Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Mroczna legenda

Michał Talaśka

Każdy kraj ma swoje legendy. Każde miasto również. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to nawet w dzielnicach można się doszukać legend. Jedne bywają cudowne i niesamowite, inne ponure i niepokojące. W Ligocie, dzielnicy Katowic, żył kiedyś Jerzy Lipiński. Był to człowiek z całą pewnością otoczony legendą. A była to legenda mroczna...

Historia, którą tu opowiem, rozegrała się przy ulicy Grunwaldzkiej. Znajdują się na niej jedynie cztery stare, trój piętrowe bloki. Z ich szarych ścian przekrzykują się nazwy dwóch śląskich, rywalizujących klubów piłkarskich, niedbale lecz regularnie malowane przez pseudokibiców. Kiedyś było tu całkiem ładnie. Między blokami znajduje się betonowy plac w kształcie elipsy. Na jego brzegu rozmieszczone były co kilka metrów ławki, na trawniku stały huśtawki, była też piaskownica. Pseudokibicom to przeszkadzało. Dzięki nim w miejscu ławek znajdują się teraz dziury w asfalcie, z których powyrastała trawa. Zniszczyli też piaskownicę, po której została jedynie sterta brudnego piachu. A powyginane huśtawki złomiarze wywieźli pewnej nocy na taczkach. W tym właśnie miejscu mieszkał Jerzy Lipiński. Wszyscy doskonale go tutaj znali. Wiedzieli, że ma problemy psychiczne. Co jakiś czas pod jego klatkę podjeżdżał ambulans i radiowóz. Służby medyczne przy pomocy policyjnych pakowały go siłą w kaftan bezpieczeństwa i wywoziły do zakładu dla psychicznie chorych w pobliskim Rybniku. Państwo fundowało mu takie wakacje średnio raz do roku. Kiedy przywozili go z powrotem, okoliczne dzieci były wniebowzięte. Ten człowiek był dla nich wielką atrakcją. Jak tylko pojawił się na balkonie, zbierało się pod nim mnóstwo dzieciaków czekających, aż pan Jerzy znowu zacznie szaleć. Nigdy nie trwało długo wyprowadzenie tego biedaka z równowagi psychicznej. Jego „balkonowe audiencje” zawsze kończyły się tak samo – wykrzykiwał serię niezrozumiałych słów, wyrzucając wszystko co miał pod ręką (łącznie z filiżanką kawy) w stronę rozbawionych dzieci. Maluchy nie dawały mu spokoju. Kiedy długo się nie pojawiał, wywabiały go na balkon rzucając kamykami w okna. Wtedy niemal od razu pojawiała się za szybą znajoma twarz – kruczo czarne włosy, duże zakola, złowrogie brwi i bródka. Czasem nawet wybiegał na zewnątrz, ale szybko dawał sobie spokój i wracał do mieszkania. Do czasu...

Pewnego słonecznego, sierpniowego popołudnia ulicą Panewnicką spacerowała trójka nastolatków.
-Co robimy? –Zapytał wyraźnie znudzony Sławek.
-Może przejdziemy się na bazar? –Zaproponował Piotrek. –Coś się do łapy przyklei...
-Pojebało cię? –Skarcił go Bartosz. –Teraz nie ma tam nic ciekawego. Tylko ruski ze swoimi tandetnymi towarami. Pójdziemy tam w przyszłą niedzielę. Będzie odpust, a wtedy... –Uśmiechnął się.
-Nahabimy się ile wlezie! –Dokończył wesoło Piotrek, zacierając ręce.
-Dobra, dobra. Ale co teraz? –Dopytywał się Sławek. Bartosz, najstarszy z nich, wzruszył ramionami. Zapadła długa cisza. Chłopcy minęli ulicę Grunwaldzką i udali się w kierunku dworca PKP. Jednym z ich ulubionych zajęć było przesiadywanie na peronie i obserwowanie pociągów, dłubiąc słonecznik. Gdy dotarli do celu, rozsiedli się na ławce. Zapalili po papierosie. Żaden z nich nie miał nawet osiemnastu lat, lecz wszyscy zaciągali się z wprawą wieloletniego palacza. Kilkanaście minut przesiedzieli w milczeniu.
-Chuuuuujnia... –Skomentował jeden.
-Chuuuuujnia... –Potwierdzili chórem pozostali. Nastała kolejna przerwa w rozmowach, przerwana dopiero dziesięć minut później przez Sławka. Podniósł się leniwie z ławki i zaproponował:
-Chodźcie za mną.
Nie mając nic innego do roboty, pozostali dwaj wstali i ruszyli za nim. Szli powoli przez peron a gdy dotarli do jego końca, Sławek zeskoczył na tory. Bartosz i Piotrek rzucili sobie pytające spojrzenia, po czym również zeskoczyli. Przeszli wzdłuż torów kilkadziesiąt metrów. Wreszcie Sławek dał ręką znak, aby się zatrzymali. Stanęli w cieniu wielkiego kasztanowca.
-Po cholerę nas tu przyprowadziłeś? –Zapytał Bartosz.
-Poczekajcie chwilę, zaraz powinien jakiś pociąg jechać.
-Tak? Jak na to wpadłeś? –Burknął Piotrek, podenerwowany niewiadomą celu wyprawy. Nagle do ich uszu dobiegło znajome „tup-tup, tup-tup... tup-tup, tup-tup”. Z początku ciche i dalekie, ale z każdą chwilą coraz głośniejsze. Nie musieli długo czekać, by zza zakrętu wyłonił się pociąg osobowy. Gdy przejeżdżał obok nich, Sławek podniósł z ziemi kasztana i cisnął nim w kierunku pędzącego pociągu. Brązowy owoc odbił się od jednego z wagonów i wylądował na torach. Chłopak rzucił kolejnym. Tym razem trafił w szybę. Gdy skład odjechał, Sławek spojrzał uśmiechnięty na kolegów.
-Możemy grać na punkty. –Zaproponował. –Kto więcej razy trafi przez otwarte okno do przedziału, ten wygrywa.
Tamci nie mieli widocznie nic przeciwko, ponieważ kucnęli i zaczęli zbierać kasztany. Po chwili każdy miał już wypełnione nimi kieszenie. Trzymali po jednym w każdej dłoni. Gdy kilka minut później mijał ich kolejny pociąg, zaczęli rzucać. Kasztany Sławka i Bartosza chybiły, ale Piotrkowi się udało, trafił do środka. Podskoczył zadowolony i wykrzyknął:
-Ha! Frajerzy! I kto jest najlepszy?
-Dobra, nie podniecaj się tak, bo ci stanie. –Uspokoił go Bartosz. –To fart nowicjusza. Zobaczymy następnym razem.
W napięciu czekali na kolejny pociąg. Gdy przejeżdżał, poleciały w jego stronę dwie serie po trzy kasztany. Tym razem ten od Bartosza trafił do celu.
-Widzisz? –Zapytał. –Zaraz cię przegonię.
Sławkowi mina zrzedła. Poczuł irytację przegrywając w swojej grze. Pięć minut później nadjechał kolejny. Wtedy Sławek niespodziewanie wyrzucił na ziemię swoje kasztany i podniósł spory kamień, wielkości piłki tenisowej. Zebrał wszystkie siły, wziął duży zamach i rzucił. Wszystko wyglądało jak w zwolnionym tempie. Chłopcy niczym zahipnotyzowani obserwowali lecącą bryłę, która nieubłaganie zbliżała się w stronę pociągu. Kamień z impetem uderzył w szybę jednego z przedziałów, tłukąc ją w drobny mak. To wyrwało nastolatków z zapatrzenia. Rzucili się biegiem jak najdalej stąd. Przebiegli między wysokimi krzakami i ruszyli wzdłuż piaszczystej dróżki. Gdy dobiegli do jej końca, znaleźli się na ulicy Franciszkańskiej. Biegli dalej, aż dotarli do ulicy Grunwaldzkiej. Doszli do wniosku, że tutaj nic im nie grozi, więc się zatrzymali, ciężko dysząc.
-Ale... Ty... Jesteś po... Jebany... –Skarcił Sławka Bartosz, opierając dłonie na kolanach.
-Przestań... Niezłe to było... –Bronił się Sławek.
-To fakt. –Odpowiedział najstarszy.
-Więc wygrałem, nie? –Zapytał Sławek. Cała trójka wybuchnęła śmiechem.

Gdy doszli do siebie, dylemat sprzed niespełna godziny powrócił. Zaczęli się rozglądać w poszukiwaniu zajęcia. Wzrok Piotrka zatrzymał się na oknach Jerzego Lipińskiego.
-Może pobawimy się z naszym świtem? –Zaproponował.
-Dobre, ale co? Chcesz rzucać kamieniami w jego okno? Mało ci na dzisiaj? –Zapytał Bartosz.
-No to wymyślmy coś innego.
Zaczął się zastanawiać.
-Już wiem! –Wykrzyknął po chwili! Zrobimy mu dyskotekę! Musimy tylko wejść na klatkę schodową.
-Dyskotekę? Co ty kombinujesz? –Zapytał zaintrygowany Sławek.
-Zaraz się dowiecie. Chodźcie za mną.
Chłopcy podeszli do drzwi klatki chodowej, które niestety okazały się zamknięte. Piotrka to nie zraziło. Kazał kolegom poczekać i ruszył wzdłuż budynku. Zatrzymał się pięć metrów dalej. W tym miejscu w ścianie, na wysokości poziomu gruntu znajdowało się okienko z piwnicy. Ku jego zadowoleniu było otwarte. Klęknął i wślizgnął się do środka. Był nieduży, więc nie sprawiło mu to żadnego problemu. Zeskoczył z wewnętrznego parapetu na piwniczną posadzkę. W podziemiu panował mrok, więc musiał chwilę odczekać aż jego oczy przyzwyczają się do ciemności. Gdy zaczął wreszcie dostrzegać kontury i kształty, ruszył przed siebie. Przez dziurki nosa wdzierały się zapachy stęchlizny i wilgoci. Szedł wąskim korytarzem, mijając zamknięte drzwiczki do piwnic lokatorów. Nagle usłyszał szelest. Zatrzymał się nasłuchując. Odgłos z każdą chwilą narastał. Bez wątpienia coś się do niego zbliżało. Serce zaczęło mu walić, lęk przed nieznanym jest najgorszy. Już chciał wrócić i uciec przez okienko, gdy zza rogu wyszedł, jak gdyby nigdy nic, tłusty szczur. Zwierze zatrzymało się i ze spokojem przyglądało Piotrkowi.
-Kurwa mać...-Przeklął, ścierając pot z czoła. Tupnął z całych sił. Szczur, wydając z pyszczka przeraźliwy pisk, uciekł, znikając między starymi skrzynkami. Piotrek ruszył dalej, docierając wreszcie do schodów. Wspiął się po nich na górę i stanął przed drzwiami. Z niepokojem złapał za klamkę. Odetchnął z ulgą, gdyż drzwi były otwarte. Wyszedł przez nie i znalazł się na klatce schodowej. Podszedł do drzwi wejściowych i je również otworzył. Jego oczom ukazały się zdziwione twarze Sławka i Bartosza.
-Tadam! –Wykrzyknął triumfalnie. –Idziemy.
Po chwili znaleźli się na pierwszym piętrze, przy drzwiach do mieszkania numer sześć. Piotrek od razu wziął się do roboty. Wyciągnął z kieszeni scyzoryk i wsunął jego ostrze pod włącznik dzwonka, który podważony wyskoczył ze ściany. Zwisał teraz, przytrzymywany przez dwa druciki. Piotrek wziął pstryczek w dłoń i go oderwał. Chwycił druciki i końcówkę każdego z nich uformował w haczyk.
-Przygotujcie się... –Rzekł, łącząc dwa haczyki. –W nogi! –Krzyknął, gdy powietrze przeszyło głośne brzęczenie. Cała trójka zbiegła na dół, przeskakując po kilka stopni jednocześnie. Wybiegli przed klatkę i ruszyli spokojnie w prawo. Bartosz i Sławek, zanosząc się śmiechem, poklepywali dumnego Piotrka po plecach.

Tymczasem w mieszkaniu numer sześć Jerzy Lipiński rozglądał się panicznie po ścianach, pokrytych brudną tapetą w kwiatki. Dzwonek brzęczał nieustannie.
-Przestań! –Krzyknął. Jednak rozkaz nie przyniósł rezultatu.
-PRZESTAŃ! –Ponowił głośniej Jerzy. Znowu nic. Zaczął biegać po mieszkaniu. Szukał czegoś, co pomoże mu przerwać bądź zagłuszyć hałas. Zatrzymał się w przedpokoju. Jego oczom ukazała się siekiera. Stała oparta o ścianę, trzonkiem zwróconym ku górze. Bił od niej piękny, złoty blask. Zasłaniając oczy dłonią, podszedł i kucnął przy niej. Zaczął delikatnie głaskać trzonek.
-Taaak... –Powiedział. –Oczywiście! Dziękuję!
Złapał go w dłonie. Wstał i uniósł siekierę nad głowę. Zrobił kilka kroków w stronę drzwi i zatrzymał się spoglądając w górę. Nad drzwiami znajdowało się białe, prostokątne pudełko, z którego wydobywał się ten okrutny dźwięk. Na twarzy Jerzego pojawił się usmiech. Z gardła wydobył się cichy rechot.
-Nie to nie! –Wykrzyknął w stronę dzwonka i roztrzaskał go siekierą, która utkwiła wbita w boazerię. Zapadła upragniona cisza.
-Ha... HaHa... HAHAHAHAHAHA! –Śmiał się, wracając do pokoju. Po chwili przerwał, ponieważ miał wrażenie, że coś usłyszał. Zaczął nasłuchiwać. Wytężył słuch, ale słyszał jedynie krzyki dzieci, bawiących się na dworze. Nagle do jego uszu dotarło ciche „...ij je...”, po czym znowu nastała cisza.
-Co? –Zapytał.
-Zabij je! –Powtórzył głośniej tajemniczy głos.
-Co? Kogo? Dlaczego? –Dopytywał się Jerzy.
-Zabij je!
-Nie chcę...
-ZABIJ JE! –Nie ustępował głos.
-Nie! –Krzyknął Jerzy.
-ZABIJ, ZABIJ, ZABIJ, ZABIJ, ZABIJ JE!
Jerzy zakrył uszy dłońmi i padł na kolana. Jednak to nie pomogło. Wręcz przeciwnie, głos przybrał na sile.
-Nie mogę Cię już więcej słuchać... Zostaw mnie, bo znowu Oni po mnie przyjadą... –Poprosił.
-Dam Ci spokój. Jak tylko je zabijesz. Nie możesz sobie pozwalać, żeby te durne bachory Cię prześladowały. Sam wiesz, że posuwają się coraz dalej. Wczoraj rzucały kamieniami w Twoje okna. Teraz przyszły pod Twoje drzwi i majstrowały z dzwonkiem. Kto wie do czego się posuną jutro? Zabij je!!!
Jerzy wyprostował się i wstał. Spojrzał na meblościankę. W szklanych drzwiczkach szafki ujrzał swoją twarz. Zdziwił się, gdyż odbicie się uśmiechało. Przetarł oczy i spojrzał ponownie. Odbicie wciąż uśmiechało się szyderczo i pokiwało głową na boki. Jego oczy skrzyły się krwistą czerwienią.
-Zrób to. –Powiedziało. –Weź siekierę i wyjdź zrobić z nimi porządek.
-Ale...
-Nie ma żadnego „ale”! –Przerwało mu. -Do roboty!
-Ale obiecaj, że dasz mi już spokój. –Poprosił nieśmiało Jerzy.
-Masz moje słowo. A teraz do roboty.
Odbicie przestało się uśmiechać. Oczy ponownie stały się piwne. Jerzy się rozejrzał. Odbicie również. Pomachał ręką przed szybą. Odbicie tak samo. Wszystko wskazywało na to, że widzi już tylko siebie. Westchnął ciężko i udał się do przedpokoju. Spojrzał na siekierę wbitą nad drzwiami. „Zabij je” – przypomniał mu głos. Chwycił trzonek i pociągnął z całych sił. Siekiera nie utkwiła głęboko, od razu odpuściła. Jerzy złapał za klamkę i otworzył drzwi. Wyszedł na klatkę schodową. Natknął się tam na postawną kobietę koło czterdziestki. Ta stanęła jak wryta. Spojrzała najpierw na niego, później na to, co trzymał w dłoniach. „Zabij ją!” – rozkazał głos.
-Tego nie było w umowie. –Odpowiedział Jerzy.
-S-słucham? –Zapytała kobieta.
„Zabij ją! To jest matka, ma trzy młode córki, pamiętasz? One na pewno Ci dokuczają!”.
-Chyba nie powinienem. –Zawahał się. Zaniepokojona kobieta zaczęła się wycofywać.
„ZABIJ JĄ!” –Rozkazał głos. „ZABIJ JĄ, BO CI UCIEKNIE!”. Tym razem przekonał Jerzego, który uniósł siekierę nad głowę, wydając z siebie dziki okrzyk. Zamachnął się, ale kobieta zrobiła unik. Ostrze świsnęło kilka centymetrów od jej twarzy. Zaczęła uciekać w górę schodów, do swojego mieszkania na trzecim piętrze. Jerzy ruszył za nią. Chcąc pokonywać po trzy stopnie jednocześnie, przeliczył się i wyłożył jak długi na schodach. Podniósł się pośpiesznie i wziął kolejny zamach. Z całych sił rzucił narzędziem w kierunku uciekinierki. Siekiera obracając się w powietrzu goniła ofiarę. Gdy już się wydawało, że wbije się w jej plecy, kobieta w ostatniej sekundzie dobiegła na półpiętro i skręciła w prawo. Wbiegła na kolejną partię schodów, unikając przykrego losu. Rozpędzone narzędzie wybiło szybę w oknie i poszybowało na zewnątrz. Jerzy stanął na odłamkach szkła, które trzeszczały pod jego butami i spojrzał w dół. Upadający z olbrzymią prędkością przedmiot spadł na maskę zaparkowanego samochodu, uruchamiając jego alarm. Nagle dało się słyszeć trzask zamykanych drzwi. Kobiecie udało się uciec do swojego mieszkania. Od razu chwyciła słuchawkę telefonu i zadzwoniła na policję. Zdezorientowany Jerzy nie wiedział co począć dalej. „Zostaw siekierę, czas ucieka. Zaraz zrobi się tu gorąco” –Doradził mu głos. „Idź i złap jakieś dziecko. Dasz mu nauczkę. Reszta się wystraszy i wreszcie dadzą Ci spokój”. Lipiński przytaknął i zaczął zbiegać w dół. Gdy doszedł na parter, otworzyły się drzwi mieszkania numer jeden. Wyjrzał przez nie właściciel zaparkowanego przed blokiem samochodu.
-Co jest, do cholery? –Zapytał groźnie. Gdy dostrzegł, że sprawcą zamieszania jest Jerzy Lipiński, pisknął niczym wystraszone zwierze i pośpiesznie zatrzasnął drzwi. Jerzy wyszedł przed klatkę schodową i rozejrzał się na boki. Nikogo jeszcze nie było w pobliżu. Ruszył w lewo. Dotarł do rogu i wychylił się, spoglądając w kierunku placu. Było tam pełno dzieci. Jeździły na rowerach, grały w piłkę, skakały na skakankach, świetnie się bawiły. Jerzy zaczął się zakradać w ich kierunku.
-To Lipiński! –Krzyknęła jakaś dziewczynka. –Uciekamy!
Dzieci rozbiegały się w popłochu. Mały Jasiu ruszył ile sił w nogach za innymi maluchami, ale poślizgnął się na piasku – pozostałości po starej piaskownicy. Padł na ziemię i zdarł sobie kolano, które nagle zrobiło się czarne, by chwilę później pokryć się krwią. Strasznie piekło. Nie zdążył się podnieść. Ujrzał wielką dłoń z pożółkłymi od papierosów opuszkami palców. Chciał krzyknąć, ale owa dłoń zatkała jego małe usta. Drugą ręką Jerzy złapał go za ramię i podniósł. Postanowił wrócić z nim do swojego lokum. Tutaj było zbyt niewygodnie. Zarzucił chłopczyka na ramię, niczym worek ziemniaków i pobiegł z powrotem do mieszkania. Mały krzyczał i uderzał pięściami w jego plecy, ale to nic nie pomogło. Chwilę później znaleźli się w mieszkaniu numer sześć. Jerzy zrzucił dziecko na podłogę i przekręcił zamek w drzwiach. Jasiu wstał i kuśtykając pobiegł do dużego pokoju. Ukrył się za masywnym telewizorem marki Rubin, stojącym na stoliku.
-Wyłaź szczeniaku, to nic nie da! Wiem gdzie się chowasz. –Krzyknął mężczyzna. Odpowiedziała mu cisza. Wszedł do dużego pokoju i podszedł do telewizora. Pochylił się do przodu i ujrzał trzęsące się dziecko.
-No i co? –Zapytał. –Warto było uciekać?
-Niech mnie pan wypuści. Plose. –Rzekł Jasiu, łamiącym się głosem.
-Żebyś znowu mi dokuczał? Miarka się przebrała, gówniarzu.
-Nic panu nie zlobiłem.
-Skończ kłamać! –Krzyknął Jerzy i wyciągnął rękę w stronę malucha. Ten wstał i podbiegł do drzwi balkonu. Zaczął za nie szarpać, ale był za słaby.
-Co? Chcesz na balkon? Nie ma sprawy. –Powiedział z uśmiechem Lipiński. Podszedł do drzwi i otworzył je bez trudu. Następnie złapał malucha prawą ręką za koszulkę na plecach a lewą za spodenki. Uniósł go nad ziemię i udał się na koniec pokoju.
-Proszę bardzo. –Powiedział do płaczącego dziecka i ruszył biegiem w stronę balkonu. W połowie drogi wziął zamach i dobiegając do drzwi wyrzucił dziecko przed siebie. Jasiu przeleciał parabolicznym lotem kilkanaście metrów. Machał swoimi małymi rączkami i nóżkami, ale to nic nie dało. Trzy sekundy później jego główka roztrzaskała się uderzając o beton. Jerzy stanął na balkonie i dumny spojrzał w dół, na młode ciało leżące w kałuży krwi.
-Niech to was nauczy! –Krzyknął. „Bardzo dobrze, świetnie się spisałeś” – pochwalił go głos, przekonując o prawidłowości działań. Jerzy wrócił do mieszkania i rozsiadł się w fotelu.

Spokój nie trwał długo. Nagle mieszkanie wypełniło głośne pukanie do drzwi. Jerzy rozejrzał się niepewnie. Postanowił poczekać, aż intruz sobie pójdzie. Niestety tak się nie stało. Przeciwnie, stukanie nasiliło się. Wreszcie wstał i poszedł do przedpokoju. Stanął przy drzwiach i zapytał:
-Kto tam?
-Policja, otwierać!
-W jakiej sprawie?
-Proszę otworzyć, albo będę musiał wyważyć drzwi!
-Dlaczego? Ja nic nie zrobiłem! –Protestował Jerzy. Na nic się to zdało. Policjant kopnął energicznie w drzwi. Od razu zadał kolejne kopnięcie, i jeszcze jedno. Pod gradem silnych uderzeń drzwi wreszcie ustąpiły i stanęły otworem. Jerzy już miał rzucić się do ucieczki, lecz policjant wycelował w niego ze swojej broni.
-Nie ruszać się! –Rozkazał. Zdezorientowany lokator posłusznie się zatrzymał.
-Ale dlaczego? –Zapytał. –Ja nic nie zrobiłem!
-Dobra, dobra Lipiński... Chłopaki, brać go! –Krzyknął policjant. Do mieszkania wbiegło dwóch potężnych sanitariuszy. Bez problemu powalili go na ziemię i ubrali w kaftan bezpieczeństwa.
-Pomocy! –Krzyczał Jerzy. –To bezprawie!
-Zamknij się. –Uspokoił go policjant. -... Tym razem tak szybko nie wrócisz do domu.
Sanitariusze wyprowadzili go z mieszkania. Trzymając jeden za jedno ramię, drugi za drugie, zeszli po schodach i wyszli przed blok. Stał tam zaparkowany ambulans. Policjant otworzył tylnie drzwi, przez które medycy wrzucili Jerzego do pojazdu. Cała trójka wskoczyła za nim do środka.
-No to kierunek – Rybnik. –Powiedział funkcjonariusz do kierowcy. Karetka ruszyła. Jerzy siedział spokojnie, nie miał pojęcia dlaczego go znowu wywożą. Przecież nic nie zrobił. „Zabij ich!” – usłyszał nagle w swej głowie.
-Dlaczego? –Zapytał. Lekarze i policjant spojrzeli na siebie pytająco.
-Bo zabiłeś dzieciaka i usiłowałeś zamordować kobietę. –Odpowiedział mundurowy. „Zabij ich, bo znowu Cię zamkną!” – Kontynuował głos. „Chcesz, żeby znowu wstrzykiwali w Ciebie te świństwa? Żeby znowu karmili Cię podejrzaną papką a co wieczór robili elektrowstrząsy?”
-Nie! Nie chcę! –Krzyknął Jerzy. „Więc musisz ich zabić!!” –Rozkazał głos. Lipiński wstał i rzucił się w stronę policjanta. Ten nie zdążył nawet zareagować. Jerzy nie mogąc korzystać z rąk, zaatakował zębami. Wgryzł się w czoło policjanta i oderwał z niego spory płat skóry. Sanitariusze złapali go i kolejny raz powalili. Cała twarz policjanta w mig pokryła się krwią, która zalała nawet oczy. Ten, nic nie widząc, w panice wyciągnął pistolet z kabury i oddał strzał. Pocisk odbił się od ściany karetki i rykoszetem wleciał do szoferki, trafiając w głowę kierowcy. Rozpędzony pojazd, którym nikt już nie kierował, wjechał na czerwonym świetle na skrzyżowanie. Uderzył tam w niego z ogromnym impetem autobus. Wszyscy wewnątrz karetki zginęli. Tym razem Jerzy Lipiński już nigdy nie wrócił do domu. Lecz w pamięci mieszkańców Ligoty zadomowił się na stałe. Jako morderca, psychopata, jako legenda.

Opowiadanie zainspirowane zostało przez autentyczne wydarzenia



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -