Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Podświadomość

Anna Słowik

Wiele osób zna sposób na wywoływanie podświadomości za pomocą książeczki, sznurka i klucza. Ja bardzo żałuję, że go poznałam.
Wszystko zaczęło się od kolonii. A właściwie od jej końca. W ostatni dzień wszystkie dziewczyny postanowiły zrobić mały „seansik”, ale długo musiałam je do tego namawiać. Przezornie byłam spakowana, posiadałam elementy potrzebne do tej, jak wtedy myślałam, zabawy.
Widziałam, że dziewczyny miały cykora, i to niezłego. Ja się już nie bałam, uważałam to za dziwną, ale jednak zabawę. Najgorszy był pierwszy raz, ręce się trzęsły, książeczka ciągle wymykała się z rąk. Z biegiem czasu, co u mnie równa się dwa dni, przyzwyczaiłam się. Każdy kogo znałam, się przyzwyczaił. I nigdy nie słyszałam o tym, żeby komuś coś się stało.
Oczywiście nikt nie chciał ze mną owijać książeczki. Myślę, że jakby trzeba było ją owinąć sześć razy, a nie dziesięć, to dziewczyny zrezygnowałyby. Widziałyby w tym znak szatana. W ogóle, większa część moich ziomalek na tej kolonii nie była „przystosowana” do takiego sposobu zabijania nudów. Wolały robić coś, co da się wyjaśnić prawami fizyki, i przy czym w ogóle nie ma strachu, adrenaliny i tym podobne. Jednak ja potrafiłabym je przekonać żeby z mostu skoczyły, więc zaczęło się. I prędko nie skończyło.
Gdy książeczka była gotowa, poprosiłam Agniechę, żeby ją ze mną trzymała. Zgodziła się, ale tylko dlatego, żeby nie wyjść na tchórza. Ja za pierwszym razem też się panicznie bałam, szczególnie jak książeczka mocno przechylała się w którąś stronę, ale mi minęło. „Minie im też” – pomyślałam. Oczywiście pytać musiałam ja.
Na początku wywoływałyśmy każdego nauczyciela jaki nam przyszedł do głowy, po kolei. Dziewczyny się oswoiły. Były niezłe „śmiechy chichy”, nikt już nie pamiętał o strachu i uprzedzeniach. Do czasu. Do czasu, aż na prośbę jednej koleżanki nie wywołałyśmy jej byłego.
- Tomku, jesteś z nami? – po pytaniu Kaśki książeczka była nieruchoma. Już chciałam wywołać kogoś innego, ale Kasia poprosiła o jeszcze jedną próbę.
Okazało się, że na kluczu było o jedna pętlę za dużo. Gdy po przywoływaniu na pytanie „Jesteś z nami?” książeczka poruszyła się na tak, Kaśka aż podskoczyła. I zaczęły się smęty. „Czy porzuciłeś mnie ze złości, czy coś do mnie czujesz, czy zaczniemy od nowa” Nudno było, więc przejęłam inicjatywę. „Czy jesteś głupi, tępy i masz Downa?” Książeczka zjechała na tak. A Kaśka się obraziła i wyszła. W zamian za nią „grała” Jola, a potem Martyna.
Gdy już Tomasz P. nam się znudził, chciałyśmy go odwołać. Ale on nie chciał odejść. Gdy zapytałam: Czy coś nam zrobisz, jeśli cię zostawimy?” książeczka gwałtownie przechyliła się na tak. Już spadała, ale Jolka miała refleks. A zaraz miał być robiony „obchód”. Miałyśmy jakieś dziesięć minut, a strach dotknął nawet mnie.
- Kaśka sorry, nudno było. Naprawdę przepraszam. – poszłam do jej pokoju, żeby poprosić, aby nam pomogła odwołać Tomka.
- Wiesz co? Świnia jesteś. Nie wiedziałam.
- Ale chodź, Kaśka, no już, nic się nie stało.
- Czy czegoś konkretnego byś chciała? – wyczuła, ze jestem zbyt milsza niż zwykle.
- No, jest sprawa. Byś mogła poprosić Tomka, aby odszedł, bo nas jakoś posłuchać nie chce…
- I jeszcze czego! Za to, co powiedziałaś? Po drugie ty to wymyśliłaś, ty masz problem. Do jutra!
- Bo mu zerwę sznurki!
- Nie odważysz się. – wiedziała, że to może zaszkodzić jemu, ale również i mnie.
Gdy wróciłam, babek z innych pokoi już nie było. A dziewczyny z mojego roomu na mnie czekały. I miały wzrok wbity w podłogę. Spojrzałam tam gdzie one – książeczka kręciła się wokół własnej osi. Z zawrotną szybkością.
- Spadła z łóżka – powiedziała wolno Jolka.
- Ale coś tu nie gra! Ona się kręci pięć razy szybciej, niż przewiduje ustawa! – prawie krzyknęłam te słowa tłumiąc łzy. – Coś trzeba zrobić!!!
Był z nami. Znowu nie chciał odejść, a z każdą sekundą nasze szanse na wygrzebanie się z tego malały. Po głowie ciągle chodziła myśl, aby zerwać sznurki, ale prosiłam. Prosiłam go najładniej jak umiałam. Prosiłam pierwszy raz chłopaka. Nie posłuchał. W ostatniej sekundzie przed otwarciem drzwi przez opiekunkę zerwałam nitkę i schowałam książeczkę pod kołdrę.
W nocy mój pokój był najgłośniejszy ze wszystkich. Opiekunka pięć razy nas uciszała, w końcu powiedziała, „że jak się nie zamkniemy, to będziemy miały wartę na dworzu”. A noc była dziwnie chłodna, a może miałam tylko takie wrażenie… Starałyśmy się rozmawiać po cichu. Starałyśmy się w ogóle nie rozmawiać, ale to nam nie wyszło. I oczywiście wszystko poszło na mnie. Bo to moja „zabawa”, bo to ja je nakłoniłam. Próbowałam je przekonać, że nic się nie stanie, choć sama w to nie wierzyłam. Jakoś zasnęłyśmy.
Rano byłyśmy nieprzytomne. Musiałyśmy wcześnie wstać, bo przed nami było pięć godzin jazdy. Niewygodnym autokarem. Każda dziewczyna, która wczorajszy wieczór spędzała u mnie w pokoju, miała strach w oczach. A ja miałam te wszystkie strachy na sumieniu, plus dodatkowo swój własny. Perspektywa na resztę wakacji była świetna, zwłaszcza, że połowa kumpelek się do mnie nie odzywała.
Jakoś przeżyłam jazdę. Został miesiąc wakacji. Normalnie zdążyłabym pięć razy podpalić pole sąsiada, ale nic mi się nie chciało. Z domu wychodziłam bardzo rzadko, na bardzo krótko. Jak nigdy. Czułam się odpowiedzialna za tamtą przygodę, czułam się winna, że uważałam to za zabawę. Czułam się winna, że wpakowałam dziewczyny w to bagno. Czułam się winna, że dziewczyny uważały mnie za winną. I w głowie kłębiły mi się setki pytań. To, co się działo, wykraczało poza instrukcję, którą przekazała mi Basik_gumiś_rybka_3in1. Nawet w necie o tym nie pisali, teoretycznie to było niemożliwe. Tylko że całe to wywoływanie podświadomości teoretycznie było niemożliwe. Próbowałam dowiedzieć się jak najwięcej, całymi dniami przesiadywałam przed monitorem. Mama zaczęła się orientować, że coś jest ze mną nie tak, potem każdy już coś podejrzewał. Nikt nie wiedział, co się ze mną dzieje, każdy się martwił. Kumple patrzyli na mnie krzywo, tak, jakbym celowo się z nimi nie spotykała. Ale rodzicom nie mogłam powiedzieć, co się stało, bo by mnie do egzorcysty wysłali, albo do księdza, bo to przecież książeczka od I–ej Komunii.. Kumplom nie mogłam powiedzieć, bo znowu by wyszło, że koloryzuję fakty. Tak naprawdę, to nikomu nie mogłam się zwierzyć. I Siedziałam ciągle przed ukochanym kompem, słuchając ukochanej muzyki, i patrząc, jak ukochana mama traci cierpliwość. I standardowo, nic nie mogłam zrobić.
Czas nie mijał wolno. On się wlókł, jakby na złość dla mnie. Jak nigdy tęskniłam za szkołą. Moi (nie)ukochani psorzy nie daliby mi myśleć o tym wszystkim… A tak? Całe dnie wypełnione na przemian strachem, poczuciem winy, bezsilnością i przeraźliwą pustką.
Kolejny rok szkolny powoli się zbliżał, a mi powoli wracała trzeźwość umysłu. Odstawiłam neta i komputer. Zaczęłam wychodzić najpierw poza mury mojego pokoju, potem poza mury domu. Zaczęłam spotykać się z paczką, chodzić na spacery. Biegać.
Było już późno. Dawno temu minęła granica ustalona przez mamę, więc do swojego pokoju dla świętego spokoju musiałam wejść „po cichaczu”. Nie było to trudne, rodzice chyba źle się czuli, bo zawsze szli spać znacznie później.
Weszłam do pokoju. Było tam strasznie duszno, a ja miałam złe przeczucia… Pomyślałam, że jestem przewrażliwiona i muszę wrócić do wcześniejszego stanu „ZbytniegoSięNieBania”. Otworzyłam okno. Pokój zalał strumień białego światła. Nie lubiłam księżyca w pełni, był jakiś taki zimny, daleki, niedostępny… Upiorny… Stałam przy oknie i do głowy zaczęły przychodzić różne opowieści. Łysa Góra, czarownice, zaklęcia ściągane z neta, forum dyskusyjne na temat wywoływania podświadomości… Tego ostatniego wspomnienia miało tam nie być. Ale było. Nie mogłam sobie z tym poradzić, powróciły wszystkie czarne myśli, wszystkie teksty o podświadomości, które przeczytałam. Wydarzenia z ostatniej nocy kolonijnej. I wtedy zdałam sobie sprawę, że to nie skończy się tak szybko, to, że o tym zapomniałam, nic nie znaczy - problem istnieje. I tu już nie chodzi tylko o mnie, ale o inne osoby które w to wciągnęłam. Uświadomiłam sobie, że piekło tak naprawdę niedługo się zacznie. A księżyc jak na złość był w pełni.
Padłam zmęczona na łóżko. Nie miałam nerwów na takie przeżycia. Wszystko było czarne, nie widziałam żadnej nadziei… Głowa zaczęła mi pękać z bólu, każdy centymetr kwadratowy ciała dawał o sobie znać. Myślałam, że umieram, że to już koniec. Szkoda tylko, że tak nie było.
Leżałam na łóżku półżywa. Myślałam, że wypowiadam już ostatnie słowa, jakimi było „Ojcze nasz”, ale wtedy… Ktoś złapał mnie od tyłu, zakneblował usta, przywiązał do łóżka… Niepotrzebnie się wysilał, i tak nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa ani nawet ruszyć powieką. Oczy z przerażenia musiały osiągnąć niesamowity rozmiar… Bałam się jak nigdy dotąd. I wtedy go zobaczyłam.
Tomek. Z pustymi oczyma bez wyrazu i ironicznym uśmiechem, patrzył na mnie z satysfakcją, jakby napawał się widokiem przegranej i swym zwycięstwem. Trwało to zaledwie sekundę… Ale jego wzrok był tak wściekły, że ciężko było wytrzymać to spojrzenie. Jakbym co najmniej zrobiła go kaleką do końca życia… Nic nie rozumiałam. Co on tu właściwie robi? Czego chce? Jak udało mu się tu wejść? I wtedy przypomniałam sobie, że rodzice tak wcześnie położyli się spać… Teraz już wiedziałam, że ktoś im w tym pomógł. Nie mogłam pojąć tylu rzeczy, miałam tak wiele pytań, ale knebel zatykał mi usta. A Tomek podchodził do mnie coraz bliżej, z tym przeraźliwym uśmiechem. Nagle skoczył ku mnie, uderzył mnie w głowę… Zapamiętałam tylko, że księżyc był w pełni.
Ocknęłam się w szpitalu, z jakimś okropnym bólem głowy. Był nie do zniesienia. I jakoś czarno przed oczyma… Z trudem podniosłam ociężałe powieki. Za lodowatą rękę trzymała mnie jakaś kobieta. Było mi dziwnie mdło, a biel dokoła mnie przygnębiała. Próbowałam przypomnieć sobie, co się stało, kto to jest ta „baba” trzymająca mnie za dłoń. Próbowałam sobie przypomnieć, kim ja jestem, ale nic mi nie przychodziło na myśl.
- Aniu, jak to dobrze, że się w końcu obudziłaś! – powiedziała kobieta, chyba do mnie. W oczach miała łzy.
- Przepraszam, ale kim Pani jest i dlaczego mnie Pani trzyma za rękę?
- Jak to… To ja, twoja mama!
W tym momencie do sali weszła pielęgniarka.
- Chyba straciła pamięć! – powiedziała kobieta.
- Niech się pani nie martwi, wkrótce powinna ją odzyskać.
- Ale o co chodzi? – wtrąciłam się do rozmowy.
- Wypadłaś z okna i uderzyłaś głową o ziemię. Wszystko będzie dobrze, niczym się teraz nie przejmuj.
Zamurowało mnie. Kiedy to się stało? Jak to się stało? Głowę nurtowały mi setki pytań. I w tym momencie do sali wszedł jakiś chłopak. Skądś go znałam… Kobieta zwracała się do niego Tomek… Tomek… Przypomniałam sobie. Przypomniałam sobie wszystko, począwszy od ostatniego dnia kolonii do jego „odwiedzin”.
- Mamo, czy mogłabyś zostawić nas samych? I pani też?
- A nie mówiłam? – odezwała się pielęgniarka do mamy, żeby ja pocieszyć, w jej oczach widać było jednak zdziwienie.
Spojrzałam Tomkowi w oczy. Może to po wstrząsie, ale zauważyłam w nich nutkę szyderstwa. Nie, to nie możliwe, że on wiedział co robiłyśmy z jego podświadomością. Tego nie było w instrukcji.
- Przykro mi, nie wiem, co powiedzieć… - Tomek po długim czasie milczenia pierwszy się odezwał. Ale jego ton był taki, jakby chciał powiedzieć zupełnie inne zdanie, jakby nie panował nad językiem.
- Nie, nic się takiego chyba nie stało… Poleżę i wyjdę.
- Wiesz, że leżałaś trzy dni nieprzytomna?
- Aż tyle? No cóż, ale się obudziłam.
- I dziwnie straciłaś pamięć… W ogóle twój przypadek jest mało spotykany…
- Ale ją odzyskałam. A co do rzadkiego przypadku, miło poświęcać się dla nauki. Może wynajdą nową chorobę czy cóś? – spojrzałam znacząco, czy czegoś chce.
- Mam coś dla ciebie.
Wyciągnął z kieszeni spodni zawinięty w papier prostokątny przedmiot. Cichutko krzyknęłam na widok sznurka, którym przedmiot był związany. Dziesięć pętelek. Pożegnaliśmy się i wyszedł. Z całych sił musiałam się namawiać, żeby rozwiązać sznurek. Żeby rozedrzeć papier. I zobaczyłam… książkę. Rozmiarów takiej jak od Komunii. Na przedniej części narysowany był wielki klucz… Pisnęłam i zrzuciłam „prezent” na podłogę. Wylądowała w koszu. Nawet nie wiem, jaki nosiła tytuł.
Wyszłam ze szpitala, gdy zaczynał się weekend po trzecim tygodniu szkoły. Uważałam za cud, że z niego wyszłam. Wizyta Tomka nie była przypadkowa, jego prezent również nie był. Może on nie wiedział, co się dzieje, co robi, ale jego podświadomość wiedziała.
Pierwszy dzień w szkole. Wszyscy byli dla mnie mili, jakbym była niepełnosprawna. Wszyscy, oprócz dziewczyn. Po lekcjach wzięły mnie na bok.
- Kurde, co ty narobiłaś? Najpierw ty byłaś w szpitalu, bo wypadłaś z okna. Jolka spała przy otwartym oknie i przeziębiła się tak strasznie, jak nikt nigdy się nie przeziębił. Normalnie tylko do Księgi Rekordów. A do Martyny przez okno wleciał jakiś nieznany owad i zaraził ją jakimś syfem!
- No co ja mam powiedzieć… nie wiedziałam, że to się tak skończy. Nikt mi nie powiedział, że coś takiego może zajść!
- A może my jesteśmy wróżki, i miałyśmy to przewidzieć? A ty nie masz nam nic powiedzieć, tylko coś robić! – zaczęłam się zastanawiać, co mam robić. I wtedy…
- Poczekajcie, ja jak się zamknęłam w pokoju też miałam otwarte okno… Gdzie był wtedy Tomek? Ja to wymyśliłam i to robiłam, Kaśka w tym uczestniczyła, a potem Jolka z Martyną… Została Kaśka…Wam nie powinno nic grozić, a dla nas to chyba dopiero początek…
- Co ty gadasz? Po ludzku proszę!
- Jak byłam w szpitalu, tuż po odzyskaniu przytomności, przyszedł do mnie Tomek. Dał mi prezent przewiązany sznurkiem. Gdy rozdarłam papier, zobaczyłam książeczkę rozmiarów tej od pierwszej komunii, a na jej okładce widniał rysunek ogromnego klucza. Od razu wyrzuciłam ją do kosza. I przypadek każdej z nas był dziwny… - nie powiedziałam im o „wizycie” Tomka w moim domu, żeby ich jeszcze bardziej nie dołować.
- Dobrze wiesz, że to nie przypadek… Co teraz? Trzeba komuś powiedzieć… - Natala jak zwykle wykazała się swoją nadmierną ufnością do dorosłych.
- Coś ciężkiego ci na głowę upadło? I co im powiesz? Przykro mi, ale rozwścieczyłyśmy podświadomość takiego jednego facia?
- No to jaki inny pomysł masz? Może jeszcze trochę się w to pobawimy?!
- A żebyś wiedziała… Trzeba okiełznać jego podświadomość. Potrzebuję jednej dziewczyny, która go ze mną przywoła. – Cisza. Żadna nie chciała być jego ofiarą.
- Dobra, czyli nic nie robimy i czekamy, aż nas zabije?
- Dobra, ja pójdę – odezwała się moja przyjaciółka, Dorota.
- Jesteś pewna? – znów odpowiedziała mi cisza.
Na następny dzień ja i Dorota spotkałyśmy się za szkołą trochę przed lekcjami. Obie miałyśmy niezłego stracha. Ja owijałam książeczkę i zaczynałam.
- Tomku, jesteś z nami? – tak.
- Czy gniewasz się na wszystkie dziewczyny? – tak. Mało co książeczka nie spadła.
- Czy to przez to, że książeczka spadła? – książeczka zatrzymała się w pół „tak”.
- Czy to przez to, że z ciebie żartowałyśmy? – podpowiedziała mi Dorota. Książeczka przekręciła się na „tak”.
- Czy reszcie dziewczyn też coś zrobisz? – tak! Prawie mdlałyśmy.
- Czy chcesz nas zabić? – nie zamierzałam zadawać tego pytania. Tak samo jakoś się zadało. Odpowiedź padła na tak.
- Możemy cię odwołać? – nic. Książeczka nie poruszyła się. Już chciałyśmy go odwoływać, gdy mimo tego, że wiatr zaczął silnie wiać w przeciwną stronę, książeczka obróciła się dając odpowiedź „nie”. A zaraz zaczynały się lekcje.
- Czy będziesz dzisiaj w szkole? – tak.
- Czy już jesteś blisko szkoły? – tak.
- Czy możemy cię odwołać? – tak. Wielka ulga.
Do klasy wpadłyśmy równo z dzwonkiem. Dziewczyny nie mogły usiedzieć na swoich miejscach. Na pierwszej przerwie ja i Dorota podzieliłyśmy się z nimi niezbyt dobrymi informacjami, co nie wywołało pozytywnych komentarzy w moim kierunku. Tak naprawdę to była moja wina, a ja nie miałam pomysłu na nic. Zdołałam powiedzieć tylko tyle, żeby każda z dziewczyn pilnowała zamykania okien.
Jakoś minął tydzień. Na każdy widok Tomka dziewczyny miały takie spojrzenie, jakby były z innej planety. Z jednej strony chciały go zniszczyć, z drugiej - panicznie się go bały. I tylko Kaśka podchodziła do niego i normalnie rozmawiała. Po pewnym czasie okazało się, że nie wyszło jej to na zdrowie.
Minęło już tyle czasu, że każda z „babek” prawie zapomniała o zdarzeniach z Tomkiem. Kaśka nawet z nim „kręciła”. I oczywiście zawsze zdawała nam relacje z każdej minuty z nim spędzonej, jaki on jest uroczy i tak dalej. Któregoś dnia, rozpromieniona, jak tylko się da, podeszła i powiedziała, że jutro ma randkę z Tomkiem. Że ją weźmie do kina a potem do siebie, bo ma „wolną chatę”. Nie chciałam gasić jej radości przeczuciem, że źle się to dla niej skończy. A moje przeczucia ostatnio często się sprawdzały.
Na następny dzień, po szkole z prędkością światła rozeszła się wieść, że Kasia nie żyje. Dziewczyny spanikowały, włącznie ze mną. Każda myślała, że będzie następna. Na kolejnej przerwie zrobiłam „zebranie” w łazience. Ustaliłyśmy, że Natala pójdzie się Tomka wypytać, jak to się stało, i może dowiemy się, jak się zabezpieczyć. Oczywiście super długo się wzbraniała, ale nie miała wyjścia. Ona tylko oprócz Kaśki, raczej świętej pamięci Kaśki, jako tako dogadywała się z Tomkiem. Mogłyśmy tylko trzymać za nią kciuki.
Natala po rozmowie z Tomkiem nie była w pełni sprawna. I fizycznie i psychicznie. Chodziła, jakby za chwilę miała na zawsze jeździć na wózku inwalidzkim, a mówiła tak nieskładnie, że prawie nic nie dało się zrozumieć. Myślałyśmy, że coś jej zrobił, ale Natka, za jakiś czas doszła do siebie. Zaczęłyśmy rozmawiać przy wszystkich, jednak naszym szyfrem. Ludzie się na nas dziwnie patrzeli, ale to nie było istotne. Zresztą nie było czasu nigdzie wyjść. Natala mówiła jeszcze trochę niezrozumiale, ale szło wyłapać sens zdań.
Gdy podeszła do Tomka i zaczęła „wstępną gadkę”, Tomek od razu ją odciągnął na bok, gdzie dziwnie nie było śladu żywej duszy, i szepnął ze złością do ucha: Wiem, po co tu jesteś. Nie martw się, ciebie też to spotka. A jeżeli chcesz znać szczegóły, to sprawdź skrzynkę mailową.” Wszystkie pobladłyśmy. Następna była informatyka.
Każda z dziewczyn znała adres i hasło pozostałych. Od użytkownika, po profile na „fotce”. Każda, nie zwracając ani krzty uwagi na nauczyciela, który uczył informatyki, weszła na maila Natali. Jest jedna wiadomość. Od: prześladowca@tlen.pl. Treść: Kaśka chyba myślała, że ona i ja. Zaprosiłem ją do kina, a potem do siebie. Film był cudowny, u mnie w domu jeszcze lepiej, ale, niestety, otworzyłem okno, choć się wzbraniała, i biedaczka wyleciała przez nie. Ale oczywiście każdy wie, wy też! że siadła na parapecie i wypadła.
Papa, zgadnij, a może raczej zgadnijcie :), która będzie następna?
To wszystko przypominało istny koszmar. Każda chciała uwierzyć, że to sen. Ze mną tak łatwo nie poszło. Wciąż myślałam, jak to możliwe, że Tomek to wie… Przecież to miała być tylko podświadomość! Rozumiem, jakby to był seans spirytystyczny (chodziło mi to po głowie, ale do tego potrzebna była plansza, która oznaczała bezpośrednie jednoczenie się z szatanem), ale to była tylko głupia podświadomość! Jak Tomkowi udało się z nią skontaktować? To wszystko wymknęło mi się z rąk. I informatykowi w końcu udało się sprowadzić mnie na ziemię, gdy koleżanka obok szturchnęła mnie i zobaczyłam nad sobą owego nauczyciela czytającego maila.
Po lekcjach ja i Natka zaliczyłyśmy dywanik u dyrektora. Pytania, które były do przewidzenia. „Co się stało? O co w tym wszystkim chodzi? Kto jeszcze? Co wy wyprawiacie? Od kogo była ta wiadomość? Co za szczeniackie zabawy!” Przez cały czas dzielnie trwałyśmy z Natalą w milczeniu. Zresztą mu nie zależało na odpowiedziach, tylko żeby gdzieś wylać potok słów z naganą. I na koniec: „Jutro widzę waszych rodziców!” I wtedy Natalia nie wytrzymała. Opowiedziała wszystko od początku do końca, oczywiście całą winą obarczając mnie. A ja się musiałam tłumaczyć. Jednak nie żałuję niczego co zaszło w tym gabinecie, bo wiele osób zapłaciłoby niezłą sumę, aby zobaczyć taką minę dyrektora, jak my zobaczyłyśmy… Zdziwienie? Strach? To totalnie nie pasowało do jego spokojnego wyrazu twarzy. I nie wytrzymałyśmy, parsknęłyśmy śmiechem. A wtedy wyraz jego twarzy szybko zmienił się na codzienny. Zrobiłyśmy skruszone minki. I dyrektor obniżył nam ocenę z zachowania, i powiedział, że postara się, aby wszystkie dziewczyny miały także obniżoną ocenę z religii. Jednak widok Tomka przyćmił ten problem.
Gdy wychodziłyśmy z gabinetu, zaczęłam wrzeszczeć na Natalę tak, że aż się popłakała. I wtedy wyszedł „zza rogu” Tomek. Pobladłyśmy.
- A ty co jej nagadałaś, co? – Tomasz zwrócił się do mnie nie wiadomo czy z żartem, czy ze złością, czy z aluzją.
- Aaa… nic? Nic ważnego!
- Może jednak na osobności mi sama to powie? – czyli jednak z aluzją. A Natala miała dziwnie maślane oczka, jak Tomek to mówił… Nie czułam w tym nic dobrego, a jak już mówiłam, moje przeczucia się ostatnio często sprawdzały.
Wszystkie dziewczyny zrobiły naradę w ubikacji. Na wszelki wypadek gadałyśmy szyfrem. Gdy opowiedziałam wszystko, co zaszło w gabinecie dyrektora, dziewczyny miały chyba ochotę zabić Natalę. Ale gdy powiedziałam, że Tomek wziął ją na bok, czyli zrobił aluzję, żebym nie szła za nimi, miały ochotę zabić mnie. Teraz dopiero sobie uświadomiłam, że oni są sami i dla Natali może się to nie skończyć dobrze. Wręcz skończyć niedobrze. Przebiegłyśmy całą szkołę, wszystkie zakamarki, ale nie znalazłyśmy ani Natalki, ani Tomka. Każdej po głowie chodziła śmierć Natalii. Aż tu nagle za nami odezwał się znajomy głos.
- Mnie szukacie?
- Wiesz co? Jak mogłaś pozwolić nas tak przestraszyć? Wiesz dobrze, co ci groziło! – dziewczyny jak na trzy cztery wykrzyczały to zdanie.
- Nic się nie martw, Tomeczek już jest nie groźny. – wszystkie skierowałyśmy wzrok na Natalę. Patrzałyśmy jej prosto w oczy. Było w nich coś dziwnego, wstyd, przerażenie. Kłamstwo. Przejęłam inicjatywę rozmowy.
- Tak? A co się stało? – udałam zainteresowaną.
- Po prostu. Wyciągnęłam scyzoryk i go zadźgałam. Leży w tym wielkim koszu na śmieci za szkołą.
- Ty wiesz, co ty zrobiłaś? Głupia jesteś? – dziewczyny się wzburzyły, ale zrobiłam gest w ich stronę, aby się nie wtrącały.
- Naprawdę? Zrobiłaś to? Tak po prostu, z zimną krwią?
- No? A co to trudnego? – kłamała. Była czymś wystraszona. Najprawdopodobniej Tomkiem. Rozejrzałam się – stał za ścianą, wychylał głowę i próbował coś usłyszeć. Chyba mu nie wyszło, bo miał niezadowoloną minę.
- Gratuluję odwagi. Ja bym się nie zdobyła.
- Dziękować. Chcesz, to mogę was zaprowadzić tam! – była coraz mniej opanowana. Te słowa krzyknęła, chyba żeby Tomek usłyszał. Teraz miał minę zadowoloną.
- No to wiesz co, muszę z laskami pogadać. Nie wiadomo, czy to bezpieczne.
- Dobra, no to będę tam, za tamtą ścianą.
Podeszłam do dziewczyn, którym znak zapytania wręcz malował się na twarzy. Spojrzałam gdzie idzie Natalia – do Tomka. Tak jak podejrzewałam. Podzieliłam się z dziewczynami moimi spostrzeżeniami. Że Tala najprawdopodobniej jest zastraszona i ma nas zwabić za szkołę, gdzie w sumie rzadko ktoś chodzi. I gdzie pewnie nikogo nie ma. Oprócz Tomasza P.
- Jeśli pójdziemy, źle się to dla nas skończy, jeśli nie pójdziemy, źle się to skończy dla Natali. Tomek nie słyszał, jak Nati z nami rozmawiała, i pomyśli, że nam o tej intrydze powiedziała.
- A więc, co robimy?
- Udajemy, że idziemy, a potem skręcamy w tłum. Idziemy do centrum handlowego. Na zmianę pilnujemy Tomka. Mój dom jest niedaleko centrum, więc pójdziemy szybko do mnie. Mam nadzieję, że się zmieścimy.
Nie byłam pewna, czy Natala nie ma podsłuchu czy coś takiego, więc nie została wtajemniczona w plan. Ja byłam wyznaczona jako pierwsza do pilnowania Toma.
Gdy skręciłyśmy w stronę przeciwną do umówionego z Natalką miejsca, zauważyłam w jej oczach paniczny lęk, jednak zaciągnęłyśmy ją jakoś do centrum handlowego. Nie spuszczałam Tomka z oka. Aż wreszcie wzięłam jakieś ciuchy dla siebie, dla Natalii i zaciągnęłam ją do przebieralni. Wsadziłam ją do pierwszej kabiny, a sama weszłam do drugiej, i, nie wiem, jak to zrobiłam, górą przeszłam do kabiny Natki.. Przeszukałam ją, ale nic nie znalazłam. Oszołomiona, chciała stamtąd wyjść, ale ją przytrzymałam i wyjaśniłam wszystko. Potwierdziła moją teorię, ale z podsłuchem przesadziłam. Wyjaśniłam jej resztę planu.
Na szczęście na chodniku było tłoczno. Na tyle tłoczno, aby nikt nie zrobił nam krzywdy. Gdy zrobiłyśmy „inwazję” na mój dom, mama miała bardzo zdziwioną minę, ale co mogła poradzić? Musiałam jej to wybaczyć, bo przecież pierwszy raz przyprowadziłam do domu pół klasy…
Zamknęłyśmy się w pokoju i zaczęłyśmy myśleć. Trzeba było coś wykombinować, nie przenocowałabym wszystkich dziewczyn, a Tomek wciąż stał pod domem… Nie myślałyśmy nawet pięć minut, gdy do pokoju zaczęła wdzierać się mama.
- Otwórz, co to ma znaczyć?!
- Nic, ja tylko zamknęłam się w pokoju!
- Oj, nie to! Zrobiłyście zbiorowy wypad z lekcji, tak?
- A skąd…
- Dyrektor przed chwilą dzwonił. I powiedział, co wyprawiałyście. Zresztą, co ja będę przez drzwi… Proszę natychmiast mnie wpuścić!
- Nie mogę, ale proszę, uspokój się. Obiecuję, ze wyjaśnię absolutnie wszystko, ale nie teraz. Teraz nie mogę cię wpuścić. Czy kiedykolwiek cię zawiodłam? Zaufaj mi!
- Pamiętaj, nie ujdzie ci to płazem.
- O właśnie, przy okazji. Proszę, spróbuj spławić tego gostka przed domem!
- Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale jeszcze dostaniesz! – ostatnie słowa mama powiedziała nie wiem, czy z furią, czy ze śmiechem. Była naprawdę złota.
Zaczęłyśmy naradę. Ciągle rozważałam w myślach „przechowanie” dziewczyn na noc, jednak zawsze było jakieś ale. Przecież mama by się nie zgodziła, a one też mają rodziców.
Dochodziła już siódma, dziwiło mnie, że mama jeszcze się nie dobija, i to mi przeszkadzało w myśleniu. I nagle wpadł mi pomysł. Który równie dobrze mógł unicestwić Tomka, jak i nas. „Zerwiemy sznurki” – powiedziałam do siebie.
- Co? Oszalałaś? – Natala za nic nie chciała się na to zgodzić.
- A co? Jak go zniszczyć? Musimy zaryzykować. A co szkodzi? Prędzej czy później i tak by nas dopadł. Co za różnica, czy my to zrobimy, czy on? A tak mamy szansę pół na pół, że to my dobijemy jego.
Wszystkie dziewczyny poparły moje argumenty. Natala nie miała wyjścia. Ustaliłyśmy, że w parach po kolei będziemy wywoływały Tomka i zrywały mu sznurki. Jak się obróci przeciwko nam, to trudno. Ja byłam pierwsza.
Ręce mi się trzęsły, ale nie stchórzyłam. Dziewczyny uznały to za przykład i pewnym ruchem ręki zrywały cienką nitkę. Nitkę czyjegoś życia. Gdy przedostatnia dziewczyna właśnie ją zrywała, usłyszałam za drzwiami cichy jęk. Jakby coś kogoś mocno ale to mocno bolało… Gdy się wywołuje podświadomość, osobę wywoływaną boli głowa. Nie miałam wątpliwości, kto jest za drzwiami. Powiedziałam do dziewczyn, żeby nie przerywały za żadne skarby. Wyszłam za drzwi.
- Co ty tu robisz! – wycedziłam przez zęby, głośno i dobitnie.
- Odczep się… Nic ci nie powiem…
- Mi może nie, ale komuś innemu…
Obok leżała długa i mocna lina. Związałam Tomeczka i wróciłam do pokoju.
- Dziewczynki, zapytajcie się, czy zrobił mojej mamie coś złego!
- A po co?
- Bo ja tak mówię.
- OK. Czy zrobiłeś coś złego mamie Basi? – Tak. Podałam następne pytanie.
- Czy uderzyłeś ją, żeby straciła przytomność? – Tak.
- Zapytaj, czy wie, że zerwałyśmy mu sznurki.
- Wiesz, że masz parę razy zerwane sznurki? – Nie. Książeczka tak gwałtownie się obróciła, że znowu prawie by spadła.
- Zrywaj.
Wszystkie zbiegłyśmy na dół. Dziewczyny zrobiły pytającą minę na widok związanego Tomka, ale powiedziałam, że potem wyjaśnię.
Mama spała sobie na stole. Tętno w porządku. Obok niej stała szklanka z herbatą, naokoło rozsypany był biały proszek. Pewnie zmusił ją, aby wsypała go do herbaty, a potem uderzył. Widocznie chciał nam poświęcić sporo czasu…
Opowiedziałam koleżankom, że gdy się kogoś wywołuje, to boli go głowa, a Tomka tak silnie bolała, że był bezbronny i go związałam. Poszłyśmy do niego.
Leżał cały siny. Zimny. Trup. Raczej to wszystko obróciło się przeciwko niemu, na razie każda z dziewczyn była cała. Zadzwoniłam na policję. Powiedziałam, że zamknęłam się w pokoju z koleżankami, mama była na dole, i jak wyszłam, to Tomek leżał związany, a mama w kuchni spała z głową na stole. Spisali zeznania moje, koleżanek. Pierwsze zeznanie w życiu i już kłamałam. Gdybym winna była tylko ja… Powiedziałabym prawdę. Ale wmieszałam w to całą płeć piękną z klasy. To ja bym była odpowiedzialna za ich wyrok.
Sekcja zwłok Tomasza K. nic nie wykazała. Zmarł z niewyjaśnionych przyczyn. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę się stało. Dyrektor jakoś dziwnie zapomniał, co Natala mu powiedziała. Mama zapomniała, co się działo w domu. Moi kumple zapomnieli, jak zachowywałam się w wakacje. To było tak, jakby ze śmiercią Tomka wszystko, co z tą sprawą związane, umarło. Jakby to się w ogóle nie wydarzyło. Tak jakby Tomek w ogóle nie istniał, a cała sprawa rozegrała się tylko w naszej podświadomości. I może dlatego tylko my nie możemy ciągle zapomnieć… Byłam totalnie głupia, że brałam się za coś, czego tak naprawdę nie znałam.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -