Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pizzeria

Dominik Dragan R.

Zza ciężkich, masywnych zasłon przebijało się słońce nieudolnie starając się rozpromienić swym blaskiem twarz Dawida. Chłopak przekręcił się na drugi bok odwracając od okna i przykrył twarz kołdrą z pod której wystawały już tylko kosmyki jego przetłuszczonych, długich włosów. Tak wyglądały wszelkie próby wyciągnięcia Dawida z trwającej juz od ponad roku melancholii, za nic miał starania innych w celu poprawienia swego humoru. Jeżeli ludzie byli na tyle natarczywi by kontynuować próby wybudzenia go ze snu, odwracał się od nich i chował twarz pod koc. Obudził go dopiero polifoniczny budzik w komórce, grający Requiem Mozarta. Kurwa! - dało się usłyszeć z ust Dawida, który teraz starał się wymacać źródło hałasu. Wyłączył pospiesznie aparat i wstał z łóżka. Na jego zaspanej twarzy widoczne było zmęczenie i zrezygnowanie, starał się je zetrzeć przecierając twarz dłońmi. Zebrał się w sobie na tyle, aby stanąć na nogi i spojrzeć na ulotkę pizzerii "Dominium". Tak, to pierwszy dzień wakacyjnej pracy szesnastolatka.
Przyprawiający o mdłości smród spalin jakiegoś sportowego auta zawitał do jego nozdrzy kiedy tylko wyszedł z bloku.
Pospiesznym krokiem ruszył w kierunku stacji benzynowej, przy której znajdowała się placówka Pizzerii. Ulokowana była tuż przy ruchliwej ulicy jaką jest Wrocławska, zapach unoszący się od pizzerii szybko mieszał się z fetorem benzyny. Chłopak od razu pożałował, że dzisiejszego ranka nie odmówił sobie śniadania i markotnie spojrzał w kierunku grupki ludzi czekających przed lokalem. Młodzi ludzie, mniej więcej w jego wieku stanowili dla niego poważną konkurencję. Już wcześniej miał zatarcia z personelem za to, że omijał niektóre klatki, rozrzucał niedbale kupony, czy odpowiadał kiedy pytanie było retoryczne. O tak, gdyby wakacje miały się ku końcowi, młodzież zapewne ostatnimi siłami zdołałaby się zmobilizować do pracy. Jednak teraz, kiedy urlop był w rozkwicie - nikt nie myślał o pracy po tych wszystkich miesiącach szkoły, wiec nie groziło mu wyrzucenie z roboty.
Dawid idąc uliczką uśmiechnął się bezczelnie do młodej dziewczyny, która pospiesznie zawiązała fartuch i zniknęła we wnętrzu restauracji.
- Anka! Pomóż mi z tą torbą, trzeba ją wciągnąć do składu - ponaglała kobieta o kruczo czarnych włosach.
- Ciągnąc to ja mogę co innego - ostry śmiech blondynki rozbrzmiał w uszach, a Dawid obrzucił ją wyjątkowo chłodnym, pełnym pogardy spojrzeniem tak dobrze wyćwiczonym w podobnych sytuacjach. Spojrzała w jego stronę i nie jakby nie zwracając uwagi na wyraz jego twarzy, sama uśmiechnęła się promiennie.
Westchnął.
- Zostaniesz przydzielony do grupy Rafała, udacie się na trojkę w rejon trzeci, nie zajmie wam to więcej czasu niż jakieś pięć godzin. - Wskazała w stronę dwójki chłopców mniej więcej w jego wieku. Spojrzenie Dawida leniwie powędrowało za dłonią kobiety. Skinął nieznacznie głową wyrażając aprobatę, ona zaś obrzuciła go niepewnym spojrzeniem i dopiero po chwili, jakby ta potrzebna była do zrozumienia sytuacji, przybrała na twarzy swój głupi uśmiech.
- OK, poczekajcie jeszcze chwile, musze wypełnić raport i juz przydzielam wam ulotki.
Po chwili znowu dało się słyszeć ten sam irytujący śmiech blondynki. Dawid zacząć powoli wyciągać łańcuch z kieszeni spodni, po to aby na jego końcu znaleźć staroświecki zegarek z pozłacaną klapką. Otworzył go i zacisnął mocniej zęby. Dziesiąta trzydzieści - sterczy

tutaj już trzydzieści minut, a za nie mu nie płaca, gdyby nie ta ich organizacja już dawno byłby w przydzielonym rejonie.
Minął kwadrans, właśnie wchodził do lokalu aby przypomnieć o swoim istnieniu i narazić się na kolejne reprymendy ze strony szefostwa.
- Trzymaj! - kiedy już miał otworzyć usta pojawiła się w progu. Kobieta wepchnęła mu w dłonie
plik ulotek promujących Pizze "Dominium", a on podzielił je równo miedzy członków grupy i
dalej… czekał.
Wysoki brunet noszący sie pod imieniem Rafał przyszedł pięć minut później. To on miał prowadzić chłopców przez osiedle, rozporządzać kto i gdzie ma roznieść kupony promocyjne i notować wszystko w swoim neseserze. Oczywiście doskonale pilnował aby żadna z klatek schodowych nie została przypadkiem ominięta, więc oszustwa i nienormowane przerwy na papierosa nie wchodziły w grę.
- Ty weźmiesz te dwie kamienice na Powązkowskiej - wykonał zamaszysty ruch dłonią
wskazując Dawidowi w którą stronę ma się udać. Kamienice postawione jeszcze przed druga
wojną światową, trwające mężnie na swym posterunku przez dziesiątki lat, teraz zdawały sie
pochylać i łkać nad swym losem nie łzami, lecz szarym kamieniem i tynkiem sypiącym sie co
jakiś czas ze starych ścian.
To już dzisiaj ostatnie budynki aby zakończyć rejon i wrócić wreszcie do domu po liczącym sześć godzin pracy dniu.
Pociągnął zardzewiałą klamkę klatki schodowej, całkowicie słusznie nie spodziewając sie domofonu
w tej przestarzałej ruderze.
Drzwi z wielkim oporem zaczęły sie przesuwać skrzypiąc przy tym przeraźliwie i dając lokatorom znać o obecności obcego dużo skuteczniej niż jakikolwiek nowoczesny dzwonek.
Kobieta o twarzy pooranej zmarszczkami i podejrzliwym, przenikliwym spojrzeniu wychyliła sie zza progu swego mieszkania. Wgapiając uważnie ślepia w młodzieńca dostrzegła w jego dłoni plik ulotek promocyjnych i zmarszczyła swe krzaczaste brwi.
- Nie potrzebujemy tutaj tych waszych reklam, potem musze chodzić i sprzątać to wszystko -
dłonią wskazała na klatkę jakby ta rozciągała się aż po horyzont.
Dozorczyni - pomyślał poirytowany.
Dawid spojrzał na nią niepewnie po czym teatralnie westchnął chcąc pokazać swoje zmęczenie i zarazem zmiękczyć serce gospodarza.
- Proszę o wybaczenie, ale pani ma swoją prace, ja zaś swoja, a to, że nasze obowiązki konsolidują ze sobą nie jest moja winą.
- Co? Macie przecież tam na dole koszyki do reklam, nawet w tym budynku znajdziecie taki.
- Pracodawcy niekorzystnie patrzą na owe "koszyki", sam z wielka chęcią zostawiłbym to cholerstwo choćby i na pani progu, jednak tego zrobić nie mogę, płacą mi za rozwieszanie na klamkach.
- Mnie to nie obchodzi, proszę stąd wyjść bo inaczej zadzwonię po policje! - Brwi Dawida podjechały w górę.
-Moja sąsiadka - kontynuowała - poślizgnęła sie na tych papierach.
-Ulotkach - poprawił ją.
-Poślizgnęła sie i złamała nogę! – ciągnęła niezrażona, chcąc obarczyć winą Dawida za
krzywdę wyrządzona przez nieuwagę sąsiadki.
- Przykro mi i mam nadzieje, ze ten wypadek wszystkich nas nauczy ostrożności dzięki której na
przyszłość będziemy mogli uniknąć podobnych sytuacji. Teraz bardzo proszę mnie przepuścić.
Rozmowa w normalnych okolicznościach uchodząca za drażliwą i nieprzyjemną była w tym
przypadku miłą odmianą od rutyny - biegania po klatkach schodowych z - chrząknął machając
plikiem ulotek - kuponami promocyjnymi.
Gra słowem bardzo pomagała w tym fachu, większość ludzi nie wpuszcza do bloków ludzi chcących roznieść ulotki, o nie. Kupony promocyjne dużo bardziej przyciągają uwagę
mieszkańców metropolii jaką jest Warszawa.
-Kupony? - zapytała zaciekawiona kobieta.
-Tak. Proszę tylko spojrzeć - wyciągnął z pod spodu ulotkę z rabatem mówiącym o zniżce do
czterdziestu procent na pizze - dzięki temu kuponowi będzie pani mogła zakupić produkty pizzy
Dominos prawie za połowę ceny. - Kąciki jego ust podjechały delikatnie w górę, kiedy spojrzał w
oczy zaciekawionej kobiety, kiedy zaś wyciągnął rękę aby przekazać kupon promocyjny,
dozorczyni odwzajemniła uśmiech i zamykając drzwi krzyknęła, aby sie pospieszył.
Pospieszy się. Nim kobieta odkryje, ze zniżka przysługuje jedynie prywatnym firmom i to
dopiero przy zamówieniu sięgającym trzydziestu złotych, on będzie już daleko stąd.
Kończył już przedostatnie piętro, kiedy wbiegając na ostatni poziom zachwiał sie na nogach i
grzmotnął z drugiego stopnia na podłogę rozbijając sobie przy tym łokieć.
-Kurwa - syknął rozcierając rękę i przewrócił się na bok chcąc dostrzec przyczynę wypadku.
Zaśmiałby sie gdyby tak mocno nie zaciskał z bólu zębów. Przed nim leżała gazetka, nosząca sie
pod nazwą "Jezus Cię zbawi".
-Ty sukinsynu - stęknął i otrzepując się z kurzu stanął z ziemi. Kiedyś służył w organizacji jaką
jest Kościół Katolicki, teraz jest jedynie upadłym ministrantem, agnostykiem który przed trzema
laty zgubił swego Boga. Zebrał gazetkę i wcisnął ją pospiesznie do plecaka, chcąc jak najszybciej
wynieść się z budynku.


Po trzech dniach noszenia gazety w plecaku w końcu przypomniał sobie o niej podczas bolesnej
zmiany opatrunku, który okrywał jego prawy łokieć.
Leżąc na łóżku powoli wertował strony wyłapując wzrokiem jedynie co ważniejsze treści.
"W Jezusie nadzieja", "wyrwał mnie z czeluści otchłani" ,"On mi pomógł!", "Pomógł mi pokonać
depresje" - rzucił gazetkę o ścianę, a sam zmęczony jej treścią i kolejnym dniem pracy,
rozciągnął się na łóżku i zasnął.
Matka Dawida weszła do pokoju chcąc zapytać syna, co takiego życzyłby sobie na
podwieczorek. Widząc, że jej dziecko śpi postanowiła nie przeszkadzać mu i jedynie schyliła się
po gazetę leżącą bezładnie na ziemi. Zaprogramowanym ruchem gospodyni domowej podniosła
znalezisko chcąc je ułożyć na jednej z półek. Bandrowskiego 6/17 przyjdź, pomożemy i tobie.
Nie zwróciła większej uwagi na treść jaka właśnie przemknęła jej przed oczyma i wyszła
pospiesznie z pokoju nie chcąc budzić Dawida.
Czekając jak zwykle na przydzielenie rejonu i rozdzielenie ulotek, zdał sobie sprawę jak szare musi być życie kiedy utraci się swoje marzenia.
Spoglądał właśnie teraz na kobietę dobrze po czterdziestce, pracująca na cały etat w tym samym fachu co on. Rozmyślał nad tym, jak to jest kiedy przyszły dobrze zapowiadający się, malarz czy jakikolwiek artysta, bo przecież on sam nim był - potknie się i upadnie. Upadnie i zostanie w takim bagnie jak to, całkowicie wyśmiany za marzenia jakie śmiał snuć. Jak nędzne musiało być życie, które obracało się wokół pieniędzy w tak marnym zawodzie, zawodzie bez jakichkolwiek możliwości samorealizacji. Nie, nie to tylko początek, to jego pierwsza praca, nie może rozpatrywać tego w ramach upadku. Potrzebuje tylko kilkudziesięciu złotych do uzbierania na nowy dysk twardy, później zajmie się na nowo malarstwem. Teraz nie ma na nie ochoty ani też czasu.
Wiatr przybierał na sile szarpiąc jego skórzaną kurtką na wszystkie strony, ciężkie, ciemne chmury zdążyły już przysłonić słońce nie pozwalając, lśnić mu swym blaskiem w samym środku
lata. Z nieba zaczął płynąć strugami deszcz, zrobiło się ciemniej jak gdyby ciemność miała
przysłonić łzy nieba. Na nic jednak dłonie zasłaniające zaczerwienione oczy kiedy z gardła wyrywa się jęk pełen bólu, pełen cierpienia okrzyk sprzeciwu wobec śmierci bogu ducha winnego młodego człowieka.
Piorun uderzył przecinając nieboskłon i oświetlając przy tym zatęchłą kamienice, której mieszkańcy chyba nie słyszeli o wynalazku Edison'a. Dawid szarpiąc automatycznym zamkiem zapiął kurtkę i ruszył pochylony w stronę budynku. Nacisnął na klamkę i pociągnął drzwi. Wiatr wyrwał je z rak
trzaskając nimi o futrynę. Chłopak odskoczył od drzwi przestraszony po czym zganił siebie za
własną głupotę i jeszcze raz, tym razem z całych sił pociągnął hebanowe drzwi do siebie. Kolejny
piorun przeciął niebo rozświetlając przy tym podwórze i samą kamienice - Bandrowskiego 6. Przecisnął się pospiesznie przez futrynę i oparł z westchnieniem o drzwi, które odgradzały go od
wzmagającego się z każda sekunda żywiołu. Na głowę posypał mu tynk, wiec pospiesznie
ruszył z miejsca i udał się w mrok korytarza.
Ciemny hol na parterze rozświetlała pojedyncza żarówka, najwyżej czterdziesto vatowa.
Pozostawiała większość korytarza nieoświetlonym, rozpędzając mrok tylko na kilka metrów.
Przygladął się przez chwilę żarówce, która teraz zaczęła co jakiś czas, gasnąć i na nowo zapalać się,
tylko po to aby chwile później wybuchnąć z rozdzierajacym hukiem, wyciągajac tym samym
chłopaka z letargu. Pogrążyła go ciemność, jednak pierwsze tchnienie paniki udało sie szybko
stłumić i szedł już na drugie piętro, kiedy pod jego nogami zgrzytało rozbite szkło. Za oknami
szalała burza, na którą nie miał najmniejszej ochoty wychodzić ale ten sadysta i tak każe im
skończyć pracę do końca. Zapowiadał się jeszcze długi wieczór.
Brudne ściany, ociekały na tym poziomie jakąś ciemno brązową cieczą, do nozdrzy Dawida
uderzył fetor, którego nie potrafił rozwiać wiatr, wdzierający się z takim zapałem przez
wychodzące na północ, niedomknięte okno. Zaciekawiony szedł dalej na górę, tym razem
uważając na każdy stopnień, na którym mógł kryć się Jezus. Rękawem kurtki okrył twarz, gdyż
smród był już nie do zniesienia. Odór musiał dobiegać z piątego piętra, tego samego, na które nie
udało mu się dotrzeć ostatnim razem. Od niechcenia rozwiesił jeszcze dwie ulotki na klamkach i
powoli zaczął wchodzić na piąte piętro.
W tej samej chwili coś uderzyło z przeraźliwym hukiem o ziemie, słychać było trzask pękającego
szkła, a zaraz potem przeraźliwie wycie wiatru.
Okno - pomyślał Dawid i postanowił zbierać się stąd jak najszybciej, za nim lokatorzy wyjdą ze
swych mieszkań i obwinią o zniszczenia nie burzę, a podejrzanego chłopaka szwędającego się po
ich klatce schodowej. Przeskoczył kilka następnych stopni, jednak na szczycie schodów odwrócił
się szybko ponieważ poczuł za sobą czyjąś obecność. Rozglądał się chwilę po korytarzu, chcąc
zdemaskować postać, jednak miast kogoś odnaleźć, zganił się za własną głupotę i nadwrażliwość.
Niby kto miał się do niego podkradać? Dozorca z łopatą chcący go przegonić?
Ruszył do mieszkania numer siedemnaście, jednak jego drogę przegrodziła jakaś postać. Rzuciła
się na jego twarz, powalając Dawida na ziemie. Chłopak szarpał się jak oszalały, próbując
ściągnąć z siebie napastnika. Wcisnął palce w jego koszule i odciągnął od siebie. Walczył z
zasłoną, która zerwała sie przy podmuchu wiatru z wybitego okna. Miał juz tego dosyć,
wychodzi stąd.
-Zaczekaj - drzwi jednego z mieszkań otworzyły się, wpuszczając na korytarz jasne, czerwone
światło - nic ci nie jest? Chyba trochę się potlukłeś, pomogę ci.
Mrużył oczy oślepiony, jasnym blaskiem, próbując dostrzec twarz zbliżającej się do niego
kobiety.
-Nie, nie trzeba, już wszystko w porządku to już drugi raz kiedy przewracam się na tym piętrze -
bagatelizował swoją sytuacje.
-Mieliśmy tutaj jeszcze jeden wypadek - pochyliła się nad nim, a on dostrzegł jej szlachetną
twarz o ostrych orlich rysach, siwe włosy zdawały się nie mieć końca, opadając kaskadą za jej
ramiona.
-Ktoś zlamał noge?
Wybuchła smiechem, który nie wzbudzał w Dawidzie żadnych przyjemnych odczuć, wyglądało
na to, ze drwi z niego.
- Vincit qui patitur, ta heretyczka to zupełnie inna historia, ona i tak już była stracona, mówiłam o
tobie i twoim koledze, który już tutaj jest.
-Co?
Poczuł wbijającą się w ramie igłę.
-Cicho, cicho dziecko, jeszcze przyjdzie czas na wyjaśnienia.
Kiedy się ocknął, wzrok był tak samo zamazany jak jego świadomość.
Gdzie ja jestem? Co się stało? Ile to już trwa?
Milczenie ponoć niekiedy bardziej wymowniejsze od słów, w tej chwili jedynie jeszcze bardziej
rozdrażniało Dawida. Spróbował wstać. I nic. Jeszcze raz i jeszcze, co się dzieje? Po chwili
zrozumiał, że siedzi w fotelu przepasanym pasami, które krępowały jego ręce i nogi.
-Co? Co to ma znaczyć…! ?
Zaczął energicznie szarpać się, aby odzyskać wolność.
Więzy trzymały jednak mocno, a on poczuł jak nagle zaczyna przesuwać się z fotelem, który
teraz mknął ku starodawnemu, ciężko ciosanemu kredensowi.
Zaczął przechylać się z jednej na drugą stronę, aby zachować równowagę i zawrócić inwalidzki
wózek z kursu. W ostatniej chwili przewrócił wózek na bok, uderzając głową o podłogę. Stracił
przytomność.
Ponowne przebudzenie nie było wcale lepsze od poprzedniego. Znajdował się w tym samym pomieszczeniu, jednak teraz kiedy był już bardziej świadomy swego położenia, mógł skupić się na otaczającej go rzeczywistości. Siedział na wózku, ustawionym przez kogoś na powrót na dwóch kołach. Długie, brązowe zasłony skutecznie blokowały promienie słoneczne, które teraz nieudolnie przebijały się aby rozświetlić chociaż odrobinę ten mroczny pokój. Czyżby był już ranek ? Przemknęła przez głowę myśl, zostawiając po sobie głęboką ranę. Uspokoił się szybko i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Cokolwiek co ułatwi mu ucieczkę jest na wagę złotą, a może więcej - jego życia?
Obrazy, najpewniej duplikaty dzieł Muncha zdobiły kremowe ściany. Żyrandol o co najmniej setce płonących nań świec sprawiał wrażanie, że nieuchronnie spadnie na jedwabny, krwisto czerwony dywan oblepiając przy tym płomieniem piękne starodawne meble. Figury świętych stojące na każdej z półek na pewno na nic nie zdadzą się Dawidowi. Chyba, że chłopak nabierze ochotę na modlitwę, która w obecnym położeniu, bądź co bądź była adekwatna - gdyż niczego przydatnego w ucieczce wzrokiem nie zdołał odnaleźć. Zaczął balansować ciałem tak aby wprawić wózek w ruch. Uginał się pod jego ciężarem, skrzypiąc i trzeszcząc, aż wreszcie poruszył się i powoli zaczął jechać przez pokój w stronę, ciemnych hebanowych drzwi. Jeżeli nawet uda mu się dojechać do nich wystarczy, że będą zamknięte na klucz i może zapomnieć o ich sforsowaniu. W tym stanie nie mógł pokonać przeszkody, która sprawiła by mu nie lada trudność gdyby dzierżył w wolnych dłoniach łom. Próbował wyciągać dłonie, jednak nie udało mu się nawet choćby o trochę poluzować, mocujących go więzów. Wygiął kark i zaczął muskać zębami gałkę, starając się ją przekręcić. Obrzydliwy metaliczny posmak, rozpływał się w jego ustach jak najbardziej alpejska czekolada. Schował w ustach sporą cześć gałki i kręcąc karkiem, próbował zrobić wszystko aby otworzyć drzwi.
Gdyby nie był tak bardzo przejęty swym nowym zadaniem, być może usłyszał by odgłosy
kroków dobiegające z holu. Chwilę później zamek w drzwiach przeskoczył, a gałka wraz z
boleśnie wykręconym karkiem Dawida przekręciła się.
Dawid jęczał przekleństwa, kiedy próbował wypluć z ust mosiężną klamkę. Szybki ruch i
przesunięcie drzwi pozbawiło go pary trzonowców, którymi teraz pluł pod nogi kobiety.
- Coś… tfffyy mmii zrobfffiła? - wypluwając zęby, mamrotał niewyraźnie.
- Ja tylko weszłam do swojego salonu, mam chyba do tego święte prawo, czyż nie? Usłyszałam szmery, wiec przyszłam sprawdzić co może powodować ten hałas.
- Czego ode mnie chcesz? Przecież niczego ci nie zrobiłem, jestem tylko cholernym roznosicielem ulotek!
- Vox clamantis in deserto, mój drogi - zabrzmiała. -Co?
-Nie ty jedyny i nie ty ostatni zostałeś wybrany przez Boga - uśmiechała się szeroko zadowolona
z osiągniętej przewagi.
Nie zwracając już uwagi na mamrotania Dawida, zaczęła pchać wózek wzdłuż holu.
Znowu klasyczny, staromodny styl. Wzdłuż wyłożonych brązową tapetą ścian biegły dziesiątki
półek, na których stały figury matki boskiej, krzyże i medaliony. Obrazy przedstawiające drogę
krzyżową Chrystusa towarzyszyły w jego własnej wędrówce.
Wózek jęczał i zawodził, jakby w proteście, tylko po to aby w końcu dać za wygraną i dojechać z
chłopakiem do małego pokoiku.
Gorące powietrze omiotło jego twarz, niosąc ze sobą odór stęchlizny i wosku.
Na wysadzanej karmazynowymi kafelkami podłodze leżał potężny, hebanowy krzyż, którego nie
powstydziłby się sam Chrystus. Michał Tarłowski partner Dawida do roznoszenia kuponów
promocyjnych leżał rozciągnięty na krzyżu. Był przywiązany nadgarstkami do krzyża, a stopy
miał przebite na wylot pojedynczym gwoździem, który nierozerwalnie łączył je razem. Na całe
jego szczęście już stracił przytomność zapewne na wskutek działania jakis środków nassennych
czy zbijająch ból leków. Ta suka znała się na chemii ogranicznej - pomyślał smętnie Dawid
spoglądając na ramie, w które wbiła wcześniej swoją igłe.
- Twój przyjaciel już wyraził chęć nawrócenia! Teraz jego ciało zostanie poświęcone po to aby dusza została zbawiona, i już oczyszczona powędrowała przed oblicze stwórcy! - Krzyczyała z emfazą kobieta. Złożywszy dłonie na ramionach Dawida, spojrzała mu głęboko w oczy i zapytała; „Czy chces dostąpić Łaski Bożej?”
- Co!? To nie jest Bóg!
- Michał zgodził się przyjąć sakramenty i dostąpić do oczyszczenia, wybrał je po to aby móć przeżyć, aby żyć wiecznie! Czy chcesz skazać swoją dusze na wieczne potępienie!?
- Pierdol się nie umre w taki sposób - splunął na twarz kobiecie.
Jej twarz skamieniała, powolnym ruchem dłoni starła z twarzy zawiesine i odwróciła się plecami do Dawida. Siedział na wózku inwalidzkim, a kneblujące go więzy uniemożliwiły odwrócenie głowy na tyle aby nie patrzeć na przyjaciela, którego pierś pod wpływem oddechy unosiła się równomiernie. Nie mógł również dostrzec co ta wariatka robi za jego plecami, grzebiąc zapewne w szufladach w pomieszczeniu obok. Jego bujna wyobraźnia dała o sobie znak podsuwając mu makabryczne obrazy. Widział ją z wielkim rzeźnickim nożem w dłoni, gotową do poderżnięcia mu gardła, wyobrażał sobie, że za chwile wejdzie do pomieszczenia z różańcem w dłoni i krzyżem, którym go później wykończy. Zaczął się miotać na wózku i wrzeszczeć niemogąc cały czas uwierzyć, że to on jest bohaterem tej sceny wydarzenia, które powinny mieć miejsce w kinie lub książce, ale nigdy przenigdy w życiu, a już na pewno coś podobnego nie powinno spotkać go osobiśćie.
- Wszystko zostało już przygotowane jak należy, wędrowcze już za chwilę się tobą zajmiemy -usłyszał zbliżające się kroki i chwile później stanęła przed nim kładąc skórzaną walizkę na jego kolanach. Otworzyła ją tak aby nie mógł dostrzec co jest w środku i chwile grzebała w jej wnętrzu marszcząc w zamyśleniu czoło. Po chwili w istocie zaczęła wyciągać z walizki noże, w tym tasak o którym wcześniej rozmyślał Dawid. Zaczęła układać sprzęt na podłodze i zamknęła walizke kiedy już wszystko było gotowe. Rozejrzała się powoli po pomieszczeniu jakby czegoś szukając.
- Nieeee! Nie rób tego! Mam pieniądze, wypuść mnie! Dostaniesz wszyzstko czego chcesz… mam pieniądze, cholera…. - powtarzał w histerii, która wzmagała się im dłużej spoglądał na niewątpliwie doskonale wyostrzone noże.
- Pierdole twojego Chrystusa! Pierdole go słyszysz ty głupia kurwo!? Przybiegła pospiesznie wymierzając mu policzek i wprawiając go w oszołomienie.
- Milcz! Milcz grzeszniku, nie kalaj tego świętego domu swymi plugawymi słowami! Przyniosła ze sobą kilka czarnych całunów, którymi zaczęła zakrywać w pokoju wizerunku Matki Boskiej, świętych i Chrystusa. Największym kawałkiem materiału okryła wreszcie krzyż na którym spoczywał Michał. Dawidowi przypominało to ścielenie łożk, albo okrywanie przez matke dziecka, które pod kołdrą i delikatnym, czułym dotykiem zapadało w spokojny sen. Wieczny sen.
- KURRRWAA!!!!!!!!!! Wypuśc mnie do cholery, wypuść mnie!!!
Kiedy już wszystkie obrazy i figury w pokoju były zasłonięte, kobieta spokojnym niczego niemówiącym krokiem podeszla do Dawida i wbiła mu nóż o wąskim ostrzu prosto w gardło. Umarł szybko, krztusząc się i bryzgając krwią na podłoge.
- Współpraca z panią to czysta przyjemność - białe zęby dyrektora pizzeri błyszczały w świetle letniego słońca - od razu wiedziałem, że podjęcie takiej decyzji przez personel było właściwe. Rozumie pani, że konsulatacja ze mną była już czystą formalnością?
- Asinus asinorum… - mruknęła ledwo co poruszając ustami.
- Proszę?
- Oh nic takiego, dziękuję za podjęcie ze mną i moja organizacją współpracy.
- Jeżeli ceny mięsa i jego jakość pozostaną bez zmian to będzie dopiero początek. Restauracje z całej Warszawy wykażą zainteresowanie pani wyrobami.
- Pecunia non olet - skinęła głową kobieta - pozostaniemy w kontakcie.
Dyrektor wyciągnął dłoń chcąc przypieczętować umowe uściskiem dłoni, jednak kobieta odwróciła się napięcie i odeszła kierując się ku przejściu dla pieszych.
Mężczyzna jeszcze przez chwile spoglądał za nią niemogąc się nadziwić jak ludzie potrafią być głupi. Salami, które dostawał od tej dziwaczki było wyborne i za tą jakość mogłaby podnieść cene co najmniej dziesięciokrotnie. Cóż, do czasu kiedy klienci nie skarżyli się na jakość usług, nie miał zamiaru rezygnować z układu. Odwrócił się w strone restauracji i powolnym krokiem ruszył ku jej wnętrzu. Chwilę później do pizzeri wszedł przygarbiony nastolatek, który przekraczająć próg spojrzał trwożliwie po pomieszczeniu.
- Część Gustaw! To co zawsze?
Gustaw skinął niepewnie głową, usiadł przy stoliku położonym w kącie sali i już po chwilii pałaszował świeżo podaną pizze.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -