Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Walizka

Michał Galczak
Łukasz Krajnik

1.
Tego dnia spacer po lesie wcale nie należał do najprzyjemniejszych. Zimne powiewy wiatru zacinały prosto w twarz i zaglądały za kołnierz płaszcza przeciwdeszczowego. Całe szczęście, że chociaż ten spełniał swoją rolę. Noah postanowił sobie rano, że nazbiera cały kosz grzybów na kolację. Łaził już chyba ze cztery godziny po tym wilgotnym lesie, a w koszu miał zaledwie połowę swojego postanowienia. „I tak wystarczy na małą wieczorną ucztę” – pocieszał się mężczyzna. Między oczami już czuł zbliżający się katar. Niestety należał do tych ludzi, których zwyczajny katar potrafi skutecznie rozłożyć na łopatki i wyłączyć z życia na parę ładnych dni. Oczywiście domowe receptury, prawie w całości opierające się na spirytusie, zawsze pozwalały mu przyjemnie przetrwać taki czas. „I tym razem nie będzie inaczej, z całą pewnością” – utwierdził się w myślach Noah.
Zaczął wyobrażać sobie kolejne specyfiki, które w razie ewentualnego przeziębienia będzie mógł preparować przy trzaskającym kominku, przyjemnej muzyce płynącej z jego studwudziestowatowych głośników oraz przy głośnym pochrapywaniu swojego wilczura Sama. Kochał tego psa z całego serca, chyba bardziej niż jakąkolwiek dotąd kobietę. Najprawdopodobniej z tego też powodu nigdy nie związał się z żadną z nich. Uwielbiał Sama pomimo tego, że ten potrafił chrapać tak głośno, że zbudziłby każdego przysłowiowego umarłego w okolicy. Ten psiak potrafił naprawdę wiele. Szczególnie podczas snu, co zawsze wprawiało Noah w zdumienie. Bywało, że podskakiwał w środku nocy, nagle wyrwany ze snu przez ujadanie Sama na jego psie koszmary.
Noah rozejrzał się dookoła. „Gdzie ten kundel się podział?” - pomyślał. Za każdym razem, gdy zabierał Sama do lasu – ten od razu po minięciu pierwszych drzew biegł w swoją stronę, jednak zawsze trzymał się w miarę blisko swojego pana. Bywało, że znikał na kilka minut w jakichś gąszczach, by po chwili wybiec z zupełnie innego miejsca z radosnym uśmiechem na pysku. Noah zdał sobie jednak sprawę z tego, że nie widział przy sobie Sama już od ponad pół godziny, a tak długie samodzielne spacery nie leżały w naturze tego psiska.
- Saaam! – zawołał mężczyzna unosząc głowę do góry tak, by jego głos mógł swobodnie nieść się na jak największą odległość. Odczekał chwilę, po czym zagwizdał przeciągle cedząc powietrze przez zęby. Z oddali usłyszał szczekanie swojego psa. Zaniepokojony ruszył w stronę, z której dobiegało. Nigdy jeszcze Sam nie zachowywał się w ten sposób. Czasem zdarzało się, że potrafił oszczekać jakichś podejrzanych spacerowiczów, przeważnie jednak nie zwracał w ogóle na nich uwagi. Pierwszy raz zdarzyło się, że na jego zawołanie Sam odpowiadał szczekaniem. Zawsze przybiegał do Noah od razu, z jednym tylko wyjątkiem, kiedy cztery lata temu w zimie zaplątał się we wnyki któregoś z kłusowników, których kilku polowało w tych rejonach. Całe szczęście, że Sam jest mądrym psem i nie wyrywał na siłę łapy z uścisku stalowej linki, tylko spokojnie położył się i czekał na swojego pana, a kiedy ten się do niego zbliżał – pies skowytem dał mu znak, gdzie dokładnie ma iść. Noah przejął się myślą, że tym razem psu mogło stać się coś gorszego niż spotkanie z wnykami, skoro zaczął szczekać. Przyśpieszył kroku i przeszedł w lekki trucht. Jednocześnie zaczął na przemian gwizdać i nawoływać. Za każdym razem Sam odpowiadał mu szczekaniem. Już po kilku minutach Noah zorientował się, że pies szczeka raczej radosnym tonem.
Przebiegł jeszcze kilka kroków i dojrzał swojego psa między pniami trzech potężnych sosen, przy jakiejś bryle. W miarę zbliżania się do niego Noah rozpoznał w tej bryle ogromnych rozmiarów skałę. Sam biegał wokół przedmiotu leżącego za kamieniem i machał ogonem z takim zapałem, jakby chciał nim wykosić wszystko, co się za nim znajdowało.
- Sam, łobuzie, chodź tu do mnie – powiedział Noah. Pies zaszczekał w jego stronę, podskoczył i obrócił się na tylnych łapach. Zrobił dwa susy w kierunku mężczyzny, po czym wrócił do swojego znaleziska.
- Co tam znalazłeś, mordo kudłata?
Sam podbiegł do niego, wyskoczył do góry, oparł się łapami na piersiach mężczyzny i zaczął go lizać po twarzy. Noah potargał sierść na karku psa.
- Dobry pies… Co ty tam masz?
Mężczyzna podszedł do miejsca, na które szczekał Sam. Za kamieniem leżała walizka. Zwyczajna, jednokomorowa. Taka, jaką bierze się w niezbyt długą, najwyżej trzydniową podróż. Noah rozejrzał się na wszystkie strony szukając właściciela zguby. Poza nim i Samem nikogo tam nie było. Spojrzał jeszcze raz na walizkę.
- Skąd się tutaj wzięła? – powiedział sam do siebie. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła. „Może ktoś jej będzie szukał…” – pomyślał.
- Co radzisz, mądralo: zabieramy ją, czy zostawimy na miejscu? – spytał psa.
Sam wywiesił język i szybkim krokiem obiegł walizkę, a następnie zatrzymał się i głośno szczeknął w jej kierunku, dokładnie jakby chciał przez to powiedzieć: „zabieramy do domu, to moje znalezisko”.
Noah uśmiechnął się do psa.
- Wiesz co myślę, Sam? – spytał głośno – Myślę, że powinniśmy wziąć tą walizkę ze sobą do domu. Nie będziemy jej nawet otwierać, tylko jutro z samego rana zaniesiemy ją na komisariat…
Sam siedział grzecznie obok niego. W odpowiedzi na propozycję mężczyzny szczeknął krótko dwa razy, co odebrane zostało przez Noah jako wyraz zgody.
-… na pewno ktoś jej szuka… - dokończył już trochę ciszej.
Rzeczywiście walizka nie wyglądała na celowo porzuconą, była zadbana i niezniszczona. Jedynie przy zatrzasku dostrzec można było lekkie zarysowania na metalowej, posrebrzanej klamrze.
Noah podniósł bagaż. Była nawet ciężka, o wiele cięższa niż się tego spodziewał. W drugą rękę wziął koszyk z grzybami i ruszył w kierunku domu. Sam z radosnym machaniem ogona pobiegł ochoczo przed swoim panem.


2.
Zbliżał się już wieczór, kiedy dotarli do domu. Słońce, które pojawiło się po deszczu, mniej więcej w połowie ich drogi powrotnej, teraz dopiero co schowało się za linią horyzontu.
Sam, jak zawsze rzucił się biegiem w kierunku domu, kiedy tylko dostrzegał go swoim słabym psim wzrokiem. Dobiegał do drzwi, siadał pod nimi i tak czekał na Noah.
Mężczyzna przechodząc przez bramę rzucił okiem na szopę, w której stał jego samochód. Zawsze po powrocie ze spaceru sprawdzał, czy ten stary rupieć jeszcze zajmuje miejsce w jego stodole. Oczywiście za każdym razem auto stało dokładnie w tym samym miejscu. Jeremiasz – przyjaciel Noah, zawsze podśmiewał się z niego: „Założę się, że chciałbyś żeby ktoś w końcu sprzątnął ci tę kupę złomu ze stodoły, co?”. Prawdę mówiąc Jeremiasz miał w tej kwestii całkowitą rację. Już od dłuższego czasu Noah zastanawiał się nad kupnem nowego wozu – takiego z napędem na cztery koła, dzięki któremu nie będzie musiał wzywać nikogo na pomoc, kiedy zakopie się w błocie, czy ugrzęźnie w śnieżnej zaspie. Stary samochód budził w nim jednak dużą dawkę sentymentu, przez który mężczyzna odwlekał cały czas moment wymiany auta.
Noah pokonał schodki prowadzące na werandę i postawił oba bagaże pod oknem kuchni. Otworzył drzwi i wpuścił psa do środka, po czym sam wszedł do domu. Rozebrał się i ruszył do salonu. Kiedy mijał kuchnię – Sam był już w połowie posiłku, który mężczyzna przygotował mu tuż przed wyjściem do lasu. Noah podszedł do kominka i zaczął układać w nim polana. Lubił przygotowywać palenisko. Dokładnie układał szczapy dobrze przesuszonego drewna, zaczynając od najdrobniejszych, a kończąc na tych najgrubszych. Kiedy już wszystko było gotowe odpalał ogień jedną zapałką. Zawsze potrzebował tylko jednej zapałki. Tak było i tym razem. Patrzył, jak ogień powoli zajmuje wszystkie kawałki drewna. Chwilę pogrzał dłonie przy świeżym ogniu, po czym wstał, otrzepał spodnie i udał się do kuchni. W drodze minął się z Samem, który postanowił zmienić swojego pana i poczuwać trochę przy ogniu, co oczywiście sprowadzało się do beztroskiego psiego snu na miękkim dywanie leżącym tuż pod kominkiem. Noah zaczął przygotowywać sobie kolację, patrząc przy okazji jak jego pies przeciąga się na wszelkie możliwe sposoby, następnie dokonuje obowiązkowej toalety, po czym układa się do drzemki w cieple kominkowego ognia.
Po około trzydziestu minutach po domu rozszedł się przyjemny aromat duszonych grzybów. Mężczyzna sięgnął na najwyższą półkę jego potężnej szafy kuchennej i zdjął z niej butelkę do połowy wypitego już spirytusu. Ten „boski balsam” jak zwykł był mawiać jego dziadek liczył sobie prawie pięćdziesiąt lat i był chyba najlepszym alkoholem, jaki Noah miał okazję kiedykolwiek pić. Z całego kufra szesnastu litrowych butelek tego płynu, pozostawionych w piwnicy przez dziadka przetrwała połowa. Noah traktował dobrodziejstwo wyśmienitego spirytusu jak los na loterii i za nic nie chciał go roztrwonić. Zalał odrobiną alkoholu dwie solidne łyżki miodu, który dostał na początku roku od wdowy po starym panu Bruckerze za pomoc w naprawie zniszczonego dachu. Z całą ucztą przeniósł się na swój fotel przy kominku. Sam na moment podniósł zaspany łeb, żeby sprawdzić, czy zapach jedzenia nie zwiastuje przypadkiem czegoś dobrego także dla jego psiego gardła, lecz wyczuwając jedynie niejadalne dla niego grzyby powrócił do przerwanej drzemki.
Noah powoli delektował się posiłkiem uprzyjemniając go co jakiś czas łykiem gorącej herbaty. Szklaneczka miodu ze spirytusem grzała się spokojnie przy kominku. Po skończonej kolacji mężczyzna westchnął najedzony i wygodnie rozsiadł się w fotelu. Przypomniał sobie o walizce przyniesionej z lasu. Co w niej mogło być? Podejrzewał, że po prostu kupa osobistych rzeczy jej właściciela. „Co mnie to obchodzi…” – myślał. Jednak mimo woli coraz bardziej zastanawiał się nad jej zawartością. Wyobrażał sobie równo poskładane ubrania, kilka przedmiotów – grzebień, szczoteczka do zębów, może jakiś notes, czy kalendarzyk…
„A co jeśli w środku jest coś, czego normalnie nie powinno być w walizce podróżnej?” – pomyślał nagle Noah - „Na przykład pocięty na kawałeczki trup, czy narkotyki? Nóż, a przy nim odcięty palec, albo ucho. Ładne rzeczy…”
- Jasna cholera… - zaklął pod nosem. Sam uniósł pysk do góry i spojrzał na mężczyznę. Noah nachylił się do niego i poklepał go po łbie.
- Handlarze narkotyków w środku lasu? Masz wyobraźnie, stary baranie… - powiedział sam do siebie uśmiechając się z pobłażaniem. „Ale ten trup…” – pociągnął dalej w myślach. Przypomniał sobie, że walizka była ciężka, ale czy na tyle ciężka? „Może powinienem otworzyć to draństwo i sprawdzić co tam w nim jest… Psia mać! Potrzebne mi to było…”
Po pół godzinie zastanawiania się Noah miał pewność, że tuż po otwarciu walizki jego oczom ukaże się zwartość w postaci równiutko posiekanych zwłok, skrzętnie popakowanych w jednakowe plastikowe torebki. Widział już nagłówki gazet, które mówiły o odnalezieniu trupa schowanego w walizce. Jednym z głównych, ale wcale nie najszczęśliwszych bohaterów całego zajścia okazał się on – Noah Benton – skromny „pustelnik” z małej mieściny Mailbanks. W pierwszych akapitach znajdzie się dokładny opis całej sytuacji, krótki wywiad z nim, opis stanu zawartości walizki i przypuszczenia policji. Dalej gazety będą pisały, że ów „szczęśliwy” znalazca całe zajście opłacił wielogodzinnymi przesłuchaniami policji federalnej oraz lekkim wstrząsem psychicznym. Nie wspominając o tym, jakiego strachu najadł się przez cały ten czas i traumie, która zostanie w jego umyśle już do końca życia. Oczywiście w miasteczku już zawsze będzie znany jako Noah – trupiarz i już nigdy nie pozbędzie się głupich docinek w barze.
Kiedy tylko zorientował się, że w dłoni ściska od dawna pustą szklaneczkę – pędem puścił się do kuchni po repetę. Napełniając naczynie podwoił ilość spirytusu. Wrócił przed kominek, odstawił szklankę na bok i zaczął dokładać do ognia.
- Ale się ugotowałem… - mamrotał – Jak ostatni idiota. Do końca życia będzie to za mną chodziło. Jeszcze zamkną mnie za tą walizkę do pierdla, przy odrobinie pecha…
Tym razem Sam tylko otworzył jedno oko, żeby sprawdzić z kim rozmawia Noah.
- Jeremiasz będzie miał ze mnie ubaw…
Mężczyzna wstał i poszedł do przedpokoju po walizkę. „Otworzę ją i zobaczę. Jeśli w środku jest trup, czy jakieś inne świństwo to jeszcze dzisiaj odniosę ją na miejsce” – zdecydował. Wrócił z bagażem do salonu i położył go na szerokiej, sosnowej ławie, która pamiętała jeszcze młodzieńcze lata jego ojca. Usiadł na kanapie naprzeciwko walizki. Pies wyraźnie zainteresowany nową sytuacją podbiegł ochoczo do stołu i zaczął na nowo obwąchiwać walizkę.
Noah złapał klamrę dwoma palcami i zastygł w bezruchu.
- Raz kozie śmierć. – stwierdził robiąc głęboki wydech, po czym pociągnął do góry sprzączkę i zamknął oczy. Sam z maksymalnie wytężoną uwagą wpatrywał się w działania swojego pana i lekko merdał ogonem.
Noah otworzył oczy i spojrzał na zamek, który nie zechciał ustąpić próbie otwarcia.
- Hmmm, zamknięta… - stwierdził.


3.
Mężczyzna usiadł ciężko w fotelu. Wcale nie ucieszyło go to, że walizka się nie otworzyła. Teraz już koniecznie pragnął wiedzieć, co w sobie kryje znaleziony przedmiot.
„A jeśli za tą walizkę jest wyznaczona jakaś nagroda?” – przeszło mu przez myśl – „W końcu niedaleko miejsca, w którym ja znalazłem biegnie szosa, nawet często uczęszczana…” W rzeczywistości nie była to wcale szosa, tylko ubita droga żwirowa prowadząca z Mailbanks do sąsiedniego, sąsiedniego połowę mniejszego Ivory, a natężenie ruchu sprowadzało się do wozu pocztowego przejeżdżającego tędy dwa razy w tygodniu, kilku przypadkowych turystów w sezonie letnim oraz pługu śnieżnego, który parę razy pojawiał się tu w zimie, w zależności od potrzeby i trzeźwości Renta, który go obsługiwał. Noah uznał jednak, że taka częstotliwość wystarczy. „Mógłbym się jakoś dyskretnie dowiedzieć od Roberta, czy nikt nie dał takiego ogłoszenia…” – myślał.
Robert Milton był od kilkunastu lat głównym szeryfem okręgu Mailbanks. W ich mieście zaczął pracować tuż po ukończeniu szkoły policyjnej. Był człowiekiem zasadniczym i nigdy nie wdawał się w niepotrzebne rozmowy. Do tego był bardzo spostrzegawczy i niezwykle sprytny. Każdy w Mailbanks wiedział, że Milton wyczuje na kilometr wszelkie próby krętactwa.
„Nie… Robert odpada. Od razu zacznie coś podejrzewać…” – odrzucił pomysł Noah.
Ciekaw był ile może wynosić taka nagroda. Ile jest w stanie zapłacić człowiek za swoje rzeczy (lub poszatkowanego trupa…). Może mógłby odnowić front domu, a kto wie – może starczyłoby i na niewielki wkład w zakup nowego auta? Pozbyłby się w końcu tego starego grzmota ze stodoły…
„ A jeśli w środku są pieniądze?” – przyszło mu nagle do głowy. Walizka pełna forsy. „To może być możliwe…” – podchwycił własny pomysł. Marzenie każdego człowieka. W oczach Noah pojawił się błysk. „Musiałaby to być prawdziwa fortuna…” – pomyślał urzeczony nową wizją. Do końca życia żyłby sobie jak król. Spojrzał na Sama.
- Tobie też by się dostało, mordko kochana! Parówki wielkości słonia! – krzyknął do psa i złapał go za skórę na karku. Rozochocony Sam podjął zabawę i próbował złapać w zęby ręce Noah. Ten zsunął się z kanapy i zaczął się tarzać po podłodze razem z psem. Po chwili oprzytomniał i postanowił z powrotem zająć się walizką, tym bardziej, że Sam zdążył dokładnie wylizać mu całą twarz i czuł teraz jak zasychająca psia ślina zaczyna tworzyć na niej lekki pancerzyk. Wytarł twarz rękawem koszuli i usiadł na kanapie. Pies w najlepsze samotnie kontynuował rozpoczętą zabawę, turlając się z boku na bok po całym dywanie.
Noah postanowił otworzyć walizkę za wszelką cenę. Jako dzieciak często bawił się w otwieranie kłódek w szopach i garażach w mieście. Najczęstszym wytrychem były oczywiście prostowane kombinerkami spinacze podkradane z szuflady biurka ojca. Noah w wielkim skupieniu potrafił profilować taki spinacz do momentu, w którym uznawał, że powstały z niego wytrych jest idealny. Oczywiście zawsze podczas zabiegu otwierania zamka, czy kłódki konieczne były drobne poprawki. W tym celu nosił ze sobą małe szczypczyki, które kupił sobie za pieniądze zaoszczędzone z kieszonkowego. Co najdziwniejsze – udawało mu się swoim sposobem otworzyć zdecydowaną większość kłódek i sporą część zamków. Zastanawiał się nad tym, że miał do tego dryg. Kto wie, może mógł zostać „zawodowym otwieraczem”? Ciekawe, czy spodobałoby się to jego purytańskiemu ojcu…
Podszedł do szafy, w której trzymał swoje narzędzia i wyjął z niej niewielką, drewnianą skrzynkę. Podszedł z nią do stołu i postawił obok walizki. Otworzył ją i chwilę grzebał w jej zawartości, po czym z radością wyjął kawałek drutu. Powoli zaczął wyginać go z pomocą narzędzi ze skrzynki. Co chwilę spoglądał na zamek walizki i poprawiał swój wytrych. Kiedy uznał, że jest gotowy – schował wszystkie narzędzia i zamknął skrzynkę. Przez parę chwil mierzył drut w dłoniach.
Przybliżył się do walizki i włożył wytrych do zamka. Przekręcił nim delikatnie i… zamek ustąpił! W powietrzu, przy akompaniamencie trzasku płonących w kominku szczapek i pomrukiwania wciąż tarzającego się po podłodze Sama rozszedł się zgrzyt otwieranego zamka. Pies zbystrzał nagle, błyskawicznie wstał i podbiegł do Noah. Zbliżył pysk do walizki i obwąchał zamek.
- Czujesz tam coś, Sam? – spytał spokojnym tonem. Sam oblizał się i nerwowo ziewnął.
- Oho, chyba jest tam coś interesującego, co?
Pies cicho pisnął i usiadł obok stołu. Czekał na rozwój wydarzeń.
Noah odpiął klamrę zamka. Położył dłoń na walizce, zamknął oczy i czekał. Stracił całą swoją pewność, którą miał wcześniej. W jednej chwili odechciało mu się zaglądać do walizki. Nie chciał, żeby najbliższe dni upłynęły pod znakiem zamieszania spowodowanego jej zawartością. Mimowolnie jednak powoli podnosił wieko bagażu. Oczyma wyobraźni widział na przemian walizkę wypełnioną po brzegi pieniędzmi, walizkę pełna starych ciuchów i walizkę, w której jakiś chory psychopata schował czyjeś zwłoki.
Wieko walizki wędrowało do góry milimetr za milimetrem, a Noah wciąż miał zamknięte oczy.
- Bez sensu. – stwierdził Noah i zdecydowanym ruchem zamknął walizkę. Zatrzasnął zamek i odłożył ją na szafkę w przedpokoju. Zabrał skrzynkę z narzędziami i zaniósł na swoje miejsce. Zdziwiony Sam wpatrywał się w niego wielkimi oczami.
- Idziemy spać, Sam. – zawołał do psa – To nie na moje nerwy…
Przed pójściem do łóżka Noah zrobił sobie kolejnego drinka. Tym razem z potrójną ilością spirytusu.

4.
Noc minęła niespokojnie. Wypoczynek stanowiła jedynie seria krótkich, przerywanych co kilkadziesiąt minut drzemek. W momentach przebudzenia mężczyźnie zdawało się, że słyszy na dole jakieś dziwne mruczenie, czy jęki, czasem przypominające rozmowę. Wstawał z łóżka i podchodził do drzwi nasłuchując uważnie. Za każdym razem orientował się, że dokładnie takie same odgłosy wydaje z siebie podczas snu jego pies. Kręcąc z politowaniem głową wracał do łóżka. „Za każdym razem daję się na to nabrać…” – karcił się w myślach. Zdarzyło się nawet którejś zimy, że Noah przez blisko dziesięć minut prowadził rozmowę z Samem. Tamtego dnia rankiem wpadł do niego Jeremiasz i namówił go na łowienie ryb w przeręblach pobliskiego jeziora. Oczywiście, jak zawsze towarzystwo Jeremiasza znaczyło, że eskapada taka połączona była z konsumpcją palącego wnętrzności bimbru, który wspólnie ze swoim bratem Jeremiasz pędził już od wielu, wielu lat. Jak to kiedyś stwierdził któryś z bardziej szczerych gości w barze Homera: „Pędzenie bimbru to jedyna chlubna tradycja w tej rodzinie”.
Po całodziennym sterczeniu na lodzie, bez jednego nawet brania, przemarznięci, za to doskonale upici - obydwaj panowie bardzo wczesnym wieczorem powrócili pod dom Noah. W jednej chwili podjęli decyzję odnośnie sposobu spędzenia reszty dnia i wszystko byłoby w porządku, gdyby się przy tym choć odrobinę zrozumieli. Noah zadecydował, że rozsiądą się przed jego kominkiem i rozgrzeją resztą bimbru, a w razie potrzeby coś się jeszcze na pewno znajdzie, natomiast Jeremiasz zdecydował, że najwyższa pora iść już do domu. Obydwaj przytaknęli i zabrali się za realizację swoich planów: jeden skierował się do kuchni, a drugi udał się w mozolną drogę do swojego domu. Noah zaczął przygotowywać jedzenie święcie przekonany, że jego oddany przyjaciel siedzi już przed kominkiem. Zapytał o coś i usłyszał bełkotliwą odpowiedź. „Ale Jeremiasz się spił, niech mnie diabli…” – pomyślał wtedy – „Jutro pożałuje tej wyprawy!”. Nie przejmując się jednak specjalnie słabą kondycją swojego towarzysza dalej prowadził z nim dysputę. Dopiero, kiedy wszedł do salonu z talerzem pełnym kanapek zobaczył Sama rozciągniętego w błogiej pozie na dywanie pod kominkiem, mruczącego przez sen i zorientował się, że to jednak nie z Jeremiaszem prowadził tą interesującą pogawędkę.
Noah westchnął i wrócił do łóżka. „Nie mam zamiaru znowu gadać po nocy z psem…” – pokręcił głową. „Swoją drogą strasznie dziwne psisko z tego mojego Sama…”.
Pies spał spokojnie, lecz na piętrze, pod łóżkiem Noah, nie wydając z siebie żadnych dźwięków.

5. Przez cały następny dzień Noah snuł się po domu nie mogąc się nad niczym skupić. Jego myśli krążyły wciąż wokół zawartości walizki. Przyłapywał się na tym, że siadał i wpatrywał się gdzieś przed siebie tracąc kontakt z rzeczywistością. Od niechcenia zjadł spóźnione śniadanie, a później obiad. Zupełnie bezmyślnie posprzątał dokładnie cały dom, nieświadomie omijając przedpokój, w którym leżała walizka. Natomiast z chęcią wyszedł na spacer z Samem – na świeżym powietrzu myśli lepiej krążyły w jego głowie. Obydwaj włóczyli się skrajem lasu, nie zapuszczając się nigdzie głębiej przez blisko trzy godziny. Cały czas Noah zastanawiał się co ma zrobić. Otworzyć walizkę, czy zanieść ją po prostu na posterunek policji. Kiedy już skłaniał się ku jej otwarciu, wtedy pojawiał się strach odkrycia czegoś niedobrego. I odwrotnie – gdy postanawiał odnieść znalezisko na komisariat – wyobraźnia roztaczała przed nim obraz Miltona otwierającego walizkę przy asyście jakiegoś świeżo upieczonego aspiranta, ich twarze ciekawie zaglądające do wnętrza zagadki i w końcu widok walizki po brzegi wypchanej równo poukładanymi banknotami. Prawo nie pozwalało znalazcy na zatrzymanie jakichkolwiek dóbr znalezionych na terenach miejskich, prywatnych, czy spółek leśnych, jak miało to miejsce w jego przypadku. Ujawniając znalezisko pozbawiłby się prawa do jakichkolwiek z niego korzyści. Od razu sam osobiście przyznałby sobie z miejsca tytuł „frajera stulecia - niedojdy z Mailbanks”. Z całą pewnością nie byłoby absolutnie żadnego problemu z uprawomocnieniem takiego tytułu, mógłby w tym liczyć na pełne poparcie całego miasteczka, a Jeremiasz na pewno zrobiłby to pierwszy. Nawet Sam by go wówczas w tym poparł.
Około szóstej po południu Noah zadzwonił do swojej siostry. Chciał zaprosić ją i jej synka do siebie na weekend. Sarah mieszkała dwieście kilometrów na wschód od Mailbanks, w o wiele większym Forley. Wpadali do Noah mniej więcej raz na dwa miesiące. Lubił spędzać z nimi czas, a za małym Mikiem wprost przepadał. Za każdym razem wymyślali tysiące sposobów, aby wyprowadzić jego matkę z równowagi swoimi zabawami. Zawsze skutecznym sposobem było bieganie po całym domu i udawanie polowania. Michael zmagał się wówczas z drewnianym sztucerem, natomiast Noah biegał między meblami z porożem z gałęzi, chowając się raz za fotelem, raz za kanapą. Wrzeszczeli przy tym obaj niemiłosiernie tak, że Sarah uciekała w końcu na werandę i stamtąd z dobrze udawaną złością wykrzykiwała pod ich adresem różne dziwne rzeczy. Chłopiec zataczał się wtedy ze śmiechu. Sarah przyznała się kiedyś, że mały uśmiecha się prawie wyłącznie w jego towarzystwie. Najwidoczniej Noah miał w sobie tą iskierkę, która pozwala dzieciom czuć się dobrze w jego towarzystwie.
Sarah odebrała telefon z drżącym głosem.
- Halo? – usłyszał w słuchawce.
- Co się stało? – spytał.
- Nie wiem, z Mikiem jest coś nie tak… – odparła zdenerwowana.
- Jak to, coś mu się stało?
- Wczoraj, w środku dnia zemdlał nagle na środku pokoju. Przez godzinę był nieprzytomny, bredził jakieś niestworzone historie, krzyczał i płakał na przemian… - zaczęła Sarah.
- Chryste…
- Po godzinie odzyskał przytomność, ale od tej pory aż do teraz ma cały czas wysoką gorączkę i w dalszym ciągu bredzi… Noah, nie wiem co mam robić! Tak bardzo go kocham! Nie chcę, żeby coś mu się stało!
- Spokojnie, Sarah… – próbował opanować nerwy siostry – Wezwałaś lekarza?
- Tak, natychmiast złapałam za słuchawkę. – odpowiedziała – Przyjechał prawie od razu…
- I co?
- Stwierdził, że to może być jakiś wirus… Mike dostał zastrzyki, po których spokojnie zasnął. Jednak lekarz nie był pewien, co to jest. Powiedział, że trzeba zrobić jak najszybciej serię szczegółowych badań, mówił o strasznych chorobach, Noah!
- Uspokój się …
- Staram się… Och, żebyś go widział… Jak on majaczył i krzyczał… - powiedział Sarah i Noah od razu wiedział, że w tym samym momencie jego siostra zakrywa dłonią płaczące oczy.
- Co krzyczał?
- Słowa bez sensu… Krzyczał o lesie, coś o Twoim Samie… Piszczał i płakał tak, jakby stało się coś strasznego. Po zastrzykach uspokoił się, ale w środku nocy kilka razy słyszałam, że mówi coś przez sen, jak gdyby z kimś rozmawiał… A dzisiaj od rana jest już spokojniejszy. Leży z wysoką gorączką i mamrocze…
- O matko…
- Najgorsza była ta godzina, przez którą był nieprzytomny, myślałam, że…
- Przestań, Sarah…
- Posłuchaj, jak tylko upadł na podłogę i zaczął krzyczeć myślałam, że się wygłupia, ale gdy go zobaczyłam… Był cały siny… Miał przekrwione oczy… Wydzierał się, jakby… ktoś… nie wiem sama… jakby darto z niego skórę! Strasznie! Nawet jak zabrakło mu głosu to wciąż próbował krzyczeć… Noah, on się właśnie obudził. Muszę kończyć. Zadzwonię później.
Mężczyzna usłyszał w słuchawce trzask. Usiadł na schodach z wrażenia. W jego głowie naraz uruchomiła się maszyna, która w błyskawicznym tempie wyrzucała z siebie myśli i bombardowała nimi jego mózg. Kolejna myśl z prędkością światła przemknęła przez jego umysł.
- Saaam! – krzyknął nagle – Chodź tu do mnie!
Nasłuchiwał przez chwilę, lecz nie mógł nic dosłyszeć.
- Sam! – ponowił po kilku sekundach. Usłyszał, jak pies powoli podnosi się z podłogi i lekkim krokiem truchta do niego, uderzając pazurami o twarde, dębowe deski. Pies bardzo szybko znalazł się przed nim i z uwagą czekał na dalsze rozkazy. Noah wyciągnął do niego ręce.
- Chodź do mnie piesku… - powiedział, a gdy Sam do niego podszedł przytulił go mocno i natychmiast zaczął go oglądać, sprawdzać czy jest cały. Ucieszony pies merdał ogonem i z radości wylizał całą twarz swojego pana. Nie wiedział co prawda czemu zawdzięcza ten nagły przypływ miłości Noah, lecz nie interesowało go to, był zadowolony obecnym stanem rzeczy. Mężczyzna przyjrzał się dokładnie swojemu psu. Wyglądał tak, jak zawsze. Noah poszedł do przedpokoju i przyniósł stamtąd walizkę. Położył ją na stoliku, zupełnie jak wczorajszego dnia. Usiadł przed nią i przyciągnął do siebie Sama. Pies z zaciekawieniem zaczął obwąchiwać przedmiot. W pewnym momencie, gdy zbliżył nos do pasków z tyłu walizki, pełniących rolę zawiasów, Sam zaczął piszczeć, odskoczył od stolika i nerwowo zaczął drapać pysk. Noah poczuł nagle od strony walizki jakiegoś rodzaju podmuch. Nie był to ruch powietrza, ale uczucie, jak gdyby przedmiot miał zaraz do niego przemówić. Przez głowę mężczyzny przemknął chichot, zupełnie obcy rechot. Wystraszony Noah oparł wstał i rozejrzał się po pokoju. Oprócz niego i Sama nikogo w nim nie było. Szyderczy śmiech powtórzył się i w jednej sekundzie Noah już wiedział skąd dobiega. Nagły strach opanował całe jego ciało. Rechot w jego głowie przybierał na sile i szydził z niego. Wiedział, że drwi z jego strachu. Śmieje się z niego, jego siostry, małego Mike`a, a nawet z psa. Mężczyzna zaczął cofać się powoli w kierunku schodów. Po kilku krokach znalazł się przy szafce. Chwycił leżący na niej koc i w wielkim pośpiechu podbiegł do stolika i przykrył walizkę. Śmiech w jego głowie zamilkł. Noah przybliżył ucho do przedmiotu pod kocem. Nie słyszał teraz zupełnie nic. Kiedy jego głowa znajdowała się niespełna dwa centymetry od koca śmiech rozległ się ponownie. Tym razem jednak nie był sam. Wraz z nim pojawiły się szepty, błagalne, przeraźliwe jęki. Wszystko to stawało się coraz głośniejsze. W pewnym momencie w głowie Noah było już zbyt głośno i mężczyzna nieprzytomny osunął się na podłogę.

6.
Kiedy się ocknął było zupełnie cicho. Usiadł i rozejrzał się wokoło. Wczorajszy wieczór zmienił się w jasny dzień. „Ciekawe jak długo byłem nieprzytomny?” – pomyślał Noah. Spojrzał przed siebie. Na stoliku leżała walizka. Koc, który ją przykrywał gdzieś zniknął. Nie było go ani na stoliku, nie leżał nigdzie przy nim. Mężczyzna zagwizdał na psa. Od razu usłyszał drapanie w drzwi wejściowe. Zerwał się na równe nogi i podbiegł do nich. Kiedy je otworzył przestraszony Sam wbiegł do domu i zaczął kulić się u jego stóp. Noah nie zamierzał dłużej czekać. Ostatnie wydarzenie dało mu nadzwyczaj jasną odpowiedź na to, co miał zrobić ze znalezionym przedmiotem.
Musiał się jej pozbyć i to możliwie jak najszybciej.
Pobiegł do przedpokoju i zabrał stamtąd stary filcowy płaszcz swojego ojca. Pamiętał dobrze ten płaszcz z zimowych wypraw po lesie ze swoim ojcem. Po wielu godzinach marszu zaczynał szczękać zębami. Ojciec przyciągał go wtedy do siebie i okrywał połą płaszcza. W ciągu kilku minut Noah rozgrzewał się na tyle, by móc swobodnie iść dalej, bez akompaniamentu własnego uzębienia.
Mężczyzna wszedł do salonu szybkim krokiem. Podszedł do sosnowego stolika i szybko zawinął walizkę w płaszcz. Położył następnie pakunek na kanapie i zaczął ubierać się do wyjścia.
Po kilku minutach, z głową wtuloną głęboko w kołnierz kurtki, podążał do lasu. Zawiniątko kurczowo ściskał oburącz przed sobą. Wyrzuci tą cholerną walizkę. Wyrzuci i zapomni o niej raz na zawsze.
Każdy kolejny krok przybliżał go do ściany lasu. Był coraz bliżej. Lecz z każdym krokiem to coś, co od rana najpewniej zasnęło - zaczynało na nowo budzić się w walizce. Do uszu Noah zaczynały ponownie dochodzić głosy. Krzyki. Jęki. Z obrzydzeniem przycisnął pakunek mocniej do siebie i przyśpieszył.
Gdy znalazł się tuz przed pierwszymi drzewami – wnętrze walizki nagle ucichło. W jednej sekundzie wszystkie głosy zamarły. Mężczyzna spojrzał ze zdziwieniem na bagaż. Przystanął w miejscu i podwinął fragment płaszcza. „To tylko podstęp…” – pomyślał. Ruszył przed siebie. Trzy kroki, cztery… Minął pierwsze drzewo.
Walizka w tym momencie ożyła.
Błagalne szepty zaczęły przechodzić w zawodzenie. Te krzyki… Krzyki, przy których normalnie traci się głos. Tak rozpaczliwe wrzaski zdzierają gardło do krwi każdemu człowiekowi. Jak bardzo trzeba cierpieć, żeby wydobyć z siebie coś takiego…
Coś zaczęło skrobać i rzucać się wewnątrz walizki. Wydawało z siebie przy tym dźwięki przypominające rzężenie konającego wariata. Uderzenia w boki bagażu były coraz silniejsze. Noah w głębi duszy ucieszył się, że nie otworzył walizki. Nie chciał sobie nawet wyobrażać, co kryło jej wnętrze. Kolejne uderzenie nieomal wyrwało przedmiot z jego rąk. Przycisnął zawiniątko mocniej i zaczął biec.
Byleby dotrzeć do tego kamienia, przy którym znalazł ją Sam. Tam ją zostawi. To już niedaleko…
Biegł coraz szybciej, nie patrząc na gałęzie, które co chwile uderzały go w różne części ciała. Na twarzy miał już kilkanaście małych zadrapań, z niektórych zaczęła sączyć się krew.
Las zaczynał ciemnieć. Zupełnie jakby drzewa swoimi koronami starały się zasłonić światłu dostęp do wnętrza. Zarośla gęstniały coraz bardziej w miarę jak Noah zbliżał się do swego celu.
Noah usłyszał głos dochodzący z wnętrza walizki.
- JUŻ ZA PÓŹNO.
Na jeden głos składały się setki innych głosów, szepty, jęki i krzyki. Wszystkie zgodnie twierdziły to samo. Już za późno…
Spośród wszystkich głosów Noah rozpoznał jeden. Słyszał go nieraz i znał bardzo dobrze. Głos Mike`a. Pełen bólu i strachu. Jęczał jakby w gorączce, tak jak opowiadała Sarah. Noah ze zdziwieniem przystanął i spojrzał na pakunek, który przyciskał do piersi. „O co tu chodzi?” – pomyślał. Głos jego siostrzeńca zmienił się w krzyk pełen cierpienia.
- Mike! – Noah wyszeptał z przerażeniem. Z wnętrza bagażu odpowiedział mu ponowny wrzask chłopca. Mężczyzna ruszył przed siebie. Biegł na oślep, byleby prędzej dotrzeć na miejsce, nie zwracając uwagi na głosy z walizki. Nie wiedział czemu, ale czuł, że musi ją zostawić w tym samym miejscu, w którym ją znalazł. Pędził przed siebie najszybciej jak potrafił. Mamrotał pod nosem różne rzeczy – to, co kłębiło się jego głowie. Z całą pewnością sprawiał wrażenie kogoś obłąkanego, szaleńca uganiającego się po lesie z sobie tylko znanym zamiarem. Z jego ust sączyły się strużki nieprzełkniętej śliny, nieobecne, szeroko otwarte oczy nerwowo szukały drogi. Na jego ubraniu, a także w zmierzwionych, potarganych włosach tkwiły liście i fragmenty gałązek. Jego twarz była cała czerwona z wysiłku i mokra od potu. Ludzie na co dzień widząc kogoś takiego przechodzą na drugą stronę ulicy, a ci bardziej „odpowiedzialni” zawiadamiają odpowiednie służby. W każdym większym mieście trafiłby już do zakładu psychiatrycznego. Ale tutaj sytuacja była inna. Był sam w lesie. Tutaj nikt nie mógł mu pomóc w żaden sposób.
Był coraz bliżej skały. Już ją widział w oddali, lecz dopiero teraz zastanowił go fakt jej osamotnienia. Nigdzie dookoła nie było nawet żadnych głazów narzutowych. Cała okolica była płaska. Żadnych skał. Najbliższe wzniesienia były stąd oddalone o jakieś sto kilometrów. Dlaczego wtedy nie zastanowiła go ta skała?
Do celu zostało mu już niewiele. Zaledwie piętnaście, dwadzieścia metrów. W biegu złapał bagaż jedną ręką. Miał zamiar rzucić walizkę pod skały i uciec najszybciej, jak się da.
W pewnym momencie poczuł jak rączka bagażu rozgrzewa się. W ułamku sekundy była gorąca niczym kawałek metalu dopiero co wyjęty z ognia. Poczuł niesamowity ból przypiekanej dłoni. Nie mógł jednak wypuścić walizki z ręki. Musiał się jej jak najszybciej pozbyć. Wewnętrzną część dłoni zaczął palić przeraźliwy ból, a przypiekana skóra lekko syczała.
Znalazł się w odległości pozwalającej mu na rzut. Zamachnął się, a następnie z całej siły szarpnął przed siebie ramieniem, na końcu którego znajdowała się walizka. W ostatniej fazie rzutu zwolnił uścisk zamierzając wypuścić przedmiot. W tym samym momencie poczuł jednak, jak bagaż odciąga ze sobą skórę jego dłoni. Nie mógł się pozbyć przeklętego przedmiotu. Rączka walizki wpiła się w jego rękę i paliła ją teraz od wewnątrz. Noah osunął się na kolana. Zaczął krzyczeć z bólu. Zdrową ręką co chwilę uderzał w komorę walizki. Głosy z jej wnętrza śmiały się teraz z niego na tle wcześniejszych jęków i jego własnego krzyku. „Już za późno…” – przypomniał sobie.
Wiedział, że to wszystko w jakiś przewrotny sposób związane jest tym ,co działo się jego siostrzeńcem. Był pewien, że gdy tylko pozbędzie się walizki – Mike wróci do zdrowia. Musiał dotrzeć do tych cholernych skał. Nie obchodziło go jak uwolni walizkę ze swojej dłoni. Jeśli trzeba będzie – pozbędzie się obu: walizki i ręki.
Noah zaczął się czołgać w kierunku skały. Zdrową rękę wyrzucał przed siebie i wpijał palce w ziemię, następnie podciągał się na nich, a nogami z całych sił odpychał od korzeni i zagłębień. Starał się nie zwracać uwagi na przenikliwy ból prawej dłoni, lecz było to coraz trudniejsze. Walizka doskonale znała się na zadawaniu cierpienia. Kolce, które wystające z uchwytu bagażu poruszały się na wszystkie strony rozrywając każdy mięsień jego dłoni i sprawiając przy tym niewyobrażalny wprost ból. Coś przedostało się do wnętrza jego ręki i paraliżowało całe ramię. Noah poczuł, że za chwilę może stracić przytomność. Zaprzepaściłby tym samym wszelkie szanse pomocy swojemu siostrzeńcowi, a siebie skazałby na pewną śmierć.
- NIC JUŻ NIE ZROBISZ – głosy ponownie nasiliły się, na przemian szepcząc to znów przechodząc w jęki i wrzaski – NIKOMU Z NAS NIGDY NIE UDAŁO SIĘ NIC ZROBIĆ… TO JEST STARSZE NIŻ CI SIĘ WYDAJE. TO BÓL I CIERPIENIE SETEK LAT LUDZKIEJ WŚCIEKŁOŚCI I NIENAWIŚCI. NIE KRYJE SIĘ ZA TYM ŻADNA HISTORYJKA, KTÓRĄ MÓGŁBYŚ ZROZUMIEĆ. NIE MA WYTŁUMACZENIA. CZYSTE EMOCJE!
Do skały zostały zaledwie trzy metry, jednak Noah zupełnie opadł z sił. Przewrócił się na plecy i zaczął płakać. Nie był w stanie wykonać żadnego ruchu.
- Przepraszam! Michael, przepraszam! – wołał przez łzy.
Głosy przerodziły się w szyderczy śmiech, w tle którego Noah słyszał rozpaczliwe krzyki swojego siostrzeńca.
- Przepraszam, Mike… Nie dam rady…
Gdzieś za nim rozległo się szczekanie Sama. Musiał być blisko, bo Noah słyszał go bardzo wyraźnie. Uniósł się na lewym ramieniu i rozejrzał. Spomiędzy drzew wybiegł Sam, wprost na niego. Pies w pełnym biegu rzucił się na walizkę. Chwycił ją mocno zębami i pociągnął. Przez ramię mężczyzny przeszła fala gigantycznego bólu. Skóra, która przywarła do raczki bagażu teraz pod wpływem szarpnięcia odeszła od dłoni z niesłychaną łatwością. Przed oczami Noah pojawiły się czarne plamki. Haczykowate ostrza ciągnęły ze sobą mięśnie ręki mężczyzny. Sam szarpnął walizkę ponownie. Tym razem Noah nie czuł już nic. Zupełnie jakby walizka zabrała ze sobą całe jego ramię. Spojrzał przed siebie i zobaczył, że Samowi udało się wyrwać walizkę. Na końcu swojego prawego ramienia dojrzał strzępy, jakie zostały z jego dłoni. Nie czuł jednak już żadnego bólu. Pies ciągnął za sobą przedmiot w stronę skał, wydając z siebie przy tym wściekłe warczenie. W powietrzu wciąż unosił się drwiący śmiech.
Sam dotargał walizkę do skał. Oparł się o nią przednimi łapami i zębami zaczął szarpać materiał. Oderwane fragmenty rzucał na boki. Po chwili zaczął pomagać sobie pazurami.
- Sam, zostaw… - mężczyzna czołgał się do swojego psa. Nagle dojrzał, że walizka powoli otwiera się. Ze szczeliny otwarcia wypływała jakaś ciecz. Gdy Noah znalazł się bliżej zorientował się, że to krew. Jego pies miał już w niej umoczone całe łapy. Spomiędzy komór bagażu wypełzły macki i zaczęły wić się na boki, szukają na oślep napastnika.
- Sam…
Pies z coraz większą zawziętością szarpał materiał walizki.
- Sam! – Noah krzyknął z całej siły.
Sam podniósł łeb i spojrzał na swojego pana z gotowością. Walizka otworzyła się całkowicie. Z jej wnętrza wyłoniło się więcej macek. Jedna z nich złapała psa za przednią łapę. Sam zapiszczał. Wśród wciąż trwającego śmiechu rozległ się głos.
- ZAWSZE KOGOŚ ZE SOBĄ ZABIERAMY. DLA NAS TO BEZ ZNACZENIA, KOGO…
Noah zebrał w sobie resztki sił i rzucił się na walizkę przykrywając ją swoim ciałem. Spojrzał w kierunku psa, który uwalniał z krzywdzących objęć swoją łapę. Przy kolejnym kłapnięciu zębami Sam przegryzł obślizgłe ciało macki.
Mężczyzna z całej siły objął walizkę ramionami. Dziesiątki macek oplotły jego plecy i kark. Poczuł, jak w całe jego ciało wbijają się ostrza podobne do tych, które wcześniej raniły mu dłoń. Walizka wciągała go w siebie z całą siłą, miażdżąc przy tym jego kości i rozrywając mięśnie.
- Sam… uciekaj… - zdążył wyszeptać ostatnim tchem.
Naraz w jego głowie wszystko zgasło. Pojawiła się ciemność i głucha cisza. Był w środku. Pomimo tego, że nic nie widział, czuł jak przed nim przesuwają się postacie.
- Mike? – wyszeptał.
- ZAWSZE KOGOŚ ZE SOBĄ ZABIERAMY! – usłyszał wszędzie wokół siebie. Ciemność odeszła w ułamku sekundy, a jego oczom ukazały się cierpienia, jakich nigdy nie był sobie wstanie wyobrazić. Teraz znajdował się w samym centrum krzyków, do których przyłączył się w chwilę później.

7.
Wszystkie głosy w lesie nagle ucichły tuż po tym, jak walizka po wciągnięciu mężczyzny zamknęła się z głośnym klapnięciem. Wokół zostały ślady walki i czołgania. Krew, która wyciekła z przedmiotu gdzieś zniknęła, zapewne odeszła razem z głosami. Sam z pyskiem na ziemi, w odległości niecałych dwóch metrów od walizki i wpatrywał się w nią cicho popiskując…




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -