Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Portierska Opowieść

Robert Cichowlas
Dariusz Łowczynowski

Punktualnie o dwudziestej trzeciej biurowiec Przedsiębiorstwa Robót Komunikacyjnych przy ulicy Chłapowskiego opuścił ostatni pracownik. Był nim ekscentryczny doktor Krajch z działu Biura Inżynierii Transportu. Zwykle kończył pracę dopiero wtedy, gdy paczka papierosów na jego, zawalonym papierzyskami, biurku zaświeciła pustką. Tym razem stało się to wyjątkowo wcześnie.
Drzwi windy rozsunęły się i mężczyzna ruszył wzdłuż holu, kierując się do wyjścia na parking. Mijając portiernię, machnął Jankowi ręką na pożegnanie. Chwilę potem zagrzmiał silnik jego nowiuśkiej vectry. Odjechał z piskiem, trących o asfalt, opon, czym wzbudził w portierze spory niesmak. Zdaniem Janka mężczyźni tak wykształceni i inteligentni jak szanowny doktor Krajch, nie powinni postępować jak zgraja młodzików, dla których wywołanie najcichszego pisknięcia opony, stanowi najlepszy afrodyzjak na młode nastolatki w krótkich do połowy pośladków spódniczkach i butach na piętnastocentymetrowym obcasie. Wnuk Janka nazywał takie panny „blacharami”. Trafne określenie - myślał Janek. Gdyby jeszcze wiedział co oznacza.
Usadowił się wygodnie w lekko wyeksploatowanym fotelu i wyciągnął nogi na biurku. Ziewnął szeroko. Cisza działała na niego kojąco. Przez chwilę myślał o tym, aby się zdrzemnąć. Tylko pół godzinki. No... może godzinkę. Szybko jednak oprzytomniał. Tej nocy miał wrócić z Warszawy prezes zarządu. Jego mieszkanie znajdowało się w sąsiednim budynku. Czubek, lubił zaskakiwać. Kontrolował portierów w najmniej oczekiwanych momentach, zazwyczaj po powrocie z delegacji.
Lepiej szybko zapomnij o drzemce - mruknął do siebie Janek, mając nieodparte wrażenie, że prezes odwiedzi go właśnie tej nocy. Nie da mu powodu do satysfakcji. Będzie rześki jak po lodowatej kąpieli. Na myśl o tym, uśmiechnął się, po czym poruszył głową w prawo i w lewo, rozluźniając ścierpnięte mięśnie.
Sięgnął do książki zdawczo - odbiorczej posterunku i pobieżnie przejrzał rubrykę "Uwagi". Koledze z dziennej zmiany najwidoczniej dokuczała nuda, bo wyszczególnił wszystkie miejsca w trzynastokondygnacyjnym biurowcu, w których przepaliły się żarówki. Poniżej dołączył adnotację o treści: "Powiadomidź dział techniczny".
Żałosny, zgredziały analfabeta. Niech sam gada z idiotami z technicznego.
Zamknął książkę i włączył radio. W głośnikach zatrzeszczało, zarzęziło, po czym rozbrzmiało Radio Maryja. Młody lekarz o piskliwym głosie wypowiadał się na temat sposobów leczenia cukrzycy u noworodków. Co jakiś czas przerywał, wzdychał głęboko, po czym drążył temat dalej, a jego głos coraz bardziej przypominał dźwięk trącego o talerz noża.
Wybrał inną stację i pogłośnił odbiornik. Uwielbiał przeboje z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Chwała Bogu za Radio 88,4 FM, pomyślał, podnosząc się leniwie z fotela. Pójdzie na obchód, a potem zaparzy kawę. I dalej będzie słuchał muzyki.
A zresztą... pieprzyć obchód.
Miał właśnie z powrotem rozsiąść się w fotelu, kiedy jego umysł nawiedziła myśl o wielkim powrocie prezesa.
Do diabła... - Niechętnie ruszył w stronę holu głównego.
Tylko biurowiec. Sprawdzi, czy na pierwszych kilku piętrach wszystko gra i czy drzwi od kibli są pozamykane. Nie będzie się szwendał po parkingu, ani zaglądał do kotłowni. Ostatnim razem omal nie złamał nogi. Cholerne, wiecznie oblodzone schody!
Wjechał windą na szóste piętro, gdzie przemierzył wszerz i wzdłuż, wyłożony paskudnym, zielonym dywanem, hol. Wszystko grało. Drzwi od gabinetów i kibli były szczelnie pozamykane, w żadnym z zamków nie tkwiły klucze. Na piątym piętrze zgasił światło, na czwartym zatrzasnął drzwi od toalety, na pierwszym zamknął okno i spuścił żaluzje.
To się nazywa prawdziwa robota - westchnął i zszedł na parter. Musiał jeszcze zajrzeć na poziom minus jeden, gdzie mieścił się pokój sprzątaczek, archiwum i piwnice. Nie lubił tam schodzić. Temperatura zimą na minus jedynce nigdy nie przekraczała pięciu stopni.
Gdy pchnął solidne, drewniane drzwi, lodowate powietrze zmroziło go od stóp po głowę. Zadrżał.
- Brrr.
Zapalił światło. W jednym rogu holu stały dwa stare krzesła i okrągły stolik. W drugim, zardzewiała lodówka i zbutwiałe biurko. Na każdym kroku człowiek potykał się o stojaki z popielnicami, wypełnionymi po brzegi petami. Odkąd prezes ogłosił zakaz palenia w gabinetach, poziom minus jeden przyjął miano oficjalnej palarni.
Janek zszedł na dół. Odór środków czyszczących wżarł się w jego gardło. Zakaszlał i ruszył wolno długim holem. Metalowe drzwi po obu stronach były zamknięte na klucz. Na każdych widniało to samo ostrzeżenie: TRUTKA PRZECIW SZCZUROM WYŁOŻONA, GROZI NIEBEZPIECZEŃSTWO OTRUCIA LUDZI I ZWIERZĄT.
Dotarł do końca holu i sprawdził, czy sprzątaczki pozamykały drzwi. Zdarzało się, że któraś zapominała ich zakluczyć. Gdy ginęły rolki papieru toaletowego, worki na śmieci, czy mydła, oskarżenia zawsze padały pod adresem portierów. Cholerne skurczybyki, myślą sobie, że pieprzonego portiera nie stać na papier do dupy? Zrobił kwaśną minę, następnie zajrzał do maleńkiej, obskurnej toalety. Smród niemal go powalił. Wstrzymał powietrze, ale to niewiele pomogło. Umysł zapamiętał zapach, a to wystarczyło, by czuć gówno nawet na bezdechu. Zamknął drzwi i wypuścił ze świstem powietrze.
- Jak one tu, do diabła, mogą srać? - mruknął, obrzydzony.
Czas wracać. Zaparzy kawę i posłucha radia. Potem poczyta książkę, albo porozwiązuje krzyżówki. Jeśli prezes nie wróci do trzeciej, zdrzemnie się pół godzinki. No, może godzinkę.
Ruszył powoli w stronę wyjścia. Ostre światło jarzeniówek raziło oczy. Następnym razem w ogóle nie będzie zapalał światła. Ponoć światło z tych cienkich najbardziej daje po oczach. To nie to, co z grubszych, jakie montują teraz w nowoczesnych biurowcach. Można przez godzinę wbijać wzrok w lampę bez uszczerbku na wzroku.
Zatrzymał się przy drzwiach od archiwum. Był pewny, że coś usłyszał. Jakiś cichy szelest.
Wytężył słuch, przykładając ucho do drzwi. Były zimne, aż drgnął. Cholerne gryzonie, pomyślał, pocierając policzek. Dookoła roiło się od trutek, a skurwesyny wciąż jak nowonarodzone. Będzie musiał sporządzić notatkę i osobiście ją przekazać prezesowi. Ilekroć gadał z kierownikami administracji i działu technicznego, słyszał, że sprawa zostanie szybko załatwiona. Tymczasem olewali swoje obowiązki. No jak tak można? Napomknie o tym prezesowi i przestaną się obijać. Krótka piłka, inaczej, jak widać, nie da się tego załatwić.
Znowu ten szelest. I cisza.
Janek zmarszczył brwi i ponownie zbliżył ucho do drzwi. Nie usłyszał jednak żadnego dźwięku, nawet najcichszego pisku tych włochatych gnojków.
Chrząknął, po czym opuścił hol, zgasił światło i zamknął szklane drzwi. Następnie udał się na portiernię i sięgnął po książkę zdawczo - odbiorczą. Otworzył na właściwej stronie i w rubryce "Uwagi" wpisał informację o, grasujących w piwnicy, szczurach.
Pół godziny później sporządził notatkę. Z szerokim uśmiechem Wręczy ją temu palantowi - prezesowi. Niech no tylko się pojawi, gburowaty sukinsyn.
Słuchając radia, walczył z chęcią ponownego zejścia do piwnicy.
A co, jeśli to nie były szczury? Nie słyszał żadnych pisków. Tylko szelest. Może jakiś worek z dokumentami się przewrócił i narobił hałasu?
Zaczął przeglądać książkę zdawczo - odbiorczą w nadziei, że któryś z jego zmienników wspomniał o szczurach, ale po przewertowaniu kilkudziesięciu stron, nie znalazł niczego, co mogłoby potwierdzać jego obawy.
Dopiero, kiedy rzucił książką w kąt biurka i ta otworzyła się na pierwszej stronie, zobaczył niewielką kartkę. Ktoś napisał drukowanymi literami: SZCZURY W PIWNICY. POWIADOMIDŹ TECHNICZNY. Poniżej widniał podpis - Stanisław Lirejski, oraz przedwczorajsza data.
No... zatem nie mylił się. To rzeczywiście były te cholerne gryzonie. Słyszał je nawet ten zgredziały analfabeta, dla którego pójście na obchód oznaczało trzydzieści straconych minut. Minut, które można poświęcić na modlitwę z Radiem Maryja.
Oparł się wygodnie w fotelu i przymknął oczy. Zdrzemnie się. Tylko pół godzinki, no, może godzinkę. A potem zacznie wypatrywać prezesa.

***

Kilka dni później, wchodząc na portiernię, zesztywniał. Musiał kilkakrotnie zamrugać oczyma, by wreszcie przekonać się, że wzrok go nie myli. Na posterunku siedziała Ela Gilowska. Och, jak on nie znosił tej starej mendy. Wydawało jej się, że pozjadała wszystkie rozumy i że może sterować kim tylko zechce. Czepiała się o byle gówno. A bo ktoś nie opróżnił kosza, a bo nie odkurzył dywaniku, a bo nie wymienił wkładu w długopisie. Stara jędza, co ona robiła w dniu, kiedy służbę powinien sprawować Lirejski?
- Lirejskiego nie ma - poinformowała sucho.
- Jak to nie ma?
- A skąd mam wiedzieć? Zniknął wczoraj, nawet nie zdał służby.
- W trakcie służby zniknął??
- Zostały jego rzeczy. Zresztą ja nie wiem, dziś rano zadzwonili do mnie z biura komendanta i kazali przyjść na dniówkę.
Ta, chłop zniknął w trakcie służby? Czarna mamba! Jaja sobie z niego robi.
- No co się tak patrzysz? Alkoholik pewnie się spił i zasnął w jakiejś melinie. Szuka go policja. Tu sprawdzili najpierw. Zresztą nie moje małpy, nie mój cyrk.
Wstała z fotela i zdjęła firmową marynarkę. Na jej twarzy gościł krzywy uśmieszek.
Janek oparł się o ścianę. Starał się nadążyć za własnymi myślami.
- Szuka go policja? Tylko tyle wiesz?
- Dokładnie tak - odparła, zarzucając torebkę na ramię - Zresztą, kogo to obchodzi? Ważne, że załatwili nam zmiennika i nie musimy robić nadgodzin. W książce masz kilka uwag, przestudiuj uważnie.
Zanim opuściła portiernię, wyszczerzyła do niego krzywe, zżółknięte zębiska i powiedziała:
- Prawie bym zapomniała. Te twoje szczury... - zarechotała - Był jakiś garbaty facet i powysadzał je wszystkie w powietrze.

***

Zniknął? Szuka go policja? O czym ta stara wiedźma pierdoli?
Janek nadął wargi i wbił wzrok w ciemność za oknem. Kiedy ostatni raz Lirejski pojawił się w pracy? Przedwczoraj. Tak, na pewno przedwczoraj. Zmieniali się. Facet sprawiał wrażenie odizolowanego od rzeczywistości, ale nie było w tym nic dziwnego. Zawsze taki był - posępny, mrukliwy. Totalny flegmatyk.
Zmartwił się. A co, jeśli Lirejski rzeczywiście zniknął? Gdzie mógł być? Wiedźma coś pokręciła. Albo nie powiedziała mu wszystkiego. Niech szlag trafi takie, jak ona. Zdenerwował się. Mógł zadzwonić do żony Lirejskiego, tylko po co? Może stary piernik wrócił już do domu. Miałby niezły ubaw z Janka. "Martwiłeś się o mnie? No nie mogę!". A bo to pierwszy raz wywinął taki numer? W zeszłym roku zostawił współpracownika samego i wyskoczył w trakcie służby nad jezioro, na ryby. Cwaniak oczywiście wrócił przed zdaniem posterunku. Może teraz zdarzyło się coś podobnego?
Chciał wierzyć, że zmiennik jest już w domu. Pewnie jutro wszystko się wyjaśni, pomyślał. Wyprostował nogi i pogłośnił odbiornik. Sięgnął do szafki po książkę, ale nijak nie mógł skoncentrować się na czytaniu. Litery rozmywały się, szalały po stronicach jak małe myszki, aż wściekł się i rzucił knigę na biurko.
Pójdzie na obchód i pozbiera myśli. Potem zadzwoni do żony i zapyta, czy wszystko w porządku. Zawsze pytał o to samo. Co robiła? Jak się czuła? Kiedy pójdzie spać? A ona zawsze to samo odpowiadała. Oglądam tv. Pójdę wziąć prysznic. Położę się po filmie. Ot, rutyna starego, dobrego małżeństwa.
Wstał i poczłapał na hol. Zapalił światło, po czym ruszył schodami na pierwsze piętro. Tam też zapalił światło. Rozejrzał się. Sprawdził, czy drzwi od gabinetów są pozamykane. Westchnął i wszedł na kolejne piętro. Zapalił światło. Sprawdził drzwi.
Na ostatnim piętrze usłyszał szum wody. Wlazł do łazienki i zakręcił kurek. Cholernie wykańczająca robota - pomyślał, następnie zszedł na parter, pogrążając uprzednio hole w ciemnościach. Chwilę zastanowił się nad zejściem do piwnic. Jakoś nie potrafił się przemóc by pójść tam na pierwszym obchodzie. Potem – westchnął.
Wrócił do stróżówki, przekręcił gałkę radia. Przeklął stara wiedźmę, która przestawiła jego ulubioną radiostację. Szybko ustawił na 88.4 FM. Z głośników miniradyjka o betonowej wsi ryknęła Małgorzata Ostrowska. Uśmiechnął się, bardzo lubił stary poczciwy Lombard.
Nastawił wodę na herbatę, wyciągnął z torby kanapki. Znowu pomyślał o Lirejskim. Przecież nawet go nie lubił. Jeśli istnieje jakaś solidarność w tym fachu, to chyba właśnie odkrył w sobie zdolność do współodczuwania. Jeszcze raz zebrał w myślach wszystkie fakty. Przeanalizował na spokojnie. Zerknął do księgi posterunku, czy czasem Lirejski nie zostawił jakiejś służbowej notatki. Ostatni wpis widniał o 2:05 – „Patrol obiektu – bez uwag”. A potem już żadnego meldunku, jedynie służbowa adnotacja chłopaków z grupy interwencyjnej, a rano wpis komendanta. Musiał tu być niezły młyn. Szymutko pewnie się zdziwił, gdy przyszedł rano do pracy. Przez chwilę rozważał czy nie zadzwonić do kumpla by wypytać go o szczegóły. Ten pewnie powiedziałby więcej niż Gilowska. Zdecydował, że jednak odpuści. Nie chciał, żeby ktoś potem przykleił mu łatę plotkarza. Zbyt dobrze znał pracę w tym zawodzie. Najlepiej nie interesować się niczym, co wykracza po za obowiązki pracy. Robić swoje, a opinie zachować dla siebie. Czasem tylko żonce musiał się poskarżyć. No właśnie, Irena. Z menu telefonu wybrał domowy numer.

***

Dochodziła dwudziesta trzecia gdy ziewnął po raz pierwszy. Nadchodziła jego kryzysowa pora. Pierwsze łamanie. Janek powoli podniósł się z krzesła. W jego wieku nagłe zrywy groziły zawrotami głowy, albo czymś znacznie gorszym. Chciał jeszcze pożyć na emeryturze. Właściwie wcale nie musiał dorabiać. Górnik po dwudziestu pięciu latach na dole nie narzekał na kiepską kasę. Nie o pieniądze chodziło. Bał się wygodnych kapci i tele zakupów Mango. Poczucia, że już nic nie musi. Praca była celem samym w sobie.
Cholerna piwnica – mruknął. Nieraz zaniedbywał obchody, jako stary stażem pracownik mógł sobie na to pozwolić. Wiedział kiedy. Niemal szóstym zmysłem wyczuwał problemy. Tym razem czuł niewielki uścisk w żołądku i dlatego koniecznie musiał sprawdzić piwnice. Inaczej byłby niespokojny do rana.
Za każdym razem, gdy schodził na minus jedynkę, odór środków czyszczących wywracał mu żołądek na drugą stronę. Chyba nigdy się do niego nie przyzwyczai. Zaświecił światło. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Ponownie zlustrował holl i ruszył w stronę archiwum. Spod jego drzwi wydobywała się jaskrawo fioletowa poświata. Ki czort? - syknął. Co za cap szwendał się po archiwum i nie zgasił światła? No przecież nie sprzątaczki. Niezgaszone światła, niedokręcone kurki w kranach, uszkodzone spłuczki w kiblach - to dla niego żadna nowość. Nieraz przeklinał lekkomyślność i niedbalstwo pracowników. Wkurzała go polityka – jak za coś nie płacę to nie muszę tego szanować. Nagle zatrzymał się. Nie, nie pomylił się. Z archiwum oprócz światła dobiegało dziwne miarowe buczenie. Delikatnie nacisnął na klamkę metalowych drzwi. Ustąpiła. Janek wziął głęboki oddech i zdecydowanym ruchem szarpnął za klamkę. W drugiej dłoni mocno dzierżył trzonek długiej latarki, która teraz musiała mu służyć za potencjalną broń. Wpadł do środka w pełni gotów stawić czoła włamywaczowi czy innej mendzie. Co do kurwy... - stanął jak wryty.
Zrobił kilka kroków w tył i wpadł na biurko. Z wrażenia, aż usiadł na drewnianym blacie.
Na ścianie, w miejscu gdzie zawsze stała metalowa szafa ze starymi segregatorami widniała pionowa wyrwa o długości około dwóch metrów. Właściwie to rozrywała ścianę od góry do dołu, jednak nie uszkadzając jej. Mur przypominał rozciętą przez środek kartkę papieru, a z wnętrza otworu sączyło się jaskrawo fioletowe światło. Blask zdawał się żyć. Wyrwę okalały delikatne paski fioletowej poświaty, które lekko falowały w takt brzęczącego dźwięku.
Janek sięgnął do paska spodni. Szybko i sprawnie odpiął skórzaną kaburę i wyjął radiotelefon. Przekręcił gałkę. Ostry pisk przeszył powietrze. Portier upuścił urządzenie odruchowo łapiąc się za uszy. Fioletowe paski, zatańczyły wściekle niczym świeżo wykopana przynęta na ryby. Światło z wnętrza otworu migotało coraz intensywniej. Wraz z pulsacją narastał uporczywy dźwięk. Janek poczuł jak serce łomocze mu w piersi. Uklęknął i sięgnął po radiotelefon. Bezskutecznie przekręcał pokrętło to w prawo to w lewo. Odbiornik nie działał. Wiedział, że powinien się wycofać i pobiec do portierni by zadzwonić do dyspozytora. Nie wiedział tylko co mu zgłosić. To co obserwował wykraczało poza wszystko co dotychczas widział i nie mieściło się w jego granicach pojmowania rzeczywistości.
Ciekawość wzięła górę. Ostrożnie zbliżył się do dziwnej anomalii. Wyciągnął w jej stronę latarkę i zbliżył ją do pulsującego wnętrza wyrwy. Świetlne paski zareagowały na ruch i delikatnie oplotły podłużny przedmiot. Janek próbował cofnąć latarkę, ale poczuł najpierw delikatny a potem coraz silniejszy opór. Im bardziej szarpał tym większy czuł opór. Jego żołądek kurczył się jak oszalały. Zdawał się krzyczeć: zostaw to, uciekaj - ale właściciel był zawzięty i nie chciał tak łatwo się poddać. Nie będą mu tu jakieś pieprzone świetlne glisty odbierać służbowego sprzętu. Szarpnął z całych sił. Reakcja była natychmiastowa. Poczuł, że bezwładnie leci do przodu. Dziwaczne mackowate odnóża błyskawicznie oplotły jego ramiona i pociągnęły go wewnątrz świetlnej wyrwy. Nawet nie zdążył krzyknąć.

***

Gdy otworzył oczy w jednej chwili został oślepiony fioletowym światłem. Podniósł się niezdarnie. Wydychane powietrze zdawało się mieć inny skład. Było dziwnie ciężkie, lepkie i rozrzedzone. Duszne. Im bardziej starał się zaczerpnąć tchu, tym mniej pobierał tlenu. Był o krok od paniki. Stary, tylko spokój cię może uratować – potarzał w duchu. Powoli przyzwyczajał się do ciężkiego powietrza i intensywnego, rażącego światła. Oddychał płytko i równomiernie, ale i tak czuł silne zawroty głowy. Dobrze, ze już nie palę – w duchu pogratulował sobie decyzji podjętej kilkanaście lat temu. Mrużąc powieki rozejrzał się wokół. Najpierw zlokalizował źródło światła. Tuż nad sklepieniem wisiał jarzący się trójkątny kształt. Przypominał trochę różany pąk. Janek szybko odwrócił wzrok, czuł jakby wpatrywał się w słońce. Oczy paliły go od bólu. Powrócił do badania dziwnej jaskini.
Sklepienie i ściany pokryte były jakimś fluorescencyjnym nalotem. Wszystko w tej pieprzonej jaskini lśniło i jarzyło się barwami fioletu. Gdzie on do cholery wlazł? W kilku miejscach ściany pokryte były świecącymi bliznami. Im dłużej się temu przyglądał tym większej nabierał pewności, że to zasklepione szczeliny, identyczne jak w archiwum. Czy to możliwe, że znajdował się po drugiej stronie wyrwy? Po drugiej stronie, czyli gdzie? Żołądek i trzewia paliły go żywym ogniem. Strach złapał za krtań, a po plecach rozlazło się mrowisko. Czuł, że ta historia nie będzie miała happy endu, że nie wróci do domu. Spokój – skarcił się w myślach. Najpierw rozpoznaj teren, zlokalizuj ewentualne zagrożenie i znajdź wyjście.
Przez to jaskrawe światło nie był w stanie ocenić rozmiaru groty. Wydawała mu się olbrzymia. Żeby określić jej wielkość musiałby ją obejść wokół i taki właśnie miał zamiar. Ostrożnie zbliżał się do najbliższej ściany. Poczuł, że coś lepkiego wlało mu się do buta. Całe podłoże oprócz tego, że intensywnie lśniło, pokryte było mazistą breją. Obrzydzenie wzięło górę, poczuł, że kolacja podeszła mu do gardła. Zwymiotował. Gdy pozbył się zawartości żołądka ruszył przed siebie. Brnąc po kostki w kleistym podłożu w końcu dotarł do ściany. Ostrożnie przejechał palcami po jej powierzchni. W dotyku wcale nie przypominała skały, a raczej coś miękkiego, jakby ze skóry. Delikatna materia poddawała się i uginała pod naciskiem palców. Zbadał jedną z licznych szram, które wyglądały jak zagojone blizny. Były twarde i chropowate, ale niektóre przypominały pokryte strupem świeżo zasklepione rany.
Powoli zaczynał składać fakty. Hipotetyczne wnioski nie spodobały mu się. Nigdy nie przepadał za science fiction, gdyż uważał, że to gatunek dla życiowych niezdar i marzycieli. To co tu oglądał nijak nie pasowało mu do relacji z wyprawy National Geographic, a raczej na odcinek jakiegoś pieprzonego Star Treka, którego zagorzałą fanką była jego najmłodsza córka.
Nagle dostrzegł coś znajomego. Ten oblepiony mazią kształt mógł być tylko jednym. Metalową szafą z archiwum! Przetarł rękawem kawałek powierzchni - i tak był cały uwalony tym fioletowym gównem, więc było mu wszystko jedno. Tak, to z pewnością szafa. Nie spodobały mu się tylko te paskudne szramy biegnące w poprzek niej. Na pewno nie zrobiły ich sprzątaczki, ani nikt z pracowników komunalki. Na wspomnienie znajomych realiów wzdrygnął się. Boleśnie uświadomił sobie, że to nie jego rzeczywistość, nie jego świat. Czy jeszcze kiedyś poczuje delikatne muśnięcie warg Ireny? Jej dotyk i zapach? Omal się nie rozpłakał.
Weź się w garść, do diabła – warknął w duchu. Weź się w garść i wypierdalaj stąd.
Dał krok w tył, odwrócił się na pięcie i żwawo ruszył przed siebie. W jego głowie kotłowały się dziesiątki pytań. Czym były te paskudne macki, które wciągnęły go do groty? Co mu zrobiły? Jak długo był nieprzytomny? I czy w ogóle stracił świadomość? Co tu się, do kurwy nędzy, dzieje?
Z trudem przełknął ślinę. Nagle coś usłyszał. Wstrzymał oddech. Zatrzymał się.
Dźwięk dobiegał zza jego pleców. Bał się odwrócić by sprawdzić co to takiego. Podświadomość podpowiadała mu, że nie jest w tym przeklętym miejscu sam. Coś kleiło mu się do butów. Znów ta maź. Była wszechobecna. Podrygiwała niczym galareta. Istna groteska. Wymieszana z pieprzonym absurdem.
Wynoszę się stąd!
Zaczął biec. Po chwili poślizgnął się i omal nie wyłożył w tym całym otaczającym go gównie. Fluorescencyjna galareta zdawała się żyć pod jego stopami. Wzdrygnął się w biegu. Przyśpieszył. W oddali dostrzegł snop jasnego światła. Wyjście!
Jeszcze tylko trochę, powtarzał w duchu. Wytrzymaj jeszcze trochę. To wszystko zaraz się skończy. Jeszcze tylko...
Coś podążało w jego stronę. Coś niezwykle szybkiego, szeleszczącego, pomrukującego złowrogo.
Było tuż za nim. Co to jest, na boga?
- Nie... - jęknął przerażony i zatrzymał się. To coś najwidoczniej uczyniło to samo, bo dźwięki jakie wydawało sunąc za nim, ucichły.
Janek powoli odwrócił głowę. Ten ruch zdawał się trwać całą wieczność. Po nim nastąpiła absolutna konsternacja. To, co ujrzał portier przekraczało wszelkie granice zdrowego rozsądku. Było absolutnie odrażające i intrygujące zarazem. Janek stanął jak wryty. Zdołał wydobyć z siebie tylko ciche:
- Jezu.
A potem rozchylił usta i podniósł głowę. Gigantyczne szczękoczułki wiły się zaledwie metr przed jego głową. Połyskujące, czarnofioletowe nogogłaszczki poruszyły się, zazgrzytały donośnie, po czym znieruchomiały.
To był pająk. Monstrualny, oślizgły pająk. Chitynowe odnóża grzęzły w mazistej breji, uginały się pod ciężarem czarnego jak smoła odwłoka, po czym naprężały i znów uginały się.
Pająk wpatrywał się w Janka swoimi wielkimi żółtymi ślepiami. W pewnej chwili drgnął nieznacznie. Tylne odnóża naprężyły się i nawet Janek, kompletny laik z zakresu arachnologii, uzmysłowił sobie, co się za moment wydarzy.
Stwór szykował się do ataku.
- Już dobrze - szepnął Janek - Już dobrze. Już mnie tu nie ma.
Dał krok w tył, poślizgnął się, ale nie upadł. Przełknął ślinę. To coś wbijało w niego ślepia, było gotowe do skoku.
Opętał go strach. Był to moment, w którym w pełni uzmysłowił sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Koniec był blisko. Nadchodził z każdym, nawet najbardziej nieznacznym ruchem gigantycznych nogogłaszczek.
Pająk był realny. Bezapelacyjnie realny, a cała grota nie była żadnym pieprzonym s-f.
Roztrzęsiony Janek zdołał wykonać kolejny krok. I wtedy puściły mu zwieracze. Zesrał się w majtki, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Poczuł falę gorąca wędrującą wzdłuż prawej nogi, ale nie zareagował. Dopiero kiedy poczuł odór własnego gówna, dotarła do niego szokująca prawda. Przerażony chciał krzyknąć, ale wydał z siebie tylko zdławiony jęk, czym sprowokował stwora do natychmiastowej reakcji.
Pająk podniósł gigantyczny odwłok, poruszył odnóżami i rozczapierzył szczękoczułki. A potem rozległ się skrzek tak głośny, że Jankowi omal nie popękały bębenki w uszach. Przypominał dźwięk rozdzieranego metalu, kiedy dwa samochody pędzące z zatrważającą prędkością nagle zderzają się ze sobą. Tak może brzmieć skowyt demona z dna piekieł, albo wrzask samego diabła.
Mężczyzna zesztywniał. Niezdolny do najmniejszego ruchu, mógł tylko czekać na to, co nastąpi.
Irena - wykrztusił w myślach - Irena...
Stawonóg zaskrzeczał ponownie, a ziemia pod nim jakby zadrżała. Jankowi ugięły się nogi. Upadł. Poczuł niemożliwy do opisania ból w klatce piersiowej. Zacisnął zęby, ale ból trwał nadal. Był coraz intensywniejszy. Coś zgniatało mu serce. Coś nieskończenie silnego rozrywało mu pikawę.
Zawał. Mam zawał...
Zacharczał. Wstrzymał oddech. Jeszcze mocniej zacisnął zęby. W kącikach jego ust pojawiła się krew.
Ostatnia myśl, jaka rozbłysła w jego głowie była taka, że umiera i że nie zdoła poinformować o tym Ireny.
Irena... Moja kochana...
Runął twarzą w fioletową breję i niemal natychmiast stracił świadomość.
Monstrum syknęło niczym lokomotywa, po czym zbliżyło się do ciała. Z otworu gębowego ściekała ślina oraz charakterystyczna fioletowa maź.. Żółte jak ropa oczy taksowały ofiarę przez minutę albo dwie. A potem ruchliwe szczękoczułki najpierw, niczym potężny sekator, odcięły mężczyźnie głowę, następnie skierowały ją ku bezkresnej otchłani otworu gębowego. Krew sikała z szyi na lewo i prawo, rozbryzgując się na ziemi i ścianach. Bezgłowy Janek podrygiwał przez kilka długich sekund niczym węgorz na patelni, aż wreszcie znieruchomiał.
Stwór posmakował krwi i zdawał się chcieć więcej. Przez moment badał nogogłaszczkami korpus, a następnie jednym błyskawicznym ruchem rozerwał go na strzępy niczym dorodnego arbuza.

***

Roman Szymutko był zdenerwowany. Nie. To nie było zwykłe zdenerwowanie, ale wkurwienie, przez które omal nie przyłożył tej wrednej wiedźmie Gilowskiej.
- Co ma, kurwa, znaczyć, że Janka nie ma?! - krzyknął - Co to ma, kurwa, znaczyć, że go nie ma, co?
Gilowska podrapała się po głowie i jak gdyby nigdy nic wymierzyła w niego palec.
- Uważaj sobie, dobra? - warknęła - Tak to sobie możesz mówić do żonki!
- Co ty pierdolisz?
- Nie chciej, abym załatwiła tę sprawę z szefostwem. Wylecisz na zbity pysk.
Szymutko opadł na krzesło.
- Najpierw wsiąkł Lirejski - wymamrotał - Teraz Janek, a ty mi grozisz?
- Rób swoje, po prostu.
- O czym ty mówisz? Gdzie są ci ludzie?
- Wiem tyle co ty.
Janek podobno miał problemy z sercem. Z początku sądzono, że dopadł go zawał i po pracy zamiast do domu, trafił do szpitala. Ale nie było go w żadnym z poznańskich szpitali. Od dwóch dni trwały jego poszukiwania. Policja była bezradna, nie wspominając o żonie portiera. Kobieta odchodziła od zmysłów. Nikt nie miał pojęcia, gdzie mógł podziewać się Janek.
- To co najmniej dziwne - Szymutko wstał i podszedł do drzwi wyjściowych portierni - Czy policja rozmawiała z prezesem?
Gilowska zmarszczyła brwi.
- Z prezesem? Na cholerę?
- Jak to na cholerę. Miał wrócić w nocy z delegacji. Na pewno widział się z Jankiem. Może rozmawiali...
Gilowska, wredna małpa, skrzywiła się, jakby ktoś wlał jej w gardło litr soku z cytryny.
- Prezes miał rozmawiać z portierem? Wyrżnąłeś głową w betonowy mur po drodze do roboty? Niby o czym mieli rozmawiać? O projekcie nowego wieżowca na Placu Andersa? A może o szczegółach remontu mostu Rocha?
Szymutko zawahał się.
- Nie wiem - mruknął - Być może...
Kiedy dowiedział się o Lirejskim sądził, że facet nachlał się i zasnął gdzieś pod drzewem w parku. W końcu często tak robił. Po czasie jednak okazało się, że zapadł się pod ziemię. Wciąż trwały jego bezskuteczne poszukiwania.
A teraz jeszcze Janek. Ta sama sytuacja. Zniknął jak kamfora.
Coś tu śmierdziało. Capiło na odległość.
- Idę do prezesa.
- Oszalałeś? - Gilowska stanęła naprzeciw niego i zacisnęła szczęki - I co mu powiesz? - wycedziła przez zęby - Że twój kumpel nie wrócił po robocie do domu? Zapytasz co masz począć?
- Zapytam, czy rozmawiali. To wszystko.
Gilowska prychnęła.
- Zrobisz z siebie idiotę.
Szymutko był już jedną nogą poza portiernią, gdy rzucił:
- W dupie to mam.
A potem raźnym krokiem ruszył na spotkanie z prezesem zarządu.

***

Przez dobrą minutę stał przed drzwiami gabinetu Joachima Norasa i czekał, bóg raczył wiedzieć, na co. Po raz dziesiąty, albo i dwudziesty odczytał nazwisko prezesa widniejące na tabliczce informacyjnej, a potem chrząknął.
Może Gilowska miała rację? Może powinien zająć się swoimi sprawami? Nie był przecież mądrzejszy od policji, do diabła. Skoro zajęli się sprawą, nie musiał bawić się w agenta Muldera.
A co jeśli Noras gadał z Jankiem? Może widział, jak opuszcza posterunek? Zapyta tylko, w którą stronę się udał. Taka informacja powinna okazać się pomocna dla policji. Możliwe, że zupełnym przypadkiem nie przeczesali akurat jakiejś ulicy czy bramy. Przecież Janek mógł zostać napadnięty, okradziony...
Kurwa.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiętnasta. Wszyscy już dawno opuścili budynek firmy, nawet sprzątaczki i, o dziwo, doktor Krajch z Biura Inżynierii Transportu. Noras jednak wciąż siedział w gabinecie.
Szymutko zapukał do drzwi. Z początku cicho, ledwo słyszalnie, po chwili zacisnął palce w pięść i zapukał donośniej. Odczekał kilka chwil, spodziewając się jakiegokolwiek odzewu. Cisza. Zapukał ponownie. Znów cisza. Wspaniale. I co teraz? Gdzie podziewał się ten stary piernik? Szymutko zastanawiał się przez moment nad odpowiedzią. Noras nie miał nic do szukania na innych piętrach. Nie posiadał kluczy do tamtejszych gabinetów. Wszystkie wisiały na drewnianej tablicy w portierni, zapasowe zaś tkwiły w szklanej szafce, nie otwieranej od dobrych kilku miesięcy. Noras mógł przebywać i z całą pewnością przebywał w swoim gabinecie. Miał tam wszystko czego potrzebował, łącznie z kabiną prysznicową, kiblem i wygodną skórzaną kanapą.
Może mu się przysnęło?
Szymutko westchnął, zrezygnowany. Nic tu po nim. Wróci na portiernię, przypilnuje tę jędzę Gilowską, aby złożyła stosowny podpis w książce zdawczo - odbiorczej, następnie zaparzy herbatę i poczyta książkę. Z prezesem równie dobrze może pogadać później, kiedy ten opuści budynek.
Miał właśnie obrócić się na pięcie i ruszyć wzdłuż korytarza, kiedy nagle do jego uszu dobiegł dźwięk, świadczący o tym, że ktoś jednak przebywa w gabinecie Norasa. Był to głuche uderzenie czegoś ciężkiego o ścianę, albo podłogę. Szymutko aż się wzdrygnął. Przez moment pomyślał, że to Noras wyłożył się jak długi na swoim perskim dywanie. Po chwili doszedł do wniosku, że to nie, ważący ponad sto kilogramów, Noras. To było coś lżejszego, dużo mniejszego. Nie wazon, gdyż nie usłyszał dźwięku tłuczonego szkła. Z pewnością nie była to też kserokopiarka, ani fax. Słyszałby jak sprzęt rozlatuje się na kawałki.
Zastanawiał się, czy powinien wejść do środka i sprawdzić co to było. Gabinet prezesa czy nie, do jego obowiązków należało reagować w takich sytuacjach. A co, jeśli okazałoby się, że ktoś wszedł do środka przez okno? W końcu gabinet znajdował się na pierwszym piętrze. Krótka drabina i już można było myśleć o włamaniu doskonałym. Jeśli Noras naskoczy na niego, odpowie, że usłyszał łomot i wszedł aby "obadać" sytuację. Przy okazji zapyta o Janka...
Dobry pomysł, pochwalił się i położył dłoń na klamce. Była lodowata, aż przeszyły go dreszcze.
Raz, dwa, raz, dwa, wchodźże wreszcie, człowieku.
Nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Zaskrzypiały cichutko i zamilkły. W pomieszczeniu głównym panował mrok. Szymutko dostrzegł kontury biurka i stojącego na nim komputera. Sprzęt był włączony i pracował niemal bezgłośnie.
Portier ostrożnie wszedł do środka. Wymacał włącznik światła i po chwili w zasyczały jarzeniówki.
Pokój był pusty, ale Szymutko dostrzegł uchylone drzwi od drugiego pomieszczenia, swoistego łącznika między gabinetem, łazienką i toaletą. Noras trzymał tam podobno tysiące teczek z dokumentami, książki i bóg raczył wiedzieć co jeszcze. Nikomu nie pozwalał tam wchodzić, nawet sprzątaczkom.
- To są cholernie ważne dokumenty, moje panie - mówił spokojnym głosem - Wystarczy, że przez pomyłkę wyrzucicie leżący, dajmy na to, na podłodze, z pozoru nadający się do śmieci, papierek, a... - tu zwykle przerywał i drapał się po głowie - Drogie panie, umówmy się, że nie będą panie tam nawet zaglądały, w porządku? Ułatwi to nam wszystkim pracę.
Więc nikt tam nie wchodził.
W środku paliło się słabe światło. Szymutko odczekał chwilę, mając nadzieję, że za moment ujrzy stającego w drzwiach Norasa. Tak się jednak nie stało.
Ogarnął go niepokój. Powinien, czy nie powinien zajrzeć do środka? Wcześniej słyszał hałas. Teraz panowała niczym nie mącona cisza. I to światło... Budziło w nim lęk. Czy uzasadniony? Musiał się przekonać.
- Panie prezesie? - wykrztusił i dał krok do przodu. Podłoga pod jego butami zaskrzypiała złowrogo.
- Panie prezesie, jest tam pan? - zapytał, zastanawiając się co ma robić - Słyszałem jakiś dziwny hałas... Pomyślałem, że zobaczę czy u pana wszystko w porządku...
Nic. Cisza.
Szymutko przygryzł dolną wargę. Wiedział, że musi zajrzeć do tego przeklętego pomieszczenia. Taka robota. Musiał sprawdzić co się dzieje.
Podenerwowany i bardziej zaniepokojony niż przed momentem, odezwał się po raz ostatni:
- Panie prezesie, muszę tu wejść...
Wiedział jak idiotycznie zabrzmiały jego słowa, ale zdawało się, że nikt ich nie usłyszał.
Szymutko nie wahał się zbyt długo. Nabrał do płuc powietrza, a potem pchnął skrzydło, które z piskiem odsłoniło przed nim widok tak szokujący, że stanął jak wryty i przez blisko pięć minut tylko otwierał i zamykał usta niczym uwięziony w siatce rybackiej szczupak.

***

Cały sufit i ściana od strony okna pokryte były gigantyczną pajęczą siecią. Niektóre z włókien nieruchomo opadały na podłogę, inne, krótsze poruszały się leniwie niczym wahadła. Szymutko nie wierzył własnym oczom. Cokolwiek zbudowało pajęczynę, musiało być monstrualnych rozmiarów. Z pewnością nie był to żaden pospolity w kraju pająk, ani nawet cała setka pająków. Grubość włókien zwisających z konstrukcji pod sufitem była zatrważająca. W powietrzu unosił się zapach kurzu. Nozdrza wychwytywały tez inną, niezidentyfikowaną woń. Słodką, ale nie mdlącą, niepodobną do żadnych znanych Szymutce woni.
Cofnął się o krok, a potem poślizgnął. Podłogę pokrywała jakaś kleista maź. Skąd się wzięła, do diabła? Co to takiego?
Drżąc na całym ciele, pochylił się i zlustrował ciecz. A potem to dostrzegł. Nieopodal okna coś leżało na podłodze. Coś, czego z całą pewnością nie powinno tam być. W miejscu gdzie spoczywało, fioletowa maź mieszała się z inną, czerwoną substancją.
Dopiero kiedy Szymutko uzmysłowił sobie na co tak naprawdę patrzy, zrozumiał, że to nie jakaś tam czerwona substancja, ale krew.
Na podłodze, tuż przy kaloryferach, leżała ludzka noga. Zgięta w kolanie i odziana w strzęp bawełnianych spodni zbroczonych zakrzepniętą krwią. Z pozbawionej palców stopy wystawała kość.
- O boże - jęknął Szymutko, czując w sobie potężną falę mdłości.
Zapragnął wydostać się stamtąd, zadzwonić na policję. Jak to zobaczą...
W tym samym momencie z pajęczyny na środku sufitu coś runęło. Ludzki korpus z głuchym tąpnięciem upadł na podłogę tuż obok portiera. Ten odruchowo odskoczył na bok i wyrżnął barkiem w szafę z dokumentami. Z półek pospadały teczki, które natychmiast ugrzęzły w mazi na podłodze. Jedna z pajęczych nici zerwała się i oplotła szyję Szymutki. Poczuł jaka jest zimna i klejąca. Krzyknął, usiłując zrzucić z siebie dziadostwo. Znowu się poślizgnął. Tym razem upadł. Wylądował twarzą kilka centymetrów przed zakrwawionym korpusem.
Ja pierdolę, pomyślał, wpadając w szał. Wrzasnął na całe gardło, zaczął wierzgać nogami i rękoma jakby opętały go demony. Z trudem utrzymując równowagę, podniósł się na łokciach, chwilę potem ponownie grzmotnął o deski.
Z łzami w oczach wykrzyczał imię Gilowskiej.
Wtedy też dostrzegł portierską legitymację, leżącą w kącie pomieszczenia, tuż przy drzwiach. W pierwszej chwili pomyślał, że to jego własna, że wypadła mu z kieszeni spodni. Sprawa jednak wyglądała nieco inaczej. Kiedy zobaczył zdjęcie, doznał kolejnego wstrząsu.
Starszy jegomość uśmiechał się nieznacznie z legitymacji, a tuż nad jego głową widniało imię i nazwisko. Szymutko odczytał je trzy razy, aby upewnić się, że to wszystko dzieje się naprawdę.
- Nie - wydusił.
Telefon, gdzieś tu musi być telefon. Policja będzie w ciężkim szoku kiedy to zobaczy. Kiedy się dowiedzą...
- Wstawaj, Szymutko - głos Gilowskiej sprawił, że jego walące jak młot serce zabiło jeszcze szybciej.
- Ela - wymamrotał - Ela...
Gilowska stanęła w drzwiach i rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Nieźle, kurwa - pokręciła głową - Naprawdę nieźle.
Szymutko z trudem wstał i roztrzęsiony przeczesał dłonią włosy, barwiąc je na fioletowo.
- Tylko tyle powiesz?
- Chodź, musisz coś zobaczyć.
- Co?
- Ogarnij się i chodź ze mną.
Kobieta opuściła gabinet, stukając obcasami butów. Szymutko ostatni raz zlustrował pajęczynę, następnie podniósł z podłogi legitymację Janka i wciskając ją sobie do kieszeni, podążył za Gilowską.
- Policja - wykrztusił – Najpierw zadzwonię na policję.
- Już to zrobiłam. Są w drodze - odparła.
- Widziałaś co tam się stało?
- Owszem. To jednak nic, w porównaniu do tego, co odkryłam w piwnicy.
Szymutko pobladł. Zatrzymał się i wbił wzrok w Gilowską.
- Nie mamy czasu - ponagliła - Chodź.
Zeszli do piwnicy, gdzie Szymutko zapalił światło. Było mu duszno, strasznie chciał wrócić na portiernię i tam zaczekać na funkcjonariuszy.
- Zobacz - odezwała się nagle Gilowska.
Z początku nie wiedział o co jej chodzi. Wskazywała palcem na ścianę, w której widniała niewielka szczelina. W środku coś połyskiwało. Gdy podszedł bliżej zauważył, że z wąskiego otworu wycieka fioletowa maź.
- To jest ta sama... - słowa stanęły mu w gardle.
- Właśnie. Przyjrzy się uważniej.
Szymutko zmrużył oczy.
Usłyszał coś, jakby cichy szelest. Dobiegał zza ściany.
- Co to?
- Nie wiem - odpowiedziała spokojnie Gilowska.
Popatrzył na nią znacząco.
- Niech mnie szlag. Co to może być?
Uśmiechnęła się niewyraźnie.
- A ty jak myślisz, Szymutko? Nie domyślasz się, co to takiego?
Zaszokowało go jej pytanie. Przełknął ślinę i ponownie otaksował wzrokiem szparę w ścianie. Coś się z nią zaczęło dziać. Była teraz jakby szersza. Odniósł wrażenie, że tam, po drugiej stronie, coś się czai. Czuł, że jest obserwowany.
- Hej, co jest grane? - przyłożył dłoń do wyrwy. Zaklął. W życiu czegoś takiego nie widział.
Gilowska klepnęła go w plecy.
- I co czujesz, Szymutko? Hm?
- A bo ja wiem. Coś jakby...
Nie zdążył dokończyć zdania. W jednej chwili ściana dosłownie otworzyła się przed nim, a z ciemności wyłoniło się długie, zwieńczone ostrym szpikulcem, chitynowe odnóże. Szymutko dostrzegł tryskającą na wszystkie strony krew. I Gilowską, wpatrującą się w niego ze stoickim spokojem.
Nie czuł bólu, gdy kolejne odnóże dosłownie pozbawiło go stóp. Runął na ziemię, wciąż w pełni świadomy tego, co się dzieje. Nawet nie krzyknął. Przez moment zastanawiał się nad tym, czy kiedy już umrze i opuści swoje ciało, wciąż będzie bez stóp. Roześmiał się histerycznie na samą myśl o tym. Nawet nie wiedział z czym tak naprawdę ma do czynienia. Co to za stwór? Co stało się z ciałem Lirejskiego? Zostało pożarte? Czy Janek cierpiał, odchodząc w podobny sposób? A Gilowska? Dlaczego tylko stała i gapiła się na niego niczym robot, któremu odłączono zasilanie?
A potem ogarnął go mrok i w jednej chwili poznał odpowiedzi na wszystkie pytania...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -