Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Posłaniec

Marcin Dobrowolski

"Zły wróżbiarzu -- rzekłem -- ptaku czy czarciego sługo znaku!
Czy cię szatan przysłał tutaj, czy pęd wściekły zagnał burz
Na brzeg smutku i boleści, gdzie żal tylko pustka mieści,
Gdzie noc każda zgrozę wieści -- powiedz, błagam, wzrusz się, wzrusz!
Jestże, jestże balsam w Gilead? -- powiedz, powiedz, wzrusz się, wzrusz!"

Rzekł Kruk na to: "Nigdy już!"

Edgar Allan Poe „Kruk”
Przekład Zenon Przesmyki
1.

Co zrobiłeś!? – krzyknął Paweł, wchodząc do gabinetu – ty mały szkodniku, ile razy ci mówiłem żebyś trzymał swoje łapska z dala od moich rzeczy! Mężczyzna przekroczył próg pokoju i dokładniej ocenił skalę zniszczeń. Marcin widząc ojczyma cofnął się gwałtownie, skulił i usiadł pod przeciwległą ścianą. Paweł, którego chłopiec nigdy nie nazwał(i jak sobie przyrzekł nigdy nie nazwie) tatą, podszedł wolnym krokiem do leżącej na podłodze ramki, w którą oprawiony był dyplom ukończenia jednego ze szkoleń zawodowych. Podszedł właściwie do tego, co zostało z ramki. Drobne odpryski szkła znajdowały się wszędzie naokoło. Sama oprawka również nieco się połamała a dokument leżał w odległości około pół metra od reszty, pognieciony i podarty. Paweł spojrzał na swoją własność a następnie skierował wzrok w stronę ośmioletniego sprawcy, recydywisty. Zmierzył go wrogim spojrzeniem, po czym zaciskając pięści powiedział.
- Ty mały gadzie! – Czego do diabła szukałeś w moim gabinecie!?
Marcin tylko spuścił głowę.
- Ogłuchłeś?
W dalszym ciągu nic.
- Patrz na mnie jak do ciebie mówię! – Powiedziawszy to, zbliżył się do niego jeszcze bardziej.
- Odpowiedz ty mały skurwielu!
Ale Marcin nie odpowiadał, zamiast tego utkwił wzrok w podłodze i zapłakał.
- Czego ryczysz!? – zapytał – To potrafisz robić – mazgaić się, w tym jesteś najlepszy.
Chłopczyk nie przestawał płakać, lecz z każdym krzykiem Pawła łkał jeszcze bardziej.
- Przestań ryczeć, bo oberwiesz, zamknij tą zasmarkaną gębę!
Marcin cały czas szlochał, po policzkach spływały mu strugi łez, niczym dwie miniaturowe rzeki z dziesiątkami dopływów. Płacząc wydawał z siebie buczący dźwięk przypominający jęk zarzynanego zwierzęcia.
- Powiedziałem zamknij się! – Krzycząc okładał dziecko otwartą ręką po głowie. Nie były to klapsy, bił bardzo mocno, z zaciśniętymi zębami i szaleństwem w oczach. Marcin skulił się na podłodze, zasłonił głowę rękoma i z desperacją w głosie zaczął wzywać na pomoc matkę. Wzywał ją, chociaż dobrze wiedział, że ona mu nie pomoże. Nigdy się za nim nie wstawiła, zawsze brała stronę męża, chociaż on też czasem ją bił.
- MAMO!!!, MAAAAMMMOOO!!!, Maaa...
Krzyk przerwał kopniak w nerki. Marcin nie mógł przez chwilę złapać oddechu, ale to tylko rozbawiło ojczyma.
- Wołasz matkę? Ona ci nie pomoże.
Paweł był coraz bardziej wściekły, zawsze tak było. Rozkręcał się stopniowo i im dłużej bił tym mocniej uderzał. Wyciągnął pasek ze spodni, po czym znowu zaczął pokrzykiwać na pasierba.
- Dopóki to jest mój dom, dopóty nikt nie będzie ruszał moich rzeczy!
Paweł wpadł w szał. Zaczął uderzać na ślepo. Marcin już nie płakał, za każdym ciosem z jego ust wydobywał się tylko cichy jęk. Wiedział, że taka mocna seria zawsze kończy „interwencje”. Po tylu latach znał postępowanie ojczyma na wylot. Na koniec mężczyzna podniósł chłopca za koszulkę i ostatni raz uderzył pięścią prosto w twarz. Chłopiec poleciał na ścianę niczym spadający szybowiec. Uderzył głową o mur, po czym bezwładnie opadł na podłogę. Z jego nosa kapała krew i ściekała na usta gdzie mieszała się ze śliną i łzami, których chłopiec nie kontrolował. Spodnie w kroku dziecka również zrobiły się wilgotne, co wywołało u kata kolejną fale wściekłości.
- Ty świnio! Zlałeś się – warknął– czy ten dom wygląda ci na chlew?
- Zostaw mnie – wycharczał cichutko Marcin
- Co? Co powiedziałeś kurwa? Jeszcze z tobą nie skończyłem. Musisz ponieść karę. Marta! Chodź tutaj, zobacz, co zrobił twój synalek.
Marcin wiedział, co się święci. Zaraz przyjdzie matka i przyzna rację jego oprawcy. Potem wspólnie ustalą karę i uznają sprawę za zakończoną. Przynajmniej do następnego razu. Chłopak leżał zapłakany na podłodze w kałuży moczu, z obolałym ciałem i zakrwawioną twarzą. Wpatrywał się w Pawła mętnym spojrzeniem niczym znokautowany bokser.
- Czego się tak gapisz – zapytał z wyrzutem pan domu.
Ofiara momentalnie odwróciła wzrok. W tym samym momencie w pokoju zjawiła się Marta. Była to trzydziestodwuletnia kobieta o długich ciemnych włosach. Ubrana była w białą koszulkę i czarne dżinsy. Stanęła pośrodku pokoju i zapytała.
- Co się stało?
- Twój synek znowu narozrabiał, trzeba go ukarać.
- Widzę, że już został ukarany.
- Niewystarczająco, trzeba zrobić coś żeby popamiętał.
- Co masz na myśli?
Marcin wsłuchiwał się w tą rozmowę z obojętnością. Nie interesowało go, jaką wymierzą mu karę. Dziesięć pasów, dwadzieścia, może pięćdziesiąt – co to za różnica? Później wróci do pokoju i dostanie koleje manto od brata.
- Zamkniemy go na całą noc na strychu, to powinno wystarczyć.
- NIE! – Krzyknął Marcin – tylko nie na strychu!
- Zamknij się, bo dostaniesz przedtem jeszcze wpierdol.
- Ojciec ma racje, musisz ponieść karę, więc mu nie pyskuj i wynoś się na górę.
- Ale mamo ja przecież nic takiego...
- Bez dyskusji. Jesteś do niczego, pasożyt z ciebie i zwykły gówniarz, tata ma raje.
„Tata ma racje” – tak kończyła się każda próba polemiki.
- On nie jest moim tatą.
- Jest twoim ojcem i masz go szanować!
- Słusznie, nie jestem jego ojcem. Coś tak żałosnego nie mogłoby być moim synem. Mój syn jest mi posłuszny, nie to, co on.
Paweł miał piętnastoletniego syna, Alana. Marcin dzielił z nim pokój, co nie należało do rzeczy najprzyjemniejszych. Marta i Paweł pobrali się kilka lat temu i oboje mieli już dzieci z poprzednich małżeństw. Paweł był rozwodnikiem, Marta zaś wdową. Poznali się w pracy, zakochali i postanowili wziąć ślub.
- Mamo, ale ja nie chce iść na strych, tam jest ciemno i chyba będzie dzisiaj padał deszcz…
- Chyba nie boisz się ciemności – wtrącił ojczym.
Dobrze wiedział, że chłopiec boi się ciemności i właśnie, dlatego wybrał taką karę. Lubił się nad nim znęcać nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.
- Mamo – rzekł Marcin ze łzami w oczach – zrób coś.
Kobieta patrzała na niego zimno, jak na nieznajomego.
- Bez dyskusji – to było jedyne, co powiedziała.

2.
Na strych odprowadzał go Alan. Takie było życzenie jego ojca, więc tak musiało być. Marcin widział jak Paweł z nim rozmawia i wiedział, że na grzecznym odprowadzeniu na górę się nie skończy. Alan był blondynem o zielonych oczach. Nosił włosy do ramion i kolczyk w lewym uchu. Ubierał się na czarno i katował wszystkich metalową muzyką, jaką rozkręcał na cały regulator. Jego ulubionym zajęciem poza słuchaniem muzyki, dłubaniem w nosie i onanizowaniem się, było bicie Marcina. Był skórą zdjętą z ojca. Natomiast Marcin wcale nie przypominał Marty. Może przypominał swojego prawdziwego ojca? Nie wiedział o tym, nigdy nie widział jego fotografii, ale miał nadzieje, że jest do niego podobny. Miał krótkie blond włosy, niebieskie oczy oraz mały nos, pod którym teraz były zakrzepłe ślady krwi. Droga na strych ciągnęła się w nieskończoność. Drewniane schody z każdym krokiem posępnie skrzypiały. Mieszkali w starym domu z niewielkim ogródkiem, jakich pełno w tej części Wielkopolski. Zbliżyli się do drzwi prowadzących na strych. Marcin przeczuwał, że będzie padać. Jeśli coś napawało go większym lękiem niż samotność w ciemnościach, to tylko samotność w ponurej jesiennej scenerii. Starszy z chłopców włożył klucz do zamka, po czym delikatnie go przekręcił. Dochodziła godzina dwudziesta druga i w ciszy nocy trzask oraz zgrzyt zawiasów zabrzmiał niczym otwierające się wieko trumny. Drzwi stały otworem i raziły nieprzeniknioną ciemnością, niczym piekielna czeluść. Marcin wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany, w tym samym momencie stojący za nim Alan popchnął go do środka tak, że chłopiec wpadł na stos gratów.
- Mam nadzieje, że tu zdechniesz – powiedział protegowany kata.
Marcin wpatrywał się w niego załzawionymi oczyma leżąc pomiędzy połamanym krzesłem a kartonem z gazetami.
- Alan zabierz mnie do pokoju, proszę…
- Odbiło ci? Jutro na rano wpadnę po ciebie. Chyba, że ojciec każe mi zapomnieć, że cię tu zamknąłem…
Maluch wpatrywał się w uśmiechniętego od uch do ucha Alana
- A jeśli po ciebie wlecę to i tak nie spodziewaj się kwiatów na powitanie, raczej oberwiesz mocniej niż zwykle, więc lepiej ciesz się, że dzisiejszej nocy masz spokój. Tylko pamiętaj, są tu ogromne szczury i jeden Bóg wie, co jeszcze. Mogą cię przez noc pożreć tak, że nic z ciebie nie zostanie.
- Nie strasz mnie!
- Będę robił, co mi się podoba, to dom mojego ojca a nie twój. Miłych snów, niech ci się przyśnią demony, diabły, duchy, upiory i wszystko, co najgorsze.
Wypowiedziawszy te słowa zamknął drzwi i przekręcił klucz w zamku. Marcin przysłuchiwał się jeszcze cichnącym odgłosom kroków na schodach. Alan pastwił się nad nim dzień w dzień, ale chłopiec wiedział, że przyrodni brat nie zawsze będzie od niego większy. Wiedział, że kiedyś się to zmieni, kiedy on urośnie, będzie starszy, wtedy nie da mu sobą pomiatać. Ani mu, ani ojczymowi ani swojej matce, wtedy już nikt go nie uderzy. Podczołgał się po ciemku do ściany. Wiedział, że przy drzwiach jest kontakt i będzie mógł rozjaśnić ciemności. Macając gładką, tynkowaną powierzchnie zaczął wyszukiwać przycisku. Przez długą chwile nie mógł go znaleźć i już przed oczyma stanęła mu perspektywa spędzenia nocy w egipskich ciemnościach, kiedy wreszcie jego palce wyczuły wypukłość. Po naciśnięciu przycisku, nad jego głową rozżarzyło się światło. Mimo to, jedna dwustuwatowa żarówka nie była w stanie rozświetlić całego pomieszczenia. Wiele zakątków pozostawało mrocznych i tajemniczych, dlatego Marcin zdecydował się spędzić całą noc bezpośrednio pod źródłem blasku. Strych był naprawdę duży. Był duży i posępny, panowała w nim atmosfera żywcem wyjęta z filmowego horroru. Na całej długości dach podtrzymywało sześć grubych belek, które łączyły gęste i puszyste pajęcze sieci. Podłoga była w całości drewniana a w różnych jej miejscach leżały hałdy starego sprzętu sportowego, mebli i zabawek. Mimo zwyczajności leżących tam przedmiotów, padający na nie cień dawał im zupełnie inny wygląd, sprawiał, że zmieniały się w wyimaginowane potwory. Wszystko to działo się pod wpływem wyobraźni, ale to nie miało znaczenia, bo dla ośmiolatka było realne.
Na poddaszu było jedno okno, o które rytmicznie uderzały gałęzie rozbujanego przez wiatr drzewa. Brzmiało to jakby wicher był muzykiem wystukującym rytm za pomocą tej osobliwej perkusji. Nad oknem wisiał krucyfiks, który został tu chyba jeszcze po poprzednich właścicielach. Bowiem obecni domownicy rzadko uczęszczali do kościoła, chociaż znajdował się on całkiem niedaleko.
Marcin się pomylił. Pomylił się w sprawie deszczu, nie padało. To, co działo się na dworze nie szło nazwać deszczem, wyglądało raczej jak biblijny potop wspomagany przez błyskawice i huki grzmotów. Ponure wnętrze rozjaśniał, co pewien czas oślepiający blask wyładowań. Oprócz gałęzi w niewielkie okno pukały tysiące kropel deszczu, ulewa wzmogła się na, tyle że po chwili z szyby spływały wielkie strugi wody. Okno nie było zbyt szczelne i na parapecie zaczęły się pojawiać małe kałuże deszczówki, ściekającej z nadpękniętej framugi. Uszy dziecka wypełnił jęk zawodzącego na zewnątrz wiatru. Przerażonemu chłopcu, wszystko wydawało się takie przerażające. Żarówka nie dawała wystarczającego oświetlenia a sprawiała nawet, że strych wyglądał jeszcze straszniej. W zupełnej ciemności nie widać niczego natomiast w półmroku cienie i kształty sprawiają, że wszystko jest jeszcze bardziej upiorne. Marcin schował się w kącie, pomiędzy stertami starych numerów „Readers Digest” i „National Geographic” a górą znoszonych ubrań. Skulił się na podłodze, za barykadą zrobioną ze sterty czasopism i starał się nie patrzeć za okno. Rytmicznie jednak, co kilkanaście sekund przez lufcik wpadał oślepiający niczym błysk fleszu, blask. Potem wnętrze pomieszczenia eksplodowało w huku grzmotu, co za każdym razem sprawiało, że malec drżał na całym ciele niczym przestraszony psiak. Chłopiec podniósł stary egzemplarz „Broni i Amunicji” (Paweł prenumerował tą gazetą, reszta czasopism należała do jego matki) i by przerwać straszne myśli, które drążyły mu głowę zaczął przeglądać artykuły. Nie miał pojęcia jak długo leżał wpatrując się w zdjęcia automatycznych pistoletów. Cieszył się jednak, że pomysł poskutkował, to niesamowite, ale już prawie przyzwyczaił się do odgłosów burzy. Mrok przeszkadzał w czytaniu, ale Marcin musiał to robić, aby nie myśleć o... No właśnie, o czym? Nachodziły go najrozmaitsze myśli, ale wszystkie miały jedną wspólna cechę: były przerażające. Przypominały mu się sceny z horrorów i opowieści, jakimi straszył go Alan przed snem. Tych myśli nie dawało się zupełnie wypędzić, ale skupienie uwagi na periodyku pozwalało, choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Pomysł z czytaniem zaczynał przynosić coraz lepsze rezultaty, chłopiec zaczynał zasypiać. Szło to nieco opornie, ale po pewnym czasie odczuł zmęczenie i zdawało się, że już za chwile zaśnie, gdy nagle rozległo się pukanie. Początkowo pomyślał, że to gałąź w dalszym ciągu stuka o szybę, ale już po chwili zorientował się, że się myli. Chłopiec nie miał zamiaru spoglądać w stronę okna, skulił się jeszcze bardziej i zasłonił twarz jednym z miesięczników. Stukanie nie ustawało, przerażenie strychowego więźnia wzmogło się jeszcze bardziej. – Kto lub co może pukać w środku nocy w okno na poddaszu? - zastanawiał się.
Puk, Puk, Puk! – Dźwięk rozchodził się w dalszym ciągu, Marcinowi przypomniał się pewien film o wampirach, który oglądał niedawno. W filmie tym krwiopijcy wchodzili do domu, kiedy ktoś je do niego zaprosił, stukały w okno i oczekiwały zaproszenia. Stukanie trwało nadal a Marcin leżał jak sparaliżowany. Spoczywał na podłodze w pozycji embrionalnej przez kilka minut zanim odważył się wychylić głowę ponad stertę makulatury. Coś nadal stukało w szybę, ale z odległości kilku metrów nie potrafił dojrzeć tego, co ów stukanie powodowało. Na miękkich nogach zaczął podążać w stronę okna. Trzęsąc się jak osika szedł w stronę lufciku, który był źródłem hałasu. W następnej chwili stał już pod oknem, ale za szybą widział jedynie nieprzeniknioną czerń. Stukanie na moment ustało. Podszedł jeszcze bliżej, tak, że niemal dotknął czołem tafli szkła. Przyłożył do niej ręce zwijając je w rulon by cokolwiek dostrzec. Jego oczy znajdowały się zaledwie o jakieś trzy centymetry od szyby a wzrok wytężał się jak mógł najbardziej. Nagle, w momencie, w którym najmniej się tego spodziewał całe okno rozjaśnił rozbłysk. Marcin krzyknął ze strachu, zobaczył bowiem na zewnątrz ciemny kształt, który wpatrywał się w niego czerwonymi jak krew oczyma. Chłopiec aż podskoczył, w pierwszej chwili pomyślał, że to nietoperz i przestraszył się pamiętając opowieści o wampirach. Zanim jednak błyskawica zgasła pogrążając ponownie świat w ciemnościach, przekonał się, że był to kruk. Chłopiec odsunął się od lufciku, ale w tym samym momencie dziwny gość znowu zastukał w szybę. Lokator nie miał zamiaru otwierać, nie spotkał jeszcze ptaka, który zachowywałby się w ten sposób. Wcale nie był płochliwy jak większość zwierząt, wręcz przeciwnie, jeszcze dobijał się do środka. Dziecko wpatrywało się w okno, nagle zobaczyło coś niezwykłego. Kruk nie był wampirem, nie potrzebował zaproszenia, Marcin ujrzał za szybą dwa czerwone punkciki. Dwa punkty, które wyraźnie rozżarzały się. Krucze oczy rozpalały się jak rozgrzane węgle. Za szybą nie było widać całej sylwetki ptaka, lecz tylko te czerwone ślepia. Nagle klamka przy oknie przekręciła się sama niczym za pomocą niewidzialnej dłoni, zasuwa puściła i okno otworzyło się. Wraz z hukiem wiatru i deszczem do pomieszczenia wleciał kruk. Powiew wichru niemal obalił chłopca, który szarpnął od razu okiennice i zatrzasnął ją z powrotem. Odwrócił się w stronę przybysza, który latał po całym strychu zanim usiadł na jednej z belek poprzecznych, podtrzymujących strop. Marcin przyglądał się mu z zainteresowaniem, ale i z niemałym przerażeniem, ptak odwzajemniał spojrzenie, tajemniczymi czerwonymi jak zachodzące słońca oczyma. Chłopak zrobił krok w jego stronę, ale w tym momencie kruk zatrzepotał skrzydłami, otworzył dziób i zakrakał. Chłopiec nie spuszczał z niego wzroku nawet na moment. Nagle ptak znowu zerwał się gwałtownie do lotu gubiąc przy tym kilka czarnych piór. Krążył przez chwilę nad głową ośmiolatka aż znalazł sobie miejsce na rzeźbionym oparciu mahoniowego krzesła. Krzesło stało w rogu niedaleko okna. Paweł zaniósł je tu zimą zeszłego roku, ponieważ nie pasowało do nowego stołu w pokoju gościnnym, który kupił w sklepie z antykami. Teraz stało na strychu i zbierało kurz. Od czasu, kiedy przytaszczył je tutaj, nikt go nie używał… Teraz przysiadł na nim kruk jakby myślał, że to doda mu majestatu. Marcin zastanawiał się, co zrobić. Myślał nad wypłoszeniem ptaka i ponownym otwarciu okna tak, aby mógł on wyfrunąć na zewnątrz. Rozważał też ogłuszenie go jakimś przedmiotem i wyrzucenie za okno… Jego rozmyślania przerwał nagle sam podmiot tych rozpraw – i zrobił to w sposób bardzo osobliwy. Kiedy chłopiec zbliżył się do niego, ptaszysko rozwarło dziób, z którego wydobył się krzyk. Nie było to krakanie, to było jego imię, ptak krzyczał:
- Mmmmmarcin, Marrrrcin, Marcinnn….
Nie brzmiało to dokładnie jak głos człowieka, ale same słowo było doskonale zrozumiałe. Dźwięki te brzmiały jakby były wypowiadane przez mocno przeziębionego faceta, albo raczej kogoś, kto przeszedł operację krtani. Usłyszawszy te słowa Marcin stanął jak wryty. Jezu, ten ptak gada! Nie mógł uwierzyć własnym uszom.
- Ty mówisz?
Czuł się trochę idiotycznie przemawiając do zwierzęcia.
- Jesteś zdziwiony prawda? – Odpowiedział ptak, już całkiem wyraźnym głosem.
Marcin ponownie zrobił krok do tyłu, choć spodziewał się, iż otrzyma odpowiedź.
- Taaaak, nie widziałem jeszcze ptaka, który by mówił.
- Nie widziałeś jeszcze wielu rzeczy. Nie domyślasz się, dlaczego przybyłem?
- Ja… Nie wiem, boję się.
Kruk cały czas wpatrywał się w człowieka.
- Skąd przybyłeś i dlaczego? – Zapytał wreszcie młokos, pokonawszy lęk, który wiązał mu gardło.
- Przybyłem z miejsca, którego położenia nie da się określić za pomocą kilometrów ani mil. To miejsce jest jednocześnie blisko i daleko. Przywołały mnie twoje myśli, przybyłem, bo mnie wołałeś.
- Nie prawda, nie wolałem cię – mówił Marcin ze łzami w oczach
- Wołałeś, nieświadomie, ale mnie wzywałeś.
- Więc czego chcesz?
- Nie, czego ja chcę, lecz czego ty chcesz ode mnie.
- Jaaaa? – Zapytał niepewnym głosem chłopiec.
- Tak, ty. Powiedz mi, czego pragniesz najbardziej a ja spełnię twe pragnienia.
- Chce stąd wyjść! – Powiedział bez zastanowienia chłopiec zalewając się łzami – i chcę żebyś sobie poszedł!
- Nie bądź naiwny – odparł spokojnie kruk – wiem, co cię dzisiaj spotkało i mogę pomóc w kłopotach. Zastanów się tylko dobrze, czego najbardziej ci potrzeba i jak mogę tego dokonać.
Marcin spojrzał raz jeszcze w stronę kruka, spuścił głowę i zastanawiał się, co powinien mu odpowiedzieć. Nie musiał długo myśleć gdyż dobrze wiedział, czego chciałby najbardziej.
- Nie chcę być więcej bity, przez nikogo!
- Doskonale. Zaufaj mi i wypowiedz pierwszą prośbę. Będziesz miał trzy.
Dzieciak znowu popatrzył na ptaka, którego ciemność upierzenia przewyższała nawet mrok panujący na dworze. Marcin zastanawiał się jak sformułować pierwszą prośbę, podczas gdy za oknem szalała burza. Błyskawice cały czas zasnuwały niebo pajęczyną blasku a deszcz rozpryskiwał się o szybę z zaskakująco potężnym dźwiękiem. Chłopiec podszedł bliżej dziwnego wędrowca, stanął naprzeciwko niego i wypowiedział pierwsze życzenie:
- Chcę żeby moja mama nigdy więcej na mnie nie krzyczała i nie brała wiecznie strony Pawła.
- Jesteś pewien, że właśnie tego chcesz? – Zapytał kruk
- Jestem pewien – odpowiedział stanowczo.
W momencie, kiedy Marcin potwierdził swoje życzenie na zewnątrz zerwał się jeszcze silniejszy wiatr a krucyfiks wiszący nad oknem przekręcił się o 180 stopni. Oczy kruka zaczęły zmieniać barwę. Najpierw stały się czarne jak jego pióra, potem białe niczym płatki śniegu, po czym ponownie przybrały kolor wina Nero d’Avola. Marcin przyglądał się tym oczom jak zahipnotyzowany, ptak nadal siedział w zacienionym miejscu na rzeźbionym oparciu a na zewnątrz świat pogrążał się w szaleństwie.
3.

W czasie, gdy Marcin zapoznawał się na strychu ze swoim dziwnym gościem, na dole Marta i Paweł kończyli przygotowywać kolację. Było już po jedenastej, ale oni zawsze jadali kolacje później niż inni. Paweł stał przy blacie z fartuchem przewiązanym w pasie i rąbał tasakiem wieprzowe mięso. Używał tasaka do oddzielenia mięsa od kości, co było zadaniem zbyt ciężkim dla drobnej kobiety. Dlatego zawsze robił to on, Marta zajmowała się zazwyczaj lżejszymi pracami kuchennymi. Tego wieczora tarła warzywa na metalowej tarce nucąc pod nosem słowa jakiejś starej piosenki.
- Jadę z sąsiadem na ryby w sobotę – zagadał Paweł
Lubił rozmawiać o czymś przy pracy i robił to niezależnie od wykonywanej czynności.
- Tylko żeby nie skończyło się tak jak ostatnio.
- A jak niby skończyło się ostatnio? – Zapytał, chociaż dokładnie wiedział, o co chodziło żonie
- Wyjazd na ryby pomylił się wam chyba z wypadem do pubu. Upiliście się jeszcze zanim wyciągnęliście wędki z pokrowców i wróciliście z pustymi rękoma
- Bo pogoda była brzydka i tak jakoś wyszło…
- Tak, tak, akurat.
- Twierdzisz, że kłamie?
- Nie skąd? – powiedziała Marta śmiejąc się pod nosem.
- Tym razem przywiozę ci tyle ryb, że nie nadążysz ze smażeniem, zobaczysz…
- Trzymam cię za słowo kochanie.
- Nie śmiej się, nigdy we mnie nie wierzyłaś. Mówię ci, że jak ja coś obiecuje to jest pewne jak w banku.
- Tak, oczywiście, a ja jestem szczęśliwą klientką tego banku…
- Daruj sobie ten sarkazm kochanie.
- Przepraszam nie chciałam urazić twojej dumy.
- Nie uraziłaś mnie, ale muszę powiedzieć ci, że mogłabyś...
Mężczyzna gwałtownie przerwał rozpoczęte zdanie. Przestał też walczyć z kawałem surowego mięsa. Opanował go dziwny bezwład, umysł ogarnęła jakaś niepojęta moc. Poczuł jakby nieznana siła przejęła nad nim kontrolę. Coś złego zagnieździło się w jego mózgu. Oczy nagle przyjęły krwistoczerwony kolor, natomiast w myślach pulsowała nieprzerwanie tylko jedna myśl… Jedna myśl, dwa słowa: „Nigdy więcej”. Był niczym robot, ktoś trzeci kierował jego ruchami i sprawował kontrole nad ciałem i umysłem. Mężczyzna usłyszał w myślach rozkaz, a może życzenie? „Chcę żeby moja mama nigdy więcej na mnie nie krzyczała” słyszał słowa swojego pasierba i coś kazało mu je wykonać. Marta nawet nie zorientowała się, że mąż przestał z nią rozmawiać, nie zorientowała się także, że przestał krajać mięso. Siedziała pochylona nad tarką i nie zorientowała się również, kiedy stanął nad nią dzierżąc w rękach zakrwawiony tasak i rąbnął mocno w głowę tępą częścią narzędzia. Padła na podłogę, była zbyt oszołomiona żeby krzyczeć, w głowie pulsował jej nieznośny ból, który zdawał się rozsadzać czaszkę.
- Kochanie, co ty??!! – Zawyła – przestań, co ja takiego….
Ale on wcale nie słuchał, wypełniał powierzoną mu misje. Chwycił kobietę za szyje i uniósł. Była w nim ogromna siła, która sprawiała, że uczynił to bez problemu. Przycisnął ją do ściany, drugą ręką odstawił tasak na blat. Nie odwracając od niej wzroku otworzył prawą ręką szafkę kuchenną. Z niej niczym za pomocą szóstego zmysłu wyciągnął tłuczek do mięsa, na który natrafił bezbłędnie bez patrzenia. Marta widząc to zaczęła krzyczeć i wyrywać się mężowi, ale ten trzymał ją w żelaznym uścisku. Kopniaki wydawały się nie robić na nim najmniejszego wrażenia. Paweł uniósł tłuczek nad głowę, wziął duży zamach i po chwili narzędzie przeszyło powietrze z ogromną szybkością. Chropowaty trzonek z potworną siłą uderzył w twarz kobietę rozbijając nos z akompaniamentem okropnego chrzęstu. Dolna część pięknej twarzy znikła w szkarłatnym rozbryzgu. Krew z głośnym bulgotem wydobywała się z wielkiej dziury, która wyrosła w miejscu nosa. Posoka gęsto kapała na podłogę, na jej koszulkę oraz kuchenny fartuch. Tłuczek poszybował w górę kolejny raz i znowu opadł, tym razem na szczękę, gruchocząc ją doszczętnie. Kolejny cios wylądował na ustach, miażdżąc wargi i wybijając przednie zęby. Paweł bił opętańczo, a na białych kuchennych kafelkach i suficie pojawiły się czerwonej plamy. Marta próbowała krzyczeć, lecz mężczyzna ściskał ją mocno za gardło. Nad brwiami kobiety widać było biały fragment czaszki, który wyłaniał się spod warstwy wyrwanej skóry. Jej twarz wyglądała jak kawałek mięsa, który jeszcze kilkadziesiąt sekund temu próbował pokroić Paweł. Kobieta dawno przestał wierzgać nogami, zwisała w ramionach męża niczym manekin. Cały czas jednak oddychała. Ze zmiażdżonego nosa, co chwilę wydobywał się zakrwawiony pęcherzyk powietrza…
4.

Marta leżała na stole z pozlepianymi krwią włosami. Wyglądała niczym na ofiarnym ołtarzu. Mężczyzna przyglądał się beznamiętnie swojemu dziełu, spełniał wszak tylko powierzoną mu misje. Odstawił zakrwawiony tłuczek na miejsce, po czym otworzył szufladę pod stołem. Wyciągnął z niej dwa noże: jeden duży, kuchenny a drugi mniejszy służący do filetowania ryb. Stanął nad głową małżonki i popatrzył na nią uważnie. Połamana szczęka nie zamykała się a z pomiędzy zakrwawionych warg wystawał język niczym małż ze skorupki. Mężczyzna wsadził większy z noży głęboko w usta kobiety i rozchylił nim maksymalnie szczękę. Następnie zręcznie chwycił palcami koniuszek języka, pociągnął go mocno, i wbił w niego nóż do filetowania. Poruszał szybko ręką wycinając język tuż u nasady. Kiedy zaczął ciąć, ofiara nagle otworzyła oczy ale nie była w stanie nic zrobić. Krew wypełniła jej usta, gdy mąż w końcu wyrwał język i podniósł niczym cenne trofeum. Kobieta opatuliła głowę dłońmi i przeraźliwie jęczała. Paweł ściskał w dłoniach język i wyciskał go jak cytrynę, by po chwili rzucić nim o ścianę. Narząd uderzył o nią z charakterystycznym plaśnięciem, i osunął się z niej zostawiając za sobą krwawą smugę. Marta próbowała rozpaczliwie wyciągnąć sobie z ust nóż wbity głęboko w podniebienie, jednak nie potrafiła tego zrobić. Wyręczył ją w tym Paweł, silnym szarpnięciem wyciągając zakrwawione narzędzie. Następnie jednak wbił je ponownie, tym razem w szyje i otworzył ją jednym precyzyjnym cięciem. Z gardła zaczęła wypływać ciepła krew, która uformowała ogromną kałużę na podłodze. Kat zrobił kolejne nacięcie tym razem pionowe a następnie wyjął nóż i położył go na stole. Wsadził dłoń w otwartą ranę i kilkakrotnie szarpnął mocno rozdzierając ją niczym niedźwiedź. Odsłonił krtań, rozpruł przełyk aż zobaczył kości kręgosłupa. Marta, w ogóle nie przypominała uśmiechniętej kobiety, którą jeszcze przed chwilą była... Teraz w ogóle nie przypominała kobiety. Paweł natomiast wyglądał jak rzeźnik, cały skąpany we krwi. Spoglądał nieobecnymi ślepiami na zmasakrowane ciało i uśmiechał się gdyż wiedział, że wypełnił swoje zadanie. Nie wiedział natomiast, że to nie jedyna misja, którą będzie musiał tej nocy wykonać.
5.

Tymczasem na górze, Marcin spoglądał na kruka już bez widocznego lęku. Miał on nawet nadzieje, że wizyta niespodziewanego gościa zakończy jego kłopoty. Powiedział w końcu, że spełnia pragnienia, Jezu powiedział mu to kruk! Skoro słyszał głos przemawiającego do niego ptaka to, dlaczego nie miał uwierzyć w jego obietnicę? Chłopiec przyglądał się skrytemu w ciemności, posępnie wyglądającemu zwierzęciu. Kiedy za oknem nie rozbłyskała żadna błyskawica widać było jedynie fluoryzujące oczy. Marcin nie wiedział jak długo stał i przyglądał się krukowi. Stałby tak całą noc gdyby to ptak nie odezwał się pierwszy.
- Prośba została spełniona – odezwał się głosem już całkowicie ludzkim – twoja matka już nigdy nie będzie na ciebie krzyczała, już nigdy nie będzie przyznawała racji twojemu ojczymowi.
- Naprawdę? – Chłopiec nie mógł uwierzyć w to, co słyszy – dziękuję ci, naprawdę... Tak bardzo się cieszę...
- Nie traćmy czasu, wypowiedz kolejne życzenie, pomyśl, czego jeszcze pragniesz. Zastanów się dobrze.
Marcin wcale nie musiał się głęboko zastanawiać, wiedział dobrze, czego chcę.
- Chcę żeby Paweł i Alan nigdy więcej już mnie nie krzywdzili – Marcin przypomniał sobie, do czego ostatnio doszedł rozmyślając o przybranym bracie i bez wahania dodał – chcę być większy od Alana, on bije tylko mniejszych i słabszych od siebie, jeśli będę większy to nie będzie mnie już bił.
- A Paweł? – Zapytał kruk, – co z nim?
- Po prostu nie chcę żeby on jeszcze kiedyś podniósł na mnie rękę.
- Czy tego właśnie pragniesz?
- Tak! Tego chcę!
Ptak nie odpowiedział, tylko jego oczy ponownie zaczęły zmieniać barwę...

6.

Alan siedział na fotelu w swoim pokoju. Miał na uszach słuchawki podłączone do wieży stereo i nie słyszał żadnych dziwnych odgłosów dobiegających z kuchni. Nie usłyszał też kroków ojca zbliżającego się do niego. W głowie rozbrzmiewała mu tylko muzyka metalowej kapeli Cradle of Filth, której plakatami oblepiony był cały pokój. Paweł stanął nad Alanem. W rękach trzymał uniesioną do góry pałkę baseballową. W momencie, w którym mężczyzna z całej siły trzasnął go w potylice, w głowie młodzieńca dźwięczał już tylko tępy ból…

7.

Roztrzaskując mu czaszkę, Paweł nie wykonałby zadania, musiał tego dokonać w inny sposób. Ogłuszył go tylko, po czym zaczął wlec przez całe mieszkanie. Ciągnął go w kierunku garażu, nie wiedział dokładnie, dlaczego. Po prostu coś kierowało nim i kazało mu to robić. Przechodząc obok kuchni nie spojrzał nawet w kierunku miejsca kaźni swojej żony. Był jak zaprogramowany robot, jego krwistoczerwone oczy patrzyły prosto przed siebie i nie zwracały uwagi na żadne elementy otoczenia. Garaż był połączony z domem. Była to dobudówka, którą on sam wykonał jakieś trzy lata temu. Dzięki niej do garażu można było wchodzić przez tylne drzwi. Tak było lepiej i wygodniej gdyż dawniej warsztat znajdował się na podwórzu, i by tam dojść trzeba było za każdym razem wychodzić na zewnątrz. Teraz miał wszystko we własnym domu i mógł zejść tam bez wychodzenia z mieszkania. Tylne drzwi były otwarte. Znalazłszy się w środku od razu zabrał się do dzieła. Ze stołu stojącego obok ściany zwalił części od kosiarki i narzędzia, które na nim leżały. Następnie położył tam Alana i skrępował mu ręce oraz nogi. Nie miał sprecyzowanego planu. Instynkt a raczej to coś, czego nie mógł zdefiniować mówiło, co ma robić. W głowie słyszał powtarzające się jak nieustanne echo słowa „nigdy więcej już, nigdy już!, nigdy…”. Słyszał rozbrzmiewające mu w głowie życzenie Marcina... Musiał je wykonać, nie miał wyjścia. Alan miał jedną rękę zaciśniętą w imadło, natomiast pozostałe kończyny przywiązane sznurem do nóg od stołu. Wiele różnych narzędzi wisiało przytwierdzonych do ściany za pomocą gwoździ. Mężczyzna sprawnym ruchem zdjął brzeszczot oraz siekierę i zbliżył się do Alana. Nieświadomy niczego chłopak leżał spokojnie i wyglądał jakby zwyczajnie spał. Paweł tymczasem zabrał się do dzieła. W jego mózg jak wwiercała się prośba „chcę być większy od Alana, chcę być większy od Alana, chcę być…” Musiał coś zrobić żeby uciszyć te glosy, musiał spełnić życzenie pasierba. Paweł chwycił nogę syna, podwinął nogawki jego spodni i przyłożył ostrze piły kilka centymetrów poniżej kolana. Na dworze zabrzmiał potężny grzmot, deszcz miarowo stukał o wyłożony blachą dach garażu. Paweł zaczął piłować...

8.
Wrzaski Alana były głośne niczym zawodzenie potępionych. Nikt jednak nie mógł go tutaj usłyszeć. Najbliżsi sąsiedzi mieszkali o prawie kilometr stąd, poza tym odgłosy burzy dodatkowo zagłuszały wrzaski.
- TAAAAAAAATTTTOOOOOO!!!!!, COOOTYYYYY ROOOOO…AAAA!!!!!
Paweł przeciął już połowę lewej nogi. Kość była bardzo twarda i ciężko się ją piłowało, za każdym cięciem na stoliku powiększała się kałuża krwi. Cierpienie było nie do zniesienia, przeszywało każdy centymetr ciała. W pewnym momencie ból przekroczył wszelkie granice, kiedy ostrze piły drążyło wnętrze kości. Piekielne uczucie było tak intensywne, że chłopak zemdlał. Lecz natychmiast odzyskał przytomność tylko po to by ponownie utonąć w jego szkarłatnych objęciach. Nastolatek nie mógł uwierzyć w to, co się z nim dzieje. Nie mógł pojąć, że jego ojciec jest zdolny do czegoś podobnego… Kość pękła całkowicie pod naporem piły. Czuł jak trzasnęła. Otworzył szeroko oczy spoglądając na sufit garażu i na żarzącą się ledwo jak jego życie lampę jarzeniową. Nie był w stanie wykonać żadnego ruchu, nie mógł krzyczeć ani podjąć jakiejkolwiek reakcji obronnej. To nie mogło dziać się naprawdę, takie rzeczy przecież się nie zdarzają, jemu to nie mogło się przytrafić! Z tego przekonania wyrwała go kolejna dawka bólu, Paweł przecinał prawą nogę. Rżnął ją jak gałąź drzewa. Krew z obciętej kończyny tryskała na jego twarz i fartuch całkowicie przebarwiając kolor tkaniny. Alan nie krzyczał, był na to za słaby, stracił dużo krwi. Ostatnią próbą ratunku z jego strony było rozwiązanie supła zawiązanego na lewej ręce. Piła przedzierała się przez kość z wielkim uporem. Paweł używając całej swojej siły, jednym przerażająco potężnym ruchem ręki wbił ząbki piły jak mógł najgłębiej w kości ofiary. W tym momencie materiał nie wytrzymał i ostrze pękło pozostając w ciele chłopaka. Mężczyzna momentalnie złapał go za nogę. Zaczął gwałtownie szarpać i wykręcać naderwaną kończynę jakby usiłował wyrwać nóżkę kurczaka. Szarpał tak mocno, że przerwał nawet sznur, którym umocował ją do stołu. W końcu kość pękła całkowicie, skóra rozerwała się jak stary materiał a z kikuta wytrysnęła kolejna dawka szkarłatnego płynu. Oprawca wyrzucił oderwaną nogę w kąt garażu i zmierzył swymi czerwonymi oczyma kadłubka leżącego na warsztatowym stole. Po chwili przeniósł wzrok na siekierę. W momencie, w którym ojciec odwrócił spojrzenie, Alan zdołał odkręcił krępujące go imadło. Więzy na nogach nie były już istotne... Nie miał nóg. Szarpnął się w lewą stronę przewracając stół razem ze sobą. Znalazłszy się na podłodze zaczął czołgać się w stronę drzwi. Z każdym ruchem był coraz słabszy. Stracił tyle krwi, że cudem było to, iż zachował przytomność. Mimo skrajnego wyczerpania jego celem były wrota, czołgał się w ich stronę i nie myślał o niczym inny. Nie myślał o podążającym za nim kacie trzymającym w zaciśniętych dłoniach zwieńczoną ostrzem rękojeść. Logiczny tok myślenia zagłuszało z jednej strony niewyobrażalne cierpienie z drugiej zaś coraz głośniejsze i częstsze wyładowania atmosferyczne. Alan zostawiał za sobą podłużny krwawy ślad, jednak z każdą sekundą coraz bardziej zbliżał się do upragnionego celu. Paweł podszedł do niego na tyle blisko, że deptałby mu po piętach gdyby nie to, że chłopak ich nie miał. Podniósł siekierę, wziął zamach, lecz poślizgnął się na krwi i cios chybił celu. Chłopak przewrócił się na plecy i zasłonił twarz rękoma. Siekiera ponownie przeszyła powietrze a jej ostrze rozpłatało brzuch Alana, od mostka w dół, zatrzymując się dopiero na miednicy. Rozpoczął się kolejny krwawy festiwal, wprawdzie chłopak prawie nie poczuł rany ciętej żołądka, ale jego roztrzaskana miednica paliła żywym ogniem. Kadłubek z wielkim wysiłkiem podniósł się do pozycji siedzącej i starał się rękami wepchnąć z powrotem do środka jelita, które leżały mu na kolanach. Wnętrzności wyślizgiwały się z podłużnej rany w brzuchu z odgłosami przypominającymi mlaśnięcia kogoś, kto nie potrafi się zachować przy stole. Alan całkowicie skoncentrował się na upychaniu trzewi na miejscu i nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów. To sprawiło, że Paweł mógł dokładnie wycelować. Alan nadal patrzył na oślizgłe i ciepłe wnętrzności wypływające na zakurzoną podłogę, kiedy siekiera po raz ostatni przeszyła powietrze i trafiła dokładnie w tętnice szyjną. Ze sterczącego kikuta wytrysnęła jasnoczerwona krew. Głowa z głuchym dźwiękiem upadla na posadzkę i niczym piłka potoczyła się aż pod same drzwi – tam gdzie wybierał się jej właściciel.

9.

Paweł opuścił warsztat i wszedł z powrotem do domu. Z zakrwawioną siekierą w ręku przemierzał korytarze swojego mieszkania. Kierował się na piętro. Przesuwając się powoli do góry, zostawiał na poręczy krwawe ślady dłoni. Był zdezorientowany, nie wiedział, co ma uczynić, aby głosy w głowie ucichły. Prawdopodobnie to samo czuł seryjny morderca David Berkovitz zwany synem sama, który zabijał na rozkaz „głosów”. Paweł dotarł na piętro i udał się od razu do swojego gabinetu, gdzie zaledwie kilka godzin temu zaczął się ten horror. Jego kroki były bardzo powolne i ociężałe. Regularnie, co kilka kroków z niesionego ostrza kapała krew, która spadała na puszysty dywan. Dotarłszy do pokoju nacisnął klamkę i po chwili drzwi otworzyły się z akompaniamentem skrzypiących zawiasów. Paweł podszedł do dębowego stołu stojącego po środku. Myśl w jego głowie była tak intensywna, że mężczyzna zaczął ją sobie cicho powtarzać pod nosem „nie chcę żeby on jeszcze kiedyś podniósł na mnie rękę”. Wiedział, co będzie musiał zrobić. Położył lewą rękę na blacie, potężna siła kierowała jego ruchami. Prawa dłoń ściskając siekierę powędrowała do góry a następnie z wielka szybkością spadła prosto na lewą. Łup, cios trafił mniej-więcej w środek przedramienia, ale nie przeciął kości. Mężczyzna musiał uderzyć ponownie i jeszcze raz i jeszcze. Łup, łup, łup Paweł uderzał z wielką zaciekłością. Przed jego oczami świat to znikał to znowu się pojawiał, pulsował w takt bijącego w szaleńczym rytmie serca. Podnoszące się i opadające narzędzie spryskiwało krwią białą ścianę i sufit tworząc w ten sposób makabryczne dzieło sztuki. W końcu biel pękniętej kości wydarła się z rozdartej żelazem skóry i ostrze przeszywając rękę na całej grubości utkwiło w drewnie stołu. Paweł zachwiał się i niczym pijany zatoczył w kierunku szafy, w której trzymał strzelbę. Kiedy szedł w jej stronę z odrąbanego kikuta tryskała krew spryskując posoką ściany i podłogę. Nie czół bólu. Był znieczulony, tą dziwna siła, która go opanowała. Jednak wiedział, iż ów tajemnicza moc chce go pochłonąć całego. Otworzył szafę. Sprawną ręką wyjął z niej pamiątkową dubeltówkę kalibru 12/76 oraz kartonik z amunicją. Włożył broń pod pachę a naboje trzymał w zaciśniętej dłoni. Następnie opadł bezwładnie na ulubiony fotel. Wysypał wszystkie naboje na podłogę, po czym podniósł dwa z nich. Wsunął sobie strzelbę między uda, złamał ją wpół a następnie włożył do komory dwa pociski. Następnie rozciągnął się jak w fotelu, ściągnął kapcie i przyłożył bliźniacze lufy do czoła. Wcale nie czuł strachu, nie myślał absolutnie o niczym w momencie, w którym dużym palcem stopy nacisnął oba spusty. Eksplozja ładunków była tak potężna, że niemal wyrwała mu głowę. Wybuch zrobił w czaszce mężczyzny ogromną dziurę, przez, którą z dużą prędkością wyleciała większa część mózgu. Mózg rozprysnął się na ścianie za swoim właścicielem oraz na suficie. Wyglądał jak bezkształtna żółtobrązowa breja. Strzelba przewróciła się na podłogę. Zapadła głucha cisza. Z rozłupanej czaszki wydobywał się dym. Dwa pociski z myśliwskiej strzelby na dobre usunęły z głowy Pawła prześladujące go głosy. Tyle, że wraz z demonem usunęły wszystko, co się w niej znajdowało.

10.

Do uszu Marcina dotarł odgłos wystrzału. Chłopiec jednak nie przejął się nim, uznał, że to kolejny huk piorunu. W kilkanaście sekund później kruk ponownie przemówił.
- Twoje życzenie zostało spełnione, dokonała się twoja wola.
- Co?... Już?, Nie czuję nic, wcale nie jestem większy...
- Nie powiedziałeś wcale, że chcesz urosnąć. Powiedziałeś po prostu, że chcesz być większy od Alana. Ja to spełniłem.
- To znaczy, że Alan się zmniejszył? Jest niższy ode mnie? – zapytał ze zdziwieniem chłopiec.
- Można tak powiedzieć.
- A Paweł, co z nim?
- To, o co prosiłeś. Już nigdy nie podniesie na ciebie ręki... Tego możesz być pewien
Marcin ponownie spojrzał na ptaka, ale nie odzywał się wcale.
- Masz prawo do ostatniego życzenia – odezwał się znowu kruk – powiedz, czego chcesz, bo muszę już wyruszyć w dalszą drogę… Jest jeszcze wielu ludzi, którzy potrzebują pomocy.
Chłopiec zastanawiał się przez chwilę. Myślał o matce, ojczymie i Alanie. Wszystkich ich szczerze nienawidził, nie miał już rodziny i nic nie mogło mu tego wynagrodzić. W chłopcu kotłowało się tysiące myśli, natomiast kruk czekał tylko na jego słowa patrząc przerażającymi oczyma.
- Nie chcę ich już nigdy więcej widzieć! – Krzyknął Marcin i wybuchnął płaczem. – Nigdy już, nigdy! Nie chce już oglądać więcej swojej rodziny!
Reakcja kruka była natychmiastowa. Zerwał się nagle z krzesła i trzepocząc skrzydłami rzucił na Marcina. Chłopiec był zbyt zaskoczony by się bronić. Kruk wbił mu się mocno szponami w policzki rozrywając je niczym papier. Młokos próbował go ściągnąć, ale ptak uczepił się bardzo mocno. Zaciskał pazury coraz mocniej i gwałtownie machał skrzydłami. Maluch był bezradny, zaczął krzyczeć i rzucać się rozpaczliwie po pomieszczeniu. Ptak dziobał go i drapał po całej twarzy. Marcin zamknął oczy by ochronić je przed dziobem bestii. Jednak na oczach właśnie najbardziej zależało krukowi... „Nie chcę ich już nigdy więcej widzieć” W końcu trafił dziobem idealnie i chwycił nim mocno powiekę chłopca. Zaczął mocno poruszać całym ciałem tak, że po prostu wyrwał ją jak kawałek tektury. Niewyobrażalny ból eksplodował w całym ciele młodziutkiej ofiary. Kruk tymczasem zamachnął się mocno dziobem i wbił go głęboko w gałkę oczną. Oko wypłynęło Marcinowi na policzek jak galaretka a następnie upadło na podłogę. W następnym momencie ptak penetrował już drugi oczodół. Ostatnią rzeczą, jaką chłopiec zobaczył były czerwone ślepia kruka, przygwożdżonego do jego twarzy. Nagle światła zgasły i Marcin pogrążył się w nieprzeniknionej ciemności, w ciemności, której nie jest wstanie rozświetlić nawet światło dnia. Nie rozumiał nic z tego, co się działo. Pomyślał nawet, że to wszystko mu się śni, ale gdy odczuł kolejną falę bolesnych dziobnięć zdał sobie sprawę, że to na pewno nie sen. Czuł jak dziób kruka wbija się w szyje, jak krew spływa z jego twarzy i kapie na posadzkę. Rozpłakałby się gdyby tylko dało się płakać pustymi oczodołami. Marcin już się nie bronił. Leżał tylko na podłodze w powiększającej się kałuży posoki. Wtedy kruk zerwał się do lotu wyrywając jeszcze z twarzy chłopca ochłapy mięsa. Ptak wzbił się w powietrze i wyleciał przez okno, które jakby widząc nadlatujące stworzenie otwarło się na oścież. Burza trwała nadal. Marcin trwał pogrążony w ciemności, warte trzymał nad nim zbezczeszczony krucyfiks. Mrok nocy pochłonął tajemniczego posłańca, który wzbił się w powietrze i przepadł tak jakby go nigdy nie było.

Koniec



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -