Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wojtek

Marcin Wojda


„...Siekiera motika piłka deska
To ulica Skaryszeska,
Siekiera motyka i dwi deski
Już jesteśmy na Skaryszeski...”

Oryginalny duet zakończył popularny szlagier. Harmonista „eligancko” zwinął „czapkie” z chodnika zaś koloraturowy sopran w postaci jego – być może małżonki – zachęcająco uśmiechnął się do zebranej publiczności i kokieteryjnie poprawił obfity biust.
- Sznaps baryton koloraturowy – Władysław Rozwadowski uśmiechnął się do Wojtka Staszewskiego.
- Co się czepiasz, ludzie z czegoś muszą żyć – Wojtek uśmiechnął się do przyjaciela, choć to własnie on miał powody by wypowiadać się krytycznie o głosie artystki. W końcu ukończone liceum im. Fryderyka Chopina zobowiązywało...
- No taaak, racja – odpowiedział Władek – przynajmniej są zabawni.
- Idziemy? – zapytał po chwili.
Ruszyli wolno wzdłuż Nowego Światu. Pogoda była piękna, majowa. Słońce przygrzewało, dziewczęta zaczęły ubierać się lżej, więc co jakiś czas wzrok obydwu panów prześlizgiwał się po jakiś kształtnych biodrach, smukłych nogach, budząc czasem niejasne mrowienie w sercu ich właścicielki. Szli wolniutko, nie śpiesząc się zupełnie. Tłum ludzi przelewał się Nowym Światem. Istna rewia mody mimo tak ciężkich czasów. No cóż niech wiedzą sukinsyny, że Warszawiacy, a szczególnie Warszawianki nie krowy i z tych skromnych środków również potrafią wyczarować Paryskie kreacje.
Młody chłopaczek z plikiem gazet wpadł prawie na nich
- Luuudzie ludzie, jaka sensacja, wielkie zwycięstwo na wschodnim froncie, pięć much zabitych na miejscu....
- Ej mały – Wojtek zaczepił chłopaka - daj gadzinówkę.
- Dla pana szanownego służe – zagaił chłopak – ależ pan oficer takie szmatławce uskutecznia?
- Nie filozofuj smyku - Wojtek dał chłopakowi 50 groszy
Władek uśmiechnął się pod nosem. Każdy chłopak w Warszawie, który „trzyma fason” łazi dziś po mieście w oficerkach – pomyślał – to tez tym skurwysynom na złość.
- Wieeeelka sensacja, kupujcie gadzinówkę – gazeciarz poleciał dalej
Wojtek obejrzał się jeszcze za nim poczym wyrzucił gazetę do śmietnika.
Ruszyli dalej, Nowym Światem w kierunku Krakowskiego Przedmieścia. Po drugiej stronie ulicy przeszedł wolno patrol żandarmów.
Władek i Wojtek znali się prawie od urodzenia. Razem mieszkali najpierw na Czerniakowie, potem razem na Starym Mieście aż w końcu los rozdzielił ich tuz przed sama wojną, gdy Władek z matką ukryli się u wujostwa na wsi. Przeczekali tam sam początek okupacji i wrócili dopiero wtedy, gdy miasto stało się w miarę bezpieczne. Ojciec Władka – urzędnik bankowy – zginął we wrześniu 39. Podobny los spotkał i ojca Wojtka – muzyka z wykształcenia. Ból łączy, to też obydwaj chłopcy połączyli się bardziej we wspólnym cierpieniu. Zresztą Władek zawsze podkochiwał się w starszej siostrze Wojtka – Hani. Traktował ją jednak wyłącznie jako obiekt miłosnych westchnień smarkaterii nie zaś jako obiekt docelowych dążeń dorosłego już mężczyzny.
- Wojtek – zapytał Władysław - jak myślisz, będzie w końcu broń?
Pytanie było raczej retoryczne i nikt nie spodziewał się na nie odpowiedzi, to też Wojciech wzruszył tylko ramionami, po czym wyjął papierosa. Nikt w całej tajnej podchorążówce nie miał błękitnego pojęcia czy będzie broń – a jeśli – to kiedy?
Szli dalej przed siebie, bez celu, upojeni wiosną. Oglądali się za dziewczynami, sami czuli czasem na sobie ciekawskie spojrzenia rzucane spod długich rzęs, przymrużonych powiek, szli Krakowskim Przedmieściem, koło kościoła Św. Anny, potem skręcili w kierunku katedry, obok spalonego częściowo Zamku Królewskiego. Szli tak sobie i szli rozkoszując się każdą chwilą swoich młodych lat i tym majem 1944 roku. Szli przed siebie, bez celu i nawet nie dostrzegali mijanych żandarmów, nie słyszeli rozmów w nienawistnym języku. Tego dnia nic nie obchodziło ich poza tym wiosennym spacerem.

***

Wojtek szedł Marszałkowską. Spieszył się. Szybkim krokiem pochłaniał kolejne metry chodnika. Torba przewieszona przez ramię ciążyła mu nieznośnie. W ogóle ten dzień był jakiś inny niż wszystkie. Upalny dzień, lipcowy żar, wysysał z niego resztki ochoty do życia, a jednak musiał pójść właśnie dzisiaj. Nie miał nawet chę ci by zapalić papierosa. Wyobrażał sobie, że żar płomyka zleje się w jedno z gorącem słońca i wyssie go do reszty. Ulica była pusta mimo południowej pory. Zwykle pełna przechodniów teraz zdawała się dyszeć...
Skręcił w Świętokrzyską, minął grajka ze skrzypcami wygrywającego smętnie jakąś dziwaczną melodię, melancholijną i niepokojącą. Na ulicy – podobnie jak na Marszałkowskiej – również nie było praktycznie ludzi. Wszyscy, którzy nie musieli wychodzić z domów pochowali się w cieniu własnych kątów. Nawet Niemców nie było dzisiaj na mieście. Sporadycznie przejechała buda, przemknął czasem czarny opel. Patrole przemykały gdzieś w cieniu, blisko ścian dających choć trochę wytchnienia swym kamiennym chłodem. Zupełnie bezwiednie minął nadchodzący z przeciwka patrol żandarmerii. Do Starówki jeszcze taki kawał...
- Halt! – twardy głos zmroził mu kark, wywołał dreszcz...
Odwrócił się wolno. Trzech żandarmów stało za jego plecami. Dwie lufy mierzyły w jego stronę. Żołnierz stojący pośrodku podszedł do Wojtka, zaś dwaj pozostali nie opuszczając broni obeszli go z obydwu stron.
- Papire – szorstki głos rzucił polecenie. Wojtek sięgnął mechanicznie do kieszeni spodni i podał kenkartę. Niemiec przejrzał ją, ale nie znalazł nic podejrzanego. Popatrzył na Wojtka, otaksował go spojrzeniem. Ponownie popatrzył w dokument.
- Strzszaszeski – wyseplenił nazwisko.
Złożył kenkartę i w zamyśleniu postukał się nią w drugą dłoń.
- Szco ty masz w ta torba? – kalecząc polskie słowa zadał pytanie.
- Nuty panie feldfebel, jestem muzykiem – odparł Wojtek
Niemiec zrobił dziwny grymas.
- Was ist niuty – przesylabizował. Spod okapu hełmu na czoło spływały mu kropelki potu.
- No nuty – Wojtek nie wiedział jak ma wytłumaczyć – do grania z nich...
- Kaine nuty, das ist szmugel, ja? Nein, szpek, kelbasa, ja? Ne wolno!
Wojtek stropił się.
- Herr feldfebel, nuty, jestem muzykiem – mówiąc to wystudiowanym gestem całkowitej pewności podsunął leciutko torbę w kierunku żandarma
- Niuty, jaaa.. – przeciągnął słowo- pokasz!
Wojtek wolno zsunął pasek torby z ramienia i rozpiął klamrę. Odchylił klapę i pokazał zawartość żandarmowi.
- Nuty – powtórzył raz jeszcze.
Niemiec popatrzył do torby. Nadal miarowo stukał kenkartą Wojtka o rękę. Raptem wyciągnął dłoń i chwycił brulion z torby. Wojtek zamarł. Gruby zeszyt z nutami rozłożył się, zaszeleściły kartki i na bruk wypadł plik papierów. Niemiec cofnął się pół kroku, przekleństwo zamarło mu na ustach...
- Was is... - nie dokończył zdania. Brulionem trzepnął Wojtka w twarz, drugi zaś kolbą karabinu podciął mu kolana. Kilka kopniaków i Wojtek znieruchomiał na chodniku. Nie ruszał się w obawie, że wywoła w ten sposób kolejną lawinę uderzeń. Kątem oka widział jak żandarm podnosi plik gazetek. Na plecach czuł lufę karabinu.
Niemiec upewnił się, szybko przejrzał plik podziemnej bibuły. Potem wolno podniósł się, zwinął gazetki razem z kenkartą i wszystko włożył do torby, która teraz leżała obok. Popatrzył na leżącego.
- Polnische bandite – usłyszał Wojtek nim kopniak wymierzony w głowę pozbawił go przytomności.
Władek Rozwadowski o aresztowaniu przyjaciela dowiedział się następnego dnia wieczorem od Hani Staszewskiej. Zapłakana dziewczyna przybiegła do niego roztrzęsiona i rozdygotana. Nikt nie wiedział co się właściwie stało, tylko tyle, ze Wojtka aresztowali. Ale jak, w jakich okolicznościach i za co - to pozostawało tajemnicą. Ktoś powiedział, że zabrali go na Szucha ktoś inny twierdził, ze na Pawiak. Tak czy inaczej obydwie możliwości nie wróżyły nic dobrego. Ale cały czas pozostawała nadzieja. Dopóki bowiem nie było Wojtka na liście rozstrzelanych – dopóty była właśnie nadzieja że żyje i że może uda mu się wrócić do domu...

***

Wiszący na ścianie stary, zabytkowy zegar z kurantem wybił godzinę. Szesnasta trzydzieści. Głuche dudnienie kurantów spowodowało, że wszyscy spojrzeli na tego zwiastuna nieuchronności przemijania czasu. Ktoś westchnął przeciągle, inny poprawił się w fotelu, który akurat zajmował. Władek jeszcze raz pomacał granat w kieszeni. Nikt nic nie mówił, ale każdy czekał w napięciu. Ciche cykanie nieubłaganie odmierzało kolejne sekundy, te zaś składały się w minuty śledzone kilkoma parami oczu na tarczy zegara. Podporucznik spojrzał na zegarek, potem na zegar. Porównał godziny. Jeszcze troszkę, jeszcze chwila i wreszcie to napięcie, oczekiwanie wyśrubowane do granic możliwości przerodzi się w działanie. Władek skoczył prawie na równe nogi, kiedy kurant zaczął wybijać godzinę siedemnastą.
-Ruszamy – porucznik poderwał się pierwszy wyjmując wisa z kabury – za mną.
Każdy wstawał, chwytał broń lub choćby granat. Kroki zadudniły na krętych schodach kamienicy. Jasny dzień sierpniowego popołudnia oślepiał wszystkich na krótki moment. Z sąsiedniej ulicy dobiegły długie serie pistoletu maszynowego. Odpowiedziała im kanonada, znajoma, radosna, szczęśliwa. Władek wyrwał zawleczkę z granatu, -szkoda, że Wojtka tu niema pomyślał jeszcze – ale pewnie się spotkamy, gdy tylko Powstanie ogarnie całe miasto...

***
Ciemność, czerwona, ognista ciemność wypełniała całą piwnicę sącząc się przez szpary w spękanych ścianach. Ile to dni już minęło? Ileż nocy? Władek stracił rachubę już dawno temu. Nie spał od kilku dni. Resztką sił dowlókł się tego wieczora do tej ciasnej piwnicy. Jeszcze wczoraj było ich troje. On, Zygmunt i Alicja. Teraz pozostał już tylko on.
Wpatrywał się tępo w wypełniony gryzącą, płonąca czerwienią otwór po piwnicznym oknie.
Alicja odeszła nagle. Jeszcze chwilkę wcześniej stała przy tamtym załomie muru, nieśmiało wychylając się by spojrzeć w ulicę. Jaka to była kiedyś ulica? Nawet nie słyszeli strzałów, zobaczyli tylko dymki uderzeń pocisków na murze i tryskające strumieniami krwi plecy Ali.
Godzinę potem Zygmunt po prostu upadł, kiedy przedzierali się do jakiegoś domu przez rumowisko gruzów zaściełających ulicę. Kiedy Władek odwrócił się do tyłu już nie było tam Zygmunta a jedynie krwawy zewłok jeszcze drgający na kupie cegieł.
Teraz pozostał zupełnie sam. Nerwowo wyjął parabellum z kabury. Wspaniały pistolet, będący przedmiotem zazdrości całego oddziału. Zdobyty w trzecim dniu Powstania, kiedy świat stał się nagle taki piękny, taki wolny, Polski.... Ach prawda, zdobyty razem z pasem na niemieckim oficerze. Wygodny, praktyczny pas...
Władek odblokował zatrzask magazynka. Wyjął go i wyłuskał wszystkie naboje. Dokładnie cztery. Przeliczył je raz jeszcze. Nie pomylił się. Cztery. Załadował trzy do magazynka i na powrót włożył pistolet do kabury. Czwarty nabój podniósł do oczu. Lśniący mosiądzem kaliber 9 mm. Ten jest dla mnie pomyślał. Schował nabój do kieszeni bluzy na piersi. Będzie go tu czuł do samego końca, do momentu aż nie będzie mu już potrzebny, lub właśnie do tej pory, kiedy załaduje go wprost do komory pistoletu. Taki nasz mały układ kulko pomyślał. Jesteś teraz moja jedyną miłością. Poklepał kieszonkę by upewnić się czy pocisk tkwi w niej na swoim miejscu. Sięgnął po papierosa. Wyjął paczkę, amerykańską, jeszcze ze zrzutów. Papieros został tylko jeden. Włożył go do ust i nerwowo poszukał ognia. Ależ ironia pomyślał. Nie mam ognia by odpalić papierosa a za ścianą płonie całe miasto. Zaciągnął się na sycho. Pozostał mu tylko smak tytoniu na języku.
Czerniaków upadł kilka dni temu. Pozostałe niedobitki, pojedyncza tropiona zwierzyna może gdzieś się jeszcze gnieździła w ruinach. Taka sama zwierzyna jak on sam. Ścigana i mordowana bez litości na miejscu. Zdawało mu się, że przysypia, że ogień przygasa. Zrywał się ostatkiem siły woli z tego odrętwienia by za chwilkę znowu popadać w mrok, w dziwną szarość.
Jakiś kształt, czarny i mroczny przesłonił wejście do piwnicy. Władek sięgnął po pistolet, ale w tym samym momencie kształt był już obok niego i przytrzymał mu dłoń. Nie miał nawet siły odepchnąć napastnika. Koniec, już się kończy pomyślał jeszcze, gdy nikły blask czerwieni zaczął wyłaniać z mroku znajome rysy tajemniczej postaci. Znajome włosy, oczy twarz. Władek nie wierzył, po prostu nie mógł uwierzyć. Rozpłakał się po prostu tylko głębokim szlochem i padł w objęcia Wojtka Staszewskiego. Przyjaciel objął go i pogładził po włosach. Oderwał od siebie przemocą prawie i głęboko popatrzył w oczy.
- Musimy iść – powiedział twardym, dobitnym tonem.
- Dokąd – zapytał jękliwie Władek – dokąd mamy iść? Nie ma już dokąd iść.
- Nad Wisłę Władku – odparł spokojnie Wojtek – nad szara Wisłę. Przepłyniemy rzekę i dostaniemy się na drugi brzeg.
- Nie dam rady Wojtku, nie dam rady już ustać na nogach...
- Dasz, ja ci mówię dasz. Tak ja dałeś radę dotrzeć tutaj, tak jak całe życie dawałeś sobie radę. Jak na podchorążówce, jak na kompletach Politechniki, jak do tej pory – Staszewski potrząsnął go za ramiona – Dasz radę...
Władysław popatrzył na przyjaciela. Wojtek nie zmienił się wcale. Blond czupryna, bystre niebieskie oczy zdawały się płonąć jakąś wewnętrzną siłą, czerwieniły się w mroku, mocna sylwetka, cały Wojtek wciąż taki sam silny i twardy.
- Skąd się tu wziąłeś – zapytał Wojtka- jak, złapali cię przecież, czy puścili... kiedy – chciał pytać dalej, ale przyjaciel przerwał mu tylko
- Nie teraz kolego, później będzie czas na wyjaśnienia, nie teraz. Lada moment będą tu SS-mani
Władek znowu spojrzał głęboko w oczy przyjaciela. Coś tu było nie tak, coś płonęło w tych źrenicach. Błękit tych oczu był inny niż zwykle, taki bardziej błękitny, a jednocześnie widać w nich było czerwień płomieni i mrok czegoś nieokreślonego, jakąś mądrość i cierpienie. Zmęczenie płata mi figle pomyślał. W jego oczach płonie miasto, mrok i dym płatają figle...
Wojtek podniósł go siłą na równe nogi.
- Ruszamy – lekko popchnął Władka przed siebie w kierunku wyjścia.
Nie był w stanie oprzeć się temu zdecydowaniu i choć nogi odmawiały mu posłuszeństwa to jakaś dziwna siła pchała go jednak do przodu. Skuleni zaczęli pełznąć wzdłuż Solca w kierunku zrujnowanego kościoła. Chwilę potem usłyszeli wybuchy granatów w piwnicy, z której dopiero co wyszli. Wróg był tuz za ich plecami.
- Szybciej – ponaglił Wojtek
Ruszyli niskim truchtem, zgarbieni, wtuleni w cień gruzowisk. Spięci i przykurczeni niczym dwa cienie w pełzającym mroku.
Nagle tuż nad nimi rozbłysły smugi pocisków. Zagwizdały, zadymiły na bruku. Silna dłoń Wojtka pchnęła Władysława w bok. Kątem oka dojrzał jak na plecach Staszewskiego kłębią się malutkie dymki uderzeń, ale Wojtek nadal żył. Władysław zamarł na krótką chwilę. Musiało mi się wydawać - pomyślał tylko nim przyjaciel wepchał go w kolejną czeluść piwnicy.
- Tędy, przechodniakiem, za mną – powiedział tylko.
Popełźli na czworaka przez ciąg piwnic łączący zrujnowane budynki. Jakaś niewidzialna siła czuwała nad nimi gdyż droga była wolna, przejścia niezagruzowane. Przeszli tak trzy lub cztery budynki i przez kolejną wyrwę wydostali się na zewnątrz. Ulica skończyła się. Przed sobą po prawej stronie w mroku widzieli ruiny kościoła, zaś po lewej stronie dalekie zarośla okalające brzeg rzeki.
- Tam – Wojciech wskazał dłonią kierunek – tam będzie bezpiecznie – dodał.
Ruszyli pochyleni w kierunku brzegu. Żaden pocisk nie zadzwonił na bruku, żaden świst kuli nie zakłócił ich marszu. Jeszcze kilka kroków, jeszcze, parę, dotrzeć na druga stronę ulicy. Ileż razy przebiegali tędy jako dzieci. Cała droga zajmowała może dziesięć sekund, a teraz zdawała się ciągnąć kilometrami. Wreszcie znaleźli wybawienie. Niski spadzisty brzeg, porośnięty trawami tonął w czerwieniejącej ciemności w dziwnym mroku. Poświata ognia otaczała wszystko dookoła oprócz tego jednego fragmentu brzegu, do którego się zbliżali. Tutaj mrok zgęstniał dziwnie, stał się jakby namacalny, realny, przejmował chłodem i nicością. Padli nad samą krawędzią skarpy. Czekali chwilę, wsłuchiwali się w mrok za sobą...
- Skaczemy? – Władek zapytał bardzo cichym szeptem, prawie tak cichym, że nie słyszał samego siebie.
- Nie – Wojtek odszepnął cichuteńko. - Zsuniemy się po brzegu.
Ruszyli przed siebie pełznąć centymetr za centymetrem wśród niskich traw brzegowych. Jakimś cudem żaden kamień nie zsunął się w dół skarpy. Byle ciszej i byle dalej w zarośla gdzie czeka zbawcza szara topiel. Każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność, każdy stuk dalekiego strzału spinał nerwy do granic wytrzymałości, każdy szmer zdawał się dzwonić podkutymi butami SS-manów. Pełźli najciszej jak można było. Jeszcze metr, jeszcze dwa, a może jeszcze półtora metra. W końcu palce dotknęły pierwszych trzcin. Zagłębili się w wysoki szuwar, w zbawczą głęboką czerń błota na samym brzegu. Brzuchami niczym węże prześlizgnęli się przez tę lepką ciemność aż po czarne wody rzeki. W brunatnych falach migotały czerwone błyski płonącej Warszawy, ale żaden z przyjaciół nie obejrzał się za siebie...
Władek zaczął płynąć, gdy tylko głębokość wody uniemożliwiła dalsze czołganie się. Wolniutko, cichutko, tak by nie zdradzić się żadnym pluskiem. Po chwili nie mógł już złapać gruntu, więc musiał zacząć silniej pracować ramionami żeby utrzymać się tuz pod powierzchnią wody... żeby w każdej chwili móc zaczerpnąć oddechu a jednocześnie być przygotowanym do nurkowania. Pas z pistoletem zaczął go ciągnąć w dół. Każdy ruch wymagał coraz więcej siły a jednak biodra uparcie się opuszczały obciążone balastem broni. Podjął decyzję i jednym szarpnięciem rozpiął klamrę pasa. Bardzo praktyczny pas. Broń opadła wolno na dno. Minuty zdawały się być godzinami, a jednak nad rzeka nie rozległ się ani jeden strzał. Dotarł w końcu do praskiego brzegu. Chwilę leżał w szuwarach aż uniósł się na rękach i spojrzał za siebie. Wody Wisły były czarne i nieporuszone. Nerwowo podniósł się na równe nogi. Wojtek, gdzie jest Wojtek?
-Wojtek, Wojtek - rozpaczliwy szept rozmył się w ciemności.
Rzeki nie mącił żaden ruch, w falach płonęło tylko drugie miasto, gorejąca czerwień w mrocznej poświacie, odbicie ginącej Warszawy...
- Ruki wierch – twardy głos z tyłu i bolesne kolnięcie lufą karabinu w środek pleców.
Odruchowo odwrócił się podnosząc ręce. Trzej Rosjanie wpatrywali się w niego. Czarne lufy połyskiwały złowrogo w czerwonym blasku z drugiego brzegu. Zimne spojrzenia wwiercały się w samą duszę. Palec starszyny nerwowo drgał na spuście pepeszy.
- Nu idi swołocz – ruch karabinu wskazał mu kierunek. Nie próbował niczego tłumaczyć. Ruszył przed siebie z podniesionymi rękami. Tylko zerknął jeszcze w stronę rzeki. Nic, żadnego ruchu. Ruszył szybciej, gdy poczuł lekkie pchnięcie kolbą w łopatkę...

***

Ryk silnika koparki wyrwał inżyniera Władysława Rozwadowskiego z chwilowego odrętwienia spowodowanego lipcowym słońcem. Władek otrząsnął się. Rozejrzał się wokoło jakby zbudzony z długiego snu. Mapnik z planem wypadł mu z ręki.
- Kurcze – zaklął cichutko i pochylił się po zgubę.
Wyprostował się, przeciągnął i ponownie rozejrzał dookoła. Spojrzał na widoczny z dołu kikut ściany Zamku Królewskiego, na kościół Świętej Anny. Nagle zapragnął wyjść na górę, na Plac Zamkowy, rozejrzeć się, poczuć jeszcze raz, może ostatni raz ten zapach Starego Miasta, zobaczyć jego bryłę zanim jeszcze na dobre przetnie je tunel trasy W-Z. Skacząc po deskach, mijając robotników przedostał się do prowizorycznych schodów prowadzących na Zamek. Przekraczając po dwa stopnie szybko wspiął się na górę. Stanął na Placu Zamkowym, teraz przekształconym w jeden wielki plac budowy. Ruszył wolno przed siebie. Kroki bezwiednie wiodły go w kierunku resztek bramy zamkowej. Jak to niedawno wszystko się działo a zarazem jakby w jakimś innym świecie?
- Ile to już będzie?... dwa, trzy– liczył w pamięci – a tak trzy lata – odpowiedział sam sobie na zadane pytanie.
Popatrzył na datownik zegarka. 28 lipca.
- Jeszcze trzy dni... – pomyślał.
Odwrócił się w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Król na kolumnie stał nad placem budowy. Tylko on się nie zmienił, nadal trzymał szablę i krzyż, ale jednak nie był już sobą, nie był tym samym królem, którego pamiętał. Widział go zaraz po wyzwoleniu jak leżał na placu przy strzaskanej kolumnie...
- Przepraszam pana – jakiś cichy kobiecy głos odezwał się za jego plecami. – Przepraszam czy Pan Władek?
Odwrócił się do tyłu i zobaczył niewysoką kobietę z siwymi włosami. Ubrana była w podniszczoną bluzkę i takąż podniszczoną czarną spódnicę. Nie mógł sobie przez chwilę przypomnieć jej twarzy okolonej siwymi włosami, ale poznał ją.....
- Boże, Pani Staszewska! – wykrzyknął prawie – Pani żyje! Szukałem Pani przez dwa lata, co się działo? – setka pytań cisnęła się na usta.
Staszewska uśmiechnęła się smutno.
- Cóż Władeczku, różnie bywało. Byłam długo u rodziny w Lubelskiem, wróciłam z Hanią do Warszawy trzy lata po wojnie. Mieszkamy tam gdzie wtedy.
Chwilę zaczęli rozmawiać o wszystkim i o niczym, jak para znajomych, którzy nie widzieli się długi czas. W końcu Władek poczuł, ze trzeba poruszyć i ten temat, który nie dawał mu spokoju od tamtej nocy.
- Pani Ireno – zaczął niepewnie- czy Pani wie coś o Wojtku?- Wie Pani, myśmy spotkali się dopiero przed końcem Powstania, udało nam się przejść wieczorem Solcem i dostaliśmy się do Wisły. Wojtek wtedy mnie uratował, tam na Solcu, ale potem w rzece się zagubiliśmy. Szukałem go przez te lata cały czas i Pani i Hanki, ale nic nie wiem. Sąsiedzi powiedzieli, że pani wyjechała przed samym Powstaniem, a z Wojtkiem nawet nie porozmawialiśmy...
Staszewska słuchała monologu Władka z rosnącym zdziwieniem. Jej źrenice stawały się coraz większe i większe, aż stropiony i nieco przestraszony Władek zamilkł na ich widok
- Co się pani stało Pani Ireno?
Staszewska popatrzyła uważnie na Rozwadowskiego.
- Władziu, co ty mówisz – zapytała - O jakim Wojtku, o moim?
- Tak o naszym Wojtku – odpowiedział niczego nie rozumiejąc..
- Władziu, coś Ci się pomyliło, ja wiem, koszmar końca Powstania, mnie ludzie opowiadali jak tu było - Staszewska spuściła wzrok. – Ja przecież wiem wszystko, ale nie miałam już sił zawiadamiać kogokolwiek z was po tym wszystkim. Wojtka rozstrzelali jakoś pod koniec lipca. Wydali ciało więc pochowaliśmy go na Bródnie, po pogrzebie zaraz wyjechałyśmy, nie mogłam tu zostać...
Władek pożegnał się mechanicznie. Ruszył przed siebie wolnym krokiem, automatycznie, w dół placu - ku budowie. Nic nie widział ani nie słyszał niczego. Przed oczami migotały mu jakieś plamy niczym połyski ognia na szarych falach Wisły, niczym ognisty blask odbity w nieodgadnionych błękitnych oczach.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -