Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Milczące Miasteczko

Robert Cichowlas

Minęli tablicę informującą, że zostało im do pokonania jeszcze pięć kilometrów. Jacek dodał gazu, wymijając ogromnego szarego Jeepa Grand Cherokee z przyczepą campingową Dochodziło wpół do drugiej. Dzień był gorący jak świeżo zalana filiżanka capuccino. Na niebie wisiała tylko jedna, maleńka chmurka w kształcie nowonarodzonego dziecka. Panował taki upał, że pomimo zesuniętych szyb, w aucie nie było czym oddychać. Bucząca klimatyzacja zdawała się wytwarzać jeszcze gorętsze powietrze od tego, które wpadało do samochodu z dworu.
- Myślisz, że wyzdrowieje? - zapytała siedząca obok Kamila. Jej twarz wyrażała przygnębienie i niepokój.
- Trzeba w to wierzyć - odparł Jacek, posyłając żonie krótkie spojrzenie. Na jego czole zabłysły kropelki potu, które po chwili spłynęły leniwie na policzki i do oczu.
Kamila nabrała do płuc powietrza, po czym pochyliła się na siedzeniu i oparła o tablicę rozdzielczą. Zaczęła nerwowo bębnić palcami w drewniane drzwiczki od schowka na dokumenty.
- Denerwuję się - powiedziała czując, że zaczyna jej mocniej bić serce - Przez całe życie była zdrowa, prawda? Nic jej nie dolegało.
Jacek zerknął na prędkościomierz - strzałka zbliżała się do cyfry sto czterdzieści. Zwolnił i odparł beznamiętnie:
- Na każdego przychodzi czas. Moja matka nie należy do osób, które preferują systematyczne wizyty u lekarzy. Prędzej, czy później, to musiało się stać. Musiała zachorować.
Dotarli do pierwszych wiejskich chałup, mijając ciężarówkę załadowaną świeżo ściętym sianem. Jacek dostrzegł dwóch mężczyzn podążających poboczem. Każdy z nich miał na sobie o dwa numery za duże spodnie i wytarte, flanelowe koszule z podwiniętymi niemal do ramion rękawami. Byli wysocy i chudzi, a kiedy dostrzegli forda scorpio Jacka, przystanęli na moment, aby wyszczerzyć żółte zębiska, po czym błyskawicznie udać się w sobie znanym kierunku.
- Dziwni ludzie - bąknął Jacek, a potem prawą ręką dotknął odsłoniętego kolana Kamili i zapytał - Co powiesz na to, aby coś zjeść?
Skinęła beznamiętnie głową.
- Jesteśmy już prawie na miejscu?
- Tak, prawie. Jeszcze kilometr i wjedziemy do Kórnika. Zaraz za nim mieści się maleńkie miasteczko o nazwie Rosoka. Moja matka mieszka tam od urodzenia. Myślałem, aby zatrzymać się na chwilę w Kórniku i zjeść coś na szybko.
- To dobry pomysł. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo jestem głodna.
Ujrzeli ciemny las wysmukłych sosen. Między drzewami migały sylwetki spacerowiczów; młodych, opalonych kobiet z wózkami i nieogolonych, raczej tęgich mężczyzn, którzy z uniesionymi głowami zdawali się obserwować skaczące z gałęzi na gałęzie wiewiórki. Kiedy zwolnili do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, jadąc teraz za czerwonym sportowym audi, poczuli chłodniejsze powietrze. Kamila zdjęła lekkie, zamszowe buty i oparła bose stopy o tablicę rozdzielczą.
- Bardzo żałuję, że nie miałam przyjemności poznać jej wcześniej - odezwała się.
- W zasadzie nigdy nie czułem potrzeby, abyś ją poznawała - odparł szorstko Jacek - Mówiłem ci, ile się przez nią nacierpiałem.
- Wiem, skarbie. Jednak zawsze, kiedy o niej opowiadałeś, miałam wrażenie, że tęsknisz za domem rodzinnym.
- Raczej za bardzo dawnymi czasami, kiedy żył jeszcze mój ojciec - Jacek zatrąbił, widząc, jak kierowca czerwonego audi nie może się zdecydować, czy zjechać na pobocze teraz, czy później. Włączał i wyłączał kierunkowskaz, co chwila hamując i przyśpieszając.
- Nie chcesz o tym rozmawiać? - zapytała spokojnie Kamila, posyłając mężowi pełne zrozumienia spojrzenie.
- Wolę myśleć o czymś innym. Przynajmniej do momentu, aż nie wjedziemy do Rosoki - odparł i wcisnął pedał gazu do samej podłogi. Wyprzedził auto z prawej strony, jadąc poboczem, po czym wychylił głowę przez boczną szybę tak, aby nie pozostać niezauważonym przez kierowcę czerwonego audi. Zrobił groźną minę, a potem ponownie wcisnął klakson.
- Dureń - syknął pod nosem, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że zbielały mu kłykcie.
Kamila nie odezwała się. Wiedziała, że nie zdoła go uspokoić. Musiał ochłonąć. Ostatnio wszystko go irytowało; kurz na telewizorze, nie podlane kwiaty, wypełniona niedopałkami popielniczka na stole w ich salonie, głos teściowej, zapraszającej ich na wspólną kolację, czy sąsiadka spod trójki, pukająca z prośbą o kilka łyżeczek cukru. Był opryskliwy i wyjątkowo niespokojny. Starała się go nie denerwować. Zdawała sobie sprawę, że kolejne dni, czy nawet tygodnie nie będą należały do łatwych. Pomimo, iż nigdy nie wypowiadał się o swojej matce z szacunkiem, pomimo, iż miał do niej ogromny żal, związany z krzywdami, jakie mu wyrządziła, kiedy był małym chłopcem, cierpiał z powodu jej choroby.
Wjechali do Kórnika, niewielkiego miasta leżącego niespełna dwadzieścia kilometrów na południowy wschód od Poznania. Przez prawie pięć minut wlekli się za traktorem wąską, kamienistą drogą. Po obu jej stronach rosły przerzedzone, chude sosny, które wyglądały jak pozostałości po wyciętym dawno temu lesie.
Kiedy znaleźli się w centrum, Jacek zatrzymał samochód na czerwonym świetle.
- Ostatni raz byłem tu jak miałem czternaście, albo piętnaście lat - powiedział chrapliwym głosem, a potem wskazał głową na potężny kościół mieszczący się po lewej stronie ulicy, niedaleko dworca autobusowego – Pamiętam dzień, kiedy po raz ostatni widziałem ojca. Leżał w otwartej trumnie właśnie w tym kościele.
Kamila spuściła wzrok. Posmutniała jeszcze bardziej.
- To musiał być dla ciebie ogromny wstrząs - odezwała się nieco drżącym głosem.
- Leżał na plecach, a ja pomyślałem, że nigdy wcześniej nie widziałem go tak spokojnego. Zawsze krzyczał na mamę, kiedy ta przychodziła pijana do domu. Długo rozmawiali, zanim szli spać. Kiedy już nastawała cisza, mama udawała się do sypialni, a tato zostawał w kuchni, otwierał piwo i płakał.
Jacek zamilkł nagle, a potem rozbłysło zielone światło, więc wrzucił pierwszy bieg i wolno ruszył. Jego podbródek zadrżał, a potem w oku pojawiła się łza.
- Zmarnowała mu życie - wymamrotał po chwili - Zmarnowała życie jemu, a mi zniszczyła dzieciństwo. Biła tak mocno, że na drugi dzień nie byłem w stanie iść do szkoły. Byłem siny po tym, jak przestawała kopać, szarpać i rzucać we mnie ciężkimi popielniczkami, doniczkami i garnkami. Okropieństwo.

***

- Niedługo zaczną mówić - odezwała się staruszka, posyłając mężczyźnie pełne zaniepokojenia spojrzenie.
- Nie możemy nic zrobić.
- I to mnie przeraża. Kiedy zaczną gadać, nic już nigdy nie będzie takie, jak do tej pory.
- Wyczuwam w tobie obawę.
- Jesteś wyjątkowo spostrzegawczy.
- Jest coś jeszcze, prawda?
Staruszka odwróciła wzrok. Spróbowała podnieść się z łóżka, ale jej ręce były zbyt słabe, by utrzymać ciężar ciała. Opadła z powrotem na poduszkę, a potem wyjąkała:
- Przepadłam. Na zawsze.

***

Jacek zaparkował scorpio na dość obszernym parkingu strzeżonym, wyłożonym ogromnymi kamiennymi płytami, które przez lata eksploatacji zdążyły popękać, stając się prawdziwą zmorą dla kierowców i ich czterech kółek. Niebo stało się ciemniejsze; jakby nagle jakaś niewidzialna, potężna dłoń, przysłoniła słońce. Wciąż jednak było niemiłosiernie parno.
Kamila wysiadła z auta, po czym wsunęła buty. Rozejrzała się po okolicy, oczekując na męczącego się z odpięciem pasów bezpieczeństwa, Jacka. Po chwili mężczyzna wysiadł z auta; cały zdyszany i spocony. Usłyszeli radosne pokrzykiwania dzieci, kąpiących się w pobliskim jeziorze i pomimo, iż wysokie topole przysłaniały im widok na plażę, potrafili wyobrazić sobie ich zadowolenie.
- Pięknie tutaj - powiedziała Kamila, kiedy ruszyli wyboista dróżką w stronę niewielkiej knajpy, położonej kilkadziesiąt metrów za parkingiem, w gęstwinie drzew.
- Przez ostatnie lata wiele się tu zmieniło - odparł spokojnym tonem Jacek - Teraz jest plaża, molo, restauracje, boisko do gry w siatkę. Kiedyś był tu tylko park i zamek, którego nikt nie odwiedzał.
- Zamek?
- Tak, znajduje zaraz za tymi drzewami.
Jacek skinął głową na drugą stronę ulicy. Kobieta spojrzała w tamtym kierunku i przez moment dostrzegała jedynie drzewa; wysokie, szczupłe, szeleszczące. Po chwili jednak rzuciły jej się w oczy dwie wieże, nieznacznie wystające nad koronami. Cegła, z których były wykonane, sprawiała wrażenie spękanej, kruchej, a małe, wąskie okna przypominały upiorne oczy demona; czarne, chłodne i puste.
- Jak mogłam ich wcześniej nie dostrzec? - zapytała bardziej siebie, niż męża.
- Na ten zamek nigdy nie zwracano uwagi - odparł krótko Jacek - Po prostu tu był i tyle.
- Wjeżdżając do Kórnika, nie ma się świadomości, że tu stoi, prawda?
- Tak, masz rację. Nieliczni wiedzą, że tu jest. Po prostu ci, którzy zajmują się zamkami i ci, którzy lubią je odwiedzać.
- A ty? - spytała Kamila - Byłeś w nim kiedyś?
- Byłem jako dziecko - oparł Jacek, podchodząc do potężnych, drewnianych drzwi lokalu. Zanim je otworzył, dodał tylko - Matka mnie tu przyprowadziła. Chciała, abym poznał historię Działyńskich. Gówno z tego zapamiętałem.
A potem weszli do pomieszczenia, w którym roiło się od ogolonych na łyso, wąsiatych turystów z wielkimi, odsłoniętymi brzuszyskami. Niemal każdy z nich miał na dłoni złotą bransoletę, czasem po dwie, albo i trzy, oraz złote zegarki. Pokrzykiwali głośno, pijąc piwo z wysokich kufli, wykonanych z najgrubszego szkła, jakie Jacek w życiu widział i wpychali sobie do ust nieskończenie duże ilości jedzenia. W zasadzie trudno było nazwać to spożywaniem posiłku. Niemal siłą wciskali w siebie pokaźne kawały golonek, pieczonej karkówki i pałek z kurczaka, śmiejąc się, krzycząc i gwiżdżąc. Tłuszcz spływał im z rąk i twarzy, aż Jackowi zrobiło się niedobrze, a Kamila schowała głowę za jego ramieniem.
- Co zamawiamy? - zapytał w końcu Jacek, spoglądając na wysokiego, krępego mężczyznę, stojącego za ladą. Dobiegające z kuchni chichoty i odgłosy podskakującego na patelni mięsa stały się nie do zniesienia.
- Coś świeżego - wymamrotała Kamila, po czym zerknęła na tablicę korkową z dwiema kartkami papieru, na których ręcznym pismem wyszczególnione były dania dnia.
- Flaki wołowe, zapiekanka, hot - dog, to chyba nie dla mnie - odparła zniesmaczona, po czym zbliżyła twarz do ucha Jacka i wyszeptała - Chodźmy stąd.
- Zaczekaj. Chyba kurczak z rożna brzmi całkiem rozsądnie? - zapytał niepewnie.
Kamila udała zamyśloną, a potem skinęła potakująco głową.
- Dobrze. Dla ciebie jestem w stanie to skonsumować.
- Musimy coś zjeść. Nie mamy tyle czasu, aby jechać do restauracji.
- Zatem zamów nam kurczaka z rożna.
Krępy kelner przyglądał się im z powątpiewaniem, pocierając brudne od mąki ręce. Kiedy spojrzeli na niego ponownie, nagle odwrócił się i zaczął szorować ladę. Robił to z takim impetem i siłą, że drewno, z którego była wykonana uginało się pod jego naciskiem.
- Przejezdni, prawda? - zapytał nagle, nie przestając polerować blatu.
Jacek wzruszył ramionami.
- Raczej tak. Od lat tu nie mieszkam.
Kelner podniósł wzrok, zdziwiony.
- Mieszkał pan tu kiedyś?
- Tak, niedaleko, w Rosoce.
- Rosoka - powtórzył po Jacku grubas, a potem ściszył głos - Nigdy nie zapomnę tej przemiany. Moja żona momentalnie dostała wysokiej gorączki, a dzieci zachorowały na ospę.
Jacek zmarszczył brwi, posyłając krótkie spojrzenie Kamili.
- Przemiany? Obawiam się, że nie wiem, o czym pan mówi - rzekł.
- Od jak dawna pan tu nie mieszka?
- Od jak dawna? Będzie ze dwadzieścia lat, dlaczego pan pyta?
- Dwadzieścia lat! - krzyknął kelner, aż kilka osób w lokalu zamilkło, podniosło wzrok znad stołu, po czym krzywo się uśmiechnęło - Nic dziwnego, że pan taki nieobeznany. Rzadko kto, poza mieszkańcami wie, co stało się z Rosoką.
Kamila chwyciła męża za ramię.
- Chodźmy stąd, proszę.
Jacek, przytulił ją, po czym kiwnął głową.
- Tak, idziemy, kochanie.
- Niech państwo uważają - ostrzegł kelner, odrzucając zabrudzona szmatkę za siebie, a potem dodał - Mam nadzieję, że się tam nie wybieracie.
- Do Rosoki? Tak się składa, że właśnie tam jedziemy.
Wtedy grubas zamilkł na minutę, albo dwie. Zadumał się na chwilę, po czym z jego krtani wydobył się nieprzyjazny pomruk. Jacek pomyślał, że jest podenerwowany. Nagle zadrżał i skrzyżował ręce na piersi. Nie zwrócił uwagi na młodego, chudego jak patyk mężczyznę, który wyszedł właśnie z kuchni. Miał na sobie biały fartuch i cuchnął surowym mięsem.
- Ma pan chwilę? - zapytał, lecz krępy kelner wciąż uważnie wpatrywał się w Jacka.
- To miasteczko nie jest już takie, jak kiedyś - powiedział martwym głosem - Nikt tam nie jeździ. Wszyscy się boją.
- Boją czego? - zapytał Jacek, przyciskając do siebie Kamilę.
- Ciąży na nim klątwa.
- Słucham?
Nagle Kamila odkleiła się od swojego męża, po czym rzuciła szorstko:
- Wychodzę. Czekam na ciebie w samochodzie i mam nadzieję, że zaraz się tam pojawisz.
A potem opuściła lokal, trzaskając drzwiami. Jacek nie zdążył się nawet obrócić, gdyż tęga ręka spoczęła na jego ramieniu.
- Jakiś czas temu ludzie przyjeżdżali do Rosoki, aby odwiedzać swoich bliskich - kontynuował grubas, w dalszym ciągu ignorując obecność młodego mężczyzny, ubranego w biały fartuch - Nikt już stamtąd nie wracał, rozumie pan? Ludzie ginęli w tajemniczych okolicznościach, a policja była bezradna. Kiedy zaginęło kilku funkcjonariuszy, przerażenie osiągnęło szczytu.
- Co pan próbuje mi powiedzieć? - zirytował się Jacek, strącając rękę mężczyzny ze swego ramienia, po czym pochylił się nieznacznie nad ladą - Co pan usiłuje mi wmówić?
- Nic nie chcę panu wmawiać. Ostrzegam tylko.
- Przed klątwą? Na Boga, odbiło panu?
- Kto raz pojawi się w Rosoce, zostaje tam na zawsze, niech pan zapamięta moje słowa. Straciłem kuzyna tylko dlatego, że sam chciał się o tym przekonać.

***

- Jak się czujesz? - zapytał mężczyzna, wchodząc do pokoju szybkim, posuwistym krokiem.
- Jest coraz gorzej - odparła ochryple staruszka.
- Co możemy zrobić?
- Nic już nie da się zrobić.
- To znaczy, że twoja siła wygasła?
- Wygasła, mój drogi. Boję się pomyśleć, co ich czeka.
- Jest ktoś, kto może nam pomóc?
- Tylko ja mogłam nam pomóc. Jestem wściekła na siebie. Żałuję wszystkiego, czego się dopuściłam, wiesz? Byłam taka nierozsądna. Byłam głupia i zbuntowana. A teraz zbliża się sąd, aby mi o tym przypomnieć.
Zapanowała chwila ciszy, a potem znowu rozległ się stłumiony, ledwo słyszalny głos staruszki:
- Będą cierpieć. Tak bardzo cierpieć...
Przymknęła oczy i zapadła w niespokojny sen. Mężczyzna stał nad nią, zamyślony, jakby zastanawiał się nad tym, czy istnieje jakakolwiek nadzieja...

***

Podążając wąską alejką w stronę parkingu rozmyślał o tym, co powiedział kelner. W pierwszej chwili zirytował się, karcąc samego siebie za to, że w ogóle podjął z nim dyskusję. Kilka sekund później, gdy mijał cztery, niemal całkowicie zdezelowane polonezy, stojące na chodniku obok wjazdu na parking, poczuł, że drżą mu ręce. Obrócił się za siebie. Ktoś go obserwował? Dostrzegł jedynie kilku tęgich mężczyzn w kwiecistych koszulach, którzy stali oparci o drzewa i popijali schłodzone piwo. Westchnął.
Rosoka była miasteczkiem w którym się wychował i które znał doskonale; małym, niezbyt atrakcyjnym dla turystów. W jakiś sposób należało to zmienić, a jedyną szansą na wzbudzenie zainteresowania było rozpowszechnienie jakiejś fantastycznej historyjki, wywołującej zaciekawienie wśród przejezdnych. Ktoś musiał czerpać z tego zyski. I z pewnością czerpał. Rozmyślając o tym, Jacek, wszedł na parking, po czym skierował się ku Kamili, siedzącej na masce samochodu.
- W końcu się pojawiłeś - powiedziała, nie spoglądając na niego - Dowiedziałeś się czegoś więcej o klątwie?
Zrobił kwaśną minę, skinął głową, a potem zatrzymał się obok żony i dotknął jej przedramienia.
- Wsiadajmy - powiedział po chwili.
Kamila zeskoczyła miękko z maski, następnie zwilżyła spieczone usta językiem i wsiadła do scorpio.
Kiedy ruszyli, oznajmiła:
- Jestem głodna.
Ale Jacek nie odpowiedział. Prowadził w skupieniu, jadąc wolno jednopasmową drogą, niemal zderzak w zderzak za nową, błyszczącą furgonetką marki mercedes.



- Pusto tutaj - zauważyła, kiedy minęli tablicę informującą, że wjechali do Rosoki. Ujrzeli szereg dwupiętrowych, odrapanych kamienic, mały plac zabaw, oraz budynek poczty.
- Dziwne - wymamrotał Jacek, skręcając w lewo, w wąską, kamienną uliczkę. Miał spocone czoło i dziwny wyraz twarzy; jakby intensywnie o czymś myślał, kompletnie podporządkowany nowym ideom.
- Który to dom? - Przejechali obok zardzewiałego, wygiętego znaku stopu, a potem skręcili w prawo i ich oczom ukazał się maleńki kościół wykonany z czerwonej cegły, oraz kolejny rząd niskich, szarych kamienic.
- To tutaj - oznajmił Jacek, zwalniając. Wjechali na obszerny plac, gdzie stały dwa samochody; zakurzony ford transit z powybijanymi szybami i czerwony opel astra bez kół i tylniego zderzaka. Zatrzymali się przy wysokim krawężniku, po czym Jacek zgasił silnik.
Temperatura powietrza podskoczyła do trzydziestu sześciu stopni, niebo było czyste, błękitne jak muśnięta akwarelą kartka papieru.
- Zawsze było tu tak cicho? - zapytała Kamila, nie kwapiąc się, by wysiąść z auta.
- Nie wiem - burknął Jacek - Nie pamiętam.
- Zaczynam wątpić w to, że ktokolwiek tutaj mieszka - wskazała palcem na kamienicę, w której niemal każde okno było szczelnie zamknięte i zasłonięte firankami, jakby jej mieszkańcy lękali się światła dziennego.
- Moja matka mieszka w tej kamienicy, na ostatnim piętrze.
- Jak myślisz, jest tam ktoś?
- Raczej się tego nie dowiemy, siedząc w samochodzie.
- Może jest w szpitalu?
- Nie sądzę - powiedział Jacek - Z tego, co wiem, nie zgodziła się na to, by resztę dni spędzić w szpitalu. Od jakiegoś czasu mieszka z jakimś facetem. Pewnie się nią opiekuje.
- Tak uważasz?
- A skąd mam wiedzieć, do diabła? - wybuchł nagle Jacek, zaciskając dłonie na obręczy kierownicy, a potem spuścił nisko głowę i zamknął oczy. Głęboko oddychał i nie było to spowodowane upałem.
- Już dobrze - wyszeptała Kamila, dotykając posklejanych od potu włosów męża - Zaraz to sprawdzimy.
- Przepraszam - odezwał się nagle. Podniósł głowę i spojrzał na nią. Dostrzegła, że jest zaniepokojony.
- Nie przepraszaj. Próbuję zrozumieć, jaki jesteś zdenerwowany. Naprawdę.
Pocałował ją, a potem odpiął pas bezpieczeństwa. Przez chwilę siedzieli w aucie, nie odzywając się słowem. Następnie Jacek otworzył drzwi i wysiadł.



- Spójrz - powiedziała Kamila, wskazując palcem na okno na pierwszym piętrze kamienicy.
Dostrzegli okrągłą twarz mężczyzny o kędzierzawych włosach. Wpatrywał się w nich jak zahipnotyzowany, nie wykonując żadnych ruchów.
- Wygląda jak zaszokowany naszym widokiem - skomentował osowiale Jacek, opierając się o samochód.
- Wygląda co najmniej dziwnie. W ogóle dziwnie tutaj - Kamila obeszła scorpio, po czym wyciągnęła z kieszeni koszuli męża zmięta paczkę rothmansów. Zapaliła, zaciągając się porządnie dymem.
Tymczasem Jacek zaczął rozglądać się po okolicy, stukając złotą obrączką ślubną o rozgrzaną maskę auta. Kiedy zerknął ponownie w okno na pierwszym piętrze, zauważył, że mężczyzna cały czas się im przygląda. Po chwili w kilku innych oknach pojawiły się następne twarze; o poważnych, czujnych wyrazach.
- Idiotyczne uczucie - wymamrotał.
- Myślisz, że wyglądamy dziwnie? - próbowała zażartować Kamila, lecz Jacek nawet się nie uśmiechnął.
- Myślę, że ci ludzie wyglądają dziwnie - odrzekł, a potem kiwnął ręką w stronę mężczyzny o kędzierzawych włosach. Ten ani drgnął. Nie mrugnąwszy okiem, wciąż patrzył na nich.
- Wyrzuć tego papierosa i chodź już - powiedział Jacek, stając na równych nogach.
Kamila zrobiła, co jej kazał, następnie ruszyli chodnikiem w stronę wysokich, drewnianych drzwi kamienicy.
Nagle Jacek zatrzymał się. Przez chwilę wpatrywał się w jeden punkt, całkiem zaskoczony.
- Co się dzieje? - zapytała kobieta, czując mrowienie na całym ciele.
- Zobacz - polecił.
Obok budynku poczty stało dwóch chłopców. Patrzyli na nich, porozumiewając się językiem migowym. Jeden z nich był niski, o czarnych, kręconych włosach i dużym jastrzębim nosie, drugi nieco wyższy, przerażająco chudy, o wysokim czole, na które opadały jego długie, proste włosy.
- Patrzą na nas, jakbyśmy przylecieli z innej planety.
- Kochanie, chodźmy już.
- Jest w nich coś niepokojącego, prawda?
Jacek zbliżył się do chłopców na odległość około dziesięciu metrów. Wtedy jeden z nich wykrzywił twarz w grymasie nieopisanego lęku, a potem zaczął uciekać, pozostawiając bezradnego towarzysza samego. Drugi chłopiec stał jak wryty w ziemię; przestraszony, trzęsący się jak galareta.
- Nie bój się - powiedział łagodnie Jacek, podchodząc jeszcze bliżej chłopca - Nie chcę zrobić ci krzywdy.
Dziecko spojrzało na niego, a potem machnęło energicznie ręką. Rozchyliło szeroko usta, jakby chciało coś powiedzieć.
- Chcesz mi coś powiedzieć? - zapytał Jacek - Gdzie jest twoja mama?
Chłopiec nie odpowiedział słowami. Wykonał kilka gestów rękoma, a potem przygryzł dolną wargę.
- Posługujesz się językiem migowym?
Chłopiec kiwnął głową.
- Twój kolega także?
Ponowne skinienie głową.
- Wyglądacie na przerażonych. Boicie się czegoś? - zadał kolejne pytanie Jacek, starając się, aby jego głos brzmiał przyjacielsko.
Chłopiec przez chwilę nie wykonał żadnego ruchu, a potem niepewnie przytaknął.
- Czego? Czego się boicie?
Lecz odpowiedź nie padła. Jacek westchnął. Poczuł w sobie niepokój. Nie chciał się przyznać przed samym sobą, że poczuł go już wcześniej, w momencie, kiedy wjechali do Rosoki. Odganiał lęk, starając się w ogóle o nim nie myśleć. Teraz jednak czuł go bardzo dobrze, jakby opętał każdą jego komórkę, każdą molekułę umysłu.

***

- Nie mogę uwierzyć własnym oczom - rzekł mężczyzna, odsłaniając firankę.
- Co się stało? - zapytała staruszka. Każdy wdech, jaki brała, sprawiał jej wiele bólu.
- Przyjechali.
- Co? Na boga! - zdołała podnieść się na łokciach, ale potem zastygła w bezruchu - Pomóż mi - nakazała.
Mężczyzna odsunął się na moment od okna, po czym pomógł wstać kobiecie. Kiedy zobaczył, że ta ledwo trzyma się na nogach, wymamrotał:
- Połóż się z powrotem.
Ale staruszka stała już przed oknem, wbijając wzrok w znajomą twarz mężczyzny, pochylającego się nad chłopcem. Poczuła silne ukłucie w klatce piersiowej, które przeobraziło się w piłujący ból.
- Boże - wydyszała.
- Połóż się, proszę cię.
- Boże, przyjechał tu.
- Jak myślisz, będzie w stanie to uczynić?
Nie odpowiedziała.

***

Ścisnął łokieć Kamili i przeszli na drugą stronę ulicy. Kiedy obrócił się za siebie, zobaczył, że chłopiec nadal stoi obok budynku poczty i go obserwuje. Jacek posłał mu niewyraźny uśmiech zmartwionego człowieka, a potem pochwycił dłoń żony.
- Idziemy - powiedział beznamiętnie, rzucając okiem w stronę okien kamienic. Niektóre twarze były wyjątkowo blade, jakby przemęczone, inne pożółkłe z sinymi plamami pod oczyma, a jeszcze inne wyglądały jak trupie; były szare, z zapadniętymi policzkami.
Nagle zatrzymał się, ściskając mocno dłoń Kamili, aż ta syknęła z bólu.
- Co się stało? - wydusiła, zaskoczona.
- Spójrz w to okno - Skinął głową na ostatnie piętro kamienicy.
- W które? - kiedy wskazał ponownie, zrozumiała o co mu chodzi.
Twarz była blada, wąska i należała do kobiety. Miała liche siwe włosy i tyle żalu i przerażenia w oczach, że Kamila natychmiast pomyślała, iż staruszka musi cierpieć straszliwe katusze. Jacek zauważył, że ktoś ją podtrzymuje - jakiś mężczyzna, ubrany na czarno. Jego twarz była dziwnie zamazana, jakby jedynie naszkicowana ołówkiem na cienkim papierze.
- To twoja mama? - spytała cicho Kamila, doskonale wiedząc, że nie mógł to być nikt inny.
Jacek wolno kiwnął głową, przez kilka sekund nie odzywając się słowem.
Postarzała się - pomyślał - Postarzała i zmizerniała.
- Chodźmy - odezwał się w końcu, a potem nagle spuścił nisko głowę i ruszył w stronę drewnianych drzwi kamienicy.
Kamila ruszyła za nim, a kiedy ostatni raz zerknęła w okno na ostatnim piętrze, zobaczyła, że twarz staruszki zniknęła.



Wchodząc na górę, obserwowali własne cienie, tańczące na ścianach. Drewniane schody skrzypiały pod ich ciężarem; nienaturalnie głośno, jakby usiłowały coś powiedzieć, ostrzec, że nie czynią dobrze, że powinni natychmiast uciekać z Rosoki.
Jacek przeczesał włosy palcami. Przystanął na chwilę na pierwszym piętrze, a potem przymknął oczy.
- Kochanie - odezwała się Kamila, dotykając gorącego czoła swojego męża.
Jacek uśmiechnął się, a potem powiedział:
- To dziwne, ale przypominam sobie ten zapach. Naprawdę dziwne uczucie.
Stare kamienice mają to do siebie, że każda z nich posiada specyficzny zapach; często mdły, słodkawy, wywołujący wspomnienia z dzieciństwa. Klatka schodowa, w której stali pachniała drewnem, starym, butwiejącym drewnem, oraz czymś jeszcze. Zapach ten był bardzo charakterystyczny i nie należał do przyjemnych
- Słaba, ale niezwykle dekadencka woń - powiedziała Kamila - Wspomnienia powracają?
Jacek chwycił się poręczy.
- Tak, powracają - odparł, po czym zaczął wchodzić na kolejne piętro - Mam w głowie kilka scen, których wcześniej nie pamiętałem, wiesz?
- Nie są to chyba kolejne przykre wspomnienia?
- Mam w głowie twarz ojca. W jednej chwili uśmiecha się do mnie, posyła mi przyjacielskiego kuksańca, aby po chwili wrzasnąć z bólu. Krzyczy i płacze. Cierpi, bardzo cierpi.
- Skarbie, nie powinieneś...
- Widzę też twarz matki - przerwał jej - Dostrzegam satysfakcję płynącą z niej. Jest uradowana, szczęśliwa, mogąc sprawiać komuś ból.
- Jacek, proszę...
Ale Jacek mówił dalej, co chwila przystając na schodach:
- Obok niej stoi mężczyzna. Wpatruje się we mnie takim wzrokiem, jakby za moment miał mnie walnąć w gębę. Kombinują coś. Moja matka coś kombinuje. Przypominam sobie ludzi, którzy przychodzili do naszego mieszkania. Płakali, krzyczeli.
- Skarbie...
- To byli sąsiedzi. Mieszkańcy Rosoki. Zawsze opuszczali mieszkanie mojej matki nie wypowiadając ani jednego słowa. Nie żegnali się nawet. Po prostu wychodzili.
Nagle zamilkł na moment i westchnął.
- Dziwne - odezwał się po chwili nieco głośniej i pewniej - Czuję niepokój. Jakąś obawę przed czymś. Nie wiem tylko przed czym.
- To zdenerwowanie - powiedziała miękko Kamila, obejmując męża ramieniem - Nie widziałeś jej bardzo długo.
- Być może zbyt długo - wymamrotał, a potem nieco przyśpieszył.



Drzwi mieszkania otworzył wysoki mężczyzna, ubrany w lekki, czarny sweter i workowate popielate spodnie. Mógł mieć sześćdziesiąt, sześćdziesiąt pięć lat. Jego twarz wyrażała kompletną obojętność. Na ich widok, skinął jedynie głową, po czy rzucił szorstko:
- Wejdźcie.
Jacek rozpoznał ten głos. To właśnie ten mężczyzna zadzwonił do niego, aby poinformować, że stan jego matki jest krytyczny i prosić, aby przyjechał.
Znaleźli się w długim, ciemnym korytarzu, z którego ścian odchodziła płatami zgniłozielona farba. Panowała niemiłosierna duchota, a woń stęchlizny, połączona z kwaśnym zapachem środków do czyszczenia, wywołała w Jacku mdłości. Stał w mieszkaniu, które niegdyś było jego domem. Tutaj odrabiał lekcje, bawił się drewnianymi klockami, tutaj płakał i tęsknił za normalnym życiem. Teraz czuł w sobie przygnębienie, nie potrafił wykrztusić słowa. Na moment zapomniał, że obok niego stoi Kamila.
- Pańska matka jest dużym pokoju - powiedział mężczyzna, wysuwając rękę w stronę Jacka - Jestem Henryk Wojniakowski, wiele o panu słyszałem.
Uścisnęli sobie dłoń, po czym mężczyzna posłał Kamili niepewne spojrzenie.
- Jest pani głodna? - zapytał nagle, podając jej rękę i ponownie się przedstawiając.
- Nie - skłamała - dziękuję.
- Pańska matka jest bardzo chora - oznajmił Henryk Wojniakowski, zanim wykonali jakikolwiek ruch.
- Wyjdzie z tego? - zapytał natychmiast Jacek, ściskając dłoń żony. Mężczyzna na chwilę zamyślił się, a potem potarł ręce i odparł:
- Jej stan jest bardzo ciężki.
- Była u lekarza?
- A jak pan myśli?
Jacek podniósł wzrok. Zmrużył oczy, jakby nie był pewny tego, co usłyszał:
- Jak ja myślę? - wykrztusił - Skąd mam wiedzieć? To pan ma mi na to pytanie odpowiedzieć.
- W takim razie, pewnie pana zmartwię - odrzekł mężczyzna. W jego oczach było coś, co wywoływało w Jacku dreszcze.
- To znaczy?
- To znaczy, że nie była u lekarza, nie była też w żadnym szpitalu. Wiem, co pan sobie myśli. Że jestem obłąkany, i po części ma pan rację. Ale powiem panu jedno; tutaj każdy jest obłąkany. Zapewne pamięta pan to miasteczko, w końcu wychował się tu, spędził w Rosoce całe dzieciństwo.
- Do czego pan zmierza? - przerwał mu Jacek, czując narastająca irytację. Posłał Kamili przelotne spojrzenie; stała za jego plecami, jakby obawiała się kontaktu wzrokowego z Wojniakowskim.
- To miasteczko zmieniło się. Jest inne, niż było kiedyś.
- Mogę zobaczyć matkę?
- Oczywiście - ton mężczyzny pozostał nadal obojętny - Proszę za mną.



Leżała w łóżku, przykryta zmiętą kołdrą w żółte kwiaty. Jej cera była sucha, tak, jakby z jej ciała została wypompowana cała woda, wraz z krwią. Spękana skóra, setki zmarszczek, zapadnięte policzki i małe, głęboko osadzone w kościstych oczodołach oczy - tak wyglądała. Jacek patrzył, jak wyciąga do niego rękę, lecz nie zareagował. Stojąca obok Kamila, wyszeptała coś, lecz Jacek nie zrozumiał, o co jej chodzi. Niepewnie podszedł do łóżka, a potem przykucnął, nie przestając wpatrywać się w twarz matki.
Była słaba, chora i nie było wątpliwości, że niedługo zejdzie z tego świata. Wyglądała na kompletnie bezsilną. Wyciągnięta w stronę Jacka dłoń trzęsła się, a każdy z palców wygięty był w inną stronę, tak jakby ostatniej nocy odwiedził ją kat i połamał wszystkie - za cierpienia, które wyrządziła swemu jedynemu synowi, kiedy ten był małym chłopcem.
Kiedy do pokoju wszedł Henryk Wojniakowski, Jacek wstał.
- Przyniosę panu krzesło - powiedział mężczyzna - Z pewnością macie sobie wiele do powiedzenia.
Nie wypowiedziawszy ani słowa, matka Jacka podniosła się na łokciach, wykrzywiając twarz w grymasie bólu. Przez krótką chwilę jej twarz oświetlały promienie słoneczne, przedostające się do pokoju przez wąską szczelinę między szybą, a firanką.
- Dziękuję - odparł Jacek, spoglądając na Kamilę. Była zmieszana widokiem chorej. Jej bezradność spotęgował Henryk Wojniakowski, który objął ją ramieniem. Nie wiedziała jak się zachować, jaki kolejny ruch wykonać, czy powiedzieć coś, czy milczeć.
- Zabiorę pańską żonę do kuchni - rzekł - Napijemy się herbaty, a pan w tym czasie porozmawia z matką.



Kiedy zostali sami, staruszka przymknęła oczy i w pierwszej chwili Jacek pomyślał, że za moment uśnie. Wyglądała na zmęczoną cierpieniami, drżała na całym ciele. Pochylił się nad nią, aby coś powiedzieć, ale nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Niegdyś potężna, silna, potrafiąca jednym kopniakiem rozkwasić mu nos, teraz sprawiała wrażenie najbardziej cherlawej istoty, jaką widział w życiu.
Kiedy otworzyła oczy, wyprostował się na krześle, odczuwając podenerwowanie. Odezwała się tonem niemal przepraszającym:
- Cieszę się, że mogę cię widzieć, Jacku.
Nie odpowiedział. Spojrzał na matkę, dotykając palcem wygniecionej pościeli.
- Chociaż tak naprawdę nie powinieneś tu jednak przyjeżdżać - dodała staruszka. Jej maleńkie usta rozchyliły się, a potem przełknęła ślinę i dodała – Musisz jednak wiedzieć, że wszystko zależy od ciebie.
- Mamo - zdołał wypowiedzieć, walcząc z chęcią zaciśnięcie pięści - Powiesz mi o co chodzi? Opowiedz mi o tym, jak się czujesz, oraz... - on też przełknął ślinę - Oraz o tym, co tu się dzieje?
- Nie mogłeś wiedzieć co tu się dzieje - odparła zamyślona - Zbyt dużo czasu minęło. Nie mogłeś wiedzieć.
- Wiedzieć o czym, powiesz mi?
- Henryk cię nie poinformował?
- Mówił coś o tym, że Rosoka nie jest już tym miasteczkiem, co kiedyś.
- Bo nie jest - urwała staruszka, po czym zakasłała - Stało się coś, co doprowadziło do kompletnej destrukcji tego miasta.
- Destrukcji?
- Właśnie. I obawiam się, że jesteś w dużym niebezpieczeństwie. Nie pozostało mi zbyt wiele życia, nie zdołam niczego zmienić.
Jacek nie wiedział, o czym mówi jego matka. Nie miał pojęcia, o co jej chodziło.
- Przyjechałeś tutaj - rzekła nagle wyraźniej i głośniej - I nie odjedziesz stąd tak prędko.
Zamarł. Jego serce zabiło szybciej i głośniej, a potem prawie znieruchomiało.
- Mamo, co tu się dzieje?
- Narobiłam zbyt dużo złego - odparła, a on dostrzegł, jak drży jej podbródek. Po chwili jedna, duża łza, spłynęła po jej policzku.
- To było kiedyś - odparł Jacek, odwracając wzrok.
- Ty niczego nie rozumiesz. I w tym sęk. Byłeś za mały.
- Wyjaśnisz mi?
- Nie potrafię, synku - ponownie zakasłała, a potem zwilżyła wargi krótkim, suchym językiem - Próbowałam mieć nad nimi przewagę, usiłowałam zdominować ich wszystkich, rozumiesz? Chciałam udowodnić, że mam wiele ciekawego do powiedzenia. Śmiali się ze mnie. Oskarżali mnie o pijaństwo, o maltretowanie ciebie. Nie mogłam tak żyć.
- Ale tak żyłaś - Jacek nie mógł uwierzyć, że te słowa przeszły mu przez gardło.
- Tak żyłam - szepnęła staruszka - Popełniłam wiele błędów. I teraz płacę za to każdego dnia. Kiedy cię zobaczyłam... przyjechałeś do mnie, a ja nawet nie mogę powiedzieć ci, że wszystko będzie dobrze.
Majaczy - pomyślał, zaniepokojony.
- Jedno mnie pociesza - odezwała się znowu - Pociesza mnie, że kiedy znajdziemy się tam, po drugiej stronie, być może mi wybaczysz. Być może znowu będę dla ciebie matką.
Czuł, że chce coś dopowiedzieć, ale ostatecznie pociągnęła nosem, przymknęła oczy i jej głowa opadła na poduszkę.



- Porozmawialiście? - zapytała Kamila, kiedy wszedł do kuchni. Popijała schłodzoną herbatę z cytryną i paliła papierosa. Henryk Wojniakowski siedział obok niej, na wysokim stołku, obitym czerwonym materiałem.
- Tak - odparł Jacek gardłowym głosem.
- Jak się teraz czuje? Co jej dolega?
Milczał. Jakaś siła uniemożliwiła mu wydanie głosu. Tak jakby ktoś chwycił w garść jego wszystkie struny głosowe i mocno ścisnął.
Nabrał do płuc powietrza, a potem oparł o ścianę. Zląkł się.
Zadrżał.
Przerażony i zamyślony usiłował odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: dlaczego czuł się tak, jakby miał już nigdy w życiu nie wypowiedzieć ani jednego słowa?
Do jego umysłu docierały rozmaite obrazy; znowu zobaczył ojca, uśmiechającego się do niego, milczącego. Potem zobaczył swoich przyjaciół ze szkoły podstawowej. Chłopcy stali w ogromnej sali, obok siebie, usiłując wykrztusić z siebie cokolwiek, jednak nie potrafili. Ujrzał matkę, kołyszącą się na łóżku i wrzeszczącą, że cały świat ją popamięta. Że wreszcie pokaże wszystkim, na co ją stać.
- Jacek? - rozległ się zaniepokojony głos Kamili.
Opuścił kuchnię i ruszył korytarzem w stronę łazienki.
Henryk Wojniakowski popatrzył uważnie na kobietę, po czym wstał od stołu i podszedł do zlewu, gdzie przez chwilę stał nieruchomo, myśląc o czymś intensywnie. W końcu odkręcił wodę i zabrał się za zmywanie sterty brudnych naczyń.



Po wieczornej toalecie, Jacek udał się do obszernego, skromnie urządzonego pokoju, gdzie na szerokim, twardym łóżku siedziała Kamila. Perspektywa spędzenia w Rosoce nocy niekorzystnie odbiła się na jej samopoczuciu. Nie była zaniepokojona jedynie myślą o nocy, lecz także zachowaniem swojego męża. Odkąd opuścił pokój matki, wypowiedział jedynie kilka słów, w dodatku nie do niej, lecz do samego siebie. Sprawiał wrażenie przestraszonego, oddychał głęboko, jakby bał się najcichszego szelestu wydawanego przez starą kamienicę.
Stanął na środku pokoju, usiłując coś powiedzieć, lecz z jego gardła wydobył się tylko bełkot.
- Kochanie, co się dzieje? - zapytała Kamila - Źle się czujesz?
Pomieszczenie było ciemne i cuchnęło w nim zgniłym drewnem. Na podłodze leżał wytarty zielony dywan. Jego włosie było szczeciniaste, twarde, nie bardzo nadające się do tego, by stąpać po nim boso.
Wstała z łóżka i podeszła do męża. Pochwyciła jego dłoń i potrząsnęła nią, patrząc w głąb jego ciemnych oczu. Był nieobecny. Myślami krążył gdzieś po odległej galaktyce, gdzie nie było miejsca, ani czasu na zbędne konwersacje.
- A... akha - wyjąkał nagle, zapowietrzając się.
- Słucham? Co powiedziałeś? - zapytała, lecz nie usłyszała nic więcej.
Odepchnął ją, a potem podszedł do łóżka, gdzie jednym pośladkiem usiadł na narożniku i dotknął ręką swojej szyi. Zaczął wodzić palcem po jabłku adama, następnie złapał się za podbródek. Jego wyraz twarzy sprawił, że Kamila ruszyła w jego stronę i zapytała:
- Co ci jest? Nie możesz mówić?
Spojrzał na nią, po czym gwałtownie potrząsnął głową.
- Nie możesz mówić? Nie możesz wypowiedzieć ani jednego słowa?
Znów potrząsnął głową, a w jego oku rozbłysła łza.
Przytuliła go mocno do siebie, czując jak łomocze mu serce.
Godzinę później leżeli obok siebie, przykryci wzorzystą pierzyną, wpatrzeni w ciemność za oknem. Jacek miał tak sucho w gardle, że aż bolała go krtań, nie był w stanie nawet przełknąć śliny. Co miał zrobić? Nie mógł nic powiedzieć, pomimo, iż kilkakrotnie starał się zebrać w sobie i wydać jakikolwiek dźwięk. Za każdym razem z jego ust wydobywał się jedynie cichy pomruk. Usłyszał przyśpieszony oddech Kamili. Miała szeroko otwarte oczy i zdawała się o czymś myśleć. Kiedy usłyszała usilne starania wypowiedzenia choćby najkrótszego słowa przez swojego męża, spojrzała na niego, kładąc mu rękę na klatce piersiowej.
- Jak się czujesz? - zapytała, chociaż doskonale wiedziała, że i tak jej nie odpowie - Jutro z samego rana stąd wyjedziemy, a wtedy udasz się do lekarza. Może to jakaś infekcja? Nie czujesz się słabo?
Oczywiście, że czuł się słabo. Nie cierpiał jednak na żadną infekcję. Zadawał sobie jedno pytanie; dlaczego on? Dlaczego zarówno Wojniakowski, jak i Kamila mogli mówić? Pomyślał o dwóch niemych chłopcach, których spotkali obok budynku poczty. Kto by pomyślał, że jeszcze tego samego dnia, on również stanie się niemową.
Skinął głową, a potem nabrał do płuc powietrza, po czym wypuścił je z głośnym świstem. Czuł, jak gromadzi się w nim złość wymieszana ze strachem. Jego ręce zaczęły drżeć, spocił się i czuł, że jeszcze chwila, a jego ciało eksploduje na miliony kawałków.
- Boję się - usłyszał głos żony - Bardzo się boję.
Przytuliła się do niego, całując nieogolony policzek.
- Mam nadzieję, że wiele sobie z mamą wyjaśniliście - dodała nieco ciszej - Wiem, jak ci ciężko, ale wierzę, że wszystko się ułoży. Ona żałuje wszystkiego, prawda?
Jacek spojrzał na nią uważnie.
- Co się stało? - zapytała - Powiedziałam coś nie tak?
Uniósł się na łóżku i zamknął oczy. Chciał ją zapytać, o czym rozmawiała z Wojniakowskim i czy nie myśli, że jednak coś jest tutaj nie tak. Przypomniał sobie słowa mężczyzny w knajpie. Sposób w jaki mówił o Rosoce... było w tym coś niepokojącego.
"Ciąży na nim klątwa."
Znowu zadrżał. A potem wszystko potoczyło się w ułamkach sekund.
Zrzucił z siebie pierzynę, po czym - cały spocony - ubrał spodnie i koszulę z krótkimi rękawami.
Chciał powiedzieć, że wychodzi. Że wychodzi, ale wróci niebawem. Zacharczał jednak tylko, a potem zaciskając pięści otworzył usta. Miał chęć włożyć doń dłoń i wyrwać sobie wszystkie struny głosowe. Miał chęć krzyczeć, lecz nie mógł.
- Jacek - Kamila była bezradna. Patrzyła na niego, lecz nie wykonała żadnego ruchu. Jej oczy zaszły łzami, a potem rozpłakała się.
Spojrzał na nią, dysząc i sapiąc, następnie podbiegł do łóżka, nachylił się i pocałował ją w czoło.
- Dokąd idziesz? Mam iść z tobą? - znała go. Nie chciał, aby za nim szła. Musiał pobyć sam. Zawsze, gdy czuł się źle, kiedy miał problemy, nalegał, aby pozwoliła mu pobyć kilka chwil w samotności.
Kiwnął przecząco głową, a następnie opuścił pokój.
Kamila słyszała, jak biegnie korytarzem. Po chwili rozległo się trzaśnięcie drzwiami i zapanowała cisza.
Załkała, podciągając pierzynę pod samą szyję.



Wsiadł do samochodu, roztrzęsiony i zdesperowany. Miał dość bezradności, która nad nim zapanowała. Wszystko dookoła stało się dla niego idiotyczne; słowa matki, powściągliwość Wojniakowskiego, a cała ta głupia legenda i pogłoski dotyczące Rosoki wrzuciły go w wir furii, która narodziła się w jego umyśle i niczym drapieżny, pazurzasty stwór zaczęła rozszarpywać myśli.
Nie było można uciec z Rosoki? Do cholery, co to za pieprzenie, któremu wszyscy tak łatwo się poddali? Nie miał zamiaru tkwić w tym miejscu ani sekundy dłużej. Poczuł potrzebę odizolowania się od tej parszywej ciszy, która w jakiś niezrozumiały dla niego sposób zalęgła się w miasteczku. Musiał przycisnąć pedał gazu do samej podłogi, usłyszeć klakson własnego samochodu, a potem oddalić się - choćby na krótką chwilę - od Rosoki.
Zapalił silnik, wrzucił pierwszy bieg i wcisnął gaz do dechy. Scorpio zawył i natychmiast ruszył, pozostawiając za sobą tumany kurzu.
Niebo było granatowe jak rozlany na stole atrament. Dwie migoczące gwiazdy przypominały maleńkie oczka kogoś niewyspanego, kogoś, kto od dawna ich nie zmrużył, nie mogąc oprzeć się od dalszej obserwacji mieszkańców miasta.
Jacek skręcił w wąską nieoświetloną uliczkę i gdyby w ostatniej chwili nie włączył długich świateł, a potem gwałtownie nie zahamował, uderzyłby w tył stojącej na środku drogi, starej półciężarówki. Scorpio z piskiem trących o asfalt opon zatrzymał się tuż za nią. Miał chęć zakląć siarczyście, lecz nie otworzył nawet ust. Doskonale wiedział, że nie zdołałby niczego z siebie wydusić.
Wściekły, wrzucił wsteczny, po czym z powrotem jedynkę i ominął półciężarówkę. Spojrzał w stronę kabiny samochodu i mógł przysiąc, że dostrzegł w niej twarz przerażonego, młodego mężczyzny, usiłującego odpalić grata. Nie miał jednak ani czasu, ani ochoty, by ponownie się zatrzymywać. Z resztą, nie mógłby nawet zapytać, w czym problem. Zrobiłby z siebie kompletnego idiotę. Apropos, czy jemu pomógł ktokolwiek, gdy pewnego mroźnego poranka, podążając na łeb na szyję do pracy, musiał stanąć na środku autostrady, bo scorpio nagle nawalił? Ślęczał tam prawie trzy godziny, zanim na miejsce dotarła pomoc drogowa. Nikt nie stanął i nie zapytał, w czym problem! Zatem niech się pieprzą!
Wjechał na jednopasmową drogę i znacznie przyśpieszył. Nie czuł już zwykłej irytacji, nie czuł też wściekłości. Opętał go gniew i jedyne, czego pragnął, to z prędkością grubo przekraczającą sto kilometrów na godzinę, opuścić Rosokę, po prostu dlatego, by udowodnić tym wszystkim idiotom, że jest to możliwe!
Wrzucił czwarty bieg, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że poczuł ból. Przejechał obok zdezelowanego przystanku autobusowego, minął szereg wolnostojących domów i stary, ponury kościół. Silnik na przemian jęczał i wył, niczym zarzynane zwierzę, a Jacek wciąż dodawał gazu, czując coraz większą satysfakcję. Jeszcze kilkaset metrów i będzie mógł zawrócić. Kto wie, czy nie zabierze Kamili jeszcze tej nocy. Miał chęć wrócić do domu, do normalności. Rosoka nie mogła mu już nic zaoferować, nie była mu do niczego potrzebna. Stała się obca.
W momencie, kiedy dostrzegł w oddali tablicę z przekreśloną nazwą miasteczka, nie zdążył nawet pomyśleć: "Nareszcie". Koła scorpio nagle zablokowały się i samochód zaczął hamować. Spod trących o asfalt kół zaczął wydobywać się dym i iskry. Jacek uderzył z impetem w deskę rozdzielczą, tracąc panowanie nad kierownicą.
- Arrrgh! - zacharczał przerażony, czując rozrywający jego wnętrzności ból.
Auto zjechało na przeciwległy pas, a potem obróciło się o dziewięćdziesiąt stopni i wślizgnęło na pobocze, taranując krzaki i metalowe kubły na śmieci.
Jacek wciąż ściskał w dłoniach kierownicę, lecz nie miał pojęcia w którą stronę skręcić, aby wyprostować scorpio i nakierować z powrotem na drogę.
Nagle zdał sobie sprawę, że zmierza w stronę kilku potężnych drzew, które niczym ciemne zjawy, czekały tylko na moment, aż obejmą go swymi zgrabiałymi kończynami.
Chciał krzyknąć, ale z jego ust wydobyło się jedynie ciche jęknięcie. Samochód podskakiwał na nierównościach terenu, przez co Jacek kilka razy mocno uderzył głową w dach. W pewnym momencie, kiedy drzewa były już niemal na wyciągnięcie ręki, scorpio przechylił się. Przez jedną krótką chwilę stał jedynie na dwóch kołach; z wyjącym w niebogłosy silnikiem i charczącym z przerażenia Jackiem, a potem opadł na bok, a następnie na dach. Koła przez chwilę obracały się, wydając z siebie cichy szum, po czym znieruchomiały.
Jego ciało było zgięte w pół. Czuł mdłości i piłujący ból głowy. Przez chwilę, zastygły w bezruchu, myślał o tym, że już nie żyje, że jest już po nim, ale kiedy do jego uszu dotarło warczenie pracującego nadal silnika, uzmysłowił sobie, że tak naprawdę nic mu nie jest.
Uniósł głowę i zobaczył drzewa. Grube, czarne pnie zdawały się być ogromnymi nogami matki, która za moment miała posłać mu potężnego kopniaka.



Wydostawszy się z auta, doskonale wiedział, co musi zrobić. Nie miał zamiaru ustąpić. Był zbyt blisko. Granica znajdowała się niedaleko, była niemal w polu widzenia.
Dławiąc się i kaszląc, ruszył w stronę drogi. Noc była gorąca i duszna, lecz Jacek ani na moment nie pomyślał o tym, aby zwilżyć spieczone wargi. Gnał do przodu, niczym wykończony maratończyk, któremu do mety pozostało ostatnie pięćdziesiąt metrów.
Wbiegł na drogę, gdzie znacznie przyśpieszył. Wypływające z jego ust strużki śliny zwisały mu z podbródka i tańczyły na wietrze jak solidne nici pajęczej sieci.
Kiedy usłyszał czyjś jęk, zamarł.
Był mokry od potu, a jeden chłodny powiew wiatru wywołał w nim zimne dreszcze. Był jak lodowaty język, pieszczący jego plecy, brzuch i klatkę piersiową.
Kilkanaście metrów przed sobą, dostrzegł czyjąś postać. Z początku nie był pewien, czy nie jest to jedynie przywidzenie, wywołane przerażeniem i szokiem, lecz po chwili ujrzał drugą postać, i następne.
Wykonał kilka kroków w ich kierunku, po czym znów zamarł. Rosnące po obu stronach drogi drzewa, wydawały z siebie dźwięki, które brzmiały jak cichy, niezrozumiały dla nikogo szept.
Zrozumiał, że nie przybył tu po to, by przypatrywać się chmarze obłąkanych idiotów, lecz po to, aby udowodnić im, że w każdej chwili mogą odejść z Rosoki, że sami, dzięki swojej głupocie, wybrali takie, a nie inne życie. Byli tacy żałośni, tacy bezradni, że prawie zrobiło mu się ich żal.
Zobaczył mężczyznę, który w błagalnym geście wyciągał przed siebie ręce, jakby chciał wykonać kolejny krok i coś mu to uniemożliwiało. Jego twarz była mokra od potu i łez. Usiłował wydać z siebie głos, lecz nie potrafił. Obok niego, pół naga kobieta klęczała na asfalcie i krztusiła się własną śliną. Jej twarz była blada i załzawiona, a kolana obtarte tak bardzo, że Jacek dostrzegł błysk białej kości.
Trzydziestu, albo czterdziestu ludzi próbowało przekroczyć granicę Rosoki i pomimo, że nikt nie stał im na przeszkodzie, nie potrafili wykonać tego decydującego kroku.
Przyśpieszył czując, że nadszedł jego moment. Z jego palca wskazującego wyciekała krew, lecz nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Kiedy zbliżył się do trzęsącego w spazmach bezsilności i braku sił, młodego mężczyzny w białym podkoszulku, posłał mu pełne zdenerwowania spojrzenie, które miało oznaczać: "Zejdź mi z drogi, jesteś wyjątkowo żałosny". Dotknął jego ramienia, i wtedy chłopak wydał z siebie przeraźliwe charczenie, jakby zobaczył samego diabła, a potem odskoczył w bok, wpadając na starszą kobietę, leżącą na plecach. Nie wykonała żadnego ruchu, kiedy przetoczyło się przez nią ciało chłopaka. Miała załzawioną twarz wyrażającą absolutną rezygnację, a z jej obu łokci sączyła się na asfalt ciemnobrunatna krew.
W momencie, kiedy się poruszył, usiłując ominąć skulonego po jego prawej stronie mężczyznę, poczuł silny uścisk na karku. W pierwszej chwili oczy zaszły mu łzami, później, kiedy uścisk ustąpił, spostrzegł, że wszyscy ludzie przypatrują mu się uważnie.
Nie mógł pojąć, co się stało. Trwało to dosłownie ułamek sekundy. Musiał doznać nagłego paraliżu, jakiegoś ucisku na kręgosłup, spowodowanego wypadkiem.
Natychmiast wstał na równe nogi i sapiąc postąpił o krok do przodu. To, co się wydarzyło w chwili, gdy postawił lewą stopę na asfalcie, sprawiło, że prawie wypluł płuca. Chciał wrzasnąć, lecz zamiast tego zaczął się dławić.
Leżał na ziemi; twarzą do asfaltu. Był pewny, że uderzenie było na tyle silne, iż złamał sobie nos. Przyłożył sobie dłoń do twarzy, jakby chciał się przekonać, że nadal żyje, że cały ten koszmar dzieje się naprawdę.
Krwawił. Zobaczył, że gorący, miękki asfalt pod nim jest cały zalany krwią. Jego ubranie było przemoczone od brunatnej cieczy wymieszanej z potem.
To nie mogła być prawda - wmawiał sobie, lecz za każdym razem, kiedy usiłował przekroczyć granicę Rosoki, jakaś przepotężna siła sprowadzała go do krwawej, brutalnej, kompletnie niepojętej rzeczywistości. Za każdym razem lądował na asfalcie z nowymi zadrapaniami, ranami i z bólem tak silnym, że momentami tracił przytomność.
W końcu zrezygnował z dalszej walki.
Zapłakał.
Poczuł, jak ktoś kuca nad nim i jak dotyka jego twarzy. Nie widział, kto to, gdyż miał zamknięte oczy.
Czując delikatne, zapewne kobiece, dłonie na swojej twarzy, po raz kolejny stracił przytomność.
Po chwili ocknął się. Nie potrafił oszacować ile przeleżał na asfalcie. Pięć, dziesięć minut? Godzinę? Wciąż jednak panowała noc, a na niebie świeciły dwie gwiazdy, niczym maleńkie oczy.
Odniósł nieodparte wrażenie, że go obserwują.



Kiedy zobaczył zapłakaną twarz Kamili, wiedział, co się stało. Trzasnął drzwiami od pokoju i zaczął rozglądać się w poszukiwaniu kartki papieru i długopisu. Bolały go łokcie, kolana, a nos nadal krwawił.
Drżąc na całym ciele, Kamila, wyciągnęła z torebki chusteczkę higieniczną, po czym podeszła do męża. Spojrzał na nią i przez moment poczuł się tak, jakby coś w nim pękło. Miał ochotę zapłakać.
Nie mogła mu nic powiedzieć. Stała naprzeciwko i ścierała krew z jego nosa i podbródka, a łzy spływały po jej policzkach.
W końcu opuścił pokój.



Henryk Wojniakowski poprosił, aby usiadł.
- Wiedziałem, że nastąpi to jeszcze tej nocy - powiedział, podciągając rękawy flanelowej koszuli.
Jacek położył kartkę papieru na stole, a potem napisał jedno krótkie pytanie:
"Dlaczego Kamila nie mówi"?
Wojniakowski przeczytał pytanie, po czym oddał kartkę Jackowi.
- Każdy, kto raz wjedzie do Rosoki, pozostaje w niej do końca swoich dni - rzekł łagodnie - Dzieje się tak od wielu lat, praktycznie od momentu, kiedy je opuściłeś. Twoja matka postanowiła udowodnić sobie i innym, że jest wartościową kobietą. Nigdy nie szanowano jej słów. Była uważana za alkoholiczkę - którą istotnie była - za złą kobietę. Wmawiano jej, że jest pustą idiotką, oskarżano o złe wychowywanie syna i złe traktowanie męża. Kiedy posądzono ją o morderstwo na księdzu, postanowiła się odegrać. Rozumie pan?
Przez chwilę Jacek wpatrywał się w Henryka Wojniakowskiego w osłupieniu. Nie miał pojęcia, o czym mówi. Nie miał pojęcia o żadnym morderstwie.
- Sprawa w sądzie była dla niej istnym koszmarem - kontynuował Wojniakowski - Skazano ją na dwa lata w zawieszeniu, za pomoc w morderstwie. Pewnie zadajesz sobie pytanie, czy była winna. Nie była. Nie miała z tym nic wspólnego.
Jacek zakasłał, po czym przyłożył sobie ręce do twarzy. Jego nos w dalszym ciągu krwawił, ale już mniej.
Po chwili potrząsnął kartką papieru, oczekując konkretnej odpowiedzi na jego pytanie.
Wojniakowski skinął głową, po czym powiedział:
- Wszyscy zamilkli. Każdy mieszkaniec Rosoki, oraz każdy, kto do Rosoki przyjechał. To skutek klątwy, którą rzuciła pańska matka. Zamilkli wszyscy. Jeśli chodzi o pańską żonę, przestała mówić nieco później od pana, gdyż nie miała ze staruszką praktycznie żadnego kontaktu. Tylko pan rozmawiał z matką. Oczywiście – biorąc pod uwagę ogół - nie oznacza, że tylko ci, którzy rozmawiali z Teresą, stali się niemi. Zamilkli wszyscy. Nawet ci, mieszkający zaraz przy granicy, nie mający z nią żadnego kontaktu. Musiało po prostu upłynąć trochę czasu.
"W takim razie dlaczego pan nadal mówi?" - to było kolejne pytanie, które nabazgrał drżącą ręką Jacek. Uniósł wzrok i spostrzegł zmieszanie na twarzy Wojniakowskiego. Mężczyzna przez chwilę milczał, a potem odparł krótko.
- Ponieważ pomagałem jej. Pomagałem jej rzucić tę klątwę.
Jacek nie poczuł złości. Nie miał chęci wstać i przyłożyć mężczyźnie z pięści w twarz. Po prostu wolno, niemal ze stoickim spokojem - choć jego ręka wciąż drżała - napisał następne pytanie:
"Jak to pokonać? Jest sposób, aby wszystko wróciło do normy?"
- Właśnie dlatego po pana zadzwoniłem - odparł Wojniakowski - Pańska matka tego chciała. Długo nad tym myślała. Często mówiła o tym, jakie krzywdy panu wyrządziła. Panu i swemu mężowi - głos Wojniakowskiego przycichł nieco - Doszła do wniosku, że czas zmienić wszystko. Zrozumiała swoje błędy. Wstydzi się ich. Pewnie nic to pana w tej chwili nie obchodzi, ale ona pana nadal kocha...".
Nerwowym ruchem ręki, Jacek, ponownie potrząsnął kartką papieru. Nie miał ochoty tego słuchać. Czuł zniecierpliwienie, oraz bardzo powoli narastającą irytację.
- Tak, jest sposób – odparł jowialnie Wojniakowski - Jest jeden sposób. Mam nadzieję, że się pan dostosuje. Teresa właśnie tego po panu oczekuje.



Przeleżał w łóżku dobre dwie godziny, zanim wykonał jakikolwiek ruch. Uniósł się na łokciach i wyjrzał za okno. Niebo nieco pojaśniało, przybierając barwę popiołu. Spojrzał na Kamilę. Kobieta miała otwarte oczy. Nie spała. Pochylił się i dotknął jej policzków. Trwał w tej pozycji prawie minutę, patrząc na jej szczupłą, ładną twarz. Miała szerokie - popękane w tej chwili - usta i duże zielone oczy. Były wilgotne i zamyślone.
Chciał powiedzieć jak bardzo jej potrzebuje, obiecać, że niedługo stąd odjadą, ale mógł jedynie zbliżyć usta do jej głowy i pocałować. Kiedy to uczynił, poczuł na sobie delikatny dotyk. Zacisnęła dłoń na jego ramieniu i zaczęła poruszać palcami, tworząc niewidoczne litery.
"Kocham cię" - podkreśliła wykrzyknikiem, a potem obróciła głowę i zapłakała.



Chwilę potem założył spodnie i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Tak, jak polecił mu Wojniakowski, wszedł najpierw do niewielkiego pokoju, mieszczącego się na końcu korytarza, naprzeciwko łazienki. W zasadzie był to magazynek na środki czystości i konfitury, w którym dawno, dawno temu zamykała go matka, gdy uznawała, że jest niegrzeczny.
Teraz, na solidnej, śnieżnobiałej, rybackiej linie, wisiał tam Henryk Wojniakowski. Pętla tak mocno ściskała jego szyję, że ta wyglądała jak długa, cienka, wypełniona krwią sakwa. Oczy mężczyzny były wciąż otwarte, lecz Jacek nie miał wątpliwości, że jest martwy.
Dostrzegł dużą, opartą o ścianę siekierę. Jej ostrze lśniło i pomyślał, że to dlatego, iż musiała być niedawno ostrzona. Być może ostatniej nocy.
Jacek podniósł ją z ziemi. Była ciężka, o grubej rękojeści, którą ledwo obejmował dłonią. Rzucił okiem w stronę Wojniakowskiego i przez chwilę patrzył na jego bezwładnie zwisające wzdłuż ciała ręce, a potem opuścił pomieszczenie, po cichu zamykając drzwi.
Trzymając siekierę w prawej ręce, zaczął podążać korytarzem w stronę pokoju, w którym leżała jego matka. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Zaciskał szczęki; bardzo mocno, usiłując nie myśleć o tym, co za moment nastąpi.
Podłoga pod nim zaskrzypiała głośno, niczym rozbujana huśtawka. Zatrzymał się na moment, aby nabrać do płuc powietrza; serce dudniło mu klatce piersiowej, tak jakby nagle zdenerwowało się monotonią swojej dotychczasowe pracy.
Kiedy ruszył w stronę matczynego pokoju, jego ruchy stały się pewniejsze, a on sam wiedział, że musi to zrobić.
Pchnął drzwi, a potem wszedł do środka.
Spała. Albo udawała, że śpi. Pomyślał, że po tym wszystkim, co się stało, matka nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. A może chciała jedynie ułatwić mu robotę?
Stanął przy jej łóżku, dostrzegając kościste przedramiona, oraz tył głowy. Miała posklejane włosy, jakby nie myła ich przez ostatnie dwa tygodnie, a plecy pokryte były dziesiątkami kurzajek.
Zacisnął dłoń na siekierze, starając się zapanować nad przerażeniem, które zaczynało go obezwładniać. Nie był pewny, czy będzie potrafił to zrobić. Walczył z chęcią rozluźnienia uścisku i wypuszczeniu siekiery z dłoni. W pierwszej chwili nie wiedział, jaki kolejny ruch wykonać.
Zobaczył w umyśle twarz matki, pochylającej się nad nim. Kipiała w niej furia. Syknęła coś, czego kompletnie nie rozumiał, a potem uderzyła go otwarta dłonią. Poczuł, jak zaczyna piec go policzek, oraz łzy napływające do oczu. Matka uderzyła ponownie; tym razem znacznie mocniej i nie w twarz, lecz potylicę. Usłyszał, jak nazywa go bękartem, a potem sięgnęła po wysoki, szklany wazon. Zamachnęła się i rzuciła nim w jego stronę. Gdyby nie wykazał się wtedy refleksem, mogła wyrządzić mu nie lada krzywdę.
A potem ujrzał ciemny pokój, do którego weszła. Była pijana, a on próbował otworzyć okno, aby zawołać o pomoc. Wiedział, co go czeka. Stanęła obok niego i zaśmiała się. Wypowiedziała do kilka przykrych słów, a potem kopnęła w jądra tak mocno, że zwinął się w kłębek, nie mogąc wykrztusić z siebie niczego, oprócz zdławionego bełkotu. Poczuł, jak okłada go po plecach. Wrzeszczała, że nie jest jej synem, że nigdy go nie kochała i że gdyby tylko mogła, posłałaby go do samego diabła.
Uniósł siekierę na wysokość swoich piersi, a potem jeszcze wyżej.
Leżała w tej chwili na łóżku, kompletnie bezbronna i śmiertelnie chora. Powinien czuć satysfakcję? W końcu role się odwróciły.
Zamknął oczy, ściskając teraz siekierę obiema dłońmi i wykonując zamach.



Chwilę później usłyszał głośny trzask pękających kości i poczuł na sobie krew. Rozdygotany odrzucił siekierę. Otworzył oczy.
Zanim dotarło do niego, że widok, jaki się przed nim rozpościerał, był całkiem realny, usłyszał odgłos stawianych niepewnie kroków.
Przez kilka sekund - całkiem przerażony i otępiały - patrzył na twarz swojej matki. Miała zamknięte oczy, rozchylone usta i była śmiertelnie blada. Powędrował wzrokiem dalej, ale tam nie ujrzał już matki, lecz jej czerwone, skórzane kapcie.
Reszta jej ciała wciąż leżała w łóżku i nagle pomyślał, że kobieta śpi.
A potem rozpłakał się, trzęsąc jak galareta.
Zemdlał, wpadając wprost w ramiona Kamili.



Dwa miesiące później w końcu usłyszał jej głos.
Podeszła do niego i z uśmiechem na twarzy oznajmiła, że czuje się jak nowonarodzona.
Wziął ją wtedy w ramiona i zaczął całować, na przemian śmiejąc się i płacząc ze szczęścia.



W kilka dni po tym, jak Kamila odzyskała mowę, odzyskał ją również Jacek. Wbiegł do salonu, krzycząc w niebogłosy:
- Wróciłem! Na boga, wróciłem!
Noc spędzili na rozmowach.
Żadne z nich ani razu nie wspomniało o wydarzeniach, które miały miejsce w Rosoce, pomimo, iż niejednokrotnie o nich rozmyślali.
Jacek nigdy więcej nie wypowiedział słowa na temat swojej matki.



Żadne z nich już nigdy tam nie pojechało...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -