Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




prawy, lewy, złamany - fragment powieści

Dawid Kain

1.

Nagle zaczynam odnosić wrażenie, że cały pokój wypełniony jest dymem, gęstym jak futro. Gryzie mnie w oczy, utrudnia oddychanie. Zaraz się popłaczę. Rozkleję się na dobre. O ile wcześniej nie wyrzucę Pawła i jego syfiastych fajek przez okno. Po co tu w ogóle przyłaził? Chcę mieć spokój, nie mam zamiaru słuchać, jak to Olkowi świetnie się wiedzie, a ja zostałam w tyle – wielka pani filozof na tronie z książek zapisanych niezrozumiałym bełkotem, pełnych nieżyciowych prawd. To wszystko jest takie idiotyczne. Ja się tu łamię, a on robi karierę. Zupełnie jak w jakiejś komedii omyłek. Jak w jakiejś niskobudżetowej produkcji, pozbawionej gwiazd i efektów specjalnych. Spodziewany happy end jednak nie nadchodzi. Nawet nie wiem, czy scenariusz go przewiduje.
- Niewiele spałam dzisiejszej nocy. Oglądałam telewizję do późna.
- Kablówka?
- Mhm.
Przypominają mi się sceny z puszczanego wczoraj filmu grozy. Rodzinka jadąca drogą, która nie ma końca, jakby była w tajemniczy sposób zapętlona. Noc, zagadkowa kobieta w bieli, ściskająca martwe niemowlę, które już zaczęło roztaczać wokół nieprzyjemną woń. Bohaterowie wszyscy po kolei umierają, co jeden to w drastyczniejszy sposób. Jak to się nazywało? „Ślepy zaułek". Coś akurat dla mnie. Tytuł jakby streszczający ostatnie miesiące mojego życia. W pewnym momencie skręciłam w złą stronę i teraz sama nie wiem dokąd zmierzam. Pewnie donikąd.
- OK., już łapię. Sam ostatnio sporo czasu temu poświęcam. To prawda, co mówią, że telewizja uzależnia mocniej niż twarde dragi... A jeśli już przy tym jesteśmy. Włącz ten swój wysłużony sprzęcior. Pokażę ci coś interesującego.
Podaję mu pilota.
Co ten Paweł znowu wymyślił? Bez wątpienia jakąś bzdurę, jak zawsze. Już w liceum był z niego klasowy błazen, a potem – zamiast dojrzeć – tylko jeszcze bardziej wczuł się w swoją rolę. Rozumiem robienie sobie jaj, ale nie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Wszystko ma swoje granice. Naprawdę szkoda mi czasu na takie…
Ustawia kanał dwudziesty trzeci, na którym nie ma teraz niczego prócz śniegu. Paweł zaczyna coś kombinować w menu szukania stacji. Uśmiecham się kwaśno.
- Słuchaj, nie jestem dziś w nastroju do żartów. Jeżeli to jakiś kanał porno, to naprawdę nie musisz...
- Ćśśśś. Zaraz sama się przekonasz. Będziesz mile zaskoczona.
Po chwili na ekran wskakuje dziwaczny nowy program, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Wygląda to na jakąś nielegalną stację telewizyjną, nadającą właśnie reportaż z naszego osiedla. Obraz nie jest zbyt wyraźny, zupełnie jakby pogoda utrudniała odbiór. Kolory wyblakłe, z przewagą zgniłej zieleni, istne „M jak miłość". Może i tu kręcą teraz serial?
- Co to ma być? Etiuda pod tytułem „Żałość nad żałościami”? - pytam, gapiąc się na skromne wnętrze mieszkania bardzo podobnego do mojego, jednak umeblowanego znacznie mniej wykwintnie.
- Odkryłem ten program kilka dni temu. Przebitka z kamer ochrony, czy coś w tym typie. Pokazują nasze osiedle. Na żywo.
Coś mu się chyba popieprzyło.
- Coś ci się chyba popieprzyło – mówię.
- Że co?
- My nie mamy ochrony. I raczej nigdy nie mieliśmy. Przynajmniej ja sobie nie przypominam, a mieszkam tu od dawna.
- Niemożliwe. Kiedyś musieliśmy mieć. Jestem niemal pewien. Może zostawili część sprzętu i...
- I co? I dzięki temu możemy oglądać co się dzieje w bloku obok?
- Dokładnie. Ktoś się podłączył do tej wewnętrznej sieci i postanowił zrobić z tego wypasiony show. Żałuję, że sam na to nie wpadłem. Może gdybym bardziej znał się na elektronice.
- To jakaś kompletna bzdura. Nie pamiętam żadnej ochrony. A już na pewno żadnych kamer. Zresztą – jaka ochrona ma prawo montować swój sprzęt w prywatnych mieszkaniach?
- Nie mam pojęcia. Tak czy siak teraz możesz podziwiać, co porabiają sąsiedzi – odpowiada, wyrzucając niedopaloną fajkę przez uchylone okno, która odbijając się od parapetu zostawia na nim smugę popiołu. - Możesz podpatrywać lubieżne zachowania dewotek. Gapić się na znudzonych tatusiów, zasypiających z wycieńczenia po dwuminutowym seksie. No i te wszystkie dzieciaki łykające piguły i wciągające białko, gdy tylko starsi wyjdą na chwilę z domu. Sama prawda, w stu procentach i bez cenzury. Cudeńko, po prostu cudeńko.
Gapię się w ekran i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Ktoś – i to na pewno nie ochrona! – rzeczywiście rejestruje, co się dzieje na osiedlu. Nigdy jeszcze nie słyszałam o tego rodzaju monitoringu. Pokazywanie wnętrz mieszkań... Czy to w ogóle legalne? Czy można sobie tak po prostu podglądać ludzi bez ich zgody? Co na to konwencje praw człowieka? Co na to zwykła ludzka przyzwoitość?
- Wydaje mi się, że powinniśmy zawiadomić policję - mówię…

*

Kiedy Paweł wyszedł, zrobiłam sobie kawę. Byłam strasznie senna i czułam się taka... połamana. Zupełnie jakby brała mnie grypa. Może wciąż trzymało mnie w swych szponach posesyjne zniechęcenie do życia i ogólne osłabienie organizmu, nadwerężonego nadmiarem nauki? Całkiem prawdopodobne. Kucia było sporo i mam prawo być teraz wypompowana. Przetrząsnęłam kuchenne szafki w poszukiwaniu leków. Nie mogłam znaleźć niczego poza witaminą Ce. Cholera...
Upiłam łyk kawy.
Czy Paweł żyje na tym świecie tylko po to, żeby mnie denerwować? Cenię szczerość, ale nie wtedy, gdy polega ona na mówieniu komuś, że wygląda jakby go zgwałcono. Bo chociaż ostatnie dni były dla mnie fatalne, to nie mogłam się chyba aż tak strasznie zmienić. Muszę zacząć wierzyć, że wszystko jest zupełnie OK., żebym pewnego dnia nie obudziła się z ręką w nocniku, czyli – w moim przypadku – z głową w ekranie. Mam podstawy przypuszczać, że właśnie taki koniec już zaczął szkicować dla mnie los. Wierny telewidz przeżyje bliskie spotkanie ze swoim „Panem”. Zbyt bliskie, zdecydowanie.
W końcu znalazłam dwa gripexy, były w szufladzie z filmami. Kto, do cholery, mógł je tu wsadzić? Kto był na tyle mądry, żeby wetknąć pigułki między pudełka z płytami DVD? Tylko jedna osoba przychodziła mi na myśl - Olek. Pan Na Luzie. Pan Skończyłem Studia, Których Nie Cierpiałem I Teraz Mam Prawo Być Wkurzony. Magister Ściemologii Stosowanej. Frajer.
Usiadłam w fotelu, połknęłam tabletki i popiłam je kawą. Mieszanka efedryny z kofeiną powinna ukoić skołatane nerwy. Taki koktajl nieraz mnie ratował, szczególnie przed egzaminami, gdy czułam się wyczerpana i senna, a przede mną były jeszcze długie godziny wkuwania logiki, czytania o Platonie, Arystotelesie, czy też – powołując się na ostatnio zaliczony materiał – Berkeleyu. Że też teraz, gdy powinnam być odprężona i szczęśliwa, że wszystko pozdawałam, ogarniały mnie ponure myśli. Kiedy teoretycznie wszystko powinno iść z górki, wcale nie jest lepiej. Przecież droga z górki nieuchronnie prowadzi na dół…
W telewizji dalej szło to beznadziejne osiedlowe reality-show, bo zapomniałam zmienić kanał.
Gruba baba nadal tkwiła w tym samym miejscu, co poprzednio. Twarz niczym pączek nafaszerowany zbyt dużą ilością dżemu, przetłuszczone włosy, oczka niewielkie jak para rodzynek w cieście. Zły sen cukiernika. Pani Koszmarek. W dłoni trzymała teraz łyżkę. Uśmiechała się tajemniczo, jakby chciała powiedzieć: „A ja wiem coś, czego wy nie wiecie".
Sięgnęłam po pilota, bo nie miałam ochoty dłużej tego oglądać. Może Pawłowi się to podoba, ale mnie z pewnością nie. Tego typu eksperymenty telewizyjne nigdy mnie nie interesowały, z reguły działały na mnie wręcz odstręczająco. Nie lubię, gdy ktoś robi takie zoo, gdzie zamiast zwierząt w klatkach siedzą ludzie. Załamuje mnie to, jeśli mam być szczera. Przecież wtedy najczęściej okazuje się, że człowiek jest tak naprawdę mniej ciekawy od najzwyklejszej małpy, że nie ma w nim kompletnie nic interesującego, wszystkie jego wygłupy wydają się wymuszone. Wewnętrzna pustka naszego gatunku ujawnia się nagle w całej okazałości. I oto widać, że osobowość homo-sapiens to ziemia jałowa, nad którą krążą wygłodniałe stada padlinożerców, bezskutecznie szukające wzrokiem jakiegokolwiek ochłapu myśli. Ale tam zupełnie nic nie ma, nic nie ma…
Zanim zdążyłam zmienić program, zobaczyłam jak kobieta powolnym ruchem przybliża sobie łyżkę do twarzy.
Poczułam nagły chłód, dziwne przeczucie, że za moment stanie się coś strasznego. Odniosłam wrażenie, że to wcale nie jest kolejny program rozrywkowy, a raczej projekcja czyjejś chorej psyche. Nie wiem skąd ta myśl przyszła mi do głowy, ale już po chwili stała się dla mnie niemal pewnikiem.
Wtedy starucha wbiła sobie łyżkę w oko i przekręciła ją kilkukrotnie, jakby chciała wkręcić ją głęboko w mózg. Usłyszałam zgrzyt metalu trącego o kość, równie okropny co dźwięk rozrywanego styropianu, albo paznokci przesuwanych po szkolnej tablicy. Aż zacisnęłam zęby.
Coś w moim gardle zaczęło pęcznieć, niczym namakający wodą tampon.
Po paru sekundach kobieta wyjęła z oczodołu zakrwawioną, pokrytą galaretowatymi resztkami gałki ocznej łyżkę.
Byłam w zbyt wielkim szoku, by zmienić program. Siedziałam jak sparaliżowana. Myślałam... Miałam nadzieję, że ta nienormalna starucha nie może już zrobić niczego bardziej przerażającego i obrzydliwego. Niestety myliłam się, bo wtedy ona...
Ona...
....Z uśmiechem wsunęła sobie łyżkę do ust.



2.



- Zanim go obejrzymy, muszę cię ostrzec. To nie jest zwykły film – powiedział Robert, z osobliwą powagą w głosie.
- Mówisz zupełnie tak, jakbyś miał zamiar mi pokazać tę kasetę z „Ringu”. Albo co najmniej jakiś „La Fin Absolue Du Monde" – zaśmiał się Olek.
- Ja nie żartuję. Być może widziałeś w swoim życiu różne rzeczy: hardcore'owe niskobudżetowe horrory, ekstremalne pornole, jakieś części „Obliczy śmierci”... Ale „Ulica” to coś zupełnie innego. Mocniejszego. Tego nie będziesz w stanie wymazać z pamięci. To całkowicie zmieni twoje życie, odciśnie trwałe piętno na twojej psychice.
- W ten sposób tylko potęgujesz moją ciekawość.
- Jesteś pewien, że chcesz to zobaczyć? Ja naprawdę nie żartuję i nie gadam tego wszystkiego tylko po to, żeby cię wystraszyć. Chcę, żebyś wiedział, jak się sprawy mają. To Sztuka przed duże „S”, ale potrafi zrobić miazgę z umysłu widza.
- W końcu po to tu przyjechałem. Chce się dowiedzieć, co to takiego, i jestem do swojej decyzji przekonany w stu procentach. Nie pytaj więcej, puszczaj. Zobaczymy, czy i mnie ten cały Adam Omega czymś zaskoczy.
Robert włożył kasetę do magnetowidu. Pozostali członkowie kapeli nagle umilkli. Olek uznał to za trochę... upiorne. Oni traktowali ten film jak mszę, którą trzeba odprawiać w absolutnej ciszy. Chyba jednak przesadzali. Choć miał wielki szacunek dla kinematografii, szczególnie w jej niekomercyjnym wydaniu, to nigdy na punkcie żadnego obrazu nie odbiła mu aż taka szajba.
Przez jakieś 15 sekund na ekranie było widać tylko śnieg zakłóceń i niewyraźny zarys jakiejś postaci, której nie dało się w żaden sposób zidentyfikować. Olek zaczął się bać, że cały film jest taki, „artystyczny” aż do przesady, jak „Begotten”, albo gnioty w rodzaju „Irreversible”. Po chwili jednak wszystko wróciło do normy. Zobaczył zgarbionego mężczyznę, który samotnie szedł pustą ulicą, pośród przygnębiającego postapokaliptycznego krajobrazu, wśród ruin jakiegoś miasta, zgliszczy budynków dymiących niczym fabryczne kominy, popękanych murów nieznanej metropolii. Bohater poruszał bardzo... ekscentrycznie. Jego głowa drgała jak zawieszona na sprężynie, przez co to wszystko w nieodparty sposób kojarzyło się z klipami Toola. Było jednak znacznie bardziej nieprzyjemne w odbiorze. Oglądanie kilkunastominutowego marszu wśród ponurych pozostałości zabudowań, wśród wstęg dymu pnących się w brudne jak ściek niebo, było męczące. Zupełnie jakby widz maszerował razem z bohaterem. Każdy krok aż bolał, nieraz wywołując grymas na twarzy odbiorcy. W końcu mężczyzna dotarł do jakiejś rozległej hali, na pierwszy rzut oka przypominającej opuszczony magazyn. Wszedł do środka. Od tego momentu operator kamery przeszedł na kręcenie „z ręki”. Obraz zrobił się rozedrgany i ziarnisty. Olka zaczęły boleć oczy. Czuł ziarenka piasku pod powiekami, jak po wędrówce przez pustynną okolicę. Popatrzył na pozostałych. Wyglądali na pogrążonych w transie. Film wciągnął ich bez reszty. Przestali nawet mrugać. Przestali nawet... oddychać?
Mężczyzna szedł wnętrzem hali, pośród wysokich na kilkanaście metrów regałów zapełnionych kasetami wideo i płytami. W kilkusekundowych odstępach na ekranie migały trudne do zdefiniowania obrazy. Strzępy wspomnień? Sceny z dziećmi bawiącymi się w piaskownicy, fragmenty filmów dokumentalnych o drugiej wojnie światowej, zdjęcia z obozów koncentracyjnych, chudzi jak szkielety ludzie otwierający usta w niemej prośbie, wybuchy niszczące całe miasta, rosnące grzyby atomowych eksplozji, neony nocnych klubów, w których odziani w czarne skóry osobnicy spółkowali ze świniami, podrzynając im gardła i pijąc ich krew, rozrywane ciała noworodków, otwarte złamania, ciemna posoka na białych kościach, rozpruwane hakami łona kobiet, wysysane gałki oczne...
Olek czuł, że robi mu się sucho w ustach.
Nie chciał patrzeć, ale nie mógł oderwać wzroku.
Bohater filmu stanął przez jednym z regałów. Zdjął z półki pudło z kasetami. Wybrał jedną z nich, po czym podwinął swoją koszulę. Cały czas nie było widać jego twarzy. Na klatce piersiowej miał wycięty żyletką lub nożem napis „Play”: krwawe litery na pooranej bliznami skórze. Przyłożył do niego dłoń i wtedy na ekranie pojawiła się kobieta, wyskoczyła niespodziewanie jak królik z kapelusza. Była zgarbiona i cała się trzęsła, nosiła coś, co przypominało habit.
Olek poczuł, że całe jego ciało zaczyna drętwieć.
Chciał jak najszybciej wyjść na świeże powietrze.
Dusił się tu.
Nie mógł już wytrzymać...
Mężczyzna i kobieta ruszyli razem przez halę, na końcu której stał stolik z magnetowidem i telewizorem. Migotliwe reminiscencje ustały. Mężczyzna włączył kasetę. On i jego towarzyszka zaczęli oglądać film, w którym występowali jacyś młodzi ludzie. Na pierwszy rzut oka nie dało się poznać, kto to taki, jednak po dłuższym wpatrywaniu się Olek ze zgrozą stwierdził, że to przecież byli... on i Anka! Sceny z ich wspólnego życia wyglądały na małym ekraniku jak nieme komedie z początków ubiegłego stulecia. Śmieszne małe ludziki wiodące swoje śmieszne mały żywoty. Potem ujrzał…siebie i Kasię, siedzących w „Hobb’s End”. Chmury dymu tuliły się do nich niczym stęsknione widma. Nie było z nimi Tadka. Musiał wyjść wcześniej, albo… nie przyjść wcale.
No popatrz, stary, jak było naprawdę, przypomnij sobie, dlaczego Anka cię zostawiła. Miej oczy szeroko otwarte. Ani mi się waż mrugnąć, kłamliwy skurwysynie.
On i Kaśka spotykali się od kilku tygodni. Tamto wyjście do knajpy miało być ich ostatnim, bo potem Anka się o wszystkim dowiedziała i kontakt nagle się urwał. Olkowi chodziło tylko o seks i związane z nim emocje. Jego życie wreszcie przestało być takie puste i beznadziejne, wreszcie powrócił dawno zapomniany dreszczyk emocji, czy to nie wspaniale? Nie. Teraz, widząc to raz jeszcze, na spokojnie, w formie filmu, dostrzegł, jak bezsensownie się zachowywał. Gdy tak na to patrzył, czuł się nagi. Ktoś nagrał jego życie, jego uczucia. Wywlókł na światło dzienne rzeczy, które na zawsze powinny zostać ukryte w cieniu.
Olkowi zrobiło się tak niedobrze, że wybiegł z pokoju.
Myślał, że się porzyga.
Za dużo absurdu, za dużo… prawdy.
Stanął pochylony w korytarzu, wparł dłonie na kolanach. Oddychał ciężko, starając się powstrzymać opanowujące go drgawki. Dziwaczne uczucie, jakby ktoś pieścił go paralizatorem. Takiego czegoś nie przeżył nawet po najgorszej imprezie swego życia. Cóż to był za popieprzony film...
Gdy przypominający padaczkę atak minął, Olek wyprostował się i odetchnął głęboko. Miał nadzieję, że już po wszystkim. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że nie znajduje się już w motelu. Stał na pustej ulicy, wokół roztaczał się przytłaczający krajobraz zniszczenia. Wszystko w zasięgu wzroku było czarno-białe.
Olek wrzasnął...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -