Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Mniejsze Zło

Jędrzej Tazbir

(dedykowane pamięci Howarda Philipsa Lovecrafta)

Wszędobylska ciemność nie dodawała chłopcu żadnego powodu do otuchy. Oblepiała go lubieżnie, leżącego w pozycji embrionalnej na zimnej, wilgotnej i twardej ziemi, tulącego się do oschłej ściany, z którą związany był pordzewiałymi, wpijającymi się w jego nadgarstki, niczym głodny w krwisty stek kajdanami, które z każdym jego ruchem brzęczały, okrutnie igrając z obrzmiałymi narządami słuchu nieszczęśnika. Ich grube i nieprzejednane łańcuchy nosiły ślady zębów malca oraz krew, która pojawiła się tam, gdy trzonowce nie mogące wytrzymać straszliwego ucisku szczęki chłopca zostały zgniecione na miazgę. Ich ślady widniały także na połamanym stole z drewna. To co udało się od niego odgryźć, leżało teraz w rozbryzgniętej na gruncie kałuży wymiocin.
Dziecko drżało spazmatycznie, a jego wychudłe ciało targane było dreszczami. Zamknięte twardo oczy i zamarły w piersiach oddech mogłyby wskazywać, że więzień odszedł już na tamten świat, a owo podrygiwanie było jedynie oznaką wciąż pracujących ślepo nerwów. Jednakże na przekór temu chłopiec znieruchomiał, gdy w niewielkiej grocie, w której się znajdował rozległ się dźwięk skapujących na posadzkę kropel.
Zaraz potem nadszedł odgłos lepiących się kroków, które powoli acz nieubłaganie zbliżały się do umierającego, łańcuchy znów zabrzęczały. Lodowaty uścisk szkaradnej dłoni na obolałym kikucie pozostałym ze stopy spowodował- niczym pociągnięcie sznurka u kukiełki -jego wierzgnięcie. Mimo tych nędznych prób obrony ręka przesuwała się w górę, spoczęła na rozpaczliwie zaciśniętych udach, następnie zagłębiła się w poorany szponami brzuch, rozpalając ciało z każdym dotknięciem. Gdy ujęła chłopca za szyję, oczy wywróciły się mu do góry białkami, a z płuc uwolniony został ostatni wydech…

Brat nieboszczyka szedł w tym czasie niemrawo przez pustynię wlokąc za sobą poskrzypujące żałośnie wiadro. Wyruszył na pustkowie kilka godzin temu. Szukał wody, której deficyt ostatnimi czasy odbił się przeraźliwym echem w jego wiosce. Podobnie jak kilka razy poprzednio, nie znalazł nawet kropli. Szedł pochylony, palące promienie słońca smagały bezustannie niepozorną postać prawie w całości odsłoniętą przed ich dla wielu zabójczymi zakusami. Mały Abdul przeklinał je, nawet nie dlatego, że nie zostawiały go w spokoju nawet na moment, ale ponieważ to na skutek ich niegodziwych poczynań żywiąca całą osadę rzeka ostatecznie wyschła, co pociągnęło za sobą śmierć jego rodziców. Od tego czasu obowiązek opieki nad bratem został całkiem zwalony na niego, czuł się w pełni odpowiedzialny za swe rodzeństwo. Był jedynym który mu pozostał i na którym mógł polegać. Tym bardziej więc odczuł gorycz porażki, kiedy w falującym od gorąca i pełnym pyłu powietrzu pojawił się zarys rodzinnej osady i uświadomił sobie, że jedyną wodą, jaką ze sobą przyniósł była spływająca mu z policzka łza.
Osada nie robiła właściwie większej różnicy z zasuszoną pustynią. Żar z nieba nie zmienił się ani o jotę, było akurat południe, zwykle pora najbardziej ożywionego ruchu. Mimo to drogi ziały pustką i jedynie chwytające za serce- zwłaszcza osoby tak wrażliwej na cudzy los jak Abdul- matczyne lamenty nad straconym potomstwem przypominały, że wciąż tli się tu zamierające życie. Większość dobiegała z małych okienek prymitywnych lepianek stłoczonych jedna przy drugiej . Każda chata była identyczna, anonimowa, pozbawiona osobowości. Kanalizacja była pojęciem abstrakcyjnym, toteż fetor dobiegający z biegnących równolegle do drogi rynsztoków był katorgą dla przechodniów. Jedynie muchy dobrze się bawiły. Ściągały się całymi milionami, urządzały sobie legowiska na głowach nielicznych już żebraków- ci po wielu dniach spędzonych pod gołym niebem przypominali już wysuszone worki kości-, wywijały Abdulowi serpentyny przed nosem. Pełne poczucia bezkarności obłaziły przybysza, a nieporadne próby ich odpędzania wyraźnie je ekscytowały.
Chcąc więc czy nie chłopiec dalszą drogę przebył w towarzystwie owadziego orszaku. Ten problem zmniejszał się jednak do rozmiarów błahostki, gdy dla nieskalanej dotąd poważniejszym grzechem uszy Abdula wyszło na jaw, że pod wpływem klęski tubylcy w walce o przetrwanie zniżyli się do swych najbardziej zwierzęcych odruchów. Pierwej jego uwagę zwróciło donośne beczenie dochodzące z jednej z mizernych zagródek nieopodal. Okazało się, że na życie bezradnego koźlęcia targnął się bliżej nieznany- jak Abdul domniemywał- zmożony głodem mężczyzna, który jednym susem przedostał się przez prowizoryczne ogrodzenie, skręcił kark płaczącemu rzewnie zwierzęciu, bezwładne ciało zarzucił sobie na plecy i tą samą drogą umknął, szybko znikając gdzieś w oddali. Aczkolwiek nawet, gdy był już daleko, ciche brzdąkanie zawieszonego na szyi kózki dzwoneczka wciąż rozbrzmiewało w głowie chłopca, który po tym widowisku chyżej pokonywał dalszą drogę, owładnięty pragnieniem schronienia się przed panoszącym się szaleństwem w zaciszu domostwa.
Mimo tego wrodzona ciekawość powodowała, że dalej zaglądał w boczne zaułki, chociaż wiedział, że niczego miłego tam nie uświadczy. Nie mylił się.
W jednym z nich ujrzał człowieka popychającego nogą do rynsztoka podłużny kształt. W pierwszej chwili Abdul odwrócił z obrzydzeniem wzrok, zdecydowany by więcej tam nie patrzeć ani o owym widoku nie myśleć. Jednakowoż wcale nie musiał tego robić, ponieważ po chwili usłyszał pisk gromadzących się w tamtym miejscu szczurów i jasnym stało się, że ów potraktowany w tak znieważający sposób „kształt” był w istocie ludzkim ciałem.
Palący skwar zmusił przechodnia do zatrzymania się w jedynym miejscu w osadzie oferującym cień z prawdziwego zdarzenia. Dawała go budowla wzniesiona w samym centrum- czy raczej reszta chałup została zbudowana dookoła niej -, wyjątkowo okazałe gmaszysko, najstarszy budynek w osadzie, kilkukrotnie wyższy od reszty, przesłaniający swą posturą nawet słońce. Praktycznie do cna porośnięty był całkiem już uschłym bluszczem, przez co nie dało się rozróżnić zbyt wielu szczegółów architektonicznych, mimo tego zawsze fascynował Abdula swym ponurym dostojeństwem- pnący się ku niebu, strzelisty i dumny. Choć wydawał się opuszczony- w utworzonych z witrażowego szkła oknach nigdy nie pojawiło się nic oprócz starych pajęczyn, w życiu też nie zauważył, żeby ktokolwiek do niego wchodził lub wychodził- dorośli milczeli na jego temat jak zaklęci, a sama wzmianka na jego temat zdawała się napełniać ich lękiem. To z kolei rozpalało bogatą wyobraźnię chłopca do granic możliwości. Samo domostwo zaś nabrało miłego posmaczku zakazanej tajemnicy, którą obiecał sobie kiedyś zgłębić.
Teraz jednak pozostawało pod znakiem zapytania, czy będzie miał jeszcze na to okazję. Na pewno nie nastała ona teraz, gdyż musiał zająć się sprawami znacznie bardziej przyziemnymi i przygnębiającymi niż ucieczka w świat dziecięcych marzeń. Jego dom znajdował się już rzut kamieniem stąd, ale wcześniej musiał odwiedzić swego sąsiada. Był on jedynym człowiekiem białej karnacji, jaki kiedykolwiek zawitał w tej osadzie. „Misjonarz z boskiego powołania” jak buńczucznie zwykł siebie nazywać, przybył tu wiele lat temu, by wyłuskać spośród tutejszej społeczności kandydatów na wiernych, a następnie, choćby miało to wymagać zastosowania młotka, wyuczyć ich chrześcijańskich doktryn. Lecz nagły wypadek- o którym ani misjonarz ani inni dorośli mówili nader niechętnie” przykuł go do wózka inwalidzkiego i na zawsze pokrzyżował mu plany. Mimo to rozległa wiedza jaką dysponował- przynajmniej z punktu widzenia Abdula i jego rodziców- oraz multum ksiąg, które ze sobą przywlókł okazały się wyjątkowo intrygujące dla chłopca, który szybko zaprzyjaźnił się z owym z lekka ekscentrycznym, acz przyjaznym i pogodnym starcem i zafascynowany jego osobą podjął- początkowo wbrew woli rodziców, którzy zakazywali mu utrzymywania z misjonarzem jakichkolwiek kontaktów- u niego nauki.
Teraz biały człowiek powoli dokonywał swego żywota na łożu śmierci, kaleki i osamotniony. Abdul miał u misjonarza dług wdzięczności, toteż odwiedzał go po częstokroć, by pomagać w najprostszych czynnościach czy też zwyczajnie dotrzymać towarzystwa starej osobie, postarać się przywrócić mu choć na chwilę pogodę ducha, którą jego mentor kiedyś promieniował. Był też jedyną osobą, która wiedziała jak urządzić mu chrześcijański pochówek, do czego duchowny przywiązywał wielką wagę.
W końcu nieśmiale przestąpił próg jego mieszkania, zrazu uderzył go fetor zgnilizny, już po tym można było domyśleć się, że miał wiele do zrobienia. Ciche „dzień dobry” nie spotkało się reakcją spoczywającego na prymitywnym posłaniu starca, jednakże miarowe unoszenie się jego piersi zdradzało, że nie udał się jeszcze na wieczny spoczynek, a w takim razie wyciąganie go ze stanu, w jakim się znajdował nie miało większego sensu. Abdul prędko uwinął się z oprzątnięciem maleńkiej klitki, a także dość zdawkowym przywróceniem do porządku samego misjonarza. By zrobić coś więcej musiałby go rozbudzić, na co nie miał ochoty, ponieważ smród od niego dochodzący był naprawdę niemożebny, w dodatku w domu wciąż czekał chory braciszek.
Jak na złość jednak misjonarz uchylił powieki i już po chwili z donośnym ziewnięciem powrócił do realnego świata. Zaraz też ujrzał chłopca, a wtedy usta pierwszy raz od dawna wykrzywiły mu się w niemrawym uśmiechu. Nie trzeba było długo czekać, by popłynęły z nich słowa:
-Abdul, moje dziecko! Cóż za radość, że do mnie zawitałeś. Nikt mnie nie odwiedzał od tak dawna, że niemalże odkąd sięgam pamięcią, mogłem rozmawiać jedynie z własnym odbiciem!
Wypowiedziawszy to zaniósł się chrapliwym śmiechem. Gdy skończył podjął próbę podniesienia się z barłogu, w którym tkwił, co przypłacił dotkliwym ukłuciem w krzyżu.
Opadł więc ciężko na poprutą i brudną poduszkę. Bezradny, uwięziony w splotach cuchnących betów szybko wzbudził litość chłopca, przeto ten nie zawahał się ani chwili, kiedy starzec błagalnych tonem zwrócił się do niego:
-Mój chłopcze, czy byłbyś łaskaw pomóc kalekiemu staruchowi i przenieść mnie na wózek?
Chudy i mizerny inwalida nie ciążył Abdulowi zanadto, toteż ten miękko i z wyraźną troską usadził bezwładne ciało na wózku inwalidzkim, nawet smród biorący z parszywego legowiska epicentrum nie zdołał w tym przeszkodzić. Obarczony ciężarem wózek zaskrzypiał w sprzeciwie, zaś uradowany misjonarz nie omieszkał po raz kolejny zniweczyć planów swego dawnego ucznia wciągając go w dalszą rozmowę:
-Dzięki ci chłopcze, Bóg zapłać. Przykro mi niezmiernie, że nie mogę cię wynagrodzić w żaden inny sposób, ale zapewne wiesz dobrze, że nędza od zawsze gościła w moich progach.
-Cała przyjemność po mej stronie starcze. Posłuchaj, z wielką radością zostałbym dłużej, lecz w domu czeka na mnie młodszy brat i zapewniam, że jest to sprawa niecierpiąca zwłoki.
-Ledwo co zdążyłeś wyczyścić serce starego z goryczy i już mnie opuszczasz? Nie raczysz nawet powiedzieć, jak się w twej rodzinie przelewa?
-Niezbyt fortunnie. Kilka dni temu mama i tata zmarli.
-Niech Bóg zlituje się nad ich duszami.- tu przerwał na chwilę -Swoją drogą, teraz gdy przesypują się już ostatnie ziarenka w klepsydrze mojego życia muszę ci coś wyznać. O ile nie znajdziesz słów na wyrażenie smutku, jaki mnie ogarnął na treść tej nowiny, to nie jestem nią nawet odrobinę zaskoczony.
O ile jak dotąd Abdul próbował po prostu jak najgrzeczniej zbyć misjonarza, nie przykładając większej wagi do rozmowy, to ostatnie zdanie przykuło jego uwagę z siłą magnesu. Bijąca od niego oschłość całkiem zbiła go z tropu, wskutek czego odparł wyraźnie zdeprymowany:
-Nie jesteś zaskoczony? Ale dlaczego? Wiedziałeś już o tym?
-W końcu musiało paść i na nich. Taka cena za zerwanie paktu.
-Paktu? Nie wiem, o czym ty mówisz. Czy czasem jakaś myśl niestworzona nie rzuciła ci się na umysł?
-Więc ciągle nic nie wiesz? W sumie do tej pory tak było lepiej dla ciebie, jednak teraz, gdy narażone jest także twoje życie, moją powinnością jest poinformować cię o niektórych sprawach. Ja nie mam nic do stracenia, a ciężkim grzechem byłoby zabierać tę wiedzę do grobu.
Treść słów starucha wskazywała na to, że doszczętnie już postradał zmysły, lecz niezachwiana pewność, z jaką je wyrażał sprawiła, że Abdul mu nie przerwał.
-Zacznijmy od początku. Przybyłem tu około dziesięciu lat temu, wszakże przebywałem w tych regionach już wcześniej. Podczas licznych wędrówek nawet najdziksze zakątki nie uszły mej uwadze, tak było też ze Wzgórzami Odmętów (jak nazywano pasmo górskie rozciągające się kilka mil od wioski) .
To miejsce okryte jest złą sławą. Nie udało mi się wydobyć praktycznie żadnych informacji na ich temat. Z tym większą werwą jednakże zabrałem się do ich penetracji. Na początku nie przejawiały się jako cokolwiek innego niż zwyczajne pustkowie, lecz gdy dotarłem do jednego z dwóch tamtejszych płaskowyżów, odnalazłem roztaczające się na całej jego powierzchni prawie całkiem zatarte przez upływ czasu ruiny, ślady niezbicie nieznanej dotąd, starodawnej cywilizacji. Większość owych ruin po setkach, może tysiącach lat została zredukowana do kupek kamieni, ale w niektórych wyraźnie widziałem szczątki potężnych kolumnad, popękanych murów, a nawet prymitywnych fasad. Byłem pod wrażeniem tego znaleziska i mimo że nie dysponowałem dużą wiedzą na temat archeologii, nie omieszkałem dokonać chociażby pobieżnych badań. Moją uwagę przykuły gęsto usiane- zwłaszcza na kolumnach malowidła. Były to pokraczne rysunki nie przypominające niczego, co do tej pory widziałem na oczy. W większości doszczętnie wymazane przez szalejące w tamtym miejscu żywioły przedstawiały -z tego, co mogłem z nich odczytać- humanoidalne, zgarbione stwory o spłaszczonych, zdeformowanych pyskach, uwiecznione podczas odprawiania czegoś w rodzaju nieludzkiego tańca, upojnej orgii, w której wiły się w splotach własnych cielsk wśród żarzących się ogni i wszechobecnego dymu, a nad nimi sprawująca pieczę para oczu nieuchwytnego widma przejawiającego się w strugach kopcących się popiołów. Owe ślepia wykonane były ze znacznie większą pieczołowitością, niż reszta rysunku, co wskazywało na to, że jego wykonawca musiał żywić do nich nabożną cześć i szacunek.
Zadziwiło mnie, ile informacji mogły mi przekazać tak na wskroś prymitywne bohomazy. Ich dojmująca dosłowność napełniła mnie niepokojem, trwożnie rozejrzałem się dookoła i wtedy ujrzałem ją. Niewielką, krępą, przyglądającą mi się z oddali istotę. Nie wydała z siebie żadnych odgłosów ani też nie poruszyła się, zaś w oślepiającym słońcu byłem w stanie dostrzec jedynie jej zarysy, ale nie przeszkodziło jej to w zmrożeniu mi krwi w żyłach. Kolejny rzut oka na naniesione na kamień powykrzywiane pyski wystarczyły, bym odczuł wszechogarniające wrażenie, że zioną one wprost na mnie żarliwą złowrogością. Wyłapywałem ich coraz więcej, wszędzie dookoła. Zaskakująco blisko rozległ się żałosny skowyt podnieconych hien, a echo przyniosło ze sobą nieuchwytne pozostałości fanatycznych wrzasków. Warczenia przeszły prędko w agonalny jazgot zagryzających się nawzajem stworzeń, przepełniał powietrze, dopadał mnie ze wszystkich stron, czułem ich cuchnące oddechy zipiące nienawiścią Zdjęty strachem wyniosłem się w te pędy z owego reliktu pradawnych okrucieństw i wciąż roztrzęsiony znalazłem schronienie tutaj.
Było to niedługo po twoim narodzeniu. Szybko zadomowiłem się w wiosce i podjąłem próby przekabacenia ludności na religię chrześcijańską. Tutejsze wierzenia w przeciwieństwie do większości, jakim stawiałem czoło miały wyjątkowo sprecyzowane doktryny. Składano cześć „pierwszym” - gadzim istotom o wielkiej mocy. Już to wzbudziło we mnie podejrzenia, a kiedy powiedziano mi, że przybyły z gór razem z tajemniczym wędrowcem, ogarnęła mnie paniczna trwoga i pierwsza myśl dyktowała mi wzięcie raz na zawsze nóg za pas z tych obszarów. Mimo to pozostałem, gdyż dotarło do mnie, że będzie to akt tchórzostwa wobec Boga i misji, którą mi wyznaczył. Podjąłem wyzwanie, a tubylcy jak na przekór moim skrytym pragnieniom nie szczędzili informacji na temat swego kultu. Otóż wędrowiec po przybyciu na tutejsze pustkowie zbudował tu gmaszysko, a wkrótce dzięki jego nieludzkim machinacjom z „pierwszymi” popłynęła tędy rzeka, co z kolei ściągnęło w to przeklęte miejsce innych osadników. Było to na rękę wędrowcowi, który nauczył ludność swych ohydnych wierzeń. Według nich, by „pierwsi” pozostali przychylni dla ludzi, należało dwa razy w roku złożyć im ofiary z… ludzi właśnie. Był to okrutny proceder, mieszkańcy wioski żyli w strachu przed bożkami, które w przekazywanych szeptem podaniach miały formę obślizgłych kreatur o wyłupiastych oczach, a także przed samym wędrowcem, który pieczołowicie ukrywał swe oblicze przed oczami swych wyznawców. Przeto kiedy pojawiłem się ja wraz z dobrą nowiną, ochoczo przyjęli ją w swe progi. Napełniło mnie ulgą mniemanie, że chybko zapomnieli o krwawych rytuałach, które kiedyś wyznaczały ich egzystencję. Z entuzjazmem zwrócili się ku dobrotliwemu bogu, wędrowiec po swej ostatniej, wygłoszonej przeciwko mnie tyradzie na zawsze zaszył się w mrokach swego domu i wyglądało na to, że lata lęku już minęły. Niestety wkrótce rzeka zaczęła wysychać, by po jakimś czasie zmienić się w błotniste bajoro i w końcu pozostawić po sobie jedynie puste koryto. Ludzie nie pamiętali, że to „pierwsi” dali im możliwość życia tutaj. Teraz odwrócili się od nich, a w efekcie nastała klęska, ludność przeklęła mnie, a banda rzezimieszków skatowała prawie na śmierć, łamiąc mi kręgosłup i w efekcie usadzając mnie tu na zawsze. Niedługo potem dotarły do mnie plotki o zaginięciach i nie ja jeden wiedziałem, że była to sprawka…
-Starczy tych bredni! Czy naprawdę sądzisz, że uwierzę w te szalone majaki? Zaprawdę niegodziwych imasz się sposobów, by mnie przy sobie utrzymać. Marnujesz mój czas, a ja nie mogę na to pozwolić. Żegnam, misjonarzu, spotkamy się jeszcze w bardziej sprzyjających okolicznościach, a wtedy będziesz mógł do woli faszerować mnie makabrycznymi historiami.
-Śmiem w to wątpić, chłopcze. Jednakże ruszaj, skoro masz potrzebę. Aliści przysięgam, że wcześniej czy później wspomnisz słowa starca i okryjesz się wstydem, żeś mi nie dał wiary!
Abdul nie odpowiedział. Zgadzał się, że najpewniej nie dane im będzie już porozmawiać, tym bardziej zrobiło mu się głupio, że tak ordynarnie nawrzucał staruszkowi. Czas jednak naglił, chłopiec nie miał go wystarczająco, by przepraszać. Raźnie wyszedł więc z chaty misjonarza i skierował się do własnej.
Chociaż obdarzony bystrym wzrokiem, Abdul nie zauważył tłoczących się na dachu hacjendy starego sępów, to przytłumiony umysł gospodarza zasłyszał ich ciche poskrzekiwania, trzepotanie upiornych skrzydeł oraz szpony wbijające się w wątłą, glinianą grań domu. Wiedział, że przysłuchiwały się całej rozmowie. Zdawał sobie także sprawę, że przyszły po niego…
Po śmierci rodziców i ciągnącej się niemalże od wieków chorobie brata Dom Abdula przestał być przyjemnym miejscem, a stał się przygnębiającym grobowcem. Zimnym, wilgotnym, do bólu cichym i rażącym pustotą. Kojące rozhukane zmysły ognisko domowe nie było rozpalane od dawna i nic nie wskazywało na zmianę tego stanu rzeczy. Uboga chata stała się ciężarem dla chłopca, obcym i beznamiętnym, na który został skazany po wsze czasy.
Wydawałoby się, że nie może już być gorzej. Mściwy los udowodnił jednak, że i owszem- brat Abdula zniknął.
Łoże w którym zwykł przebywać całymi dniami stało puste, pogrążone w niewiarygodnym nieładzie- rozkopane, pokryte licznymi rozdarciami i zadrapaniami. W jednej z wyrw widniał ludzki paznokieć. Podłoga pokryta była lepiącymi, wilgotnymi śladami dziwnie szerokiej, rozszczepionej stopy. Na początku Abudlowi przyszło na myśl, że jego bratu w nagłym napadzie szaleństwa przyszło samemu rozpłatać swe łóżko, a następnie pognać na oślep, do utraty tchu i już jąłby go nawoływać, kiedy przypomniał sobie słowa misjonarza:
„Niedługo potem dotarły do mnie plotki o zaginięciach i nie ja jeden wiedziałem, że była to sprawka…”
Odrażająca prawda nie pozostawiła mu żadnego pola do obiekcji. Nawiedzoną gadkę starca stanowiły chociażby do cna nieprawdopodobne, ale wciąż fakty. Jego rodzice a teraz brat padli ofiarą gniewu „pierwszych”. Czymkolwiek ci byli, bezlitośnie pozbawili go wszystkiego, co stanowiło mu w życiu oparcie, pozostawiając samego w pustej i martwej skorupie rozpadającej się chałupy.
Zrazu ogarnęła go wściekłość na samego siebie, że tak beztrosko zignorował opowieść misjonarza. Jeżeli ktokolwiek mógł wyjawić mu, w jaki sposób może uratować brata, to właśnie on. Zatem w te pędy zawrócił, jednakowoż jego entuzjazm zmalał niesłychanie, gdy usłyszał dobiegające z wnętrza chaty swego mentora potępieńcze wrzaski.
Drzwiczki uchyliły się niemiłosiernie skrzypiąc odsłaniając przed wzrokiem Abdula okropny widok. Misjonarz przykuty do wózka czynił skazane na niepowodzenie próby odgonienia trójki sępów bez ustanku wydzierających z niego zakrzywionymi dziobami kolejne strzępy, dokładnie tak jak zwykły to czynić z padliną . Ptaszyska trzepotały w powietrzu rozłożystymi, czarnymi skrzydliskami, ich łyse łby skąpane były we krwi, a szkaradne pokrzykiwania wraz z wrzaskiem starca tworzyły zatrważającą kakofonię, nie przeznaczoną dla uszu ludzkich. Abdul, choć znieruchomiał na moment, zaraz rzucił się na pomoc bezbronnej ofierze, lecz natychmiast stanęły mu na drodze dwaj kolejni oprawcy, którzy wlepiając w niego przebrzydłe ślepia, strosząc pióra i jazgocząc zajadle pozbawili go resztek odwagi.
Spojrzał na misjonarza- jego twarz prócz wyrażania niesłychanego bólu zdawała się nieść nikły, beznadziejny uśmiech dla chłopca, toteż ten wykrzyknął przekonany, że starzec wciąż zachował resztki świadomości:
-Kiedy ostatnim razem mówiłeś o porwaniach, co chciałeś powiedzieć? Kto za nie odpowiada?
Usta umierającego rozchyliły się i zanim sęp nie pochwycił mu języka, ten zdołał jeszcze odpowiedzieć:
-Wędrowiec, odprawia w gmachu swe…
Stróżka krwi trysnęła z gardzieli starca, Abdul odwrócił wzrok i w pośpiechu wytoczył się z jego chaty. Gdyby nie miał pustego żołądka, niechybnie zwymiotowałby. Po chwili wrzawa ustała, a pięcioro skrzydlatych morderców jak gdyby nigdy nic wyfrunęło z dziur w zadaszeniu i zniknęło w oddali. Cała sprawa zaczęła przybierać niepojęty w swej grozie wymiar. Poczynając od obłąkanej historii misjonarza, a kończąc na zatrważających zdarzeniach, których był świadkiem. Zrozumiał, że jego brat został porwany w czeluści starego budynku, rozumiał też, że on sam nie ma już nic do stracenia.
Przypomniał sobie czasy, kiedy wiekowy gmach był dla niego źródłem osobliwej fascynacji. Żywił nieodparte pragnienie, by zwiedzić niezgłębione korytarze tajemniczego domostwa. Jednakże te czasy odeszły. Teraz był uosobieniem nieznanego dotąd terroru, a spenetrować go musiał wbrew wszelkim swym przeczuciom. Nie miał wszakże wyboru.
Pierwszym problemem była kwestia wejścia do budynku. Drzwi zaryglowane były na głucho i o dziwo Abdul nie uznał za najlepszy pomysł załomotanie mosiężną kołatką. Obszedł domostwo dookoła i nie znaleziwszy żadnych bocznych wejść skierował swą uwagę na okna. Były umieszczone dość nisko, toteż przedostanie się do nich poprzez wspinaczkę po bluszczu nie powinno sprawić problemu. Wszystkie okna były pozamykane i Abdul nie przypuszczał raczej, by miało się to zmienić. W innym przypadku bowiem zalęgłe po obu stronach pajęczyny nie miały by tam prawa bytu. Aczkolwiek szkło, nawet witrażowe zawsze ma to do siebie, że jest kruche, dlatego jeden sprawny rzut powinien otworzyć drogę do środka budowli.
Abdul postanowił więc wytłuc doszczętnie okno- w normalnym przypadku wzdragałby się od tak bezczelnego wandalizmu, jednakże okoliczności nie pozostawiały pola do sentymentów- zbiec, tak by całe zdarzenie zostało wzięte na poczet nikczemnej zabawy grupki smarkaczy, a następnie wrócić tu nocą, by pod osłoną cieni spenetrować gmach w poszukiwaniu brata.
Nie zastanawiał się już ani chwili dłużej, wygrzebawszy niewielki głaz wymierzył i cisnął z impetem. Kamień trafił w środek witrażu, rozbijając go na milion fragmentów. Kilka opiłków szkła spadło chłopcu na głowę, rozległ się przeszywający trzask. Chłopiec stał przez kilka chwil, przyglądając się swemu dziełu. Nie wiedział, że gdyby jakikolwiek inny mieszkaniec wioski znalazł się na jego miejscu, rzuciłby się już dawno co sił w nogach do ucieczki, modląc się żarliwie i dysząc ze strachu…
Okrutny hałas w jednej chwili rozszedł się po niekończących się korytarzach i bez ogródek wświdrował się w jaźń pogrążonego w śnie ogara, natychmiast stawiając go na nogi. Wątły łańcuch pod naporem rozszalałych mięśni pękł bez zbędnego sprzeciwu, toteż wartownik domostwa bezzwłocznie popędził w kierunku źródła zakłócającego mu czuwanie dźwięku, w poszukiwaniu domniemanego intruza. Znalazłszy się na miejscu z obawą dostrzegł, że stoi już przed faktem dokonanym- rozbitym oknem, zaś sprawcy naruszenia odwiecznego ładu jego siedziby próżno było szukać. Jednakowoż po chwili wśród gęstego zakresu woni, które opatulały zewsząd jego nozdrza wychwycił nagle nowy, niespotykany od dawna odór emanujący od leżącego wśród odłamków witraża kamienia.
Przytknął nos do fragmentu skały, chłonąc jego specyficzny zapach. Wydzielały go zaledwie mikre krople potu utkwione w szczelinach głazu, lecz to wystarczyło Węch ogara, dla którego ciemność nie miała ograniczeń- mógł ją przeniknąć niczym wiertło -przefiltrował dokładnie nieprzebyty ocean swądów, by zaraz wyłowić odpowiednik owej niewielkiej próbki. Ten dobiegał spoza domu, co w normalnych okolicznościach niechybnie zahamowałoby łowieckie zapędy niezmordowanego stróża, wszakże tym razem ogar odczuł, że jego obowiązkiem wobec swego siedliska a także wobec Pana będzie rzucić się w pogoń za intruzem, iż właśnie tego Pan by od niego oczekiwał. Przeto naprężył ciało, a następnie wybił się żwawo, wydostając się na światło dzienne poprzez pustą teraz framugę.
Widok istoty wyskakującej zza okna bezszelestnie niczym pantera na moment zmroził Abdulowi zmysły. Stwór opadł z chrzęśnięciem, naga, do granic wychudzona sylwetka wywołała u chłopca zduszony krzyk oraz praktycznie całkowity bezruch, jednak kiedy niespodziewany agresor zwrócił na niego gorejące, nienawistne ślepia, przypływ adrenaliny oraz bijące oszalale, z impetem dzwonu serce przypomniało mu o ucieczce, toteż porwał się do biegu i pognał poprzez kurzące się niepomiernie uliczki.
Całą swą uwagę skierował na panicznym pędzie przed siebie, wiedział jedynie, że kieruje się ku domowi. Nie zastanawiał się, czy, ma to sens. Widocznie pozostała w nim jakaś cząstka kojarząca starą chatę z bezpieczeństwem i właśnie ona wytyczyła mu ów szlak. Chrapliwy oddech goniącego go, nienazwanego horroru grzmiał mu opętańczo w uszach, wypełniając umysł na kształt niebezpiecznie bliskiego pomruku huraganu i chociaż Abdul czynił wysiłki, by nie kierować się myślami do roztaczającego mu się za plecami koszmaru, to nieodparcie czuł, że ów pogłos gardła prowadzącego zapewne do samych otchłani Hadesu rozbrzmiewa coraz bliżej. Z rosnącym przerażeniem zdawał sobie sprawę, że z coraz większą trudnością zaczerpuje kolejne oddechy, a korzystające na tym ziarenka piasku przenikały mu do płuc, gdzie z perwersyjną przyjemnością wkłuwały się w ich ścianki. Perspektywa przedwczesnego zakończenia eksodusu zbliżała się coraz bliżej, a świadomość tego zmusiła uciekającego do desperackich poszukiwań jakiejkolwiek formy pomocy. Lustrujące w pośpiechu otoczenie oczy rychło natknęły się na parę swych odpowiedników, połyskujących niemrawo zza niewielkich okienek, wybiórczo przepuszczających światło słoneczne.
Zaraz też zamajaczały mu przed wzrokiem tym razem już kompletnie wyłonione z mroku twarze. Widząc je chciał krzyknąć, łkać o pomoc, lecz zaniechał tego, gdy z nieodmiennie wpatrzonych w niego, pobladłych lic wyczytał- a trzeba wam wiedzieć, że odgadywanie intencji z wyrazu twarzy zawsze było mocną stroną młodego Abdula – prócz przemożnego lęku także wyniszczające poczucie beznadziejności, a co za tym idzie- ponure przyzwolenie. Po chwili płynące zwartym potokiem łzy ułagodziły płonące policzki, ich wylanie zaś dało upust trapiącej chłopca udręce. Ostatnie osoby dające mu podporę przeminęły, pozostali za to obojętni, oglądający jego cierpienie niczym przygnębiający spektakl ludzie, których obcość była dla niego bardziej wydatna, aniżej kiedykolwiek wcześniej.
Podążający jego śladem ogar zakosztował sączących się na piach łez, zgrabnie wylizując je z pomiędzy grudek. Zasmakował męczarni Abdula, co dało mu nieopisaną przyjemność i poczucie dumy, a także impuls do dalszej pogoni. Słaniający się na nogach nędznik był przecież tak blisko…
Z gęstej zasłony pierzchającego Abdulowi przed nogami pyłu wreszcie wyłonił się zarys rodzinnej chaty. Dysząc niepomiernie utorował sobie drogę pośród kurzu i dopadł do drzwi, które teraz objawiały się jako przeraźliwie wręcz mizerne. Wnętrze zionęło chłodem i obojętnością w niemalże takim samym stopniu, co przyglądający się pościgowi tubylcy. Nie było sensu liczyć, że podejmie w obronie lokatora obojętnie jaką inicjatywę. Chłopiec musiał zdać się na własne, zamierające pod bezmiarem okrucieństw siły. Zaryglował pośpiesznie drzwi, chwycił stojący nieopodal stół w i przystawił go do nich, montując prowizoryczną barykadę. Wtem stwór dogonił uciekiniera i pierwsze grzmotnięcie o drzwiczki zatrzęsło gruntem. Abdul przywarł barkami do stołu i napierał na niego tak mocno jak tylko zdołał, przez moment obawiając się nawet, że go połamie.
Ale agresor nie miał zamiaru się przepychać. Konsekwentnie demolował masywnymi łapami ostatnią ze stojących mu na drodze przeszkód. Z każdym kolejnym uderzeniem kruche gwoździki coraz bardziej wysuwały się ze spoiw, co jego ofiara obserwowała z rosnącym przestrachem. Wreszcie pierwsza, od dawna i tak zresztą zbutwiała deska puściła, a następny cios posłał ją na drugi koniec mieszkania. Abdul w ostatniej chwili uniknął wciąż w niej tkwiącego, zakrzywionego szpikulca. Poprzez wyrwę pomiędzy sztachetami prześlizgnął się lepki promień światła, które to zawsze mroczne niczym trumna wnętrze widywało jedynie okazjonalnie. W tej sytuacji nie przyczynił się jednakże do poprawienia nastroju oblężonemu chłopcu. Był raczej srogim zwiastunem nadciągającej z każdą chwilą zagłady.
Otwór po brakującej desce odsłonił coś jeszcze. Przykuło to uwagę Abdula, który zwracając na to wzrok po raz pierwszy stanął twarzą w twarz z obliczem bestii w całej okazałości. Wykrzywiony w grymasie zaciętości pysk co chwila znikał z pola widzenia, by zaraz z impetem powrócić, eksponując poprzecinane wstęgami nerwów ślepia, co wskazywało na to, że wściekły napastnik naciskał na wątłą barykadę całą swą masą. Aczkolwiek nawet te krótkie przebłyski wystarczyły, by wyjawić przedziwną prawdę- za oczami pamiętającymi okres ohydnych mąk, wychudzoną i powykrzywianą twarzą wyraźnie ukrywała się istota ludzka, młody chłopak, który mógł być rówieśnikiem Abdula, tak znajomy z częstych niegdyś zabaw, że zabarykadowanym wstrząsnął dreszcz na myśl, że dybać na jego życie mógł właśnie jego brat.
Jego twarz widocznie jednak nie wzbudziła w zezwierzęconym dziecku podobnych uczuć. Co więcej, z jeszcze bardziej widoczną zajadłością dewastował w szybkim tempie ulegającą mu barykadę. Kolejne zwiastuny zagłady przedzierały się przez nowo powstałe szczeliny. Dalsza defensywna zdawała się bezsensowna, Abdul przykładał się do niej z coraz to mniejszym wigorem. Liczne promienie oślepiały go, przez co nabrał przekonania, że taka jest kolej rzeczy, taki jest wymiar kary. Dziury rozszerzyły się już na tyle, że ogar zabrał się do przeciskania przez nie kościstego łba. Szamotał nim na wszystkie strony, żłobiąc jeszcze większą wyrwę. Ślina skapywała mu z pyska, energiczne wymachiwanie rozsiewało ją po ścianach, a kilka kropel trafiło także w Abdula, napawając go niezmierną odrazą, co okazał, zupełnie irracjonalnie wywrzaskując imię brata.
Wtedy, gdy szala zwycięstwa zdawała się całkowicie zwrócić w stronę napastnika, rozległ się zew. Niewiarygodnie donośny, odległy acz wyraźny. Całkiem niezrozumiały dla Abdula, chociaż wyraźnie wygłoszony tonem nie znoszącym sprzeciwu, emanował też tęsknotą oraz troską niczym do granic wyolbrzymione i odczłowieczone wołanie strapionej matki. Wibrował w uszach chłopca, ogar zaś na jego dźwięk znieruchomiał, a po chwili odwrócił się i jakby w odpowiedzi zaskomlał hałaśliwie. Następnie rzucił jeszcze w kierunku swej niedoszłej ofiary pełne rozczarowania oraz zawiści spojrzenie i pomknął z powrotem, znikając szybko w piaszczystej mgle.
Abdul jeszcze przyglądał się tępo doszczętnie zdruzgotanym drzwiom, oczekując powtórnego nadejścia oprawcy. Nijak nie potrafił ogarnąć umysłem tego, co zaszło. Nie miał wątpliwości, że zew- żadne inne określenie nie pasowało do tego dźwięku, a przynajmniej nie potrafił takowego znaleźć -miał swe źródło w murach domostwa, do którego próbował się włamać. Cóż to było za miejsce, że mogło kryć w sobie tak nieogarnione pokłady obłędu? Obłąkańcza aura emanująca od gmachu zaczęła go fascynować. Szaleństwo zdawało się udzielać także jemu. Przypomniał sobie niegdysiejsze długie godziny spędzone na obserwowaniu domu. Najwidoczniej budynek musiał przyciągać go do siebie już wcześniej, jednakże nie z powodu swego wieku ani też okalającej go tajemnicy, jak kiedyś mniemał, lecz właśnie z powodu tej nieuchwytnej atmosfery nienazwanego horroru. Zaginięcie brata było jedynie pretekstem, by wreszcie zrealizować skrywane nawet przed samym sobą pragnienie zagłębienia się w dotąd niedostępnych oparach krwawego absurdu.
Zrazu ocknął się, udało się wypędzić brednie gnieżdżące mu się w głowie. Przeraziło go, na jak dziwaczne tory zaczął kierować mu się umysł. Czyżby prócz rodziny miał teraz stracić także i rozum? Nie mógł na to pozwolić, jednakże jedyne co był w stanie zrobić to ponownie zajrzeć do paszczy lwa, ponownie wyruszyć na spotkanie z wydzielającym z siebie tą rzucającą się na mózg aurę przedsionkiem zła. Po tym, czego doświadczył przejawiało się to na jeszcze bardziej niedorzeczne niż wcześniej. Ale cóż miał zrobić? W głębi jego umysłu zbolały brat wciąż nawoływał o pomoc. Nawoływanie nie ustanie, będzie drążyło Abdulowi czaszkę, aż ta pęknie i krzyk wydostanie się na powierzchnię wraz z mózgiem. W tej sytuacji nie miał już żadnego wyboru.
Pozostało mu wyciągnąć wnioski ze swej pierwszej wizyty. Wiadomym było, że ponury gmach wbrew oczekiwaniom- czy raczej nadziejom -zamieszkują wynaturzenia, kreatury wychodzące poza granice pojmowania. Są niegościnne i przejawiają to nieogarnioną żądzą mordu na widok obcych. Był mały i kruchy w porównaniu do nich, jednak nie oznaczało to, że ma się im poddać bez walki.
Wnet przypomniał sobie o kryjącym się gdzieś w nielicznych zakamarkach chaty nożu, którym jego ojciec niegdyś patroszył ryby. Takowa broń należała raczej do prowizorycznych i co by nie mówić- lichych, acz zapewne posiadała większą siłę rażenia od paznokci Abdula, toteż wartko zabrał się do przetrząsania w jego poszukiwaniu nielicznych skrytek, jakie kryła chałupa. Oględziny nie trwały długo, już po chwili dzierżył w dłoni niezbyt okazałe ostrze, które spoczywało dotąd na dnie jednej z szuflad. Lecz wcześniej w innej przegrodzie, wśród licznych rupieci odkrył toporny, drewniany, zbity z dwóch kijków przedmiot z wyrytym nieudolnie zarysem cierpiącej, ludzkiej twarzy. Podobny wisiał na ścianie u misjonarza, był symbolem jego boga, nazywał go krucyfiksem. Ot, kolejny argument potwierdzający słuszność przedśmiertnych słów starca: rodzice nie trzymaliby w domu takowego przedmiotu, gdyby nie wyznawaliby swego czasu chrześcijaństwa. A tak chciał wierzyć, że chociaż częściowo monolog starca był jedynie wytworem starganej widmem śmierci wyobraźni.
Przemknęła mu myśl o zabraniu krucyfiksu ze sobą, jednakowoż prędko dał sobie z nią spokój. Jeżeli istniał na świecie jakikolwiek Bóg, to był on bez wątpienia zbyt okrutny, by odmówić sobie sadystycznej przyjemności oglądania katuszy chłopca, czemu dawał wyraz osadzając go w tym przedsionku piekła.
Tymczasem grobowy mrok okalający mieszkanko jeszcze się wzmógł, przeciskające się przez zdewastowane drzwi promienie gorejącego słońca straciły entuzjazm i przerzedziły się. Ze wschodu- ze Wzgórz Odmętów dobiegły konspiracyjne szelesty znajdujących upodobanie w ciemności i ukryciu, stłoczonych w lilipucich legionach owadów. Co bardziej zabobonni mieszkańcy wioski wartko wezwaliby swe latorośle do chat, a następnie zaryglowaliby szczelnie drzwi. W czasie, kiedy noc przejmowało władanie nad ziemią, a powietrze przepełniał dojmujący chłód ludzie oddawali pole swym iluzorycznym demonom oraz inszym plugawym stworzeniom, których ich oczom nieprzeznaczone było widzieć. Po raz kolejny jednak Abdul nie miał innego wyjścia jak zakłócić ich spokój i ruszyć z powrotem do przeklętej rezydencji, tym razem przygotowany do boju na śmierć i życie.
Otwierane drzwi na pożegnanie zaskrzypiały złowieszczo, począł snuć się przez zionące odorem rozkładu i śmierci uliczki. Kroczył zgarbiony niczym skazaniec w drodze na egzekucję, dociskając nóż do piersi. Porywisty, lodowaty wiatr co rusz smagał jego ciało, przyprawiając go o dreszcze. Serce rozpaczliwie błagało o chociażby płomyczek ciepła, który ogrzałby zziębniętą duszę, ale jego nagabywania były daremne, ponieważ w piekle można jedynie albo zamarznąć albo się usmażyć…
Wkrótce Abdul stał już naprzeciw wrogiego gmaszyska. Dom wznosił się ku niebu, rozpierany pychą. Dach dudnił pod naporem natarczywych podmuchów, kpił sobie z przeciwstawiającego mu się chłystka, jednakże Abdul starał się nie zwracać na to uwagi. Skoncentrował ją na odnalezieniu okna, które wcześniej padło ofiarą rzuconego przez niego kamienia. Rozbity uprzednio otwór pozostał na swoim miejscu, co napełniło chłopca ulgą, gdyż konieczność ponownego stłuczenia szyby równałaby się kolejnemu spotkaniu ze zwyrodniałym strażnikiem domostwa, czego Abdul wolałby uniknąć.
Niemądrym byłoby zwlekać. Noc pomimo całej swej wrogości dawała potrzebne schronienie pod płaszczykiem cieni, toteż nie marnując ani chwili Abdul chwycił za uschłe łodygi bluszczu i jął zręcznie wdrapywać się do otworu. Wzdrygnął się na myśl, że niegdyś wspinał się już po nich wraz z resztą latorośli, nieświadomy czającego się tuż obok zagrożenia. Roślina, choć od dawna martwa, raźno utrzymała jego ciężar, dzięki czemu bezproblemowo przedostał się do środka, co zasygnalizowały trzeszczące mu pod stopami odłamki szkła.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki brzęczenie owadów ucichło i jedynie monotonny świst wiatru przedzierał się przez otulający wnętrze całun ciszy. Chłód także ustąpił, jednak dreszcze dalej okrywały chłopca, tym razem swe źródło biorąc w lęku. Zrazu Abdul nie mógł niczego dostrzec, dopiero po chwili pierwsze zarysy wyłoniły się nieśmiało z ciemności i uświadomił sobie, że znajduje się w rozciągającym się aż poza granice wzroku pasażu. Wyciągnął rękę i ruszył przed siebie, uderzyła go woń starych pajęczyn kłębiących się gromadnie we wszystkich możliwych narożnikach. Stąpał po przyprószonych kurzem i wyżartych przez mole kobiercach. Spod warstwy pyłu niewielu szczegółów dało się dopatrzyć, a ledwie majaczące wzory nie przypominały niczego konkretnego, aczkolwiek nie wiedzieć czemu przywiodły Abdulowi na myśl słowa z opowieści misjonarza, mianowicie: „ stwory uwiecznione podczas odprawiania czegoś w rodzaju nieludzkiego tańca”.
Poobdzierane ściany nosiły ślady szponów, z wystawnych kiedyś, lecz teraz splugawionych i zaniedbanych żyrandoli niosła się mdła woń kadzidła, wszędzie panował bałagan, różnorakie rupiecie a także meble walały się po kątach, połamane i zniszczone, a całkowita przypadkowość ich rozmieszczenia sprawiała wrażenie, że zostały one porozrzucane przez kogoś, w przypływie dzikiego szału.
Abdul zauważył, że okna w gmachu rozmieszczone są wyjątkowo sporadycznie, a te które spotykał szczelnie zasłonięte były firanami, przez co atmosfera wewnątrz była duszna i zatęchła, a w połączeniu z wszędobylskim odorem kadzidła odurzała, przytępiając zmysły. Wciąż szedł- jak sądził -głównym korytarzem. Choć często natykał się na masywne portale, to żaden nie był skłonny odsłonić przed nim swych tajemnic. Ciężko było uwierzyć, że ktokolwiek mógł zamieszkiwać to miejsce, może Wędrowiec zmarł już dawno temu, a domostwo przeistoczyło się w siedlisko zdegenerowanych kreatur, z których jedna przedtem próbowała dorwać mu się do gardła? Lecz czym w takim razie był ten zew?
Ostatecznie natknął się na drzwi stojące otworem. Bogato zdobione zdawały się być utrzymane w większym poszanowaniu niż pozostała cześć budowli. Przy próbie poruszenia zgrzytnęły przeraźliwie, acz ustąpiły i chwilę później Abdul przekroczył próg sypialni.
Z początku miejsce objawiło mu się jako fascynujące. Poprzewieszane wzdłuż i wszerz delikatne tkaniny brały swój początek w zakrytych dokumentnie całym tabunem pościeli łożu, formując olbrzymią pajęczynę o różowawym odcieniu, nadającym miejscu pewien intymny posmak. Liczne kandelabry choć zgaszone jaśniały intrygującym blaskiem, elegancko rzeźbione szafy wypełnione były szeregami ksiąg, przy ilości których kolekcja misjonarza zdawała się być zatrważająco niewielka, a wytworny stoliczek czuwał niezmiennie u boku łóżka. Najbardziej jednak uwagę Abdula przyciągnęły portrety na ścianach. Szybko zorientował się, że wszystkie przedstawiają tę samą osobę- postawnego mężczyznę, albinosa, o króciutkim wąsiku i przenikliwym spojrzeniu. Pierwszy obraz podpisany był datą 1347r.n.e., na nim mąż promieniał młodzieńczym pięknem, szczerząc przy tym zawadiacko nienaganne uzębienie. Kolejne portrety pokazywały go w coraz to bardziej zaawansowanym wieku. Ostatni obraz, na którym doszczętnie łyse i poprzecinane zmarszczkami lico skrzywione było w grymasie smutku nosiło datę 1391r.n.e. Wynikało z tego, że został namalowany równo sto lat temu…
Wtem Abdul usłyszał przytłumiony szum sączącej się wody. Rozlegał się gdzieś w oddali, głęboko, jednakże zachęcił chłopca do baczniejszego rozejrzenia się po pokoju. Wnet zauważył, że jedna ze ścian jest prawie zupełnie sterylna, upiększona jedynie sporą, kamienną rzeźbą przedstawiającą rozwarty pysk ryby.
Coś było w niej nie tak, nie przystawała do reszty wystroju sypialni, była- co by nie rzec –brzydka i toporna, ale właśnie wybijająca się wśród tej enklawy piękna szpetność zwróciła na siebie uwagę intruza. Po utorowaniu sobie drogi poprzez luźno zwisające paski materiału- każde ich muśnięcie o skórę przyprawiało go o ciarki –i krótkich oględzinach przedmiotu zanurzył dłoń w rozdziawionej paszczy na zawsze zastygłego w niepojętym grymasie oblicza. Napotkawszy dłonią odstający element- najpewniej język – chwycił go, by zaraz dojść do wniosku, że jest to klamka.
I rzeczywiście, po naciśnięciu rozległ się szczęk otwieranego zamka, ściana odchyliła się nie nieznacznie i po chwili Abdul z największym trudem odsłonił sekretne- jak mniemał –przejście. Jak na razie miał przed sobą jedynie schodzące spiralnie w dół schody, mimo to czuł jak z miejsca, dokąd prowadziły wionął wilgotny powiew, a wijące się stopnie szybko zanurzały się w lepkiej, krainie cieni, co nie było miłą alternatywą dla emanującej specyficznym, łagodnym blaskiem sypialni.
Wartko jednakże podjął decyzję o zstąpieniu wgłąb tego najbardziej tajemniczego z zakamarków najbardziej tajemniczego z gmachów, gnany nie tylko rosnącą desperacją, lecz także wyjątkowo palącym przeczuciem na widok falującej nieznacznie pościeli, przeczuciem, że właśnie ujrzał czyhającego w ukryciu twórcę rozciągniętej nad jego głową jedwabnej pajęczyny, którego ofiarą nieomal nie padł.
Bezzwłocznie pogrążył się w mrocznej otchłani, schody wiodły go chybotliwą ścieżką poprzez ociekające wodą opary. Kroczył po omacku, sporadycznie tylko podpierając się o mur, bowiem dotykając go nieodmiennie czuł kontakt z obrzydliwie miękkim, porastającym ściany glonem. Jednak w końcu wymacał pod nogami pewny grunt, a kolejne drzwi stały otworem. Był na miejscu, przed oczami rozpościerała się niewielka grota, przez którą przelewała się tłukąca monotonnie o kamienie podziemna rzeka. Biorący tu początek bluszcz oplótł dokładnie ściany i w pogoni za światłem przebił się przez sufit. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że nic więcej tu nie ma, a sama jaskinia miała jedynie spełniać rolę odizolowanego ogrodu. W takim też przeświadczeniu trwał Abdul do czasu, aż dobiegło go jakże znajome i niejednokrotnie już przeklinane brzęczenie. Nigdy dotąd nie zwiastowało niczego dobrego, a i tym razem nie miało się to zmienić, wydające ów dźwięk muchy kotłowały się przy kształcie nieodparcie kojarzącym się z ludzkim ciałem, który w momencie kiedy Abdul zbliżył się i rozpędził na cztery wiatry biesiadujące towarzystwo okazał się być ciałem nie tylko ludzkim, ale też jego brata.
Zwłoki leżały powykręcane w dziwacznej pozie, przykute kajdanami do ściany. Nosiły liczne ślady ugryzień, całe płaty skóry i mięśni były poodrywane, twarz znieruchomiała w męczeńskim wyrazie, w którym pozostać miała już wiecznie. Szczelnie zamknięte powieki nigdy więcej nie miały się rozewrzeć, zaś zaciśnięte tak mocno, że aż popękane szczęki nigdy nie dadzą już ujścia jakimkolwiek słowom.
Abdul na ten szydzący sobie z niego widok padł na kolana, przylgnął do trupa i wtulił go we własną pierś, nie zważając na fakt, że ogrzewa swym ciepłem nie swego braciszka, a co najwyżej jego koszmarną imitację. Łkał donośnie, a łzy spływały po truchle, opłukując je z przylegającego brudu. Całe jego zmagania były zaprzepaszczone, życie straciło sens, wszystko co kochał, zostało zabrane czyjąś pazerną i bluźnierczą dłonią. Jeżeli ma zabrać i jego, to niech zrobi to tu i teraz, niech umrze u boku brata, gdyż nie ma już do czego wracać. Przeto klęczał tak, z czego korzystał wbijający mu się w kolana żwir, wreszcie nabrał wiary, że brat odwzajemnia jego uścisk i kołysany urojoną piosenką zapadł w stan odrętwienia.
Jednakowoż nie trwało to dugo, ponieważ wnet przez jego własny szloch oraz lament trwającej przy nim niczym zawodowa płaczka rzeki dobiegł go odgłos czyichś kroków.
Słysząc to Abdul stanął na nogi i nadstawił ucha, ktoś bezspornie szedł w dół schodów. Krok był niepewny, rwany, uzupełniany przy tym cichym postukiwaniem laski.
Wtem zauważył, że pozostawił drzwi otwarte, natychmiast rzucił, p się, pędzony strachem w ich stronę, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa na widok przybysza.
Przeraźliwie trzęsąca się, odziana w niemożliwie wręcz gruby surdut postać o garbie kalibru dzwonnika z Notre Dame, widmowo blada, o długiej szyi oraz wymizerniałym obliczu ledwie trzymała się na nogach, podpierając trawione chorobami ciało. Spoglądała wytrzeszczonymi, nabrzmiałymi od krwi oczami na Abdula, który obmacywał właśnie swe szaty w poszukiwaniu noża, a donośne świszczenie ulatywało mu z krtani. Trwało to ledwie mgnienie oka, gdyż odrażający starzec natychmiast chwycił za klamkę i pociągnął drzwi do siebie, a zaraz potem w ich zamku rozległo się gmeranie klucza. Widząc to chłopiec pomknął ku drzwiom i grzmotnął w nie parokrotnie, ale te nie ustąpiły i jedynie panoszące się w okolicy echo zadało sobie trud by mu odpowiedzieć. Słyszał jak pokraka gramoli się z powrotem w górę. Następnie rzucił okiem na pożarte zwłoki brata, by zdjęty trwogą po raz kolejny przypomnieć sobie słowa misjonarza: „Wędrowiec, odprawia w gmachu swe…”. Po chwili wypowiedział owo zdanie na głos, kończąc wyrazem „ofiary”.
Los wysłuchał jego błagań, miał podzielić los rodzeństwa, nie musiał obracać się w stronę rzeki, by widzieć, jak podziemne, odrażające kreatury przypływają po niego w karłowatych czółnach, schodzą na ląd, sepleniąc i przewracając ogromną liczbą powiek. Uścisnął mocniej swój oręż, gotowy do ataku.
Lecz czy było o co walczyć?



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -