrobić. Najpierw próbowała się bronić, ale potem poddała się. Zarzucił sobie jej ręce za szyję i mocno złapał w talii, podnosząc związane stopy kilka milimetrów nad podłogę. Mąż z żoną żałośnie i niezgrabnie obracali się w rytm walca.
Agata chciała umrzeć. I tak wiedziała, że umrze, ale pragnęła aby nastąpiło to jak najszybciej. Czuła, że za chwilę sama zwariuje.
Wtedy pojawił się jakiś cień szansy. Pętla na nogach lekko się poluzowała. Nie tracąc chwili, Agata przytuliła się mocniej do Adama. Słyszała, jak mruczy sobie melodie pod nosem. Podczas jednego z obrotów ugryzła męża w policzek, aż poczuła słodkawy smak krwi w ustach, po czym z całej siły kopnęła go kolanem w kroczę.
Upadli. On zgiął się w pół, a ona w tym czasie uwolniła się z jego objęć. Podczołgała się do stołu i chwyciła leżący na tacy nóż. Kucnęła i rozcięła sznur na nogach. Zauważyła, że Adam chce się podnieść. Wstała i kopnęła go, celując w nos. Chyba poskutkowało, bo przestał się ruszać. Szybko uwolniła dłonie i w napadzie nienawiści, żalu i bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze, dźgnęła go w brzuch, potem jeszcze raz i kolejny. Zamachnęła się kilka razy na oślep, po czym osunęła się na podłogę.
Z trudem łapiąc oddech, dźwignęła się na kolana i wstała. Zanim opuści to miejsce musi zrobić jeszcze jedną rzecz. Wspięła się po schodach na ostatnie piętro domu i weszła na strych. Stanęła w progu i złapała się za głowę. Wyglądało i śmierdziało jak w rzeźni. Nie bała się już. Strach wydawał się teraz jakimś abstrakcyjnym pojęciem. Podeszła do słabo oświetlonego kąta, w którym stał stolik. Ze zwisających łańcuchów wpatrywała się w nią, pustymi oczodołami Alicja.
Tak, jak się spodziewała. Pod ścianą, obok ostrych narzędzi i łopaty leżała książka. Przypomniała sobie sprzedawcę z antykwariatu.
- Deuszsa Tanasmo – powiedziała na głos– Deuszsa Tanasmo. – powtórzyła - O Boże. – jęknęła po chwili zastanowienia – Asmodeusz Satan.
Nie obchodziło jej to, jak ją zniszczy. Jeśli nie ogniem, to zakopie ją głęboko pod ziemią, albo utopi na dnie oceanu. Później będzie czas, aby się nad tym zastanowić. Chwyciła oburącz za skórzane okładki i krzyknęła. Wypuściła książkę z rąk. Na dłoniach miała dwa ślady po oparzeniu. Nie zwracając na to uwagi, owinęła ją w najbliżej leżącą starą szmatę i wstała.
Dziwne – pomyślała. Nagle wyraźnie poczuła zapach benzyny. Obróciła się i zamarła. Oparty o ścianę, dysząc i ociekając krwią, stał Adam. W ręku trzymał na wpół opróżniony karnister. Drugą połowę właśnie wylewał na podłogę. Ich spojrzenia spotkały się. Nie dokańczając czynności, opuścił zbiornik i wyjął pudełko z zapałkami.
- Zostałaś naznaczona – zaśmiał się i splunął krwią.
W geście desperacji, Agata chwyciła leżący u jej stóp nóż i krzycząc na całe gardło ruszyła w jego stronę. W momencie, kiedy ten rzucił zapaloną zapałkę, ona runęła na niego i z całym impetem pchnęła ostrzem. Chybiła. Buchający w tej samej chwili ogień odrzucił ją w przeciwnym kierunku i wypadła przez okno.

- Pani Braun?
Wróciła myślami do rzeczywistości. Otarła łzy i usiadła na łóżku. Do sali wchodziła młoda pielęgniarka.
- Czy dobrze się pani czuje? – spytała
- Tak. Nie. To znaczy … - urwała. Spuściła głowę i zakryła rękami twarz.
Czuła się fatalnie. Podobno najgorszą rzeczą dla matki, jest utrata dziecka, a ona, właśnie przypomniała sobie, że straciła dwójkę. Miała wrażenie, że boli ją każdy narząd, każda część ciała. Wszystko było jej obojętne.
- Tak się składa, że jest tu profesor Grey z Uniwersytetu Oxford. Prowadzi badania nad utratą pamięci i zainteresował się pani przypadkiem. Czy nie miałaby pani nic przeciwko, aby zadał pani kilka pytań?
Pacjentka pokręciła głową. Zamknęły się drzwi i usłyszała ciężkie kroki. Opuściła ręce i podniosła wzrok.
Naprzeciwko niej stał mężczyzna w długim do ziemi szarym płaszczu. Szeroko rozwarte usta, w dzikim uśmiechu odsłaniały pożółkłe zęby. Miał niedbale przylizane włosy i kilkudniowy zarost. Do klapy od płaszcza przypięta była, lekko pognieciona, plastikowa plakietka z imieniem i nazwiskiem. Wpatrywały się w nią szeroko otwarte, spuchnięte i przekrwione oczy.
Ciężko opisać emocje, malujące się na jej twarzy. Przez chwilę wpatrywała się w stojącą przed nią postać. Wstrzymała powietrze i zacisnęła pięści. Następnie, podwinęła pod siebie kolana i złapała się za głowę. Spojrzała wreszcie na leżącą obok niej czerwoną książkę i otworzyła usta do krzyku. Nie mogła jednak wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Mężczyzna przyłożył tylko, pokryty bliznami po oparzeniu palec do ust i spokojnie zasyczał przez zęby:
- Ciii.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -