Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pragnienie

Magda Manuszak

Stała przed lustrem, w toalecie nocnego klubu. Kołysała się, obejmując ramionami, a łzy, spływające po twarzy, zostawiały czarne smugi na policzkach, psując kunsztowny makijaż. Zamknięte drzwi nie stanowiły dostatecznej bariery dla chaotycznej lawiny dźwięków. Ochrypły motyw gitary rozrywał powietrze. Żółte, płaskie światło padało na twarz, której przyglądała się w zdziwieniu. - Więc tak wyglądam? - myślała. - Właśnie tak? Trudno jej było uwierzyć, że to, co widnieje w lustrze, to właśnie jej odbicie.
Przy umywalce obok jakaś długonoga dziewczyna formowała kartą kredytową dwie długie kreski białego proszku. Uniosła głowę i obrzuciła ją wrogim spojrzeniem, więc Maria uniosła rękę w uspokajającym geście. Bóg jej świadkiem, nic nie miała przeciwko prochom.
Po raz kolejny popatrzyła w lustro i to, co zobaczyła, przywróciło ją rzeczywistości. Poprawiła makijaż, wytarła spocone dłonie w papierowy ręcznik i weszła na salę.
- To już chyba ósmy klub dzisiaj, a wszystkie wyglądają tak samo - pomyślała z niechęcią, rozglądając się po zatłoczonym parkiecie. Jazgot muzyki tętnił w uszach, rozbłyskujące znienacka eksplozje światła przyprawiały o ból głowy. Usiadła przy barze i zamówiła kolejną whisky. Wiedziała, że pije za dużo, ale tylko alkohol dodawał jej sił. Pomagał przetrwać. Przez chwilę tuliła w dłoni szklaneczkę, potem przełknęła trunek, krzywiąc się odruchowo, i weszła na parkiet.
Lawirowała między dziesiątkami spoconych ciał, przepychając się, potrącając ludzi, depcząc im po palcach. W histerycznie podrygującym tłumie ona jedna wyłamywała się z rytmu. Muzyka nie miała na nią wpływu. Zaglądała w mijane twarze, odwracała mężczyzn, żeby ich sobie obejrzeć, a słowa przeprosin zagłuszała kakofonia dźwięków. Mimo, że szukała jak tylko umiała najstaranniej, żadna twarz nie była tą twarzą. Jego nie znalazła.
Było już bardzo późno, zbliżała się pora zamknięcia. Odczekała do ostatniej chwili, a potem wyszła z innymi, tłumiąc rozczarowanie.
Świtało. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale mrok stracił swoją intensywność, przybierając barwę błękitu. Zatrzymała przejeżdżającą taksówkę i schroniła się w środku, bezpieczna w otoczeniu przyciemnianych szyb. Oczy kleiły się jej ze zmęczenia, drżały kolana. Znów, nie wiedzieć czemu, zaczęła płakać. Zorientowała się, że ma łzy na twarzy dopiero wtedy, gdy napotkała zdziwione spojrzenie kierowcy, biorącego zapłatę.
Chwiejnym krokiem weszła do domu i nalała sobie kolejnego drinka. Zdjęła ubranie, rzucając je tam, gdzie stała, wzięła prysznic, a potem ułożyła się w białej pościeli, z policzkiem na dłoni, jak dziecko.
We śnie wróciły twarze. Jej mąż i syn znów byli żywi. Roześmiani, przyzywali ją spiesznymi gestami. Jeszcze trochę – wołała poprzez rzekę śmierci - jeszcze kilka dni. Niedługo do was przyjdę, dajcie mi tylko trochę czasu.
Nie słyszeli. Rozczarowani, stopniowo nikli, wciąż ją wołając.
Potem sen się zmienił. Znów powtarzały się wizje krwi i agonii, - tak dobrze znane. Zbyt znane. Spazmatycznym gestem ściskała fałdy pościeli, naprężała mięśnie, starając się przeciwstawić pamięci. Ta jednak była nieubłagana. Wciąż przywoływała te same obrazy, aż Maria się obudziła, z trudem łapiąc oddech.
Popołudniowe słonce wpadało przez okno. Pokój stał się kłębowiskiem długich cieni. Przeklinając się za niedbalstwo, gwałtownie zasunęła story.
Kiedy się już ubrała, zabrała się do wertowania książek. Pod ich ciężarem uginało się biurko, tomy leżały na podłodze, tworzyły sterty i piramidy, zastawiały przejście, wysypywały się z przepełnionego regału. Strzępki papieru w charakterze zakładek, pozaginane rogi i stosy odręcznych notatek świadczyły o tym, że były starannie czytane. Ozdobę kolekcji stanowiło wydanie „Draculi” Brama Stockera z 1897 roku, wydawnictwa Archibald Constable & Company. Maria uśmiechnęła się na myśl, co na widok tytułów powiedziałby jej psycholog, doktor Veben.
Veben miał surową twarz, a w oczach fanatyczny żar inkwizytora. Wyobrażała go sobie w mrocznych czasach średniowiecza, jak skazuje na stos niewinne kobiety, jak z tym samym pałającym spojrzeniem wymierza karę heretykom i kacerzom. Wysłuchał jej, rutyniarsko mrucząc i kiwając głową, a potem skwitował jednym słowem: bzdury! Powoli i wyraźnie zaczął tłumaczyć, skąd wzięły się te urojenia.
Doktor Veben miał, podobnie jak dawni scholastycy, prosty obraz świata, w którym do każdego ludzkiego doznania dawało się przyłożyć gotowy szablon. Maria była przygotowana na niewiarę, lecz nie na to, że apodyktyczny lekarz zacznie fałszować jej uczucia i przeżycia, kąpiąc je w strumieniu absurdalnych koncepcji. Wysłuchała aroganckich hipotez z uśmiechem sztywno przyklejonym do twarzy. Umówiła się na następną wizytę, przyrzekając w duchu, że nigdy tu nie wróci. Dotrzymała słowa.
Nie inaczej było na policji.
- Chce pani powiedzieć, że zaatakował was wampir? - zapytał detektyw tonem, jaki społeczeństwo rezerwuje tylko dla dzieci i obłąkanych.
Pokiwała głową, nie zdolna wykrztusić słowa. Policjant przeprosił ją na chwilę, podszedł do kolegi. Szepnął mu coś, a potem obaj zaczęli się jej przyglądać z niesłabnącym zainteresowaniem. Skurczyła się pod ostrzałem ich spojrzeń.
Detektyw po chwili wrócił i słuchał uważnie, z wyrazem twarzy świadczącym, że nie wierzy ani jednemu słowu. Zaproponował środek na uspokojenie, gdy chaotycznie wyrzucała z siebie słowa, chcąc przekazać całą tragedia i rozpacz. Odpowiedział: Pracujemy nad tym - i dał jej do przejrzenia albumy ze zdjęciami kryminalistów. Nie rozpoznała nikogo, mimo że wielokrotnie powtarzał, żeby się przyglądała uważnie. Że ma dużo czasu. Twarze migały jej przed oczyma, zlewając się jedna z drugą, a ona chciała krzyczeć, że jego tu nie ma, bo tacy jak on nie figurują w kartotekach.
Na pożegnanie policjant powiedział jej, że to mógł być jakiś czubek po PCP. Anielski proszek cuda wyczynia z ludźmi - dodał. Niektórzy nawet gotowi zostać krwiopijcami.
Z goryczą pokiwała głową. Wiedziała, że nigdy go nie znajdą.
To nie był żaden ćpun czy przebieraniec. Wciąż miała w pamięci tę noc, oglądała ją scena po scenie. Nie wiedziała, co ją obudziło - jakiś dźwięk? Gdy otworzyła oczy, on po drugiej stronie łóżka klęczał przy Thadeusie. Niezupełnie jeszcze rozbudzona pomyślała, że to włamywacz, dopóki nie dotarł do niej sens tego, co widzi. Ten mężczyzna wpijał się w szyję jej męża, z warg płynęły dwie strużki krwi, niemal czarne w księżycowym świetle.
Zbyt oszołomiona, by krzyczeć, machinalnie zasłoniła się prześcieradłem. Ciepłe, wilgotne powietrze dotykało nagiej skóry, gdy wpatrywała się w tego mężczyznę, nie mogąc odwrócić głowy. Nagle, w jednej chwili był przy niej. Nie zauważyła jego ruchu: wampir momentalnie znalazł się obok, choć przed sekundą klęczał przy Thadeusie.
Był esencją obecności. Szczelnie wypełniał przestrzeń, nie pozostawiając zmysłom możliwości dostrzeżenia czegokolwiek innego. Był tak blisko, że mogła zobaczyć źrenice jego oczu - urzekających, zgubnych. Niszczycielskich. Zauważyła bladość skóry i uśmiech - okrutny i jakby ironiczny. Na dalsze obserwacje nie starczyło czasu. Wampir objął ją delikatnie, jak kochanek - wzdrygnęła się, czując na skórze chłodny dotyk. Dłonią powiódł po plecach, dotarł do karku i pieszczotliwie odgarnął włosy. Uścisk, w którym ją trzymał, był zwodniczo łagodny, nie udało się jej jednak wyrwać. Poczuła jeszcze na szyi ciepło jego oddechu. Potem nie było już nic.
Nie wiedziała, czemu i jej nie zabił. Może miał dość i, nasycony, opuścił dom, nie troszcząc się o pozostawioną za sobą, wciąż żywą ofiarę? Kiedy się ocknęła o świcie, poszukała dłonią twarzy męża. Był już zimny. Pokonując słabość wstała i zataczając się, poszła do pokoju syna. Mark leżał w swoim łóżeczku, wśród ścian wytapetowanych podobiznami Spider-Man’a, Daredevil’a i Hulk’a. Ci dzielni bohaterowie mieli go chronić przed wszystkim, co złe. Zawiedli. Był martwy.
Następne godziny zatarły się w pamięci Mari. Krzyczała, jej wrzask sprowadził sąsiadów, ci wezwali lekarza i policję. Dostała zastrzyk, po którym straciła przytomność.
Gdy ją odzyskała, leżała gdzieś pośród bezkresnej przestrzeni. Nieskalana biel oślepiała i zmuszała do mrużenia oczu. Domyśliła się, że jest w szpitalu, pamiętała też, dlaczego się tu znalazła, ale to, co ją spotkało, stało się niewyraźne i mgliste, jakby zdarzyło się przed laty, a nie zaledwie wczoraj. Lub przedwczoraj? Niemrawym gestem dotknęła szyi. Nie znalazła żadnych śladów. Nie zdziwiło jej to. Na ciałach bliskich też ich nie było.
Wzięła udział w pogrzebie, była świadkiem łez i rozpaczy, ale jej oczy pozostały suche. Dryfowała, płynęła, lżejsza od obłoków, ponad ludźmi, ponad światem. Nie czuła nic i w chwilach przebłysków świadomości błogosławiła środki uspokajające - gdyby nie one, zawodziłaby teraz niczym ranne zwierzę. Sztywna, nieporuszona, przyglądała się, jak zasypują dwie trumny - dużą i małą - i myślała tylko o tym, że po powrocie do domu zażyje koleiną białą pigułkę, po której wszystko przestanie mieć znaczenie. Ściskała ręce, wysłuchiwała kondolencji, dziękowała za nie, a przez cały ten czas nie opuszczała jej wizja małej tabletki, pełnej chemicznej nirwany.
Nie otrząsnęła się z tego sama, o nie - lekarz przestał wypisywać jej recepty. Zmieniła lekarza, lecz w drugim wzbudziła podejrzenie nachalnymi prośbami. Kiedy dotarło do niej, że nie będzie mogła dłużej zamykać bólu w narkotycznych sejfach, wpadła w panikę. Wracając z gabinetu rozważyła wszystkie sposoby popełnienia samobójstwa. Nie była zdolna podciąć sobie żył, myśl o strzale w głowę wywoływała mdłości, poza tym nie miała broni. Zastanawiała się nad wrzuceniem jakiegoś urządzenia do wanny z wodą, ale zawsze bała się elektryczności. Gdyby nie to, że straciła do nich dostęp, przedawkowałaby tabletki nasenne. Ponieważ ich nie miała, zdecydowała się na inną metodę, niezbyt skomplikowaną technicznie i nie przekraczającą jej możliwości (zabawnie było myśleć o tym w ten sposób…). Postanowiła otruć się gazem.
Gdy wchodziła do domu, plan się skrystalizował. Myślała o tym, co ma zrobić, rozważała kolejne czynności etap po etapie, i to odsuwało od niej wspomnienie bólu. Właściwie nie wiedziała już, dlaczego chce umrzeć - żeby dołączyć do męża i syna? Uciec od cierpienia? Nieważne. Nic już nie było ważne.
Uszczelniła jak mogła najlepiej okna i drzwi w kuchni, zalepiła nawet plastrem dziurki od klucza. Kiedy skończyła i z satysfakcją rozejrzała się dookoła, uświadomiła sobie, że zapomniała o jednym - nie wiedziała, jak długo umiera się od gazu. Może przez chwilę, a może godzinami. Nie chciała czekać na śmierć na twardym, drewnianym krzesełku.
Wyszarpnęła szmaty spod drzwi, przyniosła poduszki i butelkę (na wypadek, gdyby czekanie miało się przedłużyć). Z powrotem uszczelniła drzwi, ułożyła poduszki w wygodne legowisko - kiedy to robiła, nie mogła opanować histerycznego śmiechu - potem otworzyła piekarnik i odkręciła wszystkie kurki. Usiadła, zdjęła nakrętkę i piła prosto z butelki, podczas gdy kuchnię wypełniał swąd gazu.
Gdy skończyła butelkę, nieznośnie wirowało jej w głowie. Nie wiedziała, czy to skutek alkoholu, czy gazu. Przed oczami, jak natrętne ćmy, latały ciemne plamy. Szum w uszach wciąż się nasilał, a kontury przedmiotów rozmywały coraz bardziej. Usiłowała się podnieść, wspierając o podłogę, ale ze zmysłem dotyku też stało się coś dziwnego. Poduszki przypominały oślizgłe stworzenia i zdawały się ożywać. Nie była zdolna już dłużej siedzieć. Upadła na bok i zamknęła oczy, starając się odgrodzić od świata wywróconego na drugą stronę. Podkurczyła kolana i objęła rękami. Ciemność za zamkniętymi powiekami rozbłysła znienacka czerwonym płomieniem. Szkarłatna plama światła rozpadła się i odpryski koloru poszybowały we wszystkich kierunkach.
Zobaczyła doskonale znaną scenę. Widziała siebie, jak leży na łóżku, okryta prześcieradłem. Po drugiej stronie posłania umierał jej mąż, a ona przyglądała się biernie, nie robiąc nic. Nie zareagowała. Nie wezwała pomocy. Nie rzuciła się na napastnika. Tylko patrzyła.
Pamięć ochoczo podsuwała każdy szczegół. Zamglone oczy Thadeusa, krew na szyi, bezwładnie wyciągnięte ramiona. Zatrzymany obraz trwał nieruchomo pod powiekami jak owad zatopiony w bursztynie. Wiedziała, że przyczyniła się do śmierci męża i syna. Nie zrobiła nic, by ich ocalić.
Półotwarte usta Thadeusa, z których nie wydobywał się już krzyk, jego jasne włosy obok tamtych - ciemnych. Bo on miał ciemne włosy, mroczne niczym cień, którego nie rzucał, a na twarzy wyraz nieziemskiego spokoju. Spełnienia. Pomyślała zdumiona, że wygląda jakby się modlił, że to, co widzi, jest być może jedyną świętością dostępną dla wampirów. Wiedziała, że to bezlitosny morderca, krwawa bestia, która bez litości odbiera innym źródło ich istnienia, lecz przez krótką chwilę ciemność wokół niego zdawała się nieco mniej mroczna. Potem to wrażenie znikło. Teraz wróciło, nie dając jej spokoju. Skręcając się ze wstydu wspominała, że uległa urokowi potwora. Otworzyła oczy, chcąc się uwolnić od jego obrazu, ale tamta noc, tamten pokój całkowicie wypełniał umysł. Nie potrafiła zapomnieć.
Zrozumiała nagle, że umiera, a ten obraz będzie zapewne ostatnim w jej życiu. Potem uświadomiła sobie, że może go nawet zabrać tam - na drugą stronę. Myśli rodziły się powoli, kiedy jednak pojęła do końca wnioski, do jakich doszła, rozjaśniło się jej w głowie. Wiedziała już, co ma zrobić.
Zaczęła czołgać się w kierunku okna. Było oddalone tylko o kilka kroków, ale droga trwała wieki. Posuwała się niemrawo, po każdym ruchu robiąc przerwę na oddech. Dotarła do stołu i starała się podnieść, chwytając blatu. Ciało buntowało się przeciw niej, nie chcąc słuchać poleceń. Wielokrotnie wstawała i osuwała się z powrotem, aż w końcu, przewieszona przez stół, dosięgła szyby.
Nie miała dość sił, by ją zbić. Uderzała najmocniej, jak tylko potrafiła, ale szkło nawet nie zadrżało. Unosząc pięści miała wrażenie, że znajduje się pod wodą, bo każdy jej ruch był dziwnie zwolniony, a powietrze stawiało opór.
Brzęk szkła był dostateczną nagrodą za trud. Powietrze napływało ożywczą falą. Znów opadła na kolana. Oddychała głęboko, gotując się do następnego wysiłku. Kiedy stwierdziła, że jest już gotowa, na kolanach dotarła do kuchenki i pozakręcała kurki.
Od tamtej chwili jej życie się zmieniło. Chciała umrzeć, ale jeszcze nie teraz. Najpierw musiała się oczyścić ze wstydu i poczucia winy. Pragnęła zemsty.
Zawsze była roztargniona i chaotyczna - teraz narzuciła sobie wojskową dyscyplinę. Wstawała wcześnie i po pośpiesznym śniadaniu wyruszała na poszukiwania. Cały dzień spędzała w bibliotekach, księgarniach, antykwariatach, lub w klimatyzowanych, zmakniętych pomieszczeniach, usiłując oddzielić ziarno od plew w jednej z dziesięciu tysięcy stron, wyszukanych na Google. W południe robiła sobie krótką przerwę na lunch. Kolację jadła w domu, wertując łupy. Szukała wszystkich dostępnych informacji o wampirach. Chciała wiedzieć, jak się walczy z potworami.
Czytała wszystko - literacką fikcję i naukowe wywody, zakurzone tomy, zapisane niezrozumiałym tekstem i schludne książki w twardych oprawach. Historie grozy z okładkami spływającymi krwią i cienkie broszury, wydane na tandetnym papierze, w których ten czy ów naukowiec z całym zadufaniem ogłaszał, że znalazł rozwiązanie „problemu wampirów”. Większość z tych wyjaśnień brzmiała zresztą rozbrajająco naiwnie. Przeważnie stawiano na egzotyczne choroby, zaburzenia psychiczne lub letarg - człowiek, który został pochowany żywcem, mógł potem próbować wydostać się z trumny, a w takim wypadku niechybnie zostawał uznany za wampira.
Gdy przyswoiła sobie całość wiedzy na ten temat stwierdziła, że nie zmądrzała prawie wcale. Mozolnie przesiewając plotki, wymysły, legendy, fantazje, znalazła tylko garść informacji, z których każda wywoływała kontrowersje.
Nie było też zgody co do najbardziej podstawowych faktów.
Niektórzy twierdzili, że wampiry nie mogą pokazywać się w ciągu dnia, gdyż światło słońca spali je na popiół. Inni - że wybrały nocny tryb życia, bo tylko wtedy dysponują pełnią swojej mocy. Kolejni natomiast sądzili, że można je odstraszyć czosnkiem, lubieniem, tymiankiem, jeszcze następni, że uda się to tylko przy pomocy krzyża, ostatni wreszcie - że żaden z tych sposobów nie zadziała i należy je odłożyć tam, skąd się wzięły - pomiędzy bajki.
O tym, że wampiryzmem nie zaraża się przez ugryzienie, przekonała się na własnej skórze,
Sporów nie wywoływał tylko jeden fakt. Co do kołka niemal wszyscy wykazywali zdumiewającą zgodność. Kołek miał niezawodnie przenosić wampiry w otchłań siarki i smoły. Przygotowała więc kołek.
Najlepszy miał być ten z osiki. Uśmiechała się, strugając jasne drewno. Patrząc na zaostrzony szpic czuła, że wraca jej nadzieja. Kupiła czarną torbę, pojemniejszą, niż na to wyglądała. Kołek pasował idealnie. Wychodząc, zawsze brała ją ze sobą.
Gdy już przejrzała wszystkie dostępne informacje (i doszła do wniosku, że w ten sposób nigdy nie znajdzie tego, kogo szuka), postanowiła zacząć od drugiej strony.
Wampiry na pewno żyły w nocy i na pewno piły ludzką krew. Należy więc po zmroku pojawiać się tam, gdzie zbierają się ludzie. Wcześniej czy później człowiek natknie się na drapieżnika, zajętego łowami, a wtedy - być może - uda mu się zapolować na łowcę.
Maria zmieniła strategię. Postanowiła żyć tak, jak jej prześladowca - pośród mroku. Chciała wejść w jego skórę, poczuć się nim, stać się nim… żeby go zniszczyć. Tysiące razy wyobrażała sobie chwilę, gdy wbija kołek w serce potwora i widzi, jak z ust bucha strumień obcej krwi. Dla tej chwili warto było żyć… jeszcze trochę.
Odtąd krążyła po nocy jak bohaterka jednego ze starych opowiadań grozy - tych o duchach odbywających pokutę za grzechy zbyt przerażające, by śmierć była ich dostatecznym odkupieniem.
Bywała wszędzie. W zakazanych dzielnicach, pełnych bezdomnych, dealerów, gangsterów; na ulicach, gdzie królowały kina porno i sex-shopy, a na rogach stały podpite kobiety w obcisłych szortach i długich butach, które beznamiętnie wsiadały do przejeżdżających samochodów. Odwiedzała miejsca, gdzie poderżnięto by jej gardło dla zamszowego żakietu i taniego zegarka; oglądała tereny gangów, z domami przypominającymi ruiny i luksusowymi wozami na ulicach. Idąc dalej docierała do coraz lepszych rejonów, aż w końcu lądowała w jakimś nocnym klubie. Te lokale, poza zewnętrznym polorem, niczym nie różniły się od ulic, które miała za sobą. Handlarze dyskretniej wciskali prochy, dziwki były ładniejsze i nosiły nazwę hostess - to wszystko. Tu i tam znajdowała to samo zagubienie. Rozpacz… choć może to jej własny smutek odbijał się w tych twarzach?
Krążyła, zmieniała lokal za lokalem, aż wyczerpana wracała do domu, starając się zdążyć przed świtem. Zerwała kontakty towarzyskie, ale od czasu do czasu spotykała znajome osoby. Ludzie reagowali niechęcią, niekiedy wręcz oburzeniem, widząc ją na środku parkietu w tak niedługim czasie po tragedii, która ją spotkała. Nic ją to nie obchodziło. Nie czuła potrzeby wyjaśnień - zbyt wiele musiałaby tłumaczyć.
Tydzień mijał za tygodniem, a ona żyła w tym samym rozedrganiu, niepewna, czujna, sprężona do skoku. Wyczerpywało ją to coraz bardziej. Bladła, chudła, tylko jej oczy stawały się coraz żarliwsze. Wydawało się, że składa się jedynie ze spojrzenia.
Do drugiego spotkania doszło w innym miejscu i czasie. Wyobrażała sobie, że będzie to środek nocy w jakiejś parszywej knajpie. Była w błędzie.
Obudziła się tuż po zapadnięciu zmroku. Rozdygotana, leżała w skłębionej pościeli, usiłując odegnać zmory. Koszmar niechętnie odchodził w zapomnienie. Fale snu wyrzuciły ją jak trzepoczącą się rybę na brzeg jawy i wciąż słyszała ryk przypływu.
Kiedy serce przestało już walić młotem, a oddech się uspokoił, zaczęła wyplątywać się spod prześcieradeł. Wilgotny od potu materiał nieprzyjemnie kleił się do ciała.
Wstała, wzięła prysznic i ubierała powoli, czekając, aż zagotuje się woda. Sprawdziła, czy osikowy kołek znajduje się na swoim miejscu – nerwowy nawyk, którego się ostatnio nabawiła. Przynosił jej poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie napełniał smutkiem - potem, z filiżanką kawy w ręce, rozsunęła story i wpatrzyła się w miasto za oknem. Papieros zabarwiony szminką zażył się w kąciku warg. Zapomniana kawa stygła w filiżance.
Było jeszcze zbyt wcześnie, żeby wyjść. Żaden z nocnych marków nie rozbudził się na dobre. O tej porze mogłaby spotkać co najwyżej urzędników, wracających z barów, do których wstąpili na drinka po pracy. Westchnęła i upiła łyk kawy. Płyn smakował okropnie. Zastanawiała się, dlaczego, aż dotarło do niej, że zapomniała osłodzić. Nie znosiła gorzkiej kawy. Odwróciła się, chcąc iść do kuchni i właśnie wtedy zobaczyła jego.
Był o krok. W bladym świetle wpadającym przez okno jego oczy zdawały się być mroczniejsze od ciemności nocy. Przyglądał się, sycąc wzrok jej przerażeniem. Półuśmiech na jego twarzy obiecywał rozkosz i ból. Oba te uczucia, tak przecież odmienne, łączyły się w tym lekkim skrzywieniu warg, przenikając się nawzajem. Wywołując dreszcze.
Znieruchomiała, mogła tylko wpatrywać się w niego, nieświadoma, że kurczowo ściska filiżankę.
W pełnej napięcia ciszy trzask pękającej porcelany zabrzmiał niczym wystrzał. Maria podniosła dłoń do oczu. Odłamki tkwiły głęboko. Z ran sączyła się krew.
Wampir oblizał wargi. Nieskalanie białe kły zabłysły w półmroku.
- Szłaś moim śladem - powiedział cicho, nie mogąc oderwać wzroku od jej dłoni. - Po co?
- Chcę cię zabić - wykrztusiła przez zaciśnięte gardło, z trudem artykułując słowa. Drżały jej kolana i bała się, że zaraz upadnie.
- Naprawdę? Nie sądzę. Nawet nie spojrzałaś w kierunku… - uśmiechnął się - …broni.
- Zdążyłem się tutaj rozejrzeć - dodał, widząc jej zdumienie. - Wiem, gdzie trzymasz oręż. Jest tuż obok. Wystarczy poń sięgnąć…
Maria uświadomiła sobie, że aż do tej chwili nie pomyślała o zaostrzonym kołku. Wyszarpnęła go histerycznie, w każdej chwili spodziewając się ataku. Ku jej zdumieniu, nie nastąpił.
- Wiem, dlaczego mnie szukałaś. Ty i oni wszyscy.
- Byli inni przede mną?
- Owszem, wielu. A każdy przyszedł po to samo.
Tak jak przedtem, momentalnie znalazł się przy niej. Maria popatrzyła na broń w swoich dłoniach i ten widok niemal ją rozbawił. Więc kawałkiem drewna chciała walczyć z kimś tak potężnym? Upuściła kołek.
Wampir uśmiechnął się, jakby do wtóru jej myślom. Delikatnym muśnięciem przesunął włosy. Zanim rozerwał tętnice, zapytał:
- Czyż nie tego pragniesz?
To uczucie było silniejsze niż miłość czy nienawiść, potężniejsze niż życie czy śmierć. W nagłym przebłysku zrozumiała, że miał rację. Nie szukała go, żeby zabić, zemścić się, czy dla innych idiotycznych pobudek. Chciała jeszcze raz to poczuć. Dla tej chwili z radością oddałaby męża, syna. Każdego. Oszukiwała samą siebie. Chciała umrzeć nie dlatego, że zawiodła rodzinę. Bała się, że już nigdy tego nie doświadczy.
Jej osobowość, wola i pragnienia rozmywały się w oszałamiającym wirze przyjemności. Pomyślała że to, co czuje może być doznaniem Boga… lub szatana, tak dalece przekraczało to granice ludzkich doświadczeń. Każdy włos, nerw, każdy centymetr skóry wibrował w ekstazie. Zdawało się jej, że krzyczy. Przez krtań, zaciśniętą rozkoszą, nie mogła. Nie krzyczała.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -