Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Portret olejny

Agnieszka Albrecht

Jako student krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych klepałem przysłowiowa biedę. Gnieździłem się (jak przystało na artystę) na skromnym poddaszu podupadłej kamienicy, z pięknym widokiem na Rynek i Kościół Mariacki , a do stypendium dorabiałem jako portrecista. Nie żądałem wiele za swoje prace, a klienci polecali mnie sobie nawzajem pocztą pantoflową, zatem nie narzekałem na brak zleceń - przychodzili do mnie okoliczni sklepikarzę, właściciele straganów, młodzi poeci i aktorzy bez nazwiska, czasem pragnąc uwiecznić własne oblicze, a czasem sprawić prezent bliskiej osobie. Ci drudzy przynosili mi fotografie, mimo że zawsze wolałem malować bezpośrednio z natury, poznając charakter i mimikę twarzy modela.
Pewnego jesiennego popołudnia odwiedziła mnie pewna starsza pani .Wniosła ze sobą zapach lawendowych perfum i aurę przedwojennej elegancji. Mimo podniszczonej sukni prezentowała się pięknie, wysoka, z białymi włosami upiętymi w staranny kok. Jej twarz, wyrazista i wrażliwa, aż prosiła się o portret...Dlatego odczułem coś w rodzaju rozczarowania, gdy wyjęła z czarnej torebki kopertę ze zdjęciem.
Była to fotografia mężczyzny o arystokratycznych rysach i dumnym spojrzeniu.
Jego oczy miały wesoły, inteligentny wyraz, a usta zastygły w półuśmiechu. Mimo siwizny jego twarz emanowała młodzieńczą pogodą i radością życia.
Moja klientka wyjaśniła, że zdjęcie przedstawia jej ukochanego męża. Z racji zbliżającej się rocznicy ślubu chciałaby podarować mu portret, jednak w tajemnicy, bez konieczności pozowania. Rozumiałem to doskonale, miałem już wiele podobnych zleceń, zatem po uzgodnieniu ceny i terminu rozstaliśmy się w najlepszej zgodzie.
Przystąpiłem do pracy niemal natychmiast, zagruntowałem płótno i wykonałem szkice.
Następnego dnia zaraz po zajęciach uczelnianych skupiłem się na portrecie. Jednak - dziwne - praca jakoś mi nie szła. Cóż, byłem przyzwyczajony do faktu, że praca ze zdjęciami sprawia więcej trudności. Dla odprężenia i odpoczynku wybierałem się codziennie na spacer po Plantach.
Jakież było moje zdumienie, gdy pewnego popołudnia zobaczyłem obiekt mojego zlecenia !
Starszy mężczyzna o znajomych rysach siedział na ławeczce czytając gazetę. Wydawał się pogrążony w lekturze, mogłem do woli dyskretnie go obserwować . Po powrocie do domu zrobiłem więcej szkiców, a portret nabrał nieco życia.
Następnego dnia po południu również wybrałem się na Planty. Mój model nie zawiódł mnie.
Siedział nadal na tej samej ławce ,czytając. Obserwowałem go i zapamiętałem cechy jego twarzy. Praca ruszyła z miejsca. Portret stawał się coraz bardziej żywy, wyrazisty. Postanowiłem kontynuować śledztwo, ukryty między krzewami leszczyny.
Jednak kolejnego dnia, zaraz po moim nadejściu, mężczyzna podniósł się z ławki - czyżby mnie zauważył ?...Zwinął gazetę i wsunął ją do pojemnika na śmieci.
Ruszył wzdłuż bocznej uliczki, na chwilę zniknął, a gdy go odnalazłem stał wpatrzony w witrynę antykwariatu. Był to marny sklepik z meblami i książkami, wciśnięty w średniowieczny zaułek, żałośnie niepozorny. Na wystawie zauważyłem biurko w stylu biedermaier i kilka luster w ozdobnych, zakurzonych ramach.
Matowa szyba wystawy, półmrok panujący w głębi, nadłamany szyld - wszystko to pozwalało przypuszczać że interes podupadał. Nie widziałem wewnątrz żadnego ruchu, światła, śladu obecności ludzkiej. Jednak mój model stał cierpliwie przy witrynie. Nagle odwrócił się
i spojrzał wprost na mnie. Znieruchomiałem - nie zdążyłem się ukryć, stałem na końcu uliczki ze szkicownikiem w dłoni - i przez długą chwilę patrzylismy na siebie bez słowa. Potem uśmiechnął się do mnie smutno. Podniósł rękę, przetarł kurz z szyby i wskazał mi coś wewnątrz sklepu. Następnie chwycił klamkę ciężkich, kutych drzwi, otworzył je i wszedł do środka. Po chwili wahania zbliżyłem się do antykwariatu i spróbowałem wejść. Drzwi były jednak zamknięte na głucho, co więcej, od wewnątrz zabezpieczone łańcuchem !
Poczułem się dziwnie, niepewnie, trochę jak intruz. Przetarłem szybę - w miejscu które wskazywał starszy pan stało czereśniowe biurko. Blat był piękną mozajkową intarsją z wielu różnobarwnych gatunków drzewa. Po prawej stronie miało szereg szuflad do samej ziemi, od płaskiej na listy po masywną i wysoką na książki. Rękojeść każdej z nich była główką cherubina wyrzeźbioną w kości słoniowej. Sama intarsja przedstawiała - o ile mogłem dostrzec przez brudną szybę - scenę biblijną z Edenu.
Postacie Adama i Ewy ,wdzięcznie wygięte i jasne, skłaniały się ku sobie pod Drzewem Wiadomości. Mimo że nie widziałem szczegółów, kompozycja sprawiała wrażenie wykonanej ręką mistrza. Zdecydowanie mebel był bezcennym unikatem. Tym bardziej zastanawiające było, skąd się wziął w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu.
Inne obiekty na wystawie były mniej interesujące. Kilka luster, niezbyt starych, najwyżej z początku wieku, w tanich i kiepsko zakonserwowanych ramach. W rogu stała lampka à la Tiffany ze stłuczoną szybką. Obok niej poobijany fajansowy kot wylegiwał się na aksamitnej poduszce. Purpurowy materiał był wytarty i społowiały.
Zastukałem lekko w szybę, potem trochę mocniej - bez rezultatu. Postałem jeszcze chwilę, nasłuchując i wypatrując przez szybę, jednak widziałem tylko zamazane kształty mebli w głębi sklepu. Zniechęcony i trochę zły na siebie wróciłem na swoje poddasze, aby zająć się portretem. Uznałem go za niemal ukończony. Twarz nabrała życia i obraz nie przypominał już płaskiej fotografii, jednak brakowało czegoś...cóż, widziałem go en face zaledwie przed chwilą, więc pospiesznie naszkicowałem ów smutny uśmiech, którym mnie obdarzył.
Następnego dnia zatelefonowałem do mojej klientki i zaprosiłem ja po odbiór portretu męża.
Przyszła zaledwie kilkanaście minut później. Gdy zobaczyła rezultat mojej pracy, długo milczała - uznałem to za zły znak. Jednak gdy zobaczyłem łzy w jej oczach poczułem się zupełnie zdezorientowany. Zacząłem niezdarnie przepraszać i wyjasniać, że za portrety ,,nietrafione", niepodobne, nie pobieram żadnej opłaty....Przerwała mi natychmiast.
Portret był idealny. Nie spodziewała się takiego mistrzostwa. Jednak nie rozumie, jak mogłem wykonać go na podstawie starej fotografii.
Natychmiast wyjaśniłem, że wzorowałem się na żywym modelu. Powiedzialem coś w rodzaju ,,Małżonek szanownej pani lubi spacerować po Plantach ? Codziennie go tam widywałem" .
Na te słowa wybuchnęła łkaniem i długo nie mogłem jej uspokoić. Potem zaczęła wypytywać - kiedy, gdzie dokładnie go widziałem, co robił, jak wyglądał ? Aby ją trochę pocieszyć odpowiadałem cierpliwie na pytania, powiedziałem również ze ostatni raz widziałem go poprzedniego dnia przed sklepem z antykami. Podałem adres. Byłem zdezorientowany i przestraszony. Otworzyłem koniak - prezent od znanego mecenasa za portret kochanki- i nalałem jej szczodrą ręką. Wypiła duszkiem i uspokoiła się trochę. Następnie opowiedziała mi historię, w którą trudno uwierzyć.
Jej mąż nie żył od kilku miesięcy.Ich małżeństwo było bardzo szczęśliwe. Był niegdyś cenionym adwokatem, jednak długa i ciężka choroba uniemożliwiła mu pracę i stopniowo pozbawiła oszczędności. Ona przez całe życie pracowała jako nauczycielka łaciny w liceum i obecnie miała jedynie skromną emeryturę. Aby godnie pochować męża sprzedała meble z jego gabinetu, między innymi antyczne biurko z inartsją, przy którym zwykle pracował. Biurko to kupili oboje podczas podróży poślubnej w domu aukcyjnym w Wenecji. Nigdy by go nie sprzedałą , gdyby nie brak środków na pogrzeb. Jednak pomimo że sprzedaż innych mebli z gabinetu pokryła wszystkie koszty, na biurko wciąż nie znalazł się nikt chętny .
Ulubionym zajęciem jej męża był spacer po Plantach i czytanie codziennej gazety w miejscu, które opisałem. Teraz, pod będąc pod wrażeniem mojej opowieści, zamierzała wycofać biurko ze sprzedaży. Uznałą że tego pragnąłby jej mąż. Wspomniałem że antykwariat był zamknięty, gdy próbowałem dostać się do środka. Uśmiechnęła się tajemniczo, zabrała obraz, zapłaciła i zniknęła, pozostawiając po sobie zapach lawendowych perfum... Cóż, pozostałem sam na moim poddaszu, pełen dziwnych przemyśleń i refleksji na temat trwałości uczuć.
Następnego dnia poszedłem na Planty. Na znajomej ławeczce nie było nikogo. Podszedłem bliżej. Z żeliwnego kosza na śmieci wystawał róg zwiniętej gazety. Wyjąłem ją. Była datowana na trzeciego marca - dokładnie trzy miesiące temu.
Poszedłem znajomym szlakiem do antykwariatu. Tym razem drzwi były szeroko otwarte, a wystawa uległa wyraźnej zmianie. Nie było już biurka z czereśniowego drzewa. Na atłasowych draperiach stał rosyjski samowar, kilka porcelanowych filiżanek i statuetka konia z kadyńskiej manufaktury. Z boku witryny oparto podróbkę ikony ze świętą Trójcą.
Obok niej siedziała przedwojenna lalka, przybrudzona, blada i pozbawiona wdzięku. Przed nią ktoś rozsypał garść szklanych kulek. Całość sprawiała wrażenie dzieła psychopaty i przywodziła na myśl raczej Holocaust, niż szczęśliwe dzieciństwo. Cóż, zwykle stare zabawki bardziej mnie przerażały niż rozczulały.
Wszedłem do środka i rozejrzałem się z ciekawością.
Wnętrze nie prezentowało się lepiej niż wystawa. Panował tu zapach stęchlizny, mdły i słodkawy, a niewielkie pomieszczenie zagracono brudnymi meblami i bibelotami bez wartości. Poniemieckie mundury, pokraczne komody i szafy, nieodkurzane od lat lustra i toalety, fotele obite wytartym aksamitem ...Z całą pewnością nie był to luksusowy dom aukcyjny, raczej kiepski lombard. Rozglądałem się w poszukiwaniu właściciela lub sprzedawcy, nawet nawoływałem, jednak bezskutecznie. Podczas przechadzki między eksponatami zorientowałem się, ze niektóre spośród nich są interesujące, jednak wystawiono je w sposób bynajmniej nie zachęcający do kupna - były brudne, zaniedbane, bez śladu konserwacji.
Cóż, w końcu wyszedłem. Klaustrofobiczna atmosfera sklepu i brak jakiegokolwiek znaku życia zadziałały na mnie przygnębiająco. Wróciłem do swoich zajęć, zamówionych kopii i portretów oraz obowiązków uczelnianych, i niemal zapomniałem o całej sprawie.
Minęło kilka tygodni i oto niespodziewanie - wieczorem - odwiedziła mnie moja dawna klijentka. Przyszła niezapowiedziana, a cały jej wizerunek różnił się znacznie od tego który zdołałem zapamiętać.
Ubrana była w piękne srebrzyste futro, na dłoniach miała białe rękawiczki z koźlęcej skóry,
a jej kształtną głowę ozdabiał modny welurowy kapelusz.Z jej dawnej postaci pozostały tylko lawendowe perfumy i subtelny uśmiech. W obydwu rękach trzymała torby z zakupami które postawiła pod moim prymitywnym szamotowym piecem. Z jednej z nich wyjęła wyborne bordeaux, które - nieco onieśmielony - rozlałem na dwa kieliszki. Rozsiadła się swobodnie w jednym z foteli i posłała mi prześliczny uśmiech, którego nigdy nie zapomnę - jej twarz promieniała szczęściem i spokojem, z dawnej smutnej wdowy nie pozostał żaden ślad.
- Musi pan wiedzieć - powiedziała cicho - że dzięki panu moje życie zmieniło się całkowicie.
Uważam że zasługuje pan na poznanie prawdy. Natomiast absolutnie nie musi pan w nią uwierzyć.
Po śmierci męża większość jego mebli, w tym biurko, trafiły do antykwariatu. Był to - jak zapewne zdążył się pan zorientować- sklep niskiej klasy, jednak tylko oni zgodzili się wziąć meble. Sprzedali wszystko oprócz biurka, po cenach poniżej wartości zabytków, jednak to wystarczyło aby sfinansować pogrzeb. Z samym biurkiem od początku były problemy. Nikt nie chciał go kupić mimo śmiesznie niskiej ceny, nikt nawet o nie nie zapytał.
Widzi pan, po pogrzebie zostały mi wielka tęsknota i niewielkie oszczędności . Postanowiłam zamówić portret drogiego Filipa i trafiłam do pana - z polecenia sąsiada, sklepikarza - jako do taniego i rzetelnego portrecisty, studenta Akademii. Miałam jednak to zdjęcie, kiepskie, czarno-białe, i szczerze mówiąc zdziwiłam się że zgodził się pan wykonać portret na podstawie tak marnej fotografii. Jednak dokonał pan tego - zrobił pan o wiele więcej. Namalował pan dzieło sztuki bez żywego modela. Nie rozumiałam tego dopóki nie wyjaśnił pan, ze widywał mojego nieżyjącego męża codziennie w parku. Widzi pan, początkowo nie dałam panu wiary. Ale sam portret - był tak realny, tak pełen życia- to nie mogła być inna osoba....Wobec tego uwierzyłam panu. Po pańskiej opowieści poszłam do antykwariatu i odebrałam biurko. W sekretnej szufladce pod blatem znalazłam papiery wartościowe, akcje bankowe. Okazało się ze mąż od wielu lat brał udział w giełdach całego świata jako utalentowany i namiętny gracz. Nigdy nie popierałam hazardu , zatem ukrywał swoje pasje. Majątek, który w ten sposób osiągnął, pozwala żyć dostatnio przez wiele lat.
Z niewyjaśnionych powodów postanowił przekazać swój sekret za pańskim pośrednictwem.
Gdy powiedział pan że widuje mego męża dokładnie tam, gdzie miał w zwyczaju się pojawiać, uznałam to za kiepski żart. Dopiero sam portret, mistrzostwo wykonania, przekonały mnie.
W tej sytuacji może pan żądać za swoją pracę dowolnej kwoty. Jestem obecnie szczęśliwą osobą. Wierzę że mój mąż jest nadal przy mnie.
Nie wykorzystałem tej chwili jej słabości i nie zgodziłem się przyjąć żadnych pieniędzy ponad zwyczajową opłatę za portret. Zdawała się być rozczarowana, jednak uznała mą decyzję , pożegnała się i wyszła.
Po kilku dniach otrzymałem przesyłkę - był to luksusowy, rozbudowany komplet farb holenderskich wraz z zestawem pędzli, zamknięty w mahoniowej walizce, oraz plenerowe sztalugi.
Do przesyłki dołączona była koperta pachnąca lawendą. Wewnątrz znalazłem list skreślony starannym charakterem pisma o następującej treści:
,,Szanowny Panie !
Mam nadzieję że przyjmie Pan choć ten skromny dowód wdzięczności.
Dziś wyjeżdżam do Wenecji i mam nadzieję zamieszkać w miejscu, gdzie spędziłam najszczęśliwsze chwile mego życia. Zabieram ze sobą wykonany przez Pana portret - proszę uwierzyć, że jest dziełem genialnym. Być może to tylko gra świateł, lecz w chwili gdy pisze te słowa, widzę radość na jego twarzy. Prawdopodobnie nie spotkamy się już nigdy, zatem dziękuję raz jeszcze i zapewniam o mych najcieplejszych myślach.
- Pańska S. W."
Prezent sprawił mi wielką radość i natychmiast odpisałem, jednak adresat już nie istniał- listonosz odniósł mi list oznajmiając że pani S. sprzedała mieszkanie i wyjechała za granicę.
Minęło kilka lat i niemal zapomniałem o całej historii. Skończyłem studia i imałem się różnych zajęć, malowałem kopie dawnych mistrzów i scenografie teatralne, zajmowałem się także konserwacją, jednak wciąż żyłem na krawędzi ubóstwa. Pewnego dnia mój przyjaciel z lat szkolnych zaproponował mi współudział w prowadzeniu jego składu kupieckiego. Nie miało to wiele wspólnego ze sztuką, bowiem handlował perfumami, lecz przynosiło stały dochód, i zdawało się kuszące. Byłem znużony codzienną walką o byt. Zgodziłem się i zacząłem praktykę jako sprzedawca. Trudno mi było jednak zapomnieć o malarstwie.
Nadeszła wiosna. Pewnego kwietniowego poranka do sklepu weszła dama w czerni, osoba
nie pierwszej młodości, lecz postawna i o wdzięcznej sylwetce. Jej twarz skrywała tiulowa woalka.
Cały sklep wypełnił się zapachem lawendy....Podeszła wprost do mnie , ale nie odezwała się słowem. Wtedy zadzwonił telefon. Przeprosiłem i poszedłem na zaplecze. Telefonował prawnik pani S.W. Zaprosił mnie na spotkanie w swoim biurze na Starówce.
Gdy wróciłem, tajemniczej damy już nie było. Poruszony poprosiłem przyjaciela o wolne popołudnie, i udałem się pod wskazany adres.
Prawnik oznajmił mi że jego klijentka zmarła przed dwoma dniami w Wenecji.
Nie miała dzieci i żadnych żyjących krewnych, a w testamencie uczyniła mnie jedynym swym spadkobiercą. Jednak pozostawiła dziwne zastrzeżenie, bez którego realizacja testamentu nie była możliwa. Mianowicie powinienem zobowiązać się na piśmie, w obecności prawnika, że życie moje poświęce malarstwu, nie zaniedbam talentu i nie roztrwonię go w poszukiwaniu innych zajęć. Pozostawiła również list adresowany do mnie bezpośrednio, który niniejszym cytuję:
,,Drogi Panie
Mam nadzieję ze nie dziwi Pana moja decyzja. Od dawna śledziłam Pańskie losy i chciałam wspierać Pana w jego poczynaniach, wiedziałam jednak, że skromność i duma nie pozwolą Panu przyjąć pomocy z mej strony. Teraz jednak, gdy dowiedziałam się że los zmusił Pana do zaniechania malarstwa, zdecydowałam się umieścić w testamencie ową klauzulę. Mam żywą nadzieję, że uzna Pan ją za to, czym jest - za żart serdecznej przyjaciółki, i nie będzie Pan sprzeciwiał się mojej najszczerszej woli, która, jak śmiem głeboko wierzyć, jest i Pańską wolą.
Proszę o wybaczenie w kwestii tej drobnej manipulacji - mam nadzieję, że śmieje się Pan teraz wraz ze mną.
Pańska oddana
-S.W."
Dowiedziałem się również, że Madame S. została pochowana w rodzinnej krypcie wraz z portretem męża, zgodnie z jej ostatnią wolą.
Mam teraz 85 lat. Życie poświęciłem malarstwu, mej ukochanej pasji. Z czasem odniosłem sukces i moje prace osiągają na aukcjach wysokie ceny. Jednak nie doszłoby do tego nigdy, gdyby nie tamta historia. Stałem się także przesądny - i nigdy już nie namalowałem portretu z fotografii.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -