Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Historia Samanty

Rafał Pietrzyk

Auto pędziło dobre dziewięćdziesiąt mil na godzinę, jednak kierująca pojazdem kobieta dociskała nadal pedał gazu. Jeszcze nie całe pół godziny temu siedziała w restauracji w Lexington marząc by poznana mailową drogą osoba, okazała się tą właściwą.
Teraz jednak będąc coraz bardziej wściekła, nie mogła zrozumieć czemu zdecydowała się na ten wyjazd. Ścisnęła mocniej kierownice palcami, pozwalając by długie paznokcie miękko zagłębiły się w skórę i przyspieszyła. Silnik zaryczał głośno i prowadząca przez nią srebrna corvetta osiągnęła prędkość stu mil. Dochodziła dwudziesta druga. Jeżeli utrzyma tempo za dwadzieścia minut będzie w domu.
Międzystanowa trzydziestka piątka, zdawała się być prawie pusta, jeżeli nie liczyć mijanych co jakichś czas ciężarówek. W zasadzie wiodła prosto, niekiedy łagodnie skręcając. Kobieta odważyła się przyspieszyć do stu dziecięciu mil na godzinę i wciąż zdenerwowana sięgnęła po papierosa. Powietrze wypełnił dym kiedy lucky strike zetknął się z purpurą wydatnych ust. Uchyliła szybę.
Noc była nieprzyzwoicie ciepła, nawet jak na ostatnie dni lata. Na bezchmurnym niebie świeciło miliard małych, złotych, światełek oraz srebrna księżycowa tarcza. Wyminęła przewożącą konie ciężarówkę i westchnęła, pozwalając jednocześnie swej pamięci zabrać się do wydarzeń z przed dwóch godzin.
Rupert zapowiadał się nieźle. Cóż, może rzeczywiście rozmawiając przez internet odjął sobie kilka lat i kilogramów, jednak sam wygląd zewnętrzny zdawał się zbytnio nie odbiegać od prawdy. Jednak nie o jego wygląd chodziło.
Spotkanie na żywo, zablokowało go. Onieśmieliło. Z wesołego gawędziarza zrobiło nudnego, patrzącego ciągle na własne ręce człeczka. Człeczka który nie wiele pytał, nie wiele się chciał dowiedzieć. Człeczka który nawet nie wiedział co ma zamówić. Jeszcze przed podaniem głównego dania, zaczęła zapisywać w pamięci dzielące ich różnice. Wcześniej, będąc w domu, kiedy jeszcze zależało jej na spotkaniu, przygotowała sobie cały plan. Teraz jednak, widząc jak niewiele ma do stracenia, wyłożyła karty na stół. Na ręku zaś miała parę.
Parę która przypominała jej o błędach minionych dni. Brian i Lucy. Bliźniaki.
Mężczyzna spojrzał na nią, a potem rozejrzał się po sali. Twarz mu zbielała niczym obrus kiedy rzekł. – Mają tu naprawdę pyszną kawę.
Samanta wstała. Wyszła. Wsiadła. Odjechała. Dokładnie w tej kolejności. Bez ani jednego słowa.
A teraz pędziła w asyście nocy i zapachu skoszonej trawy do domu, marząc by ciepły prysznic zmył z niej naiwność niegodną trzydziestotrzy letniej kobiety.
Sięgnęła po następnego papierosa, wpychając jednocześnie pustą paczkę do schowka i zwolniła do osiemdziesięciu Samochód wszedł płynnie szerokim łukiem w zakręt.
Na zielonej, przydrożnej, tablicy odczytała.
Owensboro 33 mile.


Dochodziła 22:15 kiedy wstawiała corvettę do garażu i mając pewność, że dzieci już śpią, otworzyła cicho drzwi. Piętrowa willa urządzona była stylowo. Niemal z przepychem. Nie do końca jednak, styl jakim krzyczała był jej stylem. Taką ją wydrapała, rok temu na rozwodowej sprawie. Nadal ciągle w niej coś zmieniała, żeby dom jak najbardziej oddawał jej osobowość.
Powiesiła płaszcz i weszła do kuchni, kiedy na górze usłyszała głośny tupot stóp.
Dzieci zbiegły na dół, robiąc przy tym mnóstwo hałasu. W pierwszej chwili sądziła, że ich pośpiech jest wyrazem tęsknoty. Te jednak zamiast rzucić się jej w ramiona przekrzykiwały się tylko.
- Mamo, mamo, był tu jakiś pan – zaczął Brian.
- Tak, tak i robił zdjęcia domkowi – dodała jego siostra.
Pewnie z kimś się umówiłam i zapomniałam, pomyślała Samanta. W piątek mam oddać do renowacji meble z salonu. Jednak kierowca swoje przybycie miał poprzedzić telefonem. Poza tym dziś jest wtorek.
Uśmiechnęła się lekko, chodź kwestia zdjęć nieco ją zaniepokoiła. Najprawdopodobniej ich tatuś postanowił jeszcze o coś powalczyć.
- Słuchajcie czy ktoś znał tego pana? To nie był tatuś?
- Nieee – znów głośniejszy był Brian. – Ten był gruby i bardzo wysoki.
- Ja pierwsza zauważyłem jak robi zdjęcia domkowi. Pomachaliśmy mu.
- Pomachaliście?
- Tak – wydarł się synek – a wtedy on też nam odmachał.
- To prawda, to prawda, mamo. A potem ten pan przeciągnął tak nożem po szyji jakby chciał powiedzieć, że nas pozarzyna.
Zaniemówiła.
- Mamo jak randka? – zapytała mała Lucy jakby zupełnie zapominając o poprzednio wypowiedzianym zdaniu. Ot cała dziecięca magia.
- A ten pan to jakiś twój znajomy? – kolejne pytanie padło ze strony syna. Ona jednak była już przy drzwiach. Przekręciła dwukrotnie klucz, nakładając przy tym łańcuch. Zamek gerdy opatrzony dopiskiem Ze1, pomimo posiadania tytanowej płytki nie zdołał jej uspokoić. Przebiegła przez salon kierując się do drzwi kuchennych prowadzących na ogród.
Były uchylone.
Omiotła wzrokiem kuchnię w każdej chwili spodziewając się ataku maniaka i zamknęła je. Wstawiła kawę i usiadła starając przypomnieć sobie jakiekolwiek zwady z sąsiadami, jednak podmiejskie usytuowanie willi nieco ograniczało taką możliwość.
Poza mną w zasięgu mili mieszkają tu tylko Millerowie i stara panna McGretty, pomyślała.
Prawdopodobnie Shawn kogoś wynajął. Inaczej dzieci by go poznały.
Tylko w jakim celu? Sprawy rozwodowe zostały załatwione ostatecznie dobre trzy miesiące temu. Poza tym jej były mąż nie był typem maniaka, tylko kobieciarza.
Dźwięk wyłączanego ekspresu do kawy przestraszył ją. Wstała, nalewając sobie tchibo w małą filiżankę. Sięgnęła po torebkę. Nie mogąc znaleźć tego, czego potrzebuje, wysypała jej zawartość na stół.
Komórki jednak nie było. W samochodzie, musiała zostać w samochodzie.
Właśnie wstawała kiedy dzieci wbiegły do kuchni.
- Narysowałem dla ciebie tego pana mamo.
- Tak, ale to ja pamiętałam jak on wygląda.
Chłopiec wręczył jej kartkę bloku z pieczołowitością godną wręczania szkolnego świadectwa.
Spojrzała.
Postać była naszkicowana topornie, świecową kredką. Miała olbrzymi korpus i małą główkę, w ręku zaś trzymała coś co w domysłach dzieci miało oznaczać nóż. Pod rysunkiem mężczyzny widniał podpis namalowany niebieskim kolorem. „ Obcy Pan” , obok zaś narysowane zostały dwie malutkie postacie opatrzone stosownymi podpisami. „Ja” i „Lucy”
Jeszcze raz spojrzała na kartkę mając nadzieję, że monstrualny wzrost obcego jest wynikiem nie ukształtowania się wyobraźni przestrzennej jej dzieci. Nie była bojącą kobietą, jednak zmęczenie całym minionym dniem spowodowało, że postanowiła zadzwonić z salonu.
To będzie jej pierwszy telefon do ex-męża od blisko dwóch miesięcy i lepiej niech nie spodziewa się miłych słów.
Telefon jednak milczał.


Fala gorąca przetoczyła się przez jej ciało, niszcząc bastiony rozsądku i szturmem wbiła się do mózgu.
- Gdzie masz telefon Brian? – spytała.
- Nie wiem. Gdzieś w pokoju.
- A ty?
- Ładuje się. Przynieść?
- Nie. Sama przyniosę. Zostańcie tutaj.
- Mama – usłyszała gdy była już na schodach – czy to ten pan?
Zdobyła się na uśmiech który chyba jednak nie przekonał jej bystrej córki i weszła na piętro.
Nagle dom o który tak wcześniej walczyła, przytłoczył ją. Stał się zbyt duży. Zbyt rozległy.
Nasłuchując i poruszając się niezmiernie cicho otworzyła drzwi do pokoju dzieci. Zapaliła światło i zamarła na widok wielkiej postaci siedzącej pod oknem. Serce niemal stanęło. Ciało zdrętwiało niezdolne wykonać ruch. Wielki ciemno-zielony pluszak rozmiarów dorosłego człowieka szczerzył do niej swe ząbki.
To twój ostatni kawał sukinsynu, pomyślała wspominając o mężu. Rozejrzała się za telefonem i ulżyło jej kiedy dostrzegła na parapecie znajomy kształt ericssona.
Komórka była kompletnie zniszczona.
Głośnik został wyrwany, a przyciski służące do kreślenia wiadomości tekstowych, poobłupywane. Ekran pozostał jednak nietknięty i Samanta zobaczyła, że pod tekstem nieodebrane wiadomości świeci się cyfra jeden.
Powiodła drżącym palcem i nacisnęła joystick. Ukazał się tekst wiadomości, a ona chwilowo utraciła zmysły.
Dzieci dobiegł jej krzyk więc rzuciły się pędem ku górze, ignorując właśnie oglądaną kreskówkę. Kiedy ją zobaczyły była bardzo blada.
- Chcę żebyś przypomniał sobie gdzie położyłeś telefon Brian – powiedziała nachylając się do syna.
- A co mój zły jest? – Lucy spytała matkę, nie uzyskując jednak odpowiedzi.
Brian zaczął szukać jednak po dziesięciu bezowocnych minutach przestał, a matka nie wiedzieć czemu nie pozwoliła mu na wyjście z pokoju.
Laptop. Wpadła na to tak nagle, że niemal krzyknęła z radości. Mogę skorzystać z komunikatora bądź też z darmowych sms-ów na stronie. Wciąż nie zdradziła dzieciom co się stało, jednak dziewczynka chyba zaczynała się niepokoić.
Kiedy w asyście dzieci udała się do sypialni, przez głowę, wciąż przewiercała jej się treść wiadomości.
„Czy naprawdę sądziłaś, że nie pomyślę o wszystkim?” - brzmiała.



Dotarcie do pokoju zajęło im milion lat. Otwarcie drzwi jeszcze dłużej. Będzie siedział za biurkiem, szeptała ta część jej mózgu, która nigdy nie odważyła się dorosnąć. Siedział i patrzył się w ciebie. Nie, to nie błąd. Nie na ciebie, będzie się patrzył w ciebie. Dokładnie w ciebie.
Palce zastygły na klamce.
Albo inaczej, dopadło ją znowu. - Będzie stał za drzwiami. Wejdziesz a wtedy on…
..nie,nie,nie…
… młotkiem, uderzy młotkiem…
- Mamo wchodzimy? – Znajomy głos z daleka, z tak bardzo, bardzo daleka.
Przekręciła klamkę, a towarzyszący temu dźwięk wwiercił się w jej skronie.
Jak ostatnie sekundy życia. Jak zluzowanie zapadki od, (chyba francuskiej) maszyny ucinającej głowy, zaczynającej się na siódmą literę alfabetu.
Skrzypnięcie drzwi, jak, - witaj…- .jak - zobacz co tu mam.
Będzie miał mocny głos, myślała. Nie wiem czemu, ale będzie miał mocny, pewny głos.
Za biurkiem nikt jednak nie siedział.
- Mamo, - znów głos z innej planety – ściskasz mi rękę.
Wypuściła głęboko powietrze czując jednocześnie jak zapach rexony obumiera rozszarpany lepkimi mackami potu i oczekując ciosu zza drzwi zrobiła dwa małe kroki.
Jeden metr drogi w napięciu jakie nie mógł dać żaden film. Nie mogła dać żadna powieść. Drogi podczas której zamyka się oczy tak mocno, że aż trzeszczy w skroni. Nie czuje przegryzanych zębami warg. Nie słyszy nic oprócz własnego serca.
Toshiba stała na biurku. Wycelowana w stronę drzwi. Włączona. Naszykowana.
Oddalała od siebie myśl o tym, że nieznajomy podczas jej nieobecności był w domu.
O tym, że przemykał tuż za plecami jej dzieci. Dotykał jej rzeczy.
Przyjdzie czas na tego typu myśli, pomyślała. Na rozkładanie ich na czynniki pierwsze, a może nawet i mniejsze. W asyście hektolitrów kawy. W asyście sprzyjającego głosu psychiatry, ale nie teraz. Teraz trzeba tylko stąd wyjść. Wygrać grę której nie zna się zasad. Która się sama zaczęła, spychając jednocześnie inne dziedziny życia w niebyt.
Przeżyć. Po prostu przeżyć.
„Masz dwie nieodebrane wiadomości” – zdawał się drwić z niej laptop, kiedy uruchomiała Instant Messeengera. Zanim jednak komunikator stał się aktywny, zupełnie o nim zapomniała. Pięć zdjęć. Pięć wysłanych zdjęć być może z pokoju obok.
Jej willa. Zdjęcie od frontu.
Jej bawiące się dzieci. Zdjęcie od tyłu.
Ona pijąca kawę w kuchni. Lewy profil.
I jej samochód. Przed zniszczeniem i po.



Żaden potwór nie jest tak straszny jak podsycona popkulturą wyobraźnia. Jak zamknięte drzwi oferujące milion różnych scenariuszy. Jak pusty pokój pożerany przez noc. Żadna konfrontacja nie może być gorsza od niepewności. Żadna. Nie ważne z kim.
Nagle to wszystko, zostało bardzo daleko. Po prostu gdzieś w głowie włączył się stroboskop powodując, że przesuwająca się do tej pory płynnie rzeczywistość zaczęła klatkować.
Samanta złapała dzieci za ręce i nie reagując na protesty ruszyła na dół.
Wszystko to było niczym nieskończenie długi czas, jaki towarzyszy oczekującym na ważne wyniki badań.
Coś a’la - „ No niech już będzie wiadomo czy jest złośliwy bo nie wytrzymam napięcia”
„Niech już wiem. Niech już będzie to za mną.”
Lucy chyba płakała, kiedy wybiegli z pokoju. Kiedy zbiegali po schodach.
………………
Był tam. Na dole. Przy drzwiach.
Niczym bramkarz. Niczym ostatni level w grze.
Może nie przewidział takiego zachowania, może nie wiedział, że tak szybko wybuchnie, że nie wytrzyma. A może po prostu to wcześniejsze uzurpowanie sobie robi Boga było tylko bełkotem szaleńca.
Może nie wszystko zaplanował. Może można było jeszcze uciec.
Mężczyzna uśmiechnął się, prawie pionowym uśmiechem, chodź ta deformacja jego twarzy była zaledwie zalążkiem krzywizn i niedorzeczeństw.
Nawiedził mnie mroczny brat Shakil’a Oneil’a, pomyślała patrząc jak łysą głową niemal rysował sufit. Ubrany w biały garnitur i czarne skórzane rękawiczki. Tak niedorzecznie. Tak strasznie surrealnie.
Ruszył w jej kierunku. Wolno. Była niemal pewna, że salonowa klepka pęknie pod jego ciężarem. Nie pękła. Z każdym jego krokiem chciała uciec. Chciała wprawić marmurowe ciało w ruch. Kiedy uniósł młot na jej zdrętwiałej twarzy zagościł leciutki uśmiech. Bohaterka teleturnieju Pt „ Czy wiesz od czego zginiesz?”
…młotek będzie miał młotek..
- ……gratulacje wygrała pani śmierć z rąk szaleńca… z rąk koszmaru.. który nie ma prawa istnieć…
Trudno było nazywać jednak młotkiem to co trzymał w ręku.
A więc to czuła ciotka Hilda kiedy jej toyota stanęła maską w maskę z tirem.
Kiedy wiedziała, że już zaraz.. ..już za jeden moment.. już właśnie..
Przytuliła dzieci do siebie i zamknęła oczy.
Wtedy padły strzały.



-W zeszły czwartek, - powiedział detektyw przynosząc jej kawę – jakiś emeryt z Bostonu wygrał sto jedenaście milionów. Jednak uważam, że to pani może pretendować do miana najszczęśliwszej osoby w tym kraju.
Samanta jednak nie czuła się szczęśliwa. Co prawda była wdzięczna za uratowanie życia, swojego, a przede wszystkim dzieci, wiedziała jednak, że już nigdy nie uwolni się od koszmaru. Przekonała się o tym już pierwszej nocy, kiedy ledwie co zamknęła oczy. Wszystko wróciło. Odżyło. Przez następne cztery dni personel medyczny miał z nią wiele kłopotów. Dzieci zdawały się radzić sobie z tym lepiej. Shawn zaproponował jej zajęcie się nimi.
- Niech zamieszkają u mnie. Tylko na jakiś czas – powiedział. Zgodziła się.
Nie przypuszczała, jak głęboki jest jej uraz psychiczny.
Trzy lata. Ponad tysiąc dni. Ciemnoskóry Freddy Krueger przychodził do niej co noc, a podczas pierwszych miesięcy także podczas dnia. Wypiła jezioro kawy i zażyła chyba z tonę psychotropów. Wciąż jednak nie potrafiła sobie z tym poradzić.
Uratowała ją seria wydarzeń, która mogła być tłem do naprawdę naiwnego filmu.
Oto bowiem brat Elizabeth McGretty postanawia odwiedzić siostrę po latach. Ot tak, bez jakiejś ważnej sprawy. Nikt nie odpowiadana na dźwięk dzwonka, ale drzwi nie są zamknięte. Wchodzi. I chwile później odnajduje kałużę szmat i mięsa. Dwie godziny później następuje finał w jej domu. Składa się z sześciu wystrzelonych kul.
Jednak czy to był finał?


EPILOG


Dzieci ponownie mieszkają ze mną od roku. Strasznie wyrosły. Z Lucy stała się prawdziwa dama a Brian jest ode mnie wyższy o głowę. Nie oznacza to jednak jakoby mój psychiczny stan uległ jakiejś znaczącej poprawie. Po prostu majątek mojego ex-męża opierał się w dużej mierze na finansowych inwestycjach. Jak mówił jego przyjaciel i adwokat kiedy spotkaliśmy się na pogrzebie dostał jakiś cynk który okazał się trefny. Spieniężył wszystko co miał, a nawet dużo więcej. Nie ustalono czy sam skoczył czy ktoś mu w tym pomógł.
Nie wiem czemu nie sprzedałam domu. Chyba dlatego, że gdybym teraz nie stawiła temu czoła, zawsze bym już uciekała. Czasem przy śniadaniach dzieci pytają mnie jak się czuję. Wtedy wiem, że poprzedniej nocy krzyczałam. Tak jak dzisiaj. Tak jak przed chwilą.
W rok po tych wydarzeniach.
…………………
Obudziłam się zlana potem, nałożyłam kapcie i pognałam do biura.
Zawsze coś mi się nie zgadzało. Nie pasowało. Ten który mnie wtedy odwiedził nie był typem planującej osoby. Był raczej jak skrzydłowy zakańczający sprawnie kontrę całego zespołu.
Mrówki chodzą mi po plecach włączam laptop, a sekundy się wloką.
Przeglądam archiwum wiadomości czując jak serce coraz szybciej przepompowuje krew. Wczorajszy stek na powrót staje w gardle.
Czytam i cała się trzęsę.

11:25 Rupert: Mój przyrodni brat pragnie cię spotkać tak samo jak ja.
11:25 Ja: A tak właściwie to co z nim jest?
11:26 Rupert: Jest nieśmiały?
………………………
09:45 Rupert: Dużo o tobie mówi.
…………………........
16:55 Rupert: Bardzo pragnie cię poznać.
…………..
….podoba mu się twoje zdjęcie….
…sam też uwielbia fotografować…
……………….
……..spotkajmy się dziś….
…nie, nie, będę sam… on hmm… nie czuje się najlepiej….

Niczym żywy trup, docieram do dziecięcego pokoju. Jest pusty.
Schodzę na dół. Gdzieś obok mnie gra muzyka. A może to w mojej głowie.
Mijam salon i czuję przeciąg, a uwierzcie mi, jak mało kto pamiętam by wszystko na noc zamykać.
Wchodzę do kuchni.
Wszędzie świece. Mnóstwo świec. Wiszący transparent z krwawym napisem, oznajmia, że dzisiaj mija czwarty rok. Na stole waniliowy tort i ileś w nim świeczek.
Obok niego poobcinane głowy moich dzieci.
Rupert siedzi i patrzy się na mnie tymi swoimi małymi krecimi oczkami.
Jakby uosabiał przeciętność. Jakby został stworzony do statystycznych badań. Obok niego leży tak wielki nóż, że nie wiem czy nie jest maczetą.
I krew, wszędzie krew. Podłoga, szafki, stół.
Rupert popija kawę z mojej małej białej filiżanki. – Jest jeszcze lepsza – dodaje.
……………………..
Mam bardzo realne sny i proszę, błagam. Niech to będzie tylko jeszcze jeden taki sen.
Nie mam jednak odwagi…
…uszczypnąć się i sprawdzić.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -