Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Widok z okna

Michał Dąbrowski

Za wszelką cenę chciałem uciec od teściów, wyrwać się z ich ciasnego mieszkania, do którego wprowadziłem się z moją żoną Magdą. Po ślubie nie mieliśmy pieniędzy na kupienie czegoś własnego, a nie chcieliśmy niczego wynajmować. Zgodnie stwierdziliśmy, że najlepiej byłoby, gdybym szybko znalazł jakąś lepszą pracę, która stworzyłaby podstawy do zaciągnięcia kredytu. Wszystko bardzo prędko potoczyło się po naszej myśli – zmieniłem robotę, dowiedzieliśmy się w banku, że możemy wziąć kredyt i tym samym zaczęliśmy szukać naszego przyszłego lokum. Samo szukanie było dosyć żmudne, ale byliśmy bardzo zdeterminowani.
Pamiętam ten dzień, gdy jechaliśmy samochodem i naszym oczom ukazał się duży budynek, wyraźnie górujący nad tą częścią miasta. Zaparkowaliśmy i wyszliśmy z auta, wypatrując pośrednika do handlu nieruchomościami. Magda pierwsza go zauważyła, ale ona zawsze widziała więcej ode mnie, dużo więcej – wychudzony biały kołnierzyk, nerwowo palący papierosa i rozglądający się za nami. Przywitał się, pomachał nam przed nosem kluczami, dając do zrozumienia, że to on może wejść do upatrzonego mieszkania i to od niego będzie zależało czy tam teraz wejdziemy czy nie. Wrażenie zrobił fatalne, ale wiedziałem, że muszę być dla niego miły.
Wjechaliśmy w milczeniu windą na ósme piętro. W dużym lustrze zauważyłem, że facet ma łupież na swej czarnej marynarce. Pasował do niego.
– To te drzwi – rzekł, gdy staliśmy na dosyć obszernej klatce schodowej. Kolejny raz zabrzęczał kluczami i otworzył drzwi.
Weszliśmy do środka. Przedpokój, kuchnia i łazienka były takie same jak na stronie internetowej pośrednika. Idealna przestrzeń dla młodego małżeństwa, które nie myśli o dziecku. Trzy pokoje i największy z balkonem. I wszystko to puste, czekające na życie i meble; nasze życia i nasze sprzęty.
Magda poszła z tym wymoczkiem oglądać kuchnię i dopasowując ją do swoich wyobrażeń o umeblowaniu. Ja stanąłem przy oknie, aby obejrzeć widok. Miasto wydawało się małe. Mogłem swobodnie oglądać gołębie na dachach mniejszych domów, tramwaje sunące po torach i wszystko inne, co składało się na krajobraz. Na horyzoncie widziałem wieżowce centrum. Niebo było szare i niedługo miała zacząć się wiosna.
– I jak? Podoba się? – spytał pośrednik, gdy staliśmy w łazience.
– Podoba, prawda Maks? – Magda popatrzyła na mnie szukając odpowiedzi.
– Tak, chyba je weźmiemy – powiedziałem i zaraz potem dodałem – Czy wie pan coś o tym mieszkaniu, czego my nie wiemy?
– Co na przykład?
– No na przykład czy nikt tu się nie powiesił, nikogo nie zamordowano…
– Maks! – Warknęła Magda, a ja uśmiechnąłem się półgębkiem, widząc, że wprawiłem go w niemałe zakłopotanie.
– Nie. Przecież tutaj była siedziba firmy, która splajtowała jakiś czas temu. Takie biuro i mieszkanie połączone w jedno.
– Jasne, żartowałem. Sądzę, że tu zamieszkamy.
Facet uśmiechnął się, pokazał żółte zęby.
Bardzo szybko transakcja została ubita i zaczęliśmy sukcesywnie kupować i zwozić meble. Firma od przeprowadzek bardzo nam pomogła, ale przez obecność tych facetów w kombinezonach nie mogłem być z Magdą sam na sam. Jeśli chodzi o przenoszenie jakichś dużych sprzętów mam dwie lewe ręce. Z reguły stałem podpierając ścianę, a Magda dyrygowała facetami, mówiąc im co gdzie postawić. To wszystko nabierało kształtów, nasze życie nabierało kształtów. Każda rzecz stawiana na podłodze, każda książka wyjęta z pudła i ustawiona na szafie kształtowała nasz byt i sprawiała, że nasze marzenie coraz bardziej się spełniało.

(tak, mieszkanie było ładne, od razu mi się spodobało, już na samym początku wiedziałam jak je umeblujemy, od razu miałam na to pomysł, będzie pięknie, myślałam, sąsiedzi okazali się w porządku, ale nie poznałam na razie nikogo, z kim można było się zaprzyjaźnić, podziwiałam Maksa za tę jego euforię, skrywaną za maską lekkiego niezadowolenia, tylko on potrafi tak robić, Maks to jedyny facet, za którego mogłam wyjść, bardzo lubię patrzeć przez okno na podwórze, właściwie na nim nic nie ma, ale ten widok dziwnie mnie elektryzuje i wydaje mi się, że jest coś, coś, czego nie mogę nazwać, zadzwonię do Ewy, ona wie wszystko)

– Kiedy robimy parapetówę? Dostałem parę telefonów od naszych znajomych. Mają wielką ochotę na imprezę w naszym nowym gniazdku – spytałem Magdę, obejmując ją w pół, gdy stała przy oknie.
– Może za tydzień w piątek?
– W porządku. Tak zrobimy.
Nakryliśmy do stołu, Magda zrobiła sałatki, ja z samochodu przyniosłem alkohole, włączyliśmy nastrojową muzykę i czekaliśmy na naszych gości. Miało przyjść około dziesięciu osób, w większości zaprzyjaźnione z nami pary.
– Zaprosiłaś Ewę? – spytałem.
– Tak, czemu pytasz?
– Mam nadzieję, że nie będzie pukać nam swoimi pałeczkami po ścianach i nie zostaniemy zrugani za złe rozstawienie mebli.
– Oj daj jej spokój. Ma swoje dziewictwa, to nic wielkiego. Feng shui i te sprawy.
Magda znała Ewę ze studiów. Była to osoba dosyć dziwna jak na mój gust. Zawsze w długich spódnicach, obwieszona amuletami, z grubym makijażem i długimi czarnymi włosami do pasa.
Chwilę później siedzieliśmy przy stole. Sączyliśmy wino i opowiadaliśmy o przeprowadzce. Było całkiem zabawnie. Podświadomie czułem, że spłacam dług naszym przyjaciołom – oni wszyscy jakiegoś czasu mieszkali razem – gdyż my swoje u nich przesiedzieliśmy na różnych imprezach.
Nagle zadzwonił domofon.
– Odbiorę – powiedziała Magda.
Otworzyła drzwi i do naszego mieszkania weszła Ewa.
– O, cześć Ewa! Zapraszamy do stołu! – krzyknąłem, a stojąca za Ewą Magda zmroziła mnie wzrokiem.
– Cześć – odpowiedziała swoim niskim głosem i zaraz po tym jak zdjęła kurtkę, obie weszły do małego pokoju, zamykając za sobą drzwi.
– Po co one się tam zamknęły? – spytał Marcin, nalewając sobie wina.
– Nie wiem, ale pewnie, żeby wybadać złe wibracje. Wiesz, czy nie ma źródła wody pod domem, wulkanu, piekła i tak dalej.
Parapetówa trwała w najlepsze, wszyscy byliśmy lekko podpici, po dłuższej nieobecności przy stole pojawiły się Magda z Ewą. Ta druga wywołała sporą konsternację. Wszystkim zapewne wydawało się, że ona jest z jakiegoś innego świata. Poczułem, że mnie nie lubi. W końcu zawsze byłem racjonalistą, nigdy nie dałem wiary w jej bajki o horoskopach czy wróżeniu z ręki. Posłała mi parę wymownych spojrzeń, które zignorowałem. Magda siedziała przez całą kolację cicho, wyraźnie odporna na próby nawiązania z nią kontaktu.
Gdy wszyscy wychodzili, Aneta, nasza przyjaciółka całując mnie na pożegnanie, szepnęła mi do ucha:
– Maks, opiekuj się Magdą. Wydaje się być nie w humorze.
– W porządku, obiecuję. Możliwe, że jest po prostu przemęczona. Mieliśmy niezły bałagan przez ostatnie tygodnie.
Oni wyszli, a ja stanąłem w drzwiach do małego pokoju. Światło było zgaszone i było bardzo ciemno, ale i tak zobaczyłem Magdę stojącą w oknie i patrzącą na zewnątrz.

(Ewa też coś czuje, powiedziała mi, ale to nie to samo, co ja, ona nic nie widzi, a ja mam wrażenie, że ten cały widok jest dla mnie stworzony, nie ma już nic innego, zazdroszczę Maksowi tej jego beztroski, gdyby on zobaczył, muszę skontaktować się z Ewą, nie mogę nikomu powiedzieć, to pojawia się, gdy jestem tylko tutaj, tylko w pokoju z widokiem na podwórko to może mieć z tym związek, muszę spotkać się z Ewą, muszę)

Wracałem z pracy. Wysiadłem z samochodu i zacząłem iść w kierunku domu. Minąłem pasaż handlowy, osiedle małych domków i przeszedłem przez podwórko. Popatrzyłem w okno. Zobaczyłem białą twarz Magdy przyklejoną do szyby. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że podwórko to bardzo umowna nazwa dla tego placyku między dwoma budynkami. Podwórko powinno mieć jakieś huśtawki, piaskownicę, dokładnie tak jak ja miałem, gdy byłem mały.
Ciekawe ile Magda tam stała? Cały dzień? Rano przecież jedliśmy razem śniadanie i potem widziałem jak ubiera się do pracy. Fakt, zaspaliśmy i ja byłem trochę spóźniony i wyszedłem pierwszy…
Odwróciłem się i popatrzyłem na sąsiedni blok. Okna wydawały mi się puste. Wszystkie były zamknięte, nie było w nich nikogo. Dziwne. Popatrzyłem tak jeszcze przez chwilę, aż w końcu dojrzałem w oknie jakąś twarz. Była dosyć niewyraźna, ukryta za firanką, ale jej oczy chyba mnie zauważyły i teraz patrzyliśmy na siebie. Twarz była rozmyta, zniekształcona przez firanki i szybę, ale dostrzegłem, że była to stara kobieta, jedna z tych, co całe swoje życie na emeryturze spędzają za oknem, patrząc na wszystko i nic. Uśmiechnęła się do mnie, tak, byłem tego pewien, uśmiechnęła się i pokazała bezzębne dziąsła, a mnie w ten ciepły wiosenny dzień zrobiło się zimno. Ale tylko przez chwilę. Popatrzyłem znowu na Magdę. Oddzielało nas osiem pięter, ale w jakiś dziwny sposób dostrzegłem jej twarz. Ona krzyczała. Stała w oknie i krzyczała. Nie ruszała rękoma, nie wykonywała żadnych ruchów. Po prostu stała i krzyczała. Jej twarz była teraz sztywną maską, taką, jakie odlewa się z wosku – bladą i bez życia. Szybko odwróciłem głowę, ale baby w oknie nie było. W ogóle w pobliżu nikogo nie było.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, gdy wszedłem do domu, Magda pichciła obiad.
– Cześć kochanie – zawołała radośnie – zaraz jemy, siadaj do stołu.
Patrzyłem na swój talerz ze smażonymi warzywami, zerkałem ukradkiem na Magdę i nic z tego nie rozumiałem.

(widziałam jak kładzie Maksowi rękę na ramieniu, jak zbliża się do niego, krok po kroku, jak stoi za jego plecami, ale też patrzy na mnie, patrzymy na siebie, on był tak blisko, zaczęłam krzyczeć, czułam bezsilność, nie wiedziałam, co zrobić, nie mogłam się ruszyć, ta jego biała twarz, podbite oczy, a Maks stał i nie widział nic, on nic nie wie, a ja nie mam pojęcia, jak mu o tym powiedzieć, Ewa, muszę zadzwonić do Ewy, zadzwonię do Ewy jeszcze dziś)

Ale ze mnie świnia, pomyślałem, gdy zacząłem przysłuchiwać się rozmowie telefonicznej, którą moja żona przeprowadzała z Ewą. Mamy dwa aparaty – jeden w dużym pokoju, a drugi w średnim, naszej sypialni. Najmniejszy, nieumeblowany, stoi na razie pusty.
Słysząc, że oba aparaty dzwonią, odruchowo podniosłem słuchawkę i usłyszałem w nim głos Magdy. Był cichy i smutny.
– Miałam dziś do ciebie dzwonić…
– Byłam pierwsza. Słuchaj, Magda, czy ty to nadal widzisz?
– Cały czas. I boję się, że Maks może coś podejrzewać. Chyba już się czegoś domyśla.
– Spotkajmy się w takim razie. Trochę poszperałam i mam coś, co mogłoby cię zainteresować.
– Dobrze. Gdzie się umawiamy?
Usłyszałem kroki Magdy. Musiała iść w stronę kuchni z bezprzewodową słuchawką. Nie było szans, żeby mnie nie zobaczyła. Delikatnie położyłem moją słuchawkę na widełki i udawałem, że z wielkim zainteresowaniem czytam książkę.
– Wychodzę – oznajmiła mi – i będę wieczorem. Przepraszam, ale coś mi wypadło.
– No… dobrze – chrząknąłem – a gdzie?
– Umówiłam się z Ewą na mieście.
– Do zobaczenia w takim razie.
Wszystko to było bardzo dziwne, ale dobrze, że Magda powiedziała mi prawdę.
Magda wróciła później niż myślałem. Była w domu po dwudziestej trzeciej. Dzwoniłem do niej kilka razy, ale nie odbierała.
– Czemu chociaż nie oddzwoniłaś?
– Komórka mi padła.
– Akurat.
– Naprawdę.
– Nieważne. Słuchaj, ja kładę się spać. Jestem zmęczony tym czekaniem na ciebie.
Jakiś czas później zasnąłem, a gdy obudziłem się w środku nocy, zorientowałem się, że Magdy nie ma w łóżku. Wstałem i po omacku przeszedłem do najmniejszego pokoju. Magda oczywiście stała w oknie. Myślałem o tym, że jest w jakimś transie, że lunatykuje. Właściwie to myślałem wtedy cokolwiek. Chciałem ją odciągnąć od tego niezbyt ciekawego widoku podwórka. Byłem tuż za jej plecami i przez chwilę wydawało mi się, że jak odwróci się w moją stronę, nie zobaczę jej twarzy, tylko jakąś dziwną wykrzywioną maskę, czaszkę, białe oczy czy coś w tym rodzaju. Stanąłem koło niej i spytałem:
– Co ty tam widzisz, czego ja nie widzę? – za oknem widać było tylko ciemne kształty sąsiednich bloków, gdzieniegdzie paliły się światła. Za kilka godzin miało świtać.
– Jego widzę.
– Czyli kogo?
Ale Magda nie powiedziała mi nic więcej, tylko popatrzyła na mnie nieobecnym wzrokiem, odwróciła się i wolno poszła do łóżka.

(Ewa powiedziała mi wszystko, ona też go widzi, ona jedna mnie rozumie i obiecała się dowiedzieć czegoś więcej, jego wzrok jest taki piękny i niewinny, cieszę się, że wybrał mnie, że mamy ten nasz wspaniały kontakt wzrokowy, szkoda że mieszkamy tak wysoko, że nie możemy rozmawiać, i jeszcze ta szyba, on widział Maksa, jest coś między nami, ale to coś się zmienia, w jego twarzy jest jakiś niepokój, coś, co sprawia, że coraz bardziej się boję ale nie mogę nic z tym zrobić)

Wszystko coraz bardziej zaczęło się gmatwać, nic z tego nie rozumiałem, ale podejrzewałem, że Ewa coś wie. A jeśli nie wie, to chociaż coś czuje. Tak jak Magda.
Następnego dnia postanowiłem skontaktować się z Ewą. Chciałem spotkać się z nią na mieście, niejako biorąc przykład z mojej żony.
– Cześć, tu Maks. – powiedziałem – słuchaj Ewo, możemy się spotkać?
– W jakim celu? – usłyszałem w słuchawce, że musiała być na jakiejś ruchliwej ulicy. Po jej tonie głosu zorientowałem się, że musiała szybko iść.
– Muszę cię o kilka spraw wypytać. Chodzi mi o Magdę. Sądzę, że ty coś wiesz…po prostu dziwnie się ostatnio zachowuje. Ciągle patrzy w okno, na podwórko…
– Kiedy masz czas? – to dobrze, że przeszła od razu do konkretów. Obawiałem się, że będzie się wykręcać i w końcu nic nie wyniknie z moich planów.
– Kiedy chcesz. Może być dzisiaj.
– Bardzo dobrze. Niech i tak będzie. Spotkajmy się na mieście. Koło mojej pracy jest miła kawiarnia. Kończę o siedemnastej. Wiesz gdzie to jest?
Kilka godzin później siedziałem w tej kawiarni i patrzyłem na strugi deszczu zalewające okolicę. Piłem kawę i przeglądałem nudną prasę. Ewa miała zaraz przyjść. W kawiarni nie było wielu osób, ale ci, co siedzieli nie mieli zamiaru zbyt szybko wychodzić. Rzęsisty deszcz pokrzyżował wszystkim plany. W końcu Ewa, ochraniana przez parasol, weszła do środka, przywitała się ze mną i od razu udała się do kasy, kupiła sobie jakaś dziwną herbatę i usiadła naprzeciwko mnie.
– Właściwie wszystko ci powiedziałem przez telefon. No i myślę, że coś wiesz, że Magda ci coś powiedziała.
– Masz rację, ale i tak mi nie uwierzysz. Znam cię.
– Może chociaż spróbuję.
– Jak chcesz.
– Mów – ponagliłem.
Ewa łyknęła herbaty, wyjęła cygaretkę z torebki i zapaliła.

(widzę, że mnie woła, pierwszy raz poruszył się od jakiegoś czasu, wyciągnął do mnie rękę i ja poczułem, że jesteśmy jakby bliżej, i ta odległość została zmniejszona, chyba nawet się uśmiechnął, Ewa mówiła, że jest to coś złego, ale ja nic takiego nie czuję, po prostu patrzę przez okno i go widzę, z każdym dniem coraz wyraźniej)

– Czy wiesz, dlaczego przyjaźnię się z Magdą? – spytała mnie Ewa.
– Chyba dlatego, że jest… w porządku? – nic sensowniejszego nie przyszło mi do głowy.
– To też – Ewa uśmiechnęła się i był to szczery uśmiech – ona, co pewnie już zauważyłeś, widzi rzeczy.
– Widzi rzeczy? Jest spostrzegawcza po prostu, tak?
– Nie, nie o to chodzi – zaciągnęła się papierosem – są ludzie, którzy widzą znacznie więcej od innych. I nie ma to nic wspólnego ze spostrzegawczością. Mogą być nawet mniej spostrzegawczy od innych, mieć mniejszą orientację w terenie i tak dalej. Ja osobiście nazywam to Widzeniem Minionego.
– Widzeniem Minionego? Nic nie rozumiem.
– Nie dziwię się. Chodzi o to, że Magda, jako jedna z wielu osób, które widzą to, co już kiedyś było.
– Duchy? – Poczułem, że moja twarz zmienia się pod wypływem tych wszystkich sensacji zaserwowanych mi przez Ewę, a usta przeszywa dziwny grymas.
– Maks, wiem co sobie myślisz, ale duchy też.
Poczułem pulsowanie w skroniach. Gdybym stał, zapewne przewróciłbym się na kolana.
– Dobra, duchy też. Ale co z tego wynika? Czyżby moja żona w oknie widziała ducha?
– Nie w oknie, na podwórku. Stoi tam i wie, że Magda go widzi.
– Dziś uwierzę we wszystko. Powiedz mi, czy wiesz kto to jest.
– Tak – następnie zaczęła grzebać w swojej dużej torbie, po czym wyjęła po chwili dużą kopertę i wyjęła z niej czarno-białe zdjęcie.
Na fotografii znajdował się młody, około dwudziesto paro letni, chłopak. Był ubrany w spodnie w kant, pantofle i kraciastą marynarkę. Pod nią miał koszulę wepchniętą niedbale w spodnie. Ćmił papierosa, który wystawał mu z kącika ust. Włosy miał zaczesane w bok. Za nim widoczne były zgliszcza.
– Bardzo stare to zdjęcie, a przynajmniej na takie wygląda. – stwierdziłem.
– Jest takie w istocie. Zrobione jakiś czas po wojnie. I tak dużo mnie kosztowało znalezienie go. Oczywiście nie jest to oryginał, tylko wysokiej jakości ksero.
– Skąd to masz?
– Długa historia, a ja nie mam czasu ci jej teraz opowiedzieć. W każdym razie: udało mi się. Ale nie pytaj mnie kto to jest, bo nie wiem.
– Dobrze. W takim razie powiedz mi czy to, co przeżywa Magda, to, że go widzi, jest w jakiś sposób niebezpieczne?
– To zależy, kim był ten chłopak, jaki był i co sprawiło, że można go zobaczyć. To znaczy zobaczyć w takim sensie, w jakim widzi go Magda. Niestety, nie udało mi się tego ustalić. Ale przypuszczam, że jest to osoba, która popełniła samobójstwo, gdyż właśnie tacy ludzie zostawiają po sobie wiele spraw nierozwiązanych i dlatego ich widać.
– Czyli widać tylko samobójców?
– Nie, Maks, nie zrozumiałeś mnie. Widać osoby, które odeszły, zostawiając w danym miejscu jakąś swoją aurę, coś, co powoduje, że w jakiś sposób są dostrzegalni. Możliwa jest również teoria, że chcą się w jakiś sposób wyswobodzić, ukraść trochę energii.
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Ewa dopalała drugiego papierosa. W kawiarni było jakby więcej osób. Przestało padać i teraz słońce suszyło kałuże. Zapowiadał się ładny wieczór. Stwierdziłem, że wyciągnę Magdę na wieczorny spacer do pobliskiego parku.
– Dziękuję, Ewo – powiedziałem. – ale nie wiesz, ile to może trwać?
– Może być tak, że będzie trwać to latami, albo że zniknie tak nagle, jak się pojawiło. Nie ma za co, Maks. Cieszę się, że mogłam ci jakoś pomóc, rozwiać obawy, cokolwiek. Zresztą…– zamyśliła się przez chwilę – i tak bym ci o tym powiedziała, mimo próśb Magdy, żebym tego nie robiła. Tylko nie bądź na nią zły, a staraj się zrozumieć.
– Staram się cały czas. Wielkie dzięki jeszcze raz.
Pożegnaliśmy się i każde z nas poszło w swoją stronę.
Gdy jechałem samochodem, starałem sobie przypomnieć pewne zdarzenia z mojego i Magdy wspólnego życia, pewne fakty, które mogłyby świadczyć o tym, że Magda posiada umiejętność Widzenia Minionego.

(powiedział do mnie: chodź!, on chce, żebym do niego dołączyła, chce, żebym z nim była i wiem, że jego wola jest dużo silniejsza od mojej, zawsze była, odkąd go znam, najpierw bałam się go, ale teraz wiem, że w naszych relacjach jest coś uzależniającego, on po prostu chce, żebyśmy na siebie patrzyli, żebyśmy chłonęli siebie wzrokiem, piękna ta nasza zależność, czuje jak bardzo mnie to pochłania, a jego wzrok jest jakby inny, a rysy twarzy bardziej ostre, taki dziwny grymas je przeszył, a wargi odsłoniły zepsute zęby)

Przemierzałem miasto samochodem. Słuchałem radia, ale w pewnym momencie wyłączyłem je, gdyż coś z tego, co mówiła Ewa, dotarło do mnie. Widzenie Minionego.
Przypomniałem sobie jak pojechaliśmy z moimi rodzicami do naszej rodziny na wieś. Była to wizyta, która miała za zadanie załagodzić stosunki między nami. Tamta strona rodziny nie bardzo rozumiała, czemu nie mogliśmy być na pogrzebie wujka – w pewnym sensie założyciela tej odnogi naszej familii. Mój ojciec tłumaczył się zagraniczną delegacją i była to prawda, lecz oni, rozsiani po wsiach i małych miasteczkach nie rozumieli tego, tylko traktowali ten służbowy wyjazd jak kiepską wymówkę. Tak więc przyjechaliśmy do nich, odsiedzieliśmy obiad i przed wyjazdem, ustawiliśmy się do rodzinnego zdjęcia. Musieliśmy poprosić któregoś z sąsiadów, aby je nam zrobił, gdyż nie mogło nikogo na nim zabraknąć. Robione było naszym aparatem, oczywiście mieliśmy im wysłać odbitki. Zdjęcie zostało pomyślnie zrobione, więc spakowaliśmy się do samochodu i na wieczór byliśmy w domu.
Gdy fotografia została wywołana, Magda, która nigdy nie widziała wujka, nawet na zdjęciach, na portrecie coś zauważyła. Stała ze zdjęciem w ręku i wpatrywała się w nie z uwagą.
– Co tam widzisz? – spytałem.
– Czy wujek był potężnym człowiekiem z siwą brodą?
– Tak, a czemu pytasz?
– Właściwie to… nie wiem. – I odłożyła zdjęcie bezwiednie pokazując jeden jego punkt. Przypatrzyłem się temu miejscu. Był tam odstęp między dwoma osobami. Zamknąłem oczy i próbowałem wyobrazić sobie wujka stojącego tam. Pasowałby jak ulał. Ale przecież nie żył od kilku miesięcy.
Tak. Coś w tym istotnie musiało być. Bezwiednie przycisnąłem gaz i jechałem o wiele szybciej.
(wejdź na górę, powiedział, dołącz do mnie, dołącz do mnie podobnych, ale nie tutaj, wyjdź z domu i pójdź na tę ulicę, do tego białego budynku, tam wejdź na sam dach, tak mi powiedział, a ja wyszłam z domu, zamówiłam taksówkę i jechałam nią, tak to już blisko, słońce zachodziło, i było tak pięknie, w radio, w taksówce grała ładna piosenka, a ja byłam coraz bliżej, coraz bliżej…)

Byłem już blisko domu. Podświadomie czułem, że dzieje się coś złego. Może nawet nie złego, ale na pewno bardzo niepokojącego. Magda odrzuciła mój telefon dwa razy, a trzeci nie chciałem dzwonić. Byłem już nieopodal. Docisnąłem gaz. Skrzyżowanie zbliżało się w zawrotnym tempie. Światło zielone zmieniło się w pomarańczowe, ale ja wiedziałem, że jeszcze mam szansę. Pomarańczowe przeskoczyło w czerwone szybciej niż myślałem. Byłem na środku skrzyżowania, gdy po prawej stronie zobaczyłem samochód. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że stoję koło niego na parkingu i on ma zapalone światła i świeci nimi w moją stronę. I potem huk, ale dochodzący już gdzieś z oddali, smak krwi w ustach, ułamki szkła, krew w ustach i – – – – – – – –………

(skłamałam wchodząc do środka, powiedziałam, że idę kogoś odwiedzić, a obsługa nie zareagowała na moją obecność, przeszłam przez korytarz, udając się do windy, wjechałam na samą górę, winda była zimna, jechał ze mną lekarz, ktoś w białym kitlu, następnie wsiadła pielęgniarka i zaraz opuścili windę, a ja jechałam dalej, na samą górę, tam już nie było nic, tylko pusty korytarz, opuszczone sale, nie było nikogo, a jednak, przez cały czas czułam jego obecność, on był jak cień, ale nie taki, co kroczy za plecami, tylko ten, za którym się idzie, mogłam przysiąc, że widziałam go w taksówce, później przed szpitalem, on cały czas się do mnie śmiał, ale tym uśmiechem, tym wyrazem twarzy, który widziałam z okna, przechodziły mnie ciarki, ale ten nasz magnetyzm, o, jego kraciasta marynarka mignęła mi w tym czarnym korytarzu, wydawało mi się, że czuję jego starego papierosa, ten niedopałek, który wiecznie się tli, idę tym korytarzem, jestem blisko, ale nie wiem, gdzie mnie prowadzi, mijam kolejne pomieszczenia, stare sale operacyjne, od lat nieużywane łóżka szpitalne, jestem na piętrze, gdzie wszystko jest stare i nikt tu nie bywa, tak, jestem o krok za nim i ten korytarz wydaje mi się coraz dłuższy, coraz bardziej ciemny, mam wrażenie, że istniejemy tylko my dwoje, ja i on, pod postacią żaru z papierosa, wreszcie dochodzę do samego końca i on stoi kilka kroków przede mną i pokazuje mi wejście na dach, taka klapę, którą ktoś zostawił otwartą, pewnie myślał, że nikt nie będzie tutaj wchodził, więc wszelkie środki ostrożności są zbędne, chodź, chodź do mnie, powiedział, ale bardziej niż on to powiedział ja to usłyszałam, odsunął się w bok i pokazał mi, że tutaj mam otworzyć, wspięłam się na drabinkę, pchnęłam z całej siły tę klapę i oślepiło mnie czerwone światło zachodzącego słońca, nie wiedziałam, że ten szpital jest taki wysoki, mogłam zobaczyć wszystko, co było w okolicy, każdy szczegół, on stał za mną, powiedział, żebym podeszła do krawędzi, i zrobiłam to, poczułam jego ręce na sobie, jego dotyk był taki ciepły, a drugiej strony przeszłym mnie dreszcz, zrób to!, szepnął, uwolnij mnie i zrób to, to już tyle lat tyle dekad byłem w tamtym miejscu, teraz twoja kolej, tak, moja kolej, moje stopy oderwały się od krawędzi i on zaczął się oddalać, jedno piętro, drugie piętro, reszta pięter, już go nie było widać i już nic, zupełnie nic)

Gdzie ja jestem?
Wszystko było rozmyte. Jakieś niewyraźne kształty widniały mi przed oczami. To była pielęgniarka. I ktoś podobny do Ewy.
– Maks, słyszysz mnie? – Usłyszałem. – To ja, Ewa.

Coraz więcej ostrości.
– Maks, musimy porozmawiać.
A jednak nadal ciemność.

Nie wiem ile to trwało, ale chyba krótko. Gdy otworzyłem oczy, byłem w pokoju szpitalnym. Wyjrzałem za okno. Byłem na parterze i mogłem zobaczyć tłum gapiów, karetkę z włączonymi światłami. Ktoś robił zdjęcia, błysnął flesz. Mogłem ruszać nogami, wszystko mnie bolało, ale jednak zszedłem z łóżka i podszedłem wolno do okna.
– Maks? – To znowu była Ewa. – Maks…wiesz, Magda…
Ale ja uciszyłem ją gestem ręki.
Po drugiej stronie ulicy stała moja żona. Ubrana była zwyczajnie, tylko twarz miała bladą i miałem wrażenie, że mnie widzi, tak, złapaliśmy kontakt wzrokowy i ona chyba czegoś ode mnie chce, tak, uśmiechnęła się, i wiem, że już nigdy nic nie będzie takie jak kiedyś, mam świadomość, że nie zostanę sam, ona będzie tam gdzie ja i zrobię wszystko, aby była szczęśliwa.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -