Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Przystanek

Dawid Kain


Pamiętam ból, ale nie pamiętam, co się stało. Prawdopodobnie zostałam zgwałcona. Coś wewnątrz mojej głowy pulsuje, nadając rytm myślom, nieznośne uczucie, rozsadza mnie od środka. To serce tak głośno mi bije, czy może ktoś wali pięścią w moje żebra?
Dum – dum – wypuść – dum – wypuść – dum – wypuść mnie stąd!
Okropne.
Jestem cała zdrętwiała, a im niżej, tym gorzej. Im bliżej podłoża, tym silniejszy „paraliż”. Gdybym miała opisać to uczucie dosłownie, powiedziałabym, że od pasa w górę biega we mnie podskórne robactwo. Właśnie tak. Wędruje w żyłach jak w podziemnych tunelach, w piersiach wydrążyło gniazda i nadal ostro pracuje, żeby całkiem mnie wyżłobić, niczym stary pień... Ale od pasa w dół – o, matko, to już prawie jakbym nie miała nóg, jakby mnie przecięto na pół, dokonano najstraszliwszej amputacji w dziejach... A między nogami ktoś mnie chyba kopał, kopał i kopał, tak długo, aż kompletnie straciłam tam czucie. Choć mogło być nawet gorzej, gdyby jakiś diabelski pies mnie tam gryzł, gryzł i gryzł, aż by wygryzł odpowiedni dla siebie ochłap i czmychnął w mrok niczym w gęste zarośla.
Mrok, no właśnie, mrok jest wszędzie wokół. Siedzę na przystanku, a naokoło tylko ciemność, żadnych latarń, żadnych budynków, żadnych ludzi.
Żadnych mężczyzn – mam nadzieję, choć nie jestem pewna, ktoś tam przecież może się jeszcze czaić, jakiś wściekły kundel, może jest głodny, może chce jeszcze kawałek. O tak, jestem do dyspozycji, draniu, dokończ, co zacząłeś, dobij mnie, bo już dłużej nie wytrzymam tego odrętwienia, obrzydzenia, otępienia, które mnie opanowało i nie daje sekundy spokoju.
Chciałabym uciec od samej siebie. Wyjść z siebie i trzasnąć drzwiami. I nigdy, przenigdy nie wracać.

* * *

Co ja robię na przystanku? Skąd się tutaj wzięłam? Gwałciciel porzucił mnie właśnie tu? A może ktoś inny... Ktoś, kto mnie znalazł nieprzytomną, gdzieś w krzakach, i zadecydował, że powinnam trafić do szpitala. I załadował mnie do samochodu, jak potrąconego zwierzaka, ale parę chwil później stwierdził, że mogą z tego wszystkiego wyniknąć dodatkowe problemy, jeżeli – dajmy na to – ja już jestem martwa, albo w śpiączce, z której nigdy się nie obudzę. Z trupami same zmartwienia, a pożytek żaden. Fałszywe oskarżenia zdarzają się przecież na porządku dziennym, dobry człowiek chce takiej pomóc, ale nic z tego nie wychodzi, a na dodatek wszyscy patrzą na niego jak na sprawcę całego zajścia.
Więc lepiej zostawię ją na przystanku – pomyślał. - Może jakiś ambulans, patrol policji, ktokolwiek, będzie przejeżdżał, to się nią zajmie. Nie warto ryzykować dla nieznajomej baby. Żeby chociaż była ładna jakaś!
No dobrze, dobrze, przypuśćmy że przyjadą po mnie. Co im wtedy powiem?
- Co się stało?
- Ktoś mnie zgwałcił.
- Kto?
- Nie wiem.
- Gdzie?
- Nie wiem.
- Kiedy?
- …Nie mam pojęcia.
Czy ja w ogóle coś jeszcze kojarzę?
Co robiłam wcześniej, zanim TO się stało?
Jak TO się stało?
Dzisiaj, wczoraj, jutro, do diabła?
Powinnam sobie wszystko jakoś uporządkować, pozbierać fragmenty wspomnień, ułożyć je w logiczną całość. Ale nie tutaj, nie na przystanku, tu jest zbyt ciemno, zbyt zimno, zbyt niebezpiecznie. Nie będę czekała na pomoc, sama się o siebie zatroszczę, na Boga, to przystanek, autobus w końcu przyjedzie, wsiądę, pojadę do domu, do szpitala, na policję, gdziekolwiek... Byle dalej stąd! Byle poza to odludzie, gdzieś, gdzie jest cywilizacja!

* * *

Widzę, że brakuje rozkładu jazdy...
W niezłej dziurze musiałam utknąć. A ponoć prowincja tak się rozwinęła i odchamiła w ostatnich latach. Już sobie wyobrażam tryb życia mieszkańców okolicznych wiosek: pobudka o wschodzie słońca, a potem jakoś to leci, tak na wyczucie - tera krowę wydoję, tera na autobus se pójdę, tera mężowi kwaśnicy narobię... Rozkłod nom niepoczebny, tu czytoć mało kto umi.
Latarnie uliczne też pewnie nieprzydatne, bo przecież trza się kłaść spać równo z trzodą, nie?
OK. Głęboki oddech. Spokój.
Pomyśl, że jesteś oceanem. Tak przecież radził jakiś poradnik, który kiedyś czytałaś. (To pamiętasz, a nie pamiętasz, co się teraz stało?!). Jesteś spokojnym oceanem. Łagodne fale pod bezchmurnym niebem, mewy kręcące się jak na spiralach. Słońce ogrzewa cię delikatnie…
Gdyby tylko nie było tak ciemno, łatwiej byłoby sobie to piękne słonko wyobrazić.
Te trzy gwiazdy na krzyż mnie nie zbawią.
Co to za miejsce, jeśli można wiedzieć?
Widoczność – najdalej kilka metrów.
Jedynie niebo widać w miarę wyraźnie, niczym fatamorganę przebijającą przez mrok.
Warunki pogodowe - zmienne: zachmurzenie, poniżenie, oziębienie, zgwałcenie, porzucenie. Zapowiadane opady i napady. Wiatr porywisty – porywa niewiasty w ciemne zakątki i zostawia je całkiem same. Niech sobie radzą, to są dorosłe kobiety. Damy? A jak nie damy, sam sobie wezmę, chodź tu, suko, do nogi, zobaczysz, będziesz olśniona, będziesz ośliniona, będziesz wreszcie moja, szmato...

* * *

Jest droga.
Dokąd prowadzi?
W mrok – z pewnością. Tylko czy coś się kryje za tą ciemną kurtyną, która opadła, kiedy skończyło się przedstawienie, gdy podciągnięto spodnie i zapięto rozporki? W którą stronę do najbliższego miasta i czy czeka tam na mnie ktoś z moich najbliższych? Matka? Ojciec? Rodzeństwo? Czy miałam rodzeństwo?
Może miałam męża, albo narzeczonego (chodź tu, dziwko), byłam zakochana i wszystko układało się świetnie (nie uciekniesz przede mną), tylko że do czasu, do czasu... Ale przecież wrócę do niego, moje życie wróci do normy, prawda? Tylko powiedzcie, bardzo was proszę, w którą stronę mam iść, proszę, błagam, bo zabłądziłam.

Poszłabym, gdzie mnie nogi poniosą, ale wydaje mi się, że póki co nie dam rady... Nadal jestem cała zdrętwiała, choć już nie tak, jak przedtem.
Ma to swoje plusy: wkrótce będę mogła poruszać się o własnych siłach; lecz ma to też swoje minusy: chłód jest teraz bardziej dotkliwy, wiatr przenika aż do szpiku.

Rozmasowuję uda, tak energicznie, jakbym chciała rozniecić ogień...

Bardzo powoli wstaję i robię pierwszy krok... Jestem strasznie niezgrabna, muszę w tej chwili przypominać dziecko, które właśnie uczy się chodzić.
Przydałoby się jakieś oparcie, cokolwiek, pomocna dłoń… Albo lepiej nie, dłonie zdzierają bieliznę, zaciskają się w pięści i biją, zakrywają usta, byś nie mogła krzyknąć… Lepiej dajcie mi kule, żebym się na nich wsparła, bo teraz sama sobie jestem kulą u nogi.
Widoczność jest tu tak mocno ograniczona, że równie dobrze mogłabym być ślepa. Nie odczułabym pewnie żadnej różnicy. A może byłoby nawet lepiej, mogłabym tańczyć w ciemnościach własnego umysłu, nieskrępowana więzami ciała, które boli, które można skrzywdzić na milion sposobów, głęboko zranić. Niczego więcej przecież mi nie trzeba, żadnego świata zewnętrznego, żadnych dróg wiodących w nieznane...

* * *

Patrzę w górę:
Te trzy gwiazdy na niebie są jak trzy flary wystrzelone przeze mnie całe wieki temu.
Jak sygnał S.O.S.
Czy ktoś je zauważy i mnie uratuje?

* * *

Spuszczam wzrok, załamana...
A może to tylko trzy iskry na mokrej glebie - gasnące pozostałości zdeptanego ogniska domowego?
Gdybym na moment przestała myśleć, szybko odzyskałabym dobrze samopoczucie. Ale jak tu nie myśleć, pośród takiej nocy, jak tu sobie nie wyobrażać, co czai się w mroku?
Szczególnie, że w oddali rozbrzmiewa wycie.
Obawiam się, że to nie wiatr. Nie tym razem.

* * *

Gdzie ten przeklęty autobus?
Przecież czekam, czekam i czekam, i dostaje szału...

Czekam i zaczynam słyszeć... zaczynam słyszeć szczekanie psów... które w każdej chwili mogą mnie dopaść... choć wiem, że ich być może wcale nie ma, to tylko materializuje się moja rozpacz.
To tylko wyobraźnia.
Powtarzaj więc sobie do znudzenia: jesteś oceanem, jesteś spokojna, kocha cię słońce i kocha cię ziemia.
Szczekanie jest coraz głośniejsze.
Gdy jest ciemno, umysł płata figle.
Budzą się demony, ich ślepia lśnią w mroku.
Strach dominuje nad innymi uczuciami.

Ale...
Matko... teraz zaczyna mi się wydawać, że wygłodniałe bestie gryzą moje uda, pazurami rozdrapują mi gardło… Liżą każdą ranę, a ich ślina jest niczym sperma, albo kwas, piecze, pali… wlewa mi się w przełyk, jak w macicę, zapładnia lękiem, pali, pali, pali...

* * *

Czy tędy w ogóle ktoś kiedykolwiek przejeżdża?
Żaden ryk silnika nie przerywa ciszy, żaden reflektor nie rozprasza mroku.
Chyba powinnam po prostu pójść przed siebie, w końcu gdzieś dojdę. Tylko gdzie?
Boże.
Gdzie ja jestem?

* * *

- Pomocy! – krzyczę. – Zostałam napadnięta! Niech mi ktoś pomoże! Pomocy!!!
Nasłuchuję odpowiedzi.
- Pomocy, pomocy, pomocy... – słyszę.
Echo? A może w pobliżu jest ktoś, kto też wpadł w tarapaty?
Może to gwałciciel się ze mnie nabija?
Jeszcze tu jest, jeszcze ze mną nie skończył?

* * *

Dumb-Dumb-Dumb – przezywa mnie serce.
Głupia, głupia, głupia.
W co ty się znowu wplątałaś?
Dźwięk odbija się echem od ciemnej ściany. Osobliwy rytm. Gdybym czuła, że żyję, zaczęłabym tańczyć. Ale wewnątrz jestem już martwa.

Coś szumi.
Mam nadzieję, że tak właśnie brzmi silnik nadjeżdżającego samochodu. Szumi coraz głośniej...
Jednak nikogo nie widać.
Znikąd pomocy.
Czy to cisza szumi? Zupełnie jakbym przystawiła sobie muszlę do ucha...
A może szumi ten bezbrzeżny ocean w mojej głowie?
Bezbrzeżny ocean - pod jego powierzchnią tylko blade ciała zatopionych wspomnień.
Stracić pamięć to stracić wszystko.
Kim ty teraz jesteś dziewczyno? Zwierzęciem w sidłach strachu. Czemu nic nie robisz, nie ruszysz nawet dupy z miejsca? Chcesz tutaj zamarznąć?

* * *

Dłużej czekać nie będę!
Idę. Ostatecznie i nieodwołalnie!
Gdziekolwiek, wszystko mi jedno.
Przed siebie. Tą pustą drogą.
Byle dalej od tego przystanku.

Czuję się tak, jakby nogi same mnie prowadziły.
Kochaniutkie, słuchajcie, proszę was bardzo, chcę tylko trafić w bezpieczne, ciepłe i jasne miejsce! No, dalej, dalej. Nic nas nie zatrzyma, prawda?

* * *

Jest tak ciemno, że nie widać nawet pobocza.
Serce wali mi w piersi. Podobne odgłosy wydaje łóżko stukające o ścianę. Łóżko, na którym kogoś gwałcą.

„Weź jej zamknij mordę, bo ktoś tu przyjdzie zaraz!”
„Tak, tak… Masz, co chciałaś, eeech, tak, masz, aaach, co chciałaś”.

* * *

Dobrze, że w końcu stamtąd poszłam. Nie było sensu dłużej czekać i tracić czasu. Teraz przynajmniej wiem, że posuwam się do przodu.
Albo ktoś mnie posuwa...

Jakiś kształt majaczy przede mną, wyłania się z mroku. Znów odżywa we mnie nadzieja. To już koniec tego koszmaru! Nareszcie jestem bezpieczna!

Budka.
Drewniana budka.
Kiosk?

Podchodzę bliżej. Ciekawe, czy o tej porze ktoś jeszcze jest w środku.

Och, to tylko przystanek autobusowy.
No cóż.

Lepsze to, niż nic. Tu mogę się schronić.
Usiądę, poczekam. Nie będę się załamywać.
Przeczekam tę noc.
Nic nie trwa wiecznie, w końcu wzejdzie słońce.

Położę się, zasnę.
Za parę godzin ktoś mnie znajdzie.
Jestem taka zmęczona.

* * *

Budzę się.
Wokół jest ciemno, tak ciemno, że prawie nic nie widać.
Gdzie ja jestem?

Pamiętam ból, ale nie pamiętam, co się stało. Prawdopodobnie zostałam zgwałcona...





Kraków. Czerwiec 2005 r.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -