Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Matka Wydma

Michał Galczak

Gorące powietrze falowało nad rozgrzaną do granic wytrzymałości ziemią. Gdzieniegdzie wystawały spod piasku fragmenty ruin zabudowań, wyglądających jak relikty starożytnych budowli, zniszczonych upływem czasu i tonami niesionych wiatrem ziaren piasku. Słońce wisiało pośrodku bezchmurnego nieba i sadystycznie piekło wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego promieni. Żółto-szare barchany nie siliły się nawet na to, by odrobinę wybić się ku górze i dać żywym organizmom trochę cienia. Jak okiem sięgnąć, dookoła rozciągała się równa, przyozdobiona niewielkimi wydmami pustynia. Czasem można było się natknąć na wraki skorodowanych samochodów, fragmenty ścian budynków zniszczonych podczas nuklearnej apokalipsy. Coraz częściej zdarzały się ludzkie, poobgryzane z mięsa szkielety.
Wody nie było nigdzie.

Niepozorny, co najwyżej trzynastoletni chłopiec chwiał się i słaniał na nogach. Szedł przed siebie, uparcie wierząc, że w końcu znajdzie odrobinę życiodajnego płynu.
- A ja chciałbym przez kałużę... iść godzinę... albo dłużej... dłużej... - niemal bezgłośnie wystękiwał słowa, które zapamiętał z dzieciństwa. Wysuszone gardło ze świstem przepuszczało gorące wydychane powietrze. Co najmniej od dwóch dni nie miał w ustach nawet kropli wody, od czasu, gdy w niszy między kamieniami znalazł blaszaną puszkę. To co w niej było nie nadawało się do picia. Zapachem aż nadto przypominało mocz. Ktoś był na tyle złośliwy, że odlał się do naczynia, zostawiając je na widoku i robiąc nadzieję spragnionym. Chłopiec przemógł obrzydzenie i upił z puszki kilka łyków. Duszkiem, ignorując dobiegający ze środka odór. Z trudem powstrzymał się od zwymiotowania. Paradoksalnie po chwili poczuł się lepiej. Organizm otrzymał porcję płynu. To, co w nim było szkodliwego zapewne niebawem wydali, podobnie jak zresztą samą wodę. W takim upale każdy gram płynu parował w zastraszającym tempie. Cóż, przemógł się raz, zrobi to ponownie i może za jakiś czas jego pęcherz zbierze z ciała wystarczającą ilość cieczy, by mógł wprawić ją ponownie w obieg. Jak mawiał jego brat: mokre to mokre, nieważne jak pachnie i co w tym pływa. Łatwo było wypowiadać podobne mądrości nad szklanką zimnej lemoniady, co innego teraz. Ciekawe co powiedziałby w obecnej sytuacji? Jego brat... Właściwie jak on miał na imię? Za nic nie mógł sobie tego przypomnieć. Trwogą przejęło go uprzytomnienie sobie, że nie pamiętał nawet własnego imienia!
Parzący oddech zabrał mu siły i zmęczony opadł kolanami na piasek. Klęcząc, wyrwał na ułamek chwili garść z ciała pustyni. Skalne drobiny przelewały się ciurkiem między palcami. Wszędobylskie ziarna piasku. Dostawały się dosłownie w każdy najmniejszy zakamarek. Były pod paznokciami, w ustach, drażniły powieki i kąciki oczu. Znajdowały drogę do intymnych części ciała, zadomawiając się między pośladkami i pod napletkiem.
Dzień na pustyni zaczynał się piaskiem i pierwszymi promieniami słońca, a kończył się nadejściem dusznej, równie gorącej nocy.
I piaskiem.

***

W oddali rozległy się czyjeś krzyki. Chłopiec podniósł głowę, zaciekawiony źródłem hałasu. Nikogo nie zobaczył. Powiódł wzrokiem dookoła, mrużąc oczy przed prażącym słońcem. Odgłosy musiały dobiegać zza którejś z wydm. Powoli podczołgał się w górę jednej z nich. Krzyki przybrały na sile. To upewniło go, że zmierza we właściwym kierunku. Może powinien uciekać? Ze strony obcych nie czekało go raczej nic dobrego. Nie w czasach, gdy ludzkie życie było mniej warte od kubka stęchłej wody.
Ciekawość jednak zwyciężyła. Dobrnął na szczyt wzniesienia. Rozgrzebał dłońmi piasek i wtulił się w niego brodą tak, by nie było go widać. Wyjrzał w dół. Kilkanaście metrów przed nim, u stoku barchanu, na którym przycupnął, szamotały się trzy postacie. Napastowany mężczyzna krzyczał przeraźliwie, piszczał i płakał naprzemian. Z całej siły przyciskał coś do piersi i bronił przed atakującymi, dopóki starczało mu sił. Nie miał ich jednak zbyt wiele. Po chwili musiał dać za wygraną. Skutecznie pomogły mu w tym pięści agresorów, wybijające na jego plecach i głowie iście szaleńczy rytm. Mężczyzna uniósł głowę do góry i kolejne silne ciosy wylądowały na jego twarzy. Oblicze zranionego spłynęło krwią. Z nosa wyciekała czerwona rzeka. Meandrowała na policzkach, spływała po brodzie i uchodziła pod szyją, zagłębiając się w delcie szarego kaftanu. Jeden z napastników, o twarzy pokrytej plamami poparzeń słonecznych, wyrwał z rąk ofiary niewielką, metalową manierkę. Woda, pomyślał chłopiec, po cóżby innego mieliby kogokolwiek atakować? Albo woda, albo żywność. Bezwiednie oblizał spierzchnięte wargi na myśl, że naczynie, mogło być po brzegi wypełnione wodą. Drugi z mężczyzn jeszcze przez chwilę sycił się katowaniem zrozpaczonego nieszczęśnika. Kopał go zawzięcie, aż w końcu zmęczył się i dał sobie spokój. Szybkim krokiem podążył za swoim kompanem. Chłopiec odprowadził ich wzrokiem. Kiedy zniknęli za najbliższą wydmą, przeniósł spojrzenie na pobitego i okradzionego z drogocennego skarbu mężczyznę. Ten zdążył się już zebrać. Utykając, udał się w ślad za oprawcami. Zapewne miał nadzieję na odzyskanie swojej manierki. Głupiec, powinien się cieszyć, że nie zrobili sobie z niego zakąski do zrabowanej wody, pomyślał chłopiec. Czekał, aż i on zniknie za piaszczystym pagórkiem. Na moment przeniósł spojrzenie na miejsce, w którym przed chwilą doszło do szarpaniny. Na samym dnie niewielkiego zagłębienia dostrzegł ciemną plamę. Wyglądała jak... Wyglądała, jakby było tam coś rozlane! W umyśle chłopca pojawiła się myśl, która przyćmiła wszystkie inne: podczas bójki jakaś część wody musiała wylać się z manierki! Jeśli się pospieszy, zdąży jeszcze, zanim pustynia łapczywie wessie ją w siebie i już nigdy nie odda! Ze wzrokiem utkwionym w ciemnej plamie zerwał się do biegu. Ogromnymi susami pokonał zawietrzne zbocze barchanu, pędząc na łeb, na szyję. W ogóle nie zwracał uwagi na kamienie i kawałki metalu, kaleczące jego bose stopy. Dopadł do upragnionego miejsca. Miał sporo szczęścia - jakimś cudem woda nie zdążyła wsiąknąć w piasek. Utworzyła nawet miniaturowe jeziorko pośrodku zagłębienia.
- Chciałbym przez kałużę... - roześmiał się szaleńczo i przywarł ustami do wody.
Pił łapczywie, szybko połykając każdy łyk. Niemal natychmiast osuszył powierzchnię piasku z wody.
- Chciałbym... iść godzinę... - wymamrotał zrozpaczony. - Godzinę albo dłużej... Dłużej! Dłużeeeej!
Zagłębił twarz w piasku i zaczął wysysać ciecz spomiędzy ziaren. Skalne drobinki najpierw zatrzymywały się na zaciśniętych zębach, potem jednak przedostawały się do wnętrza jamy ustnej i, zasysane, wędrowały dalej, przez gardło, do płuc. Chłopiec zakrztusił się. Przycisnął ręce do klatki piersiowej i mocno nacisnął. Silny kaszel boleśnie uwolnił go od piasku. Dysząc ciężko i parskając co chwilę, opadł na wznak. Prócz ziaren kwarcu poczuł na podniebieniu smak wody, którą udało mu się wyrwać pustyni. Uśmiechnął się triumfalnie. Rzucił wyzwanie bezlitosnej potędze i wygrał. Zaniósł się opętańczym śmiechem. Odważnie spojrzał prosto w słońce. Skoro wygrał z pustynią, mógł wygrać także z nim! W kilka sekund stracił ostrość widzenia. Zamknął oczy i zemdlał.

***

Nie wiedział ile czasu leżał nieprzytomny. Obudził go chłodny cień, który zasłonił go przed słońcem i ukoił rozpaloną skórę na jego twarzy. Mrużąc oczy, spojrzał na źródło zbawczej zasłony. Zobaczył nad sobą czyjąś zaciekawioną twarz. Dziewczyna o włosach w kolorze piasku klęczała i wpatrywała się w niego z półuśmiechem. Mogła być odrobinę od niego starsza, ale nie więcej niż dwa lata. Przyjrzał się uważnie jej skórze. Dziewczyna miała zdrową, gładką cerę, na której nie było śladu poparzeń słonecznych, czy wysuszonych plam. Jej twarz była idealna. Niebieskie oczy spoglądały na niego wesoło, a wilgotne, wąskie usta uśmiechały się z coraz większym przekonaniem. Dziewczyna sięgnęła do kieszeni jego spodni i zanim zdążył cokolwiek zrobić, wyciągnęła z niej scyzoryk i zegarek. Położyła sobie na wyprostowanej dłoni i przyglądała się im z zaciekawieniem.
- To... moje... - głos z trudem przeszedł przez jego wyschnięte gardło.
Jasnowłosa oderwała wzrok od przedmiotów i przeniosła na chłopca. Spojrzał w jej oczy. Wyczytał w nich ciekawość i życzliwość. Stęknął cicho, niezdarnie podnosząc się do pozycji siedzącej.
- Tylko to mi zostało - dodał, ale nie próbował odebrać swoich rzeczy.
Nieznajoma zamrugała powiekami.
- Jak masz na imię? - zapytała przyjemnym głosem.
Nie chciał się przyznać, że zapomniał własnego imienia. Szybko powiódł wzrokiem po swoich ubraniach. Zatrzymał się na metce spodni.
- Levis - odparł mechanicznie. - Tak mam na imię...
Jakże głupio to musiało zabrzmieć!, skarcił się w myślach.
- Dziwne imię... Mogę na ciebie mówić Adam?
- Chyba możesz - wzruszył ramionami.
Patrzył na jej twarz i wciąż nie mógł się nadziwić jej wyglądem. Była tak świeża i jędrna. Zupełnie niepodobna do twarzy ludzi, których spotkać można było na pustyni – wyschniętych, spieczonych promieniami słońca, często pokrytych plamami czerniaka.
- A jak tobie na imię? - spytał w rewanżu.
Nachyliła się, dotykając jego ramienia chłodną dłonią.
- Nadja - szepnęła mu prosto do ucha.
Powietrze z jej ust przyjemnie połaskotało go w szyję.
- Bardzo ładnie... - odchrząknął, czując na podniebieniu palący żar. - Posłuchaj, Nadjo, wiesz może czy gdzieś niedaleko jest jakaś woda? - spytał z nadzieją w głosie.
Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała ochoczo głową.
- Wiem - odparła wesoło.
Maleńka iskierka nadziei w jego sercu urosła w wielki płomień.
- A... mogłabyś mi pokazać to miejsce? - starał się zapanować nad podnieconym głosem, ale pragnienie było silniejsze i wypowiadane przez niego słowa falowały i drżały z niecierpliwości. - Jeśli zaprowadzisz mnie do wody, te przedmioty będą twoje - dodał na zachętę, podejrzewając, że przekupi dziewczynę.
I tak do niczego mi się nie przydają, stwierdził w myślach, scyzoryk zacina się od piasku, a zegarek nigdy nie działał. Nie pamiętał, żeby widział ruch jego wskazówek. Może dla dziewczyny będą przedstawiały jakąś wartość? Zdziwił się, widząc, że Nadja oddaje mu jego rzeczy na wyciągniętej dłoni.
- Naprawdę, możesz je sobie zatrzymać - jego głos przeszedł natychmiast w błagalny ton. - Daj mi tylko choć odrobinę wody, proszę...
Dziewczyna potrząsnęła głową.
- Nie potrzebuję ich - odparła spokojnie. - Zaprowadzę cię do źródła bez tego.
Wstała i uśmiechając się, wyciągnęła do niego dłoń.
- Chodź ze mną.

***

Szli wolnym tempem. „Adam” co chwilę przyspieszał i wyprzedzał pokazującą drogę dziewczynę, nie mogąc się doczekać upragnionego źródła zaspokojenia pragnienia. Pokonali właśnie czwarty, a może piąty olbrzymi barchan. W chwili, gdy chłopak zaczynał podejrzewać, że Nadja jest tylko mirażem, wytworem spalonego słońcem umysłu, jego oczom ukazała się soczyście zielona oaza, zajmująca całe dno niewielkiej doliny. Potarł oczy ze zdumienia. Kilkukrotnie zamrugał powiekami, odpędzając ewentualny majak. Oaza wciąż była przed nim.
- Jak... - rozłożył ramiona i spojrzał na dziewczynę pytającym wzrokiem.
Nadja uśmiechnęła się życzliwie.
- To Matka Wydma - odpowiedziała spokojnym tonem. - Ona nas karmi. To dzięki niej mamy co pić i jeść. Chodź, pokażę ci źródło.
Złapała jego dłoń i ruszyli w dół zbocza. Już kilkanaście metrów od oazy poczuł powiew wilgotnego, chłodnego powietrza. Z przyjemnością nastawił twarz i chłonął tę przyjemną bryzę. Sycił się kojącymi podmuchami, delikatnie masującymi jego spieczoną skórę.
Dotarli do pierwszych roślin oazy. Chłopak przyklęknął i musnął opuszkami palców jasnozielone źdźbło.
- To jest prawdziwe! - zawołał radośnie. - To rzeczywiście tu jest!
Popatrzył przed siebie. Dno doliny w całości pokrywała bujna roślinność. Na obrzeżach zaczynała się trawami, które stopniowo przechodziły w niewielkie zarośla, dalej w krzewy, by mniej więcej w centrum oazy wystrzelić do góry rozłożystymi koronami drzew. Nie mógł uwierzyć swoim oczom.
- To jakiś cud - powtarzał co chwilę, z wdzięcznością spoglądając na Nadję. - Ty musisz być cudem!
Dziewczyna zarumieniła się, zawstydzona.
- Pewnie chciałbyś zobaczyć źródło - zaproponowała po chwili.
- Nawet nie wiesz jak bardzo! - zawołał uradowany.
Nie tyle zobaczyć, co skosztować, pomyślał, a najlepiej zanurzyć się w jego wodach!
Szli obok siebie, lekko stąpając po delikatniej trawie. Po kilku krokach „Adam” zwolnił, wypatrzywszy w zaroślach kształt człowieka. Od razu rozpoznał w nich jednego z mężczyzn, którzy napadli na samotnego podróżnika i po brutalnej bójce zabrali mu manierkę. Widać obrabowanemu udało się dogonić złodzieja i wymierzyć na nim sprawiedliwość. Ciekawe gdzie jest ten drugi, z plamami na twarzy, zastanowił się chłopak. Nie musiał długo czekać na rozwiązanie tej zagadki. Trup drugiego mężczyzny leżał kilka metrów dalej. Obydwaj mieli opuchnięte gardła, a na twarzach wyraz ogromnego przerażenia. Co ich tak mogło wystraszyć? Chyba nie ten pobity chuderlak...
- Słyszysz? - wyrwała go z zadumy Nadja. - To szumi źródło Matki.
Istotnie niedaleko słychać było szmer przelewającej się wody. Chłopak przyspieszył kroku. Wyszli z zarośli i znaleźli się pod stokiem majestatycznej wydmy. Nadja klęknęła i skłoniła nisko głowę.
- To Matka Wydma, Adamie - poinformowała przyciszonym głosem. - To ona nas karmi.
„Adam” poszedł w ślady dziewczyny. Rzucił spojrzeniem na ciurkającą wodę. Widok pobudził w nim pragnienie tak wielkie, że gdyby mógł, pewnie zacząłby się ślinić.
Nadja cierpliwie słuchała tajemniczego szmeru wody. Przytaknęła i pogładziła chłopca po policzku.
- Matka mówi, żebyś się częstował i pił - przekazała. - Mówi też, że jesteś jej gościem i z przyjemnością zaopiekuje się tobą. Jeśli tylko zechcesz - to już na zawsze. Mówi, że chętnie przyjmie cię do siebie. Możesz tu z nami zamieszkać.
Uśmiech na stałe zagościł na twarzy „Adama”.
- Dziękuję - wyszeptał. - Dziękuję bardzo...
Chciał objąć Nadję z wdzięczności, choć nie bardzo wiedział jak to zrobić. W rezultacie nieporadnie rzucił jej się na szyję.
- Idź. Napij się, Adamie – zaprosiła, wskazując ramieniem na źródło. - Widzę, że jesteś bardzo spragniony.
Chłopak rzucił się w stronę wodopoju. Dopadł do ze zbocza wydmy i zanurzył twarz w zimnej wodzie. Pił łapczywie. Wielkimi łykami połykał przepyszną, orzeźwiającą wodę. Nabierał w dłonie i wylewał sobie na kark. Strumienie zimnej cieczy spływały po jego plecach. W podnieceniu zrzucił z siebie zapiaszczony kaftan. Zaczął oblewać się wodą. Czuł, jak spłukuje z siebie pył i bród kilku ostatnich lat. Czuł, jak jego skóra odżywa, a ciało odzyskuje świeżość.
Poczuł na plecach dotyk dłoni Nadji. Odwrócił się do niej z błogim uśmiechem na twarzy.
- Ale rześka! - zawołał, przepełniony radością.
Kolejny okrzyk uniemożliwiły mu usta dziewczyny. Pocałowała go z zaskoczenia i tak namiętnie, że zakręciło mu się w głowie. Jej usta były słodkie i wilgotne. Nigdy nie miał okazji zasmakować niczego równie przyjemnego. Natychmiast obudziło się w nim pożądanie.
Nadja odsunęła się od niego. Powiodła dłonią po jego brzuchu i zalotnie przekrzywiła na bok głowę.
- Pij, Adamie - powiedziała. - Pij, a ja przyniosę ci owoce. Na pewno jesteś głodny.
Chyba czytała w jego myślach. Konał z głodu! Poczuł to jednak dopiero, gdy zaspokoił pragnienie.
- A kiedy skończysz posiłek, będziesz mógł mnie jeszcze pocałować - dodała rumieniąc się.

***

Jestem w niebie!, zachwycał się w myślach „Adam”, to musi być jakiś cud! W jednej chwili był umierający, zdany na łaskę pustyni, a w drugiej pojawiła się oaza, świeża woda, owoce, no i Nadja, która zdawała się mieć co do niego pewne plany. Na dodatek zapowiadało się na to, że były to bardzo przyjemne plany! Położył się wygodnie na plecach, w cieniu Matki Wydmy. Czuł, że całkowicie zaspokoił pragnienie. Czekał na owoce i na uroczą dziewczynę, która miała mu je przynieść. Nigdy jeszcze nie był z kobietą i trochę się tego obawiał. Nadja była jednak tak słodka, dobra i wspaniała! Czuł, że musi się udać! Nic nie mogło już pójść źle! Zostanie tu razem z nią i będą szczęśliwi.
Przymknął oczy i założył ręce za głową. Nagle poczuł, jak coś chwyta go za kostki. Poderwał się do góry, ale potężna siła przyciągnęła go z powrotem. Spojrzał w dół, na swoje nogi. Do połowy łydki oplatały je silne, piaszczyste ramiona. Wydma otworzyła się pod nim i zaczęła go wciągać. Szarpnął się, lecz bezskutecznie. Patrzył, jak jego nogi stopniowo zanurzają się w piasku. W morzu żółto-szarych ziaren znikały kolana, a potem uda. Po chwili tkwił w wydmie po pas. Chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle. Rozpaczliwie machał ramionami i tłukł rękami o piach. W pewnym momencie wyczuł pod dłonią jakiś przedmiot. Rozgarnął piasek i z przerażeniem stwierdził, że ma obok siebie blaszaną manierkę i coś, co wyglądało jak... ludzka dłoń! Była całkiem wysuszona, pozbawiona każdego miligrama wilgoci. Obok dłoni wynurzyła się z wydmy twarz, w której z trudem rozpoznał napadniętego na jego oczach mężczyznę. Na obliczu nieszczęśnika widać było siniaki i rozcięcia, ale podobnie jak dłoń, było w całości pozbawione wody.
Diuna coraz silniej zaczęła wciągać go w siebie. Wił się w desperackim szale, lecz wszystkie próby oswobodzenia się z kwarcowego uścisku spełzały na niczym. W końcu zagłębił się w piasku po szyję. Na skraju zarośli wypatrzył Nadję. Stała nieruchomo i wpatrywała się w niego z uwagą. Wyciągnął do niej dłoń, z trudem przełamując opór jaki stawiała wydma.
- Pomóż mi - jęknął. - Nadja, pomóż mi!
Dziewczyna odrzuciła naręcze soczystych owoców i podbiegła do niego. Położyła dłonie na jego głowie i popchnęła w głąb diuny.
- Spokojnie - szepnęła czule, dopychając wijącego się pod piaskiem chłopca. - Spokojnie, za chwilę będzie po wszystkim...

***

W miejscu, w którym pod piaskiem zniknął „Adam” zastało tylko niewielkie zagłębienie. Nadja stała nad nim z błogim wyrazem twarzy. W ciszy rozmawiała z Wydmą.
Dziewczyna przeciągnęła się leniwie.
- Matko... - wyszeptała z miłością.
Rozpostarła szeroko ramiona i wraz z ciepłym podmuchem wiatru rozsypała się na miliardy ziaren piasku.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -