Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Hej, Psst

Rafał Pietrzyk

W Katowicach lało jaz z cebra kiedy Antoni przekroczył bramę zakładu pracy.
Podbił kartę. Niedobrze. Była za dziesięć szósta, dwadzieścia minut później niż być powinno.
Cholerny świat, cholerna baba i cholerne życie, pieklił się w duchu, idąc ku pomieszczeniom roboczym.
- Panie Fistaszak pozwólcie no tu na moment. – Zawołał za nim ktoś, głosem jakim zazwyczaj posługują się przełożeni.
No kruca fiks, a ten pierun już jest? Szlak by to trafił, zaklął w duchu Antoni i odwrócił się, próbując jednocześnie przybrać miły wyraz twarzy.
- Dzień dobry panie dyrektorze. – zawołał – Pogoda pieska, nie? Jakby nam aniołowie nad gieksą lamentować zaczęli. Ech, jest po czym. Był pan?
- Wy mi tu oczu nie zamydlajcie Fistaszak – rzekł wysoki mężczyzna schowany pod parasolem – Już tam na niebie sprawiedliwy bóg dba, aby łzy wszystkie porozdzielać. I zaręczam wam wie co robi. Tylko czy wy wiecie co robicie Fistaszak?
Nawet nie widzę tych jego schowanych pod parasolem oczu, jakbym był godzien tylko patrzeć na buty, pomyślał ze wściekłością Antoni.
- Ja yyy wiem co robić panie dyrektorze, ja..
- A mnie się nie wydaje, że wy wiecie co robić Fistaszak. Jacyś, tacy rozkojarzeni jesteście.
Trzeci raz się spóźniacie w tym tygodniu. I zamiast gnać na złamanie karku, łazicie jak krab po piachu. W te i nazad.
- Właśnie żem szedł się przebrać, kiedy pan dyrektor zawołał.
- Przez takich jak wy, padło już wiele kopalń i fabryk. – kontynuował wysoki mężczyzna, wybijając przy tym rytm dłonią na swym aucie – Wiele stoczni zostało zamkniętych.
- Kiedy ja tylko…
- A ja się wam dziwię Fistaszak. Młokos nie jesteście. Zdaje się, że swoje żeśta przeżyli, a huncwonicie tylko i dyrdymały wam w głowie. A kopalnia stratna. Może wy już się nie nadajecie? Może wam się już nie chce?
No to śruba w dupie, pomyślał Antoni. Pięćdziesiąt trzy lata na karku i chce mnie wyrzucić jak śmiecia. Czekaj no. Jak my pod ziemię zjeżdżali, to ciebie jeszcze na świecie nie było, gadzi synu.
- A wiecie, że będą cięcia, bo kopalnia nierentowna, bo wyngla za mało wydobywamy.
A dlaczego za mało, to wy już najlepiej wiecie. No idźcie, już idzie.
Antoni odwrócił się i ruszył szybkim krokiem, usiłując nawet biec, jednak opasły brzuch bardzo mu to utrudniał. Kiedy zaciskał palce na klamce, usłyszał.
- Mam was na oku Fistaszak. Mam was na oku.



Przebrał się najszybciej jak mógł, rozmyślając przy tym o domu. Cholerne, wrzeszczące bachory. Nic tylko żreć i srać. Kup to kup tamto kup sramto. Oceny liche, ale jak czekolade przy szybie zobaczą, to morda w sklep. Ech. A Kryśka? Nawet koszuli ni umie dobrze ukrochmalić, obiady przypala, a w wyrze?.. Ech co za żywot. I jeszcze sąsiedzi drą mordy dzień w dzień, a ściany jak papier.
Użalając się nad swym losem zaczął kompletować sprzęt. Wiertarka, łopata krótka, kilof, kask – wyliczał, jakby tą mantrą zdołał odegnać zły los. W końcu uzbierała się tego spora kupa narzędzi z której wybrał te które miały mu służyć przez najbliższe godziny pracy.

Stara winda zjeżdżała wolno, skrzypiąc i bucząc zarazem. W tym czasie myślał. Zwolnią – Nie zwolnią. Wywalą czy nie wywalą. W końcu po czasie który zdawał się być kilkunastominutowym winda stanęła.
No i już jestem półtora kilometra bliżej piekła, pomyślał. I po co to wszystko.
- No ruszże zad pacanie – ryknął ktoś z boku – idziesz na przodek.
Antoni wyliczył szybko w pamięci. Dziś mamy czwartek. Powinienem być na wiertle.
- Kija żeś zeżarł, czy co? – ton głosu stał się głośniejszy. – Ogłuchłeś?
- Teraz, nie moja kolej panie majster. Dziś Andrzejek jest na szpicy.
- Gówno tam nie Andrzejek – odrzekł majster i brudny niczym diabeł przysunął się bliżej.
- Jak ty żeś jeszcze babę pod pierzyną ganiał to Andrzejek sprzęt ciężki z Jureczkiem zwozili. Więc przestań memleć ozorem i bierz łopatę. Jest za dziesięć siódma, a my dopiero jeden wózek puścili.
- Taa. – Dołączył się basowy głos z ciemni tunelu. – a trzynastki mają być. I premię dla najlepszej załogi, więc się zbieraj Fistaszku bo ci jeszcze kilof na łeb spadnie.
Antoni zamknął oczy, zaciskając jednocześnie usta. Starał się oddychać spokojnie, jednak gromki śmiech załogi wkręcał się i przez to. W końcu ruszył wolno przed siebie, nie przystając kiedy jakiś kamień odbił mu się od pleców.




Nowy tunel, nowy tunel. A na cholerę to. Zarząd i tak poleci. Tu już prawie nie ma wyngla. Źródełko po ponad stu pięćdziesięciu latach wyschło na dobre.
Pewnie zwolnią ze trzy czwarte stanu. Ech.
Praca na szpicy była najgorsza i dobrze to wiedział. Zwłaszcza przy poszerzaniu tunelu. Może oni chcieli, żeby się wykończył . Może chcieli, żeby tu padł i zdechł. Tylko dlaczego? Jedynym plusem tej pracy, była ucieczka od gwaru i dokuczliwych zaczepek. Tu mógł być sam i do woli rozmyślać. Chodź dolatywały do niego głosy, to zdawały się być bardzo odległe. Wszyscy wiedzieli, że kopalnia pada. Podczas gdy on tu tyrał za trzech, oni tam grali w karty i zagryzali śniadania. Pewnie mieli kanapki z ciemnego pieczywa przygotowane im przez kochające żony, a może i coś na popitkę.
- A w dupie to mam! – wykrzyknął niemal ze łzami w oczach Antoni. – W dupie mam takie życie!
Odrzucił kilof na ziemię i usiadł. Wyciągnął z kieszeni kawałek gazety i rozwinął.
Chleb z sałatą. Ech.
Posilił się, opierając wygodnie na kamieniu. Jakby mnie tera kto nakrył to chryja, pomyślał, jednak nie podniósł się z ziemi.
- Jestem zmęczony, - powiedział cicho sam do siebie – bardzo, bardzo zmęczony.



Kiedy się obudził było cicho. Wstał i rozejrzał się z przestrachem. No to się sam wypieprzyłem, pomyślał. Już banda życzliwych pewnie rozpowiada w biurze spółki, jak to on tu pochrapywał cały dzień, kiedy inni robili.
Szedł niemal mechanicznie, znając kopalniane tunele bardzo dobrze. Jednak w pewnym momencie coś przestało się zgadzać.
Może to jakiś kolejny kawał? Może usłyszeli jak chrapałem i mnie przewieźli na sektor innej brygady. Tylko, że po pierwsze bym się obudził a do drugie inne sektory też znam. Może nie jak swój własny, ale znam.
A tu?
Korytarz zakręca jak koło, czy rozrzucony sznurek. Bez kątów prostych. Bez oświetleń.
Co tu się dzieje?
Przyjrzał się dokładniej. Tunel tu był bardziej nieregularny, jakby nieociosany dokładnie. Czuć było jego twardość i surowość, większą niż zazwyczaj.
-Bajdy pleciesz – żachnął się sam na swe myśli.- Lepiej pomyśl jak wybrnąć z sytuacji.
- Hej psst. – doleciało do niego z ciemności i odruchowo ścisnął w ręku kilof.
Weź się stary dziadu opanuj, bo jeszcze komu łeb rozrąbiesz i na stare lata pójdziesz do kryminału. To pewnie kolejny żart. Najpodlejszy. Na uwiecznienie nierychłego zamknięcia kopalni. Może właśnie dlatego cię nie lubią? Dlatego, że jesteś za poważny. Zbyt mrukliwy.
- Antoni – dobiegł go cichy głos i aż się zatrzymał. – Antoni, nie bój się. Zobacz co mam dla ciebie.
Fistaszak wytężył zmysły, nie ruszając się jednak z miejsca. Skąd to cholerstwo pieje?
- Nie bój się. Po prostu podejdź bliżej.
Czyj to cholera głos? Ściągnęli kogoś z innej grupy? Tylko kogo skoro znam tu wszystkich?
- Mam tu coś co odmieni twoje życie Antoni. Uszczęśliwi cię.
Co za pieprzenie. Nie, nie tym razem. Za wiele już ich było.
- Wychodzę – rzekł – Przejrzałem to. Nie udało się.
- To nie jest żaden kawał Antoni – Głos był mocny, zdecydowany. Taki który nie musiał krzyczeć by skupić na sobie uwagę. Powinien należeć do dziennikarza prowadzącego debaty polityczne. – To prostu podejdź.
A jeżeli to diaboł? Eeee. Stary dureń jestem i basta.
- Dobra skończmy te farsę. Gdzie mam podejść?
- Po prostu zechciej podejść i wykonaj dowolny krok, ale wpierw musisz zechcieć Antoni. Uwierzyć.
O matko. – No dobra już dobra wierzę. I idę i..
- W mordę jeża – wykrzyknął. Nie było już tunelu. Rozmył się, przepadł. W jego miejscu powstała mała okrągła pieczarka z tysiącem piekielnie podrażniającym nozdrza zapachów. Była lekko oświetlona przez jakieś wielokolorowe kryształki, wrastające w skałę i zwężała się u góry, jakby to było mrowisko, albo miniaturowy wulkan.
Po jej tylnej ściance spływała woda, zaś na samym środku leżał stos kamieni.
Na kamieniach siedział On.
- Matko Jedyna diabeł – wydarł się Antoni i nie wiedząc co robi uniósł kilof.
Postać spoglądała uważnie, jednak nie poruszyła się kiedy ciężkie narzędzie zawisło jej nad głową.
Było to skrzyżowanie sześcioletniego chłopca z kozą. Miało pewnie nie więcej niż metr, chodź gdy tak teraz siedziało na głazach zdawało się jeszcze niższe. Całe pokryte było gęstym czarnym włosiem. Twarz kozia z ludzkim nosem i małymi, głęboko osadzonymi oczami. Pysk wystawał, niby trochę koński, a uszy sterczały. Całości obrazu dopełniały kręte na ślimaczy wzór dwa cienkie rogi.
- Nie musisz się mnie bać panie Antoni. Nie jestem tu by cię krzywdzić. – odezwało się to coś zupełnie nie swoim głosem. Kiedy przemówiło uderzył siarczany zapach.
Mężczyzna z przerażeniem i niedowierzaniem obserwował jak czart macha krótkimi, chłopięcymi nóżkami, wystukując małymi mokasynkami jakiś nieznany rytm. Do tego prążkowane zielono – białe getry i krótkie, szerokie spodenki.
Odbiło mi. Zwariowałem.
- Nie zwariowałeś panie Antoni, – rozczytało myśli – ani też nie śpisz.
- Czego ode mnie chcesz?
- Niczego. Gdybyś prześledził dobrze swoje życie, wiedziałbyś, że niczego nie jesteś mi w stanie zaoferować. Dlatego jest to dla ciebie takie korzystne.
- Nie będę się układał z diabłem. – Zaryzykował się unieść Fistaszak. – Ani mi to w głowie.
- Ani mi w głowie być diabłem panie Antoni. Czyż diabeł zawsze nie żąda duszy?
- Nie wiem. Chyba tak.
A może było tąpnięcie, może zasypało mnie jak spałem, może..
- Nie.
- Więc o co chodzi w tym wszystkim?
-Wiele razy – przemawiała dalej spokojnie istota – krzyczałeś w niebo, bijąc jednocześnie pięściami w piersi. Niejednokrotnie też w żonę i dzieci, - dodała, i Antoniego oblał rumieniec wstydu. Czuł się jak na ostatniej spowiedzi. Czyżby tak wyglądał Bóg?
- I nikt ci nie powiedział co robić. Jak ukierunkować twoją złość, wyeliminować słabości i zagarnąć coś z tego padołu łez dla siebie. To jest mały upominek, masz, tak na dobry początek.
Coś błyszczącego poleciało w stronę Antoniego i odbiło mu się od klatki piersiowej.
Ech. Przypomniał sobie wcześniejsze czasy, jednak tym razem to nie był ciśnięty kamień.
- Boże – wychrypiał patrząc na grudkę szczerego złota wielkości pięści.
- Nie jesteś nawet blisko – rzekła istota uśmiechając się przy tym. – A teraz posłuchaj.
Posłuchał. Bo co miał zrobić?



Czas zwolnił, lub w ogóle przestał istnieć, kiedy Antoni słuchał prawdy o sobie.
Żadne z wypowiedzianych w grocie słów nie było zbędne. Żadne nie było, nietrafne.
Istota wiedziała o nim wszystko, jakby całe jego dotychczasowe życie było jakimś tam big braderem. Jakby było kłamstwem i fałszem.
- Tylko rób jak ci radzę, Antoni – zakończył boski stwór – rób jak radzę, a będziesz się pławił w sławie, złocie i szacunku.
Szacunku, hehe szacunku. Zawsze chodziło o szacunek. Szacunek i godność.
Starte linie papilarne od walenia kilofem. Garb na plecach od ładowania ziemi. Żylaki na nogach od ciężkiej pracy fizycznej i odma. Acha. To wszystko i brak szacunku.
- Będę przychodził panie Jezu.- zapłakał – Przysięgam, że będę przychodził.
- Tylko rób jak ci rzekłem panie Antoni, rób jak ci rzekłem – zakrzyknął za odchodzącym stwór. Rób jak ci rzekłem, pomyślał, zacierając szpony.
Szedł wycierając grubą ręką łzy z usmolonej twarzy. Szedł nie szukając drogi. Bo po co szukać, jeśli się ślepo wierzy. Mały Jezus go wysłuchał, mały Jezus go zrozumiał. On dla małego Jezusa gotów jest tu zdechnąć.
- Antoni! Na rany boskie … żyjesz? – Nie zląkł się krzyku, raczej zaciekawił.
- Antoni…był…był.. zawał…chyba…..metan…eksplozja…zobacz na moje ręce.. spójrz.. na palce..
Zatrzymał się, słuchał. Skupiał.
- Andrzejka… zasy…zasypało…nie..wiem…chyba….tylko….my się…we..dwa..ostali.
Antoni poczuł obrzydzenie do przemawiającego człowieka. Był jakiś taki mały, taki nieważny, taki obrzydliwy.
- No...co..nic..nie godosz pierunie?! Tylko my dwa!!!
Antoni chwycił drugą ręką kilof.
- Nie panie majster. Nie my dwa.
Gdy go znaleźli, okrzyknęli cudem to, że nic mu się nie stało.
Kiedy szedł (..nie wiedzieć.. czemu) prowadzony pod ręce, bezimienni poklepywali go po plecach. Gratulowali. Dyrektor pod niebiosa, wychwalał do prasy. Zaproponowali by położył się na noszach, by pojechał karetką do szpitala.
Odmówił.
- Chcę tyko do domu – powiedział. Nie dodał – do żony i córek.
- Antoś na boga ty żyjesz – zaczęła ona.
- Zliś mi z drogi latawico – powiedział. – I trzymaj smarkate na metry od tego pokoju. Jak tu wstawita łeb, to powywieszam.
Stres pomyślała Antosiowa i sama przytuliła dzieci. Jutro, pojutrze przejdzie.
..jutro…
…pojutrze…
..musi minąć..



-Przy telefonie. – powiedział Fistaszak do słuchawki. – Tak wiem kto mówi. Dyrektor Jędrzejczak.
Pewnieś spocony bratku, zagotowany jak rosół. Powiedz mi dyrektorze jak chcesz to rozegrać. Powiedz. Powiedz na ucho.
- Ekh. Dzień dobry panie Antoni. Nie przeszkadzam? – I tylko cisza na linii.
- Więc.. hmm.. Czy przypadkiem pana majster.. znaczy dawny majster pan Karolak. Świeć panie nad jego duszą, nie zostawił u pana pewnych.. eee.. papierów?
- A juści, że zostawił. – powiedział i jeżeli tylko można uśmiechnąć się ze złością, to on się tak właśnie uśmiechnął. – Tyko nie bardzo wiem o które się dyrektorowi rozchodzi.
O raport z komisji finansów czy bezpieczeństwa.
Tym razem z tej strony cisza.
- Mój syn jest studentem i wpada na weekendy. To coś pan czytał to najczęściej on wcześniej poprawiał. Gdybyś pan dostawał bezpośrednio od pani Bożenki ni cholery byś pan nie zrozumiał.
- No ehm tak. A kiedy bym mógł wpaść i je odebrać?
Płaszcz się płaszcz. Bój się.
- Do pokoju kurwo, bo łeb ukręcę.
- Słucham.
- Nic nic. Takie tam domowe przeciągi. A co do kiedy to hmm, za tydzień kończy mi się zwolnienie. Jak będę to zostawię.
- Kiedy ja jestem całkiem blisko panie Fistaszak. Kupiłbym jakiś koniaczek i pogadałoby się jak chłop z chłopem?
- Zaraz wychodzę na suma na czarcie rozlewisko, jak się pan nie boisz błota, to pan podjedź.
- Więc za piętnaście minut panie Antoni?
- Trzydzieści. Muszę się (ukryć i czekać) jeszcze ogolić.
- Zatem do zobaczenia panie Antoni.
Wrócił do pokoju i zamknął się od środka. Zmęczonymi dłońmi podparł twarz.
Patrzył.
Patrzył na złoty pokój.
Przez ostatnie trzy tygodnie wolnego, ośmiokrotnie wracał do kopalni i ośmiokrotnie zjeżdżał na dół. Zawsze pod pozorem pilnej sprawy lub po kryjomu.
Papiery oczywiście ukradł. Chodź nie zupełnie, bo przecież złodziej stara się być nie zauważony.
On nie raczył pani Bożenki czekoladkami, ani nie prawił komplementów by osiągnąć swoje.
Sznur i długi nóż oto recepta na współczesny sukces w negocjacji.
Chwilę sobie pogadali od serca, a potem zwiózł panią Bożenkę na dół i poroznosił.
Heh dobre sobie. Syn na studiach.
Ona nie potrafiła mu go dać. Spłodziła dwie przyszłe dupodajce, na swój obraz i podobieństwo.
Zawsze żarłoczne na portfel, zawsze nieczułe na krzywdę.
Wiedział, że ma mało czasu. Kopalnie zamykają na dniach.
Więc zjechał tam i szukał. I wierzył, żarliwie wierzył.
I znalazł małego Jezuska. I mały Jezusek poklepał go po plecach. Pochwalił. Nagrodził. Osiem zjazdów w dół. Osiem worków złota.
- Co robić, – zapytał złotego pokoju – co robić?
- Po pierwsze weź siekierę – odpowiedział pokój.


Chłopak pochylił się nad dziewczyną i pocałował ją mocno, ta po krótkiej chwili wahania oddała pocałunek, mierzwiąc mu jednocześnie włosy.
Proszę odejdźcie, idźcie już. Co tu robicie o tej porze? Antoni pieklił się w duchu. Boże taka noc, czemu jej nie wziął na zabawę, albo do parku już nawet. Tylko tu.
Czyżby popełnił błąd? Czyżby jego Jezusek go opuścił? Nie. Przecież robił wszystko jak mu kazał. Dyrektor będzie za mniej niż dziesięć minut. Może już idzie.
Spojrzał w gwiezdne niebo, zbierając kilka leniwie spadających kropel na twarz. Boże, co robić.
- Wiesz co robić panie Antoni,- doleciało z wiatrem, lub wyprodukowała to jego wyobraźnia.
Popatrzył na siekierę, później poprzez trzciny na mostek.
- Nie mogę, oni są tacy młodzi – zaszlochał w kierunku wiatru.
- Więc stój i patrz jak twój sen o bogactwie i sławie się rozwiewa. Jak twoje marzenie o szacunku pryska.
Antoni zadrżał i rozejrzał się nerwowo. Grubą, ubłoconą dłonią otarł oczy i wstał przy akompaniamencie trzaskających kolan. – Dobrze, dobrze, już idę Jezusku tylko nie odwracaj się ode mnie i ty.
- Grzeczny chłopczyk – dodało coś z cienia.
Poruszał się wolno, zgarbiony, rozchlapując błoto. Siekiera z każdym jego krokiem żłobiła w błocie sporą koleinę.
I wtedy para wstała i obejmując się, po prostu odeszła.
Dzięki ci matko, powiedział w myślach i podszedł pod żeliwne schody. Siekierę ukrył w trzcinach. Zdjął plecak i trzymając go w ręku zszedł na mostek. Czekał.
Dyrektor pojawił się minutę przed czasem, przedzierając się przez błoto i przeskakując nad kałużami. Kiedy się zbliżał było widać jak stara się wyprasować swoją złość.
Będąc pięć kroków od schodków przywitał się już jako przyjaciel.
- Że też wam się chce po nocy na takie bagniska zapędzać panie Antoni. Przynieśliście papiery?
-Chodź pan i siadaj – odrzekł mężczyzna z dołu i skinął ręką. Dyrektor starając się jeszcze bardziej nie ubrudzić płaszcza, przytrzymał się barierki i zszedł.
- Ech, ale pogoda – zaczął i klasnął w dłonie. – Zimno. Dobrze by się rozgrzać, nie?
- Papiery są tam – Fistaszak wskazał na plecak, samemu patrząc gdzieś w dal.
Momentalnie stał się niewidzialny. Dyrektor stłoczył się nad plecakiem i zaczął mamrotać do siebie. – Dobrze…tak…to..jest..tak. – Nagle wyprostował się jak struna. – A kopii, żeś pan nie porobił?
- A niby po jakie licho?
- Tak pytam, bo widzi pan panie Antoni, pan w ogóle nie powinien wchodzić z takimi sprawami w żaden kontakt. Gdyby to wyszło obaj mielibyśmy przesrane. Rozumie pan?
Nie doczekał się odpowiedzi.
– Dobrze. Na mnie już czas, ale mam tu coś dla pana, na poprawę samopoczucia podczas tych pańskich nocnych łowów - powiedział wręczając Antoniemu butelkę. – A to tak, od zarządu. Pięć tysięcy złotych. Przyda się taki przedemerytalny zastrzyk, nie?
Antoni wytrącił kopertę z rąk Jędrzejczaka. Ta upadła na skraj mostku.
- Jak srebrniki tak ?!! Jak Judaszowi!?!
Dyrektor zdębiał i stał dłuższą chwilę bez ruchu.
- Nie chcecie pieniędzy to nie, - wrzasnął – ale lepiej mnie nie wkurwiajcie Fistaszak bo jeszcze tak wyjdzie, że to wyście spowodowali ten zawał i na długie lata pójdziecie siedzieć. Rozumiecie ?!
Jednak Antoni był już u szczytu schodów.
- Człowiek przyłazi na jakieś zadupie, stara się, chce pomóc, a tu co. Widocznie to tompnięcie was tompneło w dekiel.
- Dyrektorze – wysoki mężczyzna spojrzał w górę na człowieka z siekiera w dłoniach. - Mam na was oko.


- Niestety pan Jędrzejczak ciągle nie odbiera, – po raz trzeci powiedział wartownik – i ja już sam nie wiem. Jest prawie jedenasta, wszyscy poszli.
- No, ale przepustka jest, prawda? Dyrektora podpis też, prawda? To w czym rzecz?
- Panie Antoni, ja wiem, że był wypadek, znam realia. Jak wy se chceta brudy pod dywan wmiatać to mi nic do tego, ale musze, powtarzam musze mieć pana podpis.
Jak to załatwić inaczej, jak tego uniknąć. Znam człowieka przeszło dziesięć lat. Dwa razy dłużej znałem jego ojca. Proszę cię człecze, miej rozum, zanim ci łeb rozwalę.
- Dobrze, - mężczyzna zapiął czarną kurtkę pod szyję – bo mi na głowę leci. Bierzesz pan te klucze czy nie?
- Ech. Biorę, biorę, zaczekaj pan chwilę. – rzekł i wrócił do szoferki. Czerwony kamaz wciąż zawodził włączony, a co najważniejsze zastawiał sporą część ulicy, po której wciąż pałętali się jeszcze ludzie. Wpierw myślał o użyciu siekiery, jednak jej gabaryty nie pozwalały na to.
Klucz francuski się nada – pomyślał.
Dziesięć minut później zakrwawiony i podniecony zjeżdżał na dół.
Cholera widział mnie. Ten wysoki blondyn mnie widział. Trzeba się spieszyć. Dwie windy, tylko dwie. Po dwadzieścia worków każda.
Gdy zjechał na dół, dopadły go duszności. Odkaszlnął rozrzucając krwawą plwocinę. Pot jeszcze bardziej zalał ciało, chodź bluza i tak nim przesiąkła. To nic. Dam radę.
Wiele razy brałem dwie zmiany i to za marne grosze, to tym bardziej wytrzymam dla takiej fortuny.
Kopalniany tunel wyglądał inaczej. Obco.
- No Jezusku co teraz, – wyszeptał w mrok. – powiedz co robić, gdzie iść?
Tylko metan, czerń i metan. Nic.
- Cholera czemu milczysz, czy zrobiłem coś nie tak?
Zamiast odpowiedzi rozległ się dźwięk, jaki może wydać pękająca deska, jaki może wydać napełniane wiadro, jaki może wydać… podnoszony kilof.
Antoni rozejrzał się nerwowo. Jego ciałem targnęły zimne dreszcze. Ścisnął mocniej klucz w dłoni i uniósł na wysokość oczu. Lepki, pewnie są na nim jeszcze włosy i krew, pomyślał.
- Czemu się mnie obawiasz panie Antoni, Czyś zrobił coś nie tak?
Nareszcie głos. Słodki upragniony głos.
- Nie, ja nie wiem, – doszedł do niego sens tych słów. – postępowałem jak chciałeś. Nie popełniłem błędu.
Czerń jakby jeszcze zgęstniała. Strach. Pierwsze jego odczucie od wielu dni.
- A mnie się wydaje, że jednak nie starałeś się należycie panie Antoni.- Tym razem głos rozległ się z innej strony, i jakby z góry. – Mam wrażenie, że jednak nie do końca się starałeś. Nie wszystko zabezpieczyłeś.
Boże o co mu może chodzić, mężczyzna niemal zapłakał. O tą parę z nad stawu? O tego blondyna? O co?
- Proszę powiedz mi – zakwilił – boli mnie głowa i duszno mi. Co zrobiłem źle?
- Antoni, - tym razem głos wydawał się milszy, uspokajał. – każdy gospodarz wie, że porządek zaczyna się od własnych śmieci. Od własnego domu.
Przecież zrobiłem porządek. - załkał Antoni – Powiesiłem tą gadzinę. Nawet Julcię utopiłem.
Robiłem wszystko co mi kazałeś.
Chryste zaraz zemdleje. Jak tu duszno. Jak ciemno.
- A druga mała. Druga córeczka Antoni?
- Nie było jej – powiedział i usiadł na ziemi. Był słaby, prawie bezsilny i stawał się jeszcze słabszy.
- Oj kamracie, kamracie. – rzekła wychodząca z tunelu, niewysoka postać. – Twoja mała córeczka caluśką zabawę przeleżała pod łóżkiem.
Leżący już teraz mężczyzna, patrzył z pod na wpół przymkniętych powiek. Serce, pomyślał. Umrę na zawał. Istota zbliżyła się, roztaczając i tak intensywne kopalniane zapachy. Kucnęła. Błysnął niewidoczny dotąd oskard. Antoni zarejestrował to ledwo.
Wszystko mi jedno, pomyślał.



Wciąż dyszał wjeżdżając ponownie na górę. Bez góry złota, za to z oskardem w dłoni.
-Ta mała…jędza.. – wychrypiał sam do siebie…- zabije, porąbie.
Wciąż tam jest mówił. Wciąż jest zbyt przerażona by się ruszyć. Ciekawe czy ma dobry widok na dyndającą mamusię. Heh.
Zataczając się wyszedł na powietrze i zwymiotował na chodnik. Otarł usta, unosząc wzrok.
Jezu!
Ciało zareagowało szybciej od mózgu i przywarło do muru.
Ostrożnie wyjrzał. Samochód z kogutem stał zaparkowany przy bramie. Jakiś mężczyzna rozmawiał przez telefon, drugi świecił latarką.
Zgarbiony doczłapał się do samochodu i ostrożnie wsiadł. Opadł lepkie dłonie na kierownicę, biorąc jednocześnie głęboki oddech.
Chryste, pomyślał ze smutkiem, co ja robię?
Kiedy w dużym, wstecznym lusterku zobaczył swą twarz, miał wątpliwości czy jest jeszcze człowiekiem. Bezruch jednak trwał tylko chwilę. Mniej niż sekundę, krócej niż moment.
Potem ból odpłynął, zabierając ze sobą wątpliwości.
Antoni Fistaszak uśmiechnął się lekko do siebie. Podgłośnił radio i przekręcił kluczyk.



Przebył może trzy czwarte drogi do domu kiedy usłyszał dźwięk syreny.
Potłuczony samochód, jechał zygzakiem zostawiając za sobą snop iskier, a pajęczyna pęknięć zmieszana z ludzką krwią utrudniała widoczność. Starał się wybić szybę od środka, jednak nieskutecznie. W końcu dwie krótkie uliczki od domu samochód zakończył swój krwawy rajd na przydrożnym znaku. Wciąż mocno padało, wciąż było idealnie ciemno.
Zabierając ze sobą tylko otrzymane w kopalni narzędzie wysiadł i ruszył.
(..powiedział, że mnie zabierze.., że weźmie do siebie.. do innego świata) Już niedaleko.
Trochę biegł truchtem, trochę szedł szybkim krokiem na zmianę. W płucach świszczało, a twarz spurpurowiała. Syreny wyły coraz bliżej, kiedy usłyszał śmiech. Na przystanku siedziało trzech na sportowo ubranych młodzieńców. Czwarty stał opierając się o rower.
Kiedy szedł w ich stronę nawet księżyc rozgonił chmury, chętny się temu przypatrzeć.
Chwilę później Antoni podjechał rowerem pod dom.

- Człowieku ile tu tego jest? – zapytał podpity młodzian?
- Nie wiem stary, ale chyba cztery lub pięć tysięcy. Za starego pelikana Czaisz?
- To był chyba jakiś wariat.

Przeciwnie Antoni czuł się wyjątkowo zdrowy. Co więcej czuł się szczęśliwy. Spełniony.
Na drugim piętrze zatrzymał się na chwilę pod drzwiami Bernardyńskich. Stary znów tłukł swoją żonę. Znów było słychać krzyki dzieci.
Nigdy nie dawałeś mi pospać draniu, - pomyślał.
Pięć minut później wiedział, że popełnił błąd. Prawy bok palił jak diabli, chodź udało mu się jakoś wyjąć nóż. Stasiek był po wielu więziennych odsiadkach i trząsł całą kamienicą.
Wcale się sukinkot nie zląkł. Co więcej ta kurwa jego żoneczka zamiast mu podziękować za wybawienie rzuciła się na niego z pazurami i poszarpała jak cholerna harpia. Dzieciaki też nie były lepsze, więc pozabijał wszystkich. Porozpiepszał im łby. Pękały jak melony w rytm, lecącej z głośników zagranicznej muzyki. Jedną małą zarazę nawet wyrzucił przez okno, chodź i tak go najpierw pokąsała.
Szedł wolno, oparty plecami o ścianę, zostawiając za sobą krwawy ślad. Będąc na półpiętrze, przystanął i spojrzał na swoje drzwi.
Wtedy uśmiech powrócił.
Napływająca fala bólu zmusiła go by przykucnął. Westchnął. W rogu nie odmalowanej przez wiele lat klatki kołysał się żółty, tłusty krzyżak.
- Wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu, co? – przemówił i ruszył po schodach.

Naciskał klamkę kiedy dźwięki syren zagłuszyły wszystko. Kiedy policjanci biegli na górę, był już w przedpokoju.



-Wtedy nie wahałem się dłużej. Strzeliłem.
Pokój był nowoczesny, zagracony elektroniką i innym drogim sprzętem. Mężczyzna drżącą ręką sięgnął po plastikowy kubek i upił łyk. Siedząca na przeciwno niego kobieta, ubrana w za duży sweter, uśmiechnęła się i poprawiła okulary. Słuchała.
- Tak to prawda, że nie oddałem ostrzegawczego strzału, ale gdy zobaczyłem, jak ten,… ten,..szaleniec rozłupał czarkę Moreckiego, nie wytrzymałem.
- Dostaniesz urlop Andrzeju i zostaniesz skierowany na badanie – rzekła głosem mogącym usypiać fale. – W moim odczuciu postąpiłeś słusznie, ale moje odczucia to nie wszystko.
- A dziewczynka, przeżyje?
- Lekarze dają duże szanse – skłamała i na twarzy mężczyzny zagościł chwilowy uśmiech.
Wtem zajęczała drukarka i wydawało się, że zastygł słuchając jej dźwięku.
- A jak twoja ręka – spytała przerywając milczenie.
- Jeszcze się nie przyzwyczaiłem, że mi je odrąbał, ale nie tego się boję.
- A czego. Czego się boisz?
- Tego, że.. – zaczął, spoglądając jednocześnie w ziemię. –Tego, że już nigdy nie zapomnę tego widoku. Tej wiszącej kobiety i tej dziewczynki. I tego jak on leżał nad nią i uderzał. I jak mówił. Mówił tak spokojnie.
- Co mówił?
- Mówił. Tatuś jest bardzo niezadowolony z ocen.
Kobieta westchnęła. Miała więcej niż pewność, że dla Andrzeja Stasiuka służba dobiegła końca. Brak dwóch palców to jedno, ale psychika to coś zupełnie innego.
- Mam jedno pytanie pani porucznik – rzekł mężczyzna. – Po co mu był ten cały węgiel?
Cały dom. Jaki to ma sens?
- Nie wiem. – odparła.





EPILOG



-Zasrane chamy - powiedział Ignacy Kołecki – znowu ja i ja. Dlaczego. Za co to wszystko?
- Właź, właź – zachęcił go ktoś z dołu.
Dochodziła już szarówka, ale spóźniali się z robotą więc opasał się tylko klamrą wokół komina i ruszył w kierunku środka spadzistego dachu.
Znowu ja. Wczoraj ja, przedwczoraj ja, ech.
- Hej psst. – usłyszał tuż za sobą.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -