Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pamiętnik Żołnierza

Damian Zarzycki

16 marzec 1944
Nigdy bym nie przypuszczał, że zacznę pisać swój pamiętnik. Nie rozumiałem mojej siostry, która mając siedemnaście lat z taką determinacją ukrywała piękny notes o czarnej, skórzanej okładce, codziennie dopisując jedną stronę. Byłem wtedy małym dzieckiem, który bardzo kochał ojca – konserwatystę i płakał ilekroć ten zsyłał pasem kolejne razy na wiotkie plecy mamy. Zastanawiałem się wtedy cóż takiego kryje ten pamiętnik. Samo słowo mnie wręcz elektryzowało. Nie wiedziałem, dlaczego Julia ukrywa swój skarb przed rodzicami. Nie raz próbowałem wejść w jego posiadanie. Raz byłem bardzo blisko, ale całość skończyła się pobiciem mnie przez rozhisteryzowaną siostrę i ukryciem pamiętnika nie jak dawniej pod śnieżnobiałymi podkoszulkami, jakie nosiliśmy do Kościoła, lecz w miejscu, o którym nie wiedziałem. Julia chyba porzuciła swoją pasję po dwóch latach. Może nieco wcześniej. Ja byłem wtedy zajęty piłką nożną z kolegami z „dobrych rodzin” – jak to mawiał mój ojciec, co było tak wspaniałą odskocznią od codziennej rutyny życia w silnie konserwatywnym domu, pod okiem surowego ojca. Julia natomiast szykowana była na pielęgniarkę, więc wstępując w swoje dorosłe życie zrezygnowała z dziewczęcych uciech. Pamiętnik o czarnej jak smoła okładce był jedną z nich.
Teraz już wiem wszystko. Pamiętnik ten zapewne będzie moim testamentem i rozrachunkiem z życiem. Przedstawię w nim wszystko cokolwiek przyniesie nadciągająca z morzem głów przyszłość. Przyszłość rozrysowana w kolorach czerwieni, niosąca sierp i młot. Pokój rozświetla wyłącznie świeczka – jedna z ostatnich świeczek włożonych do marcowego zaopatrzenia. Dziś wieczór otrzymałem depeszę z informacją, że Berlin odmówił nam wycofania się z wsi Kalczanki .Wiedziałem, że tak będzie. Fanatyczni przywódcy rzucają rozkazy – „brońcie się do ostatniego żołnierza, do ostatniego naboju”, a ja tymczasem już wiem co wydarzy się w przyszłym tygodniu. Moi ludzie też wiedzą. Tak bardzo mi ich żal. To dobre chłopaki. Większość z nas nie prosiła się na tą wojnę, większości nie zależało na tym, by Trzecia Rzesza zajęła Mateczkę Rosję, skoro mieliśmy podpisane umowy o wzajemnej nieagresji z Stalinem.
Zaraz! Nie potrzebie w ogóle poruszam ten problem. Przyszłe pokolenia zajmą się szukaniem odpowiedzi i lamentowaniem. Jak już pisałem żal mi moich żołnierzy, ponieważ większość już wie, że odmowa wycofania się w głąb Ukrainy – do bunkrów, czy większych twierdzy zajmowanych przez wysokich urzędników niemieckich. Pozostawienie nas w niewielkiej wiosce o kilku lichych chatkach, niewystarczających zapasach i zaledwie kilku silnych karabinów mg… Cóż ja mówię?! Nawet, gdybyśmy otrzymali tak hucznie zapowiadaną przez Hitlera nowoczesną broń, która umożliwi Niemcom triumf nad Amerykanami w obliczu potopu Armii Czerwonej tak czy inaczej pozostawalibyśmy bezsilni.
Czasami w nocy mam wrażenie, że wraz z zawodzeniem wiatru gdzieś w oddali słychać już odgłos marszu setek, tysięcy, milionów(?) żołnierzy nadchodzącym z hymnem Związku Radzieckiego na ustach i z butelką z benzyną w dłoni. Budzę się wtedy tłumiąc okrzyk i odruchową sięgam po broń. Przeraża mnie myśl nadejścia morza głów. Ile czasu będziemy się bronić? Kilka minut? Godzinę? Jeden dzień? Chyba przesadziłem. Z dotychczasowymi zapasami jesteśmy w stanie utrzymać wioskę góra kilka godzin, oczywiście zakładając, iż lwia część oddziału nie zdezerteruje w obliczu siły Armii Czerwonej. Jak powiedziałem to w większości dobre chłopaki, ale nikt nie chce umierać. Morale są słabe. Wraz z kurierami dochodzą nie tylko listy z Berlina, ale i co ważniejsze plotki, które zwykle przeczą wszelkiej nazistowskiej propagandzie. Amerykanie stworzyli zachodni front i parli wciąż naprzód odbijając kolejne tereny Francji i nokautując zmęczone, pasywne wojska Wermachtu. Rosjanie obronili Stalingrad. Oni także parli teraz na zachód oczyszczając ojczyznę i odbijając kolejne tereny. To co mówiono nam o warunkach pod Stalingradem… To co mówiono nam o rosyjskiej zimie… Wysłano naszych chłopców na śmierć – pozbawiono ich dostaw i wciąż powtarzano, że muszą bronić się do ostatniego żołnierza. Powtarzano, że nie mają prawa oddać choćby skrawka ziemi. Trwa wyścig do Berlina. Ta straszliwa wojna powoli się kończy, a każdy z nas jest świadom, że Trzecia Rzesza Niemiecka odniesie straszliwą klęskę. Potęga Wermachtu złamana pod Kurskiem i Stalingradem, ośmieszona w zachodniej Francji przez aliantów straciła dawną świetność.
Mogę coś o tym powiedzieć. W końcu jestem dowódcą szesnastego pułku zmechanizowanego niemieckiej piechoty, a trzy lata temu mianowano mnie na majora. Mogę napisać wiele o nie dochodzących zapasach, braku zainteresowania ze stron przywódców Rzeszy, karmieniu żołnierzy wyłącznie propagandą (Panie, ocal duszę Jurgena Klossa – mojego kolegi, którego wysłano pod Stalingrad) i rozkazach, których nie wypełnienie grozi sądem wojennym i śmiercią, a wypełnienie natomiast… także grozi śmiercią. Po cóż jednak tracić nerwy? Nie mnie oceniać to wszystko. Jestem prostym żołnierzem, który tylko wykonuje rozkazy tych, których umieszczono kilka szczebli wyżej w hierarchii ważności wojska. Historia rozliczy nas wszystkich, łącznie z Hitlerem. Mam nadzieję, że ktoś choć na moment zapomni o mojej przynależności do Wermachtu i zrozumie jak rozpaczliwa jest nasza sytuacja.
Czekamy na nadejście własnego końca dźwigając na czarnych paskach ciężkie karabiny i wypatrując wschodnich kresów z mieszanką zniecierpliwienia i nadziei, że to co się do nas zbliża nigdy nie nadejdzie. Dwóch żołnierzy pod osłoną nocy uciekło. Kazałem od tamtego czasu co noc wystawiać patrole na prowizorycznych wieżyczkach wokół obozu, choć doskonale rozumiem tych ludzi. Oczekiwanie na najgorsze jest wyjątkowo męczące. Człowiek popada w dziwny stan. Jednocześnie jest pasywny i pobudzony. Odkrywa ze zdziwieniem, że powtarza w myślach modlitwy, a podczas bezsennych nocy dokonuje rozliczenia nie tylko z samym sobą, ale i z całym światem przepraszając za każdą zabitą w młodości muchę i każdą chwilę, gdy nie doceniało się piękna, które nas otacza. Rozumiem tych ludzi, ale nie mogę przecież pozwolić na masowe ucieczki. Nadal dowodzę jednostką. Jestem tu pierwszy po Bogu. Muszę dbać o moich żołnierzy, podtrzymywać ich morale i pełnić funkcję ojca. Czasem surowego – zupełnie jak mój, ale wciąż ojca.
Nie przedstawiłem się do tej pory… Przelałem już tyle myśli na papier, wylałem z siebie gorycz, która niszczyła moje zdrowie jak trucizna, ale wciąż nie podałem swojego nazwiska. Nie będę jednym z tych milionów anonimowych żołnierzy poległych podczas tej straszliwej wojny. Właśnie o tym myślałem rozważając ideę napisania pamiętnika, który będzie moim testamentem i pożegnaniem. Chodziło o pamięć po oszukanym przez własny kraj, bezradnym Hansie Kauffmanie – dowódcy czwartego pułku zmechanizowanego, stacjonującego od października 1942 roku w ukraińskiej wiosce Kalczanki. Zatem ktokolwiek w przyszłości przeczyta te słowa będzie wiedział kim był żołnierz prowadzący te zapiski i jakie były jego myśli na przeddzień przed ostatecznym sądem. Nie potrafię tego wszystkiego wyjaśnić ubierając emocje w słowa. Emocje, które mną targają nie mają swoich nazw w słownikach i leksykonach. Zrodziły się w głębi mojej duszy i zainfekowały cały układ, wszystkie myśli i wszystkie marzenia. Wczoraj w nocy do mojej kwatery przyszedł jeden z moich zmarniałych, smutnych żołnierzy (nazywa się Kruger) meldując, że jego kolega z dolnej pryczy co noc rozmawia z Jezusem i Najświętszą Marią. Nie wiem jak zareagować. Powinienem wybuchnąć śmiechem? A może płaczem? Powiedziałem, że osobiście porozmawiam z tym człowiekiem, ale dotąd nie odważyłem się podjąć tematu tych widzeń z żadnym z moich ludzi. Należy im się spokój. Jeśli potrzebują rozmów z Bogiem, niech rozmawiają. To oczyszcza. Kapelan w naszym oddziale nie jest człowiekiem godnym zaufania. Zbyt często zagląda do kieliszka. Właściwie od kilku dni nie opuszcza swojego pokoju, a jego jedynymi towarzyszami jest butelka i co mnie najbardziej przeraża lśniący Luger. Kapelan nie jest już potrzebny do spowiedzi. Wystarczy milcząca podłoga czy cichy wiatr. To bardzo oczyszcza…

19.03.1944
Patrole sąsiednich wiosek poinformowali nas, że Rosjanie są już zaledwie sto pięćdziesiąt kilometrów od nas. Właściwie nie muszę już nic dopisywać, prawda?

20.03.1944
Minionej nocy zdezerterowało sześciu żołnierzy. Trzech zostało zastrzelonych przez swoich kolegów z wieżyczek strzeleckich. Jeden powrócił przyniesiony na noszach. Stracił równowagę na szczycie wysokiego płotu i zaplątał się w drut kolczasty. Stracił wiele krwi. Miał pociętą twarz. Był dobrym chłopcem. Podobno w kółko opowiadał o swojej narzeczonej o perłowych włosach i zielonych oczach. Powtarzał, gdzie zamierza ją zabrać po powrocie do Rostoku i rzeczach, jakie zamierzał wyznać. Był bardzo młody, rozumiem, że nie potrafił usiąść z założonymi rękoma oczekując nadejścia Armii Czerwonej. Nie usprawiedliwiam dezercji, ale z drugiej strony rozumiem motywy ich postępowania. Sam podczas bezsennych nocy miewam różne myśli. Nie będę zaprzeczał, że nie raz marzyłem o tym, by rzucić to wszystko w cholerę i uciec jak najdalej by mi się udało. Spaliłbym mundur wraz z dokumentami. Zaszyłbym się gdzieś na Ukrainie lub w Polsce jako prosty wieśniak, który zamiast podpisu stawia krzyżyki. Wspaniały plan. Przeżyłbym resztę dni głosząc, że naziści to świnie i zajmując się uprawą skrawka pola i karmiąc świnię podobnym jedzeniem, które sam bym spożywał.
Mam wrażenie, że znalazłem się w punkcie, gdzie nie ma już odwrotu. Najbardziej mnie boli, że umieszczono mnie w tym punkcie bez pytania o zdanie. Nie pchałem się przecież do wojska! Na Boga – przecież wcale nie uważam, że Niemcy są rasą wybraną, a Żydzi to hołota, której jedyną przyszłością może być zagłada. Wezwali to przyszedłem. Zapisali to pojawiłem się punktualnie o ósmej rano. Kazali założyć mundur to założyłem. Przysłali list z gratulacjami i mianowaniem na stopień marszałka to przyjechałem pod wskazany adres. Byłem żołnierzem na tej wojnie, który tylko wykonywał polecenia. Teraz zapłacę za to własnym życiem. Kiedy piszę te słowa jest już godzina druga trzydzieści sześć, a na dworze panuje mrok oświetlany tylko przez dwa reflektory na wieżyczkach strzeleckich. Dzień był pochmurny, pojawiła się mżawka. Teraz pada drobny deszcz, a powietrze przesycone jest wilgocią. Moje powieki są ciężkie i nawet druga kawa nie była w stanie postawić mnie na nogi. Ostatni raz spałem trzy dni temu, więc mój organizm przestawił się na pasywny cykl prostych czynności. Dziś zregeneruje siły na kolejne trzy, cztery dni czuwania i wsłuchiwania się w odgłosy nocy. Świeca dogasa już rzucając na biurko słabe światło.
Chciałem przeprosić wszystkich ludzi, których kiedykolwiek skrzywdziłem, obraziłem lub co najgorsze – którzy zginęli przez moje rozkazy. Chciałbym teraz przeprosić Julię, że powiedziałem mamie, że wylała mleko na pożółkłą fotografię z ślubu rodziców. Ojciec sprawił jej wtedy tęgie lanie. Chciałbym przeprosić tego chłopca z berlińskiej Akademii Wojskowej za sprowokowanie tej młodzieńczej bójki, w której pragnąc zaimponować swoim kolegom rozkwasiłem mu nos. Prawdę mówiąc bez powodu. Kogo jeszcze? Wszystkich… Tatę za wszystkie myśli, gdy uważałem go za tyrana i życzyłem mu śmierci (sam nie mogę uwierzyć jak mogłem pomyśleć w ten sposób). Wszystkich Żydów, których oddelegowałem z polskich i ukraińskich wiosek do obozów koncentracyjnych. Siedmiu żołnierzy, których osobiście zastrzeliłem. Wszystkich moich podwładnych, jeśli kiedykolwiek poczuli się wykorzystywani. Pragnę też teraz przeprosić Boga za moje grzechy, których wymienić nie potrafię ze względu na ich długość. Z pewnością nie pamiętam wszystkich. Ostatni raz u spowiedzi byłem dziewięć lat temu. Obraziłem Boga na wiele sposobów. Zabiłem człowieka. Należałem do machinerii, która ściągnęła na ten świat Czterech Jeźdźców Apokalipsy – ogólnoświatową Wojnę, spowodowany brakami w dostawach żywności Głód, brakiem podstawowych zabiegów sanitarnych Zarazę i oczywiście Śmierć. Liczoną w teraz w… tysiącach? Dziesiątkach? Setkach tysięcy? BŁAGAM O WYBACZENIE!

22.03.1944
Już po wszystkim. W nocy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego marca zaatakowała nas Armia Czerwona. Pisząc te słowa siedzę na zimnej, popękanej podłodze stacji kolejowej w Łubankach, zaledwie dwadzieścia kilometrów od wioski, której broniliśmy. Wszystko rozegrało się za szybko. Priorytetem było nie wpuszczenie ani jednego Rosjanina na teren obozu, ale po sześciu minutach wymiany ognia gigantyczna fala przebiła bramę główną i z asekuracją ciężkiego sprzętu – ciężarówek i lekkich jeepów wtargnęła do naszych baz. Nie znam dokładnej liczby ofiar. Z moich obliczeń wynika, że dwudziestu pięciu moich ludzi zginęło w samym obozie, trzech rozstrzelano po próbie ucieczki. Nie strzelałem do przeciwników. Kazałem moim ludziom bronić przyczółka, jeśli życie im miłe samemu siadając wygodnie przed biurkiem. Oczekując wejścia wysokich Rosjan o charakterystycznych czapkach i rysach twarzy. Słyszałem krzyki umierających i wystrzały tnące noc jak ostrze. Po chwili wyprowadzono mnie bijąc pięściami po żebrach. Na zewnątrz – twarzą do ziemi, na błocie leżeli podlegli mi chłopcy. Zdjęto im koszule, by zasmakowali chłodu marcowej, dogasającej zimy. Było ich około stu. Armia Czerwona pluła na plecy pokonanego Wermachtu i żartując swobodnie o naszej nicości kopała żołnierzy po nerkach i głowach. Myślałem, że podczas tej nocy wszyscy zostaniemy rozstrzelani. Była to podobno metoda często stosowana przez komunistów. Zresztą zmierzali do Berlina niosąc czerwone flagi zdobione sierpem i młotem, by zawiesić je po wygranej na dachu kwatery Hitlera.
Leżeliśmy na błocie kilka godzin. W tym czasie dowódca oddziału wraz z kilkoma młodymi żołnierzami plądrował nasz obóz. Wszystkie przydatne rzeczy, których nie było w końcu tak wiele zapakowano na ciężarówki. Zabrano też dokumenty z mojego biura. Nie śmiałem podnosić wzroku, by spojrzeć swoim oprawcom w oczy, ale słyszałem jak wynoszą moje biurko, krzesło, obraz Hitlera, niewielki sejf. Dosłownie wszystko z mojego pokoju. Zapasami zajęli się od razu nie rachując i nie zastanawiając się nad zabraniem ich ze sobą. Pożywiali się konserwami ciskając pustymi puszkami w nas. Żartowali, palili prowizoryczne papierosy i wciąż trzymali palce na spustach. Dowódca zabrał kilku strażników i zarządził warty nad „tymi świniami” – jak to określił. Sam udał się spać. Był zmęczony, a od dawna spał wyłącznie pod gołym niebem. Znam nieco rosyjski. Ojciec stawiał na wychowanie i wiedzę. Zanim nadeszła fala powszechnego nazizmu stawiał na wszechstronną wiedzę i znajomość języków. Uczyłem się języków krajów, które były naszymi sąsiadami – francuskiego, rosyjskiego, angielskiego i polskiego. Ojciec uważał, że będzie to pomocne w życiu i pozwoli mi na podjęcie pracy w ambasadzie, gdzie on jako młody człowiek pragnął się realizować. Osobiście czuwał nad naszą (moją i Julią) edukacją. Gdy prosty żołnierz zapytał mnie co trzymam w ręku, moja odpowiedź dość płynnym rosyjskim „testament, proszę pana” wyraźnie go zaskoczyła. Sprawdził, czy nie ukryłem tam niczego i oddał mi go z niewypowiedzianym zrozumieniem.
Teraz siedzę na stacji kolejowej, a wokół mnie zebrali się najwierniejsi przyjaciele – Kruger, Shurtz, Kauffman, Rostock. Obserwuje rosyjskich żołnierzy i staram się wychwytywać ich rozmowy. Słyszę tylko pojedyncze słowa, ale i tak już wiem co nas czeka. Syberia… To słowo, równoważne z wyrokiem śmierci powtarzano dziś od rana. Nie uśmiercono nas na miejscu. Nie przeprowadzono pacyfikacji, której oczekiwałem względem socjalistycznych żołnierzy sowieckich. Nie zostaniemy jednakże potraktowani jak jeńcy wojenni – na Syberii nikt nie będzie przestrzegał Karty Genewskiej dbając o nasze potrzeby. Jestem przerażony. Czuje, że przed śmiercią czeka mnie męka. Nie uważam, bym na nią zasłużył. Ale już za późno. Każdy powie mi w tej chwili, że „trzeba nie było przywdziewać niemieckiego munduru”. Mają rację.
Przeraża mnie też, że wciąż muszę uspokajać moich ludzi. Nadal pełnię funkcję dowódcy. „Mimo, iż król abdykował nie został zapomniany” – jak to powiadają. Podtrzymuje ich na duchu, uspokajam, powstrzymuje zapędy przejęcia kontroli nad oddziałem rosyjskim. Wielu z tych chłopców jest bliskich załamania. Umieszczono nas w całkowicie negatywnych warunkach – staliśmy się własnością Stalina, opuścił nas Hitler, zostaliśmy zmieszani z błotem, a nasz los wyryto na śniegach dalekich, wschodnich kresów. Każdy, nawet najmniej inteligentny żołnierz wie, że czas ciepłych posiłków i spania w (skromnej, bo skromnej) pryczy minął bezpowrotnie. Niektórzy wciąż pozostają dumni i butni. Ale nie ja… Ja zdaje sobie sprawę, że Rosjanie od stuleci znają sposoby przełamywania tej dumy. Uważam, że w zaistniałej sytuacji musimy nie prowokować konfliktów i „płynąć teraz z wiatrem”. Powinniśmy się modlić, by Wermacht szybko przegrał tą wojnę, a odpowiednie umowy zapewniły wszystkim jeńcom wojennym amnestię i zapewniony powrót do domu. Czyż to nie ironia, że niemiecki żołnierz życzy swemu państwu klęski, a swoim braciom z wojskowej profesji jak najszybszą przegraną? Nie wstydzę się tych słów. Przegraliśmy już dawno. Może jeszcze w chwili, gdy bomba w walizce nie zdołała uśmiercić Hitlera. Kto wie jaką potęgą szczyciłyby się dziś Niemcy, gdyby w porę doszło do rozmów pokojowych z Stalinem i Zachodem. Może utrzymalibyśmy Francję, Belgię, Holandię, Danię Polskę, Ukrainę, nawet spory kawałek Związku Radzieckiego? Dziś nie ma w nas dumy. Nasza duma będzie złamana prędzej czy później. Od czasów cesarzy i zmierzchu epoki szlacheckiej wykorzystuje się ten sam system. Prosta kombinacja – syberyjskich mrozów i harówki w obozach pracy. Czeka nas cierpienie…
Nie pozwolono nam rozmawiać. Każdy szept zabrzmi tu jak krzyk. Wartownicy są nadzwyczaj czujni. Pilnują w końcu prawie stuosobową masę ludzi mających za sobą trening i służbę wojskową. Gotowych wykorzystać ułamek sekundy nieuwagi, by w synchronizowany sposób zaatakować i opanować sytuację zmieniając rolę oprawcy i ofiary. Mimo to w chwili, gdy nikt nie patrzył poinformowałem przyjaciela o swoich przypuszczeniach. Przeczytał z ruchu moich warg pojedyncze słowo „SYBERIA” i posępniał wyraźnie. Zapytał bezgłośnie „ATAK?”, a ja delikatnie potrząsnąłem głową. Rosjanie mają znaczną przewagę. Nie zastanawialiby się jak rozwiązać zaistniały problem. Po prostu otworzyliby ogień uśmiercając (jeśli trzeba) wszystkich. Kto ich za to rozliczy? Czy ktokolwiek się dowie? Skończylibyśmy jak bezpańskie psy zagrzebane w lesie. Zupełnie jak Katyń. Nic od tamtego czasu się nie zmieniło w stosunku Rosjan do jeńców wojennych.
Właśnie nadjechał pociąg z bydlęcymi wagonami przerobionymi w prowizoryczny sposób na niewielkie cele. Nasz nowy środek transportu. Oczywiście do miejsca, gdzie jeszcze dochodzą szyny. Podejrzewam, że ostatni fragment naszej podróży spędzimy maszerując przez wysokie zaspy surowego klimatu azjatyckich kresów Rosji. Cuchnie niemiłosiernie, a każdy wagon wyłożony jest starym, zlepionym odchodami zwierząt sianem. Wszystkie zamykane są na masywne kłódki. Będziemy stłoczeni prawdopodobnie w jednym z nich, by ciasnota uniemożliwiła nam podjęcie prób ucieczki. Czeka mnie kilka rozmów wewnątrz. Podczas jazdy trudno będzie Rosjanom powstrzymać nas przed szeptaniem i wymienianiem poleceń. Wtedy uspokoję oddział i zasugeruje wypełnianie poleceń wroga. Najbardziej boję się momentu, gdy nie będę w stanie zapanować nad moimi ludźmi. A no właśnie – ci jeńcy nie są już moimi ludźmi, a noszony przeze mnie mundur w obecnej chwili wart jest tyle co nic. Kto będzie pragnął zaryzykować ucieczkę tak czy inaczej jej spróbuje nie pytając nikogo o zdanie. Chcę jednak, żeby wszyscy żyli. Nie wszystko stracone. Musimy się modlić, by Armia Czerwona w ekspresowym tempie minęła Ukrainę, następnie Polskę, by w końcu przełamać największy opór w samych Niemczech zdobywając osławiony Berlin. Trzymając się razem jesteśmy w stanie przetrwać, a przynajmniej dotrwać dłużej niż w rozsypce.
Wchodzimy do środka. Kierują nas do jednego wagonu. Najbardziej obskurnego, śmierdzącego i odrażającego. Pozostałe zarezerwowane są dla sprzętów, jakie wynieśli z naszej bazy oraz dla nich samych .Strażnik wskazał na mnie lufą. Szykuję się droga przez piekło.

24.03.1944
Pamiętnik rewidowano już trzykrotnie. Czerwoni zapewne podejrzewają, iż zapisuje tu długość i szerokość geograficzną oraz rysopisy wszystkich oprawców, które kiedyś mogłyby posłużyć jako dowody. Kartkowano strony co jakiś czas, ale widok zwykłych czarnych liter na tle białych kartek uspokaja ich. Przynajmniej do czasu kolejnej monotonnej kontroli. Omal nie skonfiskowano mi go kilka godzin temu podczas pierwszego postoju. Na szczęście w kolejnym już rosyjskim żołnierzu odezwały się ludzkie odczucia i choć niechętnie to jednak przekazał w moje ręce te prowizoryczne sprawozdanie z pierwszych dni niewoli. Nadal obawiam się pewnego rudzielca, który jest najbardziej agresywny i porywczy z całego oddziału i najchętniej używa wobec nas przemocy i politycznych wyzwisk. Jeżeli on zainteresuje się moim pamiętnikiem to będzie koniec wszelkich zapisek.
Podróż była jednym wielkim dramatem. Ściśnięci w ciasnej grupie na stojąco przez ponad dziewięć godzin słuchaliśmy głośnego zawodzenia wiatru i monotonnego huku kół pędzących po szynach. Pokonaliśmy setki kilometrów. Panowała tam duchota, a powietrze przesycone było odorem zdechłych zwierząt. Pogwałcenie podstawowych praw, jakie należy zapewnić jeńcowi wojennemu, ale teraz przynajmniej dane nam było zasmakować życia Żyda skazanego przez nas system na śmierć. Zdarzały się przypadki utraty przytomności i ataków paniki. Reagowaliśmy na nie bardzo szybko, ale każda taka akcja wymagała dużo sił i zwykle kończyła się jeszcze większym stłoczeniem. Było to męczące. Ciało zdrętwiało mi do tego stopnia, że przez kilka minut zupełnie straciłem czucie w nogach. Bałem się wtedy, że już to jakiś poważny uraz i już nigdy nie odzyskam dawnej sprawności. Nawet teraz nie jestem w stanie manewrować karkiem. Jest zbyt obolały.
Najważniejsze jest jednak to, że moje przypuszczenia potwierdziły się. Mogliśmy rozmawiać. Nawet nie szeptem, ponieważ stara lokomotywa robiła mnóstwo hałasu – z pewnością nie było nas słychać w sąsiednich wagonach nawet, gdy naraz odzywało się kilka głosów. Żołnierze radzieccy zapewne spali, albo zajęci byli grą w karty, czy długim rozkoszowaniu się ostatnimi papierosami. Wielu moich kolegów proponowało akcję dywersji – próbę przyjęcia broni przeciwnika i opanowania rosyjskiego oddziału. Tworzyli już nawet konkretne akcje, rozmieszczali oddział i sugerowali, by ktoś symulował atak padaczki, by zaskoczyć przeciwnika i wprowadzić w jego szereg zamieszanie. Nie nabraliby się. Jestem tego pewien, ponieważ uczono mnie jak reagować na wszelkie podejrzane sytuację. Zresztą mając broń automatyczną i kilka metrów dystansu nie trudno było zapanować nad próbą buntu. Na szczęście wraz z pomocą większości udało mi się powstrzymać te plany określając je jako możliwe do wykonania tylko w obliczu „absolutnie ostatecznej konieczności”.
Gdy pociąg dojechał do ostatniej stacji wypuszczono nas w końcu z ciasnej, dusznej i nieludzkiej pułapki wypędzając na mroźne powietrze południowo-wschodnich kresów. Większość z nas nie była przygotowana do długiego marszu. Podczas rewizji części żołnierzy zerwano mundur. W samych podkoszulkach jak wojska Napoleona maszerowaliśmy w nieodpowiedniej odzieży przez puszcze i stepy, które szybko traciły na gęstości, a coraz częściej pojawiały się lśniące bloki śniegu. Panowały ujemne temperatury. Miałem te szczęście, że nie odebrano mi munduru i niewielkiej majorskiej czapki. Skrywałem dłonie pod pachami wpatrując się w własne buty i buchającą z moich popękanych ust parę. Co przeżywali żołnierze ubrani wyłącznie w białe, cienkie jak włos podkoszulki? Związano nas – każdy połączony był około metrowym odcinkiem liny. Rosjanie zahartowani surowymi zimami w ich ojczyźnie maszerowali żwawo i spokojnie. Zbili się w logiczny szyk, gdzie grupę prowadził i zamykał uzbrojony w karabin żołnierz, a po bokach inni żołnierze (najczęściej z pistoletem) dbali, byśmy się nie porozumiewali. Odpoczywamy tylko, gdy Rosjanie zechcą odpocząć. Załatwiamy nasze potrzeby fizjologiczne tylko w chwili, gdy Rosjanie zatrzymują marsz, by załatwić owe potrzeby. Nie możemy rozmawiać. Nadal jesteśmy wyszydzani i upokarzani. Rudowłosy, agresywny żołnierz Armii Czerwonej często bije moich ludzi. Zupełnie bez powodu. Wierność Hitlerowi i przynależność do Wermachtu jest jedynym (wystarczalnym przecież) powodem. Wiem, że większość z osób należących do grupy gotowej w każdej chwili rozpocząć i przeprowadzić bunt z niecierpliwością obserwuje tego rudzielca i tylko czeka, by wreszcie zemścić się za wszystkie te ciosy i poniżenia. Jestem w stanie wyrazić zgodę na skrytobójczą akcję, by uśmiercić ów żołnierza i choć trochę unormować naszą fatalną sytuację. Musimy czekać. Mamy dopiero dwudziesty czwarty marca. Jeżeli będziemy zachowywać się nierozważnie i zbyt hardo wpadniemy w gorsze tarapaty niż nasi przyjaciele, którzy jeszcze nie tak dawno wypruwali z siebie flaki, by nie oddać ani jednej zajętej ulicy Stalingradu. Zmierzamy przez rosyjskie stepy do obozu pracy. Czeka nas Syberia. Nasze przetrwanie zależy od dwóch czynników – klęski Berlina, o czym już wspominałem, ale i od naszej kooperacji z Rosjanami. Oczywiście pierwszy czynnik jest znacznie ważniejszy, bo nie łudzę się, abyśmy przetrwali w tych warunkach i w tym klimacie więcej niż trzy, cztery lata. Jednak kooperacja może dać nadzieję. Nadzieję na dotarcie do obozu. Nadzieję na obrzydliwy posiłek, który koniec końców będzie przecież posiłkiem. Nie zamierzam z tego rezygnować. Spróbuje nie dopuścić do buntu, najwyżej, że na własne oczy ujrzę realną szanse, która nie będzie wiązała się z ryzykiem utraty większości moich ludzi. Już nie jesteśmy żołnierzami, ale i tak nie pozwolę, by nas zabito. Czy jako Niemców, czy jako żołnierzy, czy jako ludzi…

27.03.1944
Zapiski majora Hansa Kauffmana, pojmanego przez oddział rosyjski dnia dwudziestego siódmego marca roku 1944. Wciąż żyję. Wspominam o tym nie bez powodu. Marsz przez stepy, które w końcu zamieniły się w lodowe pustynie z wyżłobionymi przez przejeżdżający sprzęt drogami był straszny. Wielu z nas wspięło się podczas niego na szczyt swoich ludzkich możliwości skupiając się wyłącznie na synchronicznym, przemiennym poruszaniu prawą i lewą nogą. Trzech nie przeżyło. Szeregowy Astoffman, podpułkownik Leman i nasz kapelan Butt. Szeregowego rozstrzelano po tym, gdy odmówił kontynuowania marszu, a dwaj pozostali zginęli w nocy. Prawdopodobnie wskutek przemęczenia i wyziębienia organizmu. Początkowo próbowaliśmy ciągnąć ich ciała, na co nam pozwolono z szyderczym śmiechem obojętności. Uważaliśmy, iż zasługują na pogrzeb wraz z wojskowymi honorami, jeśli nie w samym obozie to choćby na ziemi napawającej się do wykopania odpowiedniego dołu. Leśne gleby są jednak zamarznięte na kość. Po kilku godzinach, gdy zmieniając się co kilka kilometrów ciągnęliśmy ciała naszych kolegów ze sobą musieliśmy zrezygnować, gdyż kosztowało to zbyt dużo sił i groziło podobnym losem – wyczerpaniem naszych organizmów. Pozostawiliśmy ich około trzynaście kilometrów za posągiem Matki Boskiej przeznaczonym dla leśnych pielgrzymów. Korzystając z wieczornej przerwy odprawiliśmy prowizoryczny pogrzeb. Nie grzebaliśmy zwłok. Przykryliśmy je szmatami i śniegiem. Uroczystości o mały włos nie przerwał rosyjski rudzielec – Wasiliev, który począł rozpędzać zebrany tłum. Na szczęście powstrzymał go dowódca oddziału – Peterliewicz mówiąc coś o żołnierskim obowiązku i etyce w postępowaniu wobec towarzyszy broni. Rudzielec rzeczywiście jest ważnym ogniwem pomiędzy naszymi stosunkami z Rosjanami i moim zdaniem w swoim czasie musi zostać wyeliminowany. Dla dobra obu stron. W końcu wygląda na to, że jesteśmy skazani na towarzystwo tych żołnierzy, a oni muszą użerać się z nami. Nikomu nie jest jak na sielance, więc musimy współpracować i unikać konfliktów, które mogłyby niepotrzebnie zaostrzyć i tak napiętą sytuację. Rudzielec musi zostawić nas w spokoju.
Dwudziestego szóstego 1944 dotarliśmy do obozu położonego… pośrodku niczego, kilka kilometrów za niewielką rzeką i wysokimi wzgórzami przypominającymi pradawne lodowce. Znajduje się on w pewnego rodzaju dolinie, gdzie kończy się masywny las świerkowy. Nawet, gdybyśmy zdołali uciec nie znając okolicy nigdy nie wydostalibyśmy się z tego piekła. Wszędzie wokół rozciągają się potężne, ciemne lasy, a w promieniu kilkunastu, może kilkudziesięciu kilometrów nie wybudowano choćby jednego przyczółka. Wszystko wygląda zupełnie tak jak to sobie wyobraziłem. Kilka baraków, dwie duże hale i sporo wolnej przestrzeni opasanej wysoką siatką zakończoną drutem kolczastym. Z lewej i z prawej umieszczono wieżyczki dla strażników. Prosty, prymitywny obóz pośrodku pustyni śniegu, gdzie teraz przyszło nam egzystować przez czas dogasającej wojny. Wprowadzono nas do baraków i przedstawiono naczelnika obozu, który nosił posiwiałą brodę, szary kożuch i charakterystyczną czapkę z naszytym sierpem i młotem. Był to starszy człowiek o typowo kaukaskich rysach twarzy i ostrym, karcącym spojrzeniu. Przemówił lakonicznie nie licząc, iż ktokolwiek zrozumie. Właściwie wypełniał tylko swój obowiązek z pasywnym, zmęczonym wyrazem twarzy i chaotyczną formułką powtarzaną anonimowym twarzom od lat. Poinformował o czekających nas pracach, które głównie dotyczyły prac w pobliskim lesie oraz w wielkiej hali, gdzie mieliśmy wytwarzać proste produkty potrzebne podczas wojny i życia w surowych warunkach. Trzykrotnie powtarzał, że wszelkie próby ucieczki będą powstrzymywane siłą. Wtrącił także pewną uwagę – „psy są wyszkolone nie do zatrzymywania uciekających, lecz do rozrywania gardeł”. Widziałem te psy. W większości krzyżówki owczarków z masywniejszymi kundlami, wszystkie agresywne i wygłodzone. Naczelnik posiada czarno-białą łajkę – pięknego, zadbanego samca o dumnym pysku, niebieskich oczach i puszystej sierści.
Pozostałe rady i uwagi głównie dotyczyły dziennej rutyny jaka nas czeka i ciężkiej pracy, która zapewnie wykończyła fizycznie już niejednego oficera. Prawo do przeprowadzenia pogrzebu współtowarzysza. Dość istotne, ponieważ w chwili tragedii, jaką jest śmierć przyjaciela nie obdziera nas z resztek godności i kodeksu, który w nas wpojono. Prawo do poruszania się po obiekcie między obowiązkami i pracami. Zupełnie jak spacerniaki w więzieniach, ale przynajmniej będziemy mogli rozprostować kości, czy wypalić papierosa. Prawo do rozmów podczas poruszania się po obiekcie. Jestem wdzięczny naczelnikowi za to prawo. Jako dowódca, który wciąż czuje obowiązek podtrzymywania swoich towarzyszy na duchu rozumiem jak ważne są rozmowy. No i wymienił obowiązki. Obowiązek pracy. Nocowania w przeznaczonych do tego miejscach, czyli tych dwóch ponurych i zimnych barakach. Stała formuła – oczywiste przepisy, które musimy teraz przestrzegać. Naczelnik wydaje się człowiekiem znającym życie i znającym swój obóz. Nie tylko, jeśli chodzi o jego zakamarki, ale i wpływ na innych ludzi. Nie jest może inteligentny, ale nie jest też zagorzałym komunistą, który nienawidzi Niemców. To bardzo ważne. Jego opinia co do narodu niemieckiego i żołnierzy Wermachtu jest neutralna, co pozwoli choćby na rzeczową rozmowę. Choćby na wysłuchanie naszych propozycji! Kto inny mógłby traktować nas jak mięso armatnie, które powinno zdechnąć i w ten sposób zakończyć obustronne problemy.
Mamy marzec i trwają teraz straszliwe mrozy w tej części świata (nie wiem, czy jesteśmy w europejskiej części Rosji). Wyobrażam sobie, że tysiące kilometrów stąd w moim rodzinnym mieście moja żona wita wiosnę plotąc wianek z pierwszych przebiśniegów i wrzosów. Miejsce to zalane jest słońcem, a mimo, iż powietrze wciąż przesycone jest mroźną wonią odchodzącej zimy człowiek aż chce żyć. Szczególnie, gdy twarz gładzą ciepłe promienie słońca. Armia Czerwona powinna dotrzeć tam w lato, kiedy upały naprawdę dają się we znaki w ciasnej zabudowie miasta. Zobaczą śliczne sklepy (i piekarnię pana Rudolfa, gdzie jako dziecko wraz z kolegami kupowałem o świcie ciepłe miękkie słodkie bułeczki) i przyjazną starówkę z mnóstwem kafejek. Zobaczą bar, gdzie ucztowałem przyjęcie do Akademii Wojskowej i gdzie wraz z rodziną i przyjaciółmi wznosiłem toasty z optymizmem oczekując nadejścia przyszłości. To chyba tam po raz pierwszy pomyślałem o dziecku. Spojrzałem na moją drobną żonę i ukrywając chęć płaczu pomyślałem, że zawsze marzyłem o pięknym i silnym potomku, jednak nigdy nie miałem odwagi poruszyć tego tematu. Uważałem, że muszę poczekać na odpowiedni moment, gdy warunki materialne będą sprzyjać takiej decyzji, czyli kiedy już zakończę szkolenie i rozpocznę służbę wojskową. Później pomaszerują ku Berlinowi. Ku kwaterze SS i ku bunkrowi Hitlera. Może już będą ich oczekiwać oddziały aliantów? Co stanie się z moim miastem po wojnie? Co spotka moją żonę? Czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczę? Kocham Cię Mario… Kocham i potrzebuje widoku Twoich roześmianych oczu… Ale to już…
Tymczasem my musimy znosić apogeum wręcz marcowych mrozów, które potrwają jeszcze pewnie do kwietnia lub nawet maja. Nic nie zapowiada rychłego odejścia zimy. W końcu tutaj ludzi podczas opadów śniegu nie klepie po ramionach sympatyczny Święty Mikołaj, a kopie po tyłkach srogi Dziadek Mróz. Jest to wysoki, gruby mężczyzna o czarnej, postrzępionej brodzie i legitymacji partyjnej, który czasem wpada na Kreml, by uciąć w dzisiejszych czasach miłą rozmowę z Stalinem, a dawniej z carami śmiejącymi się w twarz Napoleonowi. Czyż to nie przerażające? Nie mogę już pisać…

03.04.1994
Nie pisałem jakiś czas, ponieważ albo nie miałem czasu, albo byłem zbyt zmęczony, by zbierać myśli i tworzyć logiczne zdania, które mogłyby wyrazić całą żółć goryczy toczącej moje trzewia. Praca w obozie jest praktycznie mordercza. Kilka godzin dziennie na kilkunasto stopniowym mrozie harujemy z kilofami i siekierami w ręku. Głównie rąbiąc drewno w równe kupki i ścinając nowe świerki, które zapewne posłużą do ocieplania nie tylko obozu, na jaki nas skazali, ale głównie zajętych przez Armię Czerwoną prymitywne przyczółki i osady w pobliżu azjatyckiej Syberii. Przypuszczam także, że drewno na opał wędruje do prywatnych biur wysokich wojskowych, którzy mieszkają w eleganckich pokojach i przyzwyczaili się oprócz paru kropel czegoś mocniejszego na rozgrzanie do żarzącego się płomienia w piecyku i kawy o świcie. Bezwątpienia harujemy dla dobra przeciwnika. Drewno jest istotnym surowcem Syberii, szczególnie teraz, gdy linie zaopatrzenia wydłużają się znacznie sięgając aż do wschodniej Europy, która przecież jeszcze nie tak dawno widniała na mapie pod flagą nazistowskich Niemiec.
W hali szyjemy koce, fartuchy, rękawice, czapki i tym podobne wyroby. Musimy to robić starannie i sumiennie, ponieważ po każdej „sesji” nasze prace są kontrolowane przez surowych ekspertów. Błędy karane są masowymi represjami – musimy wtedy wykonać w ramach rekonwalescencji tyle samo odzieży ile zostało już stworzone. Palce, szczególnie kciuki i nadgarstki bolą później człowieka bardziej niż po godzinach intensywnej pracy fizycznej. Igła i nić powoli staje się naszym przyjacielem. Nie popełniamy już błędów. Szyjemy jedną rzecz tak długo aż mamy pewność, że została wykonana perfekcyjnie i nawet jedna nitka nie będzie odstawać od szwu. Na początku, by wprowadzić nas w odpowiedni nastrój błędy przy pracy były karane biciem i kopaniem w specjalnym pokoju. Skatowano wielu moich żołnierzy. Byli zbyt hardzi. Większość należała do grupy zwolenników ataku na Rosjan. Teraz jednak przeciwnik zauważył, że zadawanie bólu jednemu człowiekowi jest nieefektywne. Natomiast zadanie bólu (fizycznego jak i psychicznego) całemu oddziału potrafi złamać nawet najbardziej pewnego siebie żołnierza. Póki co jesteśmy jeszcze drużyną i nikt tutaj nie pozwoli, by jego współtowarzysze cierpieli za jego błędy. Co jednak poczniemy, gdy nasza więź się rozerwie? Już teraz z bólem widzę, że stosunki pomiędzy niektórymi z nas wyraźnie się rozluźniły, a zamiast jednolitej (czasami sztucznej i wymuszonej) filozofii nazistowskiej pojawiają się dwie grupy: zwolennicy bierności i oczekiwania zakończenia wojny ze mną jako liderem i zwolennicy agresywnego uderzenia na Rosjan podczas jednej z śnieżnych zamieci.
Ciężko mi pisać. Na kciukach i koniuszkach pojawiły mi się bąble, które czasem pękają. Wylew ropy z tych guzów nie jest bolesny, ale, gdy następnego dnia muszę operować nicią igłą przebierając w chrapowatym materiale zaciskam zęby z bólu. Mam wtedy ochotę wstać i ruszyć w stronę drzwi. Wyjść i podjąć próbę powrotu do domu. Ale wiem jak zachowałby się żołnierz pilnujący nas w hali, jak i ten krążący wokół podczas naszego pobytu wewnątrz. Każdy z nich ma długi karabin zawieszony na ramieniu i zarekwirowane nam dziewięciomilimetrowe Lugery wepchnięte za pasek – zapewne na wszelki wypadek. Zostałbym rozstrzelany i pochowany w lokalnych lasach, a mojego trupa owinęliby szmatami i kocami, a jedynym orderem byłby krzyż drewniany krzyż postawiony nad grobem. Taka jest strona żołnierza. Wybrałem takie życie, więc powinienem spodziewać się nie tylko awansów i oficjalnych gratulacji z Berlina, ale i klęsk oraz niewoli. Także powinienem być gotów na śmierć. Ale nie jestem. Zatem ignoruje ból i wyszywam z szaleńczą rutyną dbając o to, by każdy szew był precyzyjny i mocny. Zaciskam zęby i nie robiąc przerw pracuje po kilka godzin dziennie. Ponieważ nie jestem gotów na śmierć. Boję się. W ciągu ostatnich dni myślałem wiele (może za wiele) o własnym śmierci i dotknięciu tej mistycznej „drugiej strony”. Po pierwsze wciąż Rosjanie nie zakopali pod grubą warstwą syberyjskiego śniegu w moim sercu nadziei powrotu do domu i żony, a po drugie wykonując rachunek sumienia jestem zbyt przerażony, by stanąć oko w oko ze Stwórcą. Wiem, że pozostali myślą zupełnie jak ja.
Ciężka praca wykańcza nas fizycznie. Posiłki są… Właściwie powinienem napisać wyłącznie, że są. To także nas wykańcza. Warunki przedstawiają się tragicznie. Zapasy pozwalają wyłącznie na jeden posiłek dziennie. W obozie nie ma chyba żadnych środków opatrunkowych, czy dezynfekcyjnych. Nawet jednego bandaża. Jeżeli ktokolwiek zachoruje… Choćby na zwykłe przeziębienie, które mogłoby się przerodzić w grypę zapewne umrze. Żołnierze rosyjscy są widocznie przyzwyczajeni do surowych warunków kresów, więc niskie temperatury, szalejące wiatry niosące lodowate powietrze i ciągła wilgoć choć jest dla nich dokuczliwa, lecz nie działa tak destrukcyjnie jak na nas. Zima europejska nie ma nic wspólnego z zimą rosyjską. Wiedziałem o tym od dawna. Przecież nawet Hitler o tym wiedział wysyłając swoje wojska aż pod Stalingrad i stronę moskiewską! Prawdopodobnie wkrótce każdy z nas wejdzie na etap umierania. Uważam, iż jest to nieuniknione, a największą zagadką jest to czyj organizm jest najsilniejszy i zdoła przetrwać ten koszmar. Karrengerg już pokasłuje jakby od lat cierpiał na astmę. Był zdrowym, młodym chłopcem z okolic Frankfurtu, a już teraz wykazuje odznaki zapalenia płuc, które tutaj bezsprzecznie oznacza wyrok śmierci. Obóz zwolenników ataku naciska na pozostałych. Oni także widzą, że prawdopodobieństwo sukcesu każdego dnia spada, aż w końcu, gdy będziemy zaledwie cieniami dawnych ludzi spadnie do zera. Wychudzeni, przestraszeni, schorowani, stłamszeni, po prostu umierający poczniemy egzystować bez żadnych pretensji z niecierpliwością oczekując nadchodzącego wybawienia. Będzie miało słodki zapach, kojarzyć się z zapomnianym słońcem i pachnieć wiosennymi kwiatami zalewającymi naszą wspaniałą ojczyznę jeszcze zanim fabryki maszyn żniwnych po niewielkich renowacjach poczęły produkować sprzęt wojskowy potrzebny do przeprowadzenia tej okrutnej wojny.
Boże! Czemu ja to wszystko piszę? Dlaczego widzę taką przyjemność w snuciu ponurych wizji śmierci mojej i całego mojego oddziału. Czy naprawdę warto tak nadwyrężać mój obolały nadgarstek, skoro już jutro może przyjść informacja, że wojna się zakończyła, a wszyscy Niemcy mają wrócić do swojego kraju na mocy jakiejś zbawiennej umowy między aliantami, a Hitlerem? Kolejny raz przed snem spędzę długie godziny na modlitwach do Boga, by wraz z kolegami przetrwać piekło i wrócić do domu.
Słowo „amnestia” jest tu teraz najświętszą z modlitw.

07.04.1944
Hainz nie żyje… Próbował ucieczki i zgodnie z zapowiedzią komunistów od razu została użyta siła. Karabiny przedziurawiły go jak sito, a przed pogrzebem poza teren obozu (dół wykopywaliśmy dwanaście godzin, a w pewnym momencie walka z zamarzniętą ziemią była wręcz syzyfową pracą) ponownie odwiedził nas naczelnik po raz kolejny wspominając o konsekwencjach prób ucieczek i ewentualnych buntów. Nie był zdenerwowany. Ukrywając oznaki silnego kaca przemawiał cicho i bez nadziei .Wyglądał na przygnębionego tym zajściem, ponieważ moim zdaniem powtarzało się ilekroć w obozie pojawiała się nowa grupa jeńców. Towarzyszyło mu dwóch Rosjan trzymających krótko na smyczy rozjuszone psy. Tym razem postanowiłem tłumaczyć przemowę naczelnika, czym od razu zwróciłem na siebie jego uwagę. Nikt mnie nie uderzył. Nie zostałem skarcony. Dowódca komunistów przemawiał, a po skończeniu zdania milczał chwilę dając mi czas na tłumaczenie i z lekkim zaciekawieniem spoglądał na moje usta. W końcu przemówił do mnie swoim grubym głosem:
„Pan mówi po rosyjsku?” – zapytał.
Odpowiedziałem: „Znam tylko podstawowe słowa”.
„Pewnie te najpotrzebniejsze?” – dopytywał.
Przytaknąłem głową, a on mruknął: „Zatem niech się pan nauczy także i pozostałych”, po czym zniknął za wysokimi żołnierzami.
Następnego dnia pojawiłem się w jego pokoju w budynku pełniącym chyba wszystkie możliwe funkcję – począwszy od magazynowej aż po administracyjną i zaproponował łyk czegoś mocniejszego. Odmówiłem. Sam nie odmówił sobie nie jednego, a trzech kieliszków. Niewiele rozmawialiśmy. Naczelnik drapał się po wielkiej czarnej brodzie obserwując mnie zmęczonymi oczyma żołnierza-alkoholika. Zadawał pytania, na które i tak nie chciał znać odpowiedzi, jak w chwili, gdy chciał poznać kondycję moich ludzi. Byłem jedynym Niemcem płynnie mówiącym po rosyjsku, a przypadek sprawił, że byłem jednocześnie najwyżej postawionym oficerem grupy. Reprezentowałem oddział, choć tak naprawdę zostałem zaproszony do biura jedynie dzięki znajomości języka. Naczelnik poprosił o zaprzestanie ucieczek i nie organizowaniu buntów.
„Mieliśmy tu już bunty. Okoliczne lasy kryją wiele tajemnic. Wydaje mi się, że jest pan na tyle inteligentnym człowiekiem, że wie, iż żadna z nich nie zostanie wyciągnięta na światło dzienne. Ani teraz, ani tym bardziej po wojnie. Partia tego dopilnuje. Zupełnie jakby nic takiego nigdy nie zaistniało. Proszę uzmysłowić współtowarzyszom, iż nikomu z nas nie zależy tutaj na zakopaniu wszystkich w zbiorowej mogile gdzieś w miejscowym lesie.” – oznajmił cicho. –„ Żołnierz nie powinien umierać jak bezpański pies.”
Wspomniałem o jednym z jego ludzi, pewnym rudzielcu, który od jakiegoś czasu nieustannie prowokował konflikty i dążył do naszego zniszczenia. Niestety mężczyzna odpowiedział, że nic nie może w tej sprawie zrobić. Poprosiłem choćby o zwykłą rozmowę. Naczelnik stwierdził lakonicznie, że przemyśli to. Właściwie był to koniec rozmowy. Mężczyzna przeglądał jeszcze jakieś wilgotne dokumenty mrucząc coś pod nosem (czasem były to nieartykułowane sapnięcia) i spoglądając na mnie kątek oka. Oczekiwałem kolejnych pytań, byłem przygotowany na rozmowę na wszelki temat, ale po długiej chwili milczenia Rosjanin oznajmił, że „jestem już wolny”.
Oczywiście wypytywano mnie później o istotę dyskusji z przeciwnikiem, a ja cierpliwie tłumaczyłem powtarzając każde zdanie i dodając własne komentarze mające zniechęcić pozostałych do ewentualnych ucieczek. Zgadzałem się z tym człowiekiem i mimo nadmiernego pociągu do alkoholu człowiek ten zdobył moją sympatię, a przynajmniej szacunek. Był osobą gotową do podjęcia rozmów. Co prawda nie wierzyłem w interwencję w sprawie rudzielca, aczkolwiek podczas spotkania czułem się wysłuchany i respektowany. Nie wydaje mi się, by moi towarzysze poznali naczelnika do tego stopnia co ja. Dla nich każdy z strażników obozu był tym samym ścierwem, okupantem, wrogiem i zagorzałym komunistą. Szkoda, że zachowują się jak hipokryci. Jak patrzą na nas Francuzi, Polacy, Ukraińcy, czy teraz Rosjanie? Czy w ich oczach nie jesteśmy tym samym? Doszło już do próby ucieczki, która może być potraktowana jako dezercja. Czy tak postępuje żołnierz Wermachtu? Prawdziwy nazista? Uważam, że wszyscy powinniśmy zajrzeć w głąb samego siebie i spojrzeć w czerń naszych serc, by wiedzieć, czy nadal jesteśmy tymi dumnymi oficerami potęgi Trzeciej Rzeszy. Ja nie jestem. Naczelnik także nie jest, choć jego ideologia jest nieco inna. Aczkolwiek grzechy zapewne te same.

10.04.1944
Wydarzyło się coś dziwnego dzisiejszej nocy… Nie wrócił z obchodu jeden z rosyjskich żołnierzy. O ile się nie mylę nazywał się Dimitri Iwanow. Właściwie nie powinienem marnować ołówka, a po prostu umieścić krótką notkę, że także w szeregach Armii Czerwonej dochodzi do aktów dezercji, ale obawiam się, że Dimitri nie żyje. Każdy z żołnierzy ruszających na obchód obozu uzbrojony jest w karabin maszynowy, latarkę oraz zardzewiały gwizdek, więc nawet, gdyby spotkał na swojej drodze coś, z czym nie potrafiłby się uporać w pojedynkę z łatwością byłby w stanie wezwać posiłki.
Wraz z kilkoma wiernymi towarzyszami omawialiśmy ile jeszcze czasu rosyjska zima będzie nas zadręczać przed barakiem sypialnym, gdy doszło do ewidentnego zaniepokojenia, gdyż Iwanow nie wracał zdecydowanie za długo. Naczelnik pojawił się (jak zwykle swoim chwiejnym, powolnym krokiem) wezwany przez jednego z żołnierzy, który często pozwalał nam rozmawiać w baraku nawet po ogłoszeniu ciszy nocnej, a słuchając meldunku świadka zeznającego o której Dimitri opuścił obóz gładził się po swojej posiwiałej, zaniedbanej brodzie. Szybko doszedł do siebie, po czym rozkazał dwóm innym Rosjanom dokładnie obejście kompleksu zachowując jak to określił „najwyższy stopień czujności”. Byliśmy przy tym, a ja stałem na tyle blisko, że zdołałem usłyszeć wszystkie rozmowy. Ściemniało się, a północny wiatr wzmagał się z każdą minutą. Po raz pierwszy od czasu, gdy zesłano nas do tych kilku nędznych baraków otoczonych siatką, które ktoś z partii komunistycznej złośliwie nazwał obozem jenieckim poczułem, że potrzebuje tych Rosjan. Każdego dnia każdy z nas modlił się, by po przebudzeniu wszyscy z nich po prostu zapadli się pod ziemię, gdy tymczasem dzisiejszego wieczoru z przerażeniem stwierdziłem, że muszą wrócić. Nie wiem jakbym się zachował, gdyby nie powrócili.
Na szczęście nie zostałem wystawiony na próbę, gdyż dwóch młodych żołdaków kochających nad życie przywódcę – Stalina i kraj – Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich powróciło. Wtedy też kazano nam wracać do baraków i nie patyczkowano się z nami – byliśmy popychani i pośpieszani. Widocznie stwierdzono, że lepiej będzie, jeśli nie ujrzymy tego, co jeden z powracających żołnierzy niósł. Ale ja to widziałem. Przez ułamek sekundy. Poszarpany, stary, wojskowy but… Produkowany masowy we wszystkich częściach kraju wraz z grubymi płaszczami na misiu i włochatymi czapeczkami z naszywanymi tanią nicią symbolem sierpa i młota. But modelu, który każdy Rosjanin tu nosił. Poszarpany… Zapewne przez rozjuszone dzikie zwierzę.
Nie tylko ja dostrzegłem but, więc w baraku przy zaledwie dwóch świecach i kilku papierosach, które krążyły z ust do ust natychmiast wybuchła intensywna dyskusja. Oczywiście wpierw stwierdzono, że to niedźwiedź wypłoszony z tajgi przez nadjeżdżające czołgi zawędrował gdzieś na skraj boru spotykając na swojej drodze przemęczonego żołnierza. Inni twierdzili, że to tygrys syberyjski zwabiony światłem i różnorodnymi zapachami zapolował na Rosjanina. Naturalnie nikt nawet nie zapytał, czy śmierć Dimitra nie była związana z działalnością ludzką. To było zwierzę. Duże. Mięsożerne. Ktoś zażartował, że może zabije wszystkich Rosjan zupełnie jak wysłannik Boga w skórze potwora, który przyniesie nam wolność. Jan – świetny szachista, który bał się broni palnej wspomniał o legendzie dwóch lwów, które w jednym roku zabiły ponad trzydziestu mężczyzn w północnej Afryce, gdzie naszymi wojskami podczas apogeum potęgi III Rzeszy prowadził Rommel.

11.04.1944
W obozie panuje dziwna atmosfera. Po zaginięciu (śmierci?) żołnierza Dimitra Iwanowa wszyscy Rosjanie zdają się być podenerwowani. Skończyły się żarty i frywolne rozmowy o białoruskich i ukraińskich kobietach ze wsi, które oferowały kiedyś swoje usługi. Skończyło się także wyjątkowe zainteresowanie każdym naszym krokiem, każdym półsłówkiem wypowiedzianym w baraku sypialnym po ogłoszeniu ciszy nocnej i każdym słowie zapisanym w moim pamiętniku. Jeszcze niedawno był systematycznie sprawdzany.
Z obawy przed zapisywaniem nazwisk, które mogły być później użyte podczas sądów wojennych. Chyba nikt już nie wierzy, że III Rzesza wejdzie w posiadanie tych dokumentów. Tym bardziej Alianci, którzy dopiero zbierają siły w odbijanej z rąk naszych chłopców Francji. Ale to nie spokój jest powodem ignorowania moich zapisków. Widocznie Rosjanie mają teraz większy problem. Z pewnością związany z dziwnymi (tragicznymi?) wydarzeniami poprzedniego wieczoru. Zastanawiam się jednakże, czy sprawa nie jest poważniejsza niż wszystkim nam się wydaje?
Śmierć kompana przygnębia. Obcowanie z śmiercią na wojnie jest nieuniknione. Jest częścią strony żołnierza, więc rozumiem, że w ten chłodny, wietrzny, ponury czas myśli wielu z naszych wrogów kierują się ku postaci Dimitra, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego zwiększono kontrolę nie tylko okolic naszego obozu, ale i jego samego? Nawet, jeżeli gdzieś w pobliskich lasach mieszka potężny niedźwiedź, który pozbawił już życia człowieka dwudziestu czterech dobrze uzbrojonych żołnierzy nie powinno zachowywać się tak ostrożnie i bojaźliwie jak mysz schwytana w pułapkę.
Choć nie mam odpowiedniego doświadczenia wydaje mi się, że Rosjanie przebywający od lat na terenie tajgi bez większych przeszkód powinni odnaleźć legowisko zwierza i bez mrugnięcia oka po prostu go zastrzelić. Tymczasem strażnicy w milczeniu, z wyraźnym przestrachem spoglądają w kierunku lasu. Poza tym nikt nawet nie zbliża się do ogrodzenia. O świcie sam naczelnik w towarzystwie dwóch starszych oficerów swoim chwiejnym krokiem obszedł cały kompleks sprawdzając, czy drut kolczasty jest należycie przymocowany. Na wieżyczkach obserwacyjnych umiejscowiono osoby, które z tego co udało mi się podsłuchać są najlepszymi strzelcami – osobami o niezawodnym oku, które, kiedy ja bawiłem się drewnianymi klockami z kolegami polowały już na wilki na nieprzyjaznej, syberyjskiej ziemi. Muszę także zapisać, że nie odbył się obchód. Ze względów bezpieczeństwa? Świt był wietrzny i chłodny, ale powietrze było klarownie czyste. Nie wiem jak to sobie wytłumaczyć.
Milcząca, ponura atmosfera w obozie udzieliła się także i nam. Zrezygnowano dziś z pokera i warcabów, a także wciąż kojących ból w sercu rozmów o tym co kto by zrobił, gdyby powrócił do ojczyzny. Nawet dość odizolowany od reszty obóz radykalnych żołnierzy szykujących bezustannie przewrót dołączył do większości, by w milczeniu obserwować podenerwowanych Rosjan i zapytać się o kilka papierosów.
Nie miałem dziś ochoty na bezproduktywne rozmowy i wysłuchiwanie, że moje konszachty z naczelnikiem są odbierane przez grupę jako zdrada, więc większość czasu spędziłem na swojej czarnej pryczy wpatrując się w odrapany sufit i wyblakłe, zniszczone zdjęcie fragmentu ulicy w przemysłowej części Monachium. Niewielki sklepik z narzędziami, uśmiechnięty chłopiec w szarym berecie, dziewczyna na rowerze w tle i te piękne, szare niebo. Chmury, które tu na Syberii nie symbolizują niczego. Są po prostu wielkie, tłuste i leniwe. Blokują słońce swoją szarą powłoką, jakby chciały uświadomić nas, że po dostaniu się do rosyjskiej niewoli nie dane jest nam teraz oglądanie słońca i idealnego błękitu. A błękit ten czeka w Monachium, Berlinie, Dreźnie, Hamburgu i wszystkich zakątkach wspaniałych Niemiec.
Może niepotrzebnie marnuje ołówek? Może po prostu Dimitr uciekł, a Rosjanie odnaleźli zwykły, stary but? Albo, jeśli przyjąwszy tezę, że młody żołnierz nie żyje to padł ofiarą niedźwiedzia albo wilka? Atmosfera związana z utratą kolegi wprowadziła także pewną niepewność, ostrożność i przerażenie, jednak nadal wszystko jest po staremu – Rosjanie to oprawcy, a my Niemcy to jeńcy wojenni i nie dzieję się tak naprawdę nic niezwykłego?
Trudno poukładać dziś myśli. Zamiast opisywać te wszystkie trudne chwile, trudne zarówno dla sowietów jak i dla nas wolałbym opisywać blade niebo wiszące gdzieś nad przemysłową dzielnicą jednego z niemieckich miast. Mógłbym nawet napisać o tym wiersz. Wystarczy, by zabrano obóz postawiony pośrodku niczego, gdzieś na surowej Syberii, zabrano strażników, jak i wszystkich moich kompanów, a jakaś fantastyczna siła (do licha – niech to będzie nawet sam Szatan!) zabierze mnie do mojej żony i wolnych Niemiec bez Hitlera, Wermachtu, nazizmu, bez nich… Ale mam świadomość, że już za późno. Możliwe, iż ta piękna czarno-biała fotografia jest reliktem rzeczywistości, która zmieniła się w zaledwie kilka lat. Nieodwracalnie.
Czy sól naszej ziemi przetrwa? Inteligencja, naukowcy, politycy… Czy młodzież niemiecka pozostanie tak wspaniała jak była dawniej? Czy, kiedy ucichną działa, a kurz opadnie nasze społeczeństwo nie okaże się być zniszczone i tak zmienione, by już nigdy nie dojść do wielkości? Tyle pytań, a żadnych odpowiedzi.

12.04.1944
Nerwowa atmosfera w obozie trwa nadal. Stopień ostrożności podniesiono jeszcze bardziej, a naczelnik oznajmił nam na porannej zbiórce, że w związku z „pewnymi nieprzewidzianymi niedogodnościami” nie jesteśmy teraz najważniejszym problemem, a jeśli jednak spróbujemy się nim stać (czyżby stary Rosjanin wyczuwał, że plan przejęcia obiektu jest rozważany przez pewne kręgi niemieckich żołnierzy?) wszyscy zostaniemy rozstrzelani i pochowani w okolicznych lasach. Ton naczelnika świadczył, że jest podenerwowany i wcale nie żartuje. Przez chwilę każdy z nas stał wyprostowany jakby na baczność (mimo, iż nie mamy obowiązku salutowania) wstrzymując oddech i widząc chłodny, wilgotny dół stanowiący masową mogiłę, gdzie każdy z nas mógł spocząć jak bezpański pies.

13.04.1944
Obchody wokół obozu zostały wznowione, jednak przeprowadzane są na specjalnych zasadach. Żołnierze (każdy uzbrojony w karabin maszynowy i gwizdek) chodzą parami, czasem nawet trójkami i ściśle trzymają się ogrodzenia. Wracają po zaledwie kilku minutach. Dla wszystkich oczywiste jest, że obawiają się czegoś, co wciąż zdaję się czyhać na pobliskim terenie. Choć może to brzmieć nieco irracjonalnie, aczkolwiek ich zachowanie (jak przerażone dzieci we mgle, niepewne co należy zrobić, by wrócić do domu) naprawdę o tym świadczy. Zadziwia mnie to! Wydaje mi się, że dzieje się coś dziwnego i podejrzanego. Będę obserwował rozwój sytuacji.
Dziś w nocy śniła mi się moja kochana żona. Tak bardzo tęsknie. Wiem, że już nigdy nie ujrzę jej na oczy. Płakałem…

16.04.1944
Żołnierz o nazwisku Kłaniewicz zaginął… Siatka ogradzająca obóz w pewnym miejscu jest poszarpana i sfatygowana jakby stanęła na drodze ogromnemu zwierzęciu…
Minęło zaledwie kilka dni, a kolejny żołnierz nie powrócił z obchodu, mimo, iż jak stwierdził jego partner oddalił się zaledwie na chwilę, by załatwić fizjologiczną potrzebę. Młody oficer był bity. Wręcz katowany, by upewnić się, że to nie on jest powodem wkradającej się w serca wszystkich paniki. Słyszeliśmy krzyki bólu i cierpienia oraz głośne krzyki nawołujące go do przyznania się, a następnie do opowiedzenia wszystkiego co widział.
Działo się to wieczorem, moim zdaniem około ósmej (nie jestem pewien, ponieważ odebrano nam zegarki i wszelkie dobra, które można spieniężyć) zanim jeszcze naprawdę zapragnąłem wydostać się z tego przeklętego miejsca. Staliśmy wszyscy przy naszych barakach sypialnych spoglądając nerwowo na gabinet naczelnika, w którym miałem już okazję przebywać. Pilnowało nas dwóch Rosjan, jednak sami byli bardzo przerażeni. Większość czasu „pilnowali” stojąc do nas plecami. Okrzyki strażnika o nazwisku Uklivic czy Uklavic przemierzały wraz z wiatrem wiele metrów docierając zapewne do pobliskich lasów, gdzie w tamtej chwili spoczywało ciało oficera Armii Czerwonej – Władimira Kłaniewicza.
Kiedy się skończyło zapanowała straszliwa cisza. Milczał cały świat. Przez ten złowieszczy całun nie przebił się żaden szmer drzew, żadna pretensja wygłodniałych ptaszysk, ani żaden grzmot zbliżającej się burzy. Chyba już wiedzieliśmy jak tragiczna jest teraz nasza sytuacja, ale nasze milczenie pośrednio spowodowane było tym, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, z czym dokładnie mamy do czynienia. Widok przeciwników, którzy cierpieli z powodów ingerencji sił trzecich naprawdę potrafi oszołomić. Zważywszy, iż byliśmy w pełni zależni od naszych przeciwników. Skoro oni byli w tarapatach… co my mieliśmy sądzić?
Natomiast jeszcze przed świtem, gdy pierwsi strażnicy spotkali się na porannym papierosie dostrzegli, że ogrodzenie w pewnym miejscu zostało poważnie naruszone. Wzmożony ruch przy naszym baraku obudził wszystkich o bardzo wczesnej porze, a, że zapomniano nam wówczas powiedzieć, byśmy nie opuszczali pomieszczenia na własne oczy ujrzeliśmy powód porannego chaosu. Zupełnie jakby potężny zwierz usiłował rozerwać sobie łapami wielką szparę przez, którą mógłby wejść. Drut kolczasty w jednym miejscu był oderwany od ziemi i zwisał bezwładnie jak zwykły sznurek. Jak sznurek z mokrą bielizną zerwany przez bawiące się dzieci. Przeraził mnie ten widok. Krzyki katowanego oficera, z którego próbowano siłą wydobyć choćby źdźbło informacji były okropne i mroziły nam wszystkim serca, ale ta siatka udowodniła wiele rzeczy.
Już teraz wiem, że mamy do czynienia z dzikim zwierzęciem pokaźnych rozmiarów, dysponującym imponującą siłą. Uważam, że to niedźwiedź, choć nie wykluczam ogromnego wilka. Może nawet watahy wilków. Ponadto jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie – zarówno moi kompanie jak i Rosjanie (my wszyscy), ponieważ drapieżnik widocznie zapamiętał to miejsce i po zabiciu Dimitra Iwanowa powrócił tu szukać pożywienia. Starał się przedostać przez siatkę i sam Bóg wie, czy mu się to nie udało. Aż trudno mi sobie wyobrazić, że coś tak ogromnego i tak łakomego krwi spacerowało po obozie, gdy my smacznie spaliśmy w swoich pryczach, a zszokowani Rosjanie omawiali zaginięcie dwóch kolegów przy wódce i papierosach. Drapieżnik traktuje obóz jako swoisty „suto zastawiony stół” odnajdując w wszystkich jego mieszkańcach pożywienie.
Mój Boże! Jeśli ktokolwiek przeczyta te zapiski z pewnością nie uwierzy, że major Wermachtu, który widział niejedno podczas starć w środkowej Europie drży ze strachu, mimo, iż jego oprawcy, którzy (o ironio!) stali się teraz jego obrońcami z powodu jednego zwierzęcia. I choć owe zwierzę wprawdzie zabiło dwóch rosyjskich żołnierzy (z czego powinienem, lecz nie potrafię się radować) nadal pozostaje tylko zwykłym niedźwiedziem lub wilkiem. Rzeczywiście sam się dziwię, bo przecież Rosjanie mają broń. I to dużo. Mają broń maszynową produkcji radzieckiej, granaty, pistolety zarekwirowane nam podczas upadku naszego przyczółku, a mimo to piszę w moim pamiętniku, że się boję. Piszę, że wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie. Ale to przeczucie, spychające logikę na dalszy plan. No i dlaczego Rosjanie wciąż nie zdecydowali się na polowanie?

18.04.1944
Rosjanie zdecydowali się na polowanie. Połowa żołnierzy Armii Czerwonej ruszyła za naczelnikiem siedemnastego kwietnia o godzinie siódmej rano w gęsty las, by wytropić i zastrzelić wszelką zwierzynę. Pogoda sprzyjała takiej wyprawie. Oczywiście wciąż panuje morderczy dla nas chłód, jednak dzień był bezwietrzny, a powietrze zdawało się być krystalicznie czyste.
W obawie przed naszym możliwym powstaniem zostaliśmy zamknięci w baraku sypialnym i poinstruowani, że ktokolwiek choć dotknie klamki drzwi zostanie rozstrzelany, a zaraz po nim unicestwieni zostaną wszyscy. Reguła odpowiedzialności zbiorowej funkcjonuje u sowietów zapewne od zawsze, ale co nie powinno zaskakiwać działa idealnie. Uwierzyliśmy na słowo i nikt z obozu „zbuntowanych” nawet nie rozpoczął tematu, że oto nadarza się szansa na przejęcie obiektu. Rosjanie byli zdenerwowani. Pozostawieni na straży żołnierze musieli przechodzić katusze odliczając kolejne godziny i nie znając odpowiedzi na pytanie: co stało się z oddziałem? Więc z pewnością, gdyby zaszła potrzeba, a zasady zostałyby złamane zostalibyśmy rozstrzelani.
Mimo tłoku w baraku panowało milczenie, wyczekiwanie. Atmosfera niepewności nie minęła od czasu zaginięcia Iwanowicza. Wiem, że wielu z moich dawnych kompanów modliło się, by połowa oddziału z obozu jenieckiego nie powróciła po tej wyprawie, ja natomiast z przerażeniem spoglądałem na nadchodzące południe oraz upływający czas. Gdyby nie powrócili… Nie potrafię przelać na papier moich uczuć. Ale wiem, że kilku moich dawnych podwładnych czuło dokładnie to samo. Kurtz, Richman, Einenchmunz… Widziałem w ich oczach strach i te same myśli, których ja nie potrafiłem wyzbyć się z mojej głowy. Myśli, że cały oddział napotkał ową tajemniczą bestię i zginął w walce z nią, gdzieś w głuchej puszczy niedostępnego boru.
Żołnierze wrócili bardzo późno. Słyszeliśmy ich podekscytowane głosy, gdy zdawali relacje strażnikom, którzy cały dzień spędzili na nerwowym obserwowaniu to lasu, to naszego baraku. Grupa rozeszła się po całym obozie, ale niektórzy opowiadali dokładnie co wydarzyło się tego dnia w lesie. Słyszałem niewiele, ale ucieszyły mnie strzępki wychwytywanych wieści. Wszystko wskazywało na to, że tak długie i ryzykowne polowanie zakończyło się całkowitym sukcesem. Podobno unicestwiono kilka młodych wilków, śpiących w jakiejś jamie i co najważniejsze ogromną matkę, która z wściekłym rykiem wypadła z gąszczu, by bronić swoich rozstrzeliwanych dzieci.
Żołnierze mówili, że dorosły wilk był naprawdę ogromny i wyglądało na to, że dobrze znał życie. Czy mogła być to bestia, która uśmierciła dwóch Rosjan i poważnie uszkodziła siatkę? Niektórzy mówili, że z pewnością, ale wśród „łowców” pojawiali się też tacy, którzy zapewniali kolegów, że przemierzyli wiele mil kilometrów borów i gąszczów napotykając różne ślady obecności wielkiego drapieżnika, a spotkanie z wilczycą i jej młodymi było kwestią przypadku. Szukali w końcu bardzo długo, więc w końcu determinacja i uśmiech szczęścia doprowadził ich do ciemnej jamy skąd dochodziło niskie piszczenie głodnych psiaków. Owi żołnierze nie wierzyli, że ostatnie tajemnicze wypadki były związane z wilczycą szukająca pokarmu dla siebie i młodych.
Ja natomiast… Sam nie wiem co myśleć… Nie jestem łowcą, a zapewnienie, że „wilk był naprawdę pokaźnych rozmiarów” każe mi wierzyć, że tak oto morderca dwóch strażników został odnaleziony i unicestwiony, a w okolicy zapanuje teraz spokój. Ale niepewność części żołnierzy… Domniemane ślady obecności czegoś innego… No i wciąż moje przeczucie, drogi pamiętniku. Nie potrafię pozbyć się myśli, że tak, czy inaczej wszyscy jesteśmy zgubieni, bo nadal wisi nad nami wielkie niebezpieczeństwo.
Dziwi mnie także, że naczelnik nie uspokoił ani swoich ludzi ani (choć to już potrafię zrozumieć) nas. Nie widziałem go od kilku dni, ponieważ otaczając się wyłącznie starszymi oficerami praktycznie nie opuszcza swojego biura. Co prawda wyznaczył datę i grupę odpowiedzialną za polowanie, któremu sam przewodził, ale po jego powrocie nie wyglądał na zbyt spokojnego. To także zauważyli jego ludzie i o tym także szeptano po powrocie połowy oddziału. Mówi się, że on coś wie. Coś, o czym nie chce powiedzieć, a co zdradził tylko najstarszym mężczyznom z obozu.
Naczelnik to człowiek o ogromnym zamiłowaniu do wódki i moim zdaniem ogromnej nienawiści do tego miejsca i swojej pracy. Nie uważam, by cokolwiek ukrywał, a już na pewno nie jakąś tajemnicę, o której tak złowieszczo szepczą młodzi Rosjanie. Niedawne wypadki poważnie nadszarpnęły jego pozycję, a, że nie należy on do ludzi szybko podejmujących właściwe decyzję (może dzięki tej zdolności ścigałby teraz uciekające z wschodnich kresów Rosji wojska Wermachtu zamiast pilnowania schwytanych do niewoli Niemców) potrzebował czasu do namysłu, a i tak w końcu podjął jedyną możliwą do podjęcia decyzję.
Ale czy bestia została zgładzona? Czy może podczas mozolnych poszukiwań odnaleziono i zabito przypadkowe zwierzę? Chyba czas pokażę.

20.04.1944 (godz. około 13.00)
Dwudziesty kwiecień jest dniem w miarę spokojnym. Mamy południe, a ostry wiatr z północy przegonił szare chmury, dzięki czemu przez długi czas mogliśmy obserwować niebieskie niebo i słońce. Lodowe, samotne pustynie, jakie rozciągają się w pobliżu obozu wysłane były jakby milionem diamentów lśniących w słońcu wesołym blaskiem. Śnieg nie topnieje, ale nieco światła, które się dziś pojawiło rozjaśniło sople lodowe i połacie nienaruszonej białości. Muszę przyznać, że to piękny widok.
Rosjanie powoli dochodzą do siebie. Prawdopodobnie zaakceptowali (z pewnymi wyjątkami) fakt, że wilk został zabity, więc i niebezpieczeństwo minęło. Spotkali się z taką sytuacją pierwszy raz moim zdaniem i głęboko wierzę, że ten kwiecień pozostanie na ustach okolicznej ludności przez długi czas. Wilczyca-morderczyni, która zabiła dwóch rosyjskich żołnierzy przez długi czas będzie legendą przenoszoną do nowych pułków, nowych wojsk.
Atmosfera wciąż jest poważna – nadal trwa żałoba, a Dimitri Iwanow i Kłaniewicz zdają się wciąż pilnować niemieckich, faszystowskich świń; nadal zdają się opowiadać kawały i anegdotki o rosyjskich kobietach, nadal podają dalej zarekwirowane od nas papierosy po zaledwie jednokrotnym zaciągnięciu się. Trudno niektórym uwierzyć, że tak wiele wydarzyło się tak szybko, a tych dwóch mężczyzn umarło. W końcu nie jesteśmy już na froncie, a w pobliżu nie trwają walki. Czasem słychać przemarsz oddziałów i okropny hałas przejeżdżających czołgów, ale przecież jesteśmy teraz w obozie jenieckim na Syberii, gdzie druga wojna światowa trzyma swoje ofiary, a nie swych żołnierzy. A tymczasem dwóch z tych młodych żołnierzy zginęło.
Aczkolwiek z pewną ulgą dostrzegam, że powoli nieznośne napięcie opada. Rosyjscy żołnierze rozmawiają już ze sobą nie tylko o niedawnych problemach, czasami nawet na ich twarzach pojawia się krótki, nieśmiały uśmiech. Dzienna rutyna, jakiej byliśmy poddawani wraca do normy, a nawet przeklęty rudzielec z zdwojoną siłą katuje nas, przeklinając cały naród niemiecki. I choć czasami to wszystko boli jak pierwszego dnia, a praca wykończy nas wszystkich w ciągu zaledwie kilku zim człowiek ma przedziwne wrażenie, że wszystko jest już w porządku. Samotne, lodowe pustynie przynoszą ukojenie, porażają swoim spokojem. Trudno to właściwie wyjaśnić. Nigdy nie pokocham Syberii, ale szanuję ją za spokój jaki jest mi w stanie zaoferować w tym trudnym dla Europy czasie wojny.
Nie wiem jakby to było mieszkać i pracować w obozie, gdyby ta nieszczęsna atmosfera ciągłego zagrożenia nadal wisiałaby w powietrzu. Rosjanie byli bardzo nerwowi, palce z przyzwyczajenia trzymali na spuście i czekali choćby na jeden gest buntu, by załatwić sprawę raz na zawsze. A i my snuliśmy się po podwórzu jak duchy, w milczeniu obserwując rozwój wypadków, nie wiedząc, czy dziękować szczęściu za śmierć wroga, czy już modlić się do Boga o przetrwanie.

(około godz. 20.00)
Micloffen – młody Bawarczyk z okropną blizną po kuli z polskiego Wissa, który omal go nie zabił stwierdził, że Rosjanie złożyli mnóstwo broni, amunicji oraz prowiantu w domku naczelnika.. Podobno strażnicy wnosili całe skrzynie ustawiane równo pod ścianą, a następnie liczyli amunicję i głośno zastanawiali się nad podziałem niewielu sztuk broni. Zastanawiające. Wierzę temu chłopakowi. Przekazał mi tą informację szeptem, kiedy spacerowałem właśnie samotnie w pobliżu prowizorycznie załatanej siatki Byłem zaniepokojony i zdezorientowany. Kiedyś zapewne postarałbym się go pocieszyć i uspokoić, ale teraz tylko podziękowałem za informację.
Micloffen dopytywał się jak się czuje i czy wszystko jest w porządku. On radzi sobie całkiem dobrze. Zaskakujące, bo uważałem, że to młodzi będą strasznie przechodzić niewolę, gdy tymczasem większość z nich radzi sobie bardzo dobrze. To starsi popadają w apatię i depresję. To starsi czasem poruszają temat samobójstwa, podczas, gdy młodzi (co prawda jedynie nieodpowiedzialna grupa) planują próbę rewolty. Micloffen na szczęście nie należy do tej grupy żołnierzy. Pracuje za to bardzo wydajnie, intensywnie. Czuje się przy nim jak starzec, mimo, iż nie tak dawno wydawałem mu rozkazy, a każda jego odpowiedź brzmiała „tak jest, panie kapitanie”. Chłopak przeżyje długo w obozie. Pewnie będzie uczestniczył w pożegnaniu mnie i oficerów z mojego rocznika.
Myślę sobie, że młodzi może nie są jeszcze w pełni świadomi, w jakiej sytuacji znaleźliśmy się nie tylko my, ale i cała III Rzesza. Zauważyłem, że mimo wielu rozmów na ten temat młodzi żołnierze nadal wierzą w siłę Wermachtu i w to, że się stąd wydostaną. Starsi wyzbyli się złudzeń, przestali ślepo ufać potędze naszego wojska i geniusza strategicznego Fuhrera akceptując los i powolne wykańczanie organizmu, tu na Syberii. Młodzi są naiwni, ale to właśnie ta wiara pozwala im przetrwać bez powszechnych załamań i przypadków postradania zmysłów. Micloffen jest tego żywym przykładem. Dziś powiedział mi, że może i ruscy zajmą całą Ukrainę i Polskę, a nawet przekroczą granicę Rzeszy, ale stolicy nigdy nie zajmą. Przy niewielkim szczęściu alianci zostaną zatrzymani gdzieś na kresach linii Zygfryda co da Hitlerowi czas na przegrupowania, szybki pobór i skuteczny kontratak. Tak, czy inaczej – jak mówił – Rzesza utrzyma ogromny teren, a wpływy polityczne i gospodarcze w okupowanych przez te pięć lat krajach umożliwią szybki rozwój.
Nie zgodziłem się. Nie tłumaczyłem (mimo nalegań) dlaczego. Chciałem pobyć sam. Myśli o przyszłości Rzeszy od razu nasunęły mi obraz żony.

23.04.1944
W przeciągu trzech ostatnich dni nic istotnego nie wydarzyło się w obozie. Panuje dziwny spokój. Jakby nasłuchiwanie. Dżdżyste dni wprowadziły melancholijny nastrój. Czuć smutek, ciszę i przygnębienie w powietrzu.

24.04.1944
Rosjanin o rudej, bujnej czuprynie w ataku furii podczas prac poza terenem obozu złamał rękę Oliverowi Gmuztigowi. Nie chce wracać do tej chwili, gdy trzydziestu mężczyzn nie stanęło w obronie swojego rodaka udając, że nie słyszy jęków bólu i trzasku łamanej w wielu miejscach kości. Myśląc wyłącznie o własnej sytuacji wymachiwaliśmy kilofami krusząc zmarznięte drewno na mniejsze kawałki. Mróz szczypał mnie wtedy po dłoniach i policzkach i starałem się koncentrować tylko na tym odrętwieniu. Ale nie potrafiłem zapomnieć o Gmutzigu. Żołnierz obok mnie (nie jestem pewien, ale to chyba był Klingsmann) płakał. Widziałem to kątem oka. Mam nadzieję, że wszyscy zrozumieją, dlaczego nie zareagowaliśmy. Powstrzymały nas lufy karabinów, co prawda skierowane profilaktycznie ku ziemi, ale mogące być w każdej chwili wymierzone w…
Oliver zamknął się w sobie. Chyba poznał dziś prawdę o braterstwie w wojsku i pomocy, jaką mogą mu zaoferować dawni kompanie. Stał się agresywny w stosunku nie tylko do Rosjan ale i do nas. Stracił zaufanie. Znienawidził wspaniałych żołnierzy Wermachtu, to miejsce i cały świat. Wojna widocznie przestała być przygodą, a służba wojskowa dla własnej ojczyzny przestała być oczywistym obowiązkiem każdego.

25.04.1944
Oliver odrzucił pomoc kilku jego najbliższych znajomych przy przebieraniu, toalecie i przyjmowaniu posiłków. Mimo niesprawnej prawej ręki postanowił radzić sobie sam. Zresztą źle to określiłem. Radzenie sobie oznacza pewne czyny świadczące o chęci normalnego funkcjonowania mimo ułomności. Oliver prawdopodobnie takich działań nie zamierza podjąć. Cały dzień spędził w kącie baraku. Nie odzywa się do nikogo. Przechodzi kryzys, a ja nie potrafię mu pomóc. Próbowałem ale skończyło się tylko na mojej frustracji, a jego jeszcze większym zniechęceniu do dawnych towarzyszy. Ale taka widocznie jest strona żołnierza…
Angus Reichmann – jeden z szeregowców, któremu odebrano mundur podczas marszu do obozu jest w ciężkim stanie. Wciąż ma gorączkę, a kaszel, który męczył go od początku niewoli przerodził się w ataki… nie potrafię opisać czego... Przypomina to odgłos uderzających o siebie kości. Przyprawia o gęsią skórkę, bo człowiek naprawdę ma wrażenie, że jest pewnego rodzaju łącznikiem między chorymi, a śmiercią. Angus umiera… Z tego co wiem sytuacja jest niezwykle trudna. Prymitywne warunki tylko przyśpieszyły rozwój choroby, a teraz, kiedy już wszyscy wiemy, dlaczego Reichmann nie pojawił się w ciągu ostatnich dni na przymusowych pracach możemy oczekiwać albo cudu albo najgorszego. A ostatnio cuda się nie zdarzają… Naczelnik wyraził zgodę, by chłopak pozostawał na pryczy. Choć nie oglądał chorego, a zdany był wyłącznie na relacje starszych oficerów i lekarza polowego (właściwie sanitariusza z dużym doświadczeniem, lecz bez żadnego dyplomu) uszanował wycieńczenie Reichmanna i zwolnił go z wszelkich obowiązków. Kazał też monitorować stan chorego, ale, gdy sanitariusz pojawił się pijany bardzo szybko zaproponowaliśmy mu, by odszedł, a opiekę pozostawił nam. Zgodził się na ten układ bardzo chętnie.
Rozmawiałem z nim chwilę po południu, zanim stracił przytomność. Mówił o tym jak przyjęto go do wojska i jak uczestniczył w defiladzie na ulicach Berlina. Wspominał swoja babcię i narzeczoną machającą do niego wśród tłumu, gdy on maszerował wraz z setką innych młodych chłopców. Opowiadał jak dumnie się czuł. Głęboko wierzył, że propagowany zewsząd pogląd, iż „nacja niemiecka jest wybrana, by rządzić światem” rzeczywiście jest prawdziwa. Możliwość maszerowania w mundurze przy akompaniamencie tysiąca wiwatów wart był morderczego treningu i poniżania przez jergenprice’a Gabriela Tutze. Poczułem się okropnie. Nie wiedziałem co mam powiedzieć – czy próbować go pocieszać, czy ciągnąć temat dawnej potęgi Rzeszy, czy obiecać, że wkrótce wróci do domu? W końcu z braku konceptu nie powiedziałem nic tylko słuchałem jego wspomnień o ojcu lotniku, który zestrzelił jakiś samolot podczas pierwszej wojny światowej (gdzieś pod Ulm, jak stwierdził), o matce, która rozpłakała się, gdy ujrzała syna w mundurze i o narzeczonej, którą kiedyś bronił przed pijanym adoratorem pokazując co tak naprawdę nauczyło go wojsko.
Rosjanie nie licząc się z życiem i zdrowiem młodego człowieka odebrali mu mundur i w jednej lichej koszulce kazali maszerować wiele godzin w niezwykle niskiej temperaturze do miejsca, gdzie przeziębienie miało się rozwinąć i doprowadzić do jego śmierci. Nie potrafiłem spojrzeć Reichmannowi w oczy. Słuchałem jego słów wpatrując się w postawione pod łóżkiem zniszczone buty. Widziałem w pamięci chwile, gdy i ja maszerowałem jak mi nakazano chowając dłonie pod pachy i skupiając się wyłącznie na stawianiu kroków – raz lewą nogą, raz prawą. Byłem zbyt zdeterminowany, by nie upaść bez tchu, bo to zakończyłoby się rozstrzelaniem. Powinienem już wtedy wiedzieć, że kieruję się ku mogile.
Przecież to mogłem być ja. Jako dowódca. Rosjanie mogliby wymyślić, iż w oczach moich żołnierzy powinienem zostać upodlony, ośmieszony i sponiewierany jak najgorszy kundel, który teraz jedynie w bieliźnie i poszarpanej koszuli będzie zmierzał przed lufami rosyjskich karabinów prosto do obozu jenieckiego daleko od miejsca, gdzie został wraz z oddziałem pokonany i pojmany. Doświadczony major wielkiego Wermachtu, który jak szmata upada w obliczu komunistycznych towarzyszy z Związku Radzieckiego. Ale czy ta myśl powoduje, że jestem szczęśliwy z tego, że żyje? Nie. Współczuje Angusowi, zresztą jak i wszystkim moim rodakom, którzy przecież też mogliby opowiadać o swoich matkach, ojcach, żonach i dzieciach. Mogłem zostać potraktowany wtedy jak i Reichmann ale co, by to zmieniło? Umarłbym teraz. Tak jak Angus. A tak… umrę później. Nie wierzę, by żaden cud miał mnie uratować. Wszystkich czeka ten sam los, a problemem jest jedynie kwestia czasu.

27.04.1944
Szeregowy Angus Reichmann zmarł dziś około godziny dziewiątej. Pogrzeb odbył się w południe na skraju lasu, gdzie znajduje się piaszczysta droga. Został pochowany z wszelkimi honorami żołnierskimi, a ceremonii nie zakłócił nawet wybuch rechotu rudzielca Wasilieva.

28.04.1944
Po śmierci Angusa wśród moich rodaków coraz częściej dochodzi do sporów między grupą zwolenników rewolty, a optymatami, którzy są przeciwni podobnym czynom i do których sam należę. Konflikt rozpoczął się wczorajszego dnia już na spacerniaku, a swoje apogeum osiągnął tuż przed ogłoszeniem ciszy nocnej, kiedy kilku młodych żołnierzy szeptem przedstawiało kolejne punkty gotowego już planu. Właściwie nie potrafię teraz przypomnieć wszystkich założeń oprócz punktu drugiego – „oddział pod przywództwem kilku szeregowych wychodzi o północy na spacerniak”. Byłem zbyt przerażony, że któryś ze strażników podsłucha niepokojąco podniecone szepty, albo, że ktoś doniesie o planach naczelnikowi. Co prawda obie obawy były nieco przesadzone, ale przecież nie niemożliwe! Strażnicy regularnie obchodzą nasz barak, a czuwanie dwóch, trzech Rosjan odbywa się tuż pod naszymi drzwiami, kiedy to rozmawiają, palą papierosy i pociągają solidne łyki ukochanej wódeczki. Podekscytowane szepty, czasem donośniejsze (lecz stłumione krzyki) mogłyby z łatwością wzbudzić ich ciekawość. A szpicel? Nie można teraz niczego wykluczyć. Może już ktoś podjął współpracę z sowietami dla uratowania własnej skóry.
Zresztą już po pierwszych kilku punktach całość wydała mi się zbyt niedorzeczna do dalszego wysłuchiwania, więc postanowiłem dołączyć do głosów sprzeciwu i natychmiast zniechęcić wszystkich. Udało się nam po bardzo agresywnej kłótni. O mało nie doszło do bójki… To wszystko zmierza w złym kierunku. Pokazujemy teraz wszystkie złe cechy człowieka i trudno tłumaczyć to izolacją, czy syberyjskim klimatem. Gdy wiadome było, że nie utrzymamy placówki byliśmy dla siebie jak bracia gotowi z narażeniem życia wyciągać się z gruzów przyczółka, a teraz… Teraz możemy co najwyżej urządzić wielką bijatykę, a zwycięzca tej burdy rozstrzygnie o przyszłości całego oddziału wprowadzając lub odrzucając dziecinny plan ataku.
Oddział się rozpada drogi pamiętniku, a ja jako były dowódca nie mogę z tym nic zrobić. Utraciłem mundur, honor i dawną pozycję. Nikt już mnie nie posłucha, bo zostałem zrównany wedle socjalistycznych zasad do poziomu, w którym każdy funkcjonuje tak samo. Proletariat, czyli zwykła masa ślepo wierzących w te same wydumane ideały ludzi, na której czele stanęła nowa arystokracja z żyjącym Bogiem – Stalinem sprawiła, że upodobniono nas do takiej masy. Jestem zwykłym jeńcem. Tak jak pozostali. Piszę o tym, ponieważ zaproponowano mi, abym przeprowadził naradę w sposób demokratyczny i uporządkowany panując nad oddziałem. Ale widząc co się stało z moimi towarzyszami doli odmówiłem dwukrotnie i nie chcąc słyszeć o przewodzeniu usunąłem się w kąt, skąd w odpowiednich momentach krzyczałem wraz z innymi. Straciłem wiarę, odwagę i chęć przemawiania do moich własnych rodaków. Nie jestem Napoleonem, który przekonał armię francuską, by dołączyła do niego, gdy wrócił z zesłania na Elbę, gdy cała śmietanka polityczna Europy świętowała we Wiedniu jego odejście.
Jestem Hanz Kaufmann. Jestem teraz nikim. Żyje teraz tylko po to, by obserwować jak mijają kolejne dni i zapisywać swoje obserwacje w tym dzienniku. Aby czwarty pułk zmechanizowany nie został zapomniany, a jego los był utrwalony choć na kartkach niewielkiego notesu. Codziennie widzę jak cały mój świat odchodzi. Bezkresne stepy Syberii i niekończąca się zima w pewien sposób przynoszą ukojenie. Ale i tak wiem, że żyje teraz tylko po to, by zginąć. Taka jest strona żołnierza. Nie ma na niej nikogo oprócz mnie.

01.05.1944
Syberyjska zima nawet na wiosnę nie odpuszcza. Mimo, że regularnie na niebie pojawiało się słońce, temperatury nie przekroczyły dwudziestu stopni poniżej zera. Nie jestem do końca przekonany, czy mój organizm zaczyna przyzwyczajać się do panujących warunków, czy słabnie ignorując już bodźce z zewnątrz? Nie dyskutowałem z nikim na temat długości zim w tych okolicach, ale obawiam się, że zanim choć trochę warunki będą przypominały zimy w III Rzeszy wiele stron tego notatnika zostanie zapisanych. Może nawet nie zauważę przejścia między srogą zimą, a późną wiosną. A może już nie doczekam żadnych przemian. Jak sierpień może wyglądać w tych stronach?
Fredricha Hommela nęka straszliwy kaszel. Praktycznie towarzyszy mu cały dzień, a ten okropny dźwięk świadczy o znacznym rozwoju choroby. W końcu to już ponad miesiąc, a z tego co słyszałem Fredrich, który mieszkał całe życie w niewielkiej wiosce Grummich-Wassen nieopodal Berna był wstawiony już po jednej butelce piwa, a jako dziecko chorował bez przerwy. Widocznie zawsze był słaby i chorowity, a teraz… Kaszląc płacze… Kładzie sobie dłonie na płuca, jakby to miało ukoić ból. Sytuacja jest bardzo poważna, ale Fredrich nie należy do głupich i naiwnych. Zdaje sobie sprawę z tego co się z nim dzieje i jak to się zakończy. Wiele szlocha. Szczególnie w nocy, gdy pogrążeni w mroku rozmyślamy godzinami, a jego cichy szloch roznosi się po baraku jak łkanie Jezusa na krzyżu. Chłopak wie, że umrze. Właściwie już może odliczać dni, może nawet godziny. Wpierw choroba spowoduje wysoką temperaturę, ból mięśni i stawów i nie pozwoli mu wyjść z łóżka. Wraz z falą zimnych dreszczy nadejdą koszmary i majaki, w których zapewne opowie wiele ze swojej przeszłości, a zaraz po tym zamknie oczy już po raz ostatni.
Chciałem też zaznaczyć drogi pamiętniku, że mój oddział praktycznie przestał istnieć. Początkowe dwa obozy przeszły kolejne podziały, po których nastąpiły jeszcze inne i w obecnej sytuacji chyba nikt nie wierzy, że Niemcy w tym obozie tworzą solidarną drużynę. Skłóceni, wyizolowani w grupkach najbliższych (najbardziej zaufanych) towarzyszy niedoli, zrezygnowani i przybici. Naprawdę nie wiem, czy w tej sytuacji nastąpi tak intensywnie omawiany atak na placówkę Rosjan. A nawet, jeśli to nastąpi, to czy oprócz tych kilku młodych, naiwnych chłopców ktokolwiek dołączy do skazanej na niepowodzenie rewolty? A może obawiając się represji część Niemców wspomoże wtedy żołnierzy Armii Czerwonej?
Przyrzekałem wierność mundurowi, ojczyźnie i fuhrerowi, ale w obecnej sytuacji podejrzewam, że nie poparłbym ataku na Rosjan. Większość z nich wykonuje wyłącznie swoje zadania i nie wykazuje agresji wobec nas, a właściwie wobec mnie. Oczywiście są wyjątki, ale i wśród mojego dawnego oddziału nie ma niewiniątek. Widzę, że niewielu oprócz mnie rozumie, iż nasi wrogowie w niedawnym kryzysie o mały włos stali się naszymi jedynymi sojusznikami.
Zresztą każdy z nich ma żonę, ojca, matkę, może dzieci. Nie kwestionuje, że każdy z Rosjan nosi symbol skrzyżowanego sierpa i młota i zapewne odnosi się z wielką miłością do wodza – Józefa Stalina, ale pozostają przecież ludźmi. W wielu sprawach są zupełnie jak my. Nie czuje się osaczony przez oprawców, po prostu jestem jeńcem wojennym.
Z drugiej jednak strony nie potrafiłbym też wystąpić przeciw dawnym podwładnym. Czy mógłbym do nich strzelać? Czy potrafiłbym z nimi walczyć? Jeszcze dwa miesiące temu powierzyłem moje życie tym wspaniałym żołnierzom, a teraz w imię swoich idei miałbym ich mordować? Nigdy! Jeżeli nawet atak nastąpi schowam się w najczarniejszy kąt, uciekając w głąb własnych myśli, by przeczekać ten niebezpieczny i tragiczny w skutkach sztorm. A kiedy minie, jak prędzej czy później mija każda burza podporządkuje się zwycięzcom i będę służył radami, co czynić dalej z zaistniałą sytuacją.

02.05.1944
Samotność… Drugi maj roku tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego. Późne godziny nocne. Jestem wycieńczony wielogodzinną pracą i szybką zmianą temperatur. Gdy świeci słońce, a człowiek intensywnie pracuje poci się niemiłosiernie i ma wrażenie gorąca, chce zrzucić z siebie ciężkie kożuchy, lecz już po kilku sekundach odczuwa niskie temperatury tego miejsca. To człowieka wykańcza. Ponadto wieje silny wiatr z północy, który strasznie mną dzisiaj wyszarpał.
Nie mogę się doczekać, gdy ten dzień minie. Marzy mi się kufel zimnego, bawarskiego piwa… Albo butelka dobrego alkoholu. Niektórzy dokonują drobnych wymian z Rosjanami zdobywając cenny spirytus, ale sama myśl o piciu tego płynu mnie odstrasza. Wojna to wojna, wiem. Ale choć marzę o alkoholu nie zacznę popijać lekko jedynie rozcieńczony wodą spirytus tak słaby gatunkowo, że co najwyżej można z niego zrobić broń w postaci butelki z szmatką.

04.05.1944
Fredrich Hommel zmarł dziś około południa. Wieczorem odbył się pogrzeb, a zmarły żegnany był z wszystkimi godnościami oprócz salwy żałobnej. Tym razem obyło się bez nieprzyjemnych incydentów, jak poprzednio. Rosjanie, choć głównie pilnowali nas przed ucieczką w las w pewien dziwny sposób dołączyli się do uroczystości. Raz nawet ktoś (może świadomie, a może z przyzwyczajenia) przeżegnał się, gdy Hoffer zakończył cytować z pamięci fragment Pisma Świętego. Wiem, że obywatele Mateczki Rosji są wyznania prawosławnego, ale czy nie żegnają się podczas mszy jak katolicy?
Jego ciało zagrzebaliśmy tuż przy Angusie, na piaszczystym terenie w pobliżu drogi. Wykonaliśmy też z drewna prowizoryczny krzyż. Już dwa stoją w tym miejscu. To bardzo bolesne, ponieważ „rozrost” tego miejsca wciąż pokazuje, że nasi przyjaciele umierają, a każdy kolejny wzniesiony tu krzyż może być ostatnią pamiątką praktycznie po każdym z nas. Ale jest coś co zabolało bardziej niż te dwa drewniane krzyże… Część żołnierzy niemieckich nie wzięła udziału w uroczystościach. To zaledwie drugi pogrzeb (mówię zaledwie, ponieważ mam wrażenie, że teraz szybko będą nowe i nowe), a już około trzydzieści procent oddziału nie zjawiło się, by pożegnać zmarłych współtowarzyszy. Jest to wina skłócenia i podziałów, które nawet Rosjanie widzą teraz gołym okiem i z których naśmiewają się przy każdej okazji nazywając nam ironicznie „kłótliwymi nazistami”. Słyszę ich rozmowy podczas patroli, rewizji, porannych apelów. Nie sposób im zaprzeczyć. Może rzeczywiście koniec końców okazaliśmy się tylko bandą kłótliwych nazistów?
Co więcej w samym obozie? Panuje atmosfera smutku, wyciszenia i wyczekiwania. Obserwuję reakcje innych na pogodę, a wszyscy uważnie badamy własne. Żołnierze mają oko na każde podejrzane chrząkniecie i na każde kichniecie. Jak dotąd zmarli dwaj żołnierze, których pozbawiono mundurów podczas marszu, aczkolwiek musimy zachowywać odpowiednie środki bezpieczeństwa, by nie wybuchła epidemia. Dwóch prawdopodobnie choruje, choć nie jestem tego jeszcze całkiem pewien. Ich nazwiska to: Gruber i Schwarz. Jeżeli cokolwiek się nasili będziemy musieli wykopać dwa kolejne groby i stworzyć dwa kolejne krzyże. Obiecuje informować o ich sytuacji zdrowotnej. Badamy też, czy Reichmann i Hommel nie zarazili swoich najbliższych przyjaciół wirusami, czy bakteriami. Muszę przyznać, że nawet ja – Franz Kauffman, który tak niewiele już przywiązuje do życia oczekując nieuniknionej śmierci wciąż obawiam się epidemii i zachowuje środki bezpieczeństwa oraz prowizoryczną tutaj higienę.
Chciałem złożyć skargę na Wasilieva, który o mało nie doprowadził do wstrząśnienia mózgu jednego z grupy zwolenników ataku, podczas ataku furii na spacerniaku, lecz powiedziano mi, że naczelnik nie wyraża zgody na wizytę. Nie widziałem go już od kilku dni. Nie rozumiem tej sytuacji. Wygląda na to, że zaszył się w swoim pokoju wśród innych pomieszczeń pełnych żywności, alkoholu i co niedawno ustaliliśmy broni i nie opuszcza go nawet na krótkie inspekcje, które jeszcze kiedyś wykonywał. Co prawda niechętnie – widziałem to w jego oczach, ale wciąż wykonywał. Obiecuje przyjrzeć się dokładniej sytuacji.
Wciąż tyle pytań i zagadek wokół, gdy nie znam żadnych odpowiedzi. Człowiek powoli zapomina o logice i zdrowym rozsądku potrzebnym niegdyś do rozwiązywania dylematów. Syberyjski klimat powoli uczy mnie, że powinienem trwać, a nie żyć. Egzystować tak, by z obojętnością oczekiwać nadejścia kolejnego dnia i nie tracić czasu na bzdury pokroju analizowania problemów przeciwnika. Problemów Rosjan.

07.05.1944
To powróciło! Trudno w to uwierzyć, ale Rosjanie walczyli z czymś dzisiejszej nocy! Nie był to wilk ani niedźwiedź, ani nic co jestem w stanie określić. Strzelali w głuchą, czarną noc, ale wszyscy słyszeliśmy ryki i pomruki cierpienia, jakie wydawała bestia (lub bestie) ranione kulami. Było przerażająco obce. Musiało być wielkie. Mój Boże! Nie potrafię zebrać myśli do kupy, by opisać co się działo. I nie mogę uwierzyć, że to działo się naprawdę, ale byłem tam, stałem tam, widziałem na własne oczy! Właściwie to nie widziałem nic, tylko błyski strzałów i na krótko rozświetlane w ten sposób drzewa i połacie pustej ziemi. Ale wiem, że coś tam było! Czułem nawet kwaśny odór tego czegoś! Mój Boże! Mój Boże! Oto dzisiaj Rosjanie walczyli z mordercami ich towarzyszy, istotami zapewne wielkimi i drapieżnymi. Ale czym one są?
Jest teraz około godziny dwudziestej trzeciej, mniej więcej dwie godziny temu rozegrał się prawdziwy koszmar. Postaram się zwięźle opisać co tak naprawdę się wydarzyło. PS. Nie potrafię powstrzymać drżenia rąk. Piszę, choć sprawia mi to ogromne problemy, a czasami ból nadgarstka. Jestem przerażony.
Gdy nadszedł zmierzch większość żołnierzy była już w barakach przygotowując prycze, przebywając w grupkach zaufanych przyjaciół, rozmawiając i omawiając własne sprawy. Zmęczony kłótniami, jakie od pewnego czasu bez przerwy mają miejsce w moim baraku sypialnym, a którym nie jestem już w stanie zaradzić postanowiłem obejść obóz. Panował ogromny chłód i północny wiatr, który przyniósł zamieć. Nie tak poważną jak te wczesno marcowe, ale i tak na tyle nieprzyjemną, by zniechęcić do korzystaniu ze spacerniaka.
Widziałem zaledwie kilka osób na dworze, w tym dwóch rosyjskich żołnierzy, którzy najprawdopodobniej uratowali życie wszystkich w obozie. Nim doszedłem na środek spacerniaka, otulając się dokładnie prowizorycznym szalikiem z starej, pożółkłej tkaniny usłyszałem dziwny hałas od strony lasu. Wpierw były to dźwięki łamanych z trzaskiem gałęzi, a potem… mój Boże… powiedziałbym, że pomruk. Przypominał trochę ryk tygrysa, jakiego podziwialiśmy z ojcem w każdą niedzielę w ogrodzie botanicznym, tyle, że był bardziej… Nie wiem jak to napisać. Słyszałem tygrysa o potędze ryku dwa razy większej od jego normalnych zdolności.
I nie tylko ja usłyszałem podejrzany ryk. Żołnierze natychmiast zamilkli, spoglądając w stronę ciemnego lasu. Nasłuchiwali. Byłem tak przerażony, że jedyną myśl, jaką pamiętam to: „dwóch to za mało, niech przybiegną inni”. Znowu moje życie zależne było od Rosjan i jestem teraz wdzięczny Bogu, że powołał ich wszystkich do życia. Chwilę później rozległ się kolejny ryk. Potężniejszy. Nawet pozostali Niemcy na spacerniaku (widziałem tylko ich otulone kożuchami sylwetki) przestali rozmawiać, a zaczęli szeptać złowieszczo, chyba coś o wilku. To nie był wilk. Przysięgam na Boga, że to nie mógł być wilk. Byłem najbliżej siatki, lecz potrafiłem tylko obserwować ciemność nocy i nasłuchiwać kolejnych odgłosów. Pamiętam, że w pewnej chwili Rosjanie mnie wyprzedzili i kładąc już palce na spustach dobiegli do siatki, wytężając wzrok i celując karabinami w kierunku pustego stepu. To trwało zaledwie kilka sekund, ale miałem wrażenie, że przeciąga się w nieskończoność. W mroku ich kożuchy wydawały się być szare, a cały świat poza jasnoszarą siatką był połączonym w jedną chmurę mrokiem rozlewającym się aż po horyzont. Czułem, że w tym mroku czai się coś i pragnąłem to ujrzeć, by wiedzieć w końcu z czym do licha mamy do czynienia. Ale absolutna cisza trwała, a bestia… Jakby wiedząc, że jest obserwowana, że oczekuje się jej reakcji zastygła w bezruchu.
Później jeden z żołnierzy (nie jestem pewien który) zakrzyknął „o mój Boże!” i nacisnął na spust, a huk wystrzałów zupełnie mnie ogłuszył i sparaliżował. Widocznie ujrzał bestię i w swoim przerażeniu rozpoczął atak. To była moja pierwsza myśl. Ale może po prostu nie wytrzymał napięcia i w drżeniu rąk nacisnął palcem na czuły spust? Kolega żołnierza za jego przykładem, choć pewnie nieco zdezorientowany otworzył ogień w mrok nocy. Mimo, iż spoglądałem w rozświetlany step, wytężając wzrok jak najlepiej tylko potrafiłem nie ujrzałem niczego. Ale młody żołnierz, który rozpoczął ostrzał cały czas krzyczał. Właściwie to wrzeszczał jak raniony żołnierz podczas bitwy. Pomyślałem, że to nie panika go pchnęła to takich działań, ale obraz tego czegoś. Na Boga, co on ujrzał? Białego tygrysa? A może samego czarta?
Natychmiast na spacerniaku pojawiło się mnóstwo rosyjskich żołnierzy. Większość była zdezorientowana tym co się wyrabia. Nie doszło do buntu. Na placu praktycznie nie było Niemców, a dwaj strażnicy zupełnie jakby postradali zmysły i rozpoczęli ostrzał… No właśnie – czego? Do okrytej mrokiem pustki. Ja oraz kilka innych osób wiedziało, że na zewnątrz znajdowało się jakieś zwierzę, ale nowo przybyli widzieli niezwykle niepokojący widok. Bardzo szybko pojawiło się około dwunastu mężczyzn, każdy uzbrojony i gotów do walki. Pędzili w stronę zachodniej siatki.
Jeden z sowietów rozkazał mnie oraz wszystkim pozostałym Niemcom powrót do baraku sypialnego, a dwóch innych już celowało karabinami maszynowymi w jego otwarte drzwi, z których wychylały się mizerne głowy zaskoczonych jeńców. Zostałem zaprowadzony do pozostałych i wepchnięty siłą do środka. Cały czas podczas owej szarpaniny widziałem jak kolejni strażnicy dołączali do dwóch pierwszych, próbowali opanować oficera, który wszystko zaczął, ale widząc jego panikę i przerażone spojrzenie i po chwili sami pomagali w ostrzale okolicy. Choć pragnąłem w końcu poznać odpowiedź nie dane mi było ujrzeć co atakowało obóz. Rosjanie krzyczeli tylko „bestia, bestia” i wymieniali pośpiesznie magazynki. W końcu porażający huk ustał, Rosjanie przy siatce popatrzyli na siebie zaskoczeni, a ja sekundę później uderzyłem twarzą o twardą ziemiankę baraku sypialnego. Już w chwili wystrzału pierwszego karabinu maszynowego słyszałem w uszach jedynie przeciągły szum, a gdy po moim upadku zupełnie odebrało mi słuch. Trwało to może kilkanaście sekund, ale bałem się, że już nie będę słyszał. Dzięki Bogu, wszystko po chwili zaczęło wracać do normy i zacząłem nawet słyszeć pierwsze pytania o powód ostrzału stepu. Zignorowałem te pytania. Na szczęście dla mnie nie skończyło się wstrząśnieniem mózgu, a zaledwie dużym guzem na czole.
Natychmiast zostałem otoczony przez wrogów i przyjaciół, którzy żądali sprawozdania i odpowiedzi na najważniejsze obecnie pytanie: „co się dzieję?”. Powiedziałem, że nie wiem i odgoniłem towarzystwo od siebie. Gdy w końcu zrozumieli, że nawet, jeśli cokolwiek widziałem poza granicami obozu i tak ich o tym nie poinformuje zostawili mnie w spokoju rozpoczynając kolejną głośną dyskusję. Stanąłem jak najbliżej ściany i zamieniając się w słuch próbowałem zrozumieć co się teraz dzieje. Słyszałem naczelnika wołającego do siebie Grabowa? Hrapova? Bynajmniej żołnierza, który stał przy siatce. Naczelnik nie był zdenerwowany i nie był też chyba na tyle pijany, by nie przejąć się znaczną stratą amunicji. Strażnik wypowiedział dwa, trzy zdania, po czym jak wnioskuje obaj udali się do wielofunkcyjnego domku, którego nie opuszczał dowódca rosyjskiej jednostki.
Hałas, nawoływania i nieustanny ruch świadczył o zabiegach oddziału, który za wszelką cenę pragnął odkryć powód tak dziwnych wypadków. Kilku żołnierzy wybiegło poza strefę obozu na puste pola, gdzie jeszcze przed chwilą najprawdopodobniej znajdował się wróg, lecz wrócili krzycząc „niczego tam nie ma”. Zabezpieczono wszystkie strony placówki, a strzelcy wyborowi zajęli miejsce na wieżyczkach oświetlając okolicę starymi latarkami. Słyszałem charakterystyczny dźwięk butów uderzających w mokre, drewniane bale drabin prowadzących na wysokość około dwudziestu, może trzydziestu metrów. Nie znaleziono niczego, więc nawet ponad piętnastu uzbrojonych w karabin maszynowy mężczyzn nie zdołało zabić bestii. Jak to interpretować, jeśli było ich więcej? I czym, do wszystkich czartów – czym one były?!
Pozostali Niemcy składali obszerną relację z tego co widzieli i słyszeli, a moi towarzysze stwierdzili praktycznie jednogłośnie, że pod obóz musiała podejść wataha wilków. Skoro wilczyca została zgładzona w pobliskich, pokrytych śniegiem lasach świadczyć to musi o częstym występowaniu w tych okolicach wilków – jak stwierdzono. Ale nie oni słyszeli tego pomruku. Nie należał do psowatych, na Boga! Należał do… kotów? Wiem jak to brzmi. Ktokolwiek to przeczyta raczej szybciej stwierdzi, że Franz Kauffman podczas spędzania ciężkiej zimy w jenieckim obozie zapadł w końcu na chorobę więzienną. Ale jestem jeszcze zdrów psychicznie i fizycznie, a wypadki, jakie dzieją się w tym wczesno wiosennym miesiącu może potwierdzić jeszcze kilkadziesiąt innych osób. Nie potrafię opisać jak wyglądała bestia, której pomruki były typowo kocie, ale wiem, że było to coś wielkiego i agresywnego. Tygrys? Czyżby biały tygrys zamieszkujący tundrę i tajgę? No, bo co innego? Ogromny ryś?
Na dworze nadal panował hałas. Ludzie, niezupełnie wiedząc w jakim celu biegali to w stronę domku naczelnika, to w stronę uszkodzonej kilka dni temu siatki, to do nas, to do wieżyczek strażniczych. Rosjanie byli nie mniej przerażeni jak ja. Naczelnik tylko zaognił sytuację zamykając się z jednym, potencjalnym świadkiem. Słyszałem jak zdenerwowani i zaskoczeni taką decyzją byli strażnicy. Rozmawiali szybko, podnieconymi głosami, czasami nie sposób było ich zrozumieć, gdy zatruwali mowę dużą ilością czegoś w rodzaju „chłopskiej mowy”. Zdecydowano także, że tej nocy, oraz począwszy od tej nocy każda strona obozu będzie patrolowana, a dwie z trzech wieżyczek strzeleckich (zapewne znajdujące się naprzeciwko siebie) będą obsadzone uzbrojonymi żołnierzami o pewnym oku i zimnej krwi.
Nawet, gdy byłem już śpiący i wycieńczony ciągłym staniem pragnąłem wiedzieć o każdym kroku sowietów i naczelnika. Po kilku godzinach drutem kolczastym zrabowanym z naszych magazynów w Łubiankach prowizorycznie naprawiono siatkę, by była nie do przejścia nie tylko dla nas, ale jak to stwierdził jakiś zakaukaski oficer „dla dużego źwierza”. Sytuacja powoli się stabilizowała, a podniecenie systematycznie opadało. Podsłuchując plotki naczelnik polecił przyniesienie śpiwora i butelki spirytusu dla żołnierza, który rozpoczął ostrzał. Widocznie miał spędzić noc w małym budynku, gdzie mieściło się skromne biuro brodatego dowódcy Rosjan. Była to teraz ostatnia kontrowersja, której nijak było wyjaśnić. Każdy zastanawiał się, co też ten strażnik powiedział. Co widział? Dlaczego krzyczał jak strzelał? Jak straszny musiał być to widok? Co podeszło pod sam obóz?
Nie sądzę, bym mógł tej nocy zasnąć. Jestem wycieńczony, ale nie potrafię zamknąć oczu i błogo przenieść się w objęcia Morfeusza. Nie po tym co się dziś wydarzyło. Jestem przerażony i roztrzęsiony. Wciąż słyszę ten ryk bestii. Obok siebie, za sobą. Czuje, jakbym wciąż był zagrożony atakiem jakiegoś diabelskiego stwora, który marzy tylko o tym, by rozszarpać mi gardło. Wszyscy myśleliśmy, że zagrożenie minęło. Że ten sztorm, który odebrał życie dwóm strażnikom przeminął na dobre wraz z zgładzeniem wilczycy, a tymczasem dziś nikt nie wątpi, że to powróciło. Tylko co? Tego nie wiem, ale cokolwiek to jest musiało pojąć, że siatka znaczy obóz. Obóz znaczy ludzie. Ludzie znaczy pożywienie. Zwierzę musi mieć w pobliżu rewir swoich łowów, a nauczone poprzednimi wypadami, że to miejsce obfituje w zwierzynę przybyło znowu, by zabić. Sztorm zatem nie minął. Nadal wszyscy jesteśmy niebezpieczeństwie. A morderca dwóch ludzi wciąż tu zagląda pytając o więcej. Może zostaną przeprowadzone nowe łowy, tym razem skuteczniejsze?

08.05.1944
Naczelnik rozkazał bym zjawił się u niego dziś o godzinie siedemnastej zero, zero. Jak to stwierdził: „są pewne sprawy, o których trzeba porozmawiać”. Na porannym apelu ogłosił, że Knasnic – żołnierz, który rozpoczął ostrzał nie zostanie ukarany, lecz nie jest upoważniony do rozmawiania na temat wczorajszego zajścia, a każde zapytanie go o te zajście oznaczać będzie złamanie rozkazu, czyli zdradę. Był całkowicie trzeźwy. Doskonale rozplanował swoje decyzje. W kraju dowodzonym przez partię, gdzie wręcz kultem otacza się charyzmatycznego przywódcę Stalina zdrada zabrzmiała w ustach brodacza jak wyrok śmierci. Wiedział zatem jak to podziała na Rosjan. Zresztą pamiętam rosyjskich żołnierzy w obskurnych, zniszczonych mundurach. Niewielu miało karabin, większość uzbrojona była w butelki z jakąś palną substancją, może nawet nie z benzyną, ponieważ byłoby to marnotrawstwo. Jeżeli ktoś świadomie daje rozkaz tak prymitywnie uzbrojonym ludziom na dobrze oblężone komórki niemieckie świadczyć to może tylko o braku poszanowania dla własnych rodaków, których prowadzi się na pewną śmierć. Ale tutaj tak było zawsze. Masa nazywana bodajże proretariatem (czy jakoś tak), gdzie nie liczyło się życie jednego człowieka. Właściwie nie liczyło się życie całego oddziału. Liczył się wódz i Mateczka Rosja.
Ponadto usłyszeliśmy, że nie ma powodów do obaw, a wczorajsze zajścia nie były dziełem przypadku, a czymś w rodzaju cennego treningu. Nie usłyszeliśmy (zarówno my, jak i sowieci), że nie ma żadnego zagrożenia. Nie usłyszeliśmy także jego imienia. Czysto polityczne przemówienie bez konkretów i wyraźnego planu na rozwiązanie problemu. Choć wszyscy sądzili, że poranny apel będzie rozstrzygnięciem i zostanie nakreślony ogólny zarys działań wystąpienie naczelnika rodziło tylko kolejne pytania.
Bodajże czterech Niemców, którzy byli wczoraj oprócz mnie na spacerniaku w chwili, gdy wszystko się wydarzyło po apelu zostało siłą zaprowadzonych do naczelnika. Spotkanie trwało tylko kilka minut, a jeden z moich dawnych podwładnych (Spech) powrócił z podbitym okiem. Nie dość, że nie mogli powiedzieć, czego dowódca sowietów chciał od nich, to jeszcze zapowiedzieli, że nie mają już prawa mówić o wczorajszych wydarzeniach na spacerniaku pod groźbą rozstrzelania. Ktoś mruknął: „przecież możecie szeptać, gdy będziemy sami”, na co Spech odpowiedział: „ja już wam nie ufam. Czy mogę mieć pewność, że nie ma wśród was przeklętych szpiclów.” Zrodziło to dyskusję, która o mały włos nie zakończyła się bijatyką. Powstrzymał nas krzyk rudzielca Wasiliev, który przeklinając nasze matki i naszych ojców rozkazał nam być cicho. To dobrze, że nas uciszył. Ale, czy w obliczu tak poważnych problemów powinienem poskarżyć się naczelnikowi na tego żołnierza? Czy w ogóle próbować, skoro mam przeczucie, że od początku rozmowa będzie dotyczyć ważniejszych i po prostu innych tematów, a sprawy mojego dawnego oddziału mogą nie być wysłuchane?
Czekam aż się ściemni. Wtedy zjawię się pod drzwiami małego budynku. Nie posiadam zegarka, więc, gdy nadejdzie siedemnasta mam nadzieję zostać zaproszony przez któregoś z strażników pilnujących składowanych wewnątrz dóbr. Nie chce przyznawać się, że tracę poczucie czasu. Na szczęście od początku prowadziłem dziennik i odliczałem dni, więc znam dokładną datę. W przeciwnym razie zatraciłbym się na tych mroźnych pustyniach.
(około godz. 20.00)
Nie wierzę w to co naczelnik mi powiedział! Po prostu nie mogę! Nie można uwierzyć w taki stek bzdur! Jak w ogóle mogę o nich pisać? Uznany zostanę za wariata, który nie powtarza słów innego wariata, a tworzy własne bajki. Na Boga, przecież to niemożliwe. Miałbym uwierzyć w coś takiego, a nawet więcej – POMÓC W OBRONIE OBOZU PRZED CZYMŚ TAKIM? Przecież to niedorzeczne!
Rozmowa nie była zbyt długa. Zostałem wprowadzony, gdy na dworze było już zupełnie ciemno. Brodaty Rosjanin siedział za starym biurkiem wpatrując się tępo w odręczne szkice, prawdopodobnie okolicznych terenów. Wewnątrz biura panowało przyjemne ciepło, a w powietrzu czuć było ostry zapach spirytusu. Kątem oka zauważyłem, że w pokoiku obok pomieszczenia naczelnika z wojskową dokładnością ułożono na podłodze kilkanaście sztuk karabinów maszynowych. Widziałem też amunicję i granaty ułożone na osobnym stoliku. Jak na prymitywne uzbrojonych sowietów ten skromny arsenał robił wrażenie i w jakiś sposób niósł ukojenie do mojego przerażonego serca. Spoglądał na mnie dłuższą chwilę, jakby zastanawiał się czy jestem osobą na tyle budzącą zaufanie, że warto wyznać mi te… te… niepoważne bzdury, na Boga!
Był w pełni trzeźwy. Nie żartował, mówił poważnym, rzeczowym szeptem. Jak on je nazwał? Och już wiem – powiedział: „skrytobójcy”. Tak! Nazywał je Skrytobójcami. Rozmowę zaczął niepozornie. Zapytał co myślę o niedawnych zajściach na co odrzekłem, iż „z niepokojem obserwuje narastające zagrożenie i w imieniu całego oddziału przesyłam kondolencje z powodu straty dwóch żołnierzy”. Stwierdził bez śladu ironii w głosie, że mój oddział już nie istnieje, a część żołnierzy wciąż knuje.
„- Co z tego, że ucieknięcie z obozu, Niemcy? Czy znajdziecie na własną rękę drogę ucieczki z Syberii, gdy wokół jest pełno rosyjskich oddziałów. A zresztą, czy w czasie swojej wędrówki przetrwacie burze śnieżne i niskie temperatury?
- Nie odpowiadam już za nich – odpowiedziałem.
- Zdaje sobie z tego sprawę. Aczkolwiek nie ukrywam, że wszyscy, którzy przyłożą rękę do buntu zostaną rozstrzelani. Może pan to przekazać swoim kolegom. A teraz… Są ważniejsze sprawy do omówienia. Jesteśmy atakowani i nieustannie obserwowani.
- Co pan ma na myśli? Wrogi oddział? – zapytałem.
- Wrogi oddział? – powtórzył tłumiąc wybuch śmiechu. – Można tak powiedzieć.”
Nazywał je Skrytobójcami. Twierdził, że to koty. Właściwie w pierwszej chwili pomyślałem o rysiach lub innych niedużych drapieżnikach, o których wcześniej nie słyszałem, a które w tych stronach nazywa się Skrytobójcami. Ale, kiedy naczelnik pobieżnie opisał te stwory zaschło mi w gardle i sam nie wiedziałem jak zareagować. Pomyślałem, że powinienem wyjść, aczkolwiek zostałem słuchając brodacza dalej. Ale jak Rosjanin wyobraża sobie te kreatury? Bodajże trzymetrowe potwory przypominające sylwetką niedźwiedzie. Stare istoty, bardzo stare, które ponoć zamieszkiwały tajgę i tundrę już od wieków, a widziane były jeszcze w różnych innych miejscach naszego świata. Nie potrafił dokładnie przedstawić ich wyglądu, ale bredził wciąż o wielkich zębiskach i wściekle żółtych oczach. Dukał i zacinał się próbując powiedzieć o nich cokolwiek więcej.
Pierwszy raz jego dziadek opowiadał o przodkach wielkich kotów, które widziane były w miejscowych lasach. Później jeszcze kilka osób (starsi oficerowie i starzy myśliwi) wspominali coś o wilkołakach o kocich pyskach i choć naczelnik sam nigdy nie spotkał (i jak stwierdził nigdy nie wierzył, że historie dziadka są czymś więcej niż ciekawymi bajkami starego myśliwego), to po rozmowie z Knasniciem, który widział Skrytobójców tej feralnej nocy zyskał pewność. Nadal milczałem, obserwując tępo pochmurne oblicze oficera, ale pragnąłem zadać mnóstwo pytań. Dlaczego jest taki pewien? Co dokładnie Knasnic widział? Czy, założywszy, że rzeczywiście widział jakieś istoty jest pewien, że nie były to okryte mrokiem niedźwiedzie albo tygrysy syberyjskie? Dlaczego tak stary człowiek wierzy w historie, które brzmią zupełnie jak szeptane w burzową noc opowieści o duchach i potworach? I czy są jakieś dowody?
Milczałem. Może to i lepiej? Naczelnik widocznie stwierdził, że skoro nie przerywam mu i nie obrażam porównując do wariata to może nie tyle wierze, ile akceptuje takie prawdopodobieństwo. Wtedy też kontynuując swój wywód coraz bardziej pogrążał się w swoim szaleństwie. Stwierdził mianowicie, iż gdy przyjdzie czas członkowie obozu zostaną podzieleni na grupy, na które zostanie podzielona broń składana w pokoju obok. Rosjanin powiedział, że prędzej czy później los wszystkich będzie w rękach nie tylko sowietów ale i Niemców. Prognozował w swoich czarnych szkicach przyszłości, że zostaniemy postawieni w sytuacji jakby walki z wrogim oddziałem. Dzień i noc wymiana ognia, patrole, warty, wspomaganie towarzyszy… Istna mała wojna podczas drugiej światowej na neutralnych militarnie terenach Syberii.
„Czy zwariował?” – pomyślałem wtedy. – „A może istnieje jakiś tajny plan związany z jakimś tajnym rozporządzeniem. Może zamierzają nas wszystkich zabić z rozkazu Stalina, a cała historia o Skretobójcach to po prostu jedno wielko kłamstwo?” Bo jak miałem uwierzyć w plany dowódcy strażników? Rozdawać broń Niemcom, nie tylko wiedząc o przygotowywanym od dawna planie przejęcia obiektu, ale i licząc na ich pomoc podczas obrony obiektu? Przerażały mnie te plany. Mogły zakończyć się tylko walką wewnątrz obozu, krwawą rzezią, może nawet śmiercią wszystkich tu przebywających.
Naprawdę nie potrafiłem sobie wyobrazić, by jakieś wydumane legendy o leśnych potworach miały przekonać dawnych żołnierzy Wermachtu przebywających w rosyjskiej niewoli do współpracy z sowietami. Do licha – do owocnej i wspaniałej współpracy!
„Już niedługo.” – oznajmił naczelnik gładząc się po wielkiej brodzie. – „Już niedługo obóz będzie potrzebował pomocy także i pana dawnych towarzyszy broni. Ja wiem, że oni nas nie kochają. Ale, jeśli pragną przetrwać to niestety muszą pomóc inaczej i oni będą zgubieni.”
„Wątpię, by uwierzyli…” – odpowiedziałem.
„Niech się pan nie martwi, majorze” – stwierdził spokojnie. – „Wkrótce wszyscy zrozumieją, że to jedyny sposób, byśmy przeżyli nie tylko tą wojnę, ale chociaż tą wiosnę.”
Nie powtórzyłem skłóconym towarzyszom żadnych słów naczelnika i sam nie wiem czy w ogóle to uczynię. Nie wierzę. Nie da się uwierzyć (mimo, iż nie przeczę, że niedawne wydarzenia były tajemnicze i złowieszcze) w wilkoludzi o kocim rodowodzie. Brzmi to przecież jak rosyjski odłam legend o strzygach, wampirach i smokach. Byłem pytany o istotę rozmowy z dowódcą sowietów, ale przestrzegłem tylko przed konsekwencjami próby rewolty. Chciałem też wspomnieć, że wkrótce pragnę porozmawiać z moimi dawnymi podwładnymi o zagrożeniu, jakie czyha na nas wszystkich ale wycofałem się. Może zgodnie z zapewnieniami naczelnika rzeczywiście wkrótce będą wiedzieć z czym przyjdzie nam walczyć? Może nie będę musiał opowiadać nieprawdopodobnych legend o tych demonicznych skretobójcach?

10.05.1944
O świcie zbudziły nas strzały karabinu maszynowego radzieckiej produkcji. Momentalnie wszyscy w baraku zerwali się na równe nogi i zdenerwowani nasłuchiwali krzyków i nawoływań z spacerniaka. Tym razem bardzo szybko wszystko ucichło. Jeden z rosyjskich strażników mierząc do nas bronią wszedł do naszego pomieszczenia i zarządził apel. Niechętnie, ale dość sprawnie ustawiliśmy się w dwuszeregu i swobodnie stojąc (nigdy nie kazano nam salutować i stać na baczność, aczkolwiek nigdy nie pozwalano nam rozmawiać podczas apelów). Jak zwykle policzono nas dwukrotnie, by sprawdzić, czy nie doszło do żadnych ucieczek. Drugi żołnierz, który wszedł po chwili pobieżnie sprawdził nasze prycze oraz rzeczy osobiste.
Byli spokojni i opanowani. Wszystko wskazywało na to, że poranne strzały były dziełem przypadku lub nieporozumienia. Oczywiście było to nieco dziwne. Ale dzień dziesiątego kwietnia oprócz porannej salwy minął spokojnie i bez incydentów. Gdy pozwolono nam w końcu wyjść na spacerniak strażnicy zachowywali się spokojnie. Żołnierze nie biegali chaotycznie, zabezpieczając wszystkie strony obozu, siatka nie była poharatana w kolejnych miejscach, jedynie tylko muszę wspomnieć, że obsadzono wieżyczki strzelnicze.
Około południa zdołaliśmy się rozluźnić, a po skromnym obiedzie, gdy czekały nas godziny ciężkiej pracy poza granicami obozu nikt już nie zastanawiał się dlaczego Rosjanie strzelali. I właściwie do czego. Skoro zachowywali się tak spokojnie z pewnością nie były to skrytobójcy (*) . Ani inne potwory zamieszkujące pobliskie lasy. A kiedy już wysłano mnie na zamarzniętą ziemię, wręczono do ręki kilof i kazano pracować przez wiele godzin na mrozie, gdy z północy nadszedł nieznośnie silny wiatr potrafiłem skoncentrować się tylko na kolejnych uderzeniach. Dawny lotnik Tomasz Schmuler zasłabł dziś podczas przymusowej pracy i został brutalnie zaciągnięty przez rudzielca Wasilieva do baraku sypialnego, gdzie został też pobity. Lepsze to niż kulka w łeb, a ominęły go ponad trzy godziny nieludzkiej harówki, która systematycznie niszczy nasze zdrowie.

11.05.1944
Rosjanie przeprowadzili profilaktyczny patrol okolicy. Trzyosobowe oddziały jednocześnie obeszły obóz, sprawdziły najbliższe terenu stepu oraz skraj lasu. Wiatr był niewielki, więc panowały odpowiednie warunki. Wszystkie wieżyczki były obsadzone przez dwóch strzelców, a większość rosyjskich strażników w pełnym uzbrojeniu czekało na spacerniaku choćby na jeden podejrzany sygnał. Pozwolono nam wyjść na spacerniak, ale trzymaliśmy się na uboczu. Nie przeszkadzaliśmy sowietom. Właściwie z niepokojem czekaliśmy na jakikolwiek zły sygnał z zewnątrz, a Rosjanie zapewne czuli się spokojnie, wiedząc, że w obliczu rewolty mogą po prostu otworzyć ogień.
Powrócili dość szybko. Raczej spokojni. Niczego nie widzieli. Prawdopodobnie żadnych śladów nie było też na zmarzniętej ziemi. Więc, jeśli naczelnik wierzy, że te skrytobójcy znajdują się w pobliżu naszego obozu to skutecznie się ukrywają, a ataki przeprowadzają tylko w nocy wybierając odpowiednią chwilę. Oczywiście założywszy, że istnieją. Przecież nie istnieje tak skomplikowany gatunek, który działałby jak zwarty oddział obserwując godzinami przeciwnika, by poznać jego zwyczaje i wyczekać momentu, gdy uderzenie zakończy się całkowitym sukcesem. Nie są to przecież wojownicy polegający na jakimś pradawnym kodeksie.
Praca była tym razem nieco lżejsza. Cięliśmy drewno na opał, odśnieżaliśmy spacerniak oraz drogę z obozu prowadzącą do szlaku wojsk zaopatrzenia. Rozkazem naczelnika wszyscy mieli powracać do obozu jeszcze zanim na horyzoncie zacznie się pokazywać zmierzch. W nocy natomiast nikt nie ma prawa opuszczać terenu obozu. Kiedyś żołnierze rosyjscy wybierali się na krótkie spacery w kierunku drogi albo za potrzebą fizjologiczną w pobliże lasu, gdy byli akurat poza kompleksem baraków.
Kiedy już powróciliśmy z rąbania drewna zaprowadzono nas na około trzy godziny do hali, gdzie szyliśmy szaliki i czapki. Produkujemy już chyba nie tylko dla oddziału strażników, ale okolicznych jednostek Armii Czerwonej, a także dla jakichś dywizji syberyjskich. Owe ubrania i dodatki pakowane są czasem w wielkie skrzynie, które chyba czekają na oddział zaopatrzenia, który ma później rozesłać je po całej północnej Rosji. Może wkrótce z tandetnych materiałów zaczniemy szyć palta lub pokrowce na broń i sprzęt. Na hali panuje zwykle cisza, a rosyjscy strażnicy spoglądający na efekty naszej pracy przypominają wymagających oficerów uczących kiedyś w elitarnych szkołach Rzeszy. Coraz sprawniej manewrują igłą i nicią. Oczywiście męczy to palce, oczy, ale jest znacznie przyjemniejsze niż wykańczająca, wielogodzinna praca fizyczna na mrozie i wietrze. Czasami bywa nawet przyjemna. Brzmi to nielogicznie, ale tak właśnie jest. Część rzeczy związanych z „dzienną rutyną” trudno wytłumaczyć, ponieważ pozostaje tylko odczucie, które zastępuje logiczne rozumowanie. Pomoc sowietom? Naszym wrogom? Kiedyś było to niewybaczalne. Zdrada! Zdrada – krzyczeli. Teraz mogą co najwyżej sobie pokrzyczeć.

12.05.1944
Zmarł dziś Jan Gruber. Pogrzebaliśmy go tam, gdzie pozostałych kolegów, którym się nie udało przeżyć. Trzeci dół, trzeci krzyż. Lecz tym razem Rosjanie nie pozwolili na długie ceremonie. Choć było wczesne południe, gdyż Gruber zmarł jeszcze przed nastaniem świtu połowa radzieckiego oddziału eskortowała nas do miejsca mogiły, a następnie ochraniała podczas ostatniego pożegnania zasłużonego podpułkownika urodzonego w Austrii.
Rosjanie podejrzliwie spoglądali na okoliczne lasy i stepy. Byli podenerwowani równie bardzo jak my (część oddziału nie wzięła udziału w uroczystości) i zanim jeszcze młody szeregowiec Urlb skończył recytować fragmenty wierszy mówiących o drodze do nieba kazano, nam zakończyć pogrzeb i powrócić do obozu.
Sądzę, że Rosjanie nie znają opinii naczelnika co do zagrożenia ze strony kotów – skrytobójców, a ich podenerwowanie świadczyło raczej o trzeźwym spojrzeniu na prawdopodobne niebezpieczeństwa. Zbuntowany oddział? Antysowieccy partyzanci? Wilki? Pewnie, gdy dowódca po rozmowie z Knasniciem nie uraczył ich żadnymi odpowiedziami na rodzące się pytania musieli wewnątrz własnego grona ustalić najbardziej oczywistą przyczynę.
Nie chcąc ryzykować szybko zawrócili nas do obozu. Rozumiem ich zachowanie. Znajdowaliśmy się blisko lasu i drogi, która może być ważnym elementem transportu i topografii. W czasie pogrzebu Grubera wszyscy znajdowaliśmy się w zwartej grupie. Gdyby doszło zatem do ataku szybko zginęłaby większość (powiedzmy od granatu), a reszta stałaby się łatwym celem. Pewnie ucieczka niewiele, by też dała. Chyba zaczynam rozumieć słowa naczelnika o „nieustannym zagrożeniu i wielkim niebezpieczeństwie”, coraz mniej natomiast myślę o tych nieszczęsnych skrytobójcach.

14.05.1944
Ernst Schwarz zmarł dzisiejszego popołudnia. Podobnie jak w przypadku Grubera został pogrzebany na skraju drogi, gdzie stoją teraz cztery krzyże. Również i tym razem uroczystość odbyła się bardzo szybko, a rosyjscy żołnierze, nadzorując całą ceremonię doczekali momentu dokładnego zagrzebania ciała owiniętego w śmierdzący prochowiec, by zarządzić powrót do obozu. Nie udało się nawet wyrecytować kilku wierszy nad grobem Schwarza. Oby ten zapis w moim pamiętniku oddał mu należną cześć.

15.05.1944
Wzmożone kontrole i podwyższona ostrożność wciąż trwa. Wydaje mi się, że cały obóz jest teraz w stanie niecierpliwego wyczekiwania. Ja także wierzę, że kolejny atak musi nastąpić i nastąpi wkrótce. Fałszywy spokój tylko nas denerwuje. Dnia piętnastego maja nie nastąpiły żadne godne odnotowania wypadki. Mój ołówek jest coraz krótszy i dopiero teraz zauważyłem (czytając poprzednie zapiski) jak wiele razy niepotrzebnie rozpisywałem się na błahe sprawy oraz własne przemyślenia, lekceważąc systematycznego prowadzenia sumiennych sprawozdań.
Może kiedyś ten pamiętnik pomoże odtworzyć dzień po dniu (choć nie pisywałem codziennie) los mojego oddziału w tych dziwnych dniach. Prawdopodobnie wkrótce przestane pisać. Pragnę to zapowiedzieć już teraz. O ile się orientuje na terenie obozu nie ma już żadnych przedmiotów, którymi mógłbym pisać, a pióro, które posiada naczelnik na swoim biurku nie pisze od dawna. Wiem o tym, bo to moje pamiątkowe pióro. Właściwie to i tak jestem zadowolony, że Rosjanie pozwolili mi prowadzić zapiski – nie spodziewałem się tego z ich strony. Do czasu kolejnych wydarzeń pamiętnik spocznie pod poduszką mojej pryczy.

16.05.1944
Cisza i spokój.

20.05.1944
O Boże tyle rzeczy do opowiedzenia, a takie restrykcje. Tak krótki ołówek, a przecież na Boga znowu podeszły pod obóz! chyba chciały się wedrzeć do środka. kilka w ciemności pamiętam dobrze rosjanie oświetlali teren starymi latarkami z wieżyczek i padały strzały gdy wychodziliśmy z hali chyba widziałem jednego z tych skrytobójców Na Boga istnieją istnieją do cholery wielki kudłaty kształt i żółte oczy lśniące w mroku Później ktoś zakrzyknąć, bo wszyscyśmy słyszeli ich pomruki były praktycznie bezszelestne na Boga ale widziałem ich ślepia w ciemności są wielkie potężne jak niedźwiedzie może nawet większe istnieją naprawdę stary sukinsyn się nie mylił żadna tam miejscowa legenda skrytobójcy istnieją naprawdę i podeszły pod samą siatkę obozu bodajże siedemnastego maja wszyscy już o nich wiemy wszyscy będziemy się bronić zabiły chyba jednego rosjanina albo sam uciekł – nie wiem tak czy inaczej zniknął z obozu po siedemnastym spłoszyli je strzelali w ciemność gdzie pewnie się znajdowały ale nie znaleziono ich ciał nie potrafię o tym pisać i nie mogę zbyt szczegółowo ale byliśmy i jesteśmy terroryzowani przez stado dzikich bestii o których pewnie nikt w Rzeszy nie słyszał prawie jak wilkoudzie ale koty na rany Chrystusa koty wkrótce mamy otrzymać broń zgodnie z rozporządzeniem naczelnika wszystko stało się jasne jesteśmy przerażeni nawet więcej chwilami o krok od szaleństwa Syberia potwory ciągły chłód śmierć kolejny żołnierz sowiecki zaginął czy przetrwamy czy my nie poginiemy na wszystkie świętości potwory chcą nas zabić

22.05.1944
Chciały się wedrzeć do obozu przez boczną siatkę dwudziestego pierwszego strzelaliśmy w mrok słyszałem ryki bólu i cierpienia ale o świcie oprócz kilku plam krwi nie znaleziono ani jednego nic nie znaleźli dwóch Rosjan uciekło w nocy jeden z naszych powiesił się nazywał się chyba Ritlutz.

24.05.1944
Weszły do obozu i urządziły prawdziwą rzeź cztery ciemne kształty były tylko cztery które weszły a broniliśmy bocznych siatek kilka długich dni patrole cały czas cały czas sprawdzanie i nasłuchiwanie a mimo to wdarły się pamiętam krzyki ranionych i mordowanych i ryki bestii uciekliśmy na wieżyczkę razem z Janem i jakimiś strażnikami strażniczą ale był taki chaos na spacerniaku że razem z kilkoma Rosjanami nie potrafiliśmy rozstrzelać te demony z piekła rodem wszyscy biegali w różnych kierunkach, a nawet płomienie po eksplozji granatów nie rozświetlały spacerniaka ale były tam hasały szybko skakały na kolejnych gdy wszystko ustało wszyscy byli już w bezpiecznych miejscach wieżyczki strzelnicze były oblężone w barakach ukrywali się sowieci razem z nami nawet zabarykadowano się w pomieszczeniu naczelnika gdzie uzupełniali amunicję i łykali coś na wzmocnienie uwagi jak już nastał świt i zeszliśmy na spacerniak uprzątnęliśmy ponad dwadzieścia ciał wyglądali gorzej niż po najstraszniejszej bitwie wyglądali nie da się tego opisać poza tym około sześciu osób po prostu zniknęło nie wiemy czy uciekli z obozu w las w chwili ataku czy też może te demony zabrały ich ze sobą do piekła jest teraz popołudnie 24 05 i musimy się przygotować do kolejnej nocy one polują nocą wtedy wyruszają na łowy i chyba już intuicyjnie kierują się w jedno miejsce

25.05.1944
Spokój

26.05.1944
Spokój

27.05.1944
Spokój

Chyba 30.05.1944
To już koniec jest nas dwudziestu dwóch skupionych w pomieszczeniach gospodarczych domku naczelnika nie ma już amunicji zostało kilka magazynków i dwa granaty Rosjanie żartowali, że to na wypadek, gdybyśmy mieli popełnić samobójstwo w chwili ataku żywcem nas nie wezmą mówili wciąż kiedy nastąpił atak byliśmy przygotowani ale te skrytobójcy na Boga działały w grupie jak jeden oddział pod dowództwem doświadczonego generała osaczyły nas odcięły od pomieszczeń i zapędziły w ślepy róg dostały się na wieżyczki mimo że wszyscy je ostrzeliwali kiedy wieżyczki padły a ich kształty widziałem w świetle księżyca rzuciliśmy się do baraków goniły nas słyszałem cały czas ten ryk za plecami ale nie widziałem żadnego brnąłem przez śnieg i zawieję słyszałem krzyki rozpaczy widziałem krew na śniegu i brnąłem dalej gdy wpadłem do pomieszczenia widziałem podniesione lufy karabinów zakrzyknąłem nie strzelać a zaraz potem wpadł jakiś Rosjanin z krwią na twarzy zabarykadowaliśmy drzwi i nasłuchując czekaliśmy z naładowanymi karabinami naczelnika już nie było chyba nie żyje zresztą nie wiem jest nas dwudziestu dwóch kilku sowietów i kilku naszych nie wiem co zresztą nie wiem czy żyją po prostu nie ma ich tu pamiętnik ocalał Bogu dzięki zostaje czekać będziemy strzec tych pomieszczeń mamy tu pożywienie wódkę i resztki amunicji obóz już chyba przestał istnieć siatki nie ma nie ma gdzie uciekać i czego bronić skrytobójcy na Boga zwykła miejscowa legenda podpitego brodacza skrytobójcy potwory demony zniszczyły nas

Chyba 01.05.1944
To będzie ostatni wpis Franza Kauffmana do tego pamiętnika nadchodzą zabiły już wszystkich znalazłem ciało naczelnika moi towarzysze zniknęli w okolicznych lasach słyszałem ich krzyki ja wraz z kilkoma sowietami i dwoma najwierniejszymi kompanami pozostaliśmy broniliśmy zgliszczy zabiłem jednego demona ale nie wiem gdzie jest jego ciało one zabierają martwe sztuki jest teraz wieczór i zostałem sam taka jest strona żołnierza prawda? strona żołnierza mój Boże bo nie ma tu nikogo oprócz mnie wszyscy ci ludzie dorastali tylko po to by zginąć a one te skrytobójcy widzę je teraz widzę ślepia w oddali dziesiątki kocich ślepi dzikich zbliżają się tu to one to skrytobójcy nie mam już amunicji wczoraj wieczorem strzelaliśmy w powietrze by je wypłoszyć z pokrytego grubym śniegiem spacerniaka uciekły zrobiłem prowizoryczny stryczek ale nie popełnię samobójstwa bo nie potrafię zostałem tu sam zginęliśmy potwory potwory istniały istnieją mówił prawdę wiedział co nastąpi nie potrafiliśmy obronić a działaliśmy razem ramię w ramię zaczekam tu na nie Boże jak blisko zostały mi jeszcze dwie minuty nie wiem co napisać strzeżcie się bo one podobno widziane były też gdzie indziej strzeżcie się skrytobójców ogromnych kotów to już koniec na Boga na rany Chrystusa idą tu po mnie idą tu idą tu to już koniec




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -