Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Parada Dziwów

Mirosław Skrzydło

Tego wieczoru nie byłem skory do zabaw. Choć była sobota, zamiast iść z przyjaciółmi na piwo do Asa, wolałem zostać w domu, przemyśleć swe życie oraz zastanowić się, nad zbliżającą się dorosłością.
Tuż po powrocie ze szkoły, pokłóciłem się ze swym ojcem. Nazwał mnie nieodpowiedzialnym szczeniakiem. Ja w ripoście powiedziałem, że jest starym durniem myślącym wyłącznie o sobie. W podzięce za dosadnie przedstawioną mu prawdę, uderzył mnie zamkniętą pięścią w twarz. Moje lewe oko stało się fioletowe, a z ust spłynęła strużka krwi. To i tak była za niska cena, jak na wyrzucenie z siebie tych słów. Zaprawdę, nic tak bardzo nie satysfakcjonuje człowieka, nie sprawia tak dużej radości, jak głośne wypowiedzenie się na czyjś temat w jego obecności. Nic co do tego momentu zdołałem doświadczyć.
Tej bowiem nocy, miałem uczestniczyć w cudownej paradzie, uwalniającej mnie z wszelkich niepewności, niedokończonych sytuacji oraz niewyrzeczonych w porę zdań.
Siedziałem przy oknie. Obserwowałem migającą lampę i świecący tuż za nią księżyc, będący w pełni. Niebo było całkowicie bezchmurne, pokryte tysiącami gwiazd. Postanowiłem wyjść na balkon, by je wszystkie policzyć. Zwykle, gdy nie mogłem zasnąć, tak postępowałem. Liczenie oddalonych ode mnie, o tysiące lat świetlnych gwiazd, bardzo mnie uspokajało. Myśl o podróżach na nie, dodawała mi ochoty do dalszej walki z przeciwnościami losu. Gdzieś tam ukrywał się świat, w którym miałem spędzić resztę swego życia. Świat wyzbyty zła, niesprawiedliwości, śmierci. Ziemia nadziei, miłości, wiecznego spokoju, a także magicznych stworzeń, dzielnych rycerzy, dobrych zaklęć oraz pięknych księżniczek. Jednym słowem Raj. Bądź przynajmniej kraina zbliżona do Raju.
Nagle do moich uszu, zaczęły dochodzić dziwne odgłosy: ryki drapieżnych zwierząt, kobiece śpiewy, głośne tańce, dudnienia i wiwaty, recytacje, nieludzko brzmiących wierszy. Dziwne odgłosy, jak na to szare przedmieście, a także jak na tą późną porę. Zbliżała się pierwsza w nocy, a o tej porze można było usłyszeć jedynie pohukiwania sów oraz ujadania bezpańskich psów.
Wyszedłem na balkon, by dokładnie przyjrzeć się pojawiającym postaciom. Na środku drogi zjawiły się hieny. Było ich z trzydzieści. Wszystkie wściekle ujadały. Pewnie były bardzo głodne, a może po prostu wyrażały w ten sposób swe zadowolenie, z powodu uczestnictwa w tej defiladzie? Zaraz za nimi podążały trzy olbrzymie słonie, które dosiadały żonglujące płonącymi pochodniami orangutany. Chwile potem pojawiły się pierwsze ludzkie postacie: cztery karły chodzące na szczudłach i prowadzący jakąś dziwną, oślizgłą kreaturę o dwóch ptasich głowach, postawny mężczyzny, ubrany w długi, skórzany płaszcz. Mężczyzna przemawiał w jakimś obcym języku. Zaraz za nim zjawiły się trzy, nagie kobiety pomalowane na żółto-niebiesko. Kobiety tańczyły ze sobą. Jedna z nich, machnęła ręką w moim kierunku. Niczym zaczarowany zszedłem po pnączach z balkonu, dołączając do tego niepowtarzalnego korowodu.
Kobiety zaczęły biegać wokół mnie i całować mnie w usta. Po jakiś trzech minutach, przyspieszyły krok. Odwróciłem się za siebie, dostrzegając dziesiątki niesamowitych postaci. Istną paradę dziwów.
Byli tam ludzie w maskach zwierząt oraz zwierzęta w maskach ludzi. Kilkunastocentymetrowe smoki, nadzy mężczyźni i nagie kobiety pomalowani różnokolorowymi farbami, postacie wprost z sennych koszmarów, dzikie, afrykańskie zwierzęta, waleczni wojownicy oraz piękne księżniczki w złotych sukniach.
Tuż nad tłumem kłębił się przyjemnie pachnący, świeżo skoszoną trawą, drobny pył o kolorze dojrzałych owoców wiśni. Z ust miniaturowych smoków buchały piekielne ognie, formułujące się w powietrzu w przeróżne mityczne postacie: Dedala i Ikara, Minotaura, Aniołów, a nawet w samego zmaterializowanego do osoby starego mędrca, Boga.
Obok mnie przebiegło dwóch nagich mężczyzn, których ciała pomalowane były czarną farbą. Jeden z mężczyzn kusząco mrugnął do mnie okiem, drugi natomiast zatrzymał mnie i pogłaskał po policzku. I on pożądał mej młodej osoby. Ten mężczyzna mógł mieć z czterdzieści lat. Jego towarzysz, pewnie nie miał nawet osiemnastu. Z ich uścisku, uwolniła mnie naga dziewczyna o jędrnych piersiach, która rzuciła się na mnie. Spadliśmy na trawę, na której leżeliśmy z trzy minuty. Przechodzące obok nas postacie, zachęcały nas do dalszej wędrówki. Po jakieś minucie, bezwładnego leżenia na nagiej dziewczynach i ściskania jej jędrnych piersi, rozpoznałem ją. To była moja koleżanka z klasy.
- Dlaczego mnie zatrzymałaś? Ja pragnę iść z nimi. To wspaniała parada, w której muszę uczestniczyć – wyksztusiłem, jakby na przekór swym myślą.
- Nie. To morderczy kanibale, pożerający nasze osoby. To tylko chwilowe zadowolenie. To wyłącznie złudzenie lepszego życia. Widzisz, staliśmy się tacy, jak oni – odpowiedziała.
Spojrzałem na siebie. Rzeczywiście znacząco się zmieniłem. Byłem ubrany w strój rycerza z czasów króla Artura. Nabrałem mięśni i siły. Byłem kimś wielkim. A ona, była mą oddaną żoną. Momentalnie zacząłem odgrywać swą rolę. Powstałem i szarpnąłem ją za włosy. Ona głośno krzyknęła i zaszlochała z bólu.
- Powstań ma wybranko. Nie możemy się spóźnić. Wkrótce Wrota się zamkną. To jedyna szansa na ucieczkę do świata magii i spełnienia najskrytszych życzeń! – śmiało wykrzyknąłem.
Moja wybranka powstała i bezwładnie ruszyła za mną. Nie mogła powiedzieć, choćby słowa. Tak, bowiem działała ma siła. Musiała robić wszystko o co ją prosiłem. To był wspaniały dar, którego nigdy nie zyskałbym na tym ponurej Ziemi.
Przywołałem do siebie swego rumaka. Piękny, czerwony koń wybiegł z tłumu i uchylił się, bym mógł na niego wejść. Dalszą podróż pokonałem na jego grzbiecie. Moja żona szła tuż ze mną, z opuszczoną głową. Dla niej ta wędrówka była przekleństwem, czymś w co dała się wciągnąć, wbrew swej woli. Sądziłem, że po przybyciu do magicznego świata i ona zacznie radować się z powodu wspaniałości tegoż lądu.
Po jakiś dziesięciu minutach, podczas których do parady dołączali się kolejni moi przyjaciele i wiedzeni cudami dziwów sąsiedzi, dotarliśmy do ogromnych, wyrastających z ziemi Wrót. Wrota były złote. Połyskiwały w nich drogocenne kamienie: diamenty, szafiry, klejnoty. Tuż za nimi znajdowała się żółta poświata. To był Raj. Ucieczka od szarzyzny świata ludzi, od monotonii, wszelakich lęków oraz problemów. To było moje zbawienie, przeznaczenie i przyszłe, wspaniałe, wyzbyte trosk życie.
Nie musiałem więcej martwić się dorosłością, kłótniami z ojcem, zgubnymi przemyśleniami na temat swego życia. Byłem oczyszczony, ułaskawiony, doskonały i wolny. Podobnie, jak pozostali uczestnicy tej parady dziwów, wybrani spośród milionów chętnych, błagających swego Boga o lepszy, wspanialszy świat, o niesamowite przygody i magicznych partnerów.

Raz na rok, wybierają nowe miasto. Nie wiadomo, jakie przesłanki kierują ich wyborami. Wiadomo, że przybywają po tych, którzy ich pragną, którzy o nich śnią i o nich marzą. Uczestnicząc w tej paradzie, pozbywasz się swego człowieczeństwa. Wszystko co dotąd znałeś i czego doświadczałeś, zaraz po przejściu przez Wrota, umiera. Pozostaje jedynie radość. Radość, przemieniająca się po pewnym czasie w smutek, spowodowany nie możnością powrotu do dawnego życia…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -