Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Alkohol zabija

Rafał Znamirowski



„Lecz zmarłych – smutek już nie smuci…
Lecz zmarłych – radość już nie cieszy…”
Michał Lermontow Demon



Aśka przytuliła się do niego tak mocno, że czuł, jak twarde sutki jej obfitych piersi, wbijają się w jego skórę. Pocałowała go, a całowała doskonale. Zresztą Marek, jego najlepszy kumpel, też tak mówił, kiedy z nią chodził, więc pewnie było to prawdą.
Dłoń Aśki rozpoczęła powolną wędrówkę w dół jego ciała. Przez chwilę gładziła brzuch chłopaka, konsekwentnie schodząc jednak coraz niżej i niżej. Wreszcie wsunęła się pod gumkę bokserek i zacisnęła na twardym już członku. Nadgarstek powędrował wolno w dół, zaraz potem szybko do góry i znowu powoli w dół.
Dziewczyna spojrzała na Wojtka. Zamknął oczy i z błogim uśmiechem leżał przed nią na plecach. Było mu dobrze, wręcz cudownie i nawet nie zastanawiał się, co stało się z Aśką, że odważyła się na takie numery. Byli parą od pół roku, ale przez cały ten czas nigdy nie zdradziła, że może chociaż myśleć o seksie, nie mówiąc już o czymś takim. A teraz trzymała w dłoni jego całe siedemnaście centymetrów i masowała je tak perfekcyjnie, jakby nigdy w życiu nie robiła niczego innego. Wojtek nie otwierał więc oczu, tylko uśmiechnął się błogo i przyciągnął jej usta do swoich.
- Dobrze ci tak? – spytała słodko zaraz po ognistym pocałunku, wciąż poruszając nadgarstkiem w górę i w dół.
- Mhmm.
- A wiesz, na co Asia ma ochotę?
To pytanie otworzyło oczy Wojtkowi. Tuż nad sobą zobaczył jej twarz. Przymrużyła oczy, ale źrenice miała wielkie, jak spodki. Jej usta rozciągał uśmiech niegrzecznej dziewczynki, a na policzkach wykwitły czerwone plamy podniecenia.
- Na co masz ochotę? – spytał ostrożnie, nie wiedząc, czego jeszcze może się po niej dzisiaj spodziewać.
- Na wielkiego buziaka.
Wojtek podniósł głowę, żeby pocałować dziewczynę, ale najwyraźniej nie o takiego buziaka jej chodziło, bo zaczęła zsuwać się, aż jej piersi na moment objęły rozpalonego członka, a chwilę potem zamknęła nad nim usta. O Matko! – zdążył pomyśleć Wojtek, zanim język Aśki rozpoczął dziki taniec na żołędzi. Tym razem to głowa dziewczyny poruszała się w górę i w dół, z początku wolniej, ale już po chwili coraz szybciej i niecierpliwiej.
Aśka cały czas patrzyła na niego spod półprzymkniętych powiek. Zatrzymała się, wyjęła mokrego od śliny członka z ust i zaczynając masować go dłonią, spojrzała nagle prosto w oczy Wojtka z tak szelmowskim i wyzywającym uśmiechem, jaki zobaczyć można tylko na filmach dla dorosłych.
- Podobało się? – spytała słodko.
- Tak, czemu przestałaś?! – niemal wykrzyczał, balansując na granicy eksplozji.
- Chciałam wiedzieć, czy jest ci dobrze – jej głos brzmiał słodko; niewinnie.
- Jest mi dobrze. Jest mi bardzo dobrze. Cudownie! Tylko nie przestawaj!
- Rozkaz! – rzuciła i wepchnęła sobie członka prawie do samego gardła. Znieruchomiała, ssąc go, jak lizaka i siorbiąc głośno. Wojtek nabrał powietrza w płuca i zapomniał go wypuścić. Jeszcze chwila i będzie na szczycie. Aśka powoli wysuwała z ust członka, zaciskając delikatnie ząbki na każdym centymetrze jego męskości.
Wreszcie wyjęła go całkiem, objęła dłonią i ścisnęła palcami. Znieruchomiała. Wojtek mimowolnie uniósł biodra, domagając się jakiegokolwiek ruchu rozpaloną męskością, ale Aśka nie poruszyła się nawet o milimetr.
- Kochanie, spójrz na mnie! – powiedziała rozkazująco.
- Co?! – czuł, że coś zaraz rozsadzi go od środka.
- Skończ!
Mocniej zacisnęła dłoń na członku i gwałtownie potrząsnęła nią w dół górę i w górę. Zabolało przez moment, ale potem Wojtek czuł tylko orgazm zbliżający się do niego wielkimi krokami z każdym cyklem góra-dół. Wreszcie, tuż przed ekstatycznym końcem, Aśka objęła ustami członek, nie przestając gwałtownie poruszać ręką.
Skończę w jej ustach! – pomyślał i znajome z samotnych wieczorów mrowienie z okolic krzyża rozlało się po całym jego ciele. Jak przez mgłę słyszał natarczywe „pip, pipipip, piip”, nie zwracał na nie jednak uwagi. Był na szczycie i dopiero, kiedy spadł z niego prosto w objęcia bawełnianej poszewki kołdry, otworzył oczy. Nie było obok niego Aśki, nie skończył w jej ustach, tylko na prześcieradle, a źródłem „pipania” był budzik. O kurwa! – pomyślał, a zaraz potem powiedział głośno:
- O kurwa, kurwa, kurwa!
Westchnął i zaczął wstawać z łóżka.

*

Dzień wlókł się okropnie. Wojtek stał za ladą sklepu, w którym pracował, i ziewał przeciągle raz po raz. Miał już serdecznie dosyć sprzedawania telewizorów i magnetowidów, ale było to jedyne źródło jakichkolwiek pieniędzy, więc pojawiał się codziennie w sklepie o dziewiątej rano, przeklinając w myślach ewentualnych klientów już kiedy otwierał drzwi, i wychodził do domu po piątej, ciesząc się, jak dziecko z odzyskanej wolności.
Pracę w sklepie złapał zaraz po skończeniu liceum i na samym początku był z niej bardzo zadowolony. Wreszcie robił coś samodzielnie i miał okazję popisać się swoją wiedzą. W pierwszych tygodniach pracy onieśmielał klientów znajomością sprzętu. Nierzadko wtedy, z miną proroka obwieszczającego jakąś szczególnie paskudną przepowiednię, opowiadał o zaletach dwudziestoośmiocalowego telewizora, czy nowego zestawu kina domowego. Był przekonywujący, więc obroty sklepu wzrosły znacząco. Szef go polubił, ale zachowywał w stosunku do niego dystans, jakby Wojtek był ograniczonym umysłowo dzieckiem, które, co prawda wykonuje jakąś tam robotę, ale rozmowa z nim jest przecież zwykłą stratą czasu. Kiedy Wojtek uświadomił sobie ten fakt, stwierdził, że tak naprawdę nie bardzo go to wszystko interesuje i zaczął wykonywać swoje obowiązki bez żadnego polotu, ot zwykła robota za marne pieniądze. Obroty spadły do poziomu sprzed zatrudnienia chłopaka, a szef stał się jeszcze bardziej nieznośny, ale nie odważył się go zwolnić. Wojtek dobrze wiedział, że jego wiedza na temat sprzętu jest ogromna i trudno byłoby znaleźć kogoś równie dobrego na jego miejsce. Przychodził więc przez pięć dni w tygodniu do sklepu licząc na to, że może szef doceni to wreszcie i zacznie traktować normalnie, albo chociaż na zachętę zaproponuje podwyżkę. W głębi duszy Wojtek był wyjątkowo naiwny.
Dochodziła dwunasta. Jeszcze pięć godzin, cholera! – pomyślał, odwracając wzrok od plastikowego ściennego zegara. Klienci jak na złość omijali dziś sklep, więc czas wlókł się okropnie. Szef pojechał gdzieś o dziewiątej i zapowiedział powrót na drugą. Co można robić w pustym sklepie z telewizorami?
Oczywiście nie wolno oglądać telewizji (szef zabronił mu tego już pięć minut po podpisaniu umowy), nie wolno siedzieć na ladzie, ani za ladą („Sprzedawca zawsze powinien stać wyprostowany; siedzieć w sklepie jest niegrzecznie” – wyrecytował kiedyś ten stary, łysiejący idiota), nie wolno wreszcie czytać niczego, poza folderami reklamowymi i instrukcjami obsługi („Z instrukcji obsługi dowiadujemy się wiele pożytecznych informacji, które później należy przekazać klientowi.”).
Wojtek zrobił w myślach listę rzeczy, których wykonanie mogłoby zabić jakoś nudę. Postanowił po raz trzeci dzisiejszego dnia wymyć podłogę. Kiedy skończył, spojrzał na zegarek: upłynęło ledwie piętnaście minut.
- Cholera! – powiedział głośno i stanął za ladą akurat wtedy, gdy drzwi sklepu otworzyły się. Wojtek nawet nie podniósł głowy. Bujaj się frajerze!
Klient od progu spytał, czy dostanie tutaj odtwarzacz DVD. Wojtek, wciąż nawet na niego nie patrząc, obojętnie odparł, że tak, oczywiście. Zachęcony facet zbliżył się do lady.
- Mamy tutaj bardzo ciekawy model. Proszę spojrzeć, wyjątkowa stylistyka przedniego panelu – monotonie zaczął Wojtek, ściągając odtwarzacz z półki. – Odczytuje pliki mp3, VCD, kilka jeszcze innych formatów no i oczywiście DVD. Dźwięk w systemie sorround 5.1 – recytował, patrząc wysoko ponad głową faceta.
- A jak się to podłącza do telewizora? – spytał wolno klient.
- Przez kabel z eurozłączem – powiedział Wojtek tonem, którym mógłby wygłaszać kazania dla nie słyszących.
- Aha.
- Właśnie. I proszę zauważyć, jak lekki jest ten odtwarzacz – podniósł plastikową skrzynkę w obu dłoniach i mocno potrząsnął nią na wysokości oczu faceta. Coś zastukało w środku – Bardzo łatwo przenieść go z miejsca na miejsce.
- No! – odparł klient entuzjastycznie, jakby odtwarzacze DVD kupowało się po to, żeby chodzić z nimi pod pachą.
Wojtek popatrzył wreszcie na niego. Mężczyzna miał około trzydziestu lat. Jego spojrzenie zdawało się wyrażać zachwyt nie zależnie od tego, na co padło. Ubrany był w fioletowy, lśniący dres, przez którego środek z góry na dół biegło pięć rzędów białych pasków, każdy gruby na centymetr. Włosy obciął na jeża, twarz ogolił na gładko i przesuwał przed sobą pokaźnych rozmiarów brzuch. Jezu! – jęknął w myślach Wojtek, który nosił tylko skórę, dżins i bawełniane, czarne podkoszulki.
- Więc jak, decyduje się pan? – spytał powoli, cedząc słowa.
- Co?
- Pytam, czy mam zapakować panu ten odtwarzacz?
- Po co pakować? – szczerze zdziwiony odparł facet. Nawet zamrugał oczyma.
- Żeby mógł go pan zanieść do domu. Życzy pan sobie?
- Nie rozumiem, o co panu chodzi?
- Panie, kupujesz pan ten odtwarzacz, czy nie?! – wrzasnął Wojtek, który właśnie stracił resztki cierpliwości.
Facet zmieszał się i w jednej chwili zarumienił tak bardzo, że kolor jego twarzy idealnie odpowiadał fioletowi dresu. Wiercąc wzorkiem dziurę w podłodze odparł pod nosem:
- Nie, ja tylko tak przyszedłem dzisiaj… no wie pan…
- Po co pan przyszedł? – niby grzecznie spytał Wojtek.
Telefon w kieszeni jego spodni zawibrował dwukrotnie, ogłaszając odebranie wiadomości tekstowej.
- No wie pan… pooglądać dziś przyszedłem, nie kupić… wie pan.
- Aha – powiedział Wojtek i zamilkł, w myślach wyrzucając faceta za drzwi solidnym kopem.
Klient stał przy ladzie jeszcze z pięć minut, nieustannie lustrując wzrokiem podłogę, odtwarzacz i Wojtka od szyi w dół (jakoś dziwnie nie miał odwagi spojrzeć mu w oczy), po czym rzucił krótkie „do widzenia” i szybko wyszedł ze sklepu. Przez szybę wystawy Wojtek widział, jak wsiada do wściekle różowego fiata 126p, z ogromnym spojlerem na klapie silnika i odjeżdża w kierunku centrum miasta. Pokręcił z politowaniem głową. Świat pełen jest idiotów – myślał, wychodząc przed sklep na papierosa.
Wiadomość była od Marka. Przyjaciel zapraszał jego i Aśkę dziś wieczorem do knajpy na kilka piw. Miał być jeszcze Grzesiek z Moniką – starzy znajomi. Zaciągając się głęboko, szybko odpisał, że będzie na pewno, schował komórkę do kieszeni spodni i oparł się o mur.
Wiosenne słońce ogrzewało nieśmiało powietrze; czuć było ten przyjemny zapach świata budzącego się do życia z zimowego snu. Sklep, w którym pracował, położony był blisko centrum miasta, więc o tej porze dnia przewijały się przed nim tłumy ludzi. Wojtek prześlizgiwał po nich wzrokiem, raz po raz zatrzymując spojrzenie na jakiejś zgrabniejszej kobiecie. Musiał wyglądać przy tym wyjątkowo głupawo, bo kilka dziewczyn popatrzyło na niego tak, jak można spojrzeć na faceta spacerującego wieczorem po parku w obszernym prochowcu, spod którego wystają nagie, owłosione łydki.
Wojtek nie miał na sobie prochowca, a jego łydki otaczały nogawki granatowych dżinsów. Delikatny wiaterek targał poły flanelowej koszuli, którą włożył dziś rano na czarny podkoszulek. Opierając się lewym barkiem o mur, wcale nie wyglądał na swoje metr dziewięćdziesiąt wysokości i jakieś osiemdziesiąt kilogramów wagi. Powolnym ruchem zbliżył dłoń z papierosem do ust. Nie golił się już od dwóch tygodni, w związku z czym jego twarz okalał średniej długości, czarny zarost. Wyglądał przez niego bardzo pijacko, zwłaszcza z papierosem krzywo zwisającym z kącika ust i ciemnobrązowymi włosami do ramion, którymi bawił się teraz wiatr, ale Aśce się podobał, więc nie było potrzeb niczego zmieniać. Zresztą może właśnie przez ten jego nie-cukierkowy wygląd, Bestia, jak czasem pieszczotliwie nazywał swoją dziewczynę, była z nim już pół roku.
Tak naprawdę, to cholera wie dlaczego ona z tobą jest, stary, pomyślał, znowu zaciągając się głęboko. Nie zależy jej na seksie, nie jesteś genialnie przystojny i nie podcierasz się stuzłotowymi banknotami, a Bestia pomimo tego wciąż z tobą jest. A ty nie masz nawet bladego pojęcia, co ona sobie o tym wszystkim myśli.
Postanowił przy najbliższej okazji porozmawiać z Aśką na temat ich związku czy cokolwiek to jest. Może nawet dzisiaj wieczorem.
- Ulotka! – głośno powiedziała kobieta, która niepostrzeżenie stanęła przed nim.
Wojtek podskoczył wystraszony, podniósł wzrok i aż zamrugał powiekami ze zdziwienia. Stała przed nim najprawdziwsza zakonnica, w czarnym, długim do kostek, habicie. W wyciągniętej dłoni trzymała prostokątny kawałek papieru. Uśmiechała się, ale raczej smutno, jakby czegoś żałowała. W jej oczach odbijała się troska i zakłopotanie. Jak zahipnotyzowany, Wojtek wziął ulotkę.
Była rozmiarów pocztówki. Na białym tle u samej góry kartki widniał niebieski, wypośrodkowany napis:
ALKOHOL ZABIJA

Rysunek pod hasłem przedstawiał przechyloną nad trumną z uchylonym wiekiem butelkę wódki, przekreśloną krwistoczerwonym iksem. Przy dolnej krawędzi kartonika wydrukowane były numery telefonów ośrodka odwykowego i konta bankowego jednego z kościołów.
Jasne że zabija, jak się go wylewa na trupa, pomyślał Wojtek. Chciał powtórzyć to zakonnicy, ale kiedy podniósł wzrok znad ulotki, nie spostrzegł jej już przed sobą. Spojrzał w prawo, a potem w lewo, nawet stanął troszkę na placach i patrzył ponad głowami przechodniów, ale nigdzie nie dostrzegł czarnego habitu. Wreszcie wzruszył ramionami, przydeptał niedopałek trampkiem i wrócił do sklepu.
Podłoga wyschła już zupełnie. Wojtek z radością odnotował fakt, że dochodzi pierwsza i wygodnie klapnął sobie na ladzie. Zaczął przeglądać folder reklamowy producenta telewizorów. Prawie zdążył wyobrazić sobie minę swojego szefa, gdyby rzucił mu kiedyś kupę pieniędzy na ladę i powiedział, żeby specjalnie dla niego zamówił 58 calową plazmę, kiedy drzwi do sklepu otworzyły się nagle. Zanim Wojtek zeskoczył z lady i spojrzał w ich stronę, dobiegł go donośny bas.
- Powtarzałem tyle razy, że nie wolno siedzieć na ladzie! – wydarł się szef od progu. – W domu też się tak zachowujesz?!
Wystraszony wrzaskiem Wojtek zaczął zastanawiać się, o jakie zachowanie w domu chodzi temu idiocie, nie przypominał sobie bowiem, żeby miał w mieszkaniu ladę. Stwierdził że staremu musiało się coś pomieszać i odparł, że nie.
- No to co takiego jest w miejscu pracy, że przychodząc do niego zachowujesz się gorzej niż w domu?
Wojtek wciąż nie rozumiał, jaki związek z siedzeniem na ladzie ma jego zachowanie poza tym cholernym sklepem, ale asekuracyjnie powiedział:
- Nie wiem, psze pana, ale przepraszam.
- Tak, co ty w ogóle wiesz? – szef obojętnie machnął ręką i zamarł nagle, nie wypowiadając do końca ostatniego „sz”.
Stał wyprostowany, nie odzywając się i nie ruszając z miejsca, jak robot, którego ktoś nagle wyłączył. Wojtek przyzwyczaił się już do tych nagłych ataków bezruchu. Zastanawiał się nawet, czy zdążyłby kiedyś kopnąć starego w jego cztery litery, wykorzystując jeden z nich. Po chwili szef mrugnął powiekami. Reset, wesoło pomyślał Wojtek.
- Idź do samochodu, przywiozłem towar. I nie wolno przesiadywać na ladzie, zrozumiano?
- Tak – opowiedział chłopak i wyszedł ze sklepu.

Dostawczy ford transit szefa wyładowany był kartonami ze sprzętem RTV pod sam sufit. Tylko przeniesienie tego wszystkiego na zaplecze sklepu zajęło Wojtkowi bite trzy godziny. Był mokry od potu, chociaż temperatura na zewnątrz nie przekraczała dwudziestu stopni. Ściągnął koszulę i przewiązał ją sobie w pasie, ale szef nie omieszkał skomentować jego „debilnej mody”, więc ostatecznie flanelowa koszula zawisła na haku w niedużym magazynie, do którego zziajany chłopak znosił pudła.
Kiedy przeniósł już wszystko, szef wymyślił, żeby wprowadził towar do magazynu, co było o tyle dziwne, że zawsze robił to właściciel. Tym razem jednak Wojtek doskonale zrozumiał, o co chodziło staremu – ruch był naprawdę niewielki, a on wolał siedzieć za ladą i czytać dziennik, niż w zakurzonym magazynie wklepywać fakturę do komputera.
Sklep zamknięto punktualnie o siedemnastej. Wojtkowi jakimś cudem udało się zrobić wszystko, co zlecił szef. Kiedy na odchodnym chłopak powiedział do niego „do widzenia”, ten odwrócił się do niego powoli i chłodno odparł:
- Żegnaj.
Wojtek zmrużył oczy.
- Spieprzaj - zrymował cicho, kiedy stary znalazł się poza zasięgiem jego głosu, i powlókł się do domu.

*

Wiosenne słońce chyliło się ku zachodowi, pieszcząc ulice miasta ostatnimi czerwonymi promieniami. Niebo było bezchmurne i wszystko wskazywało na to, że dzisiejsza noc będzie pierwszą naprawdę ciepłą w tym roku.
Wojtek szedł nieśpiesznie do Marka. Z każdym krokiem metalowe sprzączki jego skórzanej kurtki uderzały o siebie dźwięcznie. Ulice pustoszały, coraz mniej jeździło samochodów, przechodniów nie było już wcale. Miasta takie, jak to, wydają się zasypiać zaraz po zachodzie słońca, albo nawet tuż przed nim.
Jakieś dwadzieścia metrów przed sobą Wojtek zauważył siedzącego pod murem żebraka. W skrzyżowanych na podołku dłoniach trzymał odwróconą do góry zniszczoną czapkę. Kiedy chłopak mijał go zobaczył, że w czapce leży kilka monet, zużyta guma do żucia i zasmarkana chusteczka do nosa.
Ludzie dzielą się, czym mogą, cynicznie skomentował w myślach, powoli przechodząc przed biedakiem. Po chwili zrobiło się mu go żal, więc zawrócił i stanął przed nim, szukając w kieszeni drobnych.
Żebrak śmierdział wódką, potem i moczem. Pod ceglanym murem domu wyglądał, jak sflaczała dmuchana lalka, z której uszła połowa powietrza. Zwiesił głowę, okrytą ubrudzony kapturem, na piersi tak nisko, że nie sposób było dostrzec rysów jego twarzy. Monotonnie mamrotał coś pod nosem.
Wojtek znalazł złotówkę i wrzucił ją do czapki. Żebrak skinął głową i zaczął mamrotać nieco głośniej. Z początku brzmiało to, jak szybko wymawiał dwa słowa: „rogu-robu”, ale kiedy chłopak wytężył słuch i pochylił się lekko, zbliżając twarz do żebraka, wyraźnie zrozumiał „progu-grobu”. Uśmiechnął się pod nosem i już miał odejść w stronę domu Marka, kiedy biedak wstał szybko, mocno chwycił go za łokieć i zwróciwszy na niego swoją twarz (o dziwo nadzwyczaj czystą i łagodną, ale jakoś dziwnie smutną), krzyknął na całe gardło:
- Nie przekraczaj! – po czym ruszył pędem w dół ulicy opustoszałej ulicy i znikł za rogiem.
Wojtek stał przez chwilę zdumiony, mrugając niecierpliwie powiekami. Wreszcie wyciągnął z pudełka papierosa, zaciągnął się głęboko i kiedy poczuł, jak nikotynowy dym przyćmiewa lekko jego wystraszony umysł, bez słowa ruszył w swoją stronę.

*

Szarość okryła już świat dookoła, kiedy dotarł do ogrodzenia okalającego dom rodziców Marka. Miękko wcisnął przycisk domofonu.
- No? – usłyszał po kilku sekundach.
- To ja.
- Wchodź.
Elektromagnes zamka zabzyczał, ożywiony prądem, i Wojtek mocno pchnął bramkę. Jego przyjaciel stał już w otwartych drzwiach wejściowych.
Marek był średniego wzrostu szczupłym blondynem z włosami do połowy pleców, które od czasu do czasu splatał, nie wiedzieć dlaczego, w gruby warkocz. Nierzadko było to przyczyną śmiesznych sytuacji, kiedy jakiś facet, patrząc na niego od tyłu, podchodził i pytał, czy napije się z nim piwa, myśląc, że oto ma przed sobą niezłą blondynkę. Marek odwracał się wtedy szybko i udawanym grubym basem odpowiadał, że niestety nie jest pedałem, ale dziękuje. Niedoszły amant wytrzeszczał oczy i zwykle znikał zmieszany, a wszyscy ich znajomi pokładli się ze śmiechu.
Marek bywał zazwyczaj bardzo roztargniony i wiecznie o czymś zapominał. W chwilach największego podenerwowania lub skupienia namiętnie i zupełnie nieświadomie obgryzał paznokcie, co tak wkurzało Wojtka, że uderzał go wtedy w co popadło. Natomiast po kilku piwach ten szczupły, trochę nerwowy blondyn stawał się duszą towarzystwa: śpiewał harcerskie piosenki z własnymi pijackimi tekstami, wybuchał nagle śmiechem z jakieś zupełnie nie śmiesznej rzeczy, czy rozmowy, a kiedy wypił za dużo, wpadał na żywopłoty i ściany, i nieustannie potykał się o coś na zupełnie płaskim podłożu.
Wojtek poznał go jeszcze w podstawówce, ale przyjaźnić zaczęli się dopiero w połowie szkoły średniej. Mogli na sobie polegać – naturalnie tylko w pewnych sytuacjach, ale i tak prawie się nie kłócili. W ramach sympatii zawarli nawet między sobą układ, który dotyczył dziewczyn: każdy z przyjaciół zobowiązywał się, że nie będzie miał nic przeciwko temu, żeby drugi spotykał się z jego byłą. Dlatego właśnie Wojtek zakręcił się koło Aśki, kiedy ona zerwała z Markiem.
Wojtek rozsiadł się na kanapie w pokoju.
- Napijesz się czegoś? – spytał Marek.
- Kawy.
- Ok. Jestem w domu sam, starzy gdzieś wyszli. Już do ciebie przyjdę tylko się przebiorę – powiedział i znikł za drzwiami.
Wojtek lustrował płytotekę przyjaciela. Zdecydował się na Closterkellera i już po chwili z sześćdziesięciowatowych kolumn popłynął „Graphite”. Marek wszedł do pokoju. Był ubrany w oliwkowe sztruksy i czarny sweter. Włosy spiął tym razem w bezpiecznego kucyka.
- Z Grześkiem i Moniką umówieni jesteśmy w knajpie. Aśka będzie?
- Mamy spotkać się w środku. Stary, jakiego dziwaka spotkałem po drodze – zaczął Wojtek.
- Poczekaj. Napijesz się czegoś?
- Miałeś zrobić mi kawy.
- A tak, racja, zapomniałem – szybko odparł zdziwiony szczerze Marek i prawie wybiegł z pokoju.
Wrócił po chwili z parującym kubkiem. Wojtek zapomniał o żebraku, ale za to opowiedział o dniu w pracy, dziwnej ulotce i sklął szefa, cały czas drobnymi łyczkami siorbiąc kawę. Kiedy skończył, wyszli do knajpy.
Niebo było bezchmurne, delikatny wiaterek owiewał ich twarze. Mimo nadejścia nocy nadal było ciepło. Po drodze z ożywieniem rozmawiali o dzisiejszym wieczorze. Obu cieszyła perspektywa spotkania ze znajomymi. Oczywiście żaden z nich nawet przypuszczał jeszcze, że przed świtem obaj będą martwi. Spóźnieni nieco dotarli wreszcie do ciężkich drzwi knajpy. Bez wahania przekroczyli ich próg, beznamiętnie spoglądając po raz tysięczny na wymalowaną na murze nazwę baru. Stylizowanymi na gotyk literami na murze napisany był tylko jeden wyraz:
GRÓB

Knajpa mieściła się w piwnicy ogromnej starej kamienicy. Po bokach prostokątnego pomieszczenia, na którego środku wymurowano owalny, ceglany bar, znajdowały się małe, kwadratowe pomieszczenia, nazywane powszechnie kwaterami. Wilgotne i zimne ściany, razem z naturalnymi pajęczynami i świecami oblepionymi łzami zastygłej dawno parafiny, które tylko nieznacznie rozświetlały mrok, sprawiały, że w kwaterach panował iście grobowy klimat. Ogromne pomieszczenie z barem urządzono w stylu domu pogrzebowego: okrągłe wieńce sztucznych kwiatów z szerokimi fioletowymi wstęgami stały oparte między barowymi krzesłami, a przy ścianach, na wysokich świecznikach paliły się grube, żółte świece. Obsługa ubrana była w czarne spodnie z lampasami i dwurzędowe marynarki takiego samego koloru. Nosiła czarne rogatywki z lśniącym daszkiem i wykończeniami w kolorze lampasów, zaś piwo podawała w białych rękawiczkach, ze smutną miną na twarzy. Nad barem wisiał wielki prostokątny kawałek marmuru, na którym właściciel knajpy ponoć własnoręcznie wyrył napis:
PŁAĆ OD RAZU – MOŻESZ UMRZEĆ W KAŻDEJ CHWILI

Pod ścianami walały się połamane łopaty, kilofy i drewniane, zbutwiałe już krzyże. Stoliki wymurowano z cegieł. Przykrywały je zimne, marmurowe płyty, siedziało się na wiekach ułożonych przy stolikach trumien. Najbardziej zadziwiającą rzeczą w knajpie był brak posadzki na podłodze. Klienci stąpali po prostu po nagiej, wydeptanej ziemi. Kiedy na zewnątrz padał deszcz, „Grób” wypełniał się zapachem wilgotnej gleby, zamieszanym z wonią parafiny i dusznym, stęchłym powietrzem – zupełnie, jak w prawdziwym grobowcu.
Pomimo wczesnej pory, mroczne wnętrza „Grobu” pełne były papierosowego dymu, pomieszanego ze śmiechem, głosami klientów i ostrą, gitarową muzyką. Specyficzna atmosfera tej knajpy przyciągała każdego wieczora mnóstwo ludzi. Przeważali wśród nich długowłosi mężczyźni w skórzanych kurtkach, ale przychodziły też wyzywająco ubrane kobiety, z mocnym makijażem, głębokimi dekoltami bluzek i kolczykami w najdziwniejszych miejscach ciała.
Wojtek dostrzegł dwie takie przy barze i odruchowo trącił łokciem Marka.
- Niezłe. Ale uważaj na twoją Aśkę. O, tam siedzi Grzesiek z Moniką.
Ruszyli w stronę jednej z kwater. W jej półmroku siedziała para, całująca się namiętnie. Wojtek wszedł do pomieszczenia przez dziurę w ceglanym murze i wrzasnął ile miał tchu w płucach:
- No co jest gołąbeczki?
Dwie twarze nagle oderwały się od siebie i zwróciły przerażone oczy w jego stronę. Ich właściciele prawie spadli przy tym z trumny.
- Matko boska, aleś mnie wystraszył, Wojtek.
- Właśnie. Prawie odgryzłaś mi język – powiedział Grzesiek z grymasem na twarzy, podając dłoń na powitanie.
Marek ruszył do baru po piwo, a jego przyjaciel rozsiadł się na wieku trumny i zapalił papierosa, przysuwając sobie ceramiczną popielniczkę.
- Nie widzieliście Aśki? – spytał.
- Dzisiaj nie, a miała tu być?
- Umawialiśmy się przez telefon na ósmą. Jest piętnaście po.
- Poczekaj jeszcze kwadrans, a jak nie przyjdzie, to idź do domu – zażartował Grzesiek i znowu zaczął całować Monikę.
Wojtek siedział i patrzył na obściskującą się parę przed nim. Coraz bardziej denerwowały go takie sytuacje. Między innymi dlatego, że Aśka nigdy nie całowała go tak namiętnie w towarzystwie. Uważała to za obrzydliwe, a Wojtek milczał, kiedy poruszała ten temat, bo dobrze wiedział, że być może jest to obrzydliwe, ale przede wszystkim bardzo podniecające. Nigdy jej tego nie powiedział i miał wrażenie, że nawet gdyby to zrobił, i tak nic by się nie zmieniło – Bestia dalej zachowywałaby się po swojemu, czyli spóźniała się na spotkania i była oschła w okazywaniu uczuć. Przypomniał sobie dzisiejszy sen. Uśmiech mimowolnie zapłonął na jego twarzy i zgasł nagle, gdy Wojtek uświadomił sobie, jak bardzo naiwne było to marzenie. Był coraz bardziej poirytowany. Grześkiem obmacującym Monikę metr przed nim, spóźniającą się Aśką, nawet tym, że Marek nie przyszedł jeszcze z piwem.
- Może byście przestali na chwilę, co? Obrzydliwe się to robi! – powiedział ostro.
Grzesiek spojrzał na niego, nie przerywając pocałunku. Po chwili zdjął swoje ramię z szyi Moniki, przykrył jej dłoń swoją i zwrócił pytającą twarz w stronę Wojtka.
- Zaraz przyjdzie, pewnie coś jej wypadło. O co się wkurzasz? – powiedział spokojnie.
Te słowa podziałały na Wojtka, jak płachta na byka. Najbardziej ze wszystkich rzeczy na świecie nienawidził, kiedy ktoś odgadywał stan jego ducha, a Grzesiek niestety zawsze robił to bezbłędnie. W myślach ułożył już sobie ripostę („A co cię to, kurwa, obchodzi?!”), ale nic nie powiedział, tylko odpalił następnego papierosa od niedopałka, który zwisał mu z ust, i popatrzył w stronę baru.
Zobaczył Marka, który z dwoma szklankami piwa w dłoniach rozmawiał z jakąś dziewczyną, odwróconą do Wojtka tyłem. Jej nogi okrywały czarne spodnie, świetnie zresztą opinające uda i pośladki, które odsłaniał, kończący się w pasie, również czarny, sweterek. Burza drobnych blond loków spływała prawie do połowy pleców.
Wojtek zaczął się zastanawiać, kim jest rozmówczyni Marka i dlaczego, do ciężkiej cholery, nie rozmawia z nim, kiedy przyjaciel ruchem ręki wskazał blondynce kwaterę, w której siedział. Dziewczyna obróciła twarz w tę stronę.
O kurwa! – pomyślał Wojtek, kiedy rozpoznał w niej Aśkę. Bestia uśmiechnęła się do niego wesoło, pomachała ręką i ruszyła za Markiem.
- Cześć! – powiedziała wchodząc do kwatery.
Wszyscy odpowiedzieli na jej powitanie, tylko Wojtek nie zdołał wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Zafascynowany patrzył na swoją dziewczynę.
Aśka pomalowała oczy delikatnym niebieskim cieniem, rzęsy podkręciła czarnym tuszem, a usta skąpała w krwistej czerwieni. Pod czarny sweterek włożyła obcisła popielatą bluzeczkę. Wojtek zauważył, że musiała ubrać push-up, bo jej i tak duże piersi, uniesione były teraz dumnie i na ich widok pewna część ciała chłopaka zaczęła powoli budzić się ze snu.
- Co mu się stało? – ze śmiechem zapytała Bestia, wskazując ruchem głowy na Wojtka.
- Dostał zawału, na twój widok – orzekł Marek. – Cholera, ledwo dopchałem się do baru, taka kolejka.
- Cześć – cicho wymamrotał wreszcie Wojtek. Wciąż wpatrywał się w Aśkę, jak zahipnotyzowany. Wreszcie monotonnie zapytał: – Co ci się stało?
- Przepraszam. Jakiś frajer w fioletowym dresie zastawił mnie swoim „maluchem” na parkingu przed sklepem i musiałam czekać pół godziny, zanim wreszcie łaskawie przyszedł i odjechał.
- Nieważne. Co ci się stało, że tak wyglądasz? – szybko spytał Wojtek, który widywał ją tylko w dżinsach i naciągniętych, wiekowych swetrach, bez śladu makijażu na twarzy.
- Nie podoba się? To trudno – odpowiedziała i zapaliła papierosa, odwracając wzrok.
- Podoba się. Bardzo nawet. Tylko nie spodziewałem się… znaczy się, że możesz tak wyglądać… znaczy się bardzo ładnie tylko… - zaczął tłumaczyć się Wojtek.
- Napij się lepiej piwa kochanie – prawie słodko powiedziała Bestia.
Oniemiały poszedł z jej radą i sięgnął po szklankę.

Siedzieli w „Grobie” już dobre trzy godziny. Wojtek głośno śmiał się razem ze wszystkimi, popijając powoli zimne piwo. Grzesiek przestał obściskiwać się z Moniką i oboje zawzięcie dyskutowali z resztą towarzystwa na każdy poruszony temat. Rozmawiali o wakacjach (planowali wspólny wyjazd w góry), o filmach (Grzesiek od dziecka był zapalonym telemaniakiem), o kobietach (bo Monika z Aśką zaczęły gadać o wyższości tamponów nad podpaskami) i o facetach („Wszyscy są beznadziejni, oprócz nas i mnie w szczególności” stwierdził, wesoły już, Marek).
Ściany kwatery odbijały dźwięcznie ich wybuchy śmiechu, a stolik zapełniał się pustymi szklankami po piwie i soku pomarańczowym, którym, jako jedyny kierowca w towarzystwie, raczyła się Aśka. W międzyczasie tłum w „Grobie” zgęstniał wyraźnie i jakaś para zaczęła tańczyć na środku sali z barem. Szło im to niezbyt dobrze, bo oboje byli kompletnie pijani, ale po kilku minutach dołączyli do nich inni. Wkrótce, w rytm „Old L.A. tonight” Osbourne’a, na klepisku obmacywało się coraz więcej ludzi i Wojtek, spoglądając na nich, dostrzegł przy jednej ze ścian dwie dziewczyny, które zauważył wcześniej przy barze. Obejmowały się mocno i całowały ze sobą lubieżnie. Chłopak wyciągnął dłoń w kierunku Aśki.
- Chodź mała.
- Pszeciesz ty nie umiesz tajczyć – z końca stołu zaoponował wyraźnie podpity już Marek. – Połamież jej nogi i bendzie czeba wzywać strażaków.
Spojrzeli na niego zdziwieni.
- Znaczy się lekasza, chciałem powiedzieć – szybko poprawił Marek i roześmiał się szaleńczo, prawie spadając przy tym z wieka trumny.
- Nie mów do mnie „mała” – odpowiedziała Aśka, ale podała rękę Wojtkowi i po chwili oboje bujali się zupełnie nie do rytmu, bo żadne z nich nie potrafiło go znaleźć.
Wojtek obejmował ją delikatnie w pasie i, zwiesiwszy głowę, zamknął oczy. Od czasu do czasu przydeptywał jej stopy, ale Bestia nie protestowała. Przytuliła się tylko mocniej i próbowała nadać ruchom jego ciała jakikolwiek schemat. Przy drugim kawałku zrezygnowała z tego i tylko uważała na obute ciężkimi glanami stopy chłopaka.
Tymczasem Wojtek przypomniał sobie dzisiejszy sen. W jego nasączonym piwem mózgu wykrystalizowała się myśl o tym, żeby pocałować Aśkę tu i teraz. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, podniósł głowę i zrobił to. Bestia zatrzymała się w pół kroku. Zdecydowanym ruchem oderwała usta od Wojtka.
- Co ty wyrabiasz?!
- Chciałem tylko cię pocałować. Chyba mogę, nie? – odpowiedział trochę zaczepnie z powodu alkoholu krążącego w jego żyłach.
Aśce nie spodobał się ten ton. Wyraźnie czuła w jego oddechu odór trawionego piwa. Niewiele myśląc, wypaliła:
- Ale ja nie wypiłam jeszcze tyle, żeby mieć na to ochotę!
Wojtek zdębiał. Niewielka część jego umysłu mówiła mu, że powinien załagodzić sytuację i obrócić wszystko w żart, ale ta większa krzyczała, żeby nawet tego nie próbował i wreszcie powiedział Aśce, co sądzi o jej humorach, o tym, że go nie całuje i że się spóźnia. I koniecznie zapytać, co ona myśli o naszym związku, przypomniał sobie nagle.
- Cholera, musisz być zawsze taka zimna? Przecież chodzi o jednego, głupiego buziaka!
- Chodzi o coś więcej niż tylko o buziaka! Chodzi o moją godność!! – wywrzeszczała w odpowiedzi, chociaż sama nie do końca wiedziała, co miała na myśli, mieszając w to wszystko pojęcie godności.
- Co?! Jaką godność, do cholery, o czym ty mówisz, wariatko?! – rzucił Wojtek i zamarł, bo nagle uświadomił sobie, że pierwszy raz w życiu zwraca się tak do dziewczyny. Pierwszy i ostatni raz w życiu, jak miało się wkrótce okazać.
Tymczasem ludzie przestali tańczyć i odsunęli się od miejsca, w którym powoli zaczynała szaleć furia. Zaciekawione twarze zwróciły się w kierunku kłócącej się pary; niecierpliwie czekały na rozwój wypadków. Na razie na placu boju panował bezruch. Wojtek wciąż zastanawiał się, jakim cudem mógł nazwać Aśkę wariatką, ale dziewczyna myślała nie tyle o obeldze, co o tonie jego głosu i ukrytym znaczeniu słów.
„On powiedział, że nie masz godności” – szepnął jakiś głos wprost do jej ucha. Po chwili bardziej natarczywie i znacząco dodał: „Czyli uważa cię za szmatę.”. Aśka otworzyła oczy szeroko. Wiedziała już, co powinna teraz zrobić. Rozwarła palce obu dłoni, czerwone paznokcie błysnęły w świetle świec. Chciała rzucić się na Wojtka i podrapać mu twarz do kości. Zedrzeć tę nieogoloną maskę, która przed chwilą powiedziała, że uważa ją za szmatę; ściągnąć ją z czaszki, jak jeden wielki skalp i wykrzyczeć zakrwawionej głowie ze strzępami skóry zwisającymi jeszcze przy uszach, żeby nie śmiał odzywać się do niej w taki sposób, i że to koniec między nimi.
Wojtek patrzył na Aśkę coraz bardziej przerażony. Jądra niemalże boleśnie przywarły mu do podbrzusza. Widywał ją już zdenerwowaną, nawet wściekłą, ale w żadnym z tych stanów nie wyglądała tak, jak teraz. Mocno wyprostowała palce, minimalnie zakrzywiając opuszki tak, że jej krwistoczerwone paznokcie jak gdyby odrobinę wysunęły się z kości dłoni. Całe jej ciało wydawało się drżeć z podniecenia. Aśka zgarbiła delikatnie plecy, chowając głowę w ramionach. Wyglądała jak kocica, szykująca się do ataku. Kiedy Wojtek spojrzał na jej twarz, jądra prawie wcisnęły się mu z powrotem do brzucha. Pod powiekami z czarną krawędzią rzęs nie było zielonkawych oczu dziewczyny. Zastąpiły je czarne jak węgiel, gałki oczne z niebieskimi, jakby roziskrzonymi, owalami źrenic. W przeogromnym uśmiechu widać było wszystkie zęby Aśki, teraz jakby dłuższe i bardziej spiczaste. Bestia ruszyła na niego.
Widziała wszystko bardzo dobrze, nawet trochę wyraźniej niż zwykle. Zamierzała naprawdę rozszarpać tego chama, który nazwał ją szmatą, a jeśli nie rozszarpać, to przynajmniej podrapać mu twarz do krwi. Może nawet wbić paznokieć pod powiekę i głębiej, w miękką i śliską gałkę oka. Na razie zbliżała się do niego powoli, napięta do granic możliwości. Żaden z klientów nie poruszył się, Wojtek też nawet nie drgnął. Wreszcie znalazła się tak blisko, że czuła wyraźnie jego szybki oddech przesycony wonią piwa i strachu. Naprężyła mięśnie przedramienia zakończonego pięcioma sierpami paznokci. Już miała podnieść je nad głowę i szybkim ruchem wbić w nieogolony policzek Wojtka, kiedy wyczuła, że ktoś wpatruje się w nią natarczywie, intensywnie. Spojrzała w tamtą stronę.
Daleko przy barze stał wysoki mężczyzna w czarnych spodniach odprasowanych na kant i czarnej marynarce narzuconej na golf w takim samym kolorze. Pożerał ją wzrokiem. Jego spojrzenie było smutne, ale twarde i zdecydowane; wydawało się wysysać z Bestii całą złość. Po chwili mężczyzna odwrócił się i ruszył do wyjścia.
Aśka odprowadziła go spokojnym spojrzeniem zielonkawych oczu, a potem popatrzyła na Wojtka obojętnie i wyszła z „Grobu” bez słowa.
Chłopak wrócił smętnie do kwatery i opowiedział znajomym o rozmowie z Aśką, unikając opisywania wyglądu dziewczyny, bo kiedy wyszła, jej zmiany wydały się mu tylko przywidzeniem. Monika i Grzesiek zaczęli go pocieszać, a Marek wybuchł śmiechem i po dziesięciu minutach ni z tego ni z owego wykrzyknął:
- To dlatego, że z nią tajczyłeś! – po czym odpłynął w stronę baru po piwo.
Kłótnia z Bestią wprawiła Wojtka w podły nastrój. Stracił ochotę na siedzenie w dusznej i zadymionej knajpie. Prawdę mówiąc, nie chciał też towarzystwa szczęśliwego Grześka i jego napalonej dziewczyny. Chciał za to, bardzo chciał, po prostu upić się dziś. Postanowił wyciągnąć Marka z knajpy i w drodze do domu wypić z nim butelkę wódki, albo nawet dwie. Marek zgodził się z entuzjazmem i wybuchnął śmiechem. Ku zaskoczeniu Wojtka, Grzesiek i Monika również nie mieli nic przeciwko i radośnie zaproponowali zakup jeszcze jednej półlitrówki. Towarzystwo zapłaciło rachunek i wyszło z knajpy w ciemną, wiosenną noc.
W całodobowym sklepie kupili dwie butelki Sobieskiego i karton pomarańczowego soku do przepicia. Teraz szli powoli opustoszałą i zalaną mrokiem uliczką, zastanawiając się nad miejscem, w którym mogliby się w spokoju napić.
- Może pójdziemy do ciebie, Wojtek? – zaproponował Grzesiek.
- Nie bardzo, moi starzy pewnie już śpią.
- Moi pewnie jeszcze się pieprzą, ale nie można im wtedy przerywać, bo stosunki przerywane są przyczyną nerwic – zadziwiająco poprawnie jednym tchem wyrzucił z siebie Marek i wpadł na żywopłot. – Kurwa!
Wojtek pomógł mu wyplątać się z krzaków i stanąć prosto. Kiedy trzymał go za kołnierz, Marek szedł wyprostowany, miarowym krokiem, ale gdy go puścił, natychmiast nogi zaczynały się mu plątać i blondyn znowu wylądował na żywopłocie.
- Idźże prosto! – syknął Wojtek.
Był rozdrażniony kłótnią z Aśką i tym, że nie bardzo mają gdzie się napić. Poza tym zaczynało być mu zimno, bo noc nie była tak ciepła, jak się spodziewał. Zapiął wiec zamek skórzanej kurtki wysoko pod szyję, marząc o tym, żeby rozgrzać się kupionym alkoholem. Chłód orzeźwił go trochę i wypite w knajpie piwa, uleciały mu z głowy.
- Dopsze, tylko mnie nie szarp. Gdzie strumyk płynie s folna, rossiewa zioła maj… - zaczął śpiewać Marek.
- Ciszej, jesteśmy na ulicy.
- …stokrotka rosła polna, a nad nioł szumiaj baj.
- A może pójdziemy na cmentarz? – cicho spytała Monika.
Wojtek i Grzesiek spojrzeli na nią zdziwieni.
- Naprawdę chcesz w nocy pić wódkę na cmentarzu? – szybko zapytał Grzesiek. Tego jeszcze nie robili.
- Nie wiem. Tak tylko powiedziałam. Byłoby trochę strasznie, ale gdybyśmy poszli tam wszyscy…
Wojtek spojrzał znacząco na Grześka, a potem na Marka, który oparł się o żywopłot plecami i cicho mamrotał pod nosem „ftem płynie harcesz z folna, stokrotko witam ciem”.
- Dla mnie może być. Tylko nie wiem, co z nim – powiedział Wojtek, ruchem głowy wskazując na „śpiewaka”.
- Marek idziemy pić na cmentarz, idziesz? – głośno spytał Grzesiek.
- Nie przeszkadzaj mi, kiedy śpiewam – poważnie odparł Marek. – Oczyfiźcie, że idem. Tylko musicie mnie zaprowacić. Twój urog mnie zachwyca, szy chceż być mom, szy nieeeeee?

*

Cmentarz położony był niedaleko knajpy. Rozmiarami odpowiadał małemu stadionowi piłkarskiemu. Składał się z dwóch części: nowej i starej. W tej pierwszej wąskie alejki pomiędzy grobami wyasfaltowano, a mogiły były uprzątnięte i czyste. Co sto metrów paliły się przy nich małe latarnie, rozświetlające mrok nocy, zupełnie jak w parku. Na grobach, wykonanych przeważnie z jasnego marmuru, płonęły kolorowe znicze.
W starszej części panował kompletny bałagan; nie było alejek ani oświetlenia. Mrok swobodnie oblepił wszystko dookoła, zamazując kontury mogił w większości usypanych po prostu z ziemi. Deszcze i wiatry poprzechylały drewniane krzyże i naruszyły ściany większych grobowców. Na zapomnianej przez wszystkich starszej części cmentarza paliło się zaledwie kilka zniczy, ale ich płomienie wyglądały, jakby ciemności i chłód dusiły je swoimi mocnymi, szponiastymi rękoma.
Obie części otaczał ceglany, porośnięty mchem, niewysoki mur. W kilku jego miejscach wybudowano bramy, zwieńczone łukowatymi portalami, z wrotami wykonanymi z kutego żelaza. W nocy drzwi wszystkich bram blokowano łańcuchem spinanym grubą kłódką. Marek spojrzał obojętnie na zamknięcie i oparł się plecami o wrota. Zaczął cichutko śpiewać „Panie Janie”.
- No i co teraz? – spytał głośno Wojtek.
Trząsł się z zimna. Owiewały ich podmuchy zimnego wiatru, na niebo nie wiadomo kiedy napłynęły grube chmury. Na dodatek na horyzoncie zauważył niebieskawe rozbłyski. Nie słyszał jeszcze grzmotów, ale wiatr wiał od strony burzy.
- Nie wiem – niepewnie odparł Grzesiek.
Żadne z nich nie przewidziało tego, że cmentarz będzie zamknięty. Wojtek czuł w sobie wzbierającą złość. Było mu zimno i wcale nie miał już ochoty pić wódki pomiędzy grobami. Wolałby wrócić do domu, wziąć gorący prysznic i pomyśleć przed snem o tym, jak odkręcić sprawę z Aśką. Właśnie miał zaproponować, żeby dali sobie spokój z realizacją pomysłu Moniki, kiedy Marek niespodziewanie podniósł głowę i krzyknął:
- Jak to co?! Wchodzimy na imprezeee! – i jednym susem przesadził niewysoki ceglany mur.
Jego ciało głośno gruchnęło na ziemię starszej części cmentarza. Pozostali na zewnątrz usłyszeli stłumione „Cholera!” i już po chwili Marek wyprostował się. Górna krawędź muru sięgała mu do połowy klatki piersiowej.
- Uważajcie przy lądowaniu, trochę tu ślisko. Co się tak gapicie? Bierzcie wódkę i idziemy chlać z trupami! – powiedział zatoczywszy się do tyłu. Odzyskał równowagę i ruszył między mogiłami w głąb cmentarza, ostrożnie stawiając stopy.
Pozostali zaczęli przechodzić przez mur. Kiedy Wojtek, jako ostatni, dotknął ziemi stopami, usłyszał w oddali potężny grzmot. Burza przybliżyła się. Miał tylko nadzieję, że zdoła dogonić Marka i wyperswadować mu, żeby poszli do domu, zanim rozpęta się deszczowe szaleństwo. Ruszył za oddalającymi się Grześkiem i Moniką.
Wędrówkę przez starszą część cmentarza utrudniał lepki mrok, który powodował, że chłopak nie widział pod stopami zupełnie niczego. Stawiał więc chwiejne kroki ostrożnie i powoli. Czasem jego buty zagłębiały się w wilgotnej, jakby rozkopanej ziemi, czasem zaś podłoże było twarde i śliskie. Dookoła czuć było zapach mokrej gleby, który tak dobrze znał z deszczowych wieczorów spędzonych w „Grobie”. Teraz jednak zapach ten powodował u Wojtka mdłości i zawroty głowy. Przestał patrzeć pod nogi i skupił wzrok na oddalającej się sylwetce Moniki. Za wszelką cenę nie chciał zgubić się na tym cholernym cmentarzu.
Wiatr wiał już mocniej. Zawodził w załomach większych grobowców i przeszywał ciało szpicami zmrożonych igieł. Raz za razem przetaczał się basowy pomruk zbliżającego się potwora. Elektryczne wyładowania coraz częściej trafiały w powierzchnię ziemi. Zapach wilgotnej gleby był już tak intensywny, że zalepiał nos i wsączał się prosto do mózgu.
Wojtek dotarł wreszcie do Moniki i Grześka. Stali obok ogromnego grobowca, wymurowanego z piaskowca, który erodował od wiatru i słońca.
- Gdzie jest Marek?! – wrzasnął przekrzykując odgłosy burzy. Pierwsze krople właśnie spadły na jego skórzaną kurtkę: kap, kapp, kapp.
- W środku! – odpowiedział Grzesiek i ruchem głowy wskazał na front grobowca.
Dopiero teraz Wojtek dostrzegł, że kamienna płyta, która powinna ściśle przylegać do murów, leży przewrócona. Wojtek kucnął, zbliżył twarz do otworu i zawołał Marka. Miał wrażenie, że jego głos grzęźnie w potężnych uderzeniach burzy. Z każdą sekundą padało coraz mocniej. W otworze ukazała się twarz przyjaciela.
- Co się tak wydzierasz? – zapytał wesoło.
- Wyłaź stamtąd, do cholery! Co ci strzeliło do łba?!
- Było otwarte, no to wszedłem żeby zobaczyć, co jest w środku. Ciemno tu, jak w dupie, ale znalazłem to – podniósł do góry oblepioną pajęczynami lampę naftową. – Wewnątrz coś…
Powietrze rozdarł potężny huk, a zaraz po nim przetoczył się basowy pomruk tak mocny, że Wojtek czuł wyraźnie, jak drży ziemia pod jego stopami. Deszcz przeszedł w ulewę, zacinając wściekle w podmuchach wiatru.
- Wyłaź stamtąd! – powtórzył. – Musimy wracać do domu!
- Chyba cię porąbało! Przecież jest burza. Lepiej przeczekać tutaj – ruchem głowy wskazał ciemne wnętrze za plecami.
Pomysł był szalony, ale nie pozbawiony sensu. Burza wzmagała się. Lało już jak z cebra, a lodowate podmuchy wiatru zmrażały całe ciało. W grobowcu może nie będzie zbyt ciepło, ale za to w miarę sucho.
- On chce, żebyśmy tam przeczekali! – wykrzyczał w stronę Grześka, który mocno obejmował Monikę.
- Zwariowałeś?! W życiu tam nie wejdę! – szybko powiedziała dziewczyna.
- Jak chcesz. Ja idę – powiedział Wojtek i wskoczył do ciemnego wnętrza grobowca.
- Albo włazicie, albo zostawiacie wódkę! – z wnętrza wydarł się Marek.
Po chwili wahania Grzesiek siłą wciągnął Monikę do środka. Po raz kolejny dzisiejszego wieczoru przekroczyli próg grobu. Tym razem tego prawdziwego. Trojgu z nich przyjdzie pozostać w nim na zawsze.

*

Wnętrze grobowca było ciemne i duszne. Stęchłym powietrzem oddychało się z trudem, a mdląca woń rozkładu wyciskała łzy z oczu. W mroku nieustannie coś skrobało i cichutko szurało. Potężne uderzenia gromów wprawiały grube ściany w drżenie. Wojtek zapalił knot naftowej lampy. Płomyk zakwitł nieśmiało, przygasł prawie zupełnie i a potem rozjaśniał znowu, wyłuskując przed nimi szczegóły wnętrza.
Rogi prostokątnego pomieszczenia oblepiały grube strzępy pajęczyn. Ściany wymurowano z płyt piaskowca, które przez lata straciły swą żółtą barwę na rzecz wszystkich możliwych odcieni szarości. Podłogę wybrukowano płaskimi, rzecznymi kamieniami. Była w zasadzie pusta, nie licząc stosu brudnych szmat pod ścianą naprzeciw wejścia i zmiętych gazet, walających się wszędzie. Dokładnie na środku posadzki widniał prostokątny otwór, zalany gęstą czernią. Kiedy Wojtek podszedł do niego z lampą, krąg jej światła wyrysował w mroku strome schody. Chłopak wrócił do znajomych, którzy stali przy wejściu.
- Jest ok. – powiedział przez narastający szum deszczu, który docierał do nich z zewnątrz.
- Jakie kurwa ok.? Jesteśmy w grobie, do cholery! – wywrzeszczała w odpowiedzi Monika.
- Daj spokój. Przynajmniej nie leje nam po łbach. Zresztą nikt cię tu nie trzyma siłą. Bądź cicho, albo wracaj na tę pieprzoną ulewę.
Dziewczyna popatrzyła na niego wściekłymi oczyma, ale nic nie odpowiedziała, tylko mocniej przytuliła się do Grześka. Chłopak spojrzał zakłopotany na Wojtka.
- Zostaniemy tu dopóki burza nie zacznie słabnąć, a potem szybko pójdziemy do domu – powiedział pojednawczym tonem.
- Jak tam chcecie, ale mnie się tu całkiem podoba! – zawadiacko stwierdził Marek. – Tyle razy piliśmy w knajpie-grobie, a teraz możemy napić się w grobie-grobie. Znaczy się w prawdziwym grobie, chciałem powiedzieć.
Wojtek znał go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że wcale nie wytrzeźwiał, tylko wpadł w ten swój pijacki humor.
- Więc zatem proponuję proszę państwa i moi drodzy, cobyśmy se tego tamtego golnęli. Hej!
Marek spojrzał na Grześka. To on dźwigał plecak, do którego włożyli wódkę. Chłopak delikatnie odsunął wtuloną w niego Monikę, zdjął torbę z ramion i wyjął dwie butelki. Jedną podał blondynowi, drugą trzymał w ręce, ale tak niepewnie, jakby flaszka zaraz mogła eksplodować. Chyba bał się reakcji dziewczyny.
- Daj, napije się z waszej – Wojtek postanowił wybawić go od trudnej decyzji „pić czy nie pić?”.
Ostrożnie postawił lampę na posadzce i przechylił butelkę, wlewając sobie w gardło ognistą ciecz. Po chwili poczuł żywy ogień, który zaczął wypalać jego przełyk. Powieki wycisnęły łzy, twarz nabiegła mu krwią, a w głowie zakręciło się parę razy.
- Dobre – wysapał, kiedy zdołał opanować reakcję swojego organizmu.
Po chwili poczuł, jak alkohol przyjemnie rozgrzewa jego żołądek. Otarł niewielkie łzy i wyciągnął dłoń z butelką w stronę Moniki.
- Spróbuj, zrobi ci się cieplej. Tylko pij małymi łyczkami, nie tak, jak ja – uśmiechnął się po przyjacielsku.
Dziewczyna spojrzała niepewnie najpierw na niego, a potem na Grześka, który delikatnie skinął głową. Wzięła flaszkę i przyłożyła szyjkę do ust.
- O matko! – krzyknęła, wypluwając prawie wszystko.
- Twoją matką jest wódka? – poważnym tonem zapytał Marek.
Siedział oparty wygodnie o brudną ścianę i przyglądał się butelce trzymanej w obu dłoniach. Brakowało w niej już jednej trzeciej zawartości.
Dziewczyna posłała mu spojrzenie, które pewnie mogłoby wygiąć kolejową szynę i napiła się drugi raz. Parsknęła, zamrugała powiekami. Po chwili, z rumieńcem wypełzającym na policzki, powiedziała:
- Miałeś rację. Rzeczywiście rozgrzewa – i podała butelkę Grześkowi.
Wojtek poczekał, aż chłopak przełknie alkohol, a potem poczęstował jego i Monikę papierosami.
Stali niedaleko wejścia. Zza grubych murów docierały do nich odgłosy szalejącej burzy. Deszcz szumiał wściekle, a woda cienkim strumykiem wpływała do środka tworząc powiększającą się kałużę. Wnętrze raz po raz rozświetlał jaskrawy błysk, a zaraz po nim dudnił niski, bardziej wyczuwalny, niż słyszalny, grzmot.
Podłoga posadzki położona była poniżej poziomu cmentarza. Sufit wisiał tak wysoko, że nie musieli się pochylać; nawet najwyższy z nich Wojtek miał nad głową dobre dwadzieścia centymetrów przestrzeni. Światło lampy naftowej rysowało na ścianach ich cienie. Płomień drżał nieco, wiec szare, wydłużone sylwetki tańczyły dziko na brudnym piaskowcu.
Nagle coś zaszurało. Wojtek szybko odwrócił głowę w stronę źródła dźwięku.
- Coś mi tu nie gra.
Marek wstawał chwiejnie.
- Naprawdę? – ironicznie zapytała Monika. Znowu trzymała w dłoni butelkę i popijała z niej łapczywie. Rumieniec rozlał się już na całej jej twarzy, a w oczach zapłonęły małe iskierki.
- Skoro jesteśmy w grobowcu, to gdzie jest trumna?
Wojtek zastanawiał się nad tym odkąd weszli do środka. Doszedł do wniosku, że pewnie złożono ją w pomieszczeniu poniżej, do którego prowadziły schody w posadzce, ale nie odezwał się słowem, żeby oszczędzić dziewczynie rozmowy na ten temat.
- Nieważne gdzie jest trumna. Daj sobie z tym spokój – powiedział Grzesiek, powoli cedząc słowa.
Marek spojrzał na niego uważnie.
- Dobra, rozumiem – zaczął przyglądać się ścianom.
Zatrzymał się przy prostokątnym otworze w podłodze, powoli zajrzał w ciemność, a potem pytająco spojrzał na Wojtka.
- Pod nami jest jeszcze jedno pomieszczenie. Ciekawy jestem, co tam jest. Co wy na to, żebyśmy sprawdzili? – spytał.
Wojtek spojrzał na Monikę. Dziewczyna sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie słuchała. Sączyła wódkę, patrząc obojętnie w kąt grobowca. Grzesiek przytulał ją mocno. Po wyrazie jego twarzy widać było, że dociekania Marka zaczynają go już denerwować, ale cicho powiedział:
- Idź z nim Wojtek, bo nie da na nam spokoju. Zostanę z Moniką. Chyba zdążyła się zalać.
- Kto się zdążył zalać? – odrobinę za głośno zapytała dziewczyna.
Odepchnęła się od Grześka i zatoczyła, rozlewając trochę wódki na posadzkę. Straciła równowagę, ale chłopak zdążył ją podtrzymać. Kucnął z nią pod ścianą i objął mocno.
- Chodźmy! Chodźmy! – Marek prawie podskakiwał ze szczęścia, jak dziecko, które zaraz dostanie wymarzoną zabawkę.
- Musimy zabrać światło. Dasz sobie radę? – spytał Wojtek.
- Dam. Ona jest pijana – odparł Grzesiek, ruchem głowy wskazując na odurzoną alkoholem Monikę. – Nie będzie wrzeszczeć, nie bój się.
Wojtek uśmiechnął się lekko i podreptał w stronę ciemnych schodów. Lampa naftowa bujała się w jego dłoni. Zaczął schodzić do pomieszczenia znajdującego się pod posadzką. Za jego plecami niecierpliwie stąpał zaaferowany Marek.
- Wracajcie szybko! – rzucił za nimi Grzesiek, kiedy jego i Monikę okryła nieprzenikniona ciemność.

Pomieszczenie pod grobowcem było dużo mniejsze i niższe, niż to powyżej. Marek zgarbił się, a wyższy od niego Wojtek musiał pochylać plecy, żeby nie zawadzać głową o brudny sufit. Tak jak u góry, tutaj również posadzkę wybrukowano rzecznymi kamieniami, ale ściany wzniesiono z prostokątnych gładkich bloków; chyba granitowych. Na środku z nie otynkowanych cegieł wznosił się metrowej wysokości mały podest, na którym spoczywała przegnita trumna.
- Hurra! Jest trumna! – wykrzyknął Marek.
- Ciszej. Lepiej żeby Monika nie wiedziała nic o żadnej trumnie. Napatrzyłeś się? To idziemy z powrotem.
Wojtek już odwracał się w stronę schodów. Nagle zapragnął jak najszybciej znaleźć się u góry. Świadomość tego, że metr od niego spoczywa trup napawała go strachem. Oczywiście Wojtek nie przyznawał się do tego nawet przed samym sobą, ale i tak włoski na jego karku stanęły dęba.
- Poczekaj. Chcę ją zobaczyć z bliska – Marek pochylał się nad wiekiem.
Dębowe deski dawno już straciły połysk na rzecz zielonego nalotu pleśni. Boki trumny były tak bardzo przegnite, że chyba tylko cudem trzymały się jeszcze razem. Fetor rozkładu był nie do zniesienia, ale Marek go nie czuł. Jak zahipnotyzowany patrzył na zetlałe wieko. Nagle przypomniał sobie ulotkę, o której opowiadał mu Wojtek. Na jego ustach zagościł błogi uśmiech zadowolenia. Przesunął wieko, które ustąpiło bez żadnego oporu i roztrzaskało się o posadzkę z głośnym „łup!”. Fala mdlącego smrodu, bijąca z gnijącego ciała, uderzyła w jego nozdrza. Płonącymi oczyma spojrzał na trupa.
Czaszka przegniła prawie na wylot. Zielone strzępy skróty zwisały z niej luźno, a miejscami odsłaniały poczerniałe fragmenty kości. Żuchwa obsunęła się i krzywo łączyła z górną szczęką. Warg nie było; zielono-niebieskie fragmenty dziąseł przytrzymywały jeszcze kilka żółtych zębów. Nos spłaszczył się i zapadł częściowo. Skurczone powieki ledwie przykrywały oczodoły. Skóra na czole prawie zupełnie odeszła płatami, a na środku głowy ledwie trzymały się kępki rzadkich, ciemnych włosów, których kosmyki spływały na ramiona.
Marek patrzył w dół urzeczony widokiem. Przypomniał sobie o swoim pomyśle i szybkim ruchem wylał trochę wódki na szczątki twarzy nieboszczyka.
- Na zdrowie! – zawołał, pochylając się nad trumną z uśmiechem na twarzy.
Ciecz obmyła zgnite dziąsła. Trup mlasnął resztka języka i podniósł powieki.
Kiedy Marek odsunął wieko trumny, w mózgu Wojtka zaświeciła się czerwona kontrolka alarmu. Wiedział, co wydarzy się za moment, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku, tylko patrzył skamieniały ze strachu na strugę wódki, którą Marek wlał do trumny. Chwilę potem zobaczył, jak trup podnosi głowę i resztkami zębów wpija się w gardło blondyna.
Krew trysnęła na posadzkę, słychać było bulgotanie i charczenie, kiedy Marek próbował wrzasnąć z bólu. Szamotał się ze zwłokami, ale przegnite ramiona wystrzeliły w powietrze i mocno przyciągnęły go do dołu. Trup rozwarł szczęki i zacisnął je ponownie, tym razem na środku twarzy chłopaka. Pożółkłe zęby przecięły skórę na policzkach, miażdżąc kości i chrząstki nosa. Nadludzkim wysiłkiem Marek zdołał wyrwać się z uścisku. Zatoczył się do tyłu, rozchlapując posokę dookoła. Nie miał nosa, strzępy skóry zwisały z jego policzków, a na końcu przegryzionej rurki tętnicy, która wystawała pod jego brodą, tworzyły się krwiste pęcherzyki powietrza.
Trup wyszedł z trumny. Miał około metra siedemdziesiąt. Zetlały pogrzebowy, garnitur okrywał go od stóp do głowy. Chwiejnym krokiem podszedł do Marka, który osunął się już na ścianę, brocząc krwią. Nieboszczyk złożył dłonie, jak do modlitwy i mocno wbił je aż po nadgarstki tuż pod mostkiem chłopaka. Potem sycząc wściekle rozsunął ramiona. Żołądek i jelita wypadły na zewnątrz i parujące zawisły naprężone na wysokości rozporka. Marek bezwładnie osunął się na posadzkę.
Wojtek odzyskał wreszcie władzę w nogach i rzucił się na schody. Do opartego o ścianę Grześka krzyknął „Uciekaj!” i wybiegł z grobowca w deszcz, nie oglądając się za siebie. Tymczasem Monika przebudziła się i półprzytomna spytała:
- Co się dzieje?
- Nie wiem – odparł zdziwiony Grzesiek.
Wytężał wzrok w ciemnościach, ale nie dostrzegł niczego. Lampa naftowa została w pomieszczeniu pod nimi. Nagle usłyszał ciche chrobotanie, jakby paznokci o kamień. Na środku posadzki mrok zaczął się rozjaśniać. Ktoś wychodził po schodach z lampą.
- Marek, w co wy się, kurwa, bawicie, co? – rzucił Grzesiek w stronę, powiększającego się z każdą chwilą, kręgu światła.
Nie wypuszczał dziewczyny z ramion i wciąż kucał z nią przy ścianie. Miał już dość wygłupów pijanego Marka. Obiecał sobie, że ostatni raz w życiu patrzył, jak blondyn się zalewa, zamiast po prostu wyjść do domu i uniknąć kłopotów. Miał rację – z Markiem nie napije się już nigdy. W ogóle niczego już w życiu nie zrobi.
- Co jest… - zaczął, ale uciął przerażony.
Trup wyłonił się z czarnej wnęki w podłodze. W przegnitej dłoni trzymał lampę naftową i przyglądał się skulonej pod ścianą parze.
- Uciekaj! – Grzesiek szturchał dziewczynę, nie spuszczając oczu z nieboszczyka. – Cholera, uciekaj, słyszysz?
Monika słyszała, ale odurzona alkoholem miała ochotę tylko na sen. Szarpnięcia chłopaka spowodowały, że otworzyła na moment powieki. Coś śmierdzącego stało nad nimi. Obraz przed jej oczami zawirował nagle i Monika pozwoliła opaść powiekom. Po chwili Grzesiek wreszcie przestał nią potrząsać. Dziewczyna osunęła się na podłogę półprzytomna.
Tymczasem trup trzymał krzyczącego chłopaka. Przegnite palce zaciskały się na jego przedramieniu z taką siłą, że przekuły skórę i wbiły się w twardy mięsień. Im bardziej szarpał się chłopak, tym większy ból czuł w ręce. Zwłoki przyjrzały się uważnie jego twarzy. Po chwili jakby od niechcenia wbiły palce drugiej ręki w jego nozdrza i mocno pociągnęły ku górze. W głowie Grześka eksplodował granat bólu. Jak przez mgłę usłyszał stłumione „szszzrap”, kiedy dłoń trupa rozdzierała skórę jego twarzy. Gorąca krew sączyła się obficie. Nieboszczyk szarpnął ręką mocniej i nos chłopaka oderwał się wreszcie od reszty ciała. Pod oczami Grześka widniała teraz, paląca żywym ogniem, dziura; strzępy skóry dookoła niej ociekały krwią i smarkami. Trup jakby się uśmiechnął, wyrzucił oderwany nos w kąt grobowca i szybkim ruchem wbił dłoń w okaleczoną twarz. Weszła prawie po nadgarstek, miażdżąc kości i chrząstki dookoła, i zagłębiła się w mózgu. W tym momencie Grzesiek stęknął po raz ostatni i zwisł bezwładnie w drugiej ręce nieboszczyka. Jego paznokcie drapały przez moment śliską tkankę mózgu, a potem zacisnęły się na niej mocno i wyszarpały część na zewnątrz. Pozbawione życia ciało Grześka upadło na podłogę z chrzęstem łamanych kości tuż obok śpiącej Moniki.
Trup podniósł ją szybko, zacisnął dłoń na jej szyi i przyparł mocno do ściany. Dziewczyna odzyskała na moment świadomość, ale było już za późno. Jednym szarpnięciem ręki trup zdarł z niej bluzkę i biustonosz, zostawiając przy okazji krwawe bruzdy na całym jej tułowiu. Przyglądał się odsłoniętym piersiom, podczas gdy dziewczyna kopała wściekle nogami. Wreszcie zacisnął przegnite szczęki na lewej półkuli, a kiedy nieliczne poczerniałe zęby wbiły się dostatecznie głęboko, szarpnął głową do tyłu i odgryzł ją. Monika straciła przytomność, przestała kopać nogami. Trup odgryzł jej prawą pierś, potem przez chwilę przypatrywał się ociekającej krwią klatce piersiowej. Wreszcie wbił dłoń miedzy żebra dziewczyny. Ściśnięte mocno serce wciąż biło, ale przegnite palce z cichym „pslch” zmiażdżyły go z łatwością. Nieboszczyk odrzucił ciało Moniki i wyszedł z grobowca w poszukiwaniu Wojtka. Nie szukał go długo.

*

Bernard Marciniak miał trzydzieści jeden lat. Był kawalerem i mieszkał z matką, która kochała go najmocniej na świecie i nie zauważała naiwności syna, bardzo czasto graniczącej ze zwykłą głupotą. Cieszyła się z tego, że Bernard nie włóczy się z kolegami po knajpach (wszyscy jego znajomi zdążyli się już ożenić), nie pije alkoholu („Alkohol jest zły, prawda mamo?” „Tak, synku.”) i jest taki grzeczny w stosunku do innych ludzi („A śmieją się z niego tylko ci, których rodzice nie wychowali jak należy.” – myślała często). Bernard dorastał więc trzymając się rąbka matczynej spódnicy i nie myślał wcale o tym, jak będzie żyć, kiedy matki zabraknie.
Pracował w wielkiej firmie spedycyjnej na stanowisku magazyniera. Większą część wypłaty oddawał matce, a resztę chował do drewnianej szkatułki. Przepadał za muzyką taneczną i wciąż niecierpliwie czekał na powrót gatunku disco-polo na szczyty list przebojów. Raz w miesiącu wybierał się na dyskotekę. Szalał na parkiecie do rana, ale nie podrywał dziewczyn. Do kobiet żywił dziwny lęk, którego źródła nigdy nie odkrył. Podświadomie ten fakt jakoś dziwnie łączył się z osoba mamusi.
Ten dzień był dla niego wyjątkowo paskudny. W ostatnim tygodniu wypracował tyle nadgodzin, że przerażony kierownik wysłał go na pięciodniowy urlop, więc Bernard cały ranek oglądał swoją ulubioną stację telewizyjna „disco tv”, nadającą tylko i wyłącznie muzykę taneczną. W „info-disco” powiedzieli, że rozpadł się najlepszy, zdaniem Bernarda, zespół dyskotekowy - „Bayer-ciull”. Wiadomość dobiła go, bowiem był ich zagorzałym fanem. Aby poprawić sobie humor, postanowił wybrać się na miasto i pooglądać to i owo.
Wszystko było w najlepszym porządku i Bernard świetnie się bawił odwiedzając sklepy ze telefonami komórkowymi, odzieżą sportową i sprzętem rtv. Kiedy jednak w jednym z nich chciał obejrzeć odtwarzacz DVD, sprzedawca (istny cham) potraktował go jak śmiecia. Po pierwsze przez długi czas nie raczył nawet na niego spojrzeć, a kiedy już to zrobił, grymas obrzydzenia przebiegł po jego nieogolonej twarzy. Po drugie mówił do niego takim językiem, jakby był chory umysłowo. Po trzecie, nawrzeszczał na Bernarda zupełnie bez powodu. Jakby tego wszystkiego było mało, wieczorem wydarła się na niego jeszcze jakaś głupia blondynka, za której samochodem zaparkował swojego stuningowanego fiata 126p.
Bernard wrócił do domu przygnębiony i smutny. Matka próbowała go pocieszyć, ale co ona tam wie o „Bayer-ciullu”, chamowatych sprzedawcach i głupich blondynkach. Zamierzał spędzić wieczór przed telewizorem, z kubkiem kakao w dłoni. Może znowu wrócą do siebie, jak ostatnim i przedostatnim razem? – zastanawiał się, oglądając powtórkę wiadomości o rozpadzie ulubionego zespołu. Jego błogi spokój przerwała matka, która poprosiła, aby poszedł do sklepu po kostkę masła. Bernard nie zastanawiał się nawet przez chwilę, po co mamusi masło o dwunastej w nocy, tylko wsiadł do swego różowego malucha i pognał do całodobowego.
Późnym wieczorem rozpętała się burza, ale przeszła raczej bokiem i o jej istnieniu świadczyły już tylko mokre ulice i kałuże przy krawężnikach. Bernard wracał ze sklepu słabo oświetloną drogą obok cmentarza, gdy tuż przed maskę jego fiata wybiegł Wojtek. Nie zdążył nawet nacisnąć na hamulec. Z prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę uderzył w chłopaka. Impet wyrzucił go do góry. Wojtek przetoczył się po dachu samochodu i upadł na asfalt za nim. Lewa noga poniżej kolana eksplodowała bólem, a przez nogawkę przedarł się ostry fragment złamanej kości piszczelowej. Chłopak patrzył na nią oniemiały.
- Nic się panu nie stało? – grzecznie zapytał podenerwowany Bernard.
Zdążył zatrzymać samochód i truchcikiem podbiec do Wojtka.
- Dlaczego nie rozglądnął się pan, czy nic nie jedzie, zanim wszedł pan na ulicę?
Chłopak spojrzał na postać w fioletowym dresie pochylającą się nad nim. Od razu rozpoznał w nim faceta, któremu próbował sprzedać dziś odtwarzacz DVD. Przez moment zastanawiał się, co w ogóle się stało. Nagle przypomniał sobie rzeź w grobowcu. Uświadomił sobie też, że zostawił Grześka i Monikę na pastwę tego czegoś, co zabiło Marka. Trzeba wezwać kogoś, policję albo coś, i wrócić tam – pomyślał gorączkowo.
- Halo, nic panu nie jest? – zawrzeszczał z góry Bernard.
Wydawało się, że nie poznał Wojtka.
- Pomóż mi wstać – wychrypiał chłopak.
Zamierzał wezwać policję przez telefon komórkowy, ale kieszeń, do której go włożył, była pusta. Musiał zgubić go podczas ucieczki przez cmentarz. Nie wiedział, czy trup go ściga, ale wolał nie ryzykować.
- Wsadź mnie do twojego samochodu i zawieź do szpitala – rzekł rozkazująco i syknął z bólu, kiedy stopa złamanej nogi dotknęła asfaltu. Bernard trzymał go w pasie.
- Przykro mi, ale nie bardzo da się jechać. Rozbita przednia szyba.
- Pieprzyć przednią szybę. Zaraz się tu wykrwawię, słyszysz?! – warknął Wojtek.
- Czy my się przypadkiem nie znamy?
Chłopak zaklął w myślach. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował, była wściekłość dresiarza.
- Nie, nie znamy się – odpowiedział, siląc się na szczery ton głosu.
- Zadziwiające, mógłbym przysiąc, że gdzieś już pana spotkałem.
- Człowieku, mam otwarte złamanie nogi, mój przyjaciel przed chwilą został rozszarpany na kawałki, a w grobie została jeszcze para moich znajomych! Możesz mnie, kurwa, zawieźć do tego jebanego szpitala?!
Bernard, który sam nigdy nie przeklinał i nie znosił tego u innych, zasępił się i wlepił wzrok w asfalt. Nie dość, że ten facet wrzeszczał i klął, to jeszcze gadał zupełnie od rzeczy o jakimś rozszarpaniu. Po chwili zapytał cicho:
- O co chodzi z tym grobem?
- O Jezu! – westchnął zrezygnowany Wojtek. – Proszę cię, zawieź mnie do szpitala, tylko tyle – dodał błagalnym tonem pozbawionym już złości.
Bernard milczał, rozważając sytuację.
- Dobrze. Pomogę panu – rzekł wreszcie i podprowadził kulejącego chłopaka do różowego fiata 126p.
Wojtek jęknął z bólu, kiedy siadał na wąskim fotelu pasażera. Udało mu się przyjąć w miarę wygodną pozycję. Bernard tymczasem zatrzasnął drzwi i obszedł maskę dookoła. Już miał wsiąść za kierownice, kiedy kątem oka dostrzegł jakąś postać.
- Niech pan spojrzy, tam ktoś idzie. Na pewno nam pomoże. Zaraz go zapytam – wesoło powiedział do Wojtka i ruszył w stronę nieznajomego.
Chłopak obrócił głowę do tyłu. W zbliżającej się sylwetce rozpoznał to coś, co zabiło Marka.
- Nie, do cholery, nie idź tam! – wrzasnął za Bernardem, ale ten nie usłyszał go. Lekkim truchcikiem zmierzał na spotkanie z nieboszczykiem.
Przez tylnią szybę Wojtek widział wyraźnie, jak postać w fioletowym dresie podbiega do trupa i zatrzymuje się kilka kroków przed nią. Nieboszczyk podszedł do niej i mocno uderzył w twarz. Bernard zatoczył się do tyłu i upadł na wznak na asfalt. Przestał się ruszać. Tymczasem trup zbliżał się już do samochodu, w którym siedział przerażony Wojtek.
Chłopak rozpaczliwie próbował się z niego wydostać, ale stopa złamanej nogi ugrzęzła pod siedzeniem i każdy ruch powodował kolejną eksplozję bólu. Kiedy wreszcie uwolnił nogę, trup opierał się o otwarte drzwi pasażera.
- Nie! – wrzasnął Wojtek, cofając się w głąb samochodu.
Przegnita ręka wyskoczyła do przodu i mocno złapała go za podkoszulek. Nieboszczyk wyciągnął jego tułów z samochodu. Złamana noga znowu zaklinowała się pod siedzeniem pasażera. Trup pociągnął do siebie. Raz i jeszcze jeden. Z każdym szarpnięciem, potrzaskana kość chłopaka z chrzęstem ocierała o metalowy szkielet fotela. We wnętrzu auta zostały już tylko nogi Wojtka, kiedy nieboszczyk nagle przestał go wyciągać i stanął nieruchomo nad nim. Chłopak patrzył na niego przez łzy bólu. Nagle trup zacisnął resztki palców na drzwiach i mocno zatrzasnął je na kolanach Wojtka.
- Au! – zdążył wrzasnąć chłopak.
Nieboszczyk spojrzał na niego, otworzył drzwi i zatrzasnął je ponownie. Powtarzał tę czynność do czasu, aż kolana chłopaka przypominały krwawą mieszaninę kości i mięsa. Wtedy złapał go za ramiona i szarpnął tak mocno do tyłu, że zmiażdżone stawy nie wytrzymały i rozdzieliły się. Kolejnym szarpnięciem trup oddzielił golenie Wojtka od reszty jego ciała.
Chłopak był cały czas przytomny. Nie mógł zrobić niczego, ból paraliżował go całkowicie. Łkał i zaciskał mocno zęby, a kiedy poczuł, jak mięśnie i skóra na jego nogach drą się jak materiał podkoszulka, wrzasnął na całe gardło.
Teraz leżał na wznak na asfalcie. Trup stał nad nim i przyglądał się przez moment. Wreszcie przygniótł jego klatkę piersiową kolanami i mocno złapał za dolną szczękę. Przegnite palce wbiły się w skórę w okolicy węzłów chłonnych na szyi. Trup zaczął wyciągać żuchwę ze stawów. Z trzaskiem rozerwanej torebki stawowej puściła lewa strona. Wojtek stracił przytomność. Jeszcze jedno szarpnięcie i pękł prawy staw. Z chrobotem rozdzieranej skóry trup oddzielił dolną szczękę chłopaka od jego twarzy. Spojrzał na kość i obojętnie odrzucił ją za siebie. Wbił palce obu rąk w oczy Wojtka. Gałki oczne roztrysnęły się natychmiast, ale nieboszczyk naciskał coraz mocniej. Wreszcie przegnite opuszki zagłębiły się w mózg chłopaka. Trup przekręcił nadgarstki rozrywając szarą i ciepłą tkankę synaps, a potem wyciągnął dłonie z czaszki i wytarł o podkoszulek martwego już Wojtka.
Popatrzył na ciało spoczywające przed nim. Niedaleko Bernard powoli odzyskiwał przytomność. Trup spojrzał w tamtym kierunku, a potem odwrócił się i nierównym krokiem ruszył do najbliższego monopolowego.

KONIEC



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -