Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pod Powierzchnią

Piotr Mazurkiewicz

Pułapka. Złapali go. Pewnie złapali wszystkich. Były ich dziesiątki. Chyba związali mu dłonie. Żeglarz spadł z dachu szpitala. Za nim ten dziwny, zamaskowany. Ten przeraźliwy huk. Duke przebił ścianę. Wpadł mu pod nogi. To miał być koniec. Wymowny uśmiech Żeglarza. Kolejny huk. Kafar Duke’a wybił dziurę w ziemi. Stracili równowagę. Droga wolna. Rozdzielili się. Wybuch. Potworny ból w plecach. Ciemność.
Szakal otworzył oczy i zerwał się z materaca. Plecy nadal bolały. Dotknął palcami. Materiał. Spojrzał na brzuch. Ktoś go owinął. Czuł ciepło na plecach. Ktoś chciał zatamować krwawienie. Coś nie tak. Rozejrzał się dokoła. Ciemny, mokry korytarz. Niewysoki. Ciasny. Pod sufitem podwieszone były rury. Zardzewiałe. Z niektórych ciekła woda, inne były ciepłe. Wszędzie było brudno i śmierdziało stęchlizną. Wilgoć z podłogi przesiąkła przez posłanie. Na ceglanych ścianach zabrał się zielony śluz. Szakal leżał prawie nago. Przeraził się. W głowie pulsowała mu tylko jedna myśl.
-GDZIE JEST EDEK?! –Wrzasnął.
Zerwał się na równe nogi. Przed nim korytarz ginął w ciemnościach. Za nim również. Dopiero teraz dojrzał źródło światła. Świeczkę postawioną na kamieniu. Za nim były drzwi.
-Edek! Gdzie jesteś! Dosyć zabaw! Wyłaź! –Zaczął dokładnie badać każdy zakamarek pomieszczenia.
Drzwi otworzyły się. Weszła przez nie mała dziewczynka.
-O już się obudziłeś. –Powiedziała z uśmiechem.
-Gdzie jest Edek? –Zwrócił się ku niej.
-Że kto taki?
-Edek.
-A kto to?
-Mój brat!
-Znaleźli cię samego.
-Niemożliwe! –Zmarszczył czoło. Jego oczy posmutniały. –Nie, nie… Cicho… Chyba go słyszę…
-Ja nic nie słyszę. –Oznajmiła dziewczynka.
-Cicho… -Szakal podszedł do kamienia, na którym stała świeczka. Nachylił głowę. –Jesteś… -Uśmiechnął się i odetchnął z ulgą. –Napędziłeś mi stracha mały. –Powiedział podnosząc zza niego szczoteczkę do zębów.
-Tego szukałeś? –Zdziwiła się dziewczynka. –Znalazłam ją w twoich ciuchach i pomyślałam, że możesz chcieć ją powrotem, więc położyłam na kamieniu, ale chyba spadła. Przepraszam, że tyle mówię, ale czasami jestem wygadana. Jakbym cię nudziła, to daj znać –Uśmiechnęła się.
Szakal siadł powrotem na posłaniu. Sprawiał wrażenie zamyślonego. Dziewczynka popatrzyła na jego pokryta makijażem twarz.
-Jesteś clownem.
-Czasami. –Odrzekł nie podnosząc głowy.
-Jesteś smutny. Czemu?
-Myślałem, że go straciłem. –Zacisnął w dłoniach szczoteczkę.
-Jesteś smutny z powodu szczoteczki? –Dopytywała się mała.
-To nie szczoteczka! –Uniósł się Szakal. –To jest Edek!
Dziewczynka wzdrygnęła się i skuliła przerażona. Mężczyzna popatrzył na nią. Spojrzał na Edka.
-Przepraszam… Nie krzyczę. Trochę mi plecy rozerwało, mało nie straciłem Edka i jestem troszeczkę zdenerwowany.
Mała skinęła głową.
-Mam kilka pytań. –Powiedział Szakal.
-Pytaj. –Powiedziała niepewnie.
-Skąd się tu wziąłem?
-Usłyszeliśmy wybuch. Starsi wyszli na zewnątrz zobaczyć, co się dzieje. Podobno słychać było pełno głosów i ogólny ruch tam panował. Znaleźli ciebie w kałuży krwi i znieśli tutaj. Miałeś duże rany pleców. To cud, że przeżyłeś i jesteś w tak dobrej kondycji. Opatrzyłam cię. –Wyjaśniła dziewczynka.
-Faktycznie trochę słaby jestem. Ale jak to znieśli na dół? Jesteśmy w kanałach?
-Tak. Tu biegną rury z gazem –Wskazała na sufit –i na zimę jest ciepło. Wielu bezdomnych się tu osiedla.
-Nie masz domu?
-Jak wszyscy tutaj.
-Wszyscy?
-Tak. Jest nas koło paru setek. Dlatego leżysz w tej dziurze. Nigdzie indziej nie ma już suchego zakamarka. –Wyjaśniała cierpliwie.
-A co z moimi ubraniami… -Jego oczy urosły, a usta rozchyliły się. –Miałem broń!
-Zapomnij o niej. Kurtka nie nadawała się do użytku, resztę ciuchów schowałam. Wiesz pełno złodziei. Za chwilę ci przyniosę.
Szakal zdziwił się nie co i z półuśmiechem na twarzy popatrzył na dziewczynkę.
-Jak to o broni mogę zapomnieć?
-Spodobała się Maxowi.
-Kto to taki?
-To nasz taki przywódca.
-Nie rozumiem…
-No, bo on ma ludzi, którzy mają broń i chronią nas przed innymi. Inni czasami do nas przychodzą po jedzenie i żeby nam zabrać to mieszkanie, a on i jego ludzie nas chronią.
Mężczyzna poskrobał się po brodzie.
-Tak bezinteresownie?
-Znaczy… To on ustala prawo i my go słuchamy.
-No tak. A z klejnotami ma w porządku?
-Jakimi klejnotami? –Zdziwiła się mała.
-A… nie nic. Bo mi się tak z pewnym Fidelem skojarzył. A gdzie twoi rodzice?
-Nie mam ich.
-Jak to?
-Nawet ich nie pamiętam. Opiekuje się mną wujek Cezar. Czasami chciałabym wyjść na zewnątrz i obejrzeć coś więcej niż te tunele.
Szakal nie mógł wyjść z podziwu.
-Czemu tego nie zrobisz?
-Max nie pozwala nam wychodzić. Mówi, że tam nikt o nas nie zadba, a tu jesteśmy bezpieczni. Może ma racje? Podobno ludzie mają dużo spraw na głowie i nie mają czasu dla nieznajomych.
Mężczyzna uśmiechnął się i opuścił głowę.
-Jeżeli czegoś pragniesz i mocno w to wierzysz podobno się spełnia.
-Tobie się coś spełniło?
-Kilka rzeczy. Może nie było ich wiele w stosunku do tych, które miałem, ale jestem zadowolony. Te Najważniejsze się spełniło. –Wyjaśnił.
-Jakie? –Słuchała z zaciekawieniem.
-Mam rodzinę i teraz chyba mnie potrzebuje. Odwiedzę Maxa i poproszę, by oddał mi broń.
-To bezcelowe. Max niczego nie oddaje.
-Trochę wiary maleńka. –Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Ja też mam marzenie.
-Jakie?
-Też chcę mieć rodzinę. –Posmutniała.
-Uśmiechnij się. Jesteś w dużo lepszej sytuacji niż inni. Oni rodziny nie wybierają, ty jeszcze możesz.
Jej twarz pojaśniała. Miał dar do dawania uśmiechu.
-Jak masz na imię? –Zapytał.
-Paulina.
-Miło mi. –Uśmiechnął się. –Mów mi misiu.
Odwzajemniła uśmiech
-Możesz przynieść mi ciuchy?
-Pewnie. –Powiedziała, po czym wybiegła z korytarza.

Szakal przechadzał się po korytarzach pełnych bezdomnych. Odziani byli w łachy. Ich ciała były brudne i wilgotne. Chodzili bez celu, czasem rozmawiali, kłócili się. Między nimi kręciło się kilku zbrojnych, którzy rzucali odzianemu w czerń przybyszowi wrogie spojrzenia. Nie stronili od nich również mieszkańcy. Wszędzie były szmaty służące za posłania. Krzykom i jękom nie było końca. Znajdował się na stacji zamkniętego metra. Korytarz był szeroki a kilka metrów przed ścianą biegł rów, w którym leżały szczątki torowiska. W tłumie ludzi dojrzał grubego, brzydkiego faceta, który ściskał za rękę małą dziewczynkę. Rozpoznał w niej Paulinę. Skupił się na nich i zaczął rozumieć rozmowę. Mężczyzna uderzył małą w twarz otwartą dłonią i zaczął wrzeszczeć.
-Mówiłem ci mała ździro, że masz się do niego nie zbliżać?! To ja jestem twoim opiekunem i masz mnie słuchać jasne!? Potrzeba nam pieniędzy! Może zamiast włazić gdzie cię nie chcą weźmiesz się za robotę?! Klienci na ciebie czekają!
Blondynka wybuchła płaczem i pobiegła w tłum.
-Suka! –Pożegnał ją.
„Wujek Cezar.” Pomyślał Szakal po czym ruszył przed siebie.

Max obmacywał kobietę siedzącą na jego biurku. Pomieszczenie przypominało starą dyżurkę. Było duże i -jak na te warunki- dobrze umeblowane. Przywódca nosił na sobie coś na kształt skórzanej zbroi. Miał szeroką twarz i nieprzyjemne spojrzenie. Jego paskudne usposobienie wydawało się nie przeszkadzać drobniutkiej blondynce dotrzymującej mu towarzystwa.
-Czas przejść do rzeczy. –Stwierdził Max i zaczął lubieżnie całować ją po szyi. Roześmiała się.
Rozległo się pukanie do drzwi.
-Mówiłem, żeby mi nie przeszkadzać do cholery!
Drzwi otworzyły się delikatnie i wpadło przez nie dwóch strażników. Zaraz za nimi wszedł Szakal.
-Melduje posłusznie towarzyszu generale, że zasnęło im się na służbie. Jako dobry żołnierz uznałem za swój obowiązek donieść o tym panu i upomnieć się o moją giwerę, co mi podczas akcji zginęła sir!
-Co to za cyrk! Wypad stąd ale już! –Wrzeszczał Max.
-Nie trza się tak gorączkować. Idę już idę, tylko mi moją zgubę oddaj, bo mi cholernie potrzebna jest. –Oznajmił Malkavianin.
-Mówisz o tej spluwie?
-No proszę jednak tytan dedukcji.
-Nie dostaniesz jej. To zapłata za to, że pozwoliłem ci tu być i za to że żyjesz, a teraz spieprzaj stąd i żebym cię więcej nie widział. –Powiedział dowódca.
Szakal pokiwał głową.
-Tak czułem.
Skaleczył kłem opuszkę kciuka i uronił kilka kropel krwi na podłogę. Te po chwili wyparowały.
-Co ty robisz? Naćpałeś się? –Człowiek popatrzył na Wampira. Jego oczy wydawały się głębokie niczym studnie. Zdawały się też wołać.
-Widzisz motylka? –Zapytał Szakal. Max jakby skamieniał. Prócz płytkiego oddechu nie dawał oznak życia. Przybysz potrzedł do dużej, metalowej szafy stojącej w rogu. Z ogromnym wysiłkiem rozerwał drzwi. Oddychając ciężko sięgnął po ukryty wewnątrz karabin z obrotowymi lufami i granatnikiem. Zabrał też swoją skrzynkę z amunicją. Przystawił niedbale zepsute drzwi i popatrzył na blondynkę.
-Jak myślisz? Może nikt nie zauważy co?
Przerażenie nie pozwalało jej nawet drgnąć. Max również się nie ruszał.
-Będzie dobrze. –Stwierdził Szakal kierując się do drzwi. –Teraz pora na obiad.

Damian biegał po korytarzach w poszukiwaniu swojej mamy. Nigdzie jej nie było. O tej porze powinna już być a tu nic. Fakt, że bieganie sprawiało mu ogromną frajdę, ale trochę też się martwił. W swoim zamyśleniu wpadł na coś i potknął się. Kiedy podniósł głowę dostrzegł, że jego przeszkodą był gruby człowiek leżący na posłaniu. Okrył się cały starą szmatą i sprawiał wrażenie śpiącego. Chłopak cofnął się gwałtownie. Przestraszył się, że mógł go obudzić i ten zdenerwowany będzie na niego krzyczał, a może nawet uderzy. Ku zdziwieniu małego nawet nie drgnął.
-Nic się nie stało? Przepraszam… -Podszedł bliżej i niepewnie odsłonił przykrycie. Dostrzegł grubego mężczyznę w kałuży krwi. Miał rozerwaną szyję i przerażone spojrzenie.
-P… Pan Cezar… -Wyksztusił ledwo. –Pomocy! –Zawołał.

Dokoła ciała zebrało się pełno gapiów. Zbrojni zawinęli je w szmaty i wynieśli. Ludzie plotkowali. Nagle do uszu zebranych dotarł głośny śpiew. Spojrzenia powędrowały w jego kierunku. Max biegł nago po korytarzu, radośnie śpiewając.
-Motylem jestem…

Assamickie patrole przeczesywały okolice w poszukiwaniu zbiega. Najlepszy z ich łowców zwietrzył trop. Ślad urwał się dopiero przy wejściu do kanałów. Już miał podnieść klapę, kiedy ujrzał obiekt poszukiwań wbiegający w ciemną uliczkę. Zabójca uśmiechnął się.
-Wylazłeś szczurze.
Kilkoma susami dostał się na dach, żeby zastawić zasadzkę. Stanął przy krawędzi i zdziwił się. Nikogo tam nie było. „Niemożliwe, żeby zdążył uciec.” Nagle poczuł mocny uścisk na szyi i ostrze przy głowie. Zacisną zęby. Nastała cisza.
-Odpowiadaj! –Wrzasnął Szakal po chwili.
-Na… Na co…? –Zdziwił się Assamita.
-Edek pyta gdzie Żeglarz i Duke!
-Wolę zdechnąć.
-Już raz ci się udało. –Stwierdził Malkavianin wbijając ostrze w jego czaszkę. Zwłoki osunęły się na beton.
-Czujesz Edek?... To perfumy Duke’a. Czuje, że jesteśmy blisko… Wredna świnia z ciebie. Lubię go, więc nie chciałem używać słowa bąk…

Paulina siedziała w noclegowni okrywając się kocem. Ta zima była jedną z najostrzejszych od kilku lat. Dziewczyna miała już dwadzieścia trzy lata, a jej marzenia jeszcze się nie spełniły. Próbowała ze wszystkich sił, lecz nie udało się. Straciła już nadzieję. Postanowiła się położyć. Jutro czekał ją kolejny, niechciany dzień. Poczuła mrożący chłód na ciele. Usłyszała zawodzenie wiatru. Podniosła głowę i dostrzegła otwarte okno. „Jakim cudem?” Wstała, i podeszła do niego. Zamknęła cichutko, żeby nikogo nie obudzić. Odwróciła się. Stał przed nią mężczyzna którego pamiętała z dzieciństwa. Miał to samo czarne ubranie i ten sam makijaż na twarzy. Powinna się przestraszyć, ale nie zrobiła tego.
-A więc jednak się spotkaliśmy.
-W okolicy byłem - Uśmiechnął się.
-Czego potrzebujesz? Wiele ci nie dam.
-Nie czego ja potrzebuje, a o czym ty marzysz.
-Nie rozumiem - Powiedziała.
Podszedł do niej i mocno ją przytulił.
-Pora wybrać swoją rodzinę. –Otworzył usta…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -