Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wściekły pies zwany serce

Rafał Znamirowski

Chciałem komuś podać ręce
Teraz ręce są we krwi
Hetman „Czarny chleb i czarna kawa”

Księżyc wyszedł zza chmury, gdy przekroczyłem próg tamtej knajpy.
- Pięć złotych! – krzyknął gówniarz z dredami, jak kozie bobki, zastępując mi drogę.
- Spierdalaj – odburknąłem, jak do żula, nie zwalniając kroku i nacierając na dzieciaka.
Poleciał do tyłu, złapał równowagę i znowu zastąpił mi drogę.
- Ale koncert jest – powiedział szybko, przepraszająco. – Wejściówka kosztuje pięć złotych.
- A, to ok.
Wyskrobałem piątkę z kieszeni dżinsów i podałem ją małolatowi.
- Pieczątka gdzie? – spytałem.
- To do koleżanki. – powiedział, wskazując wiklinowy stolik za swoimi plecami, przy którym w mroku siedział ktoś z jasnymi włosami, zburzonymi falami opadającymi na ramiona.
- Pieczątka?
- Jasne – odpowiedziała i zapaliła mała lampkę. Światło odbiło się od jej błękitnych oczu równie intrygująco, jak od aluminiowej klamki. – Proszę. – powiedziała, tłukąc biurową pieczątkę tuż nad moim nadgarstkiem.
- Dzięki. – mruknąłem, a ona zgasiła lampkę i wyciągnęła się na krześle z wysokim oparciem.
Rozpadający się ganek knajpy zaprowadził mnie do ogródka z tysiącem choinkowych lampek przypiętych do białych, piwnych parasoli. W ich nieśmiałym blasku siedzieli bardzo młodzi ludzie, śmiejąc się i ukradkiem łapczywie popijając piwo. Z okna Dickinson ryknął „The Mercenary!”, a Ironi popłynęli z tą niepowtarzalną wersją z Rock in Rio. Pomyślałem sobie, że musi być coś ekstremalnego w słuchaniu muzyki z estradowego pieca postawionego na parapecie. Bas grzmotnął mnie prosto w splot słoneczny, więc żeby do reszty nie ogłuchnąć, wszedłem do zadymionego wnętrza.
Przy mikroskopijnym barze wszystkie stołki były zajęte przez zarośniętych facetów w kamizelkach z logo motorowego klubu na plecach. Tylko na ostatnim siedział małolat, chyba już nieprzytomny, bo jego czoło bezwładnie opierało się o drewniany bar.
- Cześć Slash! – krzyknąłem, kiedy Slash pojawił się za pipą. Zadarł głowę wysoko i spojrzał na mnie zza ściany czarnych włosów, kręconych i gęstych, jak baranie futro. Wysoki cylinder prawie spadł mu przy tym z głowy.
- Heja! – mruknął; papieros w jego zębach podskoczył dziko i znieruchomiał. Ponad głową nieprzytomnego małolata wyciągnął do mnie dłoń.
- Piwo. – powiedziałem, przybijając piątkę.
Faceci z motorowego klubu obrzucili mnie spojrzeniami i wrócili do swojej dyskusji. Ironi wciąż cięli „The Mercenary”, a Slash nalewał moje piwo, kiwając głową w rytmie basów i niespiesznie ćmiąc papierosa.
- Masz. – huknął kuflem przy głowie śpiącego małolata. – Siadasz przy barze?
Spojrzałem na dzieciaka, lecz nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Slash złapał go za włosy i walnął jego czołem o blat.
- Ssso? – sennie spytał gówniarz.
- Wypierdalaj! – powiedział Slash.
Małolat zaczął unosić głowę, ale nie zatrzymał jej w porę i jak długi poleciał do tyłu. W ostatniej chwili złapałem barowy stołek.
- Siadaj! – krzyknął do mnie Slash.
- Idę na zewnątrz! – odkrzyknąłem, zostawiając na barze piątkę i sięgając po kufel. Małolat jęknął z poziomu podłogi.
Slash obojętnie wzruszył ramionami. Wychylił się zza baru i ryknął do tego na ziemi:
- Mówiłem, żebyś wypierdalał!
Upiłem łyk – smakowało wyśmienicie. Dwóch facetów z klubu wstało z krzeseł i podniosło dzieciaka. Blokowałem im przejście, więc wyszedłem do ogródka. Znalazłem wolny stolik na prawo od pieca, usiadłem, pociągnąłem długi łyk, zapaliłem papierosa i zaciągnąłem się głęboko, wygodnie układając się na stołku.
W dzień słońce prażyło zabójczo, podgrzewając powietrze do morderczych trzydziestu siedmiu stopni. Pociłem się jak szczur już od samego oddychania. Przedpołudnia przesypiałem więc, wstając mokry dopiero po piętnastej. Kawa, śnidanio-obiad i ukrywanie się przed słońcem aż do dwudziestej, gdy robiło się chłodniej. W nocy różnie – od muzyki, przez filmy, aż do knajpy. I tak codziennie, nie robiąc niczego konkretnego w ciągu całego dwutygodniowego urlopu. A tak ambitne plany miałem, pomyślałem i zaciągnąłem się znowu.
Miałem zrobić porządek na półce z filmami. Miałem zrobić porządek na półce z płytami. Miałem przeczytać kilka książek i spotkać się z kilkoma znajomymi, których nie widziałem od wieków. Ale upał był zbyt wielki na porządki, czytanie zbyt męczące, a znajomi żyli normalnym życiem zapracowanych ludzi, którzy noc spędzają na spaniu, a nie na włóczeniu się po knajpach. Byłem więc sam, zupełnie sam, bo nie miałem nikogo, kogo mógłbym nazwać moją kobietą. I każdej nocy, w ciągu tego przeklętego urlopu, samotność dobijała mnie bardziej niż upał. Bo możesz wskoczyć pod lodowaty prysznic, ale zimną wodą nie uspokoisz wściekłego psa, zwanego sercem.
Ironi skończyli i nie zaczęli następnego kawałka. W nikłym świetle lampek mieszały się strzępy rozmów podpitych dzieciaków. Trójka przy stoliku najbliżej mojego rozmawiała o rzekomym opętaniu sprzed kilku dni. Miasteczka tak małe, jak to, wydają się zasypiać tuż po zachodzie słońca, lecz każda dziwnie brzmiąca historia rozpala je na długie tygodnie. Podekscytowane małolaty prześcigały się koloryzowaniu opowieści o dziewczynie, którą zapłodnić miał demon i która zginąć miała w trakcie egzorcyzmów. Prawie jak u Kinga, pomyślałem i uśmiechając się drwiąco, sięgnąłem po kufel.
- Zaraz będzie koncert. – dobiegło z pieca.
Piwo było przepyszne. Nie ma na świecie nic lepszego, niż zimna zupa chmielowa w knajpie po upalnym dniu spędzonym na nic-nierobieniu. Co prawda ostatnio bywałem tutaj tak często, że już trochę zaczęło mi się to nudzić, ale wybór lokali w mieście był koszmarny. Albo dyskoteki z dresiarzami, albo ekskluzywne restauracje dla krawaciarzy, albo knajpa, w której właśnie byłem w połowie piwa. Niedawno otworzyli nowy klub, ale też musiał być elitarny, skoro warunkiem wejścia, było posiadanie imiennego zaproszenia, a na parkingu stały głównie okularne merce i fabrycznie stuningowane bmw. Na dodatek klub nazywał się „Serce”, więc byłem pewien, że przynajmniej raz w tygodniu organizowali tam gej-party. Zostawała tylko ta knajpa, dziś z nieznanych mi przyczyn, pełna dzieciaków w wieku mocno poniżej szesnastego roku życia. Trudno, pomyślałem, niemalże słysząc przeciągłe ujadanie wściekłego psa we mnie, którego raczej nie zainteresują nastoletnie opowieści o dzieciach demonów.
Z pieca popłynęło kilka pierwszych szarpnięć solówki z „Voodoo Child”. Nie byłem pewien, ale brzmiało to dla mnie, jak oryginalny Fender Stratocaster z nader zgrabną „kaczką”. Zaraz po tym ktoś trzy razy walnął stopą w bęben, a potem trącił talerze i piec znowu umilkł. Zgasiłem niedopałek, dopiłem piwo, ruszyłem do środka po następne, coraz bardziej ciekawy, kto grać będzie na Fenderze w knajpie oświetlonej choinkowymi lampkami.
Zespół nazywał się „Cujo” i chociaż w pierwszej chwili uśmiechnąłem się, czytając ich nazwę na plakacie przy drzwiach, mój entuzjazm znikł, gdy doszedłem do tego, że wygrali zeszłoroczną edycję festiwalu „Święta Dzieci Lasów”. Chociażby nazywał się „Braindead”, zespół, który zadowolił folkowe jury Festiwalu, nie ma żadnych szans zadowolić mnie. Nawet gdyby grali wyłącznie na oryginalnych zabawkach zza oceanu.
Bar oblegała grupka dzieciaków, które przerwę przed koncertem chciały wykorzystać na zamówienie kolejnego piwa. Slash, znudzony bardziej niż zwykle, zrezygnował z używania słów i kiedy ktoś poprosił go o browar, wyciągał spod blatu kartkę papieru z napisem: POKAŻ DOWÓD. Jeśli go zobaczył ruszał do pipy, jeśli nie – wyciągał drugą z pogrubionym: SPADAJ i czekał na następnego klienta. Faceci w motocyklowych kurtkach lustrowali zbiegowisko przy barze bardzo chłodnymi spojrzeniami i to wystarczyło, by nikomu nie chciało się komentować komunikatów Slasha.
Udało mi się dopchnąć do kontuaru. Czekając na pełny kufel, w drugiej, większej sali dostrzegłem rozłożony już zespół. W rogu stały dwa potężne piece Marshalla, między nimi perkusja, a przed nią kłębowisko kabli. Dwóch facetów z gitarami na plecach chodziło z kąta w kąt ze szklankami w dłoniach. Dostrzegłem czarno-białego Stratocastera i chyba Gibsona, ale nie byłem tego pewien, dopóki później nie usłyszałem jego jedwabistego brzmienia. W polu widzenia nagle śmignął mi facet w czarnym garniturze i białej koszuli. Wytężyłem wzrok, starając się zobaczyć go znowu przez kłęby papierosowego dymu, ale krawaciarz zniknął niespodziewanie. Uznałem to za wariację umysłu, który na co dzień styka się w pracy z frajerami w mundurkach i wypastowanych butach. Urlop, upomniałem się w myślach. Slash grzmotnął moim kuflem o blat. Zapłaciłem i wyszedłem w choinkowy mrok na zewnątrz.
O dziwo, nikt nie zajął mojego stolika, chociaż z paczki zostawionej na blacie najwyraźniej ubyło kilka papierosów. Powoli rozglądnąłem się dookoła, zapalając jednego, ale nikt się nie zdradził. Usadowiłem się wygodnie, zbliżyłem kufel do ust i właśnie wtedy zaczęli grać.
- Dobra, słuchajcie. – powiedział męski głos z pieca, a zaraz po nim w mrok popłynął przesterowany Fender.
To musiał być Stratocaster – nic innego nie zaczęłoby tak niesamowicie „Hey Joe”. Lubiłem ten kawałek, chociaż nie tak bardzo, jak „Little Wings”. Wokal nie pojawił się, pierwsza zwrotka przeleciała zupełnie instrumentalnie i nagle zrozumiałem, że cały ten numer „Cujo” zamierzają wykonać właśnie tak. Ciekawe, pomyślałem, przypominając sobie dziesiątki totalnie spieprzonych coverów „Hey Joe”. Niespodziewanie doszedłem do wniosku, że to, co zepsuło tamte przeróbki, to właśnie koszmarny wokal – albo zupełnie nieudolne naśladowanie Hendrixa, albo jeszcze gorsza próba ucieczki od jego głębokiego i brudnego głosu.
Bębny grały odrobinę za płasko i twardo, no ale perkusista musiał młócić naprawdę mocno, bo tylko jego instrument nie był nagłaśniany. Pod koniec pod Fenderem usłyszałem jedwabiste echo Gibsona; wprawdzie stępiło trochę cały numer, ale komponowało się całkiem nieźle.
I wreszcie skończyli.
W knajpie rozległy się nieśmiałe brawa.
Skinąłem im kuflem w ciemnościach i pociągnąłem długi łyk, opróżniając szkło niemalże do połowy.
Zaczęli coś, czego nie kojarzyłem, być może coś własnego. Też bez wokalu. Brzmiało zgrabnie, ale jakoś tak sztampowo. Ironicznie pomyślałem sobie, że pewnie tym właśnie kawałkiem porwali jury Festiwalu. Zgasiłem niedopałek i rozejrzałem się dookoła.
W nikłym blasku choinkowych lampek siedziały same małolaty, w przeważającej części z dredami. Nie miałem żadnego pomysłu na to, dlaczego prawie wszyscy tutaj noszą dredy, ale taka chyba była dzisiejsza moda, która za moich czasów kazała wszystkim nosić kostki i podniszczone glany.
Numer raczej zbliżał się do końca, więc szybko dopiłem piwo i ruszyłem po następne, żeby nie musieć przedzierać się przez tłum przy barze. Tym razem przezornie zabrałem fajki ze sobą.
Slash majstrował coś pod blatem. Poczekałem aż skończy, a potem podałem mu kufel.
- Nie mają wokalu?! – krzyknąłem, głową wskazując „Cujo” za mną.
Slash uśmiechnął się pod nosem, nie patrząc na mnie.
Skończyli grać dosyć mocnym przybiciem bębnów.
Postawił piwo na barze, wziął piątkę i oświadczył:
- Mają wokal. – a potem poszedł na zaplecze, zostawiając mnie przy barze samego, nie licząc facetów z klubu.
Wzruszyłem ramionami i wyszedłem na ogródek.
Zaczęli coś, co na pewno znałem. Tytuł tłukł mi się po głowie. Miałem go na końcu języka, gdy nagle skurcz zdusił mi serce, a ciało obalało się lodowatym potem.
Z pieca płynęło „Fear of the dark” śpiewane głosem, który mroził w żyłach krew. Kobiecym głosem, zdolnym wskrzesić umarłego.
Dowlokłem się do mojego stolika i usiadłem ciężko.
Brzmiała cudownie. Wysoko, ale potężnie. Jej wokal w najwyższych partiach dosłownie wbijał się w uszy i rozrywał mózg.
Gitary leciały świetnie – zdecydowanie i szybko, szybciej niż w oryginale. Pierwszy był Fender, ale i Gibson gdzieś tam był, dziwnie metaliczny i ostry, niczym brzytwa zawinięta w muślinowy szal. Bębny grzmiały, talerze sypały złote iskry. Pod koniec solówki knajpa eksplodowała dźwiękiem.
Drugą zwrotkę skróciła na jednym wdechu. Perkusja tąpnęła nagle i zgasła, gitary umilkły, a ona przeciągnęła tak długo i czysto, że bardziej brzmiała, jak wilk, niż kobieta.
Skończyła; posypały się brawa.
Wyciągnąłem dłoń po kufel i zauważyłem, że drży, że ja cały trzęsę się, jak w febrze.
- Wow! – szepnąłem w mrok i napiłem się piwa. Pomyślałem, że jeśli chociaż jeden numer „Cujo” mają zagrać z jej wokalem, mogę czekać na niego do rana.
Pojechali z „Cegłą”, w której też śpiewała, ale bez fajerwerków. Aranżacja udana, choć nastawiona bardziej na spokojne bujanie się, niż na dzikie wywijanie piórami. Tak czy siak, podobało mi się. Siedziałem zasłuchany w jej głos i pierwszy raz od bardzo dawna nie myślałem w knajpie o samotności.
Piwa ubywało, w mojej głowie szumiało coraz bardziej, ale spokojnie, bo myśli tylko bujały się zgodnie z jej „Muszę go mieć”.
Później zagrali znowu coś swojego, tym razem krótszego, a ja znów ruszyłem do baru. Zepsuty kufel oddałem do naprawy Slashowi i wymknąłem się do kibla.
Kiedy wróciłem, w pełni funkcjonalne szkło już na mnie czekało, a Slash patrzył na zespół w drugiej sali. Powędrowałem wzrokiem za jego spojrzeniem.
Skończyli „Cegłę”, zaczęli „Czarny chleb i czarną kawę”, ale w wersji Hetmana, czyli mocno i ostro – dokładnie tak, jak lubię.
Z mroku wyszła postać osnuta w czarną sukienkę do kostek. W przeraźliwie białych dłoniach trzymała mikrofon. Uniosła go i poleciała z „Kiedy oczy otworzyłam…”, a mnie znów przeszył dreszcz wywołany brzmieniem jej głosu.
Wwierciłem w nią wzrok.
Śpiewała z zamkniętymi oczyma. Czarne, długie włosy opadały na jej szczupłe ramiona. Na dekolcie lśniła metalowa pacyfka. Po pierwszej zwrotce opuściła głowę na piersi i pozwoliła, by muzyka tańczyła jej ciałem.
Slash grzmotnął czyimś kuflem o bar, ale ja byłem tysiące kilometrów od baru, patrząc na kobietę o głosie wilka.
Pod koniec zwrotki drugiej znowu pociągnęła elektryzująco, by niesamowicie nisko ryknąć „Teraz ręce są we krwi” i spojrzeć na mnie.
Wtedy właśnie spadły gwiazdy.
Jej spojrzenie było jaskrawoniebieskie, porażające, niczym błysk elektrycznego łuku spawarki. Głowę przeszyły dwa błękitne sztylety, a pies we mnie dziko rzucił się do przodu, głodny tego bólu; głodny jej. By nie rzucić się za nim, spuściłem wzrok, zabrałem piwo i szybko wyszedłem na zewnątrz, pociągając długi łyk jeszcze na ganku.
Przy stoliku oparłem łokcie o blat i ukryłem twarz w dłoniach. Pod powiekami wybuchały jaskrawoniebieskie fraktale; obracały się dziko, wypływały z siebie, scalały i pulsowały. W skroniach łomotała krew; pies szarpał klatkę moich żeber.
Z oddali przypłynął do mnie głos, dziękujący wszystkim za wszystko, i brawa.
Nie odrywałem dłoni od twarzy, zachwycony niebieską eksplozją pod powiekami.
Gdzieś bliżej metalowa noga stołka zgrzytnęła o żwir, ktoś usiadł i oparł dłonie o stolik, który przechylił się nieznacznie.
- Hej, dlaczego uciekłeś? – usłyszałem z bliska, znad przeciwka.
Podniosłem głowę i sztylety błękitu przeszyły mnie znowu.
- Dlaczego uciekłeś? – powtórzyła, sięgając po moje papierosy. – Mogę?
- Jasne. – podsunąłem jej paczkę, prawie strącając ją ze stolika.
- Co się dzieje? – spytała z rozbrajającym uśmiechem.
- Nic, tylko…
- Moje oczy, tak?
- No właśnie… – zdołałem wydusić.
- To przez makijaż, przepraszam – uciekła spojrzeniem w bok, a potem wróciła do mnie. – Już są normalne, prawda?
Jaskrawość zniknęła. Jej tęczówki były już tylko niesamowicie niebieskie.
- Prawda. – odpowiedziałem trochę niepewnie, zastanawiając się, co przed chwilą zrobiła.
- Jak masz na imię?
- Kacper.
- Fajnie. – podsumowała. Zapaliła papierosa i odchyliła się na stołku.
Patrzyłem, jak wydmuchuje dym i rozpaczliwie szukałem w myślach kwestii na tą właśnie chwilę. Nie znalazłem, zapaliłem papierosa. Przez zęby wydukałem idiotyczne:
- A ty jak masz na imię?
Brawo, walnij łbem o blat!
- Wołają na mnie Cujo.
- Jak na tego bernardyna?
Kurwa, jebnij porządnie!
- Tego wściekłego bernardyna. – poprawiła, a jej oczy błysnęły w ciemnościach. – Czemu jesteś sam?
- Bo nie mam nikogo. – wyrwało mi się.
Igła i nitka – szyj usta!
- Samotny nieznajomy, hmm… - wydęła wargi.
Odpłynąłem.
Nagle z knajpy dobiegły jakieś krzyki i ktoś wypadł na zewnątrz. Poznałem że to ten w garniturze. Stanął na ganku, uważnie rozglądając się po ogródku. Zobaczył nas i rzucił się biegiem.
- Ktoś… - zacząłem, wskazując jej palcem tego faceta.
Po drodze wsunął dłoń pod marynarkę.
- Misza! – krzyknęła.
Facet wyhamował prawie w miejscu, dwa metry od naszego stolika.
- Tylko rozmawiamy. Wszystko w porządku.
Misza patrzył na mnie złowieszczo. Z bliska wyglądał, jakby pod każdą pachą trzymał telewizor, ale wydawało mi się, że nie ma karku.
- Rozmawiamy – powiedziała wolno, z naciskiem. – więc pozwól nam porozmawiać.
Cofnął się trzy kroki i odwrócił do nas plecami. Tak, zdecydowanie nie posiadał karku.
- Przepraszam za niego.
- W porządku. – odpowiedziałem, w myślach już widząc siebie wychodzącego z tej knajpy. Oczy porażające, czy tylko piwnie piękne – nie chcę żadnych kłopotów. – To twój mąż? – wypaliłem i chwyciłem za kufel.
- Misza?! – zaśmiała się. – Nie, oczywiście, że nie. To mój ochroniarz.
Prawie się zadławiłem. Dobra, koniec, pomyślałem, ochroniarze zwykle ochraniają kogoś lub coś przed facetami takimi, jak ty, więc kończ zupkę, podziękuj za rozmowę, może poproś o autograf i wynoś się do domu.
- Słuchaj… - zacząłem.
- Jesteś kolejnym. – przerwała mi, nonszalancko strzelając petem w ciemność.
- Słucham?
- Kolejnym, Kacper, który spęka. – nachyliła się nad blatem, zbliżając do mnie twarz. – Dlaczego jesteście tacy tchórzliwi, wy faceci? Patrzycie w moje oczy i robi się wam lepiej niż przy porządnym obciąganiu – oblizała usta. – a potem widzicie Miszę, który robi tylko to, za co płaci mu mój ojciec i uciekacie, bo Misza jest od was większy i pod marynarką nosi klamkę. Ale wiesz co?
- Co? – jęknąłem.
- Nie pieprzę Miszy. Wypieprzę za to, wystaw sobie – wskazującym palcem dźgnęła mnie między oczy. – wypieprzę tylko tego, który się nie wystraszy. O ile się taki, kurwa mać, kiedykolwiek znajdzie. – dokończyła z pogardą.
Odchyliła się na stołku i odwróciła ode mnie wzrok.
Milczałem, trawiąc w myślach to, co powiedziała, niebieskoporażający błysk jej oczu i lubieżny ruch języka, którym oblizała usta. Zupełnie nie wiedziałem, co mam teraz zrobić.
- Muszę wracać na drugiego seta, Kacper. – oświadczyła.
Zacisnąłem dłonie na kuflu, wbijając wzrok w jego zawartość.
- Nic nowego. – prychnęła. Wstała i odeszła. Misza puścił ją przodem i w końcu oboje zniknęli w drzwiach knajpy.
Gitary brzęknęły, perkusja tąpnęła, ruszyli z czymś szybkim. A kiedy zaczęła śpiewać, dopiłem piwo, zabrałem fajki i poszedłem odnieść kufel.
Jedno spojrzenie na nią wystarczyło, żeby pies dziko rzucił się do przodu. Z pełnym szkłem stanąłem w przejściu do drugiej sali, myśląc, że jeśli tej nocy nie spróbuję nakarmić mojego serca, o świcie wciąż będzie ono głodne.
Zobaczyła mnie i uśmiechnęła się. Odszukała wzrokiem Miszę, skinęła mu głową, a on przyniósł do stolika kapeli dodatkowe krzesło i poklepał je, patrząc na mnie chyba przyjaźnie, co w jego wykonaniu przypominało spojrzenie rottweilera po uszy zaćpanego relanium.
Przysiadłem się, poczęstowałem go papierosem. Uśmiechnął się i odmówił gestem dłoni, więc zapaliłem sam, ustawiając krzesło tak, bym mógł na nią patrzeć.
Choć numer był szybki i kilka osób skakało, ona poruszała się spokojnie, jak flaga, której ruch jest wypadkową wielu słabych podmuchów wiatru. Podczas solówki zamknęła oczy, dłońmi objęła mikrofon na statywie i oparła o nie czoło.
Później zagrali coś wolniejszego, a jej oczy znowu błyszczały. Wyciągała wyżej niż Tarja Turunen, lecz w niskich partiach schodziła niżej, niż Anja w „Californi”. Wpatrywałem się w nią, jak zahipnotyzowany, gdzieś na skraju świadomości układając listę pytań, które po koncercie mogłyby zatrzymać ją w knajpie wystarczająco długo, by pierwsze lody zostały przełamane. Nie liczyłem na wiele – nie z taką dziewczyną – ale numer telefonu był minimum tej nocy.
Koncert skończył się dość szybko. Dzieciaki w knajpie nieszczególnie czuły klimat perfekcyjnego rocka, więc nie zmusiły „Cujo” do bisu. Podziękowała wszystkim i siadła obok mnie.
- Twoje? – spytała i nie czekając na odpowiedź, opróżniła do końca mój kufel.
Ocierając usta kantem dłoni, powiedziała:
- Jezu, jak mi się chciało pić!
Misza odwrócił dyskretnie odwrócił wzrok. Może i miał ją ochraniać, ale najwidoczniej nie przed alkoholem.
- W porządku. – uśmiechnąłem się i wstając, spytałem, czego się napije.
- Nie, tym razem stawiam ja. – spojrzała na ochroniarza. – Misza, przynieś nam proszę piwo. Weź sobie szkocką z lodem.
Misza najwidoczniej chciał coś powiedzieć, ale przerwała mu.
- Proszę, wiesz dobrze, że mnie Slash nie sprzeda, a Kacper jest moim gościem.
Spojrzał na mnie pełnym wyrzutu wzrokiem i poszedł do baru.
- Nie jestem pełnoletnia. – wyjaśniła z szelmowskim uśmiechem.
- Rozumiem. Dlaczego Cujo? – spytałem, nachylając się w jej kierunku.
- Co dlaczego?
- No, dlaczego nazywają cię Cujo?
Po chwili wahania, powiedziała:
- Co sądzisz o moich oczach?
- Są zupełnie niesamowite. – odparłem zupełnie szczerze.
Całkiem nieźle, stary.
- Moja ciotka uważa, że mam oczy husky’ego. To takie psy…
- Wiem…
- … bardzo podobne do wilków. Jeśli ma się oczy psa i jeśli uwielbia się Stephena Kinga, jaką inną ksywkę można mieć? – puściła mi oko.
- No tak, Puszek zupełnie do ciebie nie pasuje. – uśmiech kącikami ust.
Wybuchła dźwięcznym śmiechem.
- Naprawdę mam coś z psa i nie chodzi tylko o moje oczy, Kacper.
- Ja też.
- Tak?
- Tak. – spojrzałem prosto w te niebieskoporażające, pełne ciekawości tęczówki. – Mam serce.
- Każdy ma serce, Kacper. Chcesz powiedzieć, że przeszczepili ci serce jakiegoś kundla?
- Moje serce jest, jak wściekły pies.
- Gryzie? – przysunęła się do mnie.
- Wyje.
- Z samotności?
- Właśnie. I z głodu. Głodu kogoś.
- Ciekawe. – opadła na oparcie krzesła i odwróciła ode mnie wzrok. – Serce, jak wściekły pies – już to kiedyś słyszałam. – uśmiechnęła się tajemniczo.
Misza wrócił ze szkłem. Postawił przed nami piwa, a przed sobą wysoką szklankę z pomarańczowym sokiem.
- Szkocka niet? – spytała go.
- Niet, Cujo. Prowadzę.
Znowu parsknęła śmiechem.
- Więc drogi Kacprze, odważyłeś się towarzyszyć mi dzisiejszego wieczoru. Decyzja godna uznania! Wjechałam ci na ambicję, czy po prostu drogą dedukcji doszedłeś do wniosku, że Misza cię nie zastrzeli?
Misza spojrzał na mnie pytająco.
- To i to, Cujo. – wzruszyłem ramionami. – Poza tym lubię wyzwania.
- Mówi że lubi wyzwania. – powtórzyła ochraniarzowi. – Co z nim zrobimy?
- Zabierzemy go do Serca?
- Serca? – spytałem. – Jakiego serca?
- Klubu mojego ojca. – odparła szybko. – Nie mów, że o nim nie słyszałeś.
No i proszę, pomyślałem, teraz powoli wszystko zacznie się układać w sensowną całość. Ktoś, kto w tym mieście ma klub z imiennymi wejściówkami, musi mieć niezłą sumę na koncie, a jeśli przy okazji ma też córkę, powinien mieć dla niej ochroniarza. Przynajmniej w tym mieście.
- Co w tym dziwnego, Kacper? – spytała, bezbłędnie odczytując z mojej twarzy zaskoczenie.
- Nic – wydukałem. – po prostu…
- Duże pieniądze cię przerażają?
- Nie, tylko…
- Ktoś, kto ma dużo pieniędzy cię przeraża?
- Nie…
- Przeraża cię…
- Daj mi skończyć, do jasnej cholery!
Misza szybko spojrzał na mnie.
Jej oczy błysnęły błękitem.
- Pazurki! – syknęła.
- Chciałem powiedzieć, że nie przypuszczałem, żeby córka kogoś, kto ma tyle pieniędzy, była na tyle wyluzowana i inteligentna, żeby śpiewać „Fear of the dark”.
Chyba coś popieprzyłeś, stary.
- Dziękuję za komplement. – odparła z rozbrajającym uśmiechem. – Jedyne, co dają pieniądze, to niezależność – nic więcej, Kacper.
- Naprawdę? – upiłem piwo.
- Tak, ale nie gadajmy dziś o pieniądzach. Jedź z nami do Serca – spodoba ci się tam.
- Słyszałem, że to klub dla gejów.
Słoń w składzie porcelany.
- Co?!
- Znaczy, że organizują tam gej-party.
- Słyszałeś Misza? – parsknęła śmiechem. – Skąd ci to przyszło do głowy, Kacper?
- Ktoś wspominał…
- Ten ktoś się mylił. Owszem, na początku bywało tam kilku pedałów, ale pedały za bardzo śmiecą.
- Śmiecą?
- Są za bardzo – pauza; szukała w myślach odpowiedniego słowa. – ekspresyjni, jeśli można tak powiedzieć.
- Nie rozumiem.
- Nie szkodzi. Zrozumiesz na miejscu. Jedź z nami, proszę. Będzie fajnie. A po drodze odpowiem na wszystkie twoje pytania. – znowu perskie oko.
- Już teraz, czy kończymy piwo?
- Teraz. – spojrzała na ochroniarza. – Misza, przyprowadź, proszę, samochód.
Bez słowa wyszedł z knajpy.
- A co zespołem? – spytałem.
- Poradzą sobie beze mnie. Muszą tylko poskładać sprzęt, a w tym im nie pomogę – jestem przecież kobietą. – bardzo powoli i dokładnie oblizała usta. Prawie spadłem z krzesła.
Zaczęła się śmiać, ale wciąż na mnie patrzyła. Jej oczy były tak niesamowicie ciepłe i przyjazne.
- Świetny jesteś, Kacper.
- Nie bardziej świetny niż ty. – odpowiedziałem i trąciłem jej szklankę swoją.
Błękit błysnął pod powiekami i przeszył moją głowę. Na granicy świadomości przez sekundę widziałem łąkę pełną kwiatów… albo rozerwanych ciał.
- Chodźmy. – zarządziła, wstając.
Poszedłem za nią. Piwa działały i szło mi się całkiem miękko, ale to nie miało większego znaczenia. Nic nie ma znaczenia, poza Cujo, pomyślałem i uśmiechnąłem się do samego siebie. Pies leżał spokojnie, cierpliwie czekając na świeże mięso.
Wyszliśmy z knajpy. Na chodniku stał Misza, opierając dłoń o otwarte drzwi czarnego Maybacha. Zapach skórzanych obić prawie mnie odurzył. Ochroniarz uruchomił silnik i ruszyliśmy w mrok spokojnie, wręcz dostojnie.
- Powiedz mi, jakim cudem wygraliście Święto Dzieci Lasów z takim repertuarem?
- Jesteśmy bardzo utalentowani – uśmiechnęła się łobuzersko. – A poza tym mój ojciec był głównym sponsorem.
- No tak. – mruknąłem, zapadając się wygodnie w miękkiej kanapie.
Myśli mieszały się w mojej głowie. Ekskluzywny klub nie mógł być jedynym źródłem utrzymania jej ojca – nie w tym mieście. Był więc jedynie dodatkiem, może kaprysem. Oznaczało to, że „dużo pieniądze” płyną skąd indziej, a niech mnie Iwan z Delfinem przelecą, jeśli w tym kraju legalnie można dorobić się „dużych pieniędzy”. Poza tym wątpiłem, że ktoś zupełnie „czysty” wynajmuje dla córki ochroniarza, który tak afiszuje się z gnatem, sam wyglądając, jak „pistolet” rosyjskiej mafii.
No, ale co to wszystko zmieniało? Płynąłem przez miasto w luksusowym samochodzie do ekskluzywnej knajpy, obok siedziała dziewczyna, dla której dałbym rozerwać się na kawałki, a północ jeszcze nie wybiła. Co mnie obchodzi, czy na pieniądzach za to wszystko znajdowały się ślady uczciwego potu, twardych narkotyków, czy niewinnej krwi?
Carpe noctem.
- O czym myślisz? – spytała.
- O – zawahałem się. – o tym wszystkim, Cujo.
- Kłamiesz, Kacper.
- Kłamię?
- Tak. – złapała moją dłoń. – Zastanawiasz się, na czym mój ojciec dorobił się takiej kasy.
- Potrafisz czytać w myślach, Cujo? – spytałem zaskoczony.
- Medycyna. – odrzekła, ignorując moje pytanie. – Firma farmakologiczna i laboratoria genetyczne.
- W Polsce?!
- Między innymi. Ojciec jest prezesem spółki. – spojrzała mi prosto w oczy. – Nie ma w tym nic nielegalnego. A Serce jest prezentem dla mojego brata.
- Twojego brata. – powtórzyłem, jak echo, czując niesamowity dotyk jej szczupłych, zimnych palców we wnętrzu mojej dłoni.
- Mojego brata-bliźniaka. Ja mam zespół, on ma klub.
- Serce to dziwna nazwa dla klubu. – położyła moją dłoń na swoim udzie. A ściślej mówiąc na swojej pachwinie.
- W knajpie powiedziałam ci, że gdzieś już słyszałam twoje określenie serca, pamiętasz?
- Pamiętam.
- Pełna nazwa klubu mojego brata brzmi: „Wściekły pies zwany serce”, ale samo Serce jest bardziej chwytliwie.
Spojrzałem głęboko w jej oczy, zastanawiając się, czy wszystko to wymyśliła na poczekaniu, czy też faktycznie osiemdziesiąt procent rzeczywistości jest odbiciem naszych myśli, realizowanym przez zbiegi okoliczności tak pogmatwane, że wręcz niewyobrażalne. Zobaczyłem tylko błękit; dwa światy szczęścia. Zamknąłem oczy, a kiedy je otworzyłem, niebieskoporażające światy wciąż trwały przy mnie. Na wyciągnięcie dłoni, a może i nawet ust?
- Cujo… - zacząłem, lecz sam nie wiedziałem, co jej powiedzieć.
- Wiem. – uśmiechnęła się. – Widzę, Kacper. Wszystko ma swój czas. Najpierw zabawa! – trzasnęła otwartą dłonią w moje udo i roześmiała się dźwięcznie.
- Zabawa! – powtórzyłem, śmiejąc się razem z nią.
Carpe noctem, przyjacielu.
- Jesteśmy na miejscu. – oświadczyła, spoglądając przez szybę po mojej prawej stronie.
Maybach zatrzymał się, Misza otworzył nam drzwi. Przepuściłem ją, jak przystało na dżentelmena, wysiadłem i aż zmrużyłem oczy, gdy wbił się w nie blask wielkiej reklamy klubu.
Budynek Serca widziałem dotąd może dwa razy z perspektywy ulicy. Od reszty miasta oddzielał go wysoki płot z elektrycznie otwieraną bramą i stróżówką, w której sprawdzano zaproszenia. Nas to oczywiście ominęło. Wysiedliśmy na parkingu zapełnionym luksusowymi samochodami. Na dachu dwupiętrowego budynku obracał się jaskrawoczerwony neon z nazwą klubu wkomponowaną w wielkie serce. Misza został przy samochodzie. Dwóch bramkarzy w ciemnych garniturach stało przy drzwiach. Skinęli głowami Cujo, przyjrzeli mi się bardzo uważnie, a potem wpuścili nas do środka.
Spodziewałem się czerwonego dywanu na podłodze, złotych lamp, rzeźbionej boazerii i wielkiego, kryształowego żyrandola, albo psychodelicznych laserów i stroboskopów błyskających w ciemnościach, ale to, co zobaczyłem, zaskoczyło mnie zupełnie.
Pomieszczenie było puste. Żadnych stolików, czy baru; żadnych ludzi. Ściany w kolorze czerwieni, marmurowa posadzka; żadnej muzyki. A na środku dwa duże metalowe kontenery, które okazały się windami.
Cujo podeszła do jednej i wdusiła przycisk.
- Knajpa jest pod ziemią. – rzuciła beztrosko.
Drzwi rozsunęły się. Z windy wyszedł łysy mężczyzna w garniturze i białych rękawiczkach.
- Dobry wieczór. – powiedział spokojnym prawie-szeptem. W przeciwieństwie do poprzednich, starał się nie patrzeć na nasze twarze.
- Cześć. – przywitała go. – Chodź, Kacper.
Wciąż zaskoczony wszedłem do windy.
- Do samego środka. – powiedziała Cujo, a mężczyzna w milczeniu skinął jej głową i wdusił przycisk oznaczony literą S. Nad nim zobaczyłem jeszcze dwa, z G i 1.
Łysol stanął w rogu przy drzwiach i wbił wzrok w przeciwległą ścianę, taktownie ignorując naszą obecność. Winda ruszyła bezszelestnie. Poczułem, jak mój żołądek nieznacznie podnosi się, a zaraz potem szybko opada, kiedy kabina nabrała prędkości.
- Wyluzuj się. – powiedziała Cujo, wsuwając palce w moją dłoń. Zachichotała. – Coś taki przerażony?
- Po prostu się nie spodziewałem. – mruknąłem i spróbowałem się uśmiechnąć. Chyba mi się udało. – Ile to pięter?
- Podłoga jest na dziesiątym, wiec jakieś cztery, pięć pięter.
- Skąd ten pomysł?
- Kaprys mojego ojca. Klub miał być oryginalny i zaskakujący.
- I jest. – przyznałem.
- To jeszcze nie wszystko. – znów ten szelmowski uśmiech.
Winda zaczęła zwalniać i wreszcie zatrzymała się.
- Jesteśmy na miejscu, proszę państwa. – prawie-szeptem poinformował nas łysol.
Drzwi rozsunęły się z szumem. Wysiedliśmy i znowu mnie zamurowało.
Z niewidocznych głośników sączyło się coś dichowatego. Pomieszczenie o wymiarach dziesięć na dziesięć metrów wyłożone było nierdzewną stalą. Oświetlone zimnym światłem jarzeniówek wyglądało sterylnie, niczym wnętrze prosektorium. Metalowe stoliki ułożono w równych rządkach, jak w szpitalnej stołówce. Ściskając moją dłoń, Cujo zaprowadziła mnie do pierwszego z brzegu.
- Siadaj, proszę – powiedziała. – Idę po coś do picia.
Krzesło wykonane było z twardego plastiku. Stoliki przyśrubowano do podłogi. Naprawdę postawili na oryginalność, pomyślałem, rozglądając się po sali i czując, jak bez wyraźnego powodu mój żołądek kurczy się coraz bardziej, a puls przyspiesza.
Coś tu jest nie tak.
Chociaż parking zastawiony był autami, naliczyłem jedynie siedmioro dzieciaków; najstarszy z nich mógł mieć siedemnaście lat. Pili, palili i głośno się śmiali, nawet nie zauważając naszego przybycia. Gdzie do cholery byli ludzie, którzy przyjechali tu tymi samochodami? Gdzie była Cujo?!
Zauważyłem ją oczywiście przy barze, obitym nierdzewką. Właśnie sięgała po plastikowy kubek z piwem. Nad kontuarem wisiała wielka tafla grubej pleksy, uniesiona tak, jakby po opuszczeniu miała zasłaniać bar. Pomyślałem sobie, że to może nowoczesna wersja siatki, o którą ludzie tłuką butelki, jak na amerykańskich filmach, ale przecież chyba nikt nie rzuca butelkami w barmana. A już na pewno nie w lokalu z zaproszeniami i ochroniarzami.
- Proszę. – powiedziała Cujo, stawiając przede mną kubek.
Ekskluzywny klub z plastikowymi naczyniami – co to kurwa ma być?
- Co tu się dzieje, Cujo?
- Jeszcze nic. Ale niebawem zabawa się zacznie. – odparła radośnie.
- Gdzie są ludzie?
- Dokoła nas są ludzie, Kacper.
- Mam na myśli tych, którzy przyjechali samochodami na parkingu.
Westchnęła, jakby znużona.
- Cujo? – spytałem.
- Tam. – powiedziała, unosząc wskazujący palec pionowo do góry. Zamiast nierdzewnego sufitu zobaczyłem napiętą drobną siatkę przykrytą grubym, czerwonym płótnem. Falowało, targane prądami powietrza.
- Nic z tego nie rozumiem.
- Zrozumiesz, zrozumiesz. – powiedziała i objęła palcami moją dłoń. Pogłaskała ją czule, jak dłoń ojca lub dziadka. Na łożu śmierci. – Wszystko zrozumiesz, Kacper. Zostawię cię tutaj na kilka chwil. Niebawem spotkasz się z moim bratem. Może być trochę… agresywny, ale nawet nie próbuj zrobić mu krzywdy.
- Co?! – krzyknąłem.
- Zaufaj mi. – spojrzała prosto w moje oczy tym cudownym błękitem swoich tęczówek. Uśmiechnęła się kusząco. – A po wszystkim, o ile będziesz chciał, będę należeć do ciebie. Cała. – powoli oblizała usta.
- O czym ty kurwa mówisz?!
Uniosła moją dłoń i pocałowała ją czule, prześlizgując wilgotny język pomiędzy palcami.
- Powodzenia. – powiedziała. Wstała i szybko weszła za bar, a potem zniknęła w drzwiach prowadzących pewnie na zaplecze.
Muzyka ucichła. Z góry dobiegły stłumione rozmowy i śmiech.
Barman brzęknął czymś i po chwili wielka tafla pleksy opadała nad kontuar, zakrywając go dokładnie tak, jak się tego spodziewałem.
Nagle zgasły wszystkie światła.
Nad głową usłyszałem szelest i milknące głosy ludzi.
W kompletnych ciemnościach słyszałem, jak łomocze moje przerażone serce.
- Co jest grane? – wrzasnął któryś dzieciak z prawej strony.
Skrzypnęły dawno nie oliwione zawiasy.
O metalową posadzkę stuknęło coś ostrego i twardego. A potem usłyszałem pełne adrenaliny sapanie.
Spojrzałem w tamtym kierunku, lecz mrok był nieprzenikniony.
Stukanie zatoczyło krąg, powoli obchodząc nas dookoła.
Nagle zgrzyt, rumor po lewej.
Przeraźliwy wrzask!
Halogeny rozbłysły.
W jaskrawym świetle zobaczyłem przewróconego ze stołkiem dzieciaka, broczącego krwią. Wściekły husky rozszarpywał jego gardło. Psi łeb, lecz uszy jak najbardziej ludzkie i nagi grzbiet, też całkiem człowieczy, tylko łapy porośnięte szaro-białą sierścią i zakończone pazurami. Szarpnął pyskiem, odrywając kawałek tętnicy. Okrwawiona rurka przez moment wystawała z jego szczęk, ale zachłannie ją połknął.
Dzieciaki przy stolikach zamarły z przerażenia.
Husky skoczył. Zamknął szczęki na twarzy trzynastolatka z dredami i przewrócił go na krześle. Zaczął żreć.
Ktoś wstał i z wrzaskiem rzucił się do baru. Pleksa odbiła jego ciało. Upadł, wstał, i uderzył pięściami w taflę, krzycząc coś niezrozumiałego.
Bestia rzuciła się na niego, miażdżąc kark z głośnym chrupnięciem. Ciało osunęło się bezwładnie. Odgryzła uszy, wyrwała strzęp skóry z policzka i potoczyła dookoła wściekłym spojrzeniem.
Dopiero wtedy reszta rozbiegła po sali. Jeden potknął się o krzesło i runął, jak długi.
Husky skoczył na jego plecy i wbił zęby w szyję. Trysnęła tętnicza krew.
Z góry dobiegły mnie okrzyki zachwytu. Spojrzałem tam.
Czerwone płótno zniknęło. Zobaczyłem komin o średnicy kilku metrów, wznoszący się bardzo wysoko. Z jego ścian wystawały balkony loży ze stolikami. Teraz ludzie w wieczorowych strojach przechylali się przez barierki i z przerażającą ciekawością obserwowali jatkę na dole, krzycząc i wyjąc, jak w ekstazie.
Dookoła mnie pełno było krwi. Husky rozrywał kogoś na podłodze. Najstarszy z dzieciaków powoli skradał się za jego plecami z plastikowym krzesłem w dłoniach.
Bestia nie zwracała na niego uwagi.
Podszedł na odległość kroku. Uniósł krzesło nad głowę.
Husky odwrócił do niego łeb i wystrzelił do przodu, zaciskając zęby na kroczu nieszczęśnika.
Ryknął nieludzko i zaczął tłuc bestię krzesłem.
Szarpnęła raz jeszcze, oderwała rozporek ze strzępem materiału i kawałkiem penisa, albo worka mosznowego.
Krew i wrzask. Przełknęła.
Ludzie nad nami zaczęli klaskać i krzyczeć.
Prócz mnie, na nogach pozostało tylko dwoje dzieciaków. Jeden biegał, jak szalony, a drugi przerażony stał nieruchomo, jak ja, w kącie pomieszczenia. Bardzo powoli zacząłem się do niego zbliżać, obserwując husky’ego, który jakby od niechcenia ścigał nastolatka.
W końcu skoczył mu do gardła i przewrócił. Znowu zaczął mlaskać.
Dotarłem do tego w kącie.
- Nie ruszaj się. – syknąłem przez zęby.
Spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby dopiero teraz mnie zauważył.
- Jeśli nie będziesz się ruszał, nie zauważy cię. – powiedziałem, gorąco chcąc wierzyć w te słowa.
Staliśmy tak razem bez najmniejszego drgnienia. Ludzie u góry wiwatowali, husky wyjadał oczy ze stygnącego ciała.
Nagle przestał i powoli rozejrzał się po zakrwawionym pomieszczeniu.
- Tam! Bierz ich! – darły się wystrojone skurwysyni, z góry pokazując na nas palcami.
Bestia ignorowała ich, ale w końcu zobaczyła nas i zaczęła się zbliżać.
Psi łeb z ludzkimi uszami umazany był we krwi aż po sam czubek. Zwierzęcy jęzor poruszał się w rytmie jego kroków. Ale najbardziej przerażające były oczy tego czegoś – tak rozumnych i świadomych oczu nie widziałem nawet u ludzi. Osaczała nas wzrokiem, obserwując uważnie, jakby mogła wykraść nasze myśli.
Usiadła pół metra przed nami, kiwając łbem to w prawo, to w lewo.
- Co teraz? – usłyszałem z boku pełen napięcia półszept.
- Nie wiem. – syknąłem.
Jezu, jedyne co wiedziałem o agresywnych psach to, to żeby nie wykonywać przy nich gwałtownych ruchów. Atakowały, gdy czuły się zagrożone. Nagle wpadłem na pewien pomysł.
Powoli ugiąłem kolana, prawie siadając po turecku. Oczy moje i bestii znalazły się na tym samym poziomie. Wpatrywała się natarczywie; niemalże czułem jej furię i głód krwi.
- Co robisz? – wyszeptał nad nami dzieciak.
- Cicho!
- Co ty wyrabiasz? – głośniej.
Husky poruszył zmutowanym łbem.
- Stul pysk.
Nagle dzieciak rzucił się do przodu. Chyba też chciał uklęknąć, ale nie zdążył. Tylko kłapnęła zębami, pozbawiając go połowy twarzy. Upadł dokładnie między mnie, a psa i zaczął jęczeć. Dokładnie tak, jak tego wymagał mój plan. Teraz tylko…
Warknąłem.
Spojrzała na mnie uważniej.
Powoli oparłem dłonie o podłogę przy dzieciaku z siekanym kotletem zamiast twarzy. Opuściłem nisko głowę, patrząc spode łba i myśląc tylko o jednym: albo ty, albo ja, pierdolona kupo ścierwa!
Ruszył pyskiem.
Warknąłem głośniej, bardziej zwierzęco.
Cofnął łeb, ale zaraz przybliżył go do dzieciaka.
Wysunąłem się do przodu, odsłaniając zęby. I nim zdążyła zareagować, ugryzłem chłopaka w gardło. Ciepła, słodkawa krew trysnęła na mój język. Prawie zwymiotowałem, ale szarpałem dalej, wściekłe spojrzenie wbijając w bestię. Dzieciak targnął się pode mną, a potem znieruchomiał.
Oderwałem strzęp z jabłkiem Adama i wyplułem go. Upadł przed bestie, która powąchała go, a potem odeszła ze skulonym ogonem w stronę ściany. Drapnęła kratę, blokującą wejście do tunelu, którym się tu dostała. Bezskutecznie. Położyła się przy wejściu, obserwując mnie czujnie. Wzrokiem ofiary, a nie łowcy.
Ludzie u góry wpadli w szał. Krzyczeli i rzucali czym popadło na dół. Szkło rozpryskiwało się na drobnej siatce. Odpryski uderzały we mnie.
Splunąłem, a potem zacząłem wymiotować. Upadłem na kolana. I wymiotowałem dalej, aż wreszcie straciłem przytomność, w blasku halogenów przewracając się pośród kawałków szkła na podłogę umazaną krwią i wymiocinami.

Ocknąłem się w pomieszczeniu bez okien, oświetlonym ciepłym blaskiem małej lampki. Umyty i nagi leżałem w łóżku, a Cujo wpatrywała się w mnie niebieskoporażąjącym wzrokiem.
- Witaj – powiedziała powoli. – Rzeczywiście masz w sobie coś z psa, Kacper.
Fala mdłości wykręciła mój żołądek, ale nie zwymiotowałem. Pewnie nie miałem już czym wymiotować.
- Nie ruszaj się – poradziła opiekuńczo. – Opowiem ci o czymś.
I opowiedziała o wszystkim. O laboratoriach i krzyżówkach. Narządach wyhodowanych w szklanych pojemnikach. Istotach wyhodowanych w szklanych wannach. I o tym, jak dochodowy jest ten biznes.
- Jestem twoja. – zakończyła i przytuliła się do mnie całym ciałem.
Cóż miałem zrobić? Pierwszy raz od bardzo dawna wściekły pies we mnie nie wył, lecz radośnie turlał się, jak szczeniak, opętany ciepłem jej obecności. Pocałowałem ją tak, jak mężczyzna powinien całować kobietę i uśmiechnąłem się szczęśliwy, myśląc sobie, że najsilniejszy drapieżnik zawsze dostaje to, co chce.
Zostałem przy niej, a ona trwa przy mnie. Nauczyłem się nawet komunikacji z Miszą. Wkrótce potem poznałem ojca Cujo, który okazał się miłym, starszym panem. Z wiadomych względów nie przedstawiono mnie jej matce, ale nawet gdyby próbowano, chybabym odmówił – wystarczy mi, że znam ludzką połowę rodu, a część zwierzęcej najwyraźniej się mnie boi.
Życie przy niej jest dobre i wygodne. I tylko czasem budzę się w środku nocy spocony, jak szczur z niemym wrzaskiem na ustach. W koszmarach powraca smak gardła tamtego dzieciaka. Słodkawy smak jego ciepłej krwi. I być może to właśnie jest ironia losu, ale to wspomnienie wywołuje u mnie odruch psa Pawłowa – momentalnie robię się potwornie głodny.
Najsilniejszy zawsze dostaje to, czego chce…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -