Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Puszek Okruszek

Łukasz Ślączka

-Puszek, okruszek... bęc!
-Stój! Mam karabin!
-Więc?


John Whisper wmaszerował raźnym krokiem do biura przełożonego. Pomieszczenie nie było za duże, lecz mieściło zadziwiającą ilość mebli. Wzdłuż zachodniej ściany ciągnęła się meblościanka, na której piętrzyły się dziesiątki książek o tematyce wojennej, ustawionych w równiutkie rządki. Nawet najmniejszy pyłek kurzu nie miał prawa spoczywać na krawędziach półek. Niesubordynacja karana była surowo- ścierką oraz płynem do polerowania powierzchni drewnianych. Oczywiście nie on zajmował się tym wszystkim. Nie stary, poczciwy Stevie - weteran wojny w Wietnamie, emerytowany Marines, obecnie lekko siwiejący mężczyzna po pięćdziesiątce, a co najważniejsze szef Johna. Co do zatwardziałych terrorystów tego spokojnego miejsca- mianowicie kurzu, zajmowała się nimi pani Glassy, osobista sprzątaczka Steviego.
Wzdłuż równoległej ściany biegł drugi, identyczny, mebel z taką samą zawartością i z takimi samymi problemami. Naprzeciw drzwi znajdowała się komoda, na powierzchni której znajdowały się oddziały zdjęć pooprawianych w ramki bojowe. Stevie w mundurze wojskowym, Stevie na służbie, Stevie w stroju odświętnym, Stevie na rybach. Znalazł się tam nawet Stevie w stroju świętego Mikołaja i mało tego, pan Croach, bo tak mu było na nazwisko, bardzo przepadał za chwaleniem tego zdjęcia, niewzruszony wobec grzmotów, gromów oraz fal śmiechu, które wzbudzało wśród podopiecznych. Miał tupet ten Stevie, trzeba przyznać. Tuż nad komodą wisiała duża, czarna tablica z pozłacanymi ramami, w której to zawiesił wszystkie swoje ordery i odznaczenia, bo choć brzuszek miał już spory i przypominał bardziej morsa, to jednak do Marines kiedyś należał i swoje zrobił. Komoda i tablica stanowiły zaplecze pana Croacha, przed którym mógł dumnie tkwić całymi godzinami w swym ogromnym obrotowym fotelu i reprezentować godnie swą osobę. W pokoju znajdowały się jeszcze dwa stołki, główne biurko, drugi fotel oraz wielkie akwarium, w którym pływała leniwie jedna mała rybka.
John był dowódcą oddziału „Hurricane”, elitarnej grupy do zadań ekstremalnych, którą, jak można się spodziewać, uważano za najlepszą z najlepszych. I nie bez powodu. John wraz ze swoją pięcioosobową zapracował na status najwyższej klasy. Od sześciu lat ganiali ich po całym świecie z różnymi misjami. Jedne były mniej, drugie bardziej niebezpieczne. A to kogoś porwano w miejsce, do którego nikt nie mógł dotrzeć, a to odkryto tajną kryjówkę groźnych fanatyków religijnych. I nigdy nikt spoza organizacji nie mógł się o niczym dowiedzieć. Ci z góry nie przepadali za rozgłosem.
Szczupły brunet usiadł w fotelu dla przyjezdnych, jak go lubił nazywać, i czekał, aż padną pierwsze słowa. Masywny mężczyzna ubrany w wyświechtaną marynarkę nie był jednak skory do rozmowy. Wydawał się czymś strapiony. Brunet przyglądał się przez chwilę zamyślonemu Steviemu, po czym odezwał się:
-Ekhm... wzywałeś mnie?
-Co, co, co? - odparł roztargniony Croach.
-Wzywałeś mnie do siebie - powtórzył.
-Achh, tak. Tak, tak, prawda, otóż to...
-Więc?
Widzisz. - Dłonie starszego mężczyzny zaczęły wywijać młynki. - Otrzymaliśmy pewne informacje... i mamy kłopot.
-To znaczy, że my też go mamy, tak? - Twarz Whispera wykrzywił lekki grymas.
-Potrzebujemy was, przykro mi. Wiem, że dopiero co wróciliście, że wyszliście z nie lada opałów, ale sprawa jest naprawdę piekielnie nagląca.
-Ehh, Stevie, Stevie - jęknął John.
-Nie mów tak do mnie - zaperzył się. - Ktoś mógłby usłyszeć. Poza tym jestem twoim szefem.
-No to co, ty stary pryku - zaśmiał się serdecznie.
Szef nieco się rozchmurzył i po chwili śmiali się już obaj. W tej pracy każda chwila jest dobra, żeby się odprężyć. Stevie Croach zebrał swoje graty z wierzchu biurka i ruszył wraz z Johnem w stronę sali zapoznawczej.


-Thomas Creepbottom, dr Thomas Creepbottom. Urodził się w 1884r. w niewielkim miasteczku Horwich, w hranstwie Lancashire w Anglii. Od dziecka pociągało go wszystko, co tajemnicze i obce. Lubił eksperymentować i mieszać ze sobą różne substancje. Zadawał mnóstwo pytań typu, dlaczego to się porusza, dlaczego oddycha, dlaczego akurat tak, a nie tak. Typowe pytania dla dziecka, tak, tylko że on wciąż je zadawał, mając kilkanaście lat. Podążając za swoimi zainteresowaniami, wyjechał do Londynu, by studiować chemię i biologię na Oxfordzie. Po drodze dobrał sobie także genetykę. Nie wiemy, skąd wziął na to wszystko pieniądze. Pochodził z biednej rodziny. Faktem jest, że studia te ukończył i to z wzorowymi wynikami. Po paru miesiącach założył w Londynie własne laboratorium, gdzie przeprowadzał badania na roślinach i zwierzętach. Dokonywał także sekcji zwłok. Po roku pracownię zamknięto, a jego skazano na pobyt w więzieniu. Ktoś go jednak wykupił. Wiele informacji jest niekompletnych, a to, co wiemy, pochodzi ze starych dokumentów oraz ze wspomnień jego osiemdziesięcioletniej kuzynki, ostatniej żywej nosicielki nazwiska Creepbottom.
-A on? - wtrącił się John.
-A z nim sprawa nie jest taka prosta. Posłuchaj dalej. W czasie wojny został powołany do wojska i od razu został rzucony na głęboką wodę. Wysłano go do Belgii, do zachodniej Flandrii, gdzie wraz z innymi żołnierzami oddziałów brytyjskich miał za zadanie zdobycie miasta Ypres. Atak się powiódł. Szeregowy Creepbottom nie miał jednak zbyt wiele szczęścia. Został trafiony odłamkami granatu. Poharatało mu głownie brzuch. Odwieziono go do szpitala polowego i... ślad się urywa. Nie wiemy, co się z nim działo aż do 1940r., kiedy to nawiązuję współpracę z Hitlerem i pracuje wraz z innymi naukowcami nad tajnymi projektami i eksperymentami. Musiał być bardzo poważaną osobą, gdyż pracował w gronie największych szych. Los chciał, że doktor poczuł się nie do końca spełniony, nawiązał kontakt z aliantami i zawarł pakt. On będzie donosił im o każdym posunięciu naukowców, każdym udanym eksperymencie, każdym projekcie, a oni zapewnią mu na własność zamek w Karpatach niedaleko miasta Brasov, będący prywatną rezydencją dr Schneidlera. Po wojnie miał zamiar osiedlić się w nim i żyć niepokojony do końca swych dni. Osobiście dla mnie to wszystko śmierdzi i ledwo się kupy trzyma, ale tak mówią dokumenty. Wojna się skończyła, nasz doktorek przeżył. Popracował jeszcze parę lat dla aliantów i pognał do swego zamku, aż się kurzyło za nim. Przez następne kilka lat rząd brytyjski miał go na oku. To znaczy: wysyłał listy z zapytaniami o zdrowie, o samopoczucie, o zamek i inne takie duperele. Parę razy przyjeżdżała do niego delegacja. Gościł ich kilka dni, po czym odjeżdżali. I nadszedł rok 1960 i zgadnij co.
Stevie popatrzył z uśmieszkiem znad sterty kartek, którą trzymał przed nosem, na bruneta.
-Słuch o nim zaginął?
-Dokładnie! - wykrzyknął z entuzjazmem Croach. - No, znaczy nie dokładnie. Nie tyle zaginął, co przestano się nim interesować. Miał wtedy 76lat. Może przypuszczali, że niebawem umrze, kto wie? Akta wspominają, że był schorowanym człowiekiem już podczas II wojny światowej. „Kaszlał i nieustannie się dusił”. Tyle mamy. Wracając do tematu, zostawili go tam.
-Iiiii...? - przeciągnął powoli głoskę.
-No i tu się dopiero zaczynają jaja.
-Co? To jeszcze nie koniec? Nie powiesz, że wysadził się w powietrze wraz z całym zamkiem, grzebiąc ze sobą majątek, który my mamy odzyskać?
-Chciałbym John, żeby to było takie proste. Przypominam ci, że jestem świadom waszego niedawnego powrotu, ale... - zawiesił na chwilę głos. - Do rzeczy.
Steven wyprostował się i przeszedł parę kroków w tą i z powrotem, głośno przy tym chrząkając. A to oznaczało, że przechodzi do spraw najwyższej wagi. Skończyły już się miejsca na żarty i luźną atmosferę. To swoiste preludium było już rytuałem i każdy z jego podwładnych wiedział, co się święci, gdy się tak zachowywał. John skupił się całkowicie na postaci Croacha i czekał na pierwsze uderzenie.
-Wysłaliśmy tam trzy delegacje. - Jego głos był teraz mocny. - W celu zabezpieczenia terenu. Wiadomo, staruszek zmarł, zostawił posiadłość. Trzeba by posprzątać i pomyśleć nad przyszłością kompleksu. Formalności były błahostką, skoro zamek i tak stał pusty. Tak nam się przynajmniej wydawało. Wysłaliśmy trzy delegacje. Drugą, ponieważ nie wróciła pierwsza. Trzecia była już eskortowana przez wojskowych. Niewielu, ale czego się spodziewać po takiej sytuacji? Wilkołaków? Wampirów? W końcu Transylwania, co. – Starał się uśmiechnąć - wojskowi mieli przy sobie nadajniki przesyłające dźwięk z otoczenia i otrzymaliśmy... niepokojący przekaz. Czyjś głos zapraszający do środka, potem krzyki. I na tym kończyła się transmisja. Chcemy, żebyś wziął swoich ludzi i udał się tam. Macie za zadanie znaleźć delegacje lub to, co z nich pozostało. Mamo podstawy, by twierdzić, że staruszek żyje.
-Ale to by znaczyło, że on ma...
-Sto dwadzieścia trzy lata - powiedział zupełnie cicho. - Sto dwadzieścia trzy lata...



-Powiedz mi, John, co z chłopcami? - spytał Steven, z wolna spacerując w kierunku swojego biurka.
Zdążyli już przedyskutować większość rozwiązań. Opracowali wstępny plan i obejrzeli zdjęcia satelitarne terenu. Wszystko było, jak zwykle, dopięte na ostatni guzik.
-Rawl i Style są pewnie w pobliżu. Znając ich, popędzili prosto do pubu. Nie będzie problemów, żeby ich odszukać. Nie będą też zajmować się niczym ważnym. Tachett... tego mogło ponieść. Zawsze są z nim problemy, ale mam nadzieję, że do jego szalonego czerepu nie zdołał wpaść jeszcze żaden dziwny pomysł. Najtrudniej będzie z Fuanem. Od dawna już wspominał nam o swoich planach. Chciał pojechać z rodziną na kilka dni w jakieś spokojne miejsce, spędzić czas z dzieciakami, porozmawiać ze starymi znajomymi. Ostatnie parę dni przed powrotem nie mówił o niczym innym. Był bardzo podniecony. On jeden ma rodzinę z nas wszystkich. No i bez niego nie ruszymy się na krok.
-Nie możesz jego żonie sprzedać jakiejś bajeczki?
-Owszem, tylko jak to mam mu wytłumaczyć? - zasępił się.
-Wymyśl coś, John. Jednym z członków ostatniej delegacji był McKenny.
-Spróbuję - odparł i wyszedł szybkim krokiem na korytarz.
Opuścił budynek i stał chwilę w bezruchu, pozwalając wiatru, by mierzwił niesforne kłaki. Po paru głębszych oddechach ruszył dalej. Zdążył już nieco zarosnąć. Gęste, czarne włosy kłębiły się po całej głowie. Złapał się na tym, że jego dłoń bezwiednie wędrowała w busz, który sobie wyhodował, o tak dla zwykłej przyjemności. W chwilach roztargnienia i ospałości leniwie przeczesywał połacie czaszki. Dochodził do potylicy, by po chwili wrócić do czoła i zacząć zabawę od nowa. Weszło mu to w nawyk A może by tak zapuścić włosy? Czasami o tym rozmyślał. Czy byłoby mu do twarzy, czy raczej wyglądałby jak pospolity jaskiniowiec? W każdym razie jeszcze parę misji i być może będzie miał okazję się przekonać, jeśli wciąż z takim uporem będzie omijał salony fryzjerskie.
Wmaszerował w ciemną uliczkę, wiodącą między dwiema wysokimi kamienicami. Obdrapane ściany, zdarty tynk, wiecznie zalegające kałuże oraz sterty śmieci, panoszących się po ziemi, nie wzbudzały przyjaznych uczuć. Zatrzymał się przy brudnych drzwiach. „Złamany gryf” widniało na tabliczce ponad nimi. Dawniej napis świecił, ale wraz z upływem czasu neonowe lampy zostały rozkradzione albo powybijane. Pozostały same kontury. Cóż, konsekwencje lokowania interesu w podejrzanych okolicach. Pociągnął za klamkę i wszedł do środka. Uderzył go intensywny zapach papierosowego dymu. Sam nie palił, toteż był wyczulony na ich smród. Było południe. Duża sala poprzetykana drewnianymi podporami, w której poustawiano paręnaście małych stolików i krzeseł, świeciła pustkami. W rogu stał stary poobdzierany stół bilardowy, po powierzchni którego walały się nie poukładane bile. Jeden kij leżał połamany tuż przy nim, drugi został ciśnięty w kąt. Oświetlenie tworzyły chyboczące się lampy, wiszące pod sufitem w specjalnych metalowych kloszach. Ogólnie pub sprawiał wrażenie meliny, której nikt już nie odwiedzał. Nic mylnego. Pod wieczór panował tu niezły ruch. Wystarczający, by knajpa nie splajtowała. Właścicielem tego miejsca był Billy Cock - szef, barman i kompan do picia w jednym. Był lubianym gościem i nie miewał problemów z klientami. A jak już któryś je sprawiał, mógł być pewien, że błyskawicznie zostanie uspokojony. Za uspokojenie jednak trzeba było płacić cło, zazwyczaj w postaci paru zębów, ale zdarzały się wyjątki.
John podszedł do baru, przy którym siedziało dwóch mężczyzn. Popijali piwo i zawzięcie dyskutowali. Co jakiś czas do dysputy wtrącał się barman, rzucając kilka słów, po czym znów wędrował w kierunku zaplecza. Pierwszy z nich, ubrany w hawajską koszulę i wytarte jeansy, człowiek o bujnej, płowej czuprynie, żywo gestykulował, na co drugi mężczyzna o bordowych włosach, w czarnej, skórzanej marynarce i tego samego koloru spodniach, spokojnie odpowiadał. Podszedł do nich po cichu, chcąc ich zaskoczyć.
-Zdaje mi się, czy jakiś gbur skrada się w naszym kierunku? - zapytał tubalnie blondyn.
-Złudzenia, stary, w tym wieku? Niedobrze... - Pokiwał głową. - Ja tam widzę przerośniętego szczura.
-Jak zwykle w humorze - przywitał się Whisper. - Mark, Rodrius, elitarne moczymordy.
Wszyscy trzej się roześmiali. Żaden z nich nie miał jeszcze trzydziestki na karku. Hulaszcze życie nadziewane kilkutygodniowymi niebezpiecznymi zabawami, jak dotąd, nie zdołało złamać ich ducha. Niektórzy nie wytrzymywali presji. Załamywali się, widząc zmasakrowane ciała wieśniaków i nadgnite truchła zwierząt, uprzednio starając się, aby zarzygać, co tylko się dało. Nie ma miejsca na fuszerkę w tym fachu. Chłopcy jednak zostali obdarowani silnym żołądkiem. Nie poskąpiono im także mocnej głowy, co było przydatne zwłaszcza po zakończeniu misji.
Przysiadł się do nich i zamówił piwo. Odruchowo zaczął mierzwić włosy.
-Słuchajcie, mam dla was nieprzyjemną wiadomość - mówił zakłopotany.
-Co jest, wpadłeś w końcu? Masz dziecko. - Próbował żartować Mark.
-Wysyłają nas na misję - odparł.
-Co?! - krzyknęli jednocześnie obaj mężczyźni.
-Niestety. Panowie, wiem, że to nie tak miało wyglądać, ale musimy wykonać zadanie - powiedział i wykończył paroma haustami piwo. - Kończcie, musimy zgarnąć resztę.
-Ja pierdolę - zaklął Style pod nosem.
Opuścili w milczeniu lokal. Milczenie przerywał tylko od czasu do czasu Mark, klnąc na czym żywy świat stoi. Niebo było zasnute licznymi szarymi chmurami. Zapowiadało się na deszcz. Słońce, skryte głęboko za ciemnymi stratusami, nawet nie usiłowało starać się o to, by promienie znalazły drogę na ziemię. Świat wydawał się w tej chwili bardzo ponury. Wrażenie szarości potęgowały dodatkowo puste ulice i małe kałuże, z których nie zdążyła wyparować woda. Powietrze było przesycone wilgocią. Ruszyli wąską uliczką.
-Achh, piękna pogoda. - Rodrius uśmiechnął się do siebie.
-Czub - skwitował go Mark.
-Wiesz, w ogóle cię nie rozumiem. Wieje chłodny wiaterek, żadne wścibskie baby nie wrzeszczą za swoimi bachorami i wszyscy wolą siedzieć w domach. Całe miasto nasze.
-Właśnie. Wszyscy wolą siedzieć w domach. W taką pogodę! Jak myślisz, dlaczego, Sherlocku?
-Nie wiedzą, co tracą. Nie wiedzą, że ja zyskuję - odparł zadowolony.
-Bo jest zimno i wiatr przewiewa nam dupska!- Zignorował odpowiedź Rodriusa.
-Od kiedy to jesteś taki czuły na zjawiska atmosferyczne?
-Od zawsze. Tylko, że nie zawsze mogę sobie ponarzekać.
-To żeś sobie znalazł zajęcie. - Poklepał go po plecach z politowaniem Rawl.
-Nie kpij ze mnie, pajacu. To nie ja ubóstwiam zachmurzone niebo i porywisty, zimny wiatr - zaperzył się Mark.
-Po prostu lubię. - Wyszczerzył zęby do Style’a. - Porywisty wiatr, powiadasz?
Na chodnikach walały się setki małych papierków i kartonów. Ta dzielnica nie należała do zadbanych, ale liczył się klimat w pubie, resztę dało się przeżyć. Wiatr, jak na złość mężczyźnie, nie chciał sprawić, by którykolwiek z papierków chociażby drgnął.



-Gdzie Tachett? - zapytał John.
-Doki - odparli natychmiastowo.
-Powiedzcie, że nie robi tego znowu. – W głosie Johna zadźwięczała błagalna nuta.
-On tylko sobie dorabia. - Rawl i Style wyszczerzyli zęby, po czym Mark, westchnąwszy, dodał z udawanym smutkiem. - Pensja komandosa jest taka mała.
-Nie czas na żarty, chodźmy.
-Stary, wyluzuj - Mark poklepał bruneta po ramieniu.
-Chodźmy.. .i lepiej, żeby był cały.
Whisper ruszył energicznym krokiem przed siebie, nie zauważając na to, że jego dwaj towarzysze wciąż stali w miejscu. Z pochmurną miną sprawiał wrażenie niezłego bandziora.
-John - zawołał przeciągle Mark
-Co do... -dopiero teraz zorientował się, że dzieliło ich jakieś czterdzieści metrów.
-Ale my wolimy jechać samochodem - wybuchnęli śmiechem, wskazując na stojące obok nich auto
Wsiedli do srebrnego chevroleta. Deszcz lunął z nieba jak na zawołanie, błyskawicznie zdobiąc przednią szybę strugami wody tak, że trudno było cokolwiek zobaczyć. Krople głucho dudniły o dach auta, niczym pijany bębniarz, który ma problemy z trafieniem w odpowiednim momencie w werble. Spotęgowało to jeszcze atmosferę ponurości. Ruszyli w stronę nabrzeża, gdzie dojechali po piętnastu minutach. Deszcz dalej zacinał, toteż, po paru chwilach od otworzenia drzwi, byli cali przemoczeni. Dodatkowo zerwał się wiatr.
-Porywisty wiatr, Rawl. - Uśmiechnął się Mark.
Ruszyli w stronę starego, opuszczonego hangaru. Budynek był spory, w końcu remontowano niegdyś w nim statki. Potem wybudowano nowe hangary nieco dalej, gdyż do tego utrudniony był dostęp od strony wody i sporo naprawionych statków w czasie wodowania doznawało kontuzji. Od lekkich zadrapań do wielkich dziur w poszyciu kadłuba. Już z daleka dało się słyszeć okrzyki rozgorączkowanego tłumu. Okna były zamalowane na czarno, by nikt nie mógł podejrzeć, co się dzieje wewnątrz bez wkroczenia do budynku. Było to zbyteczne, gdyż niemal każdy w mieście znał przeznaczenie hangaru, a ci nieliczni, którzy przespali dłuższy okres, mogli bez trudu dowiedzieć się od pierwszego lepszego przechodnia.
Przed głównymi drzwiami stało dwóch wyrośniętych drabów ze skrzyżowanymi dłońmi na szerokich piersiach. Przy pasku od spodni ostentacyjnie widniała kabura, z której wystawał pistolet, prawdopodobnie Browning - zauważył John. Na widok intruzów ich ręce powędrowały w stronę broni, lecz po chwili wróciły na swoje miejsce, gdy rozpoznali Style’a.
-Znają cię? - spytał się Whisper, unosząc wysoko brwi ze zdziwienia. - Myślałem, że preferujesz puby.
-Czasami potrzeba zaznać czegoś nowego - odparł nonszalancko.
-Ile razy przegrałeś? - Kąciki ust Johna nieznacznie drgnęły.
-Żartujesz sobie ze mnie? - zapytał z oburzeniem.
-Wiesz, ostatnio sprawiałeś wrażenie, jakby to ująć, nieco niezdarnego. - Rawl włączył się do rozmowy.
-Macie na myśli tego Araba, co mi wskoczył na plecy? - powiedział przez zaciśnięte zęby.
-Nieźle cię dziabnął... zębami.- Roześmiali się z Johnem.
-Skręciłem mu kark, więc byliśmy kwita. Przypadki chodzą po ludziach.
-Czasami też skaczą im na plecy - zawtórował mu Rawl.
-Zamknij się. Obaj się zamknijcie - syknął.
Weszli do środka. Ogromna przestrzeń była wypełniona przez ludzi , którzy krzyczeli, wiwatowali i dopingowali swoich faworytów. Ci znajdowali się w samym środku hali, na ringu, którym była wysoka i obszerna, żelazna klatka.
Zasady były proste. Jeśli po pięciu minutach nadal będziesz samodzielnie stał na nogach, wygrywasz i inkasujesz należność, którą sponsorują widzowie. Jeśli stoją obaj zawodnicy, wygrywa ten, który mniej oberwał i prócz nagrody, otrzymuje prawo do zadania ostatniego ciosu przeciwnikowi, który ma zakaz bronienia się. Wszystkie chwyty dozwolone, byle zawodnik przeżył. Nieważne w jakim stanie.
Cała sala spowita była w mroku, który rozdzierał błysk z migających w szaleńczym tempie okrągłych stroboskopów, dodatkowo kręcących się wokół własnej osi. Te zawieszone były pod sufitem. Sam ring oświetlony był żółtymi lampami w taki sposób, żeby najmniejszy zakamarek był dobrze widoczny nawet z daleka. Wszystko dla klienta, wszak klient nasz pan, a wejście kosztowało trochę forsy.
Starcie w klatce właśnie dobiegło końca. Kupa mięcha w czarnej skórzanej masce na głowie i obcisłych spodniach zakończyła podniebne akrobacje swym przeciwnikiem, lądując awaryjnie jego głową w podłodze. Bydlę napinało się i szczerzyło zęby do publiczności, uderzając pięściami po potężnej klatce. Dwóch facetów ściągnęło przegranego z ringu i zawlekli w tylko sobie znanym kierunku. Tłum szalał z radości.
-A teraz, proszę państwa, następny zawodnik. - Rozległ się głos prowadzącego imprezę. - Naprzeciw niezwyciężonego Leatherface’a (w tej chwili wymieniony goryl znów zaczął swój taniec godowy) stanieeee... - Spiker podniósł głos, by zwiększyć napięcie. - Gary!
Tłum umilkł, jakby nie rozumiejąc pseudonimu kolejnego skazańca, lecz po chwili znów rozeszła się fala entuzjastycznych krzyków.
Gary?! - krzyknął z wielkim zdziwieniem Mark. - Gary?! Czy on oszalał? Czy normalny zawodnik nazywa się Gary?
-Wolałbyś by nazwał się Grizzly albo Yeti? - spytał z przekąsem Rodrius.
-No... nie, ale Gary?!
-Chłopak nie lubi kombinować, jeśli nie musi, przecież wiesz - zaśmiał się Rawl. - Poza tym, jeśli ta bestia go złoi, to po latach będzie mógł powiedzieć z czystym sumieniem, że to Gary dostał po tyłku, nie żaden Yeti.
-Taa, bo się do tego przyzna.
Rozmowę przerwał głos gongu. Przeciwnikiem grubasa był niski, szczupły mężczyzna o ciemnożółtych włosach. Stał spokojnie z obnażonym tułowiem i wyczekiwał na ruch goryla. Ten od razu zaszarżował, jednak Gary błyskawicznie odskoczył w bok. Grubas z prędkością rozpędzonego ślimaka ponowił atak na blondyna. Ten odczekał, aż olbrzym się do niego zbliży i zniknął między jego nogami, by po chwili wynurzyć się za nim. Leatherface wyrżnął z impetem w metalową siatkę. Przeciągły ryk wydarł się z ust sfrustrowanego olbrzyma.
-Jak myślicie, długo będzie się tak bawił? - spytał Rodrius.
-Już niedługo to zakończy - odrzekł z przekonaniem John.
Furiat rzucił się na Gary’ego, który zaczął przed nim uciekać dookoła klatki. Nagle omsknęła mu się noga i wyrżnął orła. Szybko się podniósł, lecz olbrzym był już przy nim. Nim zdarzył się rozejrzeć, tłusta łapa grzmotnęła go w twarz tak, że odrzuciło go do siatki. Zadowolony tłum zawył. Skórzana twarz poczłapał do niego i chwycił swymi łapami za głowę, unosząc go do góry. Gary wisiał w powietrzu, a olbrzym wyglądał, jakby szykował się do zmiażdżenia mu czaszki. Nagle ręka Gary’ego wystrzeliła w kierunku grdyki oprawcy. Ten momentalnie cofnął się, krztusząc się i próbując złapać oddech. To nie był jeszcze koniec. Blondyn uderzył go pięścią parę razy w mostek, na co ten zwalił się na podłogę i zaczął telepać. Widownia zamilkła i przez chwilę wpatrywali się w niego z niedowierzaniem. Gdy czar jednak nie prysł, znów wznieśli okrzyki i poczęli skandować imię wygranego. Blondyn ukłonił się i zszedł z ringu. Zdetronizowanego mistrza ściągnięto za nogi ze sceny i powleczono w tym samym kierunku, co poprzedniego pokonanego.
-Nieźle, co? - podsumował Style. - Nasz człowiek.
Z trudem przecisnąwszy się przez tłum, dotarli do przyjaciela.. Strużka zakrzepłej krwi wiodła po jego brodzie.
-A jednak nie jesteś z żelaza, stary. - Rodrius serdecznie go uściskał. - Miałeś z tym skończyć.
-Ja tylko sobie dorabiam do marnej pensji komandosa - usprawiedliwił się żartobliwie. - Zaczekajcie chwilkę. Skoczę po zapłatę.
Gary Tachett zniknął w tłumie. Po chwili wrócił ubrany w elegancką marynarkę oraz spodnie na kant. W ręku ściskał brązową kopertę.
-Zapłata - mruknął pod nosem, a na jego usta wpłynął szeroki uśmiech.



Zdążyło się już nieźle ściemnić, zanim wszyscy zapakowali się do samochodu i ruszyli w powrotną drogę. Wnętrze wozu wypełniał śmiech, a dyskusje wrzały, strzelając snopami iskier w powietrze. Jedynie John pozostawał spokojny. Siedział niewzruszony na przednim siedzeniu ze wzrokiem wbitym w pobocze jezdni i mierzwił bujne włosy. Nie udzielała mu się atmosfera. Zebrał już prawie cały oddział. Pozostał ostatni członek - Dager Fuan, spec od komputerów oraz wirtuoz sztuki nożowniczej. Jako jedyny z całej piątki był mężem i na dodatek ojcem dwojga dzieci. Mark zawsze wolał szlajać się po knajpach, a żeby nie czuć się zbytnio osamotnionym, zawsze brał ze sobą Rodriusa. Gary lubował się w niebezpiecznych przygodach, szczególnie rajcowały go te, w których mógł stracić życie. Mawiał zawsze, że adrenalina jest jego paliwem. Z tych powodów właśnie zdecydował się wstąpić do „Hurricane”, co automatycznie wyeliminowało z jego życia jakiekolwiek długotrwałe związki. Z Fuanem było inaczej. Był jednym z najlepszych kadetów w swoim roczniku i już podczas studiów miał żonę oraz dziecko w drodze. Kochał Lynn i dlatego postanowili wspólnie spróbować pogodzić pracę z rodziną. Choć wiedziała, że każda następna misja może się stać powodem śmierci jej partnera, tolerowała jego zawód i nie truła o tym, że rodzina jest ważniejsza i że musi zostać w domu, bo nie będzie komu zaopiekować się dzieckiem. I tak sobie żyli. Sielanka trwała nie dłużej niż kilka tygodni, a po niej następował czas grozy. Strach rozkwitał. Wróci cały, czy nic mu się nie stanie? Zapewnienie, że „Hurricane” są najlepsi, niespecjalnie pokrzepiała Lynn. Zbliżała się gwiazdka i wszyscy myśleli, że będą mogli ją spędzić razem w atmosferze spokoju i radości. Niestety, Stevie przygotował dla innych inny scenariusz. Nie mogli nic na to poradzić.
Na horyzoncie wynurzył się zarys posiadłości Fuana. Z każdą sekundą nabierał na ostrości i po chwili stanęli przed sporym białym domkiem. Wybrukowana ścieżka prowadziła aż do drzwi wejściowych. Na trawniku leżały porozrzucane łopatki, grabki, wiaderka i inne akcesoria młodego budowniczego. Soczyście zielona trawa nęciła, by przysiąść choć na chwilę.
Pranie porozwieszane na werandzie leniwie kołysało się przy podmuchach zachodniego wiatru. Panowała tu niczym niezmącona cisza. Tylko śpiew ptaków i szum zieleni.
Wysiedli z auta i ruszyli powolnym krokiem ku drzwiom domostwa. Rozległ się odgłos pukania.
Po chwili dało się słyszeć czyjś wesoły głos, wołający: „Kochanie, otwórz” oraz odgłosy kroków, zbliżających się do celu. Zamek szczęknął, a w wejściu ukazała się rudowłosa kobieta w kwiecie wieku. Fuan, jako jedyny, miał także, prócz żony i dzieci, trzydziestkę na karku, co bywało często przedmiotem kpin. Na początkowo rozpromienionej twarzy Lynn zaczęły się pojawiać ślady zatroskania.
-Witaj Lynn - powiedział bez cienia emocji John.
-O co chodzi, chłopcy? - spytała, a jej twarz zaczęła zdradzać coraz większe oznaki zdenerwowania.
-Chcemy porozmawiać z Dagerem.
-Nie ma... wejdźcie. - Zrezygnowała z pierwotnego zamiaru okłamania ich i gestem zaproszenia wskazała drogę do środka.
-Dziękuję, Lynn - odparł John.
Przeszli przez przedpokój i weszli do dużego salonu. Na środku pokoju stała olbrzymia czarna sofa, na której siedział rosły, krótko przystrzyżony brunet. W tym momencie cała jego uwaga była skupiona na plazmowym telewizorze, który znajdował się na przeciwnej ścianie. Właśnie transmitowali na żywo mecz Chicago White Soxów z jakąś podrzędną drużyną. Za kanapą szaleli Rolly i Carmen, ganiając się w kółko z plastikowymi mieczami i usiłowali podbić świat. W pomieszczeniu znajdowało się mnóstwo roślin. Pierwszą rzeczą, która przychodziła na myśl, po wkroczeniu do tego pokoju, było słowo: „dżungla”. Gdzie tylko nie spojrzeć, stały donice z kwiatami. Girlandy paproci zwisały z półek przymocowanych do ścian. W rogu stał potężny filodendron, którego donicę okalały mniejsze kwiatki. Po prawie całej tylnej ścianie piął się bluszcz, który już woli zaczynał sięgać sufitu. Mniej więcej na środku mozaiki z zieleni, z gąszczu listowia wynurzała się rzeźba nagiego Apollina, trzymającego lirę. Jego palce spoczywały na strunach, a spomiędzy nich wypływała woda, spadając kaskadami do sadzawki przy podłodze. Parapety i wolne miejsca na półkach zajmowały fikusy, storczyki i hibiskusy. Powietrze było przesycone zapachem kwiecia i roślin.
-Dager, możemy zamienić kilka słów? - zapytał spokojnym tonem John.
-Jasne stary, wal - rzucił jowialnie.
-To ważne - naciskał.
-Dobra, dobra, idę.
Olbrzym wstał z sofy, ociągając się przy tym niemiłosiernie. Przeciągnął się, ziewnął i ruszył w kierunku grupy mężczyzn.
-Lynn, mogłabyś? - spytał uprzejmie.
-Ależ oczywiście, kochanie.
Gospodyni opuściła pokój, zostawiając mężczyzn samym sobie. Wzrok Fuana skakał od Marka do Johna pytająco. Rodrius przysiadł na szafce i zaczął tarmosić podbródek w zamyśleniu.
-Tak właściwie to, po co tu przyjechaliśmy? - nagle zadał pytanie Gary, jakby dopiero co się wyrwał z letargu.
-To on jeszcze nie wie? Myślałem, że powiedziałeś mu jako pierwszemu, John. - złapał się za głowę Mark.
-Zaraz, zaraz... Czy ja o czymś nie wiem? – spytał się Gary.
-Słuchajcie chłopcy, mamy kolejną misję- powiedział głośno John.
-No to nici z urlopu - skwitował Gary.
-Nie możemy poczekać, John? Gwiazdka się zbliża, rozumiesz. - Fuan mówił niemalże szeptem. - Obiecałem dzieciakom, że pojedziemy wreszcie razem na jakąś wycieczkę. Lynn... ona myślała, że będę mógł spędzić ten czas w domu, w końcu dopiero co wróciliśmy z misji. - Zakończył westchnięciem i zasępił się.
-Niestety, Dager, to niemożliwe. Nie dają nam wyboru.
-Dobrze... chociaż nie wiem, za jakie diabły, uda mi się przekonać Lynn, żeby mnie nie rzuciła - próbował żartować.
-Więc tak, naszym celem jest Rumunia, zamek Brokester niedaleko miasta Brasov, rezydencja niejakiego Thomasa Creepbottoma, dr Thomasa Creepbottoma...
Chwilę trwało, zanim skończył opowiadać. Wszyscy słuchali w skupieniu, nie odzywając się słowem. W ich fachu ważne było solidne zapoznanie się z celem wyprawy. Najmniejszy szczegół mógł zaważyć na życiu członków „Hurricane”.
-Jeszcze jedno. Wśród zaginionych znajduję się Henry McKenny - dodał.
McKenny był jednym z najlepszych oratorów w organizacji. Prowadził negocjacje w najostrzejszych sytuacjach i zawsze wspomagał oddział Johna. Jego charyzma w połączeniu z urokiem osobistym usypiały nawet najostrożniejszych zbirów. Będąc tyle razy w swoim towarzystwie, dzieląc dolę i niedolę, zaprzyjaźnili się ze sobą. Można powiedzieć, że McKenny był dobrym duchem oddziału. Nawet jeśli nie mógł zabrać się z nimi, zawsze utrzymywał łączność radiową i wspomagał radami z daleka.
-Lynn, kochanie, możesz do nas przyjść? Muszę ci coś powiedzieć.- Olbrzym zawołał ponuro i pokręcił głową w geście rezygnacji.



Przygotowania poszły sprawnie. W ciągu trzech dni wszystko było załatwione. Zatankowany samolot stał w hangarze gotowy do lotu. Pilot miał ich dostarczyć do Bukaresztu, skąd dalszą drogę mieli pokonać samochodem. Po dotarciu do celu byli zdani na siebie.
Rozkaz był prosty. Wejść, przeszukać domostwo tajemniczego doktorka, odnaleźć zaginionych i powrócić z pełnym raportem sytuacji. Rutynowa akcja, poza jednym szczegółem. John nie powiedział chłopcom o domniemanym wieku staruszka. Nie chciał ich martwić. Miał złe przeczucia.


Warkot samolotowego silnika przecinał powietrze, atakując zaciekle uszy mężczyzn. Nikt nie kwapił się do rozmowy. Dager wpatrywał się w zdjęcie swojej rodziny, gładząc śliską powierzchnię fotografii. Robił to, odkąd wystartowali. W zasadzie robił to przed każdą misją, bojąc się, że już nigdy ich nie zobaczy.
Wszyscy, choć niechętnie się do tego przyznawali, bali się przed rozpoczęciem akcji. Nie chodziło o zwykły strach przed śmiercią, przed przeważającą liczbą wrogów czy przed dostaniem się do niewoli. To strach przed nieznanym odbierał chęć do jakichkolwiek rozmów. To on sprawiał, że całymi godzinami zastanawiali się nad tym, co ich czeka i czy wrócą do domów. Nie można było się uchronić przed natrętnymi myślami.
Człowiek zawsze obawia się nieznanego. Gdy dziecko boi się ciemności, nie przeraża go sama ciemność, tylko demony, które się w niej czają, potwory, których kształtów nie jest w stanie określić żadna wyobraźnia. Widzimy tylko rąbek macki, kawałek pazura, który pojawia się tak samo szybko, jak znika. Ale to wystarczy. I tak trzęsiemy się pod kołdrą, nasłuchując najmniejszych szelestów - odgłosów zbliżającego się stwora. Dzieci, dorośli – wszyscy mają własnego czarnego luda. Dziecięce lęki są bardziej wyraziste. Można dojrzeć ich macki, czasem nawet zobaczyć, jak otwierają paszczę. Fascynujące. Lęki dorosłych nie pokazują twarzy, pustoszą serce incognito.
Mark i Rotrius próbowali początkowo grać w karty, ale szybko zaniechali tego pomysłu. Gary spacerował w tę i z powrotem, z przymkniętymi oczami. Zaciskał pięści, po czym je rozluźniał. To był jego sposób na stłamszenie niepokoju i nie lubił, kiedy mu przerywano. Tak jak i Dager, robił to zawsze. Tylko John wyglądał, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Splótł ręce na klatce piersiowej i wbił wzrok w tylko sobie znany punkt. Nie wiercił się, po prostu siedział i patrzył w dal. Z jego twarzy emanował spokój, który wolno spływał na tułów i członki, jak miód, który skapuje z czubka łyżki na chleb. Powoli, nawet flegmatycznie, jakby nic w świecie się nie liczyło, nic nie było ważne. Nie musi się przecież śpieszyć, jego przeznaczeniem jest kromka chleba. Poza jej chrupkimi brzegami świat nie istnieje.
Pod grubą warstwą kamuflażu także obawiał się następnych godzin. Malutkie ziarenko piasku zagnieździło się w jego sercu i drapało niemiłosiernie, jednak nie pokazywał tego po sobie. Jako dowódca musiał prezentować nienaganną postawę. Nie mógł się wahać. Wątpliwości prowadziły do śmierci. Nawet najmniejsze i najkrótsze rozpaczliwe spojrzenie na znak drogowy może spowodować całkowitą klęską. Zawsze musiał przebiegać przez ulicę i nie mógł sobie pozwolić na zadawanie pytań rodzaju, czy lewa i prawa strona jest pusta. Nieważne, czy to było skrzyżowanie w zatłoczonym mieście, czy wiejska, polna droga. Zatrzymanie się oznaczało wypadek, a pogotowie nigdy nie przyjeżdżało.


V-22 Osprey przymierzał się właśnie do lądowania. Dzięki opcji wykonania tego manewru w pionie, nie musieli kłopotać się kwestią wzbudzenia sensacji i osiadli za miastem. Mężczyźni z ulgą powitali dźwięk otwieranego włazu. Po chwili świeże powietrze wypełniło wnętrze samolotu. Chłopcy z lubości łapali głębokie hausty. Na zewnątrz czekał na nich GAZ 69. Właśnie nim mieli kontynuować podróż. Przy drzwiczkach stał mały i krępy mężczyzna o sumiastych wąsach i krzaczastej brodzie. Na głowie miał zieloną myckę, a ubrany był w wytarty mundur wojskowy, po którym ciągnęły się czarne smugi, zapewne od smaru. Sporo było też dziur.
-Tym mamy jechać? Tym starym, zdezelowanym klekotem? - zapytał cicho Mark, który za czorta nie mógł się uporać z szeroko rozdziawioną szczęką. - No patrzcie, jak to na mnie działa! Nie mogą zamknąć ust! - oburzył się.
-Cicho tam, pacanie - skarcił go Rodrius.
-Z drugiej strony zabawnie teraz wygląda - zachichotał Gary, wskazując na twarz blondyna.
-A ten facet, to co? Nie dość, że krasnal, to jeszcze wygląda jak jakiś menel - ciągnął dalej, nie zważając na komentarze kolegów. - Daliby wreszcie nam kogoś normalnego, a nie ciągle jakichś obwiesi.
-Zamknij gębę z łaski swojej - wypalił Dager.
-Hej, hej, olbrzymie, pokój, pokój - wyszczerzył zęby.
-Baran - skwitował go Rodrius.
Blondyn już szykował się do riposty, kiedy odezwał się John:
-Panowie, spokój. Nie chcemy spięć już na samym wstępie
-Ale my się tylko droczymy, rozumiesz - zaśmiał się Style.
John pokręcił głową i westchnął.
-On miał na myśli Rumuna - wytłumaczył mu Gary, klepiąc po plecach i roześmiał się.
Samolot wzbił się w powietrze, kładąc na ziemię okoliczne kłosy traw, pod naporem powietrza ze śmigieł. Dalsze połacie zieleni kołysały się na wszystkie strony, rzucane przez silne podmuchy wiatru. Przez chwilę szum, wirujących z olbrzymią prędkością, łopat zagłuszył wszystko, toteż odczekali, aż ich transport spokojnie oddali się w przestworza. Obserwowali, jak wielka bryła zmniejsza się do wielkości kułaka, aż wreszcie znika z widnokręgu. Rumun jako pierwszy oderwał wzrok od nieba i zlustrował mężczyzn.
-Nazywum się Wadim - przedstawił się i skinął głową. - Wityjcie na naszej ziemji. Pojedziamy od razzzy?
Nie mówił poprawną angielszczyzną, ale nie mieli większych problemów ze zrozumieniem jego słów.
-John Whisper, a to moi chłopcy. - Uścisnął dłoń karła i wskazał ręką na resztę mężczyzn. – Jak długo zajmie nam dojazd do zamku?
-Czarci miejsce njydaleko. Góro godzina. - Mówiąc to przeżegnał się szybko.
-Coś nie tak? - spytał zdziwiony.
-Czarci miejsce. - Splunął na ziemię. - Przeklenta zimja, przeklenta! Czarci tam mieszkują.
-No to ładnie, za przewodnika mamy zabobonnego wieśniaka - szepnął Rodrius.
Na nieszczęście Rumun usłyszał.
-To nie zabobon! - zaperzył się. - Ludzie znikaju z okoliczne wiosek. Nocom słychać krzyki. Znajdujimy ciała.
-Widziałeś to, czy tylko ludzie gadają - zapytał bez cienia emocji John.
-Widziełem, widziełem. Wiele okropieństw tu się dzieje. Jestem kamendantem tutajszej policyji i mamy wielu zgłoszeń. Wciąż znajdają nowe ciała. Są zmazakrawane, często nadjidzone. Ale okoliczni lasy są pełne wilków. Wygłodniłe zwirzynta rzucą się na wszystko.
-Wysyłaliście kogoś do zamku?
-Pare jednestek. Jedni nie wracyli, inni zastali zemknięte wrota. Ludzie się bojom. Ja tyż. Zamek jest nawidzony. - Ton jego głosu stopniowo się zniżał, tak jak i rozmówca, który żeby dodać sobie wiarygodności wraz z coraz cichszym głosem, coraz bardziej się garbił. - Tam się czajy zło.
-Prawdopodobnie waszym złem jest szaleniec, psychopata - mówił spokojnie John, udając że nie zauważa nikłych uśmieszków pełzających po ustach towarzyszy. Mark zakasłał, starając się zamaskować śmiech. Karzeł strasznie zaciągał, wymawiając wyrazy, a gdy doszło do tego jeszcze garbienie, system obronny komandosa Style’a został doszczętnie zniszczony.
-To nie człowyk - wyrzekł Wadim głosem przepełnionym trwogą. - Tto djaaabeł!
-Wieź nas tam - uciął zniecierpliwiony. - Chłopacy zaczynają się dusić.

Jeep terkotał i kaszlał jak osoba paląca, dzień w dzień, po dwie paczki papierosów i szarpał pasażerami, rzucając nimi z jednej strony na drugą. Droga była wyboista i wiodła przez las. Zmierzchało, a potężne świerki i jodły całkowicie zasłoniły resztki światła, zrzuciwszy czarną kurtynę na leśną ścieżkę. Tylko jedna z przednich lamp działała, ale Wadim zarzekał się, że świetnie zna trasę i nawet po omacku by trafił. Nie wierzyli mu, ale wyboru nie mieli. Powietrze wypełniły odgłosy nocnego życia. Sowy pohukiwały, gotując się do kolacji, a większe i mniejsze ssaki przemykały między grubymi pniami drzew. Opadłe listowie szeleściło złowieszczo, raz po raz porywane przez wiatr do tańca. Gałęzie ocierały o szyby wozu i mąciły spokój ciągłym chrobotem. Oliwy do ognia dolewał Rumun, który trajkotał non stop albo o tym, jaka to jego praca jest niebezpieczna i ile już zrobił dla ojczyzny albo opowiadał miejscowe legendy. Nie omieszkał wspomnieć także o Draculi, o którym mówił z takim przejęciem, jak gdyby nikt nigdy o nim nie słyszał.
-Ile to już? - spytał jękliwie Mark.
-Druga godzina... a on jeszcze ani razu nie zamknął jadaczki - powiedział Gary, nie siląc się nawet, aby podnieść głowę ukrytą w ramionach.
-Spokojnie, chłopaki, zaraz dojedziemy na miejsce, grzecznie podziękujemy, przebijemy koła - tłumiki mamy.
Dager potrafił świetnie panować nad własnymi emocjami. Zawsze zachowywał zimną krew. Zazwyczaj nikt nie wiedział, czy mówi poważnie, czy akurat żartuje. Dopiero po kilku sekundach na jego twarz wypełzał uśmiech, rozwiewając wątpliwości... albo i nie wypełzał.
-Przebijemy mu serce osinowym kołkiem i zetniemy głowę. - Wisielczy humor nie opuszczał olbrzyma.
-To by miało przyszłość. - Rodrius udał, że poważnie rozmyśla nad pomysłem.
Dialog przerwał gwałtowny zryw auta, po którym zgasł silnik.
-Zgasł? - zapytał zdezorientowany Mark.
-Panuuwie wybaczom, ale staree auto, inaczyj nie chce siem wyłonczac. - Karzeł podrapał się w potylicę. Wydawał się lekko zakłopotany. - Nuu, jesteśmi na miejsy.
-Bogu dzięki - wyszeptał Style.
-No, panowie, wysiadka - zakomenderował John.

Ledwo noga ostatniego członka załogi dotknęła ziemi, Wadim zapalił auto i odjechał. Wyraźnie widać było, że się mu spieszy.
-Co za gbur - obruszył się Mark. - Nawet się nie pożegnał! Karzeł jak karzeł, ale kulturę trzeba mieć.
Wszyscy się roześmiali.
-Dobra, chłopcy, rozejrzyjmy się po okolicy i znajdźmy w końcu to zamczysko - rzucił hasło John, po czym powędrował po ledwo widocznej ścieżce.
Noc była już w pełni wykształcona i wszystkie jej macki roztaczały pod sobą gęstą ciemność. Ciemne chmury przesłoniły księżyc, więżąc go poza niewidzialnymi kratami. Strumień światła, biegnący z latarek, przedzierał się przez gąszcz czerni jak lodołamacz poprzez zamarznięte morze. Roślinność była tak bujna, że nawet ono niewiele pomagało. Szli gęsiego. Na przedzie znajdował się Fuan, który to sporej wielkości maczetą torował drogę przez kolczaste krzaki. Spora część drogi zdążyła zarosnąć. Na samym końcu pochodu szedł Whisper, który zawsze upierał się, żeby jako ostatni opuszczać miejsce akcji i jako pierwszy sprawdzać nowy teren. Maszerowali w milczeniu. Nawet Style, który był wiecznym gadułą, jakoś stracił chęć na pogawędki i słowne utarczki. Po dwudziestu minutach męczącego przedzierania się przez chaszcze wreszcie wyszli na małą polanę. Środek otwartej przestrzeni przecinało skrzyżowanie, na którym stał drewniany drogowskaz z dwoma deskami imitującymi kierunki. Jeden wskazywał drogę, z której wyszli, drugi wiódł naprzód. Na zmurszałym drewnie widniały resztki farby, które kiedyś układały się w czerwony napis: „Brokester”.
-Więc znaleźliśmy to, czego szukamy - rzekł Gary. - Choć niezupełnie... zamku nie widać.
-Zaraz! Spójrzcie tam!- Palec Rawla wskazywał na potężny masyw skalny, górujący nad polaną.
-I co tam takiego widzisz? - zapytał z ciekawością Gary.
-Przyjrzyjcie się – odparł. - Jest...
Istotnie. Około stu metrów w górę ścieżki, na którą wskazywał drogowskaz, znajdowało się zamczysko. Żadne światło nie zdradzało jego obecności, toteż mury stapiały się ze skalnym kolosem, kryjąc zamek w ciemnościach. Wokół panowała cisza, żaden, nawet najmniejszy gryzoń, nie zakłócał spokoju. Po dłuższym wytężaniu wzroku można było wyróżnić strzelistą wieżę, która pięła się ku niebu iglicą, jakby grożąc mieszkańcom przestworzy, by nie zbliżali się do tego miejsca albo pożałują. Zachodnia wieża była niemal dwa razy wyższa od wschodniej, która zdawała się pełnić funkcję baszty i łączyła się z fragmentem ocalałego muru. W miejscu, gdzie powinna znajdować się brama na dziedziniec, stały jedynie dwie kolumny. Zapewne kiedyś wspierały mniejszą wieżyczkę. Obie wieże połączone były z twierdzą, której górną część wieńczyły machikuły z blankami.
-Wygląda dość ponuro - zauważył Fuan.
-Moje klimaty - uśmiechnął się Gary.
-Taak, może znajdziesz jakiś miecz i zamiast tłuc się w dokach, ruszysz na krucjatę - zadrwił Mark.
-Będziesz moim pierwszym Saracenem. - Tachett wykonał gest podrzynania gardła.
-Marzyłem o tym - wykrzyknął soczyście.
Po chwili dotarli do wysokich i potężnych metalowych wrót, na powierzchni których wykute zostały iście dantejskie sceny. Ludzie o twarzach wykrzywionych z bólu i przerażenia, uciekający w panice przed goniącymi ich demonami, które szponami rozszarpywały opieszałych nieszczęśników. Niektóre miały bicze, którymi smagały straceńców. Ołowiana obręcz, będąca kołatką, zwisała z paszczy gorgony, a dziesiątki węży wiły się pionowo po żelazie.
-Rodrius, spróbuj nawiązać łączność z dowództwem. - Głos Johna nie zdradzał jakichkolwiek emocji.
-Się robi, szefie - odpowiedział raźnie, drapiąc się po bordowej czuprynie, po czym zaczął majstrować przy radiostacji.
Jako jedyny miał dodatkowe obciążenie, musiał bowiem nieść ważącą paręnaście kilo urządzenie służące do łączności. Jednak po tylu misjach zdążył już się przyzwyczaić, że to on robi za juczne zwierzę, jak to lubił ujmować.
- Baza, baza, odbiór. - Pośród ciszy rozległ się głos mężczyzny. - Tutaj oddział „Hurricane”. Meldujemy, że jesteśmy na miejscu. Czy mamy zgodę na rozpoczęcie akcji? Powtarzam, czy mamy zgodę...
-Tak, tak, słyszę was. - Przerwał mu głos Croacha, dobiegający ze słuchawek. - Jesteście gotowi?
Rodrius powiódł wzrokiem po reszcie grupy, zatrzymując się na chwilę na brunecie, a gdy ten skinął głową, dokończył
-Tak, melduję pełną gotowość.
-A więc ruszajcie. N a pohybel skurwysynom!
Było to ulubione powiedzenie szefa, którym to raczył ich za każdym razem. Po tylu misjach zdążyło już przejść do miana niezbędnej procedury.
Rawl zdjął słuchawki i wyłączył aparaturę. Czy byli gotowi? Patrząc na ich wyposażenie, każdy logicznie myślący człowiek odparłby, że tak. Czarny mundur, kominiarka, hełm z kelvaru oraz specjalna batalistyczna kamizelka chroniły i maskowały ich ciało przed niebezpieczeństwami. Dodatkowo posiadali gogle taktyczne z wmontowaną kamerą nokto- i termowizyjną, toteż poruszanie się w ciemnościach nie sprawiało większego kłopotu. Granaty dymne i hukowo-błyskowe, zwane flashbangami, oraz podręczne flary spoczywały w pasach nośnych, a amunicja w ładownicach udowych oraz kieszeniach kamizelki taktycznej. Do hełmu przytwierdzona była lampa czołowa, przydatna podczas wykonywania robót w nieoświetlonych pomieszczeniach. Każdy posiadał ponadto karabinek szturmowy M4, wyposażony w celowniki optyczne i kolimatorowe z holograficznym wizjerem, oraz samopowtarzalne pistolety HK USP.
Chodzące fortecę, jednak czy byli gotowi? Tego żaden z nich nigdy nie wiedział. Ryzyko śmierci zawsze było duże, ale starali się nie myśleć o tym, co mogli stracić, a raczej czego nie zdążyliby doświadczyć. Fuan ponosił wielką odpowiedzialność, nie tylko za swoje życie, ale także za losy własnej rodziny. Chłopcy wiedzieli, że każda misja jest dla jego bliskich ogromną traumą. Ciągiem koszmarnych dni zatopionych w wątpliwościach i czarnych myślach. Każdy list wzbudzał strach. Każdy telefon, każda nowo rozpoczęta rozmowa. Nieznane wzbudzało strach. Mimo to, w głębi ducha, zazdrościli mu, że ma kogoś, kto na niego czeka, kto się o niego martwi i nie śpi po nocach. Z worami pod oczyma, czy też nie, żona i tak pozostawała skarbem. Dzieciaki były jeszcze zbyt małe, żeby wiedzieć, że mogą w każdej chwili stracić tatusia na zawsze, ale kiedyś dorosną i wszyscy życzyli olbrzymowi, i sobie samym także, aby do tego czasu przeszedł na emeryturę. Bo choć życie w ciągłym napięciu, pod banderą kostuchy i z zastrzykami adrenaliny w każdym posiłku, kusiło i uzależniało, jednakże myśl, że kiedyś ta jedna jedyna kula dosięgnie celu i przekreśli całą przyszłość, napawała lękiem. Spędzenie ostatnich sekund życia z myślą, że nie zaznało się ciepła rodzinnego, że nie zobaczyło się pierwszych kroków dzieci, że nie wychowało się ich na przykładnych obywateli i nie troszczyło o własną rodzinę, z którą powinno dzielić się smutki i radości, sielanki i kłótnie... napawało lękiem.
Lodowaty pazur ślizgał po umyśle, odpychając się ostrymi jak brzytwa łyżwami. Zostawiał po sobie krwawe widma możliwych rozwiązań. Każda kolejna misja naznaczała się głęboką bruzdą. Każdy zabity przeciwnik wbijał swój nóż na pamiątkę. Nigdy nie byli gotowi.
-Tachett, wchodzimy pierwsi. Rawl osłaniasz nas. Style, razem z Rawlem wchodzicie po nas i zajmujecie skrzydła. Fuan zabezpieczasz tyły. Wchodzimy na trzy. Raz... dwa.... trzy!
Nienaoliwione wrota skrzypiały jak potępieniec, kiedy je otwierali. Gdy tylko ukazała się wystarczająco szeroko szpara, Tachett wrzucił do środka granat błyskowy. Odwrócili głowy, po czym wbiegli do środka. Whisper wraz dokowym zabijaką błyskawicznie zlustrowali pomieszczenie, wodząc laserową wiązką po ścianach. Po chwili dołączyła reszta, zajmując pozycje bojowe. Lufy pięciu karabinów wpatrywały się w ogromny, pusty hol.
Sklepienie znajdowało się jakieś dwadzieścia metrów nad nimi i pokryte było licznymi malunkami przedstawiającymi sceny z Apokalipsy św. Jana. Cztery potężne, złote żyrandole emanowały silnym światłem. W każdym tkwiło około stu świeczników, których płomienie żywo grały na złotych konstrukcjach. Blask, który wypełniał pomieszczenie, raził oczy. W całym holu znajdowały się całe masy zdobień wykonanych ze szlachetnego kruszcu. Pozłacane ramy wielkich obrazów, które przedstawiały majestatyczne oblicza, zapewne dawnych włodarzy posiadłości. Złote balustrady na balkonach. Prowadziły na nie dębowe schody, których poręcze wykonane były także ze szlachetnego metalu. Nawet marmurowa posadzka była poprzecinana pajęczyną błyszczących linii. Misterna konstrukcja wykonana była w taki sposób, by pomieszczenie, choć pogrążone w cieniu, pulsowało jaskrawym światłem z dużą częstotliwością. Wnęki w balkonach oraz pozostałe przejścia idące z głównej sali tonęły w półmroku.
-Rawl, zostajesz przy radiostacji. Nawiąż kontakt z bazą i prześlij przekaz do naszych odbiorników. Bądź w pełnej gotowości przez cały czas. Tachett, lewy korytarz, Style, prawy. Fuan, ty idziesz ze mną na górę.

Mark zanurzył się w ciemny korytarz. Podłoga wyłożona była długim czerwono-czarnym zdobniczym dywanem, który ciągnął się przez trzydzieści metrów wprzód. Przejście było dość szerokie, a wątłe światło kinkietów rozświetlało jedynie jego część. Także i tu krzyżowe sklepienie znajdowało się wysoko ponad głową komandosa. Posuwał się wolnym krokiem, mijając kolejne gobeliny. Przedstawiały bitwy hospodarów wołoskich i ich armii z rzeszami Imperium Osmańskiego. Dywan tłumił odgłosy kroków. Blondyn słyszał jedynie swój cichy oddech. Dotarł do końca trasy i ujrzał małą kapliczkę z klęcznikiem oraz dwoma złotymi kielichami, po każdym z jednej stronny.
Na olbrzymim portrecie znajdował się Vlad Tepes, zwany Palovnikiem - słynny Dracula, jak mniemał mężczyzna. Legendy i opowieści ludowe niewiele go obchodziły, ale postać księcia wampirów była na tyle barwna, że każdy o niej słyszał i wielu identyfikowało go właśnie z tą postacią. Korytarz rozwidlał się. Wzdłuż obu odnóg ciągnęły się obrazy z życia osobnika, budzącego grozę w mieszkańcach wszystkich narodów... no, przynajmniej wtedy, kiedy jeszcze byli postury krasnoludków i wierzyli w św. Mikołaja. Wybrał lewą stronę i ruszył. Po drodze zauważył słynny obraz, na którym ucztujący Tepes spogląda na las setek ludzi wbitych na pal.
Ponoć był to jego kaprys. Nie z przypadku dostał bowiem swój przydomek. Gdy Turcy wkroczyli na jego ziemię wraz z sułtanem Mehmedem Zdobywcą na czele, po zaciętych bojach i wielu różnorakich paskudnych próbach uprzykrzenia im życia przez Draculę, armia osmańska wreszcie dotarła pod Targoviste, główne miasto Wołoszczyzny. Czekało ich tam makabryczne powitanie. Droga otoczona była szpalerem jeńców tureckich nabitych na pale. „Dekoracja” miała kilometr długości i trzy szerokości. W zapiskach mowa o dwudziestu tysiącach zabitych. Widząc to, sułtan zarządził odwrót, nie mając ani pożywienia ani noclegu, gdyż Palovnik zatruwał studnie i palił wszystko. Morale najeźdźców były bardzo niskie.
Mark wreszcie dotarł do mosiężnych drzwi, za którymi skrywały się kolejne tajemnice.
-Szefie, słyszysz mnie? - rzucił pytanie do mikrofonu znajdującego się przy ustach.
-Co jest, Mark? - spytał John.
-Natrafiłem na solidne drzwi, wchodzić?
-Tak, masz zielone światło.

Wszedłszy po schodach, John i Dager natrafili na potrójne rozgałęzienie. Rozdzielili się więc, a po chwili korytarze przecięły się i weszli do przestronnej, kwadratowej sali. Pod ścianami rozciągały się szeregi kolumn. Wspierały wysunięty kawałek muru, zostawiając przestrzeń między ścianą a filarami w całkowitej czerni. Spod sufitu spływały ogromne, długie na piętnaście i szerokie na cztery metry kobierce z ornamentami roślinnymi. Zdobiły każdą z czterech ścian. Na środku sali ustawiony został prostokątny stół z nakryciem oraz licznymi błyszczącymi, srebrnymi półmiskami. Zastawa była rozłożona, a przy każdym talerzu stał kielich.
-Chyba znaleźliśmy jadalnię naszego doktorka - powiedział raźnie Fuan.
-Może coś przekąsimy? - uśmiechnął się Whisper.
-Szefie. - Niewyraźny głos Tachetta dobiegł z głośników. - Przyjdź tu natychmiast, chyba go znalazłem.
-Cholerne zakłócenia! - zaklął Whisper. - Najlepszy oddział, a sprzęt nam nawala.
-Co nowego? - zapytał olbrzym.
-Chyba mamy naszego ptaszka - powiedział z nieskrywaną ulgą. - Zwijamy się stąd.

Dotarcie do Garego zajęło im nie więcej niż pięć minut. Po drodze zgarnęli Rawla, który na próżno usiłował skontaktować się z dowództwem. Korytarz niczym się nie różnił od swego pobratymca z przeciwnego bieguna. Zastali otwarte drzwi, o które opierał się zdyszany blondyn. Gogle i hełm leżały niego na ziemi. Cienka strużka potu spływała po jego policzku.
-Spójrzcie. - Wskazał na wnętrze pokoju.
Był to niewątpliwie gabinet doktora. Nie miał zbyt wielkich rozmiarów, ale na prywatne gniazdko, do papierkowej roboty, nadawał się w sam raz. Przy ścianach stały meble: komody i etażerki, na których stały posążki i rzeźby; kabinet i serwantka, za której szybami znajdowały się księgi. Tuż przy oknie znajdował się mały bukowy żerydon, na którego blacie stał wazon z bukietem zwiędłych kwiatów, chyba niezapominajek. Wszystkie przedmioty były zadbane i w nienaruszonym stanie. Na przeciwległej, do wejściowych drzwi, ścianie zobaczyli kominek. Płomienie wesoło strzelały, rzucając tańczące cienie na podłogę i ściany. Przy kominku znajdowało się antyczne biurko, na którego powierzchni znajdował się kałamarz oraz stos zabazgranych kartek. Pióro leżało luzem, a pod stalówką utworzyła się czarna plama atramentu. Odwrócony tyłem do biurka staromodny fotel był wymoszczony dywetyną, a z jego lewej poręczy zwisały kości ludzkiej ręki.
-Jest tam. - Dobiegł ich zza pleców głos blondyna.
John ostrożnie podszedł do fotela i stanął tak, by móc zobaczyć, co się na nim znajduję. Jego oczom ukazał się nagi szkielet pozbawiony jakichkolwiek cząstek ciała i odzienia. Puste oczodoły wpatrywały się ze stoickim spokojem w płonące kawałki drewna, jak gdyby wszystko było w najlepszym porządku. Druga dłoń spoczywała na piersi, obecnie między żebrami, a kości nóg ustawiły się, jak gdyby ich właściciel siedział odpoczywał. Brunet oderwał wzrok od szkieletu i nachylił się nad dębowym blatem. Wszystkie kartki pokryte były gryzmołami, a gdy już zdołał odczytać treść jakiegoś fragmentu, brzmiał jak bełkot szaleńca. Podniósł kartkę, która leżała najbliżej krawędzi biurka. Notka była krótko, lecz zapisana starannym pismem:
„Tak, Albercie, mamy gości! Wreszcie. Nawet nie wiesz, jak się raduję z tego powodu. Puszek oczywiście też. Wiesz, że nauczyłem go tańczyć? Musisz to zobaczyć. Niesamowity widok. Moje małe dzieciątko uczy się... Jest już taki duży, że czasami nosi mnie na grzbiecie. Powinieneś spróbować, Albercie. Przednia zabawa!
Pamiętaj, żeby koniecznie nakryć do stołu! Przygotuj... dziczyznę. Co ty na to? Dawno nie jedliśmy dziczyzny. I nie zapomnij o Puszku. Apetyt mu dopisuje ostatnio. Gdybyś mnie potrzebował, będę tam ,gdzie zawsze. I pobaw się z Puszkiem, gdybyś mógł, chociaż przez chwilkę. Straszny z niego urwis, mówiłem ci?”
-Co to takiego?
Głos Fuana dobiegał z daleka, lecz wystarczył, aby wyrwać go z letargu. Już od dwóch minut wbijał wzrok w słowa i czytał je wciąż na nowo. Treść jasno mówiła, że w domu jest jeszcze parę innych osób oraz że gotowali się na czyjąś wizytę. Czy mogła to być poprzednia delegacja? Zbyt wiele niewiadomych kręciło się w powietrzu. Powodowały dokuczliwe pulsowanie w skroniach.
-Zapiski, brednie, bzdury... i jedna notatka - odpowiedział po chwili lekko roztargniony. - Z której wynika, że w posiadłości jest jeszcze kilka osób. Musimy je natychmiast znaleźć.
-John. - To Rawl zwrócił się do bruneta. - Tten szkielet... przyjrzałem mu się i... nie ma na nim żadnych śladów tkanki nie dlatego, że znajduje się tu od dłuższego czasu.
Zrobił dłuższą pauzę, po czym kontynuował ciszej.
-Lecz dlatego, że ktoś zdarł z niego... zeskrobał najmniejszy kawałek włókien, najmniejszą cząstkę skóry, a na kościach biodrowych i udowych dopatrzyłem się śladów... zębów albo czegoś ostrego, co porobiło głębokie wgłębienia w kościach.
-Chcesz powiedzieć... - John wpatrywał się w bordowłosego z niedowierzaniem.
-Że te kości są takie czyste, bo ktoś ogryzł je do cna i do tego wypolerował albo językiem albo czymś innym - wszedł mu w słowo.
-No to, kurwa, nieźle - wydyszał Tachett.
-Słuchać mnie. Rozproszymy się po zamku i znajdziemy resztę lokatorów. Pamiętajcie, żeby zachować nadzwyczajną ostrożność. Nie wiemy, co takiego tu zaszło, ale mamy zamiar się dowiedzieć. Zaczy...
Rozkazy Whispera przerwał odgłos serii wypuszczonej z karabinku szturmowego. Echo rozniosło dźwięk wypluwanych naboi po całym zamku ze zwielokrotnioną siłą.

Blondyn zaparł się i pociągnął z całych sił. Syk ocieranego metalu przerodził się w przeraźliwe skrzypienie. Drzwi były wykonane w całości z mosiądzu i sporo ważyły, toteż otworzenie ich na oścież zajęło chwilę. Powoli wszedł do środka i ujrzał dziesiątki regałów wypełnionych produktami ludzkiej wyobraźni. Rzędy ciągnęły się w głąb pomieszczenia, a słabe światło nie pozwalało dojrzeć końca korytarza. Długie dywanami prowadziły w labirynt regałów.
Stał i podziwiał potężny zbiór, kiedy usłyszał cichy odgłos szurania, jakby ciągniętego po ziemi materiału. Dźwięk nasilał się. Mark, pod wpływem przeczucia, obrócił się w bok, by dojrzeć czarną postać, która sunęła... nie! Biegła w jego kierunku. Dzieliło ich kilka metrów. Nagle postać skoczyła. Instynktownie ściągnął palce i pociągnął za spust. Kula trafiła w pierś napastnika, jednak ten, niesiony siłą pędu, nie kontrolował już swoich ruchów. Spanikowany blondyn przycisnął cyngiel, pakując w nieznajomego całą serię. Przestrzeń z radością podjęła się realizacji nowego repertuaru, nagłaśniając huk wystrzałów do wysokości, jakiej zamkowe mury nie zwykły doświadczać. Ubrany na czarno człowiek runął na Marka, zwalając go z nóg i przygniótł do ziemi. Mężczyzna zaczął się szarpać, próbując wyjść spod ciała. Wreszcie wstał na nogi i otrzepał się nerwowo. Ciężko oddychał i próbował się uspokoić, gdy nagle usłyszał za plecami ciche postękiwania. Zimne dreszcze przebiegły galopem po jego ciele. Nie zdążył się odwrócić, kiedy usłyszał głos z podłogi:
-Chłopcze! Bo zrobisz sobie krzywdę! Zero szacunku dla starszych.
Stał przez chwilę sparaliżowany, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. Po kilku sekundach postanowił wziąć się w garść i stanowczym ruchem obrócił głowę. Stał teraz twarzą w twarz z niewysokim staruszkiem, ubranym w długą powłóczystą szatę. Srebrna broda spływała mu aż do piersi, a długie kosmyki rozczochranych włosów odstawały na wszystkie strony. Rozłożyste wąsy falowały, kiedy poruszał wargami, mamrocząc coś pod nosem. Mężczyzna wpatrywał się w jasnozielone oczy starca, zahipnotyzowany ich głębią. Ręka starca wystrzeliła i poczuł piekący ból z boku głowy.
-To się oduczy braku wychowania, młokosie. - Brodaty skrzeczał mu prosto w twarz i okładał krótką drewnianą laską z pozłacanymi pasami. - Za grosz kultury! A weterani wojenni, to co? A bohaterowie dawnych wojen? A ojcowie wielodzietnych rodzin? Dzieci chore na trąd! Bezdomne psy! Zero szacunku!
Piszczący głos starca zagłuszył odgłosy zbliżania się reszty oddziału. Czwórka komandosów wpadła przez otwarte podwoje, mierząc do niewysokiego osobnika z czterech luf i zaczęła krzyczeć, by się natychmiast poddał. Gdy jednak ogół sytuacji dotarł do ich mózgu, w powietrzu na powrót zakrólował pisk starca. Wszyscy czterej komandosi stali z opuszczonymi żuchwami i wpatrywali się w dziadka okładającego Style’a swą podpórką do chodzenia. Po chwili wybuchli śmiechem.
Nagle nieznajomy zamarł. Teraz jedynie wpatrywał się intensywnie w punkt, który zapewne znajdowałby się za głową Style’a, gdyby nie komandos. Jego oczy na chwilę błysnęły czernią. Blondyn nie był pewien, czy to przewidzenie. Trwało tylko sekundę. Po jej upływie oczy na powrót stały się jasnozielone.
-Puszek? - Głos starca drżał.
Stał jak zastygły głaz. Nie mrugał i przestał ruszać wargami. Wyglądał jak posąg. Nawet jego pierś przestała się unosić.
-Puszek?
Gdy odpowiedziała mu ponownie cisza, zaczął się powoli okręcać na stopie, aż jego wzrok napotkał widok uzbrojonych intruzów. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
-To wyyyyyy, moi mili! - wykrzyknął radośnie. - Dlaczego nie powiedzieliście, że przybędziecie w odwiedziny? Kazałbym Albertowi nakryć do stołu.
Staruszek zaczął żywo gestykulować, narzekając na swojego sługę.
-Opuście broń. - Głos Johna nie przejawiał żadnych emocji. - Doktorze Creep... Czy to pan jest Thomasem Creepbottomem? Doktorem Thomasem Creepbottomem?.
-Obiad? Kazałem właśnie Albertowi nakryć do stołu. Dzisiaj poczęstuję was dziczyzną! - Mieszkaniec zamczyska gadał jak najęty.
-Doktorze...
-Doktor?! - przerwał mu starzec, krzycząc z zadziwieniem. - Jest z wami doktor?! To dobrze, to dobrze... Puszek ostatnio źle się czuję... może... może to te jedzenie? Doktorze, jak pan myśli?
Wbił wzrok w kapitana oddziału i pochylił się lekko, czekając na odpowiedź.
-To wariat! - stwierdził Rawl.
-To wariat! - zawtórował mu Gary.
Nie zważając na resztę, brunet podszedł parę kroków do obcego, wyciągając zza pazuchy jakieś stare zdjęcie. Wyciągnął ją przed siebie tak, by nieznajomy mógł się dobrze przyjrzeć.
-Czy pan poznaje, kto jest na tej fotografii? - Pomachał przez chwilę kartką przed nosem starca.
-On jest młody! On jest taki młody. - Staruszek zaczął podskakiwać, wykrzykując podnieconym głosem te same słowa. Jego szata gniotła się i szeleściła. John zauważył, że na podłogę skapało kilka kropel krwi.
-Czy jest pan ranny?
-Puszek jest głooodny, a on taki młody, to świetnie! Chodźcie, chodźcie, musicie być głodni. - Żaczął podążać w kierunku drzwi, nawołując ruchem ręki gości.
-Co ty na to? - spytał niepewnie Fuan.
-Wiem tylko, że znaleźliśmy właściwego człowieka. Spójrz - odparł brunet.
Na fotografii znajdował się mężczyzna kubek w kubek jak ten, którego przed chwilą znaleźli. Porozrzucane na wszystkie strony kłaki były czarne, nie siwe, jak teraz, a skóra twarzy nie została jeszcze pokiereszowana przez armię zmarszczek. Człowiek, którego znaleźli, bez wątpienia był Thomasem Creepbottomem. Tym samym, który miał sto dwadzieścia trzy lata.

Nie mając większego wyboru ruszyli za nim. Starzec na przemian człapał niezdarnie i podskakiwał, nucąc tylko sobie znaną melodię. Długa szata ciągnęła się za nim niczym weselny welon, który, dla żartu, ktoś przefarbował na czarno. Przeszli przez główny hol i podążyli do jadalni, jak im wytłumaczył doktor. Staruszek zaprosił ich ruchem ręki do stołu.
-Doktorze...
Idący na samym tyle John zaczepił gospodarza i odciągnął go na bok.
-Doceniamy to wszystko, co pan dla nas robi, naprawdę.
Starzec wpatrywał się w niego, jakby chciał go prześwidrować na wylot. Ani drgnął. John poczuł jak zimne dreszcze defilują po jego ciele. Zdawało mu się nawet, że przez chwilę oczy Creepbottoma stały się czarne, ale uznał to za omam.
-Ale muszę wiedzieć, czy jest tu poprzednia delegacja wysłana przez naszą organizację. Piętnaścioro ludzi. Urzędnicy i żołnierze. Jeden z nich nazywał się McKenny.
Staruszek nadal milczał i wpatrywał bez ruchu w Johna. W ciągu całej rozmowy ani razu nie mrugnął.
-Doktorze!- Brunet potrząsnął nim lekko.
Tego co zdarzyło się potem nie był w stanie przewidzieć. Ręka Creepbottoma wystrzeliła z niewyobrażalną prędkością spod długich mankietów i zacisnęła na dłoni Whispera. Poczuł miażdżący ból, jakby ktoś go ścisnął imadłem. Nim do niego dotarło, co tak naprawdę się dzieje, uścisk zelżał, a staruszek schował rękę z powrotem pod rękaw.
-Czemu krzyczysz! Głuchy nie jestem! - wypluł z siebie skrzekliwym głosem. - Nie smakował im obiad, a Albert tak się starał. Puszek za to docenił.
Na jego twarz wpłynął szeroki uśmiech, ukazując nieliczne przegniłe zęby.
Oszołomiony brunet przez chwilę analizował całe zajście.
-Ale są tu? - spytał zdezorientowany.
-Obiad nie smakował. Nie będę im dogadzał. Będąc gościem, powinno być się kulturalnym i dbać o maniery.
-Czy-są-tu?- kładł nacisk na każde słowo.
-Tu i ówdzie. Gdzieś są na pewno. Może w zamku, może w lesie.
Z tonu jego głosu mógł wyraźnie wywnioskować, że doktor się nadąsał. Przekrzywił głowę i patrzył w sufit, a odpowiadał dopiero po chwili.
-Może byś się poczęstował? Igor tak się natrudził, by wam dogodzić.
Igor? Albert? W każdym razie brunet postanowił przemilczeć swoje spostrzeżenie. Już miał pójść w stronę stołu, kiedy jeszcze jedna sprawa zadudniła w głowie.
-Doktorze... - Poczekał aż ten spojrzy na niego. - Jeszcze jedno. Czy możemy dowolnie poruszać się po zamku?
-Ależ rozgośćcie się. Albert was oprowadzi, jeśli chcecie.
-Nie, nie trzeba. Poradzimy sobie. Czy możemy tu przenocować?
-Tak, Albert...
-Nie trzeba, doktorze, dziękuję.

Kiedy przyszedł do stołu, reszta oddziału siedziała już na misternie zdobionych krzesłach z zamszowym obiciem oraz złotymi ozdobami przy wezgłowiu. Na prostokątnym stole stał co najmniej tuzin srebrnych półmisków i zakrytych tac. Przy każdym miejscu siedzącym ustawiony był kielich oraz kunsztownie wykonane sztućce. Niegdyś błyszczące talerze zdążyła przykryć gruba warstwa kurzu. To samo tyczyło się kielichów. W powietrzu unosił się nieznośny smród, którego źródłem był stół. Chłopcy woleli nie myśleć, co zostało im podane na obiad.
-Nie jecie jeszcze? - spytał podejrzliwie John.
-Powąchaj - odparł Dager.
-Zawsze możemy zatkać nosy - zakpił Gary.
-Sprawdźmy co to takiego-rzucił odważnie Mark i podniósł pierwszą pokrywę.
Odór zgniłego mięsa uderzył w nozdrza, powodując mdłości. Dziesiątki białych robaków wiło się w czymś, co kiedyś mogło być kurczakiem. Teraz potrawa była mieszaniną czarnej i zielonej breji, która zalegała na szarozielonkawym drobiu. Liczny muchy zaczęły zlatywać się do stołu i nurkować w dół niczym pikujące jastrzębie, kiedy dostrzegły zdobycz. Musze Messerschmitty bzyczały i terkotały w powietrzu ,śmigając w te i we w te, nierzadko wadząc o któregoś z mężczyzn. Jednak w przeciwieństwie do ich metalowych odpowiedników nie rozbijały się, tylko dalej wznosiły się ku podniebnym harcom.
Potem przyszła kolej na drugą tackę. Z bagna w misce ciężko było domyślić się genezy dania. Różnokolorowe, wyblakłe i wysuszone kulki były chyba sałatką. Listki zieleniny stwardniały i stały się niemal czarne, a pomidor przybrał barwę czereśni, popękanej czereśni.
-Zajadajcie! Zajadajcie. - Staruszek wesoło nawoływał do uczty, krzątając się wokół stołu.
Wydawał się na podnieconego. Co chwilę klaskał w ręce i chichotał.
-Jednego możemy być pewni. Ten stary piernik zwariował - wypalił Mark.
-Nie smakuje wam? - Gospodarz spytał zmartwionym głosem., Albo nie słyszał komentarza Marka albo go całkowicie ignorując.
-Ekhrrrm - odchrząknął Dager, po czym powiedział grzecznie. - Panie Creepbottom, to jedzenie jest zepsute.
-Nie smakuje wam? - powtórzył już smutniej. - A Igor tak się natrudził...
-Igor? - zdziwił się Gary. - Przecież to był Albert jeszcze przed chwilą.
-Albert... - Staruszek na chwilę się zamyślił - Albert odpoczywa. Henry przejął jego obowiązki.
-Henry?! - wykrztusił John. - Henry McKenny?!
-Jest ich tak wielu. Dlaczego męczycie starego człowieka? - jęknął i złapał się za czoło.
-Doktorze! - powiedział ostro brunet. - Niech mi pan odpowie.
-Jest już późno. Udam się teraz na spoczynek. Nie przeszkadzajcie sobie, zajadajcie.
Staruszek począł się przemieszczać w kierunku korytarza prowadzącego w głąb zamczyska. Po chwili jego sylwetka znikła w półmroku, zostawiając mężczyzn w ogromnej sali, przy stole pełnym zgniłego jedzenia.
-Może jednak ktoś skosztuje? - zażartował ponuro Dager. - Te udka wyglądają na chrupkie.

Nikt nie protestował, kiedy John rzucił hasło odwrotu. Zostawiając za sobą niesmaczny dowcip Thomasa Creepbottoma oraz swój apetyt na najbliższą noc.
-Coś mi tu śmierdzi - powiedział ze złością Mark.
-To to jedzenie - wtrącił Gary, chichocząc.
-Zamknij się – warknął.
-Ale co się stało, blondasku? Jedzonko nie smakowało? Ojej, nasz gospodarz się zmartwi.
W tej chwili czerwony na twarzy Style już pędził z gołymi pięściami w kierunku Gary’ego i z pewnością dopiąłby swego - pięść trafiłaby w miejscu, gdzie powinna znajdować się głowa żartownisia, lecz cel nie słup, ruszać się potrafił... i do tego znał wschodnie sztuki walki, toteż potyczka niechybnie skończyłaby się wykręconą ręką Style’a, który byłby już wtedy w pozycji żurawia. Na szczęście nim dobiegł do mężczyzny, mocarne ramiona Fuana zamknęły się na jego klatce piersiowej i przycisnęły do siebie.
-Spokój. - Olbrzym łagodnie sprowadził go do parteru. - Jesteśmy po tej samej stronie barykady, pamiętasz?
-Nieco niezdrowa atmosfera wytworzyła się tu nam - zauważył dowcipnie Rodrius.
-I dlatego pora, by pomyśleć nad tym, co dalej - dokończył John. - On wspomniał o Henrym. Słyszeliście to? Chwilę potem zaczął się wypierać.
-Jest w nim coś dziwnego - dorzucił Mark, który wciąż tkwił w objęciach Fuana. - Wtedy... w bibliotece... myślałem, że to... że to nie jest człowiek, że to coś... innego leci na mnie i...
Blondyn umilkł w jednej chwili, a jego twarz przybrała kolor czystej kartki papieru. Zaniepokojony olbrzym wypuścił go z uchwytu, myśląc, że może zbyt mocno go przycisnął, ale nic się nie zmieniło. Mark stał nieruchomo, cały pobladły, a jego wargi zaczęły się nieznacznie poruszać, jak gdyby chciał coś powiedzieć.
-Mark? - zwrócił się do niego John.
Gdy nie zareagował, powtórzył głośniej, jednak blondyn nadal tkwił w bezruchu, jakby myśli przejęły kontrolę i zabroniły kontaktować się z otoczeniem. „Tu w środku jest bezpiecznie. Mark, nie wychodź na zewnątrz. Na zewnątrz czeka cię śmierć.”, zdawały się mówić.
Nagle mężczyzna zerwał się z miejsca i chwycił za karabin. Dager zerwał się gwaltownie, lecz John dał mu znak, żeby nie ingerował. Czekali w podenerwowaniu na kolejne ruchy Style’a. Ufali sobie i wiedzieli, że mogą na sobie polegać jak na własnych braciac. Zachowanie Marka wywołało niemałe poruszenie, ale wszyscy, jak jeden mąż, czekali w skupieniu na to, co nastąpi. Mężczyzna chaotycznymi ruchami zaczął dobierać się do magazynku, gdy wreszcie udało mu się go wysunąć, zamarł.
-Pusty... – wyszeptał. Właściwie to poruszył ustami, składając je do tego słowa.
-Co tam mamrocze? - spytał z ciekawością Gary.
-Pusty... pusty... pusty! - Przy ostatnim powtórzeniu niemal krzyknął.
-Co? - spytał się sam siebie Rodrius. - Magazynek! Przecież strzelał, a my nawet nie zapytaliśmy, do czego takiego strzelał. Mark... powiedz nam.
-W niego - powiedział bardzo cicho.
-W kogo, Mark? - spytał ponownie Rodrius.
-W starca.
Wszyscy zamilkli. Po chwili odezwał się John:
-W Creepbottoma? Mark, to był cały magazynek. Opowiedz dokładnie wszystko. Wspominałeś coś o jakimś zajściu w bibliotece... że ktoś wbiegł na ciebie?
-Wszedłem tam. A po chwili poczułem czyjąś obecność oraz usłyszałem coś za plecami. Odwróciłem się, a wtedy to coś... on - poprawił się. - Biegł w moją stroną. Wystraszyłem się i odruchowo pociągnąłem za spust. Dostał w pierś... Nie zwolnił, lecz skoczył na mnie. Spanikowałem i oddałem całą serię w jego brzuch. Zwalił się na mnie i przewrócił na podłogę. Ledwo zdążyłem wstać, a już okładał mnie laską.
-Jesteś pewny? - po chwili długiego milczenia odezwał się John. - Jesteś pewny, że kule nie przeszły obok?
-Dostał w pierś i w brzuch. Był zbyt blisko. Widziałem to wyraźnie.
-Panowie - wtrącił się Gary. - Może by tak znaleźć skurwiela i rozwiać nasze wątpliwości?
-Ale czemu? Przecież przyjemnie się rozmawia - zachichotał Rodrius.
-Rodrius. - John spojrzał na bordową czuprynę mężczyzny. - Nawiązałeś łączność?
-Zupełnie zapomniałem. - Złapał się za głowę. - Zbyt silne zakłócenia. Nie wiem, co jest ich przyczyną. W normalnych warunkach aparatura działa bezbłędnie w pomieszczeniach zamkniętych.
-To źle, ale mamy teraz większe problemy na głowie. - Głos Whispera przybrał na sile. - A teraz weźcie się w garść. Znajdźmy naszego doktorka oraz naszych przyjaciół. Pełna gotowość bojowa. W tym wielkim domku z kart na pewno gdzieś znajduje się joker. Wychwycimy go tak, żeby nic się nie zawaliło.

Zagłębili się w korytarz, w którym zniknął gospodarz. Płomienie przeszywały ciemność niczym strzały łuczników, spadające na mrowie walczących wojaków. Trup ścielił się gęsto, ale już po chwili na miejscu zabitego pojawiała się kolejna czarna plama. Walka była wyrównana, przynajmniej na tyle, żeby móc dojrzeć koniec korytarza. Wychodził na okrągłą salę o kopulastym sklepieniu. Co sześćdziesiąt stopni umiejscowione były kolejne odnogi. Na środku znajdowała się szeroka, masywna kolumna. Jej powierzchnia była gładka, a w regularnych odstępach powbijane były ćwieki. Miejsce, zapewne niegdyś, służyło za punkt omawiania rozwiązań strategicznych. To tutaj zbierał się władca kraju oraz całe dowództwo, by na przyczepionych do ścian starodawnych mapach omawiać plany inwazyjne i kontrolować swoje włości.
Dłoń Johna przywarła do marmuru. Był zimny. Tylko prawdziwy marmur jest zimny, sztuczny jest zawsze cieplejszy. Mężczyzna rozejrzał się dookoła i obszedł kolumnę.
-Tu się rozdzielimy - oznajmił reszcie oddziału. - Jest sześć dróg. Każdy weźmie inną. Spróbujemy znaleźć nasze cele, a potem spotkamy się w tym miejscu. Gdyby któryś z was miał kłopoty, niech wywoła resztę przez komunikatory. One jedne działają, prawda?
-Sprawdźmy - rzekł Dager, po czym włączył elektronikę przy swojej szyi. - Słyszycie mnie?
-Tak, wszystko gra - odparł Gary. - Połączenia nic nie zakłóca, mamy czysty odbiór.
-Ruszajmy.

Już od piętnastu minut przemierzał opustoszałe korytarze i sale. Widoczność nie była zbyt dobra, pomimo lampy czołowej. Stanął i podrapał się w bordową czuprynę. Zwlekał z tym jak najdłużej, ale w końcu musiał się przyznać przed samym sobą, że zabłądził. Nie miał pojęcia, którędy tu przyszedł ani nie rozpoznawał żadnej znajomej części zamku. Czuł się zdezorientowany, ale nie chciał, aby towarzysze się o tym dowiedzieli. Niechybnie skomentowaliby go gromkim śmiechem. W końcu był członkiem najlepszego oddziału w swoim kraju, a najlepsi nie gubią się tak po prostu. Dostrzegł schody prowadzące na niższe piętro. Skoro stąd nie może się wydostać, może poszczęści mu się na dole.
Zejście było pogrążone w całkowitej ciemności. Światło przebiło zasłonę z czerni, ukazując strome schody. Postawił ostrożnie pierwszy krok. Stopnie były śliskie, jakby ktoś polał je wodą. Jak widać, choć zamczysko efektowne, swoje problemy ma, a higiena wnętrza zdecydowanie należała czołówki. Czuł zapach wilgoci i stęchlizny. Podparł się o ścianę i momentalnie cofnął rękę z okrzykiem obrzydzenia. Ściany także były pokryte śluzem, toteż musiał się zdać na własne umiejętności z dziedziny balansowania na, jakby, oblodzonych schodach. Zszedł na pierwszą wysepkę. Dalej znajdował się kolejny etap stopni. Kontynuował schodzenie, ostrożnie stawiając każdy malutki kroczek. Ostatnie czego mu brakowało to obolałe plecy lub zwichnięta kostka. Zawiesił karabin na ramieniu i w całości poświęcił się koncentracji. Po trzeciej wysepce nadal nie było widać końca drogi. Poirytowany mężczyzna wymruczał pod nosem przekleństwo i z mozołem brnął przez ciemność.
Zrobiło się zimno. Musiał znajdować się pod ziemią. Pewnie w piwnicach, gdzie doktorek trzyma beczułki z winem, zapasy, kto go tam wie co jeszcze.
-Rodrius. - Głos z głośniczka poderwał go do góry i mało brakowało, a rymnąłby w mroczną czeluść. - Wszystko ok? Sprawdzam tylko.
-Tak, tak. John – odetchnął. - Aleś mnie wystraszył. Właśnie...
Właśnie w tej chwili Rawl rozluźnił się i postawił niebacznie nogę, która ześliznęła się ze stopnia, ciągnąc za sobą właściciela. Pierwsze uderzenie przyjęły plecy, lecz to nie był koniec. Mężczyzna sturlał się w ciemność, rozbijając po drodze urządzenie do łączności. Metalowa lufa karabinu boleśnie kłuła w nerki, a dłonie nie mogły znaleźć punktu zaczepienia, żeby spowolnić upadek. Stracił przytomność.


Był tak zmęczony, że zaczynał słaniać się na nogach. Sam się sobie dziwił, przecież cieszył się dobrym zdrowiem i solidną kondycją. Lata treningu wschodnich sztuk walki pozwoliły mu opanować sztukę kontrolowania emocji, regulowania oddechu oraz koncentracji, ale akurat teraz czuł się jak wyżęta ścierka do podłogi, którą spracowana gospodyni domowa cały dzień szorowała podłogi i do tego z taką zaciekłością, jak gdyby była to walka na śmierć i życie. Musiał się zdrzemnąć, choćby na chwilkę, żeby móc znowu jasno myśleć. Natrafił na drewniane drzwi. Pociągnął za klamkę, by sprawdzić, czy może nie są otwarte. Na szczęście dla niego, były. Widok, który rozpostarł się przed nim wprawił go w błogi nastrój. Komnata nie była duża. Ciężkie wiśniowe zasłony odgradzały pokój od okien, tworząc mur między resztą świata, a zacisznym schronieniem dla zmordowanych wędrowców, takich jak on. Przekonał się, że trafił do drzemkowego raju, kiedy jego spojrzenie padło na potężne łoże z baldachimem. Nęciło go czystą, nienaruszoną pościelą, wabiło swym ciepłym wnętrzem. „Chodź, chodź do mnie, żołnierzu”, szeptały miękkie poduszki z kunsztownymi haftami. Złote farfocle, zwisające z grzbietu łoża, zapraszały łagodnym kołysaniem. W oczach Tachetta warkocze zmieniły się w jasne pukle włosów młodych kobiet, które splecione w uściskach tworzyły dach nad tą oazą spokoju. Echa ich śmiechów roznosiły się po komnacie, wypełniając wnętrze perlistymi odgłosami radości. Ich głosy szeptały słodko, by przyszedł, by pozwolił im zająć się sobą. ”Musisz odpocząć, Gary”, a on o niczym innym nie marzył i z wolna posuwał się ku miejscu rozkosznego spoczynku. „Połóż się przy nas”, dźwięczało mu w głowie raz po raz.
-Już idę - wymamrotał i runął na posłanie.
Czuł, jak wypełnia go ciepło, jak wślizguje się w każdy zakamarek jego ciała, jak wspina się wyżej i wyżej, aż wreszcie wślizguje się do umysłu. Był sparaliżowany, sparaliżowany przyjemnością. Chichoty złotowłosych dziewic akompaniowały jego westchnieniom. Wpatrywał się w rozśmieszone w twarze, w kołyszące się nagie piersi oraz w splecione kończyny. Wydawały się jednością. Po chwili widział już tylko niebo, czarne, gwieździste niebo. Zaczął się wznosić. Początkowo wolno, ale miarowo przyśpieszał, by w końcu oglądać mijające go gwiazdy. Były tak piękne. Nagle coś się zaczęło dziać. Gwiazdy zaczęły gasnąć i spadać w dół. Zamieniały się w płonące kulki i rozbryzgiwały się o ziemię. Próbował je łapać, ale były za daleko. Potem sam zaczął spadać.Krzyczał, że nie chce wracać, ale nie mógł w żaden sposób kontrolować swojego snu. Ziemia była tuż, tuż. Ostatkiem sił próbował chwycić się jakiegoś gwiezdnego niedobitka. Udało mu się. Odetchnął z ulgą, po czym poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Gwiazda zaczęła osuwać się w dół, pod naporem jego ciężaru. Wpierw powoli, jakby jeszcze stawiała resztki oporu, ale po chwili zaczęła nabierać szybkości. Spadała szybciej i szybciej. Betonowa płyta, z której wystartował stawała się coraz większa, aż w końcu znikła w kłębiących się obłokach dymu, powstałego przy uderzeniu.
Zbudził się gwałtownie i podniósł do pozycji siedzącej. Przez chwilę otoczenie. Barwny kilim rozciągał się na podłodze, a na ścianach wisiały malowidła. Oddychał szybko i urywanie. Czuł jak pojedyncze krople potu spływają mu po policzkach, a całe czoło jest nimi zroszone.
-A więc to tylko sen - odetchnął z nieukrywaną ulgą. - Pieprzony sen...
-O czym śniłeś? - Piskliwy głos zamurował go. - Wiesz przecież, że pierwszy sen w nowym miejscu ma moc sprawdzania się.
Obrócił głowę w bok. Na pufie obok łoża spoczywał doktor Thomas Creepbottom. Zarzucił nogę na nogę i wesoło nią wymachiwał. Tor jego wzroku rozmywał się w powietrzu. Jasnozielone oczy beztrosko tkwiły na swych posterunkach, nie martwiąc się jednak o nic. Blondyn czuł się nieswojo z myślą, że ten stary piernik zaszedł go, gdy spał i siedział tak przy nim, aniołowie wiedzą, jak długo.
-To nie był chyba koszmar, co? - zmartwił się. - Nie chciałbym, żeby moi goście mieli koszmary w pierwszą noc. Chcę, żeby zjedli smaczny posiłek oraz należycie wypoczęli, prawda Puszku?
Na dźwięk słowa „Puszek” mrożące krew w żyłach warczenie rozległo się z kąta pokoju. Dopiero teraz mężczyzna zauważył wnękę, zasnutą całkowicie półmrokiem. Był on jednak dostatecznie gęsty, by nie mógł dojrzeć, co się znajduję na dalej niż pół metra od linii stykającej się z resztą komnaty. Warczenie skłoniło go do wysnucia klarownej hipotezy: starzec posiada psa, którym posługuje się do szczucia ludzi. Ucieszył się w duchu. Pies i to tylko jeden, większa ilość sztuk było już nie lada zagrożeniem, ale z jednym był sobie w stanie poradzić. Nie na darmo uczył się tych wszystkich chwytów i ciosów w newralgiczne punkty ciała. Pies czy człowiek, oboje mają podobne bebechy.
Creepbottom wreszcie zwrócił wzrok w kierunku komandosa.
-Wyglądasz na strapionego - powiedział z troską w głosie. - Może mógłbym ci jakoś pomóc? Razem z Puszkiem - dorzucił szybko.
Jak do tej pory Gary pozostawał wciąż w tej samej pozycji, teraz jednak postanowił mniej myśleć, więcej działać.
-Nie wiem, co knujesz, ale nie mam zamiaru przysłuchiwać się tym bredniom - rzucił ostro i zaczął się wygrzebywać z pościeli.
-Leż! - Starzec zagrzmiał.
Jego głos tym razem był niski i chropowaty. Mężczyzna zamarł, jak porażony. Coś mu mówiło, żeby tym razem posłuchał ześwirowanego dziadka. Metamorfoza postawy Creepbottoma wybiła go z rytmu. Spojrzał na swojego rozmówcę. Mógłby przysiąc, że to niemożliwe, że to halucynacje, ale oczy starca były czarne jak dwa węgliki. Źrenice zanikły. Wpatrywał się w niego z szeroko otwartymi oczyma, nie śmiejąc nawet drgnąć. Doktor wyglądał... upiornie. Jego rysy twarzy zaostrzyły się, a może to tylko wybujała wyobraźnia mężczyzny? Nie był już pewien niczego. Czuł jedynie narastający niepokój i nijak nie mógł zmusić swej durnej łepetyny, by zaczęła pracować nad wyjściem z opresji.
-Wypocząłeś? - spytał uprzejmie, lecz w jego głosie nadal można było wyczuć dziwną głębie, a oczy, bezdenne niczym same piekło, nie poruszały się ani na milimetr. - Moje domostwo nie przywykło do gości, ale żywię nadzieję, że nie zraziły cię wszelkie zaniedbania.
Tachett, po chwili gorączkowych rozmyślań, postanowił wziąć się w garść. Emocje nigdy nie były dobrym doradcą i od zawsze wskazywały ślepe uliczki.
-Tak... ekhm – odchrząknął. - bardzo komfortowo.
-Wciąż szukacie?
-Nie rozumiem - odparł zdawkowym tonem, chcąc pociągnąć starca za język.
-Rozumiesz, rozumiesz - zaśmiał się krótko, lecz nie był to typ śmiechu, który pojawia się po usłyszeniu dobrego dowcipu, raczej taki, który cechuje... szaleńca.
-Znakomicie rozumiesz, o czym, a raczej o kim mówię. - Creepbottom uśmiechnął się zimno. - Wysłaliście tutaj łącznie ponad dwadzieścia osób, z czego nie wróciła żadna. Wy jesteście następni.
Tym razem ich pokręcony gospodarz nie gadał od rzeczy. Tym razem zachowywał się, jak doskonale orientujący się w sytuacji człowiek. Każde słowo było starannie wyważone. Ton przypominał stare wino, które dojrzewało latami w ogromnych beczkach w piwnicy po to, by pewnego dnia ktoś mógł skosztować jego wybornego smaku.
-Zastanawiasz się pewnie, czy oni tu są. - Właściwie spytał sam siebie, bo nim komandos zdążył otworzyć usta, Creepbottom kontynuował monolog. - Otóż są. Wszyscy, co do jednej malutkiej kostki. Możesz mi wierzyć. - Od jego lodowatego uśmiechu skóra jeżyła się na skórze.
-Gdzie oni są? Czy żyją?! - bardziej krzyknął niż spytał. Emocje odmówiły posłuszeństwa.
-Gdzie, czy, jak, kiedy... zawsze macie tyle pytań - westchnął ze smutkiem. - Dlaczego, powiedz mi, dlaczego nigdy nie próbujecie znaleźć odpowiedzi? Znaleźć! Nie, zasypać gradem kul, zniszczyć, jeśli czegoś nie rozumiecie i zapomnieć. Zgliszcza i rumowiska są dla was odpowiedzią? Wasze umysły spowija pajęczyna z tak cienkiej nici, że gdy tylko jakiś większy owad się natrafi i zerwie więzy, godzicie się z przegraną i zakładacie kolejną sieć gdzie indziej. Gdzie chęć zemsty!? Gdzie pragnienie pokonania tego, co silne? Błahostki, błahostki, błahostki... stoicie w miejscu, wiesz?
-Czego chcesz? - spytał podejrzliwie Gary.
-Czego chcę? CZEGO CHCĘ?! - Starzec podniósł ton głosu, a oczy wydały się jeszcze czarniejsze, niż były przed chwilą.
-Żeby ktoś docenił moją pracą... zrozumiał, jaka jest jej waga! Jakie niesie ze sobą perspektywy! Albo dał mi spokój i nie zawracał mej głowy. - Początkowo mówił w uniesieniu, lecz pod koniec jego głos przypominał podmuch letniego wiatru.
-A co takiego... wielkiego robisz, doktorze?
Grał na czas. Przeczuwał, że widmo czegoś strasznego i nieznanego wisi nad nim, niczym miecz Damoklesa, i musi wywalczyć jak najwięcej cennych sekund. Przeświadczenie to było bardzo silne, a on ufał instynktowi. Jego życie właśnie wahało się na wąskiej półce skalnej, pod którą rozciągała się nicość. Musiał skontaktować się jak najszybciej z resztą oddziału. Gdy starzec prowadził monologi, przypominając fanatycznego kaznodzieję, który rozpływa się nad swymi słowami pełnymi miłości do bliźnich, przekazując im prawdę, jedyną prawdę, zdołał oswobodzić nogi z plątaniny pierzyny i koców. Był teraz w stanie błyskawicznie wypaść z łóżka. Pytanie brzmiało, co dalej. Pozostawała kwestia psa, jednak od jakiegoś czasu z zaciemnionej wnęki nie dobiegały żadne pomruki. Miał cichą nadzieję, że pies zasnął, ale wiedział, że zwierzak mógł warować w milczeniu przez długi czas, czekając jedynie na jeden nieostrożny ruch ofiary.
-Ja! - wykrzyknął wyniośle. - Ja daję życie! Ja się nim opiekuję, obserwuję, jak rośnie, jak uczy się. Jestem stwórcą. Zatrzymuje czas, jak gdyby zegar był zwykłą kulką toczącą się po kole fortuny, jak gdyby był marnym pieniążkiem, który balansuje na swej krawędzi, nie mogąc się zdecydować, na którą stronę powinien się przechylić. Orzeł czy reszka? Życie czy śmierć...
-Oooo - Gary z ironią wyraził podziw dla rozmówcy. - Więc mówisz, że jesteś nieśmiertelny i potrafisz obdarzać nieśmiertelnością?
-Zostaw drwiny na inną okazję... a zresztą może już więcej okazji nie będzie - zaśmiał się i posłał blondynowi paskudny uśmieszek. - Ale o tym porozmawiamy... może nie osobiście, ale ktoś ci przekaże wiadomość na pewno. - Znowu komnata wypełniła się śmiechem władcy zamku. - Bo widzisz... takie stare zamczyska jak to mają swoje legendy, tak jak i swoje sekrety, które nigdy nie wychodzą na jaw.
-Jakie sekrety? - spytał zaniepokojony.
-Nigdy nie wychodzą na jaw... słyszysz? Nigdy... - powtórzył.
-A co z tymi, którzy je odkrywają?
-Giną... -wysyczał.
Gary Tachett poczuł jak gruba pętla zaciska się coraz mocniej na jego szyi, miażdżąc powoli krtań. Zmartwił się nie na żarty ostatnimi słowami doktora. Gdyby siedział przed nim zwykły, stary człowiek, który zbzikował od przeżytych lat, puściłby mimo uszu groźbę i roześmiał się, ale wystarczało jedno spojrzenie w oczy Creepbottoma, jedno zerknięcie, by przekonać się, że gra toczy się na serio.
„Potrzebuję czasu, potrzebuję czasu, żeby stąd zwiać. Musisz odwrócić jego uwagę, musisz odwrócić jego uwagę na chwilęęęę!” - W jego głowie panowała ogromna wichura, która ściągała do centrum dowodzenia każdy pomysł, jaki tylko wykwitł na łąkach umysłu, nawet najdurniejszy.
-A więc jesteś nieśmiertelny?
W jego ustach słowa te brzmiały niedorzecznie. Próbował zrobić mądrą minę, ale wyszedł komiczny grymas. Starzec albo nie zauważył albo zbytnio się tym nie przejął.
-Potrafisz sprawić, by czas się zatrzymał i możesz być wiecznie młody! - Fantazja nieco go poniosła, zważając na to, że twarz doktora wyglądała jak pole, po którym przejechał traktor ciągnący pług, tworząc liczne bruzdy i zgłębienia, wyrzucając grudy gleby na boki. - Żyjesz już... eee...
Stracił wątek.
-Chłopcze, jesteś albo tak głupi, że nie potrafisz złożyć do kupy nawet kilku prostych faktów, albo myślisz, że potrafisz mnie oczarować swoimi baśniami.
Zaczął się pocić. To ze stresu. Czyżby go przejrzał?
-Czy wiesz, jakie to uczucie, kiedy granat rozrywa ci wnętrzności? Kiedy fragmenty śrutu tkwią w twoich trzewiach, a ty czujesz, jak życie wypływa z ciebie razem z twoimi jelitami? Wiesz, jakie to uczucie?! Próbujesz je wepchać do środka, ale ono jest śliskie... zupełnie jak ryba, szamocząca się w twoich dłoniach tuż przed uderzeniem jej łbem o deski pomostu lub o krawędź łodzi. Próbujesz umieścić je z powrotem tam, gdzie powinno być, lecz usiłuję się wydostać. Moje życie nie wróciło do mnie w całości. Wszystko się zmieniło. To dziwne powierzyć swe życie małej fiolce z kolorowym płynem. To naprawdę dziwne przebudzić się i stwierdzić, że coś jest nie tak. Uświadomić sobie, że choć słowa wydostają się na wiatr, to on nie chce się odwdzięczyć i wejść, by przemierzyć raz jeszcze korytarze, którymi przez tyle lat wędrował. To wstrząs, kiedy stwierdzasz jednego dnia, że pierś przestała unosić się i opadać, a ty nadal jesteś. Lecz jeśli udaje się przezwyciężyć tę barierę strachu, nic nie jest w stanie cię przerazić. Nie poddałem się! Nie! Poświęciłem się w pełni mojej pracy, a teraz... a TERAZ! ... zbieram jej liczne plony.
Udało mu się. Wcześniej starzec wyglądał jak rakieta gotująca się do startu. Teraz jego silniki wypluły strumienie ognia i leciał z dużą szybkością w kosmos, do gwiazd! A między gwiazdami Creepbottoma nie było miejsca dla Gary’ego Tachetta. Jego rozmówca wpatrywał się w przeciwległą ścianę i mówił z zapałem godnym niejednego paladyna.
Mężczyzna błyskawicznie zerwał się z łóżka i rzucił w kierunku drzwi. Zwierzę nie dało znaku życia. Może naprawdę zasnął? Z każdą sekundą rosła jego przewaga nad przeciwnikiem. Nim dobiegł do drzwi, jego uszu dobiegł krzyk... nie, to był ryk gniewu, wydobywający się z gardła czarnookiego.
-PUSZEK! - huknął wściekle, a Gary mógłby przysiąc, że w tym samym momencie za ciężkimi, ciemnoczerwonymi zasłonami pojawiły się błyskawice i rozległy grzmoty. - BIERZ GO!
„Puszek”... pomyślał, że to zabawne imię dla psa bojowego. Jeszcze gotów poszczuć go jamnikiem. Zachichotał w myślach i, nim musnął klamkę drzwi, zerknął jeszcze przez ramię, żeby zobaczyć „okaz” nazwany „Puszkiem”.
To, co zobaczył, sprawiło, że pobladł i poczuł jak wielkie ostrza wiercą mu w brzuchu studnie. Instynktownie otworzył drzwi i zaczął uciekać po pustym korytarzu. Nie przyjrzał się dokładnie, ale wystarczało, by spostrzegł, jak coś ogromnego wyskakuje z mroku i ugina się lekko na czterech łapach, gotując się do następnego susa, tym razem kierując wielgachny łeb w stronę drzwi. To coś było, co najmniej, sześciokrotnie większe od owczarka szkockiego i sądząc po tym jednym susie, piekielnie szybkie oraz zwinne. Przez kilka dłużących się sekund korytarz wypełniał jedynie stłumiony dźwięk kroków, bardzo szybkich kroków. Potem dało się słyszeć pstryknięcie zaskakującego zamka w drzwiach, a po chwili donośny łoskot roztrzaskiwanego drewna. Cedrowe drzwi ledwo co się domknęły, a ogromne cielsko rozerwało je na setki drzazg i odłamków. Wyrwane zawiasy uderzyły z impetem w stojący na wprost od dziury mur. Zaraz po Puszku z wyrwy wyłonił się doktor Thomas Crepbottom i spokojnym spacerkiem oddalił się w swoim kierunku, nucąc tą samą, znaną tylko sobie, pieśń.

Cienkie stróżki potu spływały po plecach przerażonego mężczyzny. Przeżył wiele misji, widział wiele masakr, rzezi i zdeformowanych owoców ludzkiego okrucieństwa, ale takiego czegoś nigdy nie widział. Ba, nie przypuszczał nawet w najgorszych koszmarach, że takie olbrzymie, włochate bydle może istnieć!
Dziękował Bogu za to, że przed zaśnięciem zdjął z siebie cały ciężki sprzęt. Z drugiej strony odczuwał kłujący żal, że nie ma teraz przy sobie swojego M4 i granatów, chociaż w głębi duszy wiedział, że i tak na nic mu by się teraz zdały, a chciał przeżyć, i to cholernie. Słyszał huk wyważanych drzwi, słyszał dudniące odgłosy uderzania masywnych łap o dywan oraz dźwięk kłapiących szczęk. Biegł, ile sił w nogach i powietrza w płucach, mimo to z rosnącą rozpaczą odczuwał, że dystans między łowcą a zwierzyną zmniejsza się w szybkim tempie. Jeszcze kilkanaście sekund i będzie po nim. Nagle dostrzegł swoje wybawienie. Pokaźnej wielkości żelazne wrota. Bestia mogłaby mieć problem ze sforsowaniem ich, tylko czy są otwarte? Nawet jeśli, to otworzenie ich zajęłoby wieki... w tym wypadku wieki trwałyby kilkanaście sekund, a w takim czasie stwór by go dopadł. Będąc na granicy rezygnacji, zobaczył jednak coś, co przywróciło mu nadzieję. Lewa część odrzwi była lekko uchylona. Niezbyt mocno, ale przy odrobinie szczęścia udałoby mu się przez nią prześlizgnąć. Niewiele myśląc, rzucił się przed siebie, wyprostowując jak strunę całe ciało. Szczęście dopisało. Znalazł się po drogiej stronie i pojechał kombinezonem po podłodze aż do czyichś czarnych butów. Spojrzał w górę.
-DAGER! Szybko zamknij drzwi! - wykrzyczał głosem na poły pełnym radości z powodu znalezienia przyjaciela, na poły pełnym strachu przed ścigającą go śmiercią - SZYBKO!
-Ale o co chodzi? - spytał zbity z tropu olbrzym.
-Kurwa, zamknij je albo zginiemy - zawył żałośnie.
-Gary, ale... dobrze. - uciął szybko i podbiegł do drzwi, przyciągając je i zamykając na metalową zasuwę.
Blondyn dziękował z całego serca Bogu za to, że jeszcze żyje. Leżał na ziemi z zamkniętymi oczyma i rękoma splecionymi na piersi i szeptał słowa modlitwy. Był tak szczęśliwy, że żyje, że stracił zainteresowanie czymkolwiek innym. Nawet tym, że, odkąd znalazł się u stóp Dagera do czasu, gdy ten ruszył do drzwi, minęło ponad pół minuty oraz tym, że olbrzym, będąc przy szparze, niechybnie spojrzawszy na korytarz, nie zobaczył niczego dziwnego. Niczego dziwnego?! Czegoś co nie powinno w ogóle istnieć! Czegoś co powinno już dawno rozszarpać ich obu, jednakże tego nie zrobiło. Gary jednak nie przejmował się teraz niczym innym niż delektowaniem się każdym równym oddechem i jakiekolwiek pytania spod znaku „dlaczego” nie miały wstępu do jego oazy.

Obudził go ból. Całe ciało promieniowało nim i każdy ruch powodował kolejne fale cierpienia. Rawl otworzył oczy. Wokół roztaczała się jedynie ciemność. Spróbował zapalić latarkę, ale została uszkodzona podczas wypadku. Delikatnie obmacał całe ciało, przysparzając sobie jeszcze więcej bólu, ale teraz przynajmniej był pewien, że niczego nie złamał. Dotknął dłonią twarzy. Była lepka od jakiejś substancji. Umoczył palec i powąchał. To była krew. Może jednak nie czuł wszystkich obrażeń. Powoli zaczął podnosić się na nogi. Kości trzeszczały niczym stare deski strychu, ale w końcu udało mu się tego dokonać. Postawił krok i niemalże upadł. Noga była zwichnięta.
-Tego mi było trzeba - mruknął do siebie i zaczął po omacku przemieszczać się w kierunku wyjścia.
W zasadzie nie wiedział, gdzie się znajduje. Miał dwie możliwości. Znaleźć schody i zawrócić lub odnaleźć dalsze przejście. Która opcja była trafniejsza, nie wiedział, za to świadomość podpowiadała, że bez względu na to, na którą wpadnie ścianę, to i tak doprowadzi go ona do drzwi. Czasami opłaca się myśleć prostolinijnie.
Podłoga była śliska. Na całej powierzchni była rozlana jakaś gęstą ciecz. Gdzieniegdzie but natrafiał na płytką kałużę, a odgłos chlupotu ponuro zawodził. Przecież znajdował się w piwnicy, na dodatek była to piwnica... piwnica? Byli gośćmi na zamku, a więc to były lochy, a w tego typu miejscach wilgoć jest zawsze problemem nie do rozwiązania - pomyślał. Więc obecność kałuż można było wytłumaczyć. Krew musiała być jego własną. Nagle potknął się o coś dużego.
-Przeklęta kapusta! - wypalił bez większego namysłu, wyrwany z zadumy i posłał kopniakiem wadzący przedmiot w kierunku ściany.
Musiała być przegnita, bo w momencie kopnięcia poczuł, że stopa zagłębiła się znacznie w główce kapusty. Po chwili dobiegł go dźwięk uderzenia o ścianę, który nie przypominał wcale ciśniętej kapusty. Trzask łamanych kości był dość wyraźny, by wyeliminować możliwość omamu słuchowego. W przeciwnym wypadku mógłby to zwalić na stres, zmęczenie oraz niepokojące otoczenie. Pochylił się i dotknął czubka buta. Była pokryta śluzem oraz drobnymi cząstkami jakiejś substancji. Podniósł kawałek i powąchał. Nie pachniała jak kapusta, zupełnie nie pachniała jak kapusta ani żadne inne warzywo. Zaczął się pocić. Może jakaś beczka z zapasami żywności została uszkodzona i jej pożywna zawartość wysypała się na podłogę. Starał uspokoić siebie wyjaśnieniami. Postawił kolejny krok naprzód i niemal nie wyrżnął na ziemię. Coś dużego i miękkiego zagradzało drogę. Kucnął i pomacał ręką. Dłoń Rawla dotknęła skóry.
-Co do kurwy! - Cofnął się gwałtownie, klnąc.
Po chwili jednak przycupnął z powrotem. Musiał sprawdzić, czy żyje. Powoli przejechał palcami wzdłuż torsu i zbliżył rękę do szyi, by zbadać puls. Palce natrafiły na pustkę. Zdezorientowany komandos próbował wymacać głowę człowieka, myśląc, że po ciemku spudłował. Zrozumiał swój błąd dopiero, gdy dłoń natrafiła na poszarpany kikut szyi.
-Jezus! - Odskoczył do tyłu, lądując tyłkiem w kałuży.
Pod wpływem uderzenia uszkodzona latarka włączyła się i teraz prześwitywała bladym światłem przez materiał munduru. Wyjął ją, nie wstając z ziemi i skierował przed siebie. Strugi światła rozszarpały momentalnie ciemność, torując drogę kolejnym falom jasności. Rawl zaniemówił, widząc, roztaczającą się przed nim, makabrę. Tuż przy jego stopach znajdowały się zdekapitowane zwłoki żołnierza. Oderwana od tułowia głowa znajdowała się na przeciwległej ścianie, dokładnie tam, gdzie ją posłał. Wzdłuż mostku ciągnęły się dwie wielkie szramy, kończąc się na podbrzuszu, a lewe udo zostało poszarpane do takiego stopnia, że między łydką a biodrem zwisały właściwie długie nitki mięsa. Zmiażdżone odłamki kości udowych walały się w okolicach kończyn, a prawa stopa zadarta do góry pod nienaturalnym kontem trzymała się jedynie na pojedynczym włóknie. Dalej w głębi pomieszczenia leżały kolejne zwłoki. Było ich mnóstwo. Rozorane tułowia, oderwane ramiona, wnętrzności, które zastygły w połowie drogi z brzucha na podłoże. Pojedyncze dłonie i głowy z pozdzieraną z czaszki skórą. Niemal wszystkie ciała posiadały nierówne kłute rany, jak gdyby ktoś je dźgał czymś dużym i ostrym. Cała ziemia skąpana była w krwi, nawet ściany pokryte były mazią. Poprzewalane beczki z winem porozrzucano po całym pomieszczeniu. Niektóre były pęknięte. Krew mieszała się z winem.
Rawl przyglądał się temu z niedowierzaniem. Naukowcy, żołnierze, wieśniacy, turyści. Wszyscy okrutnie zmasakrowani. Podniósł swoje ręce do oczu. Były umazane krwią. Zaczął energicznie pocierać nimi o mundur, chcąc pozbyć się cieczy. Dopiero teraz zobaczył, że cały mundur nasiąkł krwią, a on sam siedział w jednej z czerwonych kałuż. Zerwał się na nogi i już zaczynał biec, kiedy znowu się potknął i runął w czerwoną ciecz. Zaczął się krztusić i pluć. Upadając, zamoczył cały tors, łącznie z twarzą, i teraz jego facjata ociekała krwią.
-Aaaaaaa! - krzyknął rozpaczliwie.
Nogi ślizgały się po mokrej nawierzchni, ale Rodrius dzielnie walczył o zachowanie równowagi. Udało mu się doczłapać do ściany i oparłszy się o nią plecami, ciężko dyszał, próbując zebrać myśli z powrotem i stłamsić panikę.
Po minucie ruszył z powrotem w kierunku pola trupów, lawirując między większymi kałużami i częściami ciał. W końcu znalazł to, czego szukał. Pół twarzy Henry’ego McKennego znikło, ukazując białoszarą maź wypływającą z pokiereszowanego mózgu. Rodrius zerknął na swoje buty. Małe szare grudki przyczepiły się do czubków. To nie była przegnita kapusta, trafił w mózg. Ta dedukcja zmroziła mu krew w żyłach. Przeniósł wzrok z powrotem na trupa. Klatka piersiowa była rozpruta, a z wnętrza wyzierały drzazgi żeber oraz zaplamiony kręgosłup. Cały... farsz - pomyślał mężczyzna. Ten wisielczy żart poprawił mu nieco humor. Cała zawartość klatki piersiowej została starannie wyciągnięta, a nawet wyskrobana z wielką dokładnością. Pocięte nogi zwisały bezwładnie z beczki. Rozpoznał go po zegarku. Po małym czarnym zegarku, w którym rolę wskazówek pełniły dwie miniaturowe szable. Zdjął go ostrożnie z przegubu umarłego, starając się przy tym zbytnio nie ubabrać i rzuciwszy ostatni raz okiem na miejsce kaźni, pobiegł w kierunku schodów.
Straszne obrazy przemykały po jego umyśle, ryjąc w ścianach ostrymi konturami. Czuł, jak nowopoznana sytuacja zaczyna go przytłaczać. Przed chwilą zobaczył zmasakrowane zwłoki około trzydziestu osób. Pomieszczenie było wręcz skąpane we krwi. Co za psychopata mógł się dopuścić takiego bestialstwa. Nie mógł tego pojąć. Widok rozstrzelanych terrorystów i żołnierzy, widok ludzi, którzy przeżyli wymyślne tortury lub też martwe ciała, gdy nie udało się do końca złamać ich ducha, chłopcy wracający z niewoli oraz nędza i rozpacz ofiar wojny nie budziły w nim tylu sprzecznych uczuć jak to, co zobaczył w tym zamczysku. Czy to Creepbottom był osobą, która stała za tymi zbrodniami? Czy szalony, zniedołężniały staruszek poradziłby sobie z tym przedsięwzięciem, gdyby psychika tak mu nakazała? Niepokój przybierał na sile z każdym krokiem, a każdy zakręt powodował, że serce łomotało niczym młot pneumatyczny z obawy przed nieznanym. Złowrogie cienie igrały na ścianach, przeplatając się wzajemnie w dzikim tańcu. Zbudzony żywioł szalał w ich długich ciałach , budząc z drzemki kolejne zastępy niematerialnych zjaw.
Mężczyzna dopiero u szczytu schodów przypomniał sobie, że zostawił na dole karabin, ale wizja ponownego zejścia skutecznie rozwiewała pragnienie umieszczenia palca na cynglu i poczucia słodkiego ciężaru broni. Zorientował się, że ma jeszcze pistolet.. Czuł, że jest w lekkim szoku, ale uspokojenie skołatanych zmysłów było w tej chwili czymś nierealnym. W biegu wyciągnął broń i odbezpieczył. Akurat w tym samym momencie skręcający korytarz wypchnął ze swego zgięcia jakąś postać. Rodrius zdążył tylko podnieść wzrok, nim wpadł na osobnika i runął z nim na ziemię. Spadając, próbował jeszcze wypalić do obcego, ale jego dłoń była szybsza i wytrąciła mu broń z ręki. Palec jednak zahaczył o cyngiel i HK USP wypluł z siebie pojedynczy pocisk. Huk rozproszył się w odgłosach szamotaniny dwóch mężczyzn. Rodrius nie był pewien, czy trafił, ale wolał nie ryzykować. Nieznajomy krzyczał coś do niego, chyba, że go zabije. To on mógł być sprawcą tamtej sieczki. Na wspomnienie rzeźi nowe pokłady sił wyrosły z ciała Bordowowłosego. Gruchnęli głucho o dywan, a ręce Rawla wprawnie odnalazły szyję napastnika i zaczęły dusić. Przeciwnik próbował jeszcze coś powiedzieć, nawet krzyczał, ale on już nic nie słyszał. Był pogrążony w amoku i całkowicie skoncentrował się na przetrwaniu oraz pomszczeniu poprzednich gości Brokester. Nawet nie poczuł, kiedy potężny cios grzmotnął go w szczęką tak ,że odrzuciło go do tyłu. Zamroczony przestał na chwilę odbierać na częstotliwości ziemia.

-Idioto! Chcesz mnie zabić?!
Wydawało mu się, że usłyszał głos Marka, ale usprawiedliwił to otrzymanym ciosem.
-Kurwa! Żyjesz?! Ocknij się!
Ktoś szarpał go za ramiona i klepał po policzkach. Podniósł lekko powieki i przez chwilę wydawało mu się, że widzi płową czuprynę przyjaciela, ale wciąż nie ufał wzrokowi.
-Rawl!
Tym razem otworzył oczy na oścież i ujrzał nad sobą faktycznie Marka Style’a. Uśmiechnął się jak małe dziecko.
-Rawl, jesteś ranny? Jesteś cały we krwi!
-Ranny? - Przez chwilę analizował to, co usłyszał, aż przypomniał sobie, że w końcu przeleżał trochę w kałużach juchy.
-Jesteś ranny?! - Potrząsnął nim blondyn.
-Nie - rzekł cicho. - To nie moja krew.
-Na Baga! A czyja?
-Tam na dole... w katakumbach.... znalazłem McKenny’ego i resztę. Wszyscy rozszarpani, nieżywi. - Każde słowo wypowiadane było z obojętnością.
-Jak to? - spytał zaniepokojony Style.
-Nieżywi, wszyscy. Około trzydziestki osób.
Ale... tam są ich zwłoki?
-Zwłoki? - Roześmiał się nerwowo. - Nie nazwałbym tego zwłokami. To raczej puzzle z ludzkiego ciała.To rzeźnia!
-Prowadź mnie tam.
-Nie - odparł stanowczo Rodrius. - Nie wrócę tam.
-Nie mamy czasu na...
Jego słowa przerwał ogłuszający ryk. Dobiegał z bliska.
-Zabierajmy się stąd. Nie mam pojęcia, kto, a raczej co wydało ten ryk, ale nie mam najmniejszej ochoty, aby to sprawdzać.
Mark chwycił towarzysza za kamizelkę i pociągnął za sobą. Co prawda ryk już się nie powtórzył, ale i tak gnali jak opętani, byle do przodu. Świadomość, że to coś mogłoby ich gonić, dodawała skrzydeł. Wreszcie Mark zatrzymał się przy wielkich mosiężnych drzwiach, zaparł się i otworzył połowę na tyle, by mogli się tam wśliznąć. Wpadli do środka i bezzwłocznie zabarykadowali drzwi pobliskim stołem. Miejsca na zasuwę nie było. Szkoda. Mieli tylko nadzieję, że pozostaną niezauważeni. Po chwili rozległy się ciche odgłosy stąpania po dywanie. Coś wielkiego człapało przez korytarz, poszukując nieznajomych. Wstrzymali oddech i czekali. Po kilku minutach ich jedynym kompanem stała się na powrót cisza.
-Co to, kurwa, było? - zapytał drżącym głosem Mark.
-Nie wiem - odpowiedział głucho Rodrius. - ... Wilk? - dodał po chwili.
Style wybuchnął szaleńczym śmiechem i zaczął się trząść.
-Wilk?! - wykrzyknął, sapiąc głośno. - Wilk? Słyszałeś kiedyś o tak dużym wilku? Wilki nie ryczą, wilki wyją!
-Nie wiem... nie wiem, co to było, do cholery!
Strach podnosił ciśnienie obu mężczyznom. Na chwilę ucichli i tylko głośne dyszenie wypełniało przestrzeń.
-Nie zauważyło nas - powiedział cicho Rawl. - A raczej nie wywęszyło. Może to jakaś maszyna?
-Maszyna nie wydaje z siebie takich dźwięków - sparował sugestię przyjaciela.
-Właściwie nie wiemy, jakiej wielkości było to coś.
-Słyszałeś... właściwie dywan tłumi dźwięki, racja.
-... Niedźwiedź? - zapytał, robiąc głupią minę.
Blondyn podniósł wysoko brwi i znieruchomiał, wpatrując się w mężczyznę.
-Wilki może nie, ale niedźwiedzie ryczą - dodał szybko, jakby chcąc się usprawiedliwić.
-To trochę... dziwne - zamyślił się. - Niedźwiedź wytresowany do zabijania?
-Nie wiemy, czy za... tak! - Złapał się za głowę. - Ci wszyscy ludzie, wypruci... to mógł zrobić niedźwiedź.
-Wyjątkowo krwiożerczy, biorąc pod uwagę detale twojej opowieści.
-Ale, pomijając logikę i wszystkie utarte szlaki, wytresowanie dorosłego samca tak, by zabijał na zawołanie i był czymś w rodzaju... stróża zamczyska, byłoby możliwe.
-Pomijając logikę oraz wykluczając, że to coś... niedźwiedź, jak wolisz myśleć, jest naprawdę oswojony, a nie po prostu żądną krwi bestią, która być może sprowokowana jakimiś hormonami czy innymi bodźcami, została wypuszczona samopas na korytarze zamkowe - stwierdził.
-To też możliwe...
-O ile to niedźwiedź - powiedział twardo Mark.
-Jakie inne zwierzę, zamieszkujące Europę, byłoby w stanie wydać taki dźwięk? - spytał.
-A jeśli jest spoza Europy?
-Wytrzymałoby w takich warunkach? Może i tak - odpowiedział sam sobie. - Ale trzeba by je jeszcze tu sprowadzić, a według naszych danych, nie dawano stąd znaku życia.
-Wiesz, że wszystko jest możliwe w dzisiejszych czasach.
-Mimo wszystko, tak strasznie mało wiarygodne są te wszystkie teorie - stwierdził kwaśno Rawl.
Mężczyzna rozejrzał się wokół siebie.
-Spójrz! To biblioteka - powiedział zaskoczony.
Istotnie znajdowali się w tym samym pomieszczeniu, w którym Creepbottom „zaatakował” komandosa.
-Ale tego wcześniej nie zauważyłem - wyrzekł Mark, wskazując na mały stolik, na blacie którego leżały zmięte kartki. Podszedł do stolika i wziął w ręce zapiski.
-To jakieś notatki. Posłuchaj.

12 grudnia 2006
„Ja, Thomas Creepbottom, jestem na nowej drodze nauki. Już niedługo cały świat dowie się o moich dokonaniach. Mój eksperyment już wkrótce zacznie przynosić obfite plony.”

15 grudnia 2006
„Szczenię wilka przeżyło wstrzyknięcie preparatu. Jest osłabione i nie jest w stanie utrzymać się na własnych nogach. Nie podaję mu pokarmu ani wody. Jeśli moje badania potwierdzą się, szczenię wzmocni się i stanie zupełnie zdrowe. Bez pożywienia, bez niczyjej pomocy. A jeśli to się uda, to może...”

17 grudnia 2006
„Mój stan się pogarsza. Byłem głupcem, myśląc, że substancja będzie działać wiecznie. Po kilkudziesięciu latach, myślę, że mój organizm przyzwyczaił się. Powinienem być wdzięczny, to bardzo długi czas.
Rany na brzuchu ponownie się otworzyły, kiedy próbowałem zastosować lekarstwo sporządzone z roślin z Japonii. Widocznie ma ona inne działanie w stosunku do człowieka i inne w stosunku do gryzoni.”

18 grudnia 2006
„Działa! Tak myślę. Szczenię zaczęło wstawać i pokonywać krótkie dystanse. Jego odnóża są wciąż słabe i chybotliwe, ale wszystko wskazuje na to, że ten stan będzie ulegał poprawie.”

19 grudnia 2006
„Ten ból jest straszny. Pali mnie, wypala całe wnętrze, momentami nie mogę myśleć, a wciąż zostało tyle pracy. Pomoc Alberta jest nieodzowna. Bez niego przepadłbym, a wraz ze mną cała moja praca. Niestety, mój stan się pogarsza z każdą chwilą. Muszę się spieszyć.”

20 grudnia 2006
„Niesamowite! Szczenię jest zupełnie zdrowe! Jest teraz młodym i silnym osobnikiem, biega i skacze, jest pełne wigoru. Przygotowuję się do zabiegu. Muszę się spieszyć! Każdy oddech sprawia tyle bólu. Krwawienie już nie ustępuje. Zabandażowałem rany. Moja jedyna nadzieja leży w tym płynie. Oby się powiodło.”

21 grudnia 2006
„Zażyłem środek. Początkowo nie czułem nic, po chwili ból zelżał. Chyba działa.
Zauważyłem, że szczenię zaczęło się do mnie łasić. Przypuszczam, że może to mieć jakiś związek z zażytą przez nas substancją. Może mylą mnie oczy, ale wydaję mi się, że zwierzak nieco urósł.”

22 grudnia 2006
„Czuję się o wiele lepiej. Jakby... nowe siły wstąpiły we mnie, nowa energia. Czuję się, jakbym był w stanie unieść każdy ciężar. To jest... piękne.
Niestety rany na brzuchu nie chcą się goić. Czy to możliwe, że środek działa jedynie uśmierzająco, dodatkowo powodując omamy nastrojowe?
Wilk znowu urósł. Nazwałem go „Puszek”. Dziwne... jego oczy stały się czarne. To bardzo mądre zwierzę. Rozumie wszystko, co do niego mówię.”

27 grudnia 2006
„Źle sypiam ostatnimi czasy. Mam koszmary. Znowu śnię o wojnie. Zauważyłem u siebie halucynacje. Gdy patrzę w lustro, moje oczy stają się czasami czarne. Mimo to czuję się znakomicie.”

30 grudnia 2006
„Mój Boże! Puszek... jakże on urósł. To... to niesamowite! Jest dwa razy większy od zwykłego wilka. Czy to mój preparat tak na niego zadziałał? Co więcej, odkryłem dziwną, łącząca nas więź. Puszek zachowuje się, jak gdyby słyszał moje myśli. Nie muszę nic mówić, a on wie, co chciałbym, żeby zrobił.”

3 stycznia 2007
„Nie wiem, co się dzieje... Halucynacje... Puszek jest ogromny... waruje przy mnie. Mam czarne oczy!”

5 stycznia 2007
„Powiedziałem mu: „Zabij Alberta”. Smakował mu...”

20 stycznia 2007
„Mój Boże! Albert nie żyje. Odkryłem przerażającą prawdę. Zażyty środek powoduje coś w rodzaju schizofrenii. Wcześniejszy wpis jest dla mnie wystarczającym dowodem. Boję się... bardzo... coraz rzadziej jestem sobą. Ta bestia jest ogromna... ta be... JAK ŚMIESZ!? PUSZEK TO MOJE DZIECKO! Czuję moc... o tak... czuję moc...”

-To koniec. - Mark przełknął głośno ślinę. – dalej nieczytelne.
-To... - Rodrius nie mógł znaleźć słowa.
-Brzmi jak bujda, jak wytwór fantazji - dokończył cicho blondyn.
-Tak...
Obaj patrzyli tępo w słowa widniejące na papierze.
-„Zabij Alberta”... ten szkielet... to był Albert - przypomniał sobie mężczyzna.
-Jaki szkielet? - spytał zdezorientowany komandos.
-Zanim wystrzeliłeś, znaleźliśmy kościotrupa oczyszczonego całkowicie z mięsa. Myśleliśmy początkowo, że to trup Creepbottoma. Kurwa! W tym całym zamieszaniu całkowicie o tym zapomnieliśmy - żachnął się Rodrius.
-Ale... - Na chwilę zamilkł i nasłuchiwał. - Słyszysz?
-Co takiego? - spytał ze zdziwieniem.
-Ktoś coś nuci, posłuchaj.
Przez chwilę obaj nasłuchiwali. Z ciemności między regałami książek zaczęły nadchodzić ciche dźwięki melodii. Ktoś coś nucił.
-Gdzie masz swój karabin? - spytał Mark.
-Zostawiłem w katakumbach, masz swój?
-Mam. - Mówiąc to, odbezpieczył broń i wycelował w ciemność.
Mężczyzna skinął głową, pokazując, że rozumie i odbezpieczył pistolet, po czym skierował go w to samo miejsce, co towarzysz. Czas się dłużył, a wśród czerni nie pojawiał się nikt. Melodia wciąż rozbrzmiewała w powietrzu, a ogromna przestrzeń sali zwielokrotniała pogłos. Napięcie rosło, a pot spływał po policzkach mężczyzn, skapując na kołnierze kamizelki.
-Czekamy - szepnął Rodrius.
-Czekamy - powtórzył Mark.
Głos się nasilał, a po kolejnej minucie z ciemności wyłonił się włochaty staruszek z czarnymi węglikami w oczodołach. Z szyderczym uśmiechem wpatrywał się w obu mężczyzn.
-Stój! - wykrzyknął ostro blondyn.
Staruszek nie przestawał iść w ich kierunku, całkowicie ignorując słowa mężczyzny.
-Stój, bo...
Nie zdążył dokończyć zdania. Głos uwiązł mu w gardle, gdy zobaczył, jak, za Creepbottomem, z czarnych czeluści wyłania się ogromne cielsko potwora. Zimne fale potu zaczęły obmywać jego ciało. Nie mógł opanować drżenia nóg, tak jak i nie mógł się ruszyć z miejsca. Obaj tkwili w jednym punkcie, wpatrując się w bestię.
Bydlę dorównywało wzrostem starcowi. W miejscu sierści znajdowała się poczerniała, jakby spalona, skóra. Tułów przypominał wielkością mały samochód, a masywne łapy zakończone były grubymi, czarnymi pazurami. Łeb, trzykrotnie większy od lwiego, zwisał z potężnego karku, rytmicznie pulsując w górę i w dół. Oczy były błyszcząco czarne, nie miały powiek.
Potwór otworzył paszczę i wywiesił na zewnątrz gruby, szkarłatny jęzor, upstrzony czarnymi plamami. W paszczy widniały dwa rzędy wielkich jak pięść zębów. Również czarnych. Kły wysuwały się poza wargi, jak u tygrysa szablozębnego, budząc grozę w każdym, kto spojrzał na olbrzymie brzytwy. Zwierzę sapało głośno i kłapało co jakiś czas szczękami.
Creepbottom spojrzał na blondyna i posłał mu zimny uśmiech, po czym wskazał na niego palcem. Bestia błyskawicznie skoczyła do przodu i przygniotła mężczyznę. Nim zdążył nacisnąć spust, jego pierś została rozpłatana przez pazury, a potężne szczęki zmiażdżyły mu czaszkę. Nie zdążył nawet jęknąć.
Śmiech doktora rozniósł się po pomieszczeniu. Przerażony i zszokowany Rodrius, nie myśląc wiele, skoczył między regały i biegł przed siebie. Wciąż akompaniował mu śmiech gospodarza oraz mrożące krew w żyłach odgłosy dartego ciała. Nic nie widział, biegł na oślep, pistolet rzucił po drodze na ziemię. Modlił się, żeby bestia nie zaczęła go gonić, błagał w myślach o tyle czasu, by zdążył się ukryć w bezpiecznym miejscu. Wciąż był w szoku, a nogi pracowały jak oddzielny organizm, gnając go jak najdalej i jak najszybciej przed siebie. Dopadł do drzwi, które nagle przed nim wyrosły, pociągnął za uchwyt i szarpnął nimi tak, że aż mu zatrzeszczały kości. Wbiegł do pomieszczenia. Okazało się, że znalazł się na krętych schodach, które prowadziły na szczyt wieży. Wielkimi susami zaczął pokonywać kolejne stopnie. Wreszcie dopadł do klapy oddzielającej go od świeżego powietrza. Naparł na nią i, ku jego uldze, puściła. Wgramolił się na szczyt i zatrzasnął za sobą wejście. Niestety, nie miał rygla, więc klapa pozostawała bez żadnych zabezpieczeń. Usiadł pod blanką i skrył w dłoniach twarz. Urywany dech wyrywał się z piersi, a ręce trzęsły się w napadzie drgawek. Przed chwilą potwór zabił jego przyjaciela. Mark nie żył. Prawda nie zdołała jeszcze pokonać wszystkich barier świadomości i z pewnym stłumieniem dochodziła do mózgu. Po raz pierwszy spotkał się z czymś, czego nie potrafił pojąć rozumem, co nie miało odpowiedników w książkach i podręcznikach. Monstrualna bestia w przeciągu kilku sekund rozszarpała Style’a. „Boże, jaka ona była szybko”, pomyślał i skulił się. Niebo było zasnute przez gęste czarne chmury, a wicher wył złowieszczo, wypełniając ludzkie serca nienazwaną grozą. „To się nie dzieje naprawdę, to się nie dzieje naprawdę...” - powtarzał w kółko, niczym tekst modlitwy, choć jego spowiednikiem był jedynie mroźny wicher, który porywał słowa i łapczywie je połykał. Przenikające uczucie beznadziejności oraz strach przed spojrzeniem za siebie tratowały głowę Rawla. Zaczął kropić delikatny deszcz. Ciężkie krople z wolna opadały na ziemię, rozbryzgując się o twardy mur. Rozpłaszczając się, oddawały pokłony nocy. Kochał deszcz, ale teraz nie odczuwał ani krztyny radości z powodu milionów podniebnych emigrantów. Teraz jedynie sprawiały, że jeszcze bardziej pogrążał się we własnych wizjach. Ściekająca woda wyglądała w jego oczach jak krew, a przytępiony stukot rozbijanych kropel wywoływał panikę, kojarząc się z glosami szybko stawianych kroków. „Oszalałem...”, mamrotał pod nosem, podczas gdy nawałnica coraz zacieklej atakowała wieże. Wtem rozległ się głośny dźwięk łamanych desek i w miejscu klapy pojawił się pysk stwora. Roztrzęsiony mężczyzna, gdy tylko posłyszał pierwsze oznaki pękającego drewna, zerwał się z ziemi i skoczył w kierunku blanki. Planował... a właściwie nie planował. W nagłym przebłysku trzeźwości ukazały mu się dwie możliwości. Albo bestie rozszarpie go, tak jak towarzysza, i sponiewiera każdą cząstkę wnętrzności, każdą kość. Co do mocy puszkowych szczęk, nie miał cienia wątpliwości. Albo wyskoczy z wieży i runie w dół, by w finałowym akcie rozpłaszczyć się na dziedzińcowym bruku. Nigdy nie sądził, że będzie rozważał popełnienie samobójstwa, ale w świetle sytuacji i tak był już martwy. Wybrał mniejsze cierpienie. Miał nadzieję, że bestia nie zdąży go dopaść, nim skoczy. Strasznie się tego obawiał. Była szybka, piekielnie szybka. Postawił wszystko na jedną kartę i już szykował się do ostatecznego skoku, gdy kątem oka dostrzegł, że oprawca utknął w niewielkim otworze. Potężne barki rozepchały częściowo cienką warstwę cegieł, klinując się górną część tułowia w taki sposób, że ponad wieko wystawał jedynie ogromny łeb i zarys górnej części tułowia. Łapy pozostawały wciąż po przeciwnej stronie i Rawl zaniechał pomysłu zakończenia swego rozdziału w księdze życia. Dostrzegł szansę na uratowanie nie tylko własnego, ale i życia reszty towarzyszy. Prócz Marka... tak. Markowi życia już nic nie mogło wrócić. Wątpił, czy cokolwiek mogłoby mu wrócić dawny wygląd. Raczej nie. Co gorsze, wątpił także w to, czy w makabrycznym obrazie kałuży krwi i strzępek mięsa rozpozna chociaż jeden drobiazg z przyjaciela. „Pozbawiony cienia” - pomyślał i ruszył zdecydowanym krokiem w kierunku bestii, wyciągając zza pasa myśliwski nóż. Na myśl o losie Style’a przerażenie zostało zaćmione przez brawurę, gniew oraz żal. Przerażenie jednak ma to do siebie, że, prędzej czy później, wraca, kiedy gniew się ulotni, a ten... podczas opuszczania ludzkiego ciała lubi namieszać i spowodować błąd, który może mieć śmiertelne konsekwencje. Tylko żal zostaje taki sam jak zawsze, niezmienny. Czasem troszkę urośnie, czasem schudnie, ale zawsze trzyma się burty.
-Pokażę... ci... - Mężczyzna dyszał ciężko, a jego głos z wielkim trudem przedzierał się przez okrzyki wiatru.
Wiatr niósł ostrzeżenia w zimnym dotyku, smagał obawami policzki komandosa i szarpał bordową czupryną. Na nic to jednak się zdało. Nie mógł rozedrzeć miękkiej powierzchni skóry i dostać się do głowy.
-Zapłacisz... zapłacisz.
Był o krok od Puszka. Mimo częściowego amoku, jakaś cząstka jego mózgu nadal poprawnie kalkulowała i doradzała swemu panu. Kazała mu obejść stworzenie, by nie mogły dosięgnąć go jego szczęki i poderżnąć gardło. Wcześniej można by wyłupić oczy. Niech cierpi. Logicznie, acz okrutnie. Rodrius traktował to już jako osobisty rodzaj zemsty za strach, upokorzenie i gwałtowne wtargnięcie do jego uporządkowanego świata. Za Marka i za resztę oddziału. Za zabitych żołnierzy, za naukowców i także za wolne minuty, w których to umarły jeszcze dwie bliskie mu istoty - rozum i nadzieja. Ta druga spowodowała, że postanowił, w obliczu śmierci bolesnej, po której przypominałby podarte płótno, wybrać śmierć haniebną, śmierć w postaci ucieczki przed tym, co mu zgotowało życie.
Pogrążony w myślach stracił czujność, będąc pewnym, że nic nie jest w stanie mu przeszkodzić w zadośćuczynieniu. Nie zauważył, kiedy barki monstrum rozwarły kamień z taką siłą, że pogruchotane fragmenty wystrzeliły we wszystkie strony, w tym jedna trafiła go feralnie w czoło. Upadł na zimną posadzkę zamroczony i przez chwilę błądził w czerni. Ostatnią rzeczą, jaką ujrzał, były czarne ślepia kreatury, wiszące tuż nad jego głową, świdrujące go na wskroś. Strużki szarej śliny obficie skapywały na tors mężczyzny. Zdążył jeszcze pomyśleć, czy to możliwe, by to zaplanowała, a potem szczęki bardzo wyjątkowego wilka zacisnęły się na jego czaszce, która pękła i prysła całą zawartością, jak arbuz po upadku z dużej wysokości.

-Hej, koleżko. - Tubalny głos olbrzyma przerwał, już którąś z kolei, litanię. - Może już starczy tego leniuchowania?
Rozciągnięty na podłodze Gary wciąż kurczowo ściskał ręce przyciśnięte do czoła i z zamkniętymi oczyma wypluwał z siebie święte słowa. Dla Dagera brzmiało to jak bełkot. Gdy brunet zamykał wejście do sali, zerknął pobieżnie na korytarz, chcąc zobaczyć ewentualne źródło zagrożenia. Nie zobaczył jednak niczego niezwykłego i poważnie rozważał możliwość ponurego żartu towarzysza. Co prawda, Gary wyglądał autentycznie, a olbrzym szczycił się umiejętnością wyczytywania prawdy z oczu oraz demaskowania każdego, nawet najmniejszego, kłamstewka. Kłócił się sam z sobą. Oszukał go? Zwiódł? Gary? Nieeee. To nie pasowało do niego. Z drugiej jednak strony... Zamiast głowić się problemem stwierdził, że o wiele łatwiej będzie się po prostu zapytać. Dał blondynowi kilka minut, by doszedł do siebie albo też wprowadził inscenizację na odpowiedni etap i powtórzył:
-Gary...
Zero odpowiedzi.
-Gary!
Skulona postać wciąż leżała, drżąc na całym ciele. Świadomość tego, że przed chwilą uniknął śmierci połączona ze świadomością, że to, co chciało mu to odebrać życie, zapewne w bardzo nieprzyjemny sposób, nie było „z tego świata” przejęła znacznie mężczyznę. Oddech śmierci potrafi działać mobilizująco, zaś chwilę potem paraliżować.
-Tachet!!!
Komandos otworzył oczy i spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na sylwetkę Fuana.
-Raczysz mi wytłumaczyć zaistniałą sytuację? - spytał uprzejmie.
-Zamknąłeś drzwi?! - rzucił panicznie.
-Tak jak prosiłeś - odparł przesłodzonym tonem.
-A inne wejścia? - omiótł wzrokiem błyskawicznie salę.
-A może jeszcze śniadanko do łóżka? Dopóki nie powiesz mi, o co tu chodzi, nie zamierzam się ruszyć z miejsca.
-Bestia! Idioto, ruszże się, bo zginiemy! – Udręka i strach malowały po jego twarzy pędzlami.
-Dobra, dobra. Idioto - okej. Mówiono tak do mnie, ale żeby bestią mnie nazywać? – Olbrzym się roześmiał. - Wiem, jestem trochę duży, ale...
Krzyk frustracji przerwał humorystyczny wywód Fuana. Blondyn powstał i rzucił się biegiem po najbliższą ławę. Dopadł ją i zaczął ciągnąć w kierunku drzwi. Miał niemałe problemy. Długi bal drewna nie chciał współpracować. Powoli posuwali się o centymetry.
-Co ty wyprawiasz, Gary?! - mężczyzna zapytał nieco podniesionym głosem, zdradzając podenerwowanie.
-Pomóż mi, idioto!
-Ale...
-Pomóż, proszę.
Coś w tonie głosu przyjaciela kazało mu porzucić fortece zdrowego rozsądku i spełnić prośbę. Chyżym krokiem doskoczył na miejsce i chwycił oburącz dębową deskę. Ława niemal wyrwała się z uchwytu blondyna. Wprawnie pochwycił ją na powrót i wskazał olbrzymowi najbliższe drzwi. Co jakiś czas obracał się do tyłu, chcąc jakby ponaglić towarzysza i za każdym razem obrywał po plecach końcem deski niczym sztychem. Nie mogąc przyczepić się do Dagera, mruczał pod nosem ponaglające komendy samemu sobie. Ledwo zabarykadowali drzwi, blondyn już pędził po następną ławę. W przeciągu trzydziestu minut zatarasowali wszystkie przejścia prócz jednego po to, by, jak twierdził Fuan, mieć możliwość opuszczenia reduty, gdy nadejdzie odpowiednia chwila. Pomysł ten ani odrobinę nie spodobał się Tachettowi, który orzekł, że jedno otarcie o śmierć całkowicie mu wystarczy. Na tym skończyła się jakakolwiek wymiana zdań między mężczyznami, nie licząc bełkotliwych monologów blondyna. Gdy zabrakło ław, chwycili za krzesła, świeczniki, kandelabry, a gdy i tych zabrakło, w ruch poszły wiszące na ścianie obrazy i ozdobne rzeźby. Patrząc na zbudowane w tak krótkim czasie umocnienia, można było odnieść wrażenie, że placówka ma być za chwilę oblegana. Żaden z mężczyzn nie był jednak zadowolony z efektów. Gary bał się, że to za mało, aby powstrzymać napastnika, a dodatkowe, niezabezpieczone drzwi podawały mu ich jak na tacy. Dager z kolei wciąż wierzył całym sercem w bezcelowość powziętych działań. Nie odrzucał całkowicie wersji przyjaciela. Zmodyfikował ją jednak w pewnym stopniu. Przeciwnik nie musiał być wyimaginowany, ale jego forma musiała ulec widocznej przesadzie. Skoro jest gdzieś w tym zamku, skoro jest w nim i ich oddział, wszystko pozostaje w normie. Wystarczy tylko znaleźć cel, wyeliminować go, zabezpieczyć teren i opuścić lokację. Tak, to było proste. Jedynym koszmarem, jaki sobie wyobrażał Dager, była strata rodziny. O nic innego się nie troszczył i pluł śmierci w oczy, chociaż wiedział, że jego rodzina nie może stracić męża i ojca. Cechowała go chłodna logika i racjonalna ocena sytuacji. Nie tracił zimnej krwi, tak jak i panował nad emocjami. Dotychczas Gary także nie miał z tym problemu. Z tym jego przenikliwym spojrzeniem i milczącymi ustami wydawał się mu bastionem opanowania. Teraz jego oczy grały w berka po orbicie białek a usta nie przestawały drżeć. Nie wyobrażał sobie niczego, co byłoby w stanie wyprowadzić Tachetta z równowagi, no chyba że po tylu latach, dosłownie, morderczej pracy, dopadło go szaleństwo, ale nigdy nie zdradzał jakichkolwiek objawów kruszenia się. Nie podobało mu się to bardzo.
-Gary - cicho zawołał imię przyjaciela, ale ten nie zareagował, tylko ciężko dyszał i patrolował oczyma ściany. Strzelał spojrzeniami jak obłąkaniec i poruszał niemo ustami.
-Musisz mi wyjaśnić, o co chodzi! – nacisnął. - Wiesz, że jeśli to coś poważnego, narażasz na śmierć cały oddział. Nie chciałbym ,żeby nasi przyjaciele zginęli z powodu przemilczenia, a ty?
Blondyn powoli skierował na niego wzrok i po chwili odezwał się:
-A co gdybym powiedział ci, że duchy istnieją, wampiry wysysają krew z dziewic, a wilkołaki rozszarpują przypadkowo napotkanych nieszczęśliwców?
-Uśmiechnąłbym się wyrozumiale i przytaknął, myśląc, że stanowczo naoglądałeś się zbyt wielu filmów grozy.
-Więc jeśli chcesz usłyszeć ode mnie cokolwiek, musisz uwierzyć, nim zacznę. Inaczej na wejściu zostanę uznanym za szaleńca.
-No... po twoim ostatnim zachowaniu. - Dager próbował rozluźnić atmosferę.
-Nie popadaj w radosny ton, mówię poważnie. Jeśli nie uwierzysz w duchy, niedługo przekonasz się, że one wierzą w ciebie i chcą wejść w twoje życie.
-Dobra, dobra - westchnął.
- Śmiertelnie poważnie. - powiedział, patrząc się w oczy olbrzyma.
-Zero żartów.
Mężczyzna spoważniał i skupił się na towarzyszu.
-Spotkałem bestię i wygrałem z nią walkę o życie - zaczął opowiadać Gary. - Poczułem się senny, więc postanowiłem zdrzemnąć się w napotkanej komnacie. Obudził mnie Creepbottom. Po chwili zaczął mówić o dziele życia, procesie tworzenia i nieśmiertelności. To dziwne, ale bałem się ruszyć z miejsca. Jego oczy były czarne. Miał ze sobą psa, tak mi się początkowo wydawało. Gdy nadarzyła się okazja zerwałem się z łóżka i pobiegłem w kierunku drzwi. Kątem oka zobaczyłem, jak ponad dwumetrowe bydlę wyłania się z ciemności i skacze w moim kierunku. Biegłem. Biegłem, myśląc tylko o tym, że za kilka sekund przestanę istnieć. I wtedy nadarzyła się okazja, a gdy ją wykorzystałem, zobaczyłem twoje nogi. - zamilkł na chwilę. - Zaraz… potwór roztrzaskał na drzazgi drzwi od tamtej komnaty. Dlaczego jeszcze żyjemy?
-Podszedłem do drzwi i sprawdziłem korytarz. Był pusty.
Z jego tonu nie dało się wyczytać żadnych uczuć.
-Jak to? Ale... Musiała zawrócić.
-Mówisz, że jak wyglądał ten napastnik?
-Olbrzymie czarnoskóre monstrum, niezwykle szybkie.
-I mam uwierzyć w duchy? Zdajesz sobie sprawę, jak niedorzecznie to brzmi?
-Musisz mi uwierzyć, inaczej zostanę sam. Na dodatek, gdy was pozabija, to ja będę miał wyrzuty sumienia.
-To zbyt dużo jak na moją głowę. Jesteś pewien, że to nie był wilk albo jakieś inne zwierzę?
-Żaden kontynent nie rodzi takiego stworzenia.
-Dobrze... Opowiedz mi jeszcze raz wszystko z najmniejszymi detalami.



-Nie, nie, nie! To nie trzyma się kupy! - Fuan podniósł głos.
-Prosiłeś mnie, żebym opowiedział ci wszystko z najmniejszymi szczegółami, więc to zrobiłem. - zaperzył się Tachett.
-I opowiadasz mi swoich erotycznych snach?! - Olbrzym niemal krzyczał i wykonywał gwałtowne ruchy rękoma.
-Chciałeś wiedzieć wszystko - nacisnął.
-A gdybym zapytał, jak ci się spało? Opowiedziałbyś mi o swoich nocnych rodeach!
-Zamknij się, kurwa. - Obrzucił gniewnym wzrokiem towarzysza.
Nie no, to nie ma sensu - po chwili odezwał się brunet. - Wszystkie znaki na niebie, jak dotąd, wskazywały, że mogę ci ufać. Na dodatek jeszcze chwila i zaczniemy się okładać pięściami. Paranoja.
I obaj zamilkli. Blondyn usiadł pod ścianą i pogrążył we własnych myślach. Fuan wciąż zerkał na przyjaciela, przechadzając się w tę i z powrotem, i już chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał. Zataczał coraz większe koła. Po upływie trzydziestu minut wreszcie przełamał śmiertelną ciszę:
-Bestia - rzucił krótko i zawisł wzrokiem na Garym, czekając na reakcję. Po kilkunastu sekundach mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na mężczyznę pytającym wzrokiem.
-Bestia. Nie wilk, nie potwór. Bestia. Tak będzie mi łatwiej chociaż o kilka cali przesunąć zaporę racjonalizmu... No i osiągniemy jakiś tam kompromis.
-Bestia? - zapytał Gary. - Niech będzie.
Jego słowa zagłuszył odgłos serii oddawanej z karabinku oraz łomot, z jakim jedyne pozostawione drzwi, miejsce będące ostatnią drogą ucieczki, wyleciały z zawiasów. Wraz z wiórami i odłamkami drewna do pomieszczenia wpadł, właściwie wleciał John Whisper. Upłynęło kilka sekund, a z niedawnego miejsca, w którym znajdowały się drzwi, wystrzeliły mniejsze i większe kawałki kamienia i z chmary pyłu wypadło ogromne cielsko Puszka, zostawiając za sobą spory wyłom w ścianie. Ciało Whispera przetoczyło się po ziemi i gruchnęło o stertę obrazów, świeczników i ław, którymi Gary wraz z Dagerem zabarykadowali jedno z wyjść.
-Co do kurwy! - krzyknął zszokowany Dager. - Co do kurwy!
-Nie stój, idioto! Uciekaj! - wysapał Tachett, błyskawicznie podnosząc się z ziemi.
-Co do kurwy... - Fuan mówił coraz ciszej, wlepiając gały w potwora, który wynurzył się z oparów kurzu. Warczał cicho i zmierzał w stronę dowódcy oddziału.
-Rusz się! - Gary uderzył go w ramię. - Karabin!
Ale olbrzym nie chciał się ruszyć, sparaliżowany tąpnięciem harmonii świata.
-Nosz kurwa - wykrzyknął blondyn, wyrywając Fuanowi M4 zwisające z ramienia. - Taka kupa mięsa z ciebie, a teraz szczasz w porty!
Nie celując, wypalił w kierunku bestii. Seria przeszła tuż pod nogami Puszka, kończąc na ścianie.
-Kurwa! - krzyczał głosem wściekłości i rozpaczy.
Rozdygotane dłonie uniemożliwiały oddanie precyzyjnego strzału. Monstrum na chwilę się zatrzymało i zwróciło się w stronę mężczyzn. Rozległ się łoskot następnej serii. Tym razem większość przeszła przez cielsko bestii. Stwór zawył z bólu i susami zaczął przybliżać się do napastników.
-Kurwa, kurwa, kurwa! Fuaaaan! Ocknij się!
Blondyn nie próbował kryć strachu. Jego głos aż wibrował od przerażenia. Jedynie adrenalina pozwalała mu trzymać się na nogach. Adrenalina oraz chęć przetrwania. Puszek wybił się i skoczył wprost na stojącego nieruchomo olbrzyma. Nogi Dagera ugięły się, gdy tylko ujrzał zmierzającą w jego stronę śmierć. Cudem uniknął końca. Mężczyzna poleciał na ziemię akurat, gdy bestia była o włos od jego klatki piersiowej. Nie udało mu się jednak całkowicie uniknąć losu. Gigantyczne pazury zahaczyły o ciało, rozcinając skórę z boku głowy oraz na barku. Krew zaczęła obficie spływać po szyi i piersi. Niefortunnie amunicja do karabinku wyczerpała się i Gary nie mógł nic uczynić, by zapobiec niedoszłej śmierci przyjaciela. W ostatniej chwili, w przypływie impulsu, skoczył na Fuana. Szczęściem dla niego spóźnił się o chwilę i, tuż po fakcie, wylądował brzuchem na posadzce obok Fuana.
-Dager! Dager! - potrząsnął komandosem.
Oszołomiony mężczyzna patrzył tępym wzorkiem na szamoczącego nim blondyna.
-Dager! - poklepał go po policzku.
Syknął z bólu.
-Uważajcie!
To John, odgarnąwszy kawałki drewna i płótna, ostrzegł ich przed powracającym niebezpieczeństwem. Podczas zamieszania potwór zdążył się obrócić i szykował się do kolejnego skoku. Tym razem miał zamiar upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. HK USP Whispera wypluwał z siebie pociski, starając się trafić nieludzkiego przeciwnika.
-Gary! - powtórzył swój krzyk John.
Kule widocznie nie sprawiły Puszkowi różnicy. Blondyn odwrócił się przez ramię, by doświadczyć deja vu. Tym razem jednak pazury zwierzęcia były skierowane na nich obu.
Poczuł szarpnięcie, a zaraz po tym jakaś siła cisnęła na bok. Dager, odzyskawszy pełnię świadomości i oceniwszy ich realne szanse na przetrwanie, odepchnął przyjaciela jak najdalej od siebie i samotnie skoczył na powitanie bestii. Pozostali mężczyźni oglądali koszmar w niemej grozie. Zderzył się z bydlakiem i został przygwożdżony ciężarem stworzenia Dzięki wybiciu się z miejsca olbrzymowi udało się uniknąć śmiercionośnych szponów. Zaskoczony Puszek zapomniał wylądować i, spleceni w uścisku, uderzyli o twardą posadzkę, po czym przejechali fragment sali.
Nie wiedzieli, czy ich towarzysz przeżył. Założyli, że nie, lecz i tak nie mogli oderwać wzroku. Horrendalny spektakl trwał w najlepsze. Stłumiona eksplozja wstrząsnęła miejscem, w którym legli mężczyzna z bestią. Po chwili zwierzę przestało wierzgać i zamarło w bezruchu. Święta cisza wypełniła powietrze.
-Granat! - pisnął Gary. - Odpalił granat... Żył... jeszcze... tam pod nim.
-Uratował nas obu - powiedział ze smutkiem John, który, w międzyczasie, przeczołgał się w stronę blondyna.
-Dager... stary Dager... nieśmiertelny Dager... - załamanym głosem wypowiadał kolejne słowa. - Nie mogę uwierzyć, że to już...
Stwór się poruszył. Tachett momentalnie zamilkł. Puszek zaczął powoli poruszać wielkimi odnóżami. Spod brzucha wypływały strumienie krwi. Brunatna ciecz mieszała się z jaśniejszą, tworząc krwiste mozaiki. Bestia czołgała się na przednich łapach. Spod tylnych odnóży wysunął się czarny but. Po kolejnych ruchach pojawiła się dalsza część nogi, która zaczęła ciągnąć się za stworem.
-Widzisz to? - zapytał w oniemieniu Gary. - Widzisz to?!
John nie wiedział, czy przyjacielowi chodzi o fakt, że bestia nadal żyje, czy o to, że spod jej ciała wysunęły się pozostałości po Dagerze Fuanie, członku elitarnego oddziału „Hurricane”, który, jak dotąd, był najlepszy i każdą, nawet najcięższą misję, zakańczał z pełnym powodzeniem bez żadnych strat pośród członków.
-Widzę... Chodźmy stąd. Szybko.
Żywot przywódcy nie należy Do najłatwiejszych. Musi on podnosić na duchu, gdy wszystko inne zawiodło. Musi dawać przykład, gdy wszyscy inni się poddali. Jednak największym ciężarem jest odpowiedzialność za życie swoich podwładnych. John Whisper zdawał sobie z tego sprawę, dlatego też zmusił każdą cząstkę swego ciała i duszy do mobilizacji. Miał jeszcze kilka żyć do ocalenia. Potem będzie mógł pomartwić się o własne.
Podciągnął Tachetta i pobiegli do drzwi, zostawiając za plecami koszmar, który opuścił granice wyobraźni i przeniknął do realnego świata.
-To nadal żyje - wyjęczał Gary. - To skurwysyństwo nadal żyje!
-A w związku z tym powinniśmy się zastanowić, jak przeżyć - wydyszał. - Przede wszystkim znajdźmy resztę.
-Creepbottom... Co z nim? - zapytał urywanym głosem. - On... Coś jest z nim nie tak.
-Coś jest z nim nie tak – powtórzył zamyślony.
Biegli wsparci o siebie. Blondyn dopiero teraz zauważył, że John kuśtyka.
-Szefie! Co... właściwie jak!? - Zabrakło mu słów. - Jak to możliwe, że jeszcze żyjesz? Rąbnąłeś w te drzwi z taką siłą, że wystrzeliły z zawiasów. Jak...
-Właściwie... chyba mam połamanych kilka żeber - powiedział, ciężko dysząc. - Czuję krew w ustach. Z lewą nogą też coś jest nie tak, ale nie jest złamana, tak mi się zdaję.
-Ale... te drzwi...
-Ostrzelałem zamki i zawiasy... szczerze mówiąc, strzelałem na oślep, ale udało się.
-Gonił cię.
-Próbowałem nawiązać łączność z resztą oddziału. Nikt nie odbierał. Wtedy to bydlę wyskoczyło zza rogu i rzuciło się na mnie. - Przerwał na chwilę, by wziąć głębszy oddech. - Nie wiem jak, ale udało mi się uciec... i biegłem z nadzieją, że nagle zdarzy się cud. Cóż, niejako się zdarzył . To był bolesny cud.
-Spójrz tam! Drzwi. Może akurat uda nam się schronić w bezpiecznym miejscu.
-Bezpiecznym? Gary… - Roześmiał się, kaszląc. – W tym miejscu to słowo zostało wymazane ze słownika. Tak samo jak „schronić”.


-Boże - powiedział cicho Gary. - Wygląda na to, że trafiliśmy…
-Do samego centrum tego popieprzonego cyrku - dokończył za niego brunet.
Istotnie, miejsca tego nie można było nazwać przytulnym i zacisznym. Było to ogromne pomieszczenie, wzdłuż którego ścian ciągnęły się dwa rzędy filarów. Ze szczytów spływały kamienne kaskady bluszczu. Martwe sploty sięgały aż po najwyższy punkt sklepienia, tworząc iluzję głębi wraz z krzyżowo-żebrowymi łączeniami. Rzeźbione listowie tonęło w półmroku wnęk tak, że sprawiało wrażenie, jakby upiorna roślinność wychodziła prosto z ciemności. W północno-wschodnią część ściany wmurowana była część baszty, dookoła której wiły się kręte i wąskie schody, na podobieństwo dusiciela boa, trzymającego swą ofiarę w miażdżącym uścisku. Serpentyna stopni kończyła się w czarnej czeluści podłużnego otworu, który prowadził, o ile się nie mylili, na najwyższą wieżę. Na wypolerowanej, niegdyś, podłodze widniały plamy zaschniętej krwi. Zachodziły na długi złocisty kobierzec. Słoneczne frędzle przybrały barwy od szkarłatu do jasnej czerwieni. Mimo tego pomieszczenie nadal sprawiało wrażenie eleganckiego. Wysokie przyścienne szafy eksponowały przez szklane szyby wiekowe woluminy, a na prostokątnym stole, miast obrusu i zastawy, znajdowały się dziesiątki probówek z nieznanymi substancjami, szklane naczynia, palniki do podgrzewania cieczy oraz mnóstwo, nieczytelnych z odległości, w której stali mężczyźni, zapisków. Gdzieniegdzie walały się wpółotwarte, rzucone niedbale na blat, księgi. Kilkumetrowe, wysokie okna wrzucały do środka porcje wybuchów światła za każdym razem, gdy błyskawica rozdzierała nocne niebo. Gęstą atmosferę rozjaśniało jedynie kilkanaście świec poustawianych wzdłuż stołu. Większa część pomieszczenia roiła się od pełgających po ścianach cieni. Pozbawione zasłon okiennice potęgowały nastrój grozy, a grzmoty skutecznie zagłuszały szepty i pomrukiwania starego zamczyska. Nawet gdyby ktoś nadchodził, nie byliby w stanie go usłyszeć.
-Co teraz? - zapytał Gary, rozglądając się nerwowo po ścianach.
-Nie wiem - odparł John. - Musimy znaleźć jakiś sposób, żeby się stąd wydostać. Rozejrzyjmy się po okolicy. Może znajdziemy coś przydatnego. Moja amunicja jest na wyczerpaniu.
-Moja też.
Po upływie kilku minut wrócili zrezygnowani.
-To nie ma sensu. Tu nic nie ma - jęknął Gary, opierając się plecami ścianę.
-Musimy jeszcze znaleźć Marka i Rodriusa.
-O ile jeszcze żyją.
-Nie tak łatwo nas zabić - uśmiechnął się niemrawo John, chcąc rozrzedzić atmosferę.
-No nie wiem, nie wiem. Sami ledwo co uszliśmy z życiem i, gdyby nie Dager - zamilkł na chwilę - bylibyśmy teraz strzępkiem mięsa... Tak czy siak niedługo znowu trafimy na tę kupę mięcha i nie widzę nas za bardzo w roli wygranych. Na ucieczkę też mamy marne szanse. Widziałeś, jaka jest szybka? Możemy się tylko chować i liczyć na szczęście.
-Nadal mamy szansę, żeby się stąd wydostać. - John próbował podtrzymywać na duchu towarzysza.
-Świetnie, zamiast przejść na emeryturę albo zginąć od kulki, zostanę zjedzony przez przerośnięte bydlę. - Gary zdawał się nie zauważyć słów Johna.
-Wykaraskamy się, jak zawsze. - Usiadł obok przyjaciela. - Pamiętasz Brazylię? Tydzień bez żywności, łączności, jakichkolwiek udogodnień cywilizacji pośrodku dżungli otoczeni przez dzikusów, którzy chcieli nas zjeść, z jednej strony oraz kartel chcący nas wypatroszyć dla samej przyjemności wypruwania flaków z drugiej. Nie mieliśmy przecież broni, a wyszliśmy cało.
-Wszyscy...
-Co?
-Wszyscy wyszliśmy cało. Teraz nie wszyscy wrócą do siebie. Mam złe przeczucia co do samego siebie.
-Przestań, Gary. Chodź, musimy w końcu znaleźć jakąś drogę ku wolności
-Wolności - parsknął Gary. - No niech ci będzie.
Mężczyźni chwycili się w pasie, dźwignęli na nogi i ruszyli z wolna w kierunku schodów, nie mając odwagi, by cofnąć się na korytarz. Gdzieś tam czaił się potwór. Co więcej, gdzieś tam czaił się staruszek, choć słowo "czaić się" nie byłoby za bardzo trafnym stwierdzeniem. Gdzieś tam spacerował, nucąc znaną tylko sobie melodię.


Burza wściekle atakowała zamczysko, spuszczając z nieba deszcz kroplistych strzał. Używała też cięższej artylerii w postaci błyskawic. Jak dotąd zamek szturm wytrzymywał całkiem nieźle, nie licząc kondycji psychicznej jego gości. Stałym mieszkańcom na pewno się podobało tło akcji. Nastrój sprzyjał mordom.
Mężczyźni, gdy doszli do podestu, odkryli kolejną parę drzwi schowaną za kamienną balustradą. Po chwili namysłu zdecydowali się zaryzykować i sprawdzić nowo odkryte pomieszczenie.
Ich oczom ukazał się mały pokój bez żadnych okien i mebli. W jednym z narożników stał mały kojec wyłożony sianem. Jego pręty zostały silnie powyginane. Na podłodze walały się kości. Jedne nienaruszone, inne podruzgotane. Było tam także dużo zacieków, które niemal idealnie komponowały się razem z kośćmi, odsłaniając kulisy prawdy. Powietrze było zawiesiste i zdawało się, że fetor fekaliów i rozkładającego się ciała można złapać w dłoń.
Niewątpliwie, jak stwierdzili po chwili oględzin, natrafili na "budę" Puszka.
-John. - Gary tępo wpatrywał się w legowisko bestii. - Właśnie zrozumiałem całą chujowatość i beznadziejność sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Co to jest?! Nie wiesz? Nie wiesz? Odpowiem ci. - Mężczyzna podrapał się po brodzie, udając, że się namyśla. - To... chyba... legowisko tego potwora, tak! Ależ świetnie.
-Uspokój się, Gary. Nie mamy czasu na histerie.
John nie tracił zimnej krwi. Jeden członek czy pięciu, nadal był dowódcą odpowiedzialnym za podlegających mu ludzi. Jeśli nawet któryś z nich by zginął, John miał obowiązek zabrać nieśmiertelnik i bezpiecznie odstawić resztę. Z żalem stwierdził, że jak dotąd zapomniał wypełnić jedynej rzeczy, która mogłaby być namiastką godziwego pochówku.
-A skoro jesteśmy tutaj i nie możemy stąd wyjść, bo możemy natrafić na to bydlę i skoro właśnie odkryliśmy, że tutaj sobie ucina drzemki i przegryza kostki - Blondyn dalej cynicznie komentował- to oznacza, że niedługo do nas wpadnie! Na krótką drzemkę i kilka kostek.
John myślał intensywnie. Kalkulował każdy krok, starał się przewidzieć kolejne ruchy oraz ich konsekwencje. Gary miał rację, poczwara wróci tu prędzej czy później, a zapas amunicji, niestety, uległ prawie całkowitemu wyczerpaniu. Mogli wrócić się na korytarz i spróbować odszukać drogę do głównego holu. Wtedy mógłby odprawić Tachetta, a samemu zostać, by odnaleźć resztę chłopaków.
Brunet przymknął oczy i zaczął masować gałki oczne. Po kilku sekundach otworzył je i spojrzał w górę. Drzwi do baszty. Raczej na pewno prowadziły na samą górę, ale istniała szansa, że gdzieś po drodze wybudowano połączenie z resztą zamku na wszelki wypadek. Dawni architekci uwielbiali tajemne skróty. Im więcej korytarzy, tym lepiej.
-Gary, idziemy - rzucił John, wskazując palcem na szczyt krętych schodów.
Schody zdawały się być długie jak sam chiński mur. Droga dłużyła się i dłużyła, a za kolejnym zakrętem, miast upragnionych drewnianych desek, widzieli ciągle te same ściany. Raz wpatrywali się w półmrok znajdującej się za basztą wnęki, raz rozciągał się przed nimi widok na całe pomieszczenie. Poplamiony kobierzec, z góry, wyglądał, jakby tak naprawdę nie był zwykłym kobiercem, ale prowadził do sali koronacyjnej, do tronu, na którym zasiadał władca zamku. Tym razem władcami byli Gary i John, którzy z trudem posuwali się do przodu po kolejnych stopniach. Stożkowata budowla musiała mieć z trzydzieści stóp. Przypominała zamienionego w kamień strażnika, który ma za zadanie bronić wtopionych w ściany sekretów.
Od drzwi dzieliły ich już metry, a w trakcie tych ostatnich kilkunastu sekund nerwy dygotały spazmatycznie, napięte aż do granic możliwości. Byli tak blisko celu. Zapomnieli, że przed nimi jeszcze długa droga. Drzwi stały się uosobieniem wygranej, zwycięstwem nad śmiercią. Teraz liczyło się tylko nadpróchniałe drewno. Kiedy palce Johna wreszcie natrafiły na chropowatą powierzchnię, mężczyzna poczuł się, jakby dopiero co ukończył maraton i to na pierwszym miejscu. Nie mógł jednak pozwolić sobie na chwilę odpoczynku i położyć się na zielonej trawie. Miecz Damoklesa wciąż nad nimi wisiał, a ostrze nieprzyjemnie kiwało się na boki, naprężając koński włos. Chwycił za uchwyt i pociągnął. Miecz runął w dół. Źrenice obu mężczyzn eksplodowały, gwałtownie rozszerzając się niczym grzyb bomby atomowej, a usta zastygły w mimowolnym jęku, otworzone do połowy.
Przed nimi stał Creepbottom, a jego krystalicznie czarne oczy wpatrywały się w swych gości bez żadnego wyrazu. Był jak wąż, który czeka, aż ofiara zbliży się na wystarczającą odległość. Doczekał się. Na twarzy doktora widniał zimny uśmieszek. Lodowe igły raz po raz kłuły ich wnętrzności na przemian z falami gorąca, które powodowały, że całe wybrzeża racjonalizmu znikały pod powierzchnią wody. Gdzieś tam, na środku bezbrzeżnego oceanu, na pojedynczej tratwie znajdowała się nadzieja, miotana teraz potęgą wzburzonych wód. Lada chwila miała zatonąć.
Zanim ochłonęli z pierwszego szoku, Creepbottom wysunął z długich rękawów dłonie i pchnął ich w tył z siłą mocno nieadekwatną do jego wieku. Komandosi obili się o barierkę, po czym Gary zniknął za kamiennym płotem prętów i spadł. John rejestrował to wszystko jak zza mgły. Popchnięcie, siła odrzutu, twardy kamień, Gary wywracający się za barierkę i on sam lecący w dół schodów jak szmaciana lalka, odbijając się na każdym kolistym zakręcie.
Zatrzymał się dopiero u podnóży na plecach i zaczął bezmyślnie wpatrywać się w sufit, nie mogąc złapać tchu. Pogrążona w półmroku wklęsłość zaczęła wirować i deformować się jeszcze bardziej. Odwrócił wzrok, żeby nie patrzeć i ujrzał blondyna leżącego na brudnym kobiercu. Z jego głowy wyciekała krew. Jak dotąd, pół jego płowej głowy skąpane było w czerwonym szamponie. John spróbował się unieść, ale momentalnie opadł z powrotem.
-Gary... - Jego głos był słaby i urywany. - Gary... odezwij... się.
Ale Gary wciąż leżał rozciągnięty na szerokość ramion. Nie wyrzekł słowa. Po jego skroni spływała pojedyncza kropla krwi.
-Do diabła! - Próbował krzyknąć, ale z jego ust wyszedł głośny jęk. - Gary, nie teraz.
Szatyn zaczął się mozolnie czołgać w kierunku przyjaciela, wciąż powtarzając jego imię. Ciało bolało strasznie. Podejrzewał, że tam może sięczuć ktoś, kogo stłuczono na kwaśne jabłko kijem baseballowym, mimo to postanowił zignorować ból i nie przestawać. Prawie dotarł, kiedy to usłyszał. Miarowe stuk, stuk dochodzące z baszty. Creepbottom rozpoczął swój marsz. Poczuł, jak wariujące serce kurczy się w piersi, jakby je ktoś włożył w imadło.
Stuk, stuk.
Krople paniki spływały obficie po ciele Johna.
"Myśl, myśl!" - próbował przywołać samego siebie do porządku. - "Teraz liczy się tylko Gary".
Stuk, stuk.
Mężczyzna chwycił ramię blondyna i potrząsnął. Wciąż się nie ruszał.
-Gary - krzyknął rozpaczliwie. - Do cholery! Gary!
Szarpał ciałem przyjaciela, ale ten nadal nie reagował. Gwałtowne ruchy przyspieszyły powolne ruchy czerwonej kropli, a na jej miejscu zjawiły się następne. Niekontrolowana głowa chybotała się chaotycznie, rozsmarowując krew po całej twarzy.
Stuk, stuk.
Brunet, w którego wnętrzu zostały zdetonowane silne ładunki uczuć, nie pomyślał, żeby sprawdzić, czy towarzysz oddycha. Może i dobrze, mógłby jedynie pogrążyć się w jeszcze większym bólu i, nieważne jak głośny i krzykliwy byłby jego protest, nie wróciłby miarowego unoszenia i opadania piersi.Gary nie żył.
Stuk, stuk.
Wciąż wykrzykiwał imię towarzysza i w załzawionych oczach widać było wyrzut. "Dlaczego mnie zostawiasz. Nie możesz" - zdawał się mówić przez zwężone źrenice. Perły sprzeciwu ściekały powolnie po jego twarzy, tak jak szkarłatne perły życia spływały po twarzy blondyna. Stuk.
"Nie zgadzam się! Nie zgadzam się! Żołnierzu, rozkazuje ci wstać.". Nie zauważył, że w ostatnich sekundach zabrakło złowieszczego "stuku". Nie zobaczył także skrawka obcego cienia, który zahaczał o jego nogi.
-Ekhmmmm... ekhmmm.
Zdawało mu się, że usłyszał odgłos odchrząkiwania. Równie dobrze mógł się przesłyszeć. Zszokowany umysł lubi płatać figle.
-Szanowny pan raczy powstać? - W powietrzu rozbrzmiał głos z nutką złośliwości i zawisł nad Johnem Whisperem, który momentalnie przestał szamotać Garym Tachettem i znieruchomiał.
-Gentlemani nie leżą przed swoim rozmówcą lecz, z tego co mi wiadomo, zazwyczaj stoją do nich zwróceni twarzą.
Tym razem głos ociekał słodyczą, od której każdemu zepsułyby się zęby zaraz po pierwszym cukierku.
Mężczyzna rozluźnił pięść i wypuścił z uchwytu koszulę blondyna. Powoli podciągnął się pod siebie i zebrał do wstania. Gdy tylko to zrobił, poczuł ostry ból w okolicach mostka i runął na ziemię. Miał wrażenie, że ma w sobie kawałki stłuczonego szkła, które kaleczą jego wnętrzności. Zaniósł się kaszlem i przez chwilę targały nim silne spazmy. Ze strachem spostrzegł, że na dłoni, którą przykrył usta, skrzą się kropelki krwi.
-O Boże - wyjęczał.
-Hmm... ktoś tu się nieźle poobijał. - Staruszek zachichotał.
Mimo potwornego bólu, John okręcił się w stronę doktora i ponowił próbę podniesienia się na nogi. Strzaskane odłamki żeber ponownie zaatakowały, gdy był już w połowie drogi, zwalając go na włochaty materiał. Leżał, dysząc z wysiłkiem, i czekał, aż cierpienie zelżeje. Spojrzał przed siebie i spostrzegł, że pod nogami Creepbottoma utworzyła się miniaturowa kałuża krwi. Staruszek też był ranny, przypomniał sobie nagle, może nie wszystko stracone?
-Lubimy leniuchować, co? Ale w moim domu nie ma leniuchowania - zagrzmiał, po czym chwycił mężczyznę za mundur, podniósł do góry i cisnął w kierunku ściany.
Brunet poczuł, jak coś go chwyta za poły kamizelki i w następnej chwili dochodziło do niego tylko tępe, pulsujące uczucie, jakby jego płuca były kartką papieru, którą ktoś zgniótł na kulkę. Osunął się po ścianie i przykucnął.
-Coś mało rozmowny jesteś dzisiaj, szanowny kapitanie - skwitował Creepbottom. - Może miałbyś ochotę przepłukać gardło?
Władca zamku podszedł do Gary'ego, pochylił się nad nim i nabrał do żelaznego pucharu nieco posoki. Następnie uniósł go do góry. Czerwone smugi ciągnęły się po błyszczącej nawierzchni od strony, z której nabierał życiowego płynu. Starzec pokazał gest "na zdrowie" i rzucił naczyniem w Johna. Żelazo ugodziło go w pierś, rozbryzgując krew po jego twarzy, szyi i koszuli. Zdążył zamknąć usta zanim zimna substancja uderzyła o wargi.
-Pij, chłopcze, pij. Nie żałuj sobie. - Roześmiał się, a jego głos docierał do najciemniejszych zakamarków.
John otarł rękawem krwawy bryzg i spróbował się podnieść. Udało mu się nieznacznie. Jęki, jakie przy tym wydawał, brzmiały jak skowyt potępieńców. Doktor uśmiechał się z wyraźnym zadowoleniem. Brunet zlustrował prześladowcę. Jego nadzieje spełniły się. Szybko odnalazł plamę krwi, która od ostatniego rzucenia wzrokiem powiększyła się dwukrotnie.
„Skurwiel się wykrwawi” - pomyślał autentycznie uradowany. Ale nie wiedział, czy wcześniej nie zdąży go zabić. Starzec dysponował niewiarygodną siłą i, nawet gdyby nie był ranny i zżarty starością, taka siła była wciąż wyjątkowa. Postanowił grać na czas. W głębi serca wciąż wierzył, że się stad wydostanie wraz z resztą niedobitków elitarnego oddziału „Hurricane”... byłego oddziału „Hurricane”.
Starzec, jakby czytając w jego myślach, ubiegł go i pierwszy przemówił.
-Nikt nie przeżył. Zostałeś sam.
Jego czarne pozbawione źrenic oczy wdzierały się do duszy Whispera i siały spustoszenie. Wślizgiwały się do sumienia, głośno obwiniając o śmierć towarzyszy. „To twoja wina – mówiły. - Byłeś za nich odpowiedzialny! Spieprzyłeś. To twoja wina.” Czuł, jak pod czaszką pulsują słowa oskarżenia, próbują się przebić i wyciągnąć zarzuty na świeże powietrze. Głos wkraczał po kryjomu do głowy, przywołując wspomnienia makabr i rzezi, jakich doświadczył, w których uczestniczył. „Spójrz, czym się zajmowałeś. Spójrz, czym byłeś. Nie jesteś człowiekiem, jesteś bestią!”. Wyciągał z wielkich bunkrów i ciemnych lochów podświadomości obrazy przyjaciół, którzy zakończyli swój żywot w tym posępnym miejscu. W mózgu świecił mu neon z napisem „ Chciałeś ich zostawić. Tchórz”. Cichutko i powoli przeciskał się do samego jądra, do serca i zimnym głosem pytał, a raczej stwierdzał: „Boisz się. Boisz się i wiesz, że umrzesz... ”, po czym wybuchał nieprzyjemnym, ostrym jak brzytwa, śmiechem i ciął, ciął, ciął.
Głowa Johna pękała, a brzuch przypominał worek z tłuczonym szkłem obleczony w żywą tkankę.
„Nie pozwól temu zapanować nad sobą! Nie pozwól mu wygrać. Nie w taki sposób”
Zebrał się w sobie i jeszcze raz spojrzał w oczy Creepbottoma. Tym razem nie spuścił wzroku.
-Krwawisz, wiesz, doktorku? - wycharczał, gdyż w trakcie mówienia dopadł go spazmatyczny kaszel i nie był w stanie poprawnie wypowiadać słów.
-Och, to drobiazg. - Starzec machnął ręką, bagatelizując uwagę. - Mimo wszystko doceniam troskę o moje stare kości. - Wyszczerzył zęby w nieszczerym śmiechu.
-To nie drobiazg i dobrze o tym wiesz, ty stary pierniku. Krwawisz obficie i umrzesz.
Znowu zaczął kasłać.
-Widzisz, odbyłem z twoim kompanem - wskazał ręką na trupa Gary’ego - interesującą rozmowę. Dyskutowaliśmy o tym i owym. Niestety nie dane nam było dokończyć tej miłej pogawędki, gdyż… mój rozmówca postanowił się ulotnić. Niewychowany młokos - rzucił sarkastycznie. - Oczywiście posłałem za nim Puszka, żeby mu powiedział, że to nietaktownie, ale ten gbur okazał się mieć więcej szczęścia niż manier i uciekł, a Puszek nie koń wyścigowy i latać po całym zamku za GBURAMI nie będzie!
Starzec zamyślił się.
-O czym to ja mówiłem? - spytał po chwili i nie czekając na odpowiedź zakrwawionego mężczyzny, leżącego kilka metrów przed nim pod ścianą, ciągnął dalej. - Tak więc w naszej krótkiej i przerwanej… nietaktownie przerwanej rozmowie napoczęliśmy, właściwie to ja napocząłem, temat tworzenia.. Twój żołnierzyk wspomniał o nieśmiertelności. Była to ironia, przyznaję, ale na ten temat także mógłbym nieco rzec. Mogę śmiało powiedzieć, że udało mi się unieśmiertelnić samego siebie, jednak pozostały pewne defekty. Uciążliwe defekty.
Brunet intensywnie rozmyślał nad swoją sytuacją. Nie miał broni ani amunicji. Miał co prawda trzy granaty, ale, póki co, nie wliczał ich w rachubę. Póki co nadal wierzył, że może z tego wyjść.
Creepbottom opowiadał o eksperymentach i badaniach, ale nie słuchał go. Jego skupienie prysło, gdy starzec rozsunął płaszcz. Poczuł, jak winda w jego przełyku wznosi się na sam szczyt wieżowca, równocześnie miernik strachu zaczął gwałtownie wzrastać. Nie wierzył własnym oczom.
-Uciążliwe defekty, nie sądzisz? - zapytał Johna.
Pod czarną szatą znajdowało się żywe kłębowisko jelit. Grube arterie pompowały krew, a nagie serce, które przypominało okrwawione dudy, wybijało nieludzki rytm życia doktora. Cały tors był pozbawiony skóry i dużej części tkanki. Obrzeża tułowia wyglądały, jakby się rozpuściły, a z rozłożystej sieci tętnic i żył spływała krew, wsiąkając w szatę. Widocznie była już tak nasiąknięta, że krople skapywały prosto z jej materiału. Żółć wydobywająca się z wątroby rozlewała się po okolicy, mieszając z różnymi odcieniami czerwieni. Bladoczerwone żebra, niczym upiorne poroże, wystawały z ciała, tworząc makabryczny szkielet wnętrzności. Mniej więcej w połowie piersi zaczynała się zdrowa skóra, lecz poniżej, aż do pasa, ciągnęło się pole oślizgłych, wijących się trzewi Creepbottoma. Przy każdym ruchu jego jelita, z miarowym mlaskającym dźwiękiem, ocierały się o siebie i wiły niczym gromada węży. Sprawiały wrażenie, jakby miały wypaść na posadzkę. W pewnym momencie starzec chwycił je i wcisnął do środka, krzywiąc się w diabelskim grymasie.
Mężczyzna nie wytrzymał i zwymiotował mieszaniną krwi i żółci. Strzaskane żebra powodowały potworny ból. Przez moment przemknęło mu przez myśl, czy tak właśnie czuł się Kane, gdy mały ksenomorf rozrywał mu trzewia.
-Biedaczek. - W głosie Thomasa Creepbottoma rozbrzmiewała fałszywa litość. - Musisz bardzo cierpieć. Cóż, cierpienie uszlachetnia, wiesz? Niektórzy tak twierdzą. Więc jak? Czujesz się nobilitowany? Co tam szepczesz? Nie mogę zrozumieć przez te paskudne dźwięki odksztuszania. Przestań! Fe! Jak możesz!? To nie przystoi. - Zaniósł się śmiechem.
Monstrualny starzec rozejrzał się dookoła.
-Hmm… a gdzież to się podziewa mój pupilek - zapytał sam siebie ze zdumieniem. - Pewnie ogryza gdzieś jakąś kostkę. - Snuł domysły, wodząc wzorkiem po horyzoncie ścian. – Zresztą… Puszek! Puuuuszek! PUSZEK!
John spodziewał się usłyszeć głuchy tupot, jednak przypomniał sobie, jak to bezszelestnie potrafiła się poruszać kreatura, gdy tylko chciała. „Zaraz mnie dopadnie” - pomyślał i czekał. Koniec jednak nie nadchodził.
-Gdzież ten kundel się podziewa?- Skwaszona mina wypełniła oblicze doktora. Zanurzył się myślami w otchłań i wystrzelił w kierunku, z którego biło życie. Po niecałych pięciu sekundach otworzył oczy, a jego twarz spowijało bezchmurne niebo. Po dawnych niepokojach nie został nawet najmniejszy złamany pień po wichurze.
-Tak, jest w pobliżu… - uśmiechnął się, lecz po chwili znowu się zasępił. Coś było nie tak. Czuł to. Ponownie odleciał w głąb swego umysłu i tym razem ostrożnie zbliżył się do podopiecznego. Nie widział go, ale czuł, że coś jest z nim nie tak. Jego energia witalna nie była aż tak intensywna jak dotychczas. „Mogli go zranić” - pomyślał.
Zawisł nad cieniem zwierzęcia i czekał, aż proces regeneracji się rozpocznie. Nie pomylił się. Barwa ciemnego kształtu zaczęła na nowo bić światłem i nabierać poprzedniego natężenia. Teraz mógł wrócić.
-Już. - Otworzył oczy i mruknął z satysfakcją. - Mamy drobne opóźnienie, ale uwierz mi…
Lecz pod ścianą nie zastał nikogo, kto by mógł dać wiarę słowom starca. Właściciel zamku odwrócił się energicznie w stronę wnętrza sali, będąc pewnym, że znajdzie tam, na drodze do wyjścia, ofiarę. Pudło. Nie było go tam. Czy mógł zdążyć? Nie... Zbyt długa droga i zbyt krótki czas jak dla pogruchotanego człowieka. Ile go nie było? Zaczął się zastanawiać. W otchłani czas biegnie własnym torem, często myląc drogi z ziemskim czasem. Minutę? Dwie? Odczekał aż do zapoczątkowania regeneracji, ale przecież wilk zasklepia rany błyskawicznie. Istniała możliwość, że był poważnie ranny, wtedy zajęłoby mu to więcej. Mimo wszystko nie był nieśmiertelny. Prawie, ale nie w pełni nieśmiertelny. „Prawie” mówiło jednak, że możliwość taka istnieje.
Zdawało mu się, że usłyszał jakiś odgłos, jakby zduszony jęk, od strony wieży. Skoczył długim susem, mijając wejście na kręte schody i wylądował w pobliżu tylnej, pustej przestrzeni między murami pomieszczenia a kamieniami wieży. Doskonale widział w ciemności. To była także dodatkowa zaleta serum. Chociaż nie było pozbawione wad. Najuciążliwszą było częściowe rozpuszczenie skóry i tkanek z torsu. Widać lekarstwo działało inaczej na ludzi i zwierzęta.
W ciemnej wnęce go nie było. Odwrócił się od czarnego kąta i skierował głowę w przeciwną stronę. To Puszek wtargnął do pracowni Creepbottoma., zahaczając o pobliski stół i przewracając jego zawartość.
-Do stokroć… - stłumił w sobie przekleństwo. - Waruj!.
Stwór posłusznie przysiadł na tylnych łapach i zniżył głowę, wpatrując się w swego pana i dysząc ciężko.
Klik.
Usłyszał to. Ten dźwięk, jakby coś przecisnęło się przez zapadkę i wskoczyło na miejsce. Ten dźwięk dobiegł z góry. Skierował wzrok na basztę i zatrzymał się na drzwiach.
-Do mnie! - warknął, na co zwierzak zerwał się z ziemi i podbiegł do postaci, która na powrót zasłoniła się kurtyną płaszcza.
Puszek nie kwestionował rozkazów swego pana. Nie odważyłby się. Wiedział, że to dzięki panu żyje. Nie pamiętał tego, że został schwytany i zabrany do zamczyska wbrew woli ani tego, że ani razu nie dostał pokarmu. Ten człowiek wkłuł mu coś, ten człowiek… Pan. Zawartości strzykawki także nie znał, był tylko szczenięciem. Jednak potem coś mu powiedziało o wszystkim, o tym, że musi być posłuszny temu człowiekowi, że ma mu służyć. Wszelkie wspomnienia rozwiały się jak dym papierosowy na wietrze. Został tylko głos powtarzający, że musi być posłuszny. Był jak statek pośród morza ciemności, który płynął do przystani. Jedyna ostoja życia. Zmuszał do skupienia uwagi jedynie na sobie, na uwierzeniu w każdy, nawet najbardziej nierealny, szept. Szczenięciu, które przestało być szczenięciem, a stało się monstrualną karykaturą swego gatunku, nie wpadłoby nigdy do głowy, że człowiek ów wstrzyknął do wilczego krwioobiegu gromadę syren. Nie musiało minąć wiele czasu, by jego mózg zbliżył się do wyspy, a zaczęły nawoływać słodkim głosem. Nie było powrotu.
Creepbottom ruszył w kierunku szczytu baszty, a zaraz za nim powłóczył się Puszek.

Nie wiedział, jak tego dokonał. Płonął i zdawało mu się, że z każdym ruchem wypływa z niego płynna lawa, paląc po drodze wnętrze. Doczołgał się do podestu, a potem zaczął się wspinać. Po kilkunastu stopniach zdołał nawet podnieść się do czworaka i nieco przyśpieszyć. Ostatnie spojrzenie zarejestrowało Creepbottoma stojącego w tym samym miejscu co dziesięć minut temu, z oczyma utkwionymi gdzieś w dali, milczącego i nieruchomego.
Starał się uważać, by nie narobić hałasu. Modlił się, by nawiasy były naoliwione i nie skrzypiały, jak żywcem obdzierany ze skóry człowiek. Otworzył ostrożnie drzwi, wszedł w ciemną czeluść i domknął z powrotem.
Klik.
Nie wiedział, że właśnie znalazł się na powrót na talerzu, przypieczony i przyprawiony ziołami, a od sztućców dzieliły go cale.
Przez ciemność wymacał schody i ruszył do góry, trzymając się poręczy, którą późniejszy właściciel posiadłości musiał zamontować. Nie minął drugiego zakrętu, gdy usłyszał dźwięki rozwieranych energicznie ościeży, a złowróżbne kroki zadudniły o posadzkę. Poczuł zalewające go fale gorąca i ucisk w przełyku. Chwycił się mocniej poręczy i rzucił do góry. Pomysł odnalezienia innego przejścia wyleciał z głowy. Znów zaślepiło go przerażenie. Zaślepiło go w ciemności. Potknął się i zjechał kilka schodków. Panika rozlała się niczym woreczek żółciowy, wypełniając go kwaśnym zapachem bolesnego zakończenia życia. Odegnał te myśli, pociągnął za uchwyt i zaczął się piąć w stronę dachu, kaszląc i krztusząc się, plując krwią i chwiejąc się przy stawianiu kroków.

Czuł jego strach i sycił się nim. Tak, sprawiało mu to dużą przyjemność. Nie spieszył się, zabawa niedługo dobiegnie końca, a on chciał delektować się każdą chwilą. Wiedział, że tym razem mu nie ucieknie. Nie było dokąd. Puszek człapał posłusznie za swym panem, zlizując krew pozostawioną przez Johna Whispera. Miał nadzieję, że dostanie więcej już wkrótce.
-Dostaniesz, dostaniesz. - Poklepał go po karku starzec.
Choć ciemność skutecznie kryła jego twarz, Puszek wiedział, że pan jest zadowolony.

Dopadł ją! Dopadł. Zdawałoby się, że w ostatniej chwili. Wygrał walkę o życie! Uczucie ulgi zabrzmiało jak przeciągłe sapnięcie, gdy starał się odsunąć pokrywę od przejścia na wyższy poziom. Nie dbał o to. Nigdy żadne sapnięcia nie brzmiały tak rozkosznie. Żaden ciężar nie był tak lekki, mimo nabrzmiałego żyłami czoła i zaczerwienionej twarzy. To nic. Wgramolił się do środka i przeciągnął na miejsce pokrywę. Wzdychanie brzmi zdecydowanie najwyborniej, gdy człowiek czuje kres żmudnej wędrówki, kiedy to może spokojnie usiąść i powiedzieć sobie : „John... ”. Areną ostatnich słów nie były jednak wewnętrzne usta, ale twarz, która przybrała groteskowo dramatyczny wyraz. Oczy rozszerzyły się nienaturalnie, a szczęka zamarła w grymasie, który zapewne zdobi sceptycznego realistę stąpającego twardo po ziemi, po porwaniu przez kosmitów. Przez chwilę nawet sam mężczyzna nie wiedział, dlaczego też tak reaguje. Przecież spoglądał jedynie na ciemny horyzont. Jedynie... jedynie wpełzł na najwyższe miejsce w całym kompleksie. Jedynie nie ma, jak wrócić. Jedynie oni są tuż za nim! Zaczął krzyczeć. Za znieruchomiałym brunetem ciężka pokrywa poruszyła się. W otworze ukazała się burza siwych włosów, a zaraz za nią dwie czarne bryły - imitacja ludzkich oczu.
-Obawiam się, mój przyjacielu, że nie zmieścisz się - powiedział łagodnie starzec. - Zostań na dole.
W dziurze pojawił się łeb stwora. Przecisnął się do linii barków i utknął. Bestia zawyła przeciągle.
-Przecież ci mówiłem.
Starzec zdawał się być w wyśmienitym humorze. Pochylił się nad stworzeniem i wytargał je za wielkie ucho, na co ta warknęła.
-Nie dąsaj się - wyśpiewał.
Puszek zaczął się wiercić i uderzać o kamień swym cielskiem.
-Dosyć! - staruszek podniósł głos.
Pupil popatrzył na swego pana z wyrzutem. Creepbottom przez chwilę milczał.
-Pamiętam, co ci obiecałem. Śmiesz wątpić w me słowa?! - ofuknął stwora i zdzielił otwartą dłonią po łbie. Reakcją było ciche popiskiwanie.
-Sza! Mogę jeszcze zmienić zdanie, jeśli nie zachowasz się przyzwoicie. Na początek wyjmij ten łeb z dziury i siądź na zadzie, jak cywilizowany zwierz!
Puszek nie próbował się sprzeciwiać i zniknął z pola widzenia. John, który w oniemieniu przyglądał się tej kuriozalnej scenie, pomyślał, że w pewien sposób nie różnią się od innych. Pan i jego pies. Gdyby tylko nie to, że pan jest cholernym zombiakiem, a jego pies zmutowaną bestią, mogliby wieść życie w jakimś szarym mieście pośrodku szarych ulic i innych szarych ludzi. „To absurd” - złajał siebie w myślach. Creepbottom odwrócił się w stronę mężczyzny i wpatrywał beznamiętnymi oczyma w żałosną postać komandosa. Potem zaczął powoli iść w jego kierunku. Potworny skurcz paniki, zmieszanej z rezygnacją i brakiem akceptacji, przyprawiał szaleństwo. Nie chciał skończyć w taki sposób. Nie chciał umierać, ale któżby chciał? Istniały wyjątki, lecz nie należał do nich. Nieświadomie zaczął się cofać, pogrążony w myślach, splątany w kolczaste druty niezgody i przerażenia. Poczuł, że uderzył plecami o coś twardego. Ręka wyjawiła mu, iż jest to kamień, a więc nie ma dalszej drogi. Starzec nie zatrzymywał się, szedł miarowym powolnym krokiem, lustrował bruneta i uśmiechał się. A może by tak? Nie uniknie śmierci, nie chciał się z tym pogodzić, ale wiedział, że to przesądzone. Ale może mógł jeszcze wybrać jej rodzaj? Odwrócił się i popatrzył za blanki. W ciemności mógł wyróżnić jedynie korony drzew. Przez kilka sekund toczył z sobą batalię. Skapitulował. Rzucił jeszcze raz wzrokiem za siebie. Widmo śmierci było o kilka kroków za nim.
-Nie skończę w ten sposób - wyrzekł gorzko, po czym przeskoczył przez barierę z kamienia i runął w dół.
Spodziewał się poczuć szaleńczy pęd powietrza. Uczucie błogiej wolności, następnie potężny wstrząs. Nie wiedział, co będzie potem. Był wierzącym, więc pomyślał o niebie. Zreflektował się jednak, że jest także samobójcą. Więc piekło? Ale czy w piekle słychać szum wiatru? Czy w piekle ma się uczucie bycia zawieszonym pośrodku pustki? Czy w piekle jest się pozbawionym oczu?
Po tej myśli otworzył oczy. Coś było nie tak. Widział wciąż tą samą ciemność z zarysem wierzchołków drzew. Wisiał w powietrzu. Gdy tylko to sobie uświadomił, poczuł, jak coś go szarpnęło w górę.
-Nieeeee! - Ostatni protest, jaki zdołał z siebie wydusić.
Ujrzał w przelocie ten sam koszmar, który śnił przez kilka ostatnich godzin. Starzec, chwyciwszy go za tułów, poderwał w powietrze i wrzucił na powierzchnię wieży. Mężczyzna rąbnął o kamień i stracił na moment dech w piersi. Wreszcie udało mu się zaczerpnąć oddechu, lecz nie zdołał ponownie nawet poczuć jego smaku, gdyż w tej samej chwili znajdował się już powietrzu, wirując wokół ciemnej sylwetki. W następnych sekundach stwierdził, że leci. Nim zdał sobie sprawę, że starzec go puścił, uderzył ze straszną prędkością o twarde blanki. Te pozostały niewzruszone na widok krwi, którą zostały zbryzgane oraz okruchy zębów.
Widział jak przez mgłę. Jego odczucia były przygaszone. Umierał. Czuł kleistą masę w ustach i nie mógł poruszyć żadnym mięśniem. Szczęka została zmiażdżona, a kawałki zębów wymieszały się z posoką. Żuchwa oderwała się do połowy i zwisała bezładnie na kilku ostałych ścięgnach.
Wpatrywał się w gwiazdy, tak mu się zdawało. Potem gwiazdy przysłonił jakiś ciemny i duży kształt. Chyba go podniósł, bo nagle zamiast gwiazd widział kamień, który tworzył podłogę wieży. Kamień także się skończył i poczuł, że spada i uderza plecami o twardą nawierzchnię. Ból się nie pojawił, jedynie głuche klepnięcie. Zastanawiał się, dlaczego nie widzi i nie słyszy dokładnie. Dźwięki były stłumione, a obraz stawał się coraz bardziej niewyraźny.
-Sma... ego.
Czy ktoś coś powiedział? Chyba tak, jednak nie zdołał zrozumieć słów. Były zbyt dalekie. A potem usłyszał warkot. Silnik? Coś pociągnęło go za nogę.
„Nie teraz” - próbował powiedzieć, jednak żaden odgłos nie wydobył się ze zmasakrowanego aparatu mowy.
Znowu to szarpnięcie, jednak tym razem usłyszał także dźwięk gruchotania i łamania czegoś kruchego. Ktoś szarpał nim coraz mocniej i coraz wyżej. Zaczynało to go coraz mniej obchodzić. Znów widział gwiazdy.
Nim bestia zaczęła pożerać tułów mężczyzny, John Whisper umarł. Zgonowi towarzyszyły odgłosy rozrywanego mięsa i miażdżonych kości oraz widok gwiazd.


-Chodź! Chodź, chodź! Będziemy mieć gości! Cieszysz się, Puszku? O, tak, wiem, że tak. – Starzec zachichotał i poklepał ogromne bydle po łbie.
-Chodź, mój mały, musimy przygotować wieczerzę. Niedługo przybędzie pieczeń.
Echo szaleńczego śmiechu ruszyło w podniebną krucjatę przeciwko ciszy. Minęło jeszcze wiele długich batalii, nim zawarto rozejm. Pierwsze słowa, które obwieściły tę nowinę, były gorące i ciężkie jak ołów.
-Doctorze Creepbottom!
...
-Jooohn!
...
-Dobra, chłopcy. Przeszukajmy tę dziurę.
W oddali rozległ się niesłyszalny pomruk zadowolenia.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -