Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wycie Kamieni

Rafał Kuleta

I

Niski, pięćdziesięcioletni, karłowaty mężczyzna z rosnącym na plecach garbem kolejny raz mocno uderzył młotkiem w dłuto. Pod palcami czuł odpryskujące kawałki kamienia nagrobnego. Jeszcze jedno mocne uderzenie i metalowy krzyż powinien sam odpaść. Za każdym uderzeniem rozlegały się głośne dźwięki, ale garbus nie obawiał się hałasu. Była późna noc i w obrębie co najmniej kilometra od cmentarza na pewno nikt się nie kręcił.
- Roman, może skończymy już z tym? – Bogdan spytał nieśmiało, przypatrując się z niepokojem świętokradczej pracy starszego kolegi.
- Z czym? – burknął garbus; nienawidził, kiedy mu się przerywało, a szczególnie teraz, gdy właśnie próbował poluzować przytwierdzony do marmurowej płyty krzyż.
- No z tymi cmentarzami.
- A co, boisz się?
- Nie, ale to… no, wiesz…
- Nie wiem. Że nie po chrześcijańsku? – garbus szarpnął krzyż, wyrywając go ze zniszczonej dłutem płyty.
- No… - Bogdan nie miał pojęcia, jak powiedzieć Romanowi, że już od jakiegoś czasu miał bardzo złe przeczucia związane z ich „działalnością”.
- A słyszałeś, ile Marian ze skupu daje ostatnio za metal? – Roman wskazał na wyrwany krzyż. – Nigdzie tyle nie zarobisz.
- Nie chcę w ten sposób zarabiać. Nie na kradzieży krzyży.
- Ale co pękasz? Ty wiesz, ile ci ludzie, co postawili te nagrobki, mają kasy? Zobacz, same marmury. Kupią se nowy krzyżyk. Nie zbiednieją.
Garbus wrzucił krzyż do płóciennego worka, który nosił przewieszony przez ramię.
- Nie podoba mi się to – rzekł Bogdan. – Stara Kupałowa ostrzegała…
- Słuchasz tej starej, ślepej wariatki?
- Ludzie mówią, że rozmawia z Matką Boską.
- Słuchaj się tych ludzi, słuchaj – Roman machnął ręką. – No, ale koniec tych gadek, ruszaj się już, robota czeka.
Karłowaty mężczyzna podszedł do następnej płyty nagrobnej i powtórzył swoje czynności. Po niedługim czasie kolejny metalowy krzyż wylądował na dnie worka.
Bogdan niechętnie usuwał metalowe krzyże z nagrobków. Robili to już którąś noc z rzędu, zmieniając tylko cmentarze. Po każdej takiej nocy Bogdan czuł się coraz gorzej. Wiedział, że te nocne wyjścia nie wróżą im nic dobrego.
A do tego jeszcze Stara Kupałowa, którą akurat oboje z Romanem dobrze znali, ostrzegała, że jeżeli kradzieże na cmentarzach się nie skończą, to wszystkich spotka kara. Ludzie pytali się, jaka to miała być kara, i dlaczego miała akurat wszystkich spotkać, ale Stara Kupałowa powtarzała tylko coś o odpowiedzialności i o wyjątkowo strasznej karze. Nikt się jednak tym za bardzo nie przejmował poza Bogdanem, który miał bardzo złe przeczucia.
Z rozmyślań wyrwał go krzyk Romana:
- Bogdan, chodź tu szybko!
Mężczyzna niechętnie podszedł do kolegi.
- Spójrz, to grób rodzinny Kalksztajnów. Pamiętasz? To ci bogacze, co kiedyś mieli tu niedaleko swój dworek. Podobno zakopali gdzieś jakiś skarb. Nikt nie wie gdzie, ale niektórzy mówią, że wzięli go ze sobą do grobu. Może sprawdzimy?
- No coś ty! – oburzył się Bogdan. – Chcesz grób otwierać?
- A czemu nie?
- Ty chyba do reszty zwariowałeś!
- Ale co pękasz? Odsuniemy tylko płytę, wyjmiemy to, co znajdziemy i po krzyku.
- Ty mnie w to nie mieszaj – Bogdan chciał odejść, ale poczuł rękę Romana na swoim ramieniu.
- Poczekaj, Bogdan, nie chcesz zaopiekować się skarbem Kalksztajnów?
- Nie i jeszcze raz nie.
- No to nie. Sam se poradzę. Tylko nie myśl, że się z tobą czymś podzielę.
Po tych słowach garbus przymierzył się do szerokiej płyty nagrobnej. Pochylił się, chwycił rękoma krawędź, napiął się i szarpnął płytą. Ta ani drgnęła.
- No rusz się, pomóż mi.
- Nie mogę.
- Nie możesz, czy nie chcesz?
- Nie mogę i nie chcę.
- No to wielkie dzięki. Sam spróbuję inaczej.
Roman chwycił za młotek i zamachnął się, mocno uderzając w płytę nagrobną. Odłamki kamienia rozprysnęły się na wszystkie strony. Garbus zaczął wściekle uderzać młotkiem w nagrobek.
Bogdan przyglądał się koledze z coraz większym przerażeniem. Jeszcze nigdy nie widział w nim tak wściekłej determinacji. „Ten człowiek jest najwyraźniej opętany!” – pomyślał ze zgrozą.
W końcu Romanowi udało się rozbić kamienną płytę. Wskoczył do wnętrza grobowca i kilkoma uderzeniami rozbił wieko pierwszej trumny.
Bogdan niepewnie zajrzał do środka. Były tam czyjeś zwłoki.
Ku równoczesnemu przerażeniu i obrzydzeniu Bogdana, garbus chwycił zwłoki i wyrzucił je z trumny. Następnie podszedł do drugiej trumny, rozbił jej wieko i również z jej środka wyrzucił zwłoki. Po chwili wściekły wygramolił się z grobowca.
- Nic! Żadnych skarbów! Nic!
- Lepiej chodźmy już stąd – powiedział Bogdan i zaczął się wycofywać z cmentarza.
Nie zaszedł jednak daleko. Poczuł dziwną ociężałość w nogach. To uczucie powoli ogarnęło całe jego ciało. W mgnieniu oka stał się niewiarygodnie ciężki. Czuł też mrożący krew w żyłach chłód, który biegł od stóp do czubka głowy. Z trudem obrócił się do Romana. Nigdzie jednak nie zobaczył kolegi, który jeszcze przed chwilą bezcześcił spokój zmarłych.
- Roman? Gdzie jesteś? – głos Bogdana zabrzmiał nienaturalnie i obco, jakby wcale nie pochodził od niego.
Zaczął ociężale i z coraz większym trudem iść w stronę znieważonego miejsca pochówku. Z daleka widział, że nie było tam nikogo. Były natomiast ślady dewastacji, jakie poczynił kolega. Bogdan zauważył, że oprócz rozbitej płyty nagrobnej był tam dość pokaźnej wielkości kamień, który mógł z daleka sprawiać wrażenie pochylającej się postaci.
- Roman…? – spytał Bogdan, ale nikt mu nie odpowiedział.
Nic nie rozumiał. Nigdzie nie było widać Romana, który przecież przed chwilą jeszcze wyrzucał zwłoki z grobów. Może on też gdzieś uciekł? Ale w tak krótkim czasie nie mógł daleko uciec, Bogdan na pewno by go zauważył. Nie mógł sobie tylko przypomnieć, czy ten dziwny kamień był już tam wcześniej…
Mężczyzna chciał się ruszyć z miejsca, żeby wreszcie odejść z tego cmentarza, ale jego kończyny odmówiły posłuszeństwa. Usłyszał dziwny szum, przypominający jęk. Po chwili zdał sobie sprawę, że to on sam jęczy. Poczuł lodowaty, dobiegający z ziemi chłód, który już całkowicie opanował jego ciało.
Stara Kupałowa ostrzegała. Ale już było za późno.


II

- Znowu hieny grasowały na cmentarzu – stara kobieta cierpliwie wypatrywała wschodu słońca. Jej niewidomy wzrok intuicyjnie wyczuwał czerwony krąg czyhający za horyzontem. – To się źle dla nas wszystkich skończy. Matko Boża, wybacz tym ludziom, bo nie wiedzą, co czynią.
Jej usta ponownie zaczęły szeptać ledwo słyszalną modlitwę, którą nauczyła ją sama Matka Boża. Przynajmniej tak twierdziła Stara Kupałowa. A ona nigdy nie kłamała.
Tym razem jednak nie dokończyła modlitwy. Jej usta zamarły w połowie słowa. Zoraną zmarszczkami twarz przeszył niewiarygodny ból.
- Nie… proszę, nie… oni nie wiedzą, co czynią… Nie pozwól niewinnym ludziom cierpieć…
Wtedy Stara Kupałowa znów usłyszała, tak jak zeszłej, nieprzespanej nocy, ten przeciągły, drażniący dźwięk, podobny do przenikliwego szumu. Szum zmienił się w jęk, a następnie w lodowate wycie, które zaczęło powoli wypełniać jej umysł.
Krąg czerwonego słońca wynurzył się nieoczekiwanie z kryjówki, pokrywając ziemię krwią.


III

- Co to tak wyje? Całą noc nie dawało spokoju i jeszcze w dzień nie ma dosyć? – spytał samego siebie Pawlikowski i wyszedł przed dom z nowym wydaniem dziennika w ręku.
Jego sąsiad, równie stary jak on, poczciwy Marciniak powiedział mu o tej prenumeracie i to była najlepsza rzecz, jaką Pawlikowski ostatnio zrobił, oprócz oczywiście udanych żniw, które właśnie wczoraj się skończyły. Mimo, że od dawna był na emeryturze i od dawna opuściło go zdrowie, wciąż nie mógł sobie odmówić przejażdżki ani kombajnem, ani traktorem. Ale wracając do tej prenumeraty, to była naprawdę dobra rzecz. Kiedy człowiek nie chciał się ruszać z domu do sklepu, bo na przykład lało jak z cebra, to wystarczyło tylko zajrzeć do specjalnej skrzyneczki na gazety, a tam już czekała świeża prasa.
Pawlikowski właśnie przejrzał wszystkie nekrologi i odetchnął z ulgą, nie znalazłszy nikogo ze znajomych. Potem powrócił do tego artykułu z pierwszej strony, którego tytuł tak bardzo go zaintrygował.
- „Cmentarne hieny znowu żerują” – przeczytał pod nosem nagłówek, a następnie po cichu cały tekst.
Odłożył gazetę zdegustowany.
- Co to się porobiło? Za moich czasów to nikomu by nawet do głowy nie przyszło, żeby głośno rozmawiać na cmentarzu, a co dopiero ukraść krzyż z grobu! We łbach im się pomieszało! Ludzie to żadnej czci ani godności nie mają. Żadnego szacunku do świętości, do przeszłości, do przodków. Nawet do swoich najbliższych.
Pawlikowski pokiwał głową i dalej przeglądał gazetę. Ulubioną lekturę dziennika przerywało to odległe wycie, dochodzące gdzieś od strony pola. Wilków w okolicy Pawlikowski nigdy nie widział, a mieszkał tu od urodzenia. Ale to nie było wycie wilków. Był to dziwny dźwięk, brzmiący jak lament kogoś z oddali. Czasami słychać było przejmujące, długotrwałe jęki, przerywane zatrważającym łoskotem pękających kamieni, jakby ktoś je przegryzał lub łupał z wściekłością. Znamienne było to, że te hałasy pojawiły się jakoś wieczorem, czy może w nocy, w każdym bądź razie było je słychać od czasu, kiedy Pawlikowski skończył ostatnie prace związane ze żniwami. Stary człowiek pomyślał nawet, że to przodkowie wołają go z pola.
- Trudno im się dziwić – mówił do siebie. – Stary już jestem, ziemia wzywa.
Nie chciał jednak iść do ziemi. Tyle spraw miał na głowie, tyle trzeba było jeszcze załatwić. Poza tym w jego życiu pojawiło się nowe słońce. Mimo że jego córka zakończyła całkiem niedawno wizytę, on już nie mógł się znowu doczekać widoku wnuczki.


- Słyszysz, córeczko, to wycie? – pamiętał, że zapytał nagle córkę.
Rozmawiali wtedy o planach na przyszłość, jak to będzie po stracie ukochanych osób. Małgosia straciła męża, a on żonę. O tej samej godzinie. Kobieta w podeszłym już wieku zmarła śmiercią naturalną, po zatrzymaniu pracy serca. Męża Małgorzaty znaleziono nieżywego blisko lasu za domem, na polu. Wezwany z sąsiedniej miejscowości lekarz również stwierdził zawał serca. Ale jak to było możliwe, żeby tak nagle zmarł na zawał, skoro Robert, mąż Małgorzaty, był młodym i zdrowym jak ryba mężczyzną? Tego nikt nie mógł ani zrozumieć, ani wytłumaczyć.
- Nie, tato, niczego nie słyszę – zdziwiła się Małgorzata.
- Posłuchaj uważnie – powiedział ojciec i sam zaczął nasłuchiwać.
Jęki wyraźnie się wzmagały. Były nawet bliższe. Brzmiały jak jęki osób, które co jakiś czas przerywały lament, żeby przegryźć coś twardego, coś tak twardego jak kości, albo nawet kamienie.
- Naprawdę niczego nie słyszę – odpowiedziała Małgorzata, głaszcząc główkę Agatki, która znów zasnęła.
Małgorzata postanowiła, że sprzeda swój dom i wprowadzi się z powrotem do ojca. Tu był teraz jej prawdziwy dom. Zawsze przypominał jej czasy szczęśliwego dzieciństwa. Tam natomiast były puste ściany, w których każde echo ginęło bezpowrotnie. Nawet jej córeczka nie uśmiechała się więcej od czasu odejścia taty, jakby czując, że coś złego wstąpiło w jej świat. Ale najwidoczniej udzielał jej się żal i smutek mamy, wypłakującej godziny w samotności.
Małgorzata koniecznie chciała sprzedać ten dom i zamieszkać z ojcem, którym chciała się zaopiekować. Lekarz ostrzegał ją przed możliwością nasilenia się różnych objawów u starego człowieka. Już teraz zaczynał mieć halucynacje dźwiękowe, a co będzie później? Koniecznie musiała z nim zamieszkać. I to jak najszybciej.
Niestety, nadszedł czas pożegnania. Małgorzata włożyła córeczkę do wózka i pożegnała się z ojcem. Wolno ruszyła przed siebie. Obejrzała się jeszcze raz i pomachała ojcu. Stał tam tak długo, aż zniknęła w oddali.
Jej dom nie był daleko, tylko jakieś pół godziny wolnym spacerem. Droga biegła przy samym lesie, wzdłuż szerokiego pola, gołego o tej porze roku, kiedy było już po żniwach. Jeszcze tak niedawno to pole falowało dojrzewającymi zbożami. Dzisiaj było obnażone, ukazując niebu samą ziemię.
Jakiś zabłąkany motyl usiadł na rączce Agatki. Małgorzata spojrzała na złociste w słońcu drzewa. Był to piękny las i wiele wesołych wspomnień z dzieciństwa wiązało z nim kobietę. Mała Gosia jesienią znajdowała w nim mnóstwo grzybów, zimą jeździła na nartach lub zjeżdżała na sankach z licznych pagórków. Wiosną pojawiały się tutaj pierwsze kwiaty, z których Gosia układała piękne bukiety. Latem drzewa zapewniały cień i wspaniałe wytchnienie od żaru słońca.
Agatka ruszyła dłonią przez sen i motyl wzniósł się w powietrze. Unosił się przez chwilę tuż nad ich głowami, a po chwili poleciał nad pole. Usiadł na jednym z kamieni leżących na ziemi, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno rosło zboże. Małgorzata spojrzała ostatni raz na motyla. I wtedy zauważyła, że na polu znajduje się niezliczona ilość kamieni różnej wielkości. Wzrokiem omiotła całe pole. Wszędzie, gdzie tylko okiem sięgnąć, leżały same kamienie. Małgorzata chciała jeszcze raz spojrzeć na motyla, ale już go tam nie było. „Musiał gdzieś odlecieć” – pomyślała kobieta i ruszyła dalej, pchając przed sobą wózek. „Dzisiaj jest wyjątkowo pięknie. W zeszłym tygodniu lało dzień w dzień. Szczęście, że zdążyli z tymi żniwami.”
Małgorzata próbowała nie myśleć w ogóle o tamtym, starała się oswoić z nową sytuacją, ale wciąż było jej ciężko. Szczególnie teraz, kiedy zbliżała się do miejsca, w którym umarł jej mąż. Nikt nie chciał wierzyć, że nagle, zwyczajnie serce się zatrzymało i tak młody, zdrowy mężczyzna zmarł. Ale lekarz właśnie tak wypowiedział się na temat przyczyny śmierci młodego człowieka: zatrzymanie pracy serca.
Małgorzata mogła wybrać dłuższą drogę do domu i pójść ścieżką po drugiej stronie pola. Ale ona właśnie chciała iść tędy, tak jak czyniła to zawsze od dnia, kiedy wydano pozwolenie na budowę ich wymarzonego domu, w miejscu całkiem niedaleko od domu rodziców. Później był piękny ślub, niedługie oczekiwanie na przyjście dziecka, wielka radość z powiększenia rodziny, aż w końcu ta podwójna tragedia, która znów miała połączyć ją z domem rodzinnym.
Usłyszała jakieś uderzenie, coś z tyłu uderzyło o coś twardego. Obejrzała się. Ani za jej plecami, ani w pobliżu nikogo nie było. Właśnie minęła miejsce, w którym zmarł jej ukochany mąż, ojciec tej biednej sierotki, która nieświadoma niczego spała sobie spokojnie w wózku.
Ponownie usłyszała za sobą uderzenie, ale tym razem w usłyszanym dźwięku wyraźnie rozpoznała głuchy stukot kamienia uderzanego o inny kamień. Przystanęła. Powoli odwróciła do tyłu głowę.
- Jest tam kto? – zawołała. Nikt nie odpowiedział.
Wolno, prawie bezszelestnie ruszyła dalej. Może to było jakieś zwierzę, które właśnie tędy przebiegło? A może jej się tylko zdawało, że coś słyszała?
Przeszła już dość spory kawałek drogi, kiedy nagle poczuła wyraźny ruch za plecami. Obejrzała się nerwowo. Nie należała do osób, które łatwo dawały się wystraszyć, ale bała się iść ze świadomością, że ktoś obcy mógł ją śledzić.
I wtedy zobaczyła to, co ruszało się za jej plecami. Była to piękna sarna, która biegła dziwnym zygzakiem przez pole, jakby czegoś unikała. Kiedy sarna dobiegła do ścieżki, na chwilę przystanęła. Spojrzała na Małgorzatę i zaraz potem wskoczyła do lasu. „Szkoda, że Agatka nie widziała tej sarny” – pomyślała mama śpiącej dziewczynki i pchnęła wózek w dalszą drogę.
Po kilku krokach znów usłyszała uderzenie kamienia o kamień. „To na pewno kopyta potrącają kamienie” – pomyślała. Obejrzała się, ale nie było tam żadnej sarny. Nie było tam żadnego zwierzęcia. Niczego nie było. Usłyszała natomiast potęgujący się dźwięk ocierających o siebie kamieni; dźwięk bardzo zbliżony do zgrzytu zębów. „To ja tak nerwowo zgrzytam zębami?”
Coś trzasnęło. Słychać było wyraźne pęknięcie, jakby ktoś właśnie złamał duży kamień na pół. I w tej samej chwili Małgorzata poczuła w uszach wiatr. Uświadomiła sobie jednak szybko, że to nie był żaden wiatr, tylko cichy jęk dobiegający od strony pola. Jęk był coraz wyraźniejszy i głośniejszy. Wzmagał się z każdą wolno upływającą chwilą. Coś lub ktoś jęczał przeciągle, a jęk ten zdawał się zbliżać do Małgorzaty. Kobieta była przekonana, że jęk pochodził od jakiejś osoby. Ktoś jęczał i był już bardzo blisko.
Nagle uświadomiła sobie, że nie był to jęk wydawany przez jedno źródło dźwięku, lecz przez kilka źródeł naraz. Małgorzata przestraszyła się. Przeżegnała się dwa razy i zaczęła cichą modlitwę: - Boże, nie pozwól, żebym i ja miała te same omamy co mój ojciec. Boże, pomóż mi, proszę. Nie mam do Ciebie żalu, że odebrałeś mi mamę i męża. Ale proszę, pozwól mi być zdrową i opiekować się moją córeczką oraz starym ojcem…
Jęk, a raczej nie jęk, tylko już głośne wycie zaczęło opanowywać jej umysł i ogłuszać ją od wewnątrz.


Nadal nie przestawało wyć. Stary Pawlikowski, gdy tylko odprowadził wzrokiem córkę i wnuczkę, wrócił do domu i usiadł przy stole. Rozłożył przed sobą gazetę i zaczął ją wnikliwie przeglądać. „Muszę się czymś zająć, bo zaraz zwariuję” – pomyślał. „Pewnie mi tak w uszach z żalu wyje, a tu przecież trza dla wnusi żyć. Weź się, stary, w garść!”
Jeszcze raz przeglądnął wszystkie nekrologi, jakby nie chciał wierzyć, że naprawdę nikt ze znajomych nie odszedł jako kolejny z garstki pozostających jeszcze przy życiu. Nagle usłyszał, że drzwi od werandy otworzyły się z charakterystycznym piskiem i ktoś wszedł do środka. Wstał, zaciekawiony, kto się odważył tak samemu wejść do jego domu. „Na pewno ktoś z sąsiadów pukał, a ja tylko to wycie słyszę. Dobrzy sąsiedzi, sprawdzają, czy z Pawlikowskim jest wszystko w porządku.”
Stary człowiek wyszedł z pokoju na spotkanie z sąsiadami, ale zamiast sąsiadów zobaczył Małgorzatę. Stała w korytarzu i trzymała na ręku Agatkę. Patrzała w dół, a po policzku spływały jej łzy.
- Córeczka? – spytał zdziwiony ojciec. – Wróciłaś się po coś?
Małgorzata nie odpowiadała. Pawlikowski zobaczył natomiast Roberta, zmarłego męża Gosi oraz swoją zmarłą żonę wchodzących do domu. Oboje minęli Małgorzatę i podeszli do starego człowieka.
- Przyszliśmy w końcu, tak jak zapowiadaliśmy – powiedział Robert. Jego głos brzmiał bardzo obco, wcale nie był podobny do jego głosu za życia, słychać w nim było głęboki, przejmujący żal.
- Czas już na nas, stary – zmarła żona oznajmiła tym samym wyobcowanym, pełnym smutku tonem.
Pawlikowski chciał już coś powiedzieć, ale obie drogie jego sercu osoby podeszły jeszcze bliżej, minęły go i kiedy starzec obejrzał się za nimi, już ich tam nie było. Została Małgorzata z Agatką na ręku. Gosia mówiła coś przez łzy do ojca, ale on niczego nie rozumiał. Zamiast słów słyszał monotonny, zawodzący śpiew, przypominający… jęk. To był ten sam jęk, który Pawlikowski słyszał dzień i noc, jęk, do którego z trudem, ale powoli zaczął się już przyzwyczajać.
Nie przestając zawodzić, Małgorzata obróciła się nagle do ojca plecami i wyszła z domu. Pawlikowski wyszedł za nią.
Co jakiś czas jego córka oglądała się za siebie, patrząc na niego i nie przestając śpiewać tym dziwnym, płaczliwym tonem. Wyraźnie prowadziła ojca. Ale dokąd?
Słońce prażyło niemiłosiernie. Pawlikowski przystanął na chwilę, żeby chociaż trochę uspokoić oddech. Bardzo się zmęczył przez ten krótki odcinek drogi. „Niestety, starość nie radość” – pomyślał, ale ruszył dalej, prowadzony przez córkę, zahipnotyzowany jej niezwykłym zawodzeniem.
Szli ścieżką leżącą między lasem a polem. Małgorzata szła w przedzie, oddalona od ojca o kilka metrów. Pawlikowski spoglądał ciekawie na pole. Jeszcze nie tak dawno temu jeździł tutaj kombajnem i zbierał plony. Teraz była tu tylko goła ziemia. Ale ta ziemia zmieniała się stopniowo, w miarę jak szli coraz dalej. „Nie wiedziałem, że tu jest tyle kamieni!” – dziwił się stary człowiek. Kamieni przybywało. Niektóre z nich zdawały się rosnąć w miarę jak postępowali.
- Nie, to aż niemożliwe! Skąd tu tyle kamieni? – wołał na głos Pawlikowski, jednak nikt mu nie odpowiadał.
Na obszarach pola, które teraz mijali, znajdowały się już sporej wielkości głazy, sięgające nawet powyżej pasa rosłego mężczyzny.
- Kto tutaj przytaszczył te kamienie? I to aż tyle! Przecież to jest niemożliwe!
I wtedy jego córka stanęła w miejscu. Obróciła się do ojca. Stała przed nim, oddalona o kilka metrów. Nie przestawała jęczeć. Tym razem był to straszny jęk, brzmiący jak olbrzymia skarga, jak niewyobrażalny ból. Jęk jeszcze bardziej przybierał na sile, i to tak bardzo, że Pawlikowski zakrył uszy. Córka zaczęła iść do niego, wyjąc coraz głośniej. Ojciec zobaczył, że rysy twarzy Gosi wyraźnie się zmieniły. Były jakieś obce, sztuczne, jakby jej twarz zmieniała się w coś zimnego i niezwykle gładkiego, ale równocześnie bardzo twardego, jak… kamień. Małgorzata przystanęła i zaczęła odwijać Agatkę z kocyka, którym owinięte było dziecko. Odwinęła kocyk, a na ziemię wypadł kamień. Pawlikowski z przerażeniem patrzał jak gładki, lekko zaokrąglony, podłużny kamień spada na ziemię i toczy się po drodze na pole. Kamień spoczął przy samej krawędzi pola. Pawlikowski spojrzał pytająco na córkę. Zamiast Gosi zobaczył głaz wielkości człowieka.
Stary człowiek zamknął oczy i zakrył je rękami.
- Co się ze mną dzieje? Co się dzieje, Boże? – wydusił z siebie i powoli otworzył zmęczone oczy, opuszczając przy tym ręce.
Stał na samym środku pola, otoczony kamieniami i głazami. Wszystkie sprawiały ponure wrażenie starych, zapomnianych kamieni cmentarnych.
Starzec znów zamknął oczy, jakby chciał przegnać tę wizję i tylko uważnie nasłuchiwał. Nie słyszał jednak jęku, tylko jakiś bliżej nieokreślony szum. Ruszył na oślep przed siebie. Zaraz jednak zmuszony był otworzyć oczy, ponieważ uderzył się o jakąś ostrą krawędź. Widok otaczających go bezlitośnie głazów i kamieni wrócił z okrutnym impetem.
Starzec z wielkim trudem szedł przed siebie, samemu cicho pojękując i sapiąc z ogromnego wysiłku. Potykał się co chwila o jakiś kamień. Raz potknął się i wleciał na wysoki głaz - był przeraźliwie zimny i śliski w dotyku. Szum, który słyszał, zdawał się zmieniać w jakieś szepty lub nawoływania. Nie potrafił dokładnie określić, co tak naprawdę słyszał, lecz nie zastanawiał się nad tym. Chciał tylko jak najszybciej opuścić to miejsce. Chciał wrócić do domu i czekać na córkę, która już niedługo wprowadzi się do niego i osłodzi jego życie razem z ukochaną wnusią.
Potykając się i opierając o zimne i śliskie kamienie, Pawlikowski szedł spiesznie w kierunku lasu na horyzoncie. Byle jak najszybciej dojść do tej ścieżki!
- Proszę, wypuść mnie stąd, wypuść! Chcę wrócić do domu! – sam nie był pewien, czy to on krzyczał, czy to któryś z kamieni naigrawał się z jego żałosnych wysiłków.
Stary człowiek uparcie kroczył do przodu. Kamieni było jakby mniej. Wreszcie mężczyzna dotarł do ścieżki. Zobaczył ogromny głaz w miejscu, w którym stała jego córka. Pawlikowski spojrzał w bok. Na krawędzi pola leżał zaokrąglony, podłużny kamień.
Starzec nie oglądał się za siebie, tylko pognał jak najszybciej mógł w stronę domu.
Daleko jednak nie zaszedł. Przerażające wycie wypełniło jego zmysły. Mężczyzna pocił się jak szczur, ale nie było mu gorąco. Przeszywający chłód zamieniał jego myśli w lód.
Czuł, że oszaleje. Chciał się ruszyć, ale nogi odmówiły posłuszeństwa i Pawlikowski nagle zastygł, nieświadomy skamienienia, któremu uległ.


IV

Łzy, które kapały z oczu Starej Kupałowej, nie były jej własnymi łzami.
- Matko Boża, nie płacz, proszę – powiedziała do siebie stara kobieta. – Ludzie bardzo Cię zranili i Twojego Syna… Ponieśli karę… A ja ostrzegałam… Tak bardzo ich wszystkich ostrzegałam… Nikt mi nie chciał wierzyć, że stanie się coś strasznego… A przecież tyle im mówiłam, że my wszyscy ponosimy za wszystko odpowiedzialność… Nie ma winnych czy niewinnych… Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni…
Jej niewidome oczy zobaczyły ciepłą, przyjemną jasność. Lodowate wycie, które słyszała, które do tej pory całkowicie wypełniało jej umysł, zniknęło.
Idąc lekkim krokiem naprzód, Stara Kupałowa nie oglądała się na kamień, który zostawiła za sobą.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -