Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Przypadek Alfreda Świąchy

Damian Węgielek

Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając ostatnie purpurowe promienie, które groteskowo wydłużały każdy cień. Alfred Świącha szedł szybko, a poczerniona postać, wyrosła z jego ciała, stawiała kroki przywodzące na myśl koszmary o ludziach z pajęczymi odnóżami. Nie zwracał na to najmniejszej uwagi, bowiem umysł zaprzątały mu pełne pasji i gniewu rozmyślania o tym, jak przetrwa kolejną nocną zmianę. Praca nie była trudna, nie była też niebezpieczna; była za to straszliwie nudna. I chociaż szwagier, dyrektor szkoły, trzymał łapę również na internacie, to jednak Świącha wiedział, że bumelka nie ujdzie mu płazem. Odkąd kuratorium zaczęło przyglądać się barkowi dyrektora, wypełnionemu podejrzanie wykwintnymi trunkami, „nocny opiekun, pan Alfred” musiał uważać nawet ze spaniem w robocie.
– Skurwysyny – prychnął pod nosem, zbliżając się do kobiety pchającej wózek.
Zerknęła zdziwiona. Uśmiechnął się paskudnie, spoglądając w niebieskie oczy, w których z każdym uderzeniem serca coraz mniej było błękitu, a więcej oburzenia. Minął ją bez słowa, powoli odwracając głowę. Prześlizgnął wzrokiem po zaokrąglonych pośladkach, poszukał zapięcia stanika ukrytego pod cienką bluzką i znowu się skrzywił, bowiem zapięcie było zbyt szerokie, żeby rozerwać je jednym szarpnięciem.
– Cipa – powiedział półgłosem.
Ramionami kobiety wstrząsnął dreszcz.
– Słyszysz?! – Ryknął za nią, czując rozpierająca dumę i mrowienie w podbrzuszu. – Słyszysz, cipo?!
Młoda matka nie oglądała się. Z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na uchwytach wózka przyspieszyła do truchtu.
Świącha odwrócił się, splunął i poszedł dalej. Po drodze spotkał wyłącznie mężczyzn, więc ograniczył się do mamrotania przekleństw pod nosem. O ile wyzywanie kobiet przyjemnie łechtało jego ego i niezawodnie wywoływało erekcję, o tyle obrażanie facetów nie rajcowało w ogóle, a na dodatek bywało niebezpieczne. W nastroju najpodlejszym z podłych przystanął na skraju boiska, patrząc na „cały ten mongolski burdel”, jak zwykł określać Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy w Meszkowicach.
Za trzypiętrowym budynkiem szkoły rozciągał się szeroki trawnik, potocznie zwany boiskiem, na którym bawiły się niepełnosprawne dzieciaki. Dziś królowała piłka nożna. Świącha z grymasem obrzydzenia obserwował chaotyczną kopaninę zakończoną strzałem do niewidzialnej bramki, który wywołał kakofonię dziwacznych okrzyków radości. Pieprzone mongoły, pomyślał i ruszył do drugiego, niższego budynku, w którym mieścił się internat.
Przy drzwiach natknął się na Katarzynę – najmłodszą opiekunkę i w jego mniemaniu, „najlepsza dupę” w całym gronie pedagogicznym Ośrodka. Dwudziestoparoletnia filigranowa blondynka bała się nieobliczalnego Świącha i zazwyczaj uciekała przed nim, lecz dzisiaj stała dumnie i hardo patrzyła, jak nocny opiekun zmierza w jej kierunku. Powodem odwagi Katarzyny był barczysty motocyklista, który z kaskiem w lewej dłoni stał obok. Facet szczerzył zęby w uśmiechu zarezerwowanym dla chłopaków, którzy właśnie przywieźli swoje dziewczyny do pracy. Nagle zauważył spojrzenie Katarzyny i obrócił się. Świącha spuścił wzrok; wiedział że dupki na motorach mogą być groźne. Minął parę w milczeniu, rejestrując zbyt gwałtowny wybuch śmiechu dziewczyny. Zanim otworzył drzwi, głośno pociągnął nosem. Nerwowy śmiech umilkł, a nocny opiekun skrzywił się paskudnie, zadowolony z tego, że „najlepsza dupa” wciąż czuje przed nim respekt.
Wszedł do budynku, otworzył przeszkloną dyżurkę tuż przy wejściu. Na biurku zauważył listę prac, które zlecił nocnej zmianie kierownik internatu:
”opróżnić worki ze śmieciami na zewnątrz, wymienić przepalone żarówki w toalecie na parterze, ewentualnie naprawić kosiarkę…”. Świącha nie przeczytał do końca. Cisnął listę w kąt, przeklinając kierownika. Nocna zmiana jest od pilnowania, a nie od sprzątania; niech to zrobi jutro podstarzały Gienek-idiota, pomyślał. Usiadł, wyciągnął nogi na blacie i zaplótł dłonie na karku.
– Kurwa, co tu robić do szóstej? – Zapytał brudną szybę dyżurki.
Z zewnątrz dobiegały krzyki, śmiechy i piski niezmordowanych dzieciaków. Przy lampie pod sufitem zabzyczał pierwszy w tym roku komar. Ktoś spuścił wodę w toalecie na piętrze. Świącha odchylił się na krześle, przymknął oczy, wyobrażając sobie Katarzynę na klęczkach i z pełnymi ustami. Nagle okno po prawej eksplodowało. Coś wpadło do dyżurki, a nocny opiekun z wrażenia wyrżnął o podłogę razem z krzesłem. Sfatygowana piłka odbiła się od jego policzka i potoczyła pod biurko.
Wstał szybko, otrzepał kawałki szkła z ubrania. Do dyżurki wbiegli dwaj chłopcy.
– Gdzie piłka? – Spytał czternastoletni Tomek.
– Dzień dobry się, kurwa, najpierw mówi – syknął Świącha.
– Dzień dobry. Gdzie piłka?
– Jaka piłka?
– Noo… – zająknął się dwunastoletni Andrzejek, który nosił niebotycznej grubości okulary. – Ta piłka, co wpadła przez okno.
– Widzisz tu jakąś piłkę, debilku?
– On prawie nic nie widzi, prze pana – wyjaśnił Tomek, cofając się za próg dyżurki przed nocnym opiekunem, który przeszedł do natarcia. Andrzejek został w środku.
– Ślepy debil gra w nogę? – Świącha pochylił się nad chłopcem, który marszczył nos i brwi, starając się przyjrzeć twarzy mężczyzny.
– Bo my… myśmy po piłkę przyszli – powiedział drżącym głosem.
– Won! – Ryknął Świącha. Andrzejek skulił głowę w ramionach. – Wypieprzać stąd pieprzone mongoły!
– Chodźmy. – Tomek pociągnął go za rękę i obaj wyszli na korytarz. Kiedy mijali szybę dyżurki, powiedział: –Pan Gienek jutro nam odda.
Po moim trupie, pomyślał Świącha. Wydobył piłkę spod biurka, poszperał w szufladzie i wbił w balon długi śrubokręt. Powietrze syknęło, opiekun uśmiechnął się zadowolony, a potem wyrzucił sflaczały worek do kosza.
– Pan jest nienormalny – dobiegło z korytarza.
W drzwiach stała Katarzyna, patrząc na nocnego opiekuna wzrokiem pełnym obrzydzenia i nienawiści.
Świącha na końcu języka miał wulgarną wiązankę, ale nie odważył się, bo nie był pewien, czy za ścianą nie czai się motocyklista. Nachalnie spojrzał na krocze dziewczyny i powoli oblizał usta. Wystarczyło.
– Zboczeniec – rzuciła i odeszła.
Niebawem rozległ się dzwonek, oznajmiający koniec zabaw i powrót do internatu. Świącha siedział z nogami wyłożonymi na biurko i przez szybę dyżurki patrzył na niepełnosprawne dzieci, które wracały do swoich pokoi, z kpiącym uśmiechem sycąc się kontrastem między ich ułomnością, a własną „doskonałością”. Kiedy korowód się skończył, znalazł w piwnicy kawałek dykty, którym zatkał wybite okno; noc była chłodna, a on nie miał zamiaru marznąć.
Przed dwudziestą drugą Katarzyna wróciła z obchodu i zgasiła światła na piętrach, wyłączając bezpieczniki w skrzynce koło dyżurki. Przez uchylone drzwi Świącha obserwował, jak zbliża się ostrożnie, a potem szybko odchodzi do pomieszczenia socjalnego przy schodach na piętro. Dwa zamki zgrzytnęły głośno w pustym korytarzu. Internat ułożył się do snu.
Nocny opiekun zjadł kanapkę, zaparzył kawę. Przez moment bębnił palcami w blat biurka, zastanawiając się, co robić, żeby nie zasnąć. Wreszcie z najniższej szuflady wyciągnął plik pomiętych „świerszczyków” i przeglądał je, głośno siorbiąc czarną polewkę. Raz po raz zerkał w głąb korytarza, marząc o tym, żeby Katarzyna wreszcie uległa i oczarowana jego „męskością”, przyszła do dyżurki w wiadomym celu.
Blondynka swoich drzwi nie otwierała, kawa skończyła się, a stos pornograficznych gazet wyczerpał. Świącha nie poczuł po nim najmniejszego dreszczu podniecenia. Patrząc na okładkę ostatniego magazynu, doszedł do wniosku, że takiemu twardzielowi jak on, potrzeba czegoś więcej niż rozbierane zdjęcia. Nagle uśmiechnął się, stuknął palcem w ogłoszenie z gazety. To jest to, pomyślał. Przysunął sobie telefon i wykręcił numer.
– Witaj wędrowcze! – Odezwał się w słuchawce głos z taśmy. – Wróżka Wanda przepowie twoją przyszłość, ustrzeże cię przed złym i wskaże drogę ku szczęściu. Poczekaj, aby połączyć się z Wróżką Wandą.
– Jezu – jęknął Świącha, usłyszawszy tkliwą melodyjkę.
– Halo, tu Wróżka Wanda. – kobiecy głos był cichy i miły. – O co chcesz mnie zapytać?
– Eee tego, chciałem spytać, kiedy Kaśka mi wreszcie da?
Wróżka odchrząknęła.
– Tak, widzę miłość, która czeka na ciebie. Lecz żeby ją zdobyć, musisz zmienić ścieżkę, którą podążasz.
– Czyli kiedy, Wanda?
– Wolałabym żebyś zwracał się do mnie Wróżko Wando – odparła spokojnie, lecz z naciskiem. – Wkrótce. Poczekaj, obraz jest niewyraźny. Tak, tak! Widzę miłość jeszcze w tym roku.
Świącha pomyślał, że chyba odgadł zasady tej gry.
– Powiedz proszę, Wróżko Wando, co muszę zrobić, żeby zdobyć miłość Katarzyny? – spytał, tłumiąc dłonią wybuch śmiechu.
– Musisz otworzyć się na energię kosmosu. Wtedy otworzysz się też na innych. Pomocne mogą być w tym warsztaty ezoteryczne, które prowadzę w…
– A bez otwierania się nie da? – Przerwał.
– Nie. W kuli widzę zmiany, którym musisz się poddać, aby być szczęśliwym i kochanym.
– A nie widzisz w kuli jak robisz mi dobrze?
– Słucham?
– Ty sobie wyobrażasz, że z kim rozmawiasz?! – Wrzasnął. – Co ty mi tu będziesz o zmianach pieprzyć? Sama się, kurwa zmień, to może zamiast przez telefon, ktoś przedmucha cię na żywo!
– Nie życzę…
– Sra mnie, co se życzysz, brudna szmato! Takie rozmowy są lepsze, prawda? Ostro i szybko. Masz już mokro?
– Rozłączam się.
– Ani się waż! – Ryknął, opluwając słuchawkę. – To ja do ciebie dzwonię; jestem klientem, płacę i wymagam. Będziesz mi jęczeć, jak długo będę chciał. No już! Zaczynaj.
Na linii zapanowała pełna napięcia cisza. Wreszcie wróżka westchnęła.
– Podaj mi choć jeden powód, dla którego miałabym jęczeć, Alfredzie?
– Bo jestem, kurwa, perfekcyjnym jebaką! Wszystko mam perfekcyjne i nic nie muszę zmieniać. A ty jesteś pewnie z tych, co lubią jęczeć, co?! – Ze złości dostał zadyszki. – Zaraz, skąd znasz moje imię?
– Jestem wróżką – zaśmiała się szyderczo. – Perfekcyjny, mówisz? Dobrze, bardzo dobrze.
– Ty piz… – zaczął Świącha, lecz przerwał mu wysoki, mocny głos, który recytował niezrozumiałą, mroczną inkantację. Słowa zdawały się wsączać przez ucho i rozpływać po ciele, gotując krew w żyłach. Skóra zapiekła, niczym oblana wrzątkiem. Przerażony rzucił słuchawkę na widełki. Fala odrętwienia przemknęła od głowy do stóp i znikła.
Zdziwiony zamrugał powiekami, odetchnął głęboko. Naraz zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest podniecony i nim cokolwiek zdążył pomyśleć, już wertował erotyczny magazyn.
Wyuzdane pozy na zdjęciach działały wreszcie tak, jak powinny. Świącha ślinił się, oddech mu świszczał. Erupcja zbliżała się w błyskawicznym tempie. Jeszcze tylko jedna strona, jedna poza, jedna fotografia. W stopach poczuł mrowienie, wygiął ciało w łuk i nagle zamiast eksplozji poczuł, że coś upadło na uda. To coś było gorące i wilgotne. Świącha z niedowierzaniem wepchnął dłoń za pasek spodni, uniósł kawałek mięsa na wysokość oczu i prawie zemdlał z wrażenia. W palcach trzymał własnego penisa. Odciętego.
Nie było bólu, ani krwi. Jakimś cudem członek został oddzielony od ciała, jak gdyby nigdy nie był z nim zrośnięty. W okolicach podbrzusza nocny stróż czuł jedynie lekkie pieczenie. Nagle penis skurczył się jakby wysechł, popękał i obrócił się w proch.
Świącha wrzasnął.
Dłoń przed twarzą odpadła i plasnęła o podłogę.
Wstał gwałtownie. Poczuł dziwną lekkość, kiedy oba przedramiona oddzieliły się na wysokości łokci.
– Ludzie! Pomocy!
Z cichym pyknięciem, przypominającym odkorkowanie butelki wina, ramiona wypadły z barków.
– Jezus Maria!
Zrobił krok w kierunku drzwi. Lewa stopa obróciła się w pył, ledwo utrzymał równowagę. Goleń upadł, Świącha trzasnął o podłogę najpierw kolanem, a potem twarzą. Z nosa poleciała krew. Szarpnął się raz i drugi w kierunku drzwi. Nagle spojrzał do tyłu i ze zgrozą zobaczył własne biodra dwadzieścia centymetrów od tułowia. Wyprężył się. Kark chrupnął, jak rozłamywane udko kurczaka. Czaszka oddzieliła się od reszty perfekcyjnego ciała.
To już koniec, pomyślała głowa Świąchy i zamknęła oczy, lecz koniec wcale nie nadszedł. Uniosła powieki. W głębi korytarza zobaczyła, jak Katarzyna szybko zamyka drzwi do pomieszczenia socjalnego. Dwa zamki zgrzytnęły głośno w pustym korytarzu. Internat śnił swój sen nieprzerwanie.

*

Świt wstawał powoli. Głowa Świąchy przez całą noc naprzemiennie rozmyślała o tym, co będzie dalej, próbowała obudzić się z koszmaru, liczyła na cud i na śmierć. Poranny dzwonek eksplodował w niej, wykrzywiając twarz w paskudnym grymasie. Korytarz rozbrzmiał tupotem stóp wychowanków, w toaletach popłynęła woda. Nagle drzwi dyżurki uchyliły się powoli, a głowa zobaczyła zgrabne łydki i eleganckie buciki.
– Został najgłupszy kawałek – spokojnie stwierdziła Katarzyna.
Czaszka zdumiała się, ale nie potrafiła odpowiedzieć. Przeraziła się tylko, kiedy nogi opiekunki wyminęła para innych w dżinsach.
– Ze szpica – podpowiedziała Katarzyna.
– Piłka! – Wrzasnął Andrzejek i z całej siły kopnął głowę Świąchy czubkiem trampka. Czaszka pofrunęła przez korytarz i plasnęła o ścianę. Gałki oczne eksplodowały, fontanna krwi i osocza opryskała lamperię.
– Powietrze zeszło. – Fachowo stwierdził Andrzejek, poprawiając grube okulary.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -