Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Altajska Księżniczka

Wojciech Grzelak

- Sasza! To jest kurhan, Sasza. To jest t e n kurhan. Znaleźliśmy go.
Staliśmy na szczycie nagiego wzgórza i wokół jak okiem sięgnąć ciągnął się zrudziały, jesienny step. „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu...” – przypomniałem sobie wiersz ze szkolnego podręcznika. Pasowało jak ulał. Tylko że to nie były swojskie stepy kresowe ani nawet Dzikie Pola. Znajdowaliśmy się dokładnie pośrodku Azji, a syberyjski październik przeszywał wiatrem, który raz po raz gasił palone przez nas papierosy marki „Biełomorkanał”.
Na południowym horyzoncie błękitniało pasmo Grzbietu Czujskiego, wysunięte ku nam ramię potężnego Ałtaju. Nad górami świeciło właśnie słońce; lodowiec Aktru lśnił kroplą oślepiającego blasku jak diament w poszczerbionej koronie szczytów.
Szasza Kuzniecow, niski i niezwykle żwawy, pod wpływem emocji zmarszczył skórę na głowie, wprawiając tym w ruch solidnie odstające uszy. Przypominał zająca z rosyjskich kreskówek.
Skończyliśmy palić papierosy o tekturowych ustnikach, nabite chyba siekanymi gałęziami, ale za to mocne jak diabli, i powoli zeszliśmy z kurhanu. Na dole czekał na nas poobijany uaz 69, który zszedł z taśmy montażowej jeszcze w epoce pierwszych radzieckich kosmonautów.
W 1940 roku rodzina mojego ojca została przesiedlona z Wileńszczyzny na Syberię, a ściślej do Kraju Ałtajskiego. Upiór z Kremla, inkarnacja wszystkich demonów Rosji od Skuratowa po Rasputina, igrał narodami i ludzkimi istnieniami przesiewając je między grubymi, pożółkłymi palcami jak piasek w piaskownicy. Na ziemię ciekła krew i spadały zmiażdżone czaszki, ale mój ojciec miał szczęście. Rok po zakończeniu wojny, jako czternastolatek, dostał pracę pomocnika traktorzysty w kołchozie „12 lat Października”. Ta idiotyczna nazwa, miałem okazję to sprawdzić, przetrwała zresztą do dziś. Tam właśnie poznał Waldemara Jankowskiego.
Ten Polak z Ukrainy zawdzięczał swoje imię lekturze matki, zafascynowanej „Trędowatą”. Ukończył archeologię w Leningradzie i na początku lat trzydziestych uczestniczył w ekspedycji na Ałtaj. Wyprawa początkowo odnosiła sukcesy: zlokalizowano i rozkopano szereg kurhanów sprzed ponad dwóch tysiącleci należących do kultury Scytów, ludu nie uważanego dotąd za szczególnie cywilizowany. Starożytni Grecy mieli ich po prostu za hałastrę brudasów. Ale to wynikało pewnie z zarozumiałości Hellenów, bo naprawdę sztuka i bogactwa Scytów mogły zaimponować.
Ekipa, do której należał Jankowski, dobrała się do zespołu grobowców na uroczysku Chułunnan, położonym na płaskowyżu w górnym biegu rzeki Bii. Wzorem przeniesionym z innych dziedzin radzieckiego życia, archeolodzy przekraczali normy, to jest kopali jak szaleni. Wiele cennych przedmiotów w tym pośpiechu zniszczono lub rozszabrowano. Kurhany, które wyprawa zdecydowała się spenetrować, dostarczyły niezwykle cennego materiału, i to w podwójnym sensie: artefakty z nich wydobyte rzucały całkiem nowe światło na historię Scytów, a złoto, srebro oraz cenne kamienie, z których wykonane były ozdoby i inne przedmioty złożone w grobowcach, posiadały wysoką wartość. Archeolodzy prędko zorientowali się, że natrafili na miejsca spoczynku wojowników z tajemniczego plemienia scytyjskiego, które grecki historyk Herodot nazywał Gryfami Strzegącymi Złota.
Katastrofa nastąpiła, kiedy pewnego razu upili się kierowcy ciężarówek i nie przyjechali po kolejne znaleziska w umówionym dniu. Nie było ich też następnego dnia, ani trzeciego i czwartego. Tymczasem krótkie kontynentalne lato dawało się we znaki: upały dochodziły do czterdziestu stopni. Wprost na stepowej ziemi gniły trupy koni (wiele ich znaleziono w scytyjskich grobach) i dwie mumie wojowników. Wydobyto je z lodu, który przez lata nawarstwił się komorze grobowej. Przetrwały dziesiątki wieków świetnie zakonserwowane, a teraz rozpadały się w proch na oczach zrozpaczonych archeologów. W tej odludnej okolicy nie było szans na znalezienia jakiegokolwiek innego transportu, który mógłby przewieźć zwłoki do Gornoałtajska, gdzie przed dalszą wysyłką zabezpieczano je prowizorycznie w chłodniach miejscowych zakładów mięsnych.
Szoferskie pijaństwo trwało dziesięć dni. Kiedy wreszcie rozklekotane, kanciaste amy pojawiły się na uroczysku, mumie i końskie ścierwa zamieniły się w kałuże cuchnącej mazi, nad którymi unosiły się chmury gmysu, czyli syberyjskich meszek
Naturalnie w ekipie znalazł się taki, który doniósł o tym władzom. Sąd uznał, że odpowiedzialność spada na kierownictwo wyprawy: profesor Orłow, znakomity naukowiec, sławny jeszcze sprzed rewolucji, za zniszczenie mienia państwowego trafił do łagru na pięć lat (zmarł w nim po roku), Jankowski zaś, któremu podobno miały podlegać środki transportu, zarobił o dwa razy tyle. Był młody i silny, więc odpracował przy wyrębie lasu prawie cały wyrok. Prosto z obozu poszedł na front, skąd wrócił bez nogi i znalazł zatrudnienie właśnie w kancelarii kołchozu „12 lat Października”. O archeologii, po tak niefortunnie rozpoczętej karierze, mógł już tylko pomarzyć.
Co zresztą i czynił. Nie bez powodu postarał się, aby wrócić na Ałtaj, choćby w charakterze kołchozowego buchaltera. Jankowski nie zakończył swoich badań. Zostały one przerwane w najciekawszym momencie. Wtedy, gdy na podstawie analizy zawartości rozkopanych kurhanów przekonał się, że szósty z nich kryje w sobie coś naprawdę niezwykłego.
W skąpych źródłach traktujących o Scytach natrafił na wzmianki o Księżniczce, która była jednocześnie przywódczynią i szamanką Gryfów Strzegących Złota. Gdy lud ten musiał w dramatycznych okolicznościach opuścić Ałtaj, dobrowolnie ofiarowała się za niego. Uśmiercono ją podczas zagadkowego rytuału. Pozostała na zawsze jako strażniczka krainy, dzięki której Gryfy Strzegące Złota zyskały sławę i fortunę. Nazwanie Ałtaj tłumaczy się bowiem jako Złote Góry.
Wszystko wskazywało na to, że prawidłowość rozmieszczenia dotąd zbadanych kurhanów nie jest przypadkowa. Były to grobowce świty Księżniczki. Szósty kurhan, oddalony jednak znacznie od uroczyska, musiał więc być miejscem jej spoczynku. Jankowski chciał podzielić się swoim odkryciem z profesorem Orłowem, który na pewien czas wezwany został z terenu wykopalisk do akademii, ale tego dnia właśnie do obozu przyjechało NKWD i praca uczonych została bezceremonialnie przerwana.
Jankowski był samotny i nie miał komu powierzyć swojego sekretu. Sporządził jednak dokładną mapę uroczyska i zaznaczył miejsce, gdzie powinien znajdować się kurhan Księżniczki. Do systemu, w którym przyszło mu żyć, rozczarował się już dawno w ciągu lat spędzonych w lesie pod Kandałakszą, dlatego z nikim nie podzielił się sekretem. Nie mógł podjąć poszukiwań na własną rękę, bo, nie licząc nawet inwalidztwa, zżerała go gruźlica, której początki zawdzięczał obozowym przejściom. Przekazał więc mapę mojemu ojcu, serdecznie się bowiem zaprzyjaźnili. Ojciec potrafił, jak mi po latach opowiadał, godzinami słuchać z zapartym tchem opowiadań jednonogiego, bardzo już schorowanego czterdziestoparolatka. W tydzień po tym, kiedy tajemnica szóstego kurhanu uzyskała nowego powiernika, Jankowski zmarł, a pochowano go dokładnie tego dnia, gdy moją przyszłą babcię z jej trojgiem dzieci wsadzono do bydlęcego wagonu znajdującego się w składzie pociągu, który repatriował ich do Polski.
Ojciec mój właściwie nie wiedział, co począć z odkryciem Jankowskiego. Ja przeciwnie - od momentu, kiedy tylko opowiedział mi tę historię, nie miałem najmniejszych wątpliwości. Sprawdziłem naturalnie, gdzie się dało, czy przypadkiem kurhan Księżniczki nie został tymczasem otwarty. Nic na to nie wskazywało. W bałaganie, jaki panował w Rosji, cicha, całkowicie prywatna ekspedycja archeologiczna mogła liczyć na sukces.
O tym, aby samodzielnie dobrać się do grobowca, nie mogłem nawet marzyć. Po kilkumiesięcznym pobycie na Ałtaju – oficjalnie interesowała mnie flora górska, miałem wszystkie potrzebne dokumenty i Federalna Służba Bezpieczeństwa nie mogła się do niczego przyczepić, choć bardzo chciała - mój wybór padł na Saszę Kuzniecowa i Kolę Ostapienkę. Pracowali kiedyś w milicji, ale to przemawiało tylko na ich korzyść; w mundurach chodziła zresztą lub chodzi prawie połowa Rosjan. Nie obawiałem się prowokacji, bo dobrze wcześniej sprawdziłem ich obu. Byłem świadkiem kłusowniczych wyczynów Saszy i Koli, zagrożonych karami, przy których trzy lata w zawieszeniu za niezgodne z prawem rozkopanie kurhanu były drobnostką. O wiele więcej mogło ich kosztować odstrzelenie białego irbisa, podlegającego ścisłej ochronie. Na moich oczach stuknęli dwa piękne okazy tej śnieżnej pantery.
Byliśmy gotowi pod koniec października. Na pakę ziła załadowaliśmy mały ekskawator, namiot, łopaty i pozostałe niezbędne rzeczy. Pogoda utrzymywała się jak na syberyjskie warunki niezła, czasem poprószył śnieg, ale dni bywały słoneczne.
Droga, początkowo mknąca jak strzała przez pustą syberyjską równinę, zaczęła giąć się w zakrętach, zwężać, podcinać skały, sama napierana z boku przez rwące rzeki. Mijaliśmy coraz rzadsze brzozowe zagajniki, ustępujące miejsca sosnowym lasom. Od czasu do czasu na przełęczach rzucały się w oczy drzewa szamańskie - krzewy przystrojone setkami wstążek różnych ałtajskich klanów. Miejscowa ludność wierzyła w opiekuńczą moc duchów takich miejsc. Zarośla wyglądały jak dekoracje do „Blair Witch Project”.
Zastanawiałem się nad przedziwną rolą Ałtaju w dziejach wędrówek ludów. Ta kraina była kolebką wielu z nich. Stąd wyruszały w szerokie syberyjskie stepy i dalej, na Zachód, do Europy, rozliczne narody. O niektórych z nich pamięć przetrwała tylko w legendach. Inne zanotowała historia: aż nad Dunaj i Odrę pociągnęli z Ałtaju Scytowie, później Sarmaci, dalej Hunowie, armie Dżyngis-Chana...
W Turoczaku, wiosce położonej nad Biją opodal miejsca, gdzie rzeka wypływa z jeziora Teleckiego, wstąpiliśmy na obiad do dość plugawej knajpy – innej zresztą w tej części Syberii nie było. Pielmienie jednak podawali w niej nienajgorsze, kaazy, specjalność ałtajskiej kuchni, czyli nadziewane końskie kiszki, także okazały się do przełknięcia. Stąd do celu naszej wyprawy pozostawało jeszcze pięćdziesiąt kilometrów. W pewnej chwili przysiadł się do nas Ałtajczyk w podeszłym wieku. Początkowo myślałem, że to miejscowy drobny pijaczek i zacząłem nawet gmerać w kieszeni, aby wydobyć kilka monet, gdy zorientowałem się, że Sasza i Kola przestali jeść. Podniosłem więc głowę znad obitego talerza.
Rysy twarzy wskazywały, że jest Teleutą, a więc należy do praktycznie wymierającego szczepu ałtajskiego. Wzrok miał niezwykły, jego oczy wyglądały jak żarzące się węgle. Wpatrywał się we mnie przeszywającym wzrokiem.
- Wiedziałem, że przybędziecie. Nie powinniście tego robić. To niebezpieczne. Nie wolno naruszać ich spokoju. Już kiedyś otwarto te groby i odtąd dzieje się źle. Jeźdźcy z dawnych wieków teraz nocami objeżdżają swoje niegdysiejsze posiadłości. A ona jest z nich najsilniejsza. Umie odwracać bieg zdarzeń. Potrafi odsyłać ludzi tam, skąd pojawili się na świecie, naprzeciw falom czasu. Włada zwierzętami z błękitnych tatuaży. I jest bardzo ciekawa i spragniona świata...
Mówił jak nawiedzony, zresztą wyglądał na takiego. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zakłopotany Kola nerwowo łuskał w zębach ziarenka słonecznika i spluwał na zapuszczoną podłogę.
Ale Teleuta szybko wstał, założył czapkę z lisich łapek i dorzucił odchodząc:
- Nazywam się Tingir. Zobaczymy się jeszcze.
- Stary jest walnięty. Postaw piwo, bracie, co? – Nieogolony facet w poplamionej i porozdzieranej fufajce, który przyplątał się natychmiast po odejściu Tingira, najwyraźniej był na kacu. – Tu ludzie mówią, że to szaman, że niby umie sprawować dawne obrzędy i wróży czy też kamła, ale moim zdaniem to świr. Kiedyś pracował u nas w stacji mechanizacji rolnictwa, lecz wysłali go w końcu na emeryturę. To jak będzie z tym piwem?
Zamówiłem machinalnie jeszcze cztery „Sybirskie Korony”. Nasz nowy kompan polizał palec, wsadził go do solniczki i starannie rozprowadził sól na brzegu kufla, a potem wychylił potężny łyk piwa.
Rozbiliśmy namiot u stóp kurhanu. W ciasnej dwójce z trudem ulokowaliśmy się Kola i ja. Sasza miał spać w szoferce. Też nie było tam specjalnie wygodnie, ale on potrafił tak zwinąć się w kłębek, że zajmował niewiele więcej miejsca niż kot.
Do dzieła przystąpiliśmy natychmiast. Przeczytałem dość o wykopaliskach archeologicznych, aby po krótkim namyśle wskazać miejsce, z którego należało zacząć. Wypadało kilka metrów od jedynego drzewa, które rosło na stokach kurhanu.
Kola obsługiwał koparkę, a Sasza przyglądał się, czy coś nie ukazuje się w wykopie. Oceniałem, że kopanie zajmie na trzy-cztery dni. Na tym etapie nie byłem tu potrzebny, zapragnąłem więc obejrzeć kurhany, które rozkopała ekspedycja Orłowa i Jankowskiego. Było do nich ponad dziesięć kilometrów, więc wybrałem się ziłem, którego odpalił mi Sasza (procedura uruchomienia ciężarówki była tak złożona, że zrezygnowałem z jej samodzielnego wykonania). Pouczył też mnie szczegółowo, co należy zrobić, jeśli zgaśnie silnik. Naturalnie jego instrukcje natychmiast wyleciały mi z głowy.
Kurhany Chułunnanu rozczarowały mnie. W porównaniu z tym, do którego się właśnie dobieraliśmy, były niepozorne. Robiła się szarówka, gdy wyruszyłem w drogę powrotną do obozu.
Nieoczekiwanie ujrzałem przed sobą młodą kobietę o dziwnie europejskich rysach, która, odziana w dziwaczne szaty, dosiadała bogato wystrojonego konia. Miała na głowie niezwykłą, na metr wysoką konstrukcję, coś jakby usztywniony warkocz. Na mój widok ruszyła kłusem w stronę ciężarówki. Motor ziła warczał, ale przecież powinienem przecież słyszeć uderzenia końskich kopyt o kamienisty grunt. Mimo to nie dobiegał mnie żaden odgłos. Gdy niezwykła amazonka podjechała dostatecznie blisko, przeskoczyła z konia pakę ziła, sadowiąc się tuż za moimi plecami, po których właśnie zaczęły chodzić mi mrówki. Nie śmiałem się obejrzeć. Nie wiem, ile trwało, zanim pokonałem lęk i spojrzałem za siebie. Na ciężarówce nie było nikogo.
Przemilczałem naturalnie moją przygodę. Sasza i Kola wykopali już całkiem sporo, ale na razie nie znaleźli niczego. Było już ciemno i dalsze prace należało odłożyć do jutra. Sasza zaproponował nocne polowanie na łosia. Pojechaliśmy we dwójkę, a Kola został na straży obozu.
Od lasu dzieliło nas kilka kilometrów. W połowie drogi motor ziła zgasł i Sasza zaczął coś grzebać pod maską. Świeciłem mu latarką dotąd, dopóki nie ujrzałem na pobliskim wzgórzu czegoś intrygującego. Sasza chwycił więc latarkę zębami, a ja poszedłem w tamtym kierunku.
Na pagórku stała jakaś niewyraźna postać. Zbliżyłem się do stóp wzgórza i w tym momencie chmury rozproszyły się, a ziemię zalała powódź księżycowego światła. Była pełnia.
Rozpoznałem Tingira. Był cały napięty jak skóra na bębnie, który trzymał w rękach. Jego wzrok nerwowo uciekał w bok, twarz drgała, ciałem wstrząsały dreszcze. Poświata księżyca prześlizgiwała się po ściągniętych nadludzkim wysiłkiem mięśniach i grała na metalowych ozdobach szamańskiego kostiumu. Skrzyły się krople potu na zmarszczonym bólem czole. Dreszcze przybrały na sile, a krew odpłynęła z jego oblicza. Słychać było monotonne, szybko wyrzucane słowa, ale nie zdołałem ich odróżnić. Głowa szamana zakołysała się i opadła na pierś...
Potem na obręcz bębna wylał trochę wódki, krople rozprysły się na skórze bębna, która poczęła drgać i podjęła opowieść o swojej przeszłości. W tej chwili szaman wcielił się w jelenia, którego skóry użyto do wyrobu bębna, opowiadał o jego życiu w tajdze, dzieciństwie i wieku dojrzałym oraz o myśliwym, co pozbawił zwierzę życia. Jego głos raz po raz przechodził w ryk wydawany przez zranionego byka...
Miotał się po szczycie wzgórza w ciężkim kostiumie, obwieszonym kilkunastoma kilogramami metalowych ozdób. Z długiego kaftana spływała mu mnóstwo chustek i wstążek imitujących węże – jedne były trójgłowe, inne o rozwidlonych ogonach. Na plecach podzwaniały mu miedziane kręgi, a naszyjnik okalały czarne i brązowe pióra sowy. Najdrobniejszy detal szamańskiego stroju miał swoje znaczenie i nie mógł być pominięty; w przeciwnym wypadku jego właścicielowi groziło niebezpieczeństwo uwięzienia na zawsze w świecie zmarłych.
Skóra bębna znów zaczęła drgać. Wokół warg szamana zaschły płatki białej piany. Cała postać jego była dobrze widoczna, nie ulegało jednak wątpliwości, że część jego jestestwa przebywała teraz w miejscach bardzo odległych. Uwięziony na przecięciu różnych rzeczywistości, u zbiegu poznawalnego z niewiadomym, toczył samotną walkę ze straszliwymi mocami. Jakie to siły działały, jakie przebiegały akurat prądy potężne poza granicami świata widzialnego? Tego mogłem się tylko domyślać.
Głowę trzymał nadal spuszczoną, a mokre włosy przylgnęły do nabrzmiałej żyłami skroni. Spod półprzymkniętych powiek rzucał raz po raz błędne i mętne spojrzenia, które błądziły gdzieś daleko, najwyraźniej mnie nie widząc, choć zbliżyłem się na odległość kilkunastu kroków. Słyszałem jego gardłowy głos, przyzywający sługi Erlika, władcy Dolnego Świata:
- Kara argymak minitti kara kumdus teżetki, kurdak dietpes beldi, kuczak dietpes mojyndu...
Polowanie było udane. Jeszcze przed północą zapakowaliśmy na ciężarówkę dorodną klępę.
Kiedy wróciliśmy, przy ognisku obok Koli siedział Tingir. Bez słowa przysiadłem się do niego. Sasza tymczasem zbadał wątrobę łosia; gdy okazała się zdrowa, bez pasożytów, zaczął kroić ją na szaszłyk.
Mięso syczało już nad płomieniem, gdy szaman przemówił wreszcie:
- W tym kurhanie jest zło. Dziwne zło. Nie chce krzywdzić, ale to robi. Ona przechowała wiedzę swojego ludu. Jest jego ostatnią dziedziczką. Tamci odeszli stąd dawno temu i pamięć o nich zaginęła. Ona tu została. Nie powinniście jej budzić. Jeśli wyzwolicie tę moc, nie wiem, jakie będą tego skutki. Pytałem o to Ak-Burchana, ducha Ałtaju, pytałem moich przodków. Ale odpowiedzi nie są jasne, pojedyncze litery i znaki, które mi zostały ukazane, nie składają się w sensowne słowa. Bo nie jest tak, że my mamy innych bogów niż ci, którzy byli na tej ziemi wieki przed nami. My tylko znamy inne imiona duchów, które czuwają nad Ałtajem. Ich zamiary nie zawsze są znane. Być może i ona ma prawo, aby po tysiącleciach przypomnieć światu o tym, że kiedyś istniał potężny naród... Dlatego was tu zwabiła. Przyszła jej pora... Lecz strzeżcie się, bo aby ofiara powróciła z Dolnego Świata, musi zastąpić ją inna. A może i wiele innych ofiar.
Wpatrywałem się w płomienie ogniska skaczące po brzozowych polanach. Drzewo trzaskało beztrosko, bezpiecznie. Słowa Tingira nie zdołały mnie zaniepokoić. Czułem się w tej chwili jak na pikniku, który zapewnia przy okazji sporą dawkę adrenaliny. W zamyśleniu zacytowałem:
- „Pora już porzucić zwyczaj uczt na modłę Scytów, pośród wrzasków, dzikiej wrzawy...”
To Anakreont.
- Polski poeta? Współczesny?
- No, raczej nie.
Kola chciał wziąć ostatni szaszłyk (prawdę mówiąc, niewiele tego było na czterech, a pozostałe mięso musiało jeszcze skruszeć), ale szaman był szybszy.
- Czyż nie nazywam się Karsan Tingir, czyli Pusty Bęben? – zapytał, wgryzając się ze smakiem w soczystą, skwierczącą porcję.
Nazajutrz opodal kurhanu odkryłem głaz trzymetrowej średnicy pokryty prymitywnymi rysunkami. Pod wieczór poszliśmy je wszyscy oglądać. Na Ałtaju takich petroglifów znaleziono tysiące, często występowały właśnie w pobliżu kurhanów. Przyglądaliśmy się schematycznym postaciom myśliwych, jeleni, wielbłądów... Artysta sprzed wielu wieków utrwalił codzienną scenę z życia jakichś koczowników, którym ich świat wydawał się ustabilizowany i nieprzemijający, a przecież nie zostało z nich nic poza tym nieczytelnym już prawie świadectwem pradawnych łowów. Gapiłem się w zamyśleniu w centralną postać obrazu, wielkogłową istotę z nieproporcjonalnie małym korpusem. Znowu pomyślałem o pradawnych ludach, które przeciągały w swoich pochodach przez Ałtaj.
- W moim narodzie panowało w dawnych wiekach przekonanie – zacząłem, mimowolnie wpadając w ton prelegenta – że Polacy, a właściwie ich najlepsza część, pochodzą od Sarmatów...
Kola popatrzył na pokurcza wyrytego w skale, potem przeniósł wzrok na mój profil i trącił łokciem Saszę:
- Ty, nawet podobny, nie?
W naszym obozie znowu zastaliśmy Tingira. Siedział przy ognisku i bezceremonialnie nalewał sobie samogonu z półtoralitrowej plastikowej butelki po kwasie chlebowym. O ile sobie przypominałem, butelka ta, kiedy opuszczaliśmy obóz, była zawinięta w sweter i spoczywała na dnie mojego plecaka ukrytego pod śpiworem w kącie namiotu.
- Azali nie zwą mnie Kezer Kirbe, czyli Spragniona Pijawka? – uśmiechnął się w odpowiedzi na mój pytający wzrok i rozwarł bezzębne usta. Nie zmieniając wyrazu twarzy wychylił kubek bimbru.
- Poprzednio mówiłeś, że nazywasz się Pusty Bęben – wtrąciłem. Byłem jednocześnie dla niego pełen uznania, bo Ałtajczycy mają na ogół słabe głowy i potrafią się zalać jedną setką. Podobno to sprawa jakiś enzymów, których im brakuje.
- Mam wiele imion – odparł zagadkowo i bez pytania sięgnął po moje papierosy.
Znowu opowiadał nam o mocach drzemiących w ziemi, ale byliśmy zmęczeni i rozmowa nie kleiła się. Dopiero, kiedy sobie poszedł, uświadomiłem sobie, że nie zapytałem go, gdzie właściwie mieszka, skoro do Turoczaku pozostaje z tego miejsca pół setki kilometrów.
Prace posuwały się szybko. Na trzeci dzień znaleźliśmy szkielety kilku koni. Ich czaszki były roztrzaskane. Złożono je w ofierze, aby towarzyszyły swojej pani w jej przejażdżkach po Dolnym Świecie. Zwracały uwagę drogocenne czapraki końskie i piękne dekoracje ich głów: pokryte złotą i srebrną folią olbrzymie drewniane wieńce przypominające jelenie rogi.
Tego samego dnia na końcu kilkunastometrowego już wykopu natknęliśmy się na drewniane belki. Zapadał zmierzch, ale zdecydowaliśmy się na otwarcie przedsionka komory grobowej. Leżał tam trup wysokiego, rudowłosego mężczyzny. Miał na sobie strzępy jedwabnych szat i zbutwiały skórzany pas. Obok jego głowy spoczywał wysoki hełm zakończony wspaniale wyrzeźbioną głową gryfa. Obie ręce wojownika pokrywały misterne tatuaże przedstawiające realne i fantastyczne zwierzęta.
Facet był okropnie chudy, ale czego więcej można wymagać od mumii? Jego wnętrzności, mózg i część mięśni usunięto; zapewne złożono je gdzieś w kurhanie zakonserwowane w pękatych dzbanach. Puste miejsca wypełniały zioła zmieszane z owczą sierścią.
- Jak u urki – mruknął Sasza stukając palcem w wytatuowaną rękę mężczyzny, przypominającą pokryty atramentowymi rysunkami pergamin. Próbował nawet poskrobać skórę paznokciem. Rozległ się nieprzyjemny, szorstki dźwięk. Za paznokciem Saszy pozostała ciemna obwódka.
Kłopoty zaczęły się po upływie godziny. To była nasza ostatnia noc na uroczysku Chułunnan, ale jeszcze po zapadnięciu zmroku nikt z nas tego nie przeczuwał. Komorę grobową zamierzaliśmy otworzyć nazajutrz. Kola ostrzył właśnie myśliwskim nożem ołówki, zastrugane chował w kieszonki mapnika. Z kredkami nie rozstawał się prawie nigdy, bardzo lubił szkicować, zarówno obrazy, jak i mapy terenu. Sasza siedział przy ognisku osowiały, co u niego było rzeczą wyjątkową. Zwykle brał gitarę i śpiewał rosyjskie ballady złodziejskie.
- Coś nie tak? – zapytałem go.
Kiwnął smętnie głową w odpowiedzi.
A potem uniósł do góry prawą rękę.
Spojrzałem na dłoń Saszy. Wyraźnie jej nie widziałem, bo blask ognia był słaby. W pierwszej chwili wydawało mi się, że łapy ma upaprane błotem. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, o co chodzi: ciemne smugi wokół palców tworzyły zawiły, ale wyraźnie czytelny ornament.
- To ciągle przesuwa się. Przesuwa w górę – wychrypiał i podciągnął rękaw. Siny wzór splątanych, wierzgających zwierząt pełznął po przedramieniu w górę. Widok był okropny i fascynujący zarazem. Zdawało się, że po ręce Saszy sunie jakaś potworna żmija, bardzo wolno, ale nieuchronnie kierując się ku szyi ofiary.
Tatuaże owijały jego przedramię niebieskimi splotami, załamywały w zgięciu i wbiegały na wypukłość bicepsa. Może to było złudzenie, ale wydało mi się, że w krótkim czasie, gdy obserwowałem jego rękę, wzór nieco zmienił się, wytatuowane zwierzęta jakby przemieściły się i jednocześnie rozszerzyły zawładnięte terytorium. Tygrys dotąd ścigający koziorożca już zdołał wczepić się ostrymi szponami w jego brzuch.
- Próbowałeś to zmyć?
Przytaknął.
- Jedziemy do szpitala!
Pokręcił przecząco głową.
- To nic. Może do jutra przejdzie. Poza tym nic mi nie jest. Ręka mnie wcale nie boli. Wytrzymam... Skończymy robotę i wtedy...
Namawialiśmy go z Kolą długo, ale był uparty. W końcu, aby przekonać nas o swoim dobrym samopoczuciu, schwycił gitarę i wziął na niej kilka akordów.
Była pierwsza w nocy, gdy usłyszeliśmy przeraźliwy wrzask. Dobiegał z szoferki ziła. Pobiegłem pierwszy, Kola za mną. Z naganem w wyciągniętej ręce otworzyłem drzwi auta. Lampka była naturalnie od dawna przepalona, ale Ostapienko przytomnie zabrał z namiotu latarkę.
Ciało Saszy były głęboko wtłoczone w fotel. Żeby takim ciężarem wbić się w siedzenie, musiałby ważyć tony. Ale przecież jego mała, skulona postać wyglądała jak zwykle. Z jednym wyjątkiem – twarz zmieniła się nie do poznania. Oczy wyszły mu dosłownie z orbit i przypominały dwie piłeczki do ping-ponga, na których ktoś dla kawału namalował ludzkie źrenice rozszerzone potwornym strachem.
Ręce Saszy trzepotały konwulsyjnie; próbował sięgać nimi ku swojej szyi. Koszulę miał zdartą w tej upiornej walce toczonej z niewidzialnym przeciwnikiem. Cały jego tors i ramiona okrywał błękitny zwierzyniec, który teraz, ożywiony niewiadomym sposobem, przypominał ruchliwy rój owadów. Dzikie koty wskakiwały na grzbiety kłusujących rumaków, jelenie sczepiały ogromne rogi w śmiertelnych pojedynkach. Olbrzymie wilki rozrywały brzuchy łosi, na białe futra irbisów tryskała niebieska krew. Widok zmieniał się co ułamek sekundy, w splotach tatuaży dławiących żebra Saszy odbywała się przerażająca orgia mordu, a wszystko to drgało, kotłowało się, wirowało w opętaniu, jak w animowanym filmie reżyserowanym przez szatana.
Jakaś nadludzka moc nagle wypchnęła Saszę z auta i rzuciła o ziemię tuż u naszych nóg. W pierwszym odruchu odskoczyliśmy w tył. Jeszcze zdążył unieść się nieco na rękach, z jego gardła wydobył się dziwaczny odgłos przypominający dźwięk dobrze znany hydraulikom. Potem z ust buchnęła krew i opryskała mi buty. Ciało Saszy znieruchomiało.
Odwróciliśmy go na plecy. Wokół szyi Saszy, na tle sinych i już na powrót martwych tatuaży, rysował się przeraźliwą białością kontur zaciśniętych dłoni. Należały do kobiety.
Kola podniósł się i zacisnął pięści. Zobaczyłem złowrogi błyski w jego oczach.
- Nie będziemy czekać do rana. Idziemy tam teraz! – zawołał nieswoim głosem.
Mnie też udzieliła się jego determinacja. Bez słowa wbiegliśmy do wykopu. Teraz już nie chodziło o skarby Scytów. Przed oczami stała mi zawsze wesoła, szczera twarz Saszy.
Ostapienkę ogarnęła jakaś furia. Zaczął walić bez opamiętania łomem w ścianę grobowca. Drzazgi pryskały z tysiącletnich bierwion. A on tłukł jak szalony, kruszył oporne drewno. Wreszcie przegroda poddała się. Kola usunął jeszcze kilka belek i poświecił latarką do środka.
W komorze nie było w ogóle lodu, choć panował tam przeraźliwy ziąb. Na centralnym jej miejscu stał prosty, drewniany sarkofag. Powietrze było czyste, unosił się w nim zapach spalonych gałązek jałowca. Pod ścianami piętrzyły się amfory i inne naczynia.
U wezgłowia sarkofagu ujrzeliśmy złoty posążek przedstawiający gryfa. Sposób ustawienia figurki, nowiutkie lśnienie kruszcu, nawet rysy, jakie nadał rzeźbiarz fantastycznemu zwierzęciu – wszystko to wzbudziło moje zaniepokojenie. Nie umiałem określić przyczyny, ale...
Kola najwyraźniej nie miał takich rozterek.
- To jest warte majątek! – wykrzyknął, sięgając po statuetkę.
- Stój! – zawołałem, ale było już za późno. Palce Koli zacisnęły się na figurce. W pierwszej chwili wydawało mi się, że nie dzieje się nic niezwykłego i nieomal westchnąłem z ulgą, uradowany bardzo, iż przeczucie mnie zawiodło. Ostapienko chciał coś powiedzieć; usłyszałem tylko pierwszą sylabę: - Po... – a potem nagle jego słowa zabrzmiały tak, jakby nagrana taśma wciągnięta została przez magnetofon. Widziałem wygięty grzbiet Koli – matowobrązowa, poplamiona i wytarta kurtka skórzana niespodziewanie odzyskała barwę, błysnęła świeżym kolorem - i nagle, w mgnieniu oka, rozpadła się na części, lecz zanim opadające jej płaty osiągnęły ziemię, znikły gdzieś. Teraz ujrzałem nagie plecy Koli. Pod jego napiętą skórą przesuwały się tysiące żmij: mięśnie napinały się i rozkurczały zupełnie niezgodnie z anatomią, pulsując jakimś nieprawdopodobnym rytmem. Ramiona lekko unosiły się i opadały, stopniowo tracąc swoją szerokość, kontur ciała Koli rozmywał się tak jakoś, zmieniał; na ciele smaganym milionami dreszczy szaleńczo tańczyło słabe, żółtawe światło latarki. Łysawy czubek jego głowy pokrył się włosami. Potem – ale przecież wszystkiego minęło może tylko parę sekund od chwili, gdy schwycił statuetkę! – Ostapienko zaczął maleć w oczach. Jego głowa obracała się w moim kierunku bardzo długo, lecz właściwie było to złudzenie wywołane kontrastem pomiędzy tempem, w jakim przeobrażało się ciało Koli, a wykonanym z normalną szybkością, czy nawet przyspieszonym paniką obrotem.
Zwrócił ku mnie twarz. Nie znajdowała się ona jednak, jak zazwyczaj, gdy stał naprzeciwko, na wysokości moich oczu, lecz grubo poniżej piersi. Krew ścięła mi się w żyłach. To nie był Ostapienko. Przynajmniej nie taki, jakim go znałem. Patrzył na mnie chłopiec może dziesięcioletni, o gładkiej skórze, chyba nawet rumieńcach na policzkach, z bujną, płowa, nieprzerzedzoną czupryną. Podobieństwo do Koli nie ulegało wątpliwości – rysy miał te same... Przejęty grozą przyglądałem mu się jakiś ułamek sekundy, podczas którego i ta twarz ulegała przemianie. Przede mną zachwiał się na niepewnych, krótkich i krzywych nogach półtoraroczny malec i zwalił na piasek wykopu. Widziałem, jak zmieniają się ostatecznie proporcje jego ciała, wielka głowa kołysała się na wątłym tułowiu, dłonie zaciskały w bezsilne piąstki uderzając spazmatycznie w ziemię. Teraz był to już tylko noworodek z okręconym wokół nóg wężem pępowiny; wnet przybrał formę embrionu. Drgający, różowawy kłąb u moich stóp malał, tracił kształty ludzkie i po upływie kolejnego okrucha czasu zmienił się w galaretowaty splot tkanek, jeszcze chwytającą się życia grudkę istnienia... Aby natychmiast przepaść jak mydlana bańka...
Nie miałem już pomocników. Na wyciągnięcie ręki przede mną stał drewniany sarkofag.
Jego wieko poruszyło się.
Stałem jak wrośnięty w ziemię. Dopiero tępy dźwięk padającej na ziemię pokrywy sprawił, że w jakimś obłąkańczym instynkcie rzuciłem się ku sarkofagowi.
W trumnie, pośród naręczy stepowych orchidei i szarotek, spoczywała Księżniczka. Kwiaty były zupełnie świeże, a jej twarz... No cóż, wyglądała jak chwilę po liftingu w renomowanym salonie kosmetycznym.
Uśmiechnęła się. Tak się uśmiechnęła, jak ktoś, kto tylko udaje, że śpi i nie umie powstrzymać się od chichotu, gdyż wie, że obserwująca go osoba nie bardzo orientuje się, czy przypadkiem rzeczywiście nie ma do czynienia z kimś głęboko pogrążonym we śnie. Perłowobiałe, zgrabne kły, które odsłonił uśmiech Księżniczki, nie zaskoczyły mnie specjalnie, raczej doświadczyłem jakiejś leciutkiej ulgi, że to takie w gruncie rzeczy swojskie, ale jednocześnie poczułem, jak włosy stają mi dęba.
„Kołek, kołek, kołek – kołatało mi w czaszce. – Wszystkie skarby Scytów za kołek! Dlaczego nie pomyślałem o tym wcześniej? Bez osinowego kołka przeciw wampirowi! Sam jestem... kołek!”
Niebieskie powieki księżniczki lekko zadrgały.
„Nie wolno patrzeć jej w oczy! Nie wolno patrzeć!”
„Skąd wziąć kołek, zwykły kołek?”
„Nie wolno...”
Jakaś siła sparaliżowała mi rękę i jednocześnie pętała wolę. Nie było to nawet uczucie przemocy, po prostu czułem się jak smarkacz, którego ktoś delikatnie ujmuje pod brodę, aby z karcącym wyrzutem zajrzeć mu w oczy...
„Nie wolno patrzeć w oczy!”
Uciekłem szybko wzrokiem w bok i zobaczyłem leżący obok sarkofagu mapnik Koli. Ołówki tkwiły w jego kieszonkach jak sztylety
„Z czego, na Boga, Ruscy robią ołówki?!” – przemknęła mi przez głowę paniczna myśl. Ale nie było czasu do zastanowienia. Lewą ręką przyciskałem do ziemi ramię księżniczki i czułem wyraźnie, jak zaczyna narastać w nim opór. Potężna siła, której za moment niezdolny będę się dłużej przeciwstawiać. Wyjąłem pierwszy z brzegu ołówek, uniosłem go w górę, ostatnim wysiłkiem przytrzymując powstającą z martwych mumię.
Starając się mierzyć zaostrzonym końcem ołówka prosto w serce wampirzycy, wytężyłem siły i opuściłem rękę.
Rozległ się suchy trzask, jakby ktoś rozerwał starą tkaninę.
Nie, wcale nie usłyszałem wycia zranionej bestii, które zmroziłoby krew w żyłach. Ani nie ujrzałem skręcającego się w konwulsjach potwora, buchającego wokół ogniem i dymem. Księżniczka po prostu otworzyła oczy i spojrzała na mnie. Nie mogła poruszyć się, widocznie straciła całą swą moc. Poza siłą spojrzenia. Ale w jej wzroku nie było rozkazu, nienawiści czy wściekłości. Oczy Księżniczki wypełniał bezbrzeżny, zielony, wilgotny smutek.
Coś uderzyło mnie w bark. Z sufitu grobowca posypały się grudki ziemi. Ściany wykopu osuwały się.
Nie pamiętam, jak wydostałem się z kurhanu i zdołałem uruchomić zdezolowaną ciężarówkę. Wcześniej nigdy nie udawało mi się jej zapalić. W mojej pamięci przetrwał tylko obraz padającego drzewa, które samotnie rosło na skłonie grobowego wzgórza. Pagór jakby wzdymał się i zapadał w sobie, aby ostatecznie runąć w głąb ziemi.
Wspominam jeszcze śmiech Tingira – czy spotkałem go naprawdę, czy była to tylko gra wyobraźni? Ocknąłem się, gdy pod oponami ziła zaszeleścił asfalt Traktu Czujskiego. W słabym świetle brudnych reflektorów wkrótce zobaczyłem pordzewiałą tabliczkę z wypisaną nazwą miejscowości. Wjeżdżałem do Bijska. Stąd na lotnisko w Branaule pozostawało jeszcze sto pięćdziesiąt kilometrów.

* * *


Był 17 listopada 2002 roku. Od mojej ałtajskiej przygody minął rok. Leciałem z berlińskiego Tegel do Reykjaviku.
Świat przede mną nagle zawirował.
Takie kobiety spotyka się jedynie w wielkich portach lotniczych podczas tych krótkich chwil, potrzebnych do pokonania odległości pomiędzy miejscami oznaczonymi jako „Arrival” i „Departure”. I wydaje się, że tylko wtedy stąpają one po ziemi.
Podeszła do mnie, a jej usta rozchyliły się w nieziemskim uśmiechu. Wargi zdawały się pulsować własnym życiem; nagle otworzyły się jak orzeźwiający owoc odsłaniając równiutkie zęby. Ale nie wszystkie - uśmiech był zaskakująco oszczędny: mogłem dojrzeć tylko jedynki i dwójki.
To ja chyba pozostawałem martwy, nie ona.
Powiedziała coś - za melodykę jej angielszczyzny producenci nagrań relaksujących zapłaciliby fortunę. Ale nie od razu byłem w stanie pojąć znaczenie wypowiedzianych przez nią słów. Spojrzenie zielonych oczu przenikało mnie równie łatwo jak fale radiowe.
- To chyba pana? - zapytała.
Sięgnęła do torebki i podała mi ołówek. Ruski. Sterczał dobrze zaostrzonym końcem w górę, wystając z jej dłoni ironicznym „fuck off”.
A potem poszła w swoją stronę, wymachując wesoło modną torebką z czarnej skóry.





Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -