Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Portret

Krzysztof T. Dąbrowski

1.
Nim Jesień, bezlitosna królowa śmierci okrywająca ziemię trupią tkanką uschłych liści - bajecznie kolorowych, lecz martwych - przyjmie lodowaty pocałunek Zimy, będzie niepodzielnie panować przez trzy długie miesiące. Łysiejące drzewa chłoszcze okrutnie zimnymi podmuchami wiatru. Niebo zasnuwa ołowianymi chmurami.
Lodowatym deszczem zmusza Jonathana by wstał. Zimne krople kapią na pooraną głębokimi zmarszczkami twarz. Spływają po siwej brodzie. Usiłują przeniknąć do wstrząsanego dreszczami rachitycznego ciała. Powoli wsiąkają w coś, co ubraniem jest już tylko z nazwy, a wygląda jak kupa bezładnie wiszących dziurawych szmat.
Musi się zmobilizować, wstać i znaleźć jakieś schronienie. Gdziekolwiek, byle było sucho. Jednego jest pewien - na pewno nie wróci TAM, chociaż mógłby to zrobić w każdej chwili. W domu jest ciepło, wygoda, spokój - banda dzieciaków nie uganiałaby się za nim rzucając kamieniami i nie musiałby chować się po krzakach. Wreszcie zmyłby z siebie brud. Upichciłby coś, najadł się do syta, a potem usnął błogim, niczym niezmąconym snem.
W porówananiu z tym, co teraz przeżywa, tam był raj na Ziemi.
BYŁ!
A wszystko przez ten przeklęty obraz...
(Zmarnowałeś swoje życie Jonathanie)

2.

Mlecznobiałe obłoki sprawiały wrażenie, jakby ktoś w niebie bawił się ogromną trzepaczką w ubijanie piany. Ciepły wiatr delikatnie muskał twarze. Ukwieciły się pąki, rozwinęły liście. Po mroźnych mrokach Zimy nastała przepełniona światłem epoka, w której niepodzielną władzę sprawuje Wiosna, królowa życia.
Przechadzała się po miasteczku, pośród wesołego bzykania owadów, pomiędzy cichymi westchnieniami rozkołysanych liści, pieszcząc delikatnymi promieniami dachy domów. W jednym z nich mieszkał Jonathan, pucołowaty, pogodny grubasek. Posiadacz drugiego podbródka i lekko wyłupiastych oczu. Ojciec Czas zdążył już wyrzeźbić na jego twarzy delikatną siateczkę zmarszczek i przyozdobić głowę prawie idealną w swej okrągłości łysiną. Siedział w swym królestwie, przytulnym sklepiku z antykami. Rozkoszował się panującym w zacisznym wnętrzu przyjemnym chłodem i aromatami Wiosny, które od czasu do czasu wsączały się do środka. Któż by mógł przypuszczać, że ta sielanka wkrótce się skończy...

--------

Wnętrze sklepu było krainą tysiąca zapachów. Dominowała nutka stęchlizny, ale wystarczyło podejść do któregokolwiek regału, by wyczuć, że gdzieniegdzie przebijały się inne aromaty. Przy wejściu zmysłowo pachniały przedmioty z dalekich krajów. Kilka kroków dalej unosiła się eteryczna woń egzotycznego drewna, z którego jakiś anonimowy rękodzielnik wyrzeźbił postać murzyńskiego wojownika z włócznią. Były miejsca, gdzie unosił się specyficzny, niezbyt przyjemny, zapach wypchanych zwierząt, mieszający się z wszędobylską, przyciężkawą, wonią starości (zupełnie jakby staruszek Czas był nieudolnym malarzem, malującym wszystko tylko jedną barwą) drażniącą nozdrza i wywołującą przykre odczucie przmijania. Jonathan, w odróżnieniu od większości ludzi, bardzo lubił ów zapach. Nie miał pojęcia dlaczego; tak już po prostu było. Być może ktoś tam na górze ustalił, że będzie taki, a nie inny. Najprawdopodobniej owe "odchyły od normy" miały swe korzenie w dzieciństwie, kiedy to mieszkał z dziadkami i całymi dniami buszował po ogromnym, pełnym tajemnic strychu. Ale po cóż tak rozmyślać o czymś, czego się nie zmieni - inni traktują to jak niegroźne dziwactwo. W porządku, ich sprawa a on po prostu lubił tę swoją odmienność.
Siedział wygodnie w skórzanym fotelu, podziwiając promienie słońca rozpraszające się na powierzchni starych przedmiotów, gdy drzwi sklepu otworzyły się z nieprzyjemnym zgrzytnięciem.
Do środka wszedł mężczyzna. Był młody, lecz niezgrabnie się poruszał, jakby z trudem; jak starzec. Jego włosy sterczały w nieładzie. Niespokojne, rozbiegane oczy przez chwilę lustrowały wnętrze, po czym zatrzymały się na Jonathanie. Antykwariusz poczuł ukłucie niepokoju. Przyjrzał się jego twarzy i zrozumiał przyczynę lęku. To spojrzenie. Dziwne oczy. Oczy kogoś, kto balansuje na cienkiej linie nad przepaścią obłędu. Mimo obaw uśmiechnął się do klienta.
- Witam! Czym mogę służyć? Chce szanowny pan coś kupić, czy też sprzedać?
Obcy milczał. wyciągnął tylko spod pachy niewielki, płaski przedmiot opakowany w szary papier. Położył pakunek na mahoniowym biurku, po czym znieruchomiał w niemym oczekiwaniu. Po chwili wyciągnął rękę, jakby prosił o jałmużnę.
- Chce pan za ten przedmiot zapłaty jak mniemam?
Ponury mężczyzna pokiwał powoli głową. Gdy tylko sklepikarz zaczął mocować się ze sznurkiem, by sprawdzić co jest w środku, klient zrobił gwałtowny krok do tyłu. Był wyraźnie zaniepokojony.
Może to wariat? - pomyślał sprzedawca.
- Mam kupić kota w worku? Panie, przecież ja nawet nie wiem, co jest w środku!
Przybysz patrzył się ponuro i nerwowo przygryzał wargi. Większość handlarzy antykami, w takiej sytuacji, już dawno odprawiłaby tego człowieka z kwitkiem, ale nie Jonathan. Wezbrała w nim nagła ciekawość, co też może się znajdować w środku pakunku. Gdzieś w głębi duszy sklepikarza skrywał się ciekawski chłopiec, który musiał poznać wszystkie tajemnice. Dzieciak, dla którego zwykły strych był rozległą, niesamowitą krainą pełną przedziwnych zakamarków do odkrycia. Wypełniało ją mrowie fantastycznych stworzeń, mnóstwo ukrytych skarbów i zakurzonych skrzyń - czekających na śmiałka, który je otworzy.
- Dobrze. Wezmę ten przedmiot, czymkolwiek jest, lecz w tej sytuacji sam pan rozumie, że nie mogę zbyt wiele zapłacić.
Wyciągnął z kieszeni garść drobniaków. Zdawał sobie sprawę z tego, że oferowana kwota jest śmiesznie niska, lecz miał nadzieję, że ów dziwak zgodzi się na dobicie transakcji bez zbędnych targów; wyglądał, jakby mu ten pakunek bardzo ciążył.
Może to coś jest kradzione? Nieważne - w razie czego przecież tylko to kupiłem, niczego mi nie zarzucą. Skąd niby miałbym wiedzieć?

Gdy tylko Jonathan pożegnał tajemniczego klienta, szybko pozamykał drzwi na wszystkie zamki i wywiesił plakietkę informującą, iż sklep jest chwilowo nieczynny. Rozemocjonowany, niemalże potykając się o własne nogi, ruszył żwawym truchcikiem w kierunku biurka, by rozpakować intrygujący pakunek. Drżącymi dłońmi, jak nastolatek pierwszy raz rozpinający dziewczynie bluzkę, zaczął rozwiązywać solidnie splątane węzły. Szło mu to jednak na tyle opornie, że już po chwili skapitulował i ruszył po nóż. Delikatnie, z namaszczeniem, aby nie uszkodzić zawartości, porozcinał sznurki i odwinął płachtę papieru.
To był portret chłopca. Niby nic szczególnego, wiele tego typu obrazów przewinęło się przez sklep, ale jednak coś przykuwało uwagę, nie pozwalając na zbyt szybkie oderwanie wzroku. Spoglądające nań bladoniebieskie, smutne oczy. Niedbale namalowane, a mimo to prawie jak żywe. Kręcone kruczoczarne włosy, idealnie prosty długi nos i blade usta, które zastygły w zagadkowym uśmiechu. Wyczuwało się, że "dzieło" namalował niedoświadczony artysta. Miał ochotę odłożyć obraz na półkę przecenionych przedmiotów; jednak z jakiegoś powodu nie mógł tego zrobić. W tym momencie zdał sobie sprawę, że właśnie powiększyła się jego kolekcja. Tego nabytku na pewno nie wystawi na sprzedaż.
Wbiegł po skrzypiących stopniach, na poddasze przerobione na niewielkie mieszkanko. Była tu malutka łazienka, połączona z toaletą, mikroskopijne pomieszczenie kuchenne i przestronny pokój będący jednocześnie sypialnią, pracownią i miejscem, w którym magazynował rozrastająca się powoli kolekcję.
Ściany pokoju obwieszone były obrazami. Każdy, według Jonathana, miał w sobie "to coś". Były też stylowe szafy i komody, na nich zaś stały rozmaite rzeźby, wazy, popiersia i posążki. Postronny obserwator miałby wrażenie, że znalazł się w jakiejś graciarni, jednak dla starego antykwariusza była to istna skarbnica. Często, wieczorem, nim położył się do łóżka, podziwiał swe zbiory. Przy okazji przecierał co poniektóre przedmioty, dostrzegłszy zalegający na nich kurz.
Ten wieczorny rytuał był dlań niemal mistycznym przeżyciem. Oto on, mały niepozorny człowieczek, miał przed oczyma wytwory przeróżnych ludzi, pochodzące z najodleglejszych zakątków Ziemi, z pradawnych czasów. Czasami, gdy się zamyślił przy eksponacie, miewał wrażenie, że ów za pomocą jakiejś nieznanej siły przemawia do niego - jakby telepatycznie przekazując mu swą historię. Widział wtedy oczyma wyobraźni moment, gdy dzieło powstawało, obserwował jego losy. Każde, nawet najdrobniejsze, uszkodzenie miało swoją historię. Czuł się czasami wśród swej kolekcji jak w gronie starych dobrych przyjaciół, którzy go nigdy nie zdradzą i zawsze będą mieli dla niego czas.
W rogu, pod niewielkim oknem, stało mahoniowe biurko. W przeciwległym narożniku było wielkie stylowe łoże, obok szafka nocna (oczywiście też z epoki). Małe prywatne muzeum.
Tylko nad wezgłowiem posłania było jeszcze trochę wolnego miejsca. Jedynie ten niewielki skrawek przestrzeni mógł na siebie przyjąć nowy obraz - jak zasłużony żołnierz odznaczenie. Postanowił, z braku innej możliwości, tu właśnie powiesić portret chłopca. Zdawał sobie sprawę, że na chwilę obecną niczego lepszego nie wymyśli. Niestety - nie będzie mógł podziwiać tego obrazu leżąc w łożu. Lada moment przyjdzie mu się zmierzyć z problemem braku miejsca. Jakże zazdrościł wszelakiej maści bogaczom, których stać było na kupno dworków i pałacyków. Cóż on by dał za coś takiego. Tyle miejsca!
Wbił w ścianę mały gwoździk i pogrążony w rozmyślaniach, zawiesił nową zdobycz.
Nie wiedział, że ostatnią...

3.

Noc, mroczna czarodziejka, skrywająca pod swą płachtą cały świat, jak za dotknięciem różdżki sprawiła, iż niezliczone zastępy żywych istot w sen głęboki zapadły; inne zaś przebudziły się, by penetrować otaczające je mroczne zakamarki.
Pojawił się też Księżyc, tajemniczy wędrowiec, rozświetlający bladą łuną terytoria, które Noc wzięła na kilka godzin we władanie.
Świat nocnych istot wydawał z siebie chaotyczne dźwięki, jakby obłąkana orkiestra usiłowała stroić instrumenty. Spomiędzy szuwarów dobiegało leniwe skrzeczenie. Momentami coś przecinało mrok nocy rozedrganym, chrapliwym wrzaskiem. Świerszcze smętnie cykały. Od czasu do czasu, z okolicznego lasu, dobiegały groźne pohukiwania sowy i rozpaczliwe piski jakiegoś małego stworzenia.
Pobliskie miasteczko, nic sobie nie robiąc z tej kanonady dźwięków, powoli pogrążało się we śnie. Stopniowo znikała otaczająca je żółtawa łuna. W kolejnych domach gasły światła. W jednym z nich stary antykwariusz odłożył na nocna szafkę książkę, po czym zgasił światło.

-----------------

Leżał już dobre pół godziny, a sen nie chciał nadejść. Z czasem zaczął mieć bardzo nieprzyjemne wrażenie, że w pokoju panuje przenikliwy ziąb. Włączył lampkę. Zazwyczaj zostawiał na noc uchylone okna, by mieć podczas snu świeże powietrze. Dziś wszystkie były pozamykane.
Dziwne, dzień był taki gorący, a teraz taka zimnica - pomyślał - może to ostatni podryg przemijającej zimy. Ostatecznie jest końcówka marca, jeszcze czasami może przymrozić.
Zgasił światło i opatulił się szczelnie pościelą. Trochę pomogło. Z zamkniętymi oczyma czekał na sen, jednakże pod powiekami, zamiast pierwszych upragnionych obrazów z krainy marzeń, nadal trwała nieprzyjemna czerń. Przez chwilę pomyślał, że być może tak właśnie wygląda pośmiertna egzystencja duszy kogoś, kto nie wierzył w Boga. Wzdrygnął się i odpędził nieprzyjemną wizję.
Na szczęście każdy dzień rozpoczynał poranną, pełną pokory modlitwą, więc nic mu grozić nie mogło. Niemniej jednak rozmyślanie o śmierci, przed snem, nie należało do najprzyjemniejszych zajęć.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał problemy z zaśnięciem. Zawsze było tak, że ledwie przyłożył głowę do poduszki, a już czuł ogarniające całe ciało przyjemne rozleniwienie powodujące złudne wrażenie delikatnego falowania - tak ukołysany odpływał w odległe krainy. Tym razem jednak Morfeusz nie był mu przychylny.
Może jakby zaczął rozmyślać o czymś przyjemnym... jak na zawołanie pojawiła się twarz pięknej dziewczyny.
Była ona jego pierwszą i jedyną miłością. Uczucie, jakim ją obdarzył, nigdy nie zostało odwzajemnione, jednak do dnia dziesiejszego mieszkała gdzieś na dnie jego serca. A tyle lat minęło...
Był wtedy w liceum. Do klasy drugiej B zapisała się nowa uczennica. Nie było w tym nic dziwnego; wiele rodzin przeprowadzało się w pogoni za pracą, a ich latorośle, oczywiście nie mając żadnego wyboru, zmieniały miejsce nauczania. Szkoła była niewielka - trudno by było nie zauważyć, że przybyła nowa twarz, nie mówiąc już o tym, że była to twarz niezwykłej urody i tylko ślepiec pozostałby na jej widok obojętny.
Po raz pierwszy ujrzał ją dwa dni po rozpoczęciu roku, na korytarzu, podczas przerwy rozdzielającej znienawidzoną matematykę od historii, którą uwielbiał nad życie. Miał wrażenie, że widzi anioła. Serce nieomal zamarło w piersi, oddech utknął gdzieś głęboko w płucach, gdy to nieziemskie zjawisko przemierzało szary korytarz. Kręcone blond włosy okalały jej kształtną głowę. Przy każdym kroku zalotnie unosiły się i łagodnie opadały. Przez moment złowił jej spojrzenie. Jasnobłękitne oczy - kolor morza na lazurowym wybrzeżu. Momentalnie poczuł wzbierający żar, rozlewający się na całe ciało. Zdał sobie sprawę, że w jednej chwili cały się zarczerwienił - policzki i uszy piekły nieznośnym gorącem, zupełnie jakby nagle dostał wysokiej temperatury. Na szczęście tego nie zauważyła. Omiotła go niewidzącym wzrokiem (Takich jak on się nie zauważa...), jak wielu innych, jakby był nic nie znaczącym tłem, albo krzesłem lub krzaczkiem, który należy ominąć, bo jest tylko zwykłą przeszkodą na drodze. Czuł jak strużka potu spłynęła ze skroni na policzek. Nawet nie zauważył szerokiego, głupkowatego uśmiechu, jaki mu wykwitł mimowolnie na twarzy. "Zjawisko" przeszło zaledwie metr od niego niemalże doprowadzając biedaczka do ekstazy i omdlenia. Wciągnął jej zapach głęboko w nozdrza. Tą woń mógłby porównać tylko do ulubionego aromatu wanilii, lecz to co poczuł było tysiąc razy doskonalsze. Zawirowało mu w głowie i usłyszał rytmiczny łomot serca szaleńczo rzucającego się w cherlawej piersi. Od tej chwili świat nabrał nowych barw. Wiedział, że nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.

Nazywała się Alicja (za pięć lat zachoruje na białaczkę i po roku umrze w męczarniach).

- Co jest smarku! - Mocne uderzenie w kark wyrwało Jonathana z miłosnego transu. - Zachciało sie kablować co?! Dorwę cię po budzie. Masz wpierdol cioto!
To był Wiktor, najgorszy drań w całej szkole. Ulubionym zajęciem tego przerośniętego sadysty, który z trudem przechodził z klasy do klasy, było znęcanie się nad słabszymi. Był solidnej postury. Średniej długości włosy zaczesywał do tyłu i obficie smarował brylantyną. Gdy kogoś dopadł, zanim jeszcze zaczął się znęcać, świdrował ofiarę małymi swińskimi oczkami, rozkoszując się wzbudzanym lękiem. Lubił czuć się silny. Uwielbiał gdy się go bano. W takich momentach czuł się wartościowy (w domu był tylko nieukiem, obibokiem, który jeśli się wreszcie nie zacznie uczyć to przyniesie wstyd rodzinie). Taka chwila dla "frajera" była prawdziwą katorgą; poza lękiem i świadomością, że za chwilę zarobi kilka bolesnych razów, musiał znosić jeszcze okropny oddech oprawcy. Bardzo nieświeży, gdyż Wiktor wprost ubóstwiał surową cebulę - stanowiła żelazny dodatek do wszystkiego co jadał. Żeby nie było za słodko, palił paskudne, tanie papierosy, których smród w połączeniu z odorem trawionej cebulki potrafił naprawdę wywoływać mdłości u co słabszych osobników.
- Zresztą i tak mi nic nie zrobią. Wiesz o tym - zaśmiał się.

O tak, to prawda, w szkole nikt mu nic nie mógł zrobić. Wiktor był po prostu nietykalny, a wszystko to dlatego, że jego ojciec, właściciel dobrze prosperującej fabryki, był najwiekszym darczyńcą w historii szkoły. Odkąd jego jedyna latorośl zaczęła tu uczęszczać odnotowano już dwa remonty, malowanie ścian, w świetlicy pojawił się jeden z pierwszych modeli telewizora - co na tamte czasy było niemałą sensacją (często zdarzało się, że rodzice odbierając swe pociechy potrafili zamarudzić godzinę lub dwie chłonąc bez wyjątku wszystko co nadawano). Kupiono też stół do ping-ponga. Zorganizowano wycieczkę edukacyjną. A w bibliotece pojawiło się mnóstwo nowiuteńkich książek, zamiast starych, które często rozsypywały się czytającemu w rękach. O tak, Wiktorek był nietykalny. Nie trudno było się domyślić dlaczego z trudem przechodził z klasy do klasy choć nie powinien. Dyrektor rozpiął nad nim parasol ochronny.
O dziwo ten sam chuligan, który tak prześladował młodego Jonathana, gdy dorośnie i odziedziczy firmę, stanie się odpowiedzialnym mężczyzną i... zostanie jego najlepszym klientem.
Świat bywa czasami zadziwiająco przewrotny.
Ale na chwilę obecną musiał mieć się na baczności. Ten prymityw nie rzucał słów na wiatr, a na dodatek był diablo sprytny: zawsze bił tak, aby nie było żadnych śladów. W razie ewentualnych problemów mógłby bez zająknięcia zacząć kłamać w żywe oczy. Oczywiście miałby też świadka potwierdzającego "niepodważalny fakt", że Wiktor był wtedy w zupełnie innym miejscu - i nieważne, że ów świadek był jeszcze jednym zastraszonym uczniakiem, który nie mówiłby prawdy bojąc się ewentualnego odwetu za niesubordynację.

Jonathan stał jeszcze przez chwilę dygocząc na całym ciele. Miał nadzieję, że to już koniec i ten gnój da mu spokój. Jakby na przekór jego oczekiwaniom "gnój" obejrzał się i krzyknął:
- I co się gapisz sieroto?!

SIEROTO! Ten zafajdany prymityw, zawsze wiedział co powiedzieć, gdy chciał komuś sprawić przykrość. Znał czułe punkty wszystkich swoich ofiar. Tak, Jonathan był sierotą i nie trzeba mu było o tym przypominać. Nie było dnia, by choć przez chwilę nie zastanawiał się kim są lub byli jego rodzice. Dlaczego ich przy nim nie ma. Nie mógł też zrozumieć faktu, że dziadkowie unikali tego tematu jak ognia.
Sytuacja zawsze wyglądała tak samo. Najpierw bardzo długo zbierał się w sobie, wręcz wił się jak węgorz w sieci byle by tylko odsunąć moment kolejnej konfrontacji jak najdalej w czasie. Potem, gdy jednak przemógł obawy, pocąc się obficie z trudem wyrzucał z siebie to palące pytanie:
- Dziadzio, kim byli moi rodzice?
Dziadzio zawsze poważniał. Podnosił porysowaną zmarszczkami twarz i spoglądał nań z zatroskaniem. Zazwyczaj towarzyszyło temu ledwie słyszalne westchnięcie, jakby chciał powiedzieć: ty-mnie-chyba-do-grobu-chcesz-wpędzić, w końcu marszcząc krzaczaste brwi, odpowiadał cichym, nieobecnym głosem, zupełnie jakby myślami błądził gdzieś hen daleko:
- Jesteś jeszcze za młody. Kiedyś ci powiem, ale jeszcze nie teraz.
Ton głosu dziadka, gdy musiał odpowiadać na to pytanie, zawsze był tak zbolały, że Jonathan miał potem solidne wyrzuty sumienia. Niepotrzebnie znowu go dręczył i jak zwykle (co mógł przecież przewidzieć) nie otrzymał żadnej odpowiedzi.
Babci nawet nie miał co pytać - robiła surową minę i prosiła by nie męczył ich tym pytaniem.
Za każdym razem zdobywał się tylko na zadanie tego pytania, a potem zdruzgotany tym, że zasmucił dziadka wycofywał się potulnie, jak żółw do swej skorupy, i już się więcej nie odzywał. Nigdy nie odważył się na to, by dalej drążyć temat. Czuł się wtedy jak tchórz.
Nie zdążyli mu nigdy powiedzieć prawdy o rodzicach. Gdy miał dziewiętnaście lat (i nadal był ZA MŁODY!), okrutna jędza, Śmierć, przestawiła zwrotnicę. Pociąg staranował samochód przejeżdżający po torach. Dziadkowie zginęli na miejscu...

W końcu sobie poszedł. Odczepił się. Cholerny świr! Był jeszcze trochę roztrzęsiony, lecz ponownie zaczęła go zalewać fala rozrzewnienia na myśl o cudownej dziewczynie, którą niedawno ujrzał. Tak bardzo chciałby się zdobyć na odwagę i ją gdzieś zaprosić. Pragnął umówić się, jak większość chłopaków w jego wieku, na randkę. Chciał, lecz BAŁ SIĘ. Oczyma wyobraźni widział siebie - niezdarnego chudzielca, jąkającego się, próbującego rozpaczliwie sklecić jakieś sensowne zdanie (nie mówiąc już o zwykłej rozmowie). Co by sobie pomyślała gdyby zaczepił ją rozdygotany, zlany potem, nieśmiały chłopaczek? Na pewno by go wyśmiała. Na pewno? Przecież taka delikatna istota nie mogłaby być tak okrutna - nie wyglądała na taką. Na pewno? Przecież pozory tak często mylą.
Ech stary - usłyszał swój wewnętrzny głos rozsądku - ty nie masz nawet co marzyć o takiej ślicznotce. Ona nie jest dla ciebie. Nie masz najmniejszych szans. Pewnie poleci na takiego Wiktora lub innego prymitywnego osiłka.
Czasami nienawidził tego głosu. Zastanawiał się czy to jest rozsądek czy też raczej KAT uśmiercający codziennie jego marzenia.
Ale czemu chociaż nie spróbować? - Zaszeptała cichym głosikiem nadzieja. - Może doceni twoje wnętrze, jak cię lepiej pozna. Może jest inna i da ci szansę byś mógł udowodnić co jesteś tak naprawdę wart.

Kilka godzin później, rozmarzony Jonathan - nie bacząc na zagrożenie ze strony Wiktora, wolnym krokiem wracał do domu. Tocząc wewnętrzną walkę z samym sobą, nie zwracał uwagi na nawoływania kolegów. Nie były już atrakcją mijane dziewczyny. Nie czuł słońca, delikatnie muskającego twarz. Prawdopodobnie nawet gdyby rozpętała się ostra ulewa, też by tego nie zauważył. Był teraz w innym świecie - w krainie marzeń, które się spełniają.
Gdy dotarł do domu, zmęczony poszedł do sypialni. Przyłożył głowę do poduszki. Rozmyślając o ukochanej Alicji...

4

...stary antykwariusz wreszcie usnął.

Tej nocy Jonathanowi, znanemu z łagodności i pogodnej natury, przyśnił się, pierwszy od wielu lat, smutny sen. Jeden z tych, które pamięta się po przebudzeniu, a co gorsze, z tych zostawiających gdzieś w głębi duszy nie dającą się usunąć skazę. Sny takie, jak złośliwe chochliki, dopadają człowieka w najmniej spodziewanym momencie i usiłują wywabić z ciemnej pieczary podświadomości, mroczną istotę zwaną zgorzknieniem...
Śnił, że znowu jest licealistą. Przemierzał pusty, szkolny korytarz, przytłaczający wszechobecną szarością. Przygnębiający nastrój potęgował panoszący się wszędzie półmrok. Na zewnątrz padał deszcz, powodując jednostajny monotonny szum. Nie lubił takich dni, sennych, nijakich. Zawsze, gdy było tak ponuro ledwie wytrzymywał na lekcjach. Przymykały się, ciężkie jak z ołowiu, powieki. Z trudem powstrzymywał ziewanie. W takich warunkach uważne słuchanie nauczyciela byloby szczytem masochizmu.
Nie miał pojęcia jaki jest dzień, która godzina ani jaką powinien mieć teraz lekcję - w końcu korytarze były zupełnie puste, a to oznaczało tylko jedno: jest już po przerwie. Szczerze mówiąc niewiele go to obchodziło. Miał wrażenie, jakby otaczał go nierzeczywisty świat, jakby to wszystko było jakieś takie błache, mało istotne. Cisza ta była jednak dość dziwna - a to dlatego, że z żadnej z sal nie dochodził najcichszy nawet odgłos. Gdyby nie deszcz, to w tych warunkach, odgłos konającego owada byłby doskonale słyszalny.
Podszedł do najbliższych drzwi. Przyłożył ucho. Cisza. Zerknął przez dziurkę od klucza. Było pusto. Dziwne. Podbiegł do kolejnych. To samo. W szkole nie było żywej duszy. Poczuł się trochę nieswojo. Coś było nie tak, czuł to. Wbiegł na wyższą kondygnację. Mrok korytarza rozświetlała mrugająca łuna halogenowej żarówki, sącząca się spomiędzy otwartych drzwi jednej z klas.
Bogu dzięki, ktoś tu jest! - Ucieszył się w głębi ducha. Owszem, był z natury samotnikiem, ale ta pustka była na tyle nieprzyjemna, że nawet gdyby w sali siedział Wiktor, przyjąłby ten fakt z niejaką ulgą.
Podbiegł, najciszej jak potrafił do drzwi i zerknął przez szparę do środka. Tam była...
ONA!
W sali siedziała Alicja!
Serce zaczęło kołatać jak szalone. Wstrzymał oddech. Nie chciał by go zauważyła. Cieszyłby się gdyby ta chwila trwała wiecznie, by mógł ją podziwiać w nieskończoność, a z drugiej strony coś się w nim kotłowało i chciało by wbiegł tam do środka, rzucił się na kolana i wyznał wszystko co czuje.
- Wejdź - powiedziała cicho, aczkolwiek stanowczo.
Zamarł w bezruchu. Był przerażony.
- Wejdź - powtórzyła lekko zniecierpliwionym tonem - wiem, że mnie obserwujesz.
O Jezu! Jakim cudem wie, że tu jestem? - pomyślał zszokowany i poczuł uderzenie gorąca. - O Boże muszę być teraz czerwony jak burak!
- Tchórzysz Jonathanie? Zawsze będziesz taką lękliwą galaretą? Bądź mężczyzną i wejdź wreszcie!
Wszedł. Nogi miał jak z waty. Zaschło mu w gardle. Miał wrażenie, że zaraz zemdleje. Siedziała tyłem do niego ale i tak miał wrażenie, że mierzy go surowym wzrokiem i czyta w nim, jak w otwartej księdze.
- Kochasz mnie, prawda? - Spytała, powoli się odwracając. Piękne blond włosy zasłaniały twarz.
Nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Pokiwał tylko nerwowo głową (nie tak miała wyglądać ta chwila, nie tak!).
- A ty wiesz czym jest miłość? Czego potrzeba kobiecie? Potrafiłbyś jej to dać?
Zamurowało go kompletnie. Nie tego się spodziewał po tak delikatnej dziewczynie. Dlaczego ona to robi?
- Ech, dzieciaku... ja już mam faceta. Prawdziwego faceta. On wie jak mi dogodzić i czego potrzebuję.
To nie może być prawda! To nie może być ONA!
- A co ty byś mi dał? Potrafiłbyś mnie czymś zaintrygować? Rozmawiałbyś ze mną na wszystkie tematy? Potrafiłbyś mnie rżnąć co noc tak bym wyła z rozkoszy?
Głos miała dziwnie dojrzały. Odgarnęła włosy z twarzy i ujrzał dwudziestoparoletnią dziewczynę (tak by wyglądała za kilka lat). Drżał na całym ciele, jakby dostał febry.
To koszmarny sen, to tylko sen - pomyślał - zaraz się obudzę. OBUDZĘ SIĘ!
Lecz sen trwał.
- Jonathanie - rzekła łagodniejszym tonem, z wyraźnym politowaniem - jesteś tylko wymoczkiem a nie prawdziwym mężczyzną. Jesteś nudny. Zawsze byłeś. Czym by dla mnie była twoja miłość? Postawiłbyś mnie w swoim domu jako jeszcze jeden eksponat? Co z tego że najlepszy? I co byś mi zaoferował?
Coś się zmieniało w jej twarzy. Skóra zaczęła nagle wiotczeć. Oczy zmatowiały. Włosy traciły kolor. Zamieniała się w starą kobietę.
- I co? - kontynuowała starczym, drżącym głosem - Ścierałbyś ze mnie kurz ściereczką? Jonathanie, młodość nie trwa wiecznie, a ty ją zmarnowałeś! Zmarnowałeś całe swoje życie chowając się za zasłoną iluzji i czcząc stare, rozsypujące się rupiecie. Otoczyłeś się martwymi przedmiotami, rezygnując z przyjaciół, z kobiet...
Zacisnął powieki i zatkał uszy.
Niech to wszystko zniknie! nie chcę!
Po chwili otworzył oczy. Starucha zniknęła.
- Zmarnowałeś swoje życie Jonathanie - rzekła z wyrzutem młodziutka Alicja.

------

Obudził się bardzo przygnębiony. Tego dnia, po raz pierwszy od wielu tygodni, nie pojawił się ani jeden klient. Jak na złość. Jakby coś chciało, by przez cały ten czas toczył walkę z mrocznymi myślami pożerającymi jego wesołą naturę, tak jak rak zdrowe komórki. W głowie nieustannie dźwięczały słowa sennej mary "zmarnowałeś swoje życie Jonathanie". Miał wrażenie, że jest to przykra prawda. Od rana miotał się bezradnie po sklepiku, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Jego dotychczas wesołe oblicze, tego dnia było bardzo posępne. Oczy, w których tliły się zawsze radosne iskierki, teraz były matowe, bez wyrazu. Czuł się tak jakby uleciała z niego cała energia. Wciąż na nowo rozpamiętywał sen. Analizował. Próbował tłumaczyć sobie, że wszystko, co do tej pory przeżył miało sens i że jest mu dobrze tak jak jest.
Na próżno.
(Zmarnowałeś swoje życie Jonathanie)

5

Po ciężkim dniu nastała jeszcze cięższa noc. Mały, samotny człowieczek, zagubiony w dużym pustym domu, nie miał z kim porozmawiać o trawiących go zgryzotach. Popiersia i obrazy obojętnie spoglądały nań martwymi oczyma. Do nikogo nie mógł się przytulić ani wypłakać, pęczniejącego jak ropień, bólu duszy. Kamienne rzeźby były zimne, nieruchome. Uwielbiane, do tej pory, starocie stały się nagle odległymi, obojętnymi przedmiotami.
Przygarbiony, jakby mu zawieszono u szyi niewidzialny kamień, wyciągnął z przepastnej szafy grzejnik. Włączył go i położył się do łóżka, które smętnie zgrzytnęło. Wszystko dziś było tak bardzo smutne. Smutne i martwe. Nikt go nie kochał. Nie był nikomu potrzebny. Gdyby coś mu się stało, nie miał od kogo oczekiwać ratunku. Samotny. Bez żony, dzieci czy jakichkolwiek przyjaciół. Całkiem sam wśród swej kolekcji.
Zgasił światło i opatulił się szczelnie. W pokoju było zimno. Miał nadzieję, że wkrótce, za sprawą grzejnika, sytuacja się zmieni, i wreszcie spokojnie zaśnie znajdując w ten sposób ukojenie.

Tej nocy śnił o tym, że zdobył się na odwagę i wyznał Alicji swe uczucia. O dziwo wcale go nie odrzuciła, a wręcz przeciwnie, uszczęśliwiona rzuciła mu się na szyję. Jak to we śnie bywa szybko zostali parą. Później był ślub. Otaczała ich gromada życzliwych ludzi.
Z czasem coś zaczęło sie psuć. Alicja coraz częściej się złościła...
- Te cholerne graty! Są ważniejsze ode mnie! Gdzie ja miałam oczy wychodząc za ciebie?
Nie tak miało być - pomyślał Jonathan - miała mnie akceptować, takiego jakim jestem. Mieliśmy, wspólnymi siłami, powiększać kolekcję. A teraz? Teraz chciała bym wszystko wywalił do brudnej, ciasnej piwnicy. Zachciało się dziecka? Dobrze! Wspaniale! On też chce przecież tego samego, ale dlaczego ma poswięcić pokój, w którym znajdowały się jego bezcenne zbiory na dziecięcą sypialnię?! Jakby dziecko, nie mogło spać razem z nimi... ale, na początek, niech ona wreszcie zajdzie w tę ciążę, a nie robi mu awantury. Przecież jeszcze do niczego nie doszło!
Kłócili się coraz częściej. Grono znajomych topniało. Kiedyś przez przypadek usłyszał jak Graham, którego uważał za przyjaciela, narzekał:
- Facet jest beznadziejny. Ja się nie dziwię, że ona z nim świra dostaje. Przecież on tylko o tych swoich starociach potrafi gadać. Tylko o tym! Jest nudny jak flaki z olejem! Gdyby Justyna nie była przyjaciółką Ali...
Nie mógł tego słuchać.
Co za obłudny kutas! - wściekły biegł do domu. W oczach miał łzy. Gdy tylko wpadł do mieszkania, ujrzał bladą, bardzo poważną Alicję, siedzącą przy stole. Płakała. Przed nią leżał jakiś dokument.
- Chcę rozwodu!

----------

Przebudził się. Było ciemno. Po chwili uzmysłowił sobie, że to był tylko sen. Kolejny zły sen. Szczękał zębami z zimna. Całe ciało pokrywała gęsia skórka i wstrząsały nim nieprzyjemne dreszcze. Musiał się rzucać przez sen, gdyż kołdra spadła na podłogę. Zapalił światło. Miał wrażenie, że widzi delikatną mgiełkę naprzeciw łóżka. Przetarł oczy. Nie zniknęła. Sięgnął szybko po pościel i się przykrył. Omiótł wzrokiem sypialnię; okna szczelnie pozamykane, biurko, (mgiełka), grzejnik rozgrzany do czerwoności, a w pokoju przeraźliwie zimno.
Może jestem chory? - pomyślał.
Drżącą ręką sięgnął do szuflady. Pogrzebał chwilę i wyciągnął szklany termometr. Następnych kilka minut spędził mierząc temperaturę i wpatrując się w dziwne zjawisko przed łóżkiem. Jedynym logicznym wytłumaczeniem były: ewentualna gorączka lub wada wzroku. Cóż, w tym wieku wszystko może się człowiekowi przytrafić.
Okazało się, że nie miał gorączki. Zmierzył ponownie myśląc, że może zrobił coś nie tak jak trzeba. Nic się jednak nie zmieniło. Podszedł do grzejnika. W promieniu metra od urządzenia panowało przyjemne ciepło.
Dziwne, bardzo dziwne - pomyślał i postanowił wyjść na dwór, by sprawdzić czy tam też jest tak zimno.
Spodziewał się, że gdy tylko przekroczy próg, owionie go lodowate powietrze. Nic takiego się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie, noc była bardzo ciepła. Na niebie wisiał staruszek Księżyc, żółty i dziurawy niczym ser szwajcarski, otoczony gromadą migoczących gwiazd. Natura odetchnęła lekkim powiewem ciepłego wiatru. Gdzieś w okolicy leniwie cykał świerszcz.
Dlaczego tam jest tak zimno? - Raz po raz zadawał sobie to pytanie nie mogąc znaleźć żadnej logicznej odpowiedzi.
Ziewnął. Poczuł, że senność zaczyna go brać w swe czułe objęcia. Wszedł do domu. Nie miał już sił na to by dochodzić do tego co było przyczyną tajemniczej anomalii. Uznał, że na chwilę obecną jedynym dobrym rozwiązaniem będą grube skarpety, zimowa czapka i jeszcze jeden szlafrok. W takim rynsztunku wkroczył do pokoju, by zmierzyć się z doskwierającym, zagadkowym zimnem. Wskoczył do łóżka i solidnie się opatulił.
Miał dziwne wrażenie, że nie jest sam...
Może to przez to dziwne przywidzenie? - Usiłował się uspokoić.

Nie miał najmniejszego problemu z uśnięciem. Zgasił światło, ułożył się na boku i po kilku minutach chrapał jak suseł.
Tym razem nic mu się nie śniło. Gdyby tylko był przytomny, zdziwiłby się niezmiernie i usiłowałby sobie przypomnieć czy kiedykolwiek wcześniej spał nie śniąc. Nie przypomniałby sobie. Trwał w głębokim uśpieniu, zatopiony w smolistej czerni, zupełnie nieświadomy tego, że coś mu się przygląda.

-----------

W zupełnie innym wymiarze, dusze zmarłych toczyły gorączkową naradę, szykując się do ponownego zejścia na ziemię. Wkrótce pojwią się w ciałkach noworodków. NASTĘPNE WCIELENIE. Niebawem dostaną kolejną szansę, by dobrze przeżyć życie i polepszyć swą karmę.
Na pobliskiej łące, od tygodnia, rozkładał się martwy kot. W blasku księżyca, robaki, połyskując oślizgłymi odwłokami, wiły się w gnijących trzewiach. Setki tłustych larw. Gdzieś w oddali sowa dopadła małego myszoskoczka, łamiąc mu kręgosłup ostrym dziobem, po czym, trzymając mocno szponami, poleciała do gniazda. Martwy gryzoń już więcej nie nakarmi małych - wkrótce umrą z głodu.
Noc, nieczuła na te małe dramaty, okrywała czarną płachtą małe miasteczko i jego mieszkańców. Tych żywych i tych, którzy już od dawna powinni być po tamtej stronie...

6

Umysł Jonathana zaczął powoli wypływać z czarnej czeluści, a doznanie to przypominało wynurzanie się z głębin jeziora. Pierwsze przebłyski z rzeczywistości, niczym migoczące pod wodą refleksy słońca, docierały szybkimi uderzeniami wprost do otumanionego mózgu. Odczucia te nie były przyjemne. Miał wrażenie odrętwienia i nie mógł wykonać najmniejszego ruchu. Fakt ten wzbudził lęk, który niczym lawina zaczął pędzić żyłami, razem z krwią rozpływając się po starym ciele.
Prócz tego nieprzyjemnego doznania, odczówał, że gdzieś w mrokach pokoju coś się czai obserwując go. Jakaś nieznana siła. Nie miał najmniejszych podstaw by tak sądzić, a jednak coś, co wielu ludzi nazywa szóstym zmysłem, było absolutnie pewne, że nie jest sam. Ostatkiem sił napiął wszystkie mięśnie, usiłując choć trochę się poruszyć. Nadaremno, nawet nie drgnął. Serce łomotało, jak oszalałe, pompując przerażenie do wszystkich zakamarków ciała.
Umarłem! - zmroziła go nagła myśl - więc tak to wygląda... Nie, zaraz, zaraz, nie może być, przecież serce bije.
Niespodziewanie w głowie usłyszał cichy kobiecy szept
(Zmarnowałeś swoje życie Jonathanie)
Z wysiłkiem otworzył oczy, mimo że powieki miał ciężkie, jakby były z ołowiu. Nie mógł uwierzyć w to co zobaczył.
Pokój, do poziomu łóżka, tonął w mlecznobiałej mgle, w głębi rozświetlonej czerwonawą łuną - od grzejnika. Nadal panował okropny ziąb. Szafy i rzeźby stały karnie pod ścianami. Swymi ciemnymi kształtami przypominały mroczne, złowrogie istoty; brakowało tylko tego by zaczęły błyskać w ciemnościach czerwonymi ślepiami.
Co się dzieje? Czy ja śnię? - Zaczął się zastanawiać, gdy tylko odrobine ochłonął.
Ponownie spróbował się poruszyć, rozpaczliwe jak żuczek przybity szpilką do tektury lecz nawet nie drgnął.
Jezu, czy mnie sparaliżowało? Może mam jakieś halucynacje? - Czytał wielokrotnie, że ludzie, którzy się zatruli, czesto miewali różne dziwne doznania. - O Boże, grzejnik...
Pogodzony z losem oczekiwał na śmierć. Leżał bezradny, ze wzrokiem utkwionym w ciemnościach, gdy znowu zaczął mieć wrażenie, że widzi delikatną mgiełkę, ledwie widoczną w porównaniu z tą, która otaczała łóżko. Unosiła się trochę wyżej i miała bladoniebieskawy odcień, martwą barwę.
Ów obłoczek zaczął powoli nabierać kształtów. Z początku uwidoczniły się delikatne, ledwie widoczne zarysy, by stopniowo, z minuty na minutę, coraz bardziej się wyostrzać. Z każdą chwilą widać było coraz więcej szczegółów. Przed jego oczyma pojawiała się kobieta uformowana z mgły. Coraz bardziej rzeczywista, jakby jakiś niewidzialny rzeźbiarz zorganizował dlań specjalny pokaz. Antykwariusz przyjął to wszystko z obojętnością, jak dziecko dla którego nie ma rzeczy niemożliwych a świat fantazji nieustannie przeplata się z rzeczywistością. Skoro czuł, że umiera (badź też w najlepszym wypadku padł ofiarą ostrego zatrucia), pozostało już tylko biernie obserwować, ten spektakl otumanionego mózgu.
Półprzeźroczysta kobieca zjawa była zjawiskowo piękna a jednocześnie jej oblicze naznaczone było głębokim, nieukojonym smutkiem. Długie proste włosy okalały zgrabną, pociągłą twarz. Miała mały, idealnie prosty nos, pełne usta i duże wyraziste oczy. Trwała bez ruchu, jakby była najpiekniejszą rzeźbą w kolekcji Jonathana. Patrzyła martwym wzrokiem; miał wrażenie, że wprost na niego. Zupełnie jakby chciała przewiercić go wzrokiem, jednakże nie robiło to na nim najmniejszego wrażenia - przecież to tylko wytwór strutej wyobraźni.

---------

A jednak żyję - stwierdził przyjemnie zaskoczony, przeciągając się na łóżku jak kot. - Może to wszystko było tylko upiornym koszmarem?
Czuł jak ciepłe promienie słońca delikatnie głaszczą twarz, jednocześnie...
(Zmarnowałeś swoje życie Jonathanie)
...przykra myśl pulsowała natrętnie w umyśle, przedzierając się przez krainę zaspanej jaźni, by zmącić to przyjemne przebudzenie. Gdy, z całą swą niszczycielską siłą, dotarła do świadomości antykwariusza, rozlała się po jego umyśle jak ropa wypływająca z pękniętego czyraka. Zniszczyła swym jadem dobre samopoczucie sklepikarza. Wsączyła gorycz do serca. Przyjemne chwile radości odczuwanej z faktu, że jednak żyje i ma się dobrze, przesłoniła ciemna chmura przygnębienia.
Odechciało mu się wszystkiego. Było teraz zupełnie obojętne to, że powinien wstać i się ogarnąć, zjeść coś, wziąść poranną kąpiel i otworzyć sklep. Co z tego, że od czasu do czasu ktoś się będzie do niego dobijał, chcąc coś kupić, bądź sprzedać. Opanowało go tak mroczne odrętwienie, że teraz wszystko to zrobiło się nagle bardzo odległe i nieistotne. Obojętne.
(Zmarnowałeś swoje życie Jonathanie)
Skąd ten głos w mojej głowie? Dlaczego śnią mi się koszmary? Czemu jestem taki przygnębiony? Może to wszystko, co się ostatnio dzieje, jest tylko jednym wielkim snem? - z którego lada moment z ulgą się przebudzę i wszystko będzie tak jak dawniej. A może jestem chory? Może w moim mózgu jest guz, który to wszystko wywołuje? Boże spraw żeby to było tylko jakąś umysłową czkawką, która wkrótce przejdzie. Nie chcę umierać! Nie w ten sposób. Proszę.
Bóg pozostał głuchy na te prośby. Poczucie beznadziei spętało Jonathana swymi mackami tak mocno, że nie był w stanie zejść z łóżka, a co dopiero pójść do kuchni by coś zjeść. Był głodny, ale to uczucie było jakieś takie przytłumione. Nieprzyjemne, jak tępy ból brzucha, ale dawało się znieść w porównaniu z udręką duszy.
Odniósł wrażenie, że coś w nim umarło, odeszło bezpowrotnie. Czuł, że od tej pory już nigdy nie będzie tym samym człowiekiem co wcześniej. Zastanawiał się nad sensem życia i dochodził do wniosku, że jest ono idiotyzmem, czymś kompletnie pozbawionym logiki, wybrykiem natury. Narastał w nim wtedy, jakiś głęboko skrywany, pierwotny gniew. Złość na cały świat, na siebie, na Boga. Miał wtedy ochotę zniszczyć całą swoją kolekcję. Za to, że zabrała mu tyle czasu zmieniając w odludka, dziwaka.
O tak! Czuł, że jest nienormalny. Dla takich jak on nie powinno być miejsca na tym łez padole.
Już miał się zerwać z łóżka i w dzikim amoku zniszczyć te cholerne przedmioty, gdy nagle poczuł się straszliwie zmęczony, jakby ktoś spuścił z niego powietrze. Opadł spowrotem na łóżko i zaczął tępo wpatrywać się w ścianę. Leżał tak bezruchu, bezmyślnie, a czas swobodnie przepływał koło niego zabierając ze sobą sekundy, minuty, godziny - przemijał bezpowrotnie, obojętny na wszystko.

Nastał wieczór. Zachodzące słońce zalało miasteczko krwawą łuną. Czerwień wlewała się przez okna do sypialni starego antykwariusza. Podświetlała unoszące się w powietrzu drobinki kurzu. Oblewała sobą meble, ściany i wszystkie przedmioty znajdujące się w pomieszczeniu. Wraz z upływem czasu światła było coraz mniej. Barwa, tonącego za widnokręgiem słońca, zrobiła się bardziej matowa. Coraz mniej kształtów było widocznych. Stary człowiek nadal leżał w ubraniu na łóżku. W bezruchu. Obojętny na wszystko, jakby zatracił kontakt z rzeczywistością.
Ocknął się dopiero wtedy, gdy otuliła go czerń nocy. Nadal jednak nie miał najmniejszej ochoty na cokolwiek. Głód już nie doskwierał. Wszelki gniew i smutek uleciały gdzieś w niebyt. Miał wrażenie, że jest kukłą - martwym zakurzonym manekinem. Z ust Jonathana unosiła się para. W pokoju było zimno, lecz tego też nie odczuwał. Był znudzony. Umęczony.
Może tak czuje się Bóg, a to wszystko stworzył tylko po to by zapełnić czymś pustkę? - Pomyślał i roześmiał się. Śmiech stawał się coraz intensywniejszy. Jonathanem wstrząsały niekontrolowane spazmy. Miał wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nic go tak nie rozbawiło. Śmiał się tak mocno, aż z oczu pociekły łzy, tak długo, że w końcu rozbolał go brzuch. Gdyby ktoś przechodził teraz koło domu, niechybnie odniósłby wrażenie, że jego mieszkaniec jest obłąkany.
A może tak właśnie jest? - Pomyślał, gdy tylko trochę się uspokoił. - Może jestem obłąkany? - A może jestem... - tak to była szalona myśl - może jestem znudzonym Bogiem, który stworzył ten świat i z nudów się nań zesłał, by czegoś doświadczyć?
Ponownie dostał ataku śmiechu, który w końcu z czasem przeszedł w głuchy, suchy kaszel. Gdy przeminął, Jonathan poczuł, że jest przeraźliwie zimno. Zauważył też, że podobnie jak ostatniej nocy naprzeciwko niego unosiła się bladoniebieska, półprzeźroczysta zjawa kobiety.
Lęk przeszył serce zimnym szpikulcem.
Może to nie był zły sen? I jeśli nie mam żadnego guza, a to wszystko jest rzeczywistością? - Myśli te przepełniły trwogą skołatany umysł. - Jedyna nadzieja, że może jednak jestem szalony.
Zaczął się żarliwie, po cichu modlić mając nadzieję, że to coś pomoże. Pragnął by te słowa, kierowane z głębi duszy wprost do Boga, stworzyły wokół niewidzialną tarczę chroniącą go przed szaleństwem lub tym czymś, jeżeli jednak jest to prawdziwe.
Nic się jednak nie działo. Nie poczuł się bezpiecznie. Zjawa nie zniknęła, a on był jeszcze bardziej przerażony. W końcu się przemógł.
- Kim jesteś? Czego chcesz? - wyszeptał drżącym głosem.
Duch milczał, to było najbardziej przerażające, bardziej straszne niż te wszystkie krwiożercze potwory, które czasami oglądał w filmach grozy. To milczące, nieruchome tchnienie z zaświatów, spychające go nieomal na krawędź szaleństwa. To właśnie kompletny brak reakcji tej istoty i ta nieprzewidywalność sytuacji, tak bardzo paraliżowały. Gdyby to coś się na niego rzuciło, pewnie usiłowałby uciekać - ale zjawa trwała w bezruchu. Milczała. Wpatrywała się weń martwym wzrokiem. Nawet gdyby miał pewność, że ta istota go nie skrzywdzi, to i tak panicznie by się bał. Wystarczała sama świadomość, że to jest martwe i że nie jest z tego świata. Czuł, jak wszystkie włoski na ciele zesztywniały. Wstrząsały nim dreszcze. Lęk osiągał apogeum, granicę, za którą nikt nie wie co nań czeka. Czuł, że jeśli się teraz nie przemoże, jeżeli niczego nie zrobi to skończy w wariatkowie, paplając całymi dniami o prześladującym go widmie, otumaniany codziennie garściami tabletek psychotropowych.
Poczuł uderzenie adrenaliny, jak mocny kopniak w zadek. Zerwał się gwałtownie i na oślep rzucił w kierunku włącznika światła. Otaczała go kompletna ciemność. Gorączkowo szukał przycisku. Nie miał pojęcia co się dzieje za nim. Nie mógł mieć pewności, że zjawa nadal jest przy łóżku, a nie tuż za jego plecami. Pocił się intensywnie. Ręka nerwowo macała zimną ścianę. W końcu trafiła na włącznik. Zapanowała oślepiejąca jasność. Poczuł niewytłumaczalną ulgę i przypływ nadziei na to, że gdy się odwróci niczego nie będzie. Pragnął by to wszystko było tylko wytworem zbyt bujnej wyobraźni.
Odwrócił się.
To coś nadal tam było. Sprawiało tylko wrażenie bardziej rozmytego i miało bledszy kolor. Stało bez ruchu wpatrując się przed siebie. Na ścianę nad wezgłowiem łóżka. Jonathan przemógł lęk i spojrzał w to miejsce.
Patrzył na obraz...
- O Boże, o mój dobry Boże! - wyszeptał oszołomiony.
Portret. Namalowany chłopiec był do złudzenia podobny do niego, z czasów dzieciństwa.
Ale jak to możliwe? Czy to ja? Czy ta zjawa to... czy to moja matka? - Natłok pytań bez odpowiedzi. - Niemożliwe! Przecież bym pamiętał. A może... a może ja jestem wariatem i moje dotychczasowe życie jest tylko iluzją?
Czy mógłby zapomnieć? Czy wydarzyło się coś strasznego, co wymazało część dzieciństwa z jego wspomnień? Dlaczego dziadkowie nigdy nie powiedzieli mu kim byli rodzice i co się z nimi stało? Było tyle pytań bez odpowiedzi...
Zjawa odwróciła się w jego kierunku. Patrzyła smutnym, martwym wzrokiem.
Wybiegł. Dłużej by tego nie zniósł. Czuł, że jeśli spędzi tu choćby chwilę dłużej, to przez resztę życia niechybnie będzie wegetował w domu bez klamek.

7

Rozzłoszczona Jesień chłosta bezlitośnie swych odartych z liści niewolników. Szarpie agresywnie nagie konary nagłymi podmuchami wiatru. Umęczone drzewa jęczą przeciągłymi zgrzytami. Co słabsze konają wydając z siebie agonalne trzaski. Zmarźniętą ziemię pokrywa brunatna breja błota zmieszanego z resztkami pożółkłych liści. Wstrząsany agonią las przecina asfaltowa, rzadko uczęszczana, droga. W pewnym momencie krzyżuje się z nią niewielki strumyk. W miejscu tym zbudowano most, pod którym w półokrągłej wnęce siedzi stary mężczyzna owinięty mokrymi szmatami.
Ogień przyjemnie grzeje, otaczając swą przyjazną aurą, zmarzniętego Jonathana. W chwilach takich jak ta opanowuje go błogie poczucie bezpieczeństwa. Czuje spokój i pogodzenie z losem.
Widocznie tak już musi być - to jego stałe wytłumaczenie, jeden ze sposobów, by nie rozmyślać zbyt wiele o tym co się wydarzyło. Są pytania bez odpowiedzi i wydarzenia, na które nie ma racjonalnego wytłumaczenia. I trzeba się z tym pogodzić...
(Zmarnowałeś swoje życie Jonathanie)




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -