Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Posłaniec

Wojciech Grzelak

Ciemna postać zjawiła się w światłach reflektorów zbyt późno, aby rozpędzony samochód zdołał ją wyminąć. Nastąpiło tępe uderzenie, rozległ się głośny chrzęst, a potem auto podskoczyło dwukrotnie, jakby wjechało na wybój. Wóz stanął, ale kierowca nie odważył się wyjść i udzielić pomocy potrąconemu. Ściskający kurczowo kierownicę mężczyzna, czterdziestoletni Słowak, stanowił kondensację paniki właściwej myszy, którą przygwoździła łapa kota. Mroźny pot sączył się spod rzadkich włosów porastających jego potylicę i łaskotał w kark. W lusterku widział ciemną plamę na śniegu, przypominającą ciśnięty niedbale na jezdnię czarny łachman. W jakim stanie mógł znajdować się ktoś, po kim przetoczył się blisko dwutonowy truck wyładowany po brzegi skradzionym z lasu drzewem? Papiery auta nie były w porządku, a jeśli chodzi o dokumenty jego właściciela, to sytuacja przedstawiała się jeszcze gorzej – prawo jazdy zabrano mu dwa lata temu za wypadek spowodowany po pijanemu. Fakt, że wypił wtedy mniej śliwowicy niż teraz, uświadomił sobie z zadziwiającą – biorąc pod uwagę jego stan – jasnością ..
Na podrzędnej górskiej drodze panował spokój. O tej porze ruch zamierał, tym bardziej, że wzmagała się zamieć. Nie było więc czasu do stracenia...

* * *

Widział, jak światła pozycyjne samochodu oddalają się pospiesznie. Zadymka przybrała na sile, ale było mu to zupełnie obojętne. Szybkim ruchem poderwał się z ziemi i ruszył przed siebie. Wypadek tylko przez chwilę zatrzymał go na drodze, którą zmierzał z żelazną konsekwencją ku wyznaczonemu celowi. Obrażenia, jakie odniósł, kiedy auto przejechało po nim, nie miały najmniejszego znaczenia.
Ponieważ był martwy. Był martwy na wiele, bardzo wiele lat przedtem, zanim potrącił go truck prowadzony przez pijanego wieśniaka.

* * *

Mała wioska, w której od lat dziesięciu z górą pasterzem dusz był ksiądz Jerzy Sokólski, leżała w samym sercu Beskidu Żywieckiego. Dowbór już z daleka zauważył barokową sylwetę kościoła, pięknie wpisanego w krajobraz, który niewiele zmienił się w ciągu czterech ostatnich stuleci, czyli od czasu, gdy zbudowano tę świątynię.
Jego przyjaciel, najserdeczniejszy na pierwszym roku wspólnych studiów (potem Sokólski wstąpił do seminarium), czekał u furty. Na kutych w żelazie odrzwiach zastygły lodowe sople. Za pobliskie wzgórze kryło się apatyczne zimowe słońce, rzucając na śnieg pastelowe odblaski.
- Witaj, Andrzeju!
- Miło cię widzieć, Jurku! Jak widzisz, zjawiłem się zaraz na twoje wezwanie.
- Zbyt dobrze cię znam – uśmiechnął się kapłan – abym nie wiedział, że ponaglała cię przede wszystkim twoja pasja. Bo kiedyż to ostatni raz zawitałeś w moje skromne progi?...
- Przyznaję, dawno temu. Ale teraz powód mojego przyjazdu jest zdaje się szczególnie ważny?
Dobroduszna twarz księdza stężała w wyrazie najwyższej powagi.
- Tak, masz rację. Wolałbym, aby cię sprowadziła do mojej pustelni jakakolwiek inna przyczyna, byle nie ta...
Weszli do niedużego budynku plebani. Ksiądz starannie zamknął drzwi, a potem zaciągnął zasłony w oknach i zapalił światło.
- Sprawa, o której wyjaśnienie chcę ciebie prosić, wymaga ostrożności... – wyjaśnił nieco zaskoczonemu jego zachowaniem Dowborowi. – Trzy dni temu rozpętała się okropna burza. Gwałtowny podmuch wichru strącił wtedy ozdobną kulę umieszczoną na szczycie kościelnej wieży. Tkwiła zamocowana na iglicy od czasu wzniesienia kościoła i nikt do niej nie zaglądał. Otworzyłem ją. Znalazłem w środku pergaminowy dokument poświadczający ukończenie budowy świątyni w lipcu 1660 roku. Ale oprócz tego aktu było tam coś jeszcze...
Ksiądz podszedł do półki. Zdjął z niej pudełko i położył na stole niewielką cynową puszkę.
- Nie ośmieliłem się jej otworzyć przed twoim przybyciem. Popatrz na to...
Starannie zalutowane wieko kasetki plombowała pieczęć o kształcie krzyża. Pod nią, zupełnie dobrze widoczny, wygrawerowany był herb. W przyćmionym świetle wilcze kły zdawały się spływać krwią.
Dowbór aż zadrżał z przejęcia. Natykał się na ten znak w ciągu swojej wieloletniej pracy już parokrotnie, ale za każdym razem było to dla niego wielkie przeżycie, nieporównywalne z żadnym innym doznaniem. Herb komesa Orloya, pana na Szkarłatnym Kasztelu! Jeszcze na studiach zaczął ścigać cienie tej niezwykle mrocznej postaci. Niewiele jednak mógł znaleźć w źródłach historycznych, które starannie unikały wzmianek na temat owego szatana w ludzkim ciele, jakby przerażone jego potwornymi czynami. Bo też zbrodnicze dokonania Vlada Tepesa, Gilesa d’Raisa czy Elżbiety Batory wobec makabrycznych osiągnięć komesa Orloya wypadały blado. Nie było cierpienia, jakiego by oszczędził swoim ofiarom. Nim je zamęczył, zmuszał straszliwymi torturami do popełnienia jakiegoś występku, aby odeszli z tego świata pokalani grzechem śmiertelnym. Zagubienie ich dusz sprawiało temu zwyrodnialcowi szczególną przyjemność...
Dowbór zamyślił się. Stopniowo, z ukradkowych wzmianek i zająknięć wylęknionych dziejopisarzy, zaczęła się wyłaniać potworna wizja zdziczenia i rozpasania. Jednocześnie komes Orloy zafascynował Dowbora, który cały swój spory talent historyka podporządkował zdobyciu wyczerpujących wiadomości na temat jego biografii.
Ksiądz jakby czytał w myślach przyjaciela.
- Jesteś specjalistą. Orloy, pamiętam, pociągał cię już na studiach. Potem śledziłem twoje publikacje na temat szalonego komesa, mam monografię, którą wydałeś przed paroma laty. Ja tą ohydną postacią interesowałem się tylko o tyle, o ile była ona związana z historią mojej parafii.
- A była, i to mocno! Twój daleki poprzednik na tej parafii, ojciec Kamieński, wracając z pielgrzymki do Ziemi Świętej, usłyszał o niegodziwościach Orloya i postanowił skłonić go do opamiętania. Widać wierzył we własne siły, ale przeliczył się. Gdy przybył do Mołdawii, Orloy wtrącił go do lochu, z którego nieszczęśnik tylko cudem uszedł.
- Wiem o tym – przerwał ksiądz Sokólski. – Mam raptularz ojca Kamieńskiego; zachował się w archiwum parafialnym.
- Nie mówiłeś mi nigdy o tym! – Wyrzut w głosie Dowbora był aż nadto wyraźny.
Ksiądz jednak odparł dziwnie oschłym tonem: - Jakoś nie składało się.
- Nie ma co zwlekać – Dowbór ujął leżący na stole nóż i chciał podważyć wieczko puszki. Ale ksiądz zatrzymał jego dłoń:
- Musisz jeszcze o czymś wiedzieć...

* * *

Schodził w dolinę, bezbłędnie znajdując drogę w ciemności. Szedł na przełaj, przez las, jak zwykle najkrótszą trasą. W ciągu swojej wędrówki pokonał granic kilku państw, lecz podziały te nie obchodziły go wcale. Gdyby posiadał poczucie humoru, być może wprawiłoby go to w rozbawienie. Kiedy ostatni raz przebywał na Ziemi, niektóre z tych krajów nie istniały.
Z oddali ujrzał, jak z okna plebani sączą się wąskie strużki światła.

* * *

...Uszedłem z katowni Orloya dzięki Bożej Opatrzności, i to nie z próżnymi rękoma. Wykradłem skarb potwora i ukryłem w miejscu sobie tylko znanym, pieczętując świętym signum. Tajemnicę tę zabieram ze sobą do grobu; niech Pan strzeże tego, który moje depositum odnajdzie i otworzy!
Noc zapadła już głęboka, gdy Dowbór zakończył lekturę manuskryptu spisanego ręką ojca Kamieńskiego. Odetchnął głęboko i potarł skronie. Wspomnienia te były dla jego badań bezcenne. Nie pojmował, dlaczego przyjaciel zachował w tajemnicy te zapiski. Nie była to jednak dobra pora, aby podnosić pretensje.
- Czy domyślasz się, czym był ów skarb, o którym wspomina ojciec Kamieński? – zapytał kapłan. Zdawało się, że w ogóle nie zwraca uwagi na rozterki Dowbora.
- Tak. Podług legendy jedyny portret komesa wykonał diabeł, który w ten sposób postanowił uhonorować podłości swojego ucznia. Obraz został wykończony perfekcyjnie – dość powiedzieć, że wszystkie szczegóły oddano z zadziwiającą dokładnością.
Podanie głosi jednak, że w źrenicach sportretowanego komesa utrwalony został obraz piekielnego portrecisty. Szatan przecież znajdował się w trakcie tego bluźnierczego zajęcia naprzeciw Orloya, więc mógł przeglądać się w oczach zbrodniarza. Ale diabeł, który jest, jak dobrze ci wiadomo, ojcem kłamstwa, zataił własne oblicze. Więcej, powodowany pychą, zamiast własnego oblicza umieścił w źrenicach portretowanego komesa miniaturowe wizerunki swoich sług; tych zresztą, którzy dopiero mieli w przyszłości pojawić się na Ziemi, aby pogrążyć ją w otchłani chaosu i śmierci.
Przez dłuższy czas uważałem to podanie za całkowicie fantastyczne. Niedawno jednak analiza kroniki Remigiusa zachwiała moją pewnością. Rzecz w tym, że ten portret rzeczywiście istniał.
Konterfekt komesa został namalowany krwią jego ofiar. Obraz wykonano na ludzkiej skórze, której płaty spoiły nici sporządzone z wyprutych z żywych jeszcze nieszczęśników żył i ścięgien. Ramy tego infernalnego portretu tworzyły splecione ludzkie kości. To piekielne malowidło zostało zniszczone w przypływie szału przez samego komesa. Nie mam pojęcia, dlaczego tu uczynił. Może usiłował się ratować na koniec przed wieczystym potępieniem? Ostatecznie jednak nie zszedł z drogi zła.
Orloy miał asystenta, niejakiego Antasa. Sądząc po perwersjach, jakim z zamiłowaniem hołdował, ten pomocnik komesa musiał być jednocześnie adiutantem samego szatana. Ocalił dwa strzępy portretu swojego mistrza. Jak się domyślasz, przedstawiały one oczy Orloya. A propos - według ojca Kamieńskiego Antas miał postać wyjątkowo odrażającą, natomiast kronikarz Remigius wspomina, że był on wyjątkowo przystojnym młodzieńcem. Zadziwiająca sprzeczność, nieprawdaż?
- Cóż... Może po prostu był dwulicowy?
- Księga „Malleus maleficarum” powiada, że „diabolus” pochodzi od „dia”, czyli podwójny, co ma znamionować dwoistą, zwodniczą naturę ducha nieczystego... Przy czym dwoistość ta dotyczy nie tylko urody Antasa, ale, zwróć uwagę, także dwóch różnych odbić w źrenicach sportretowanego komesa. Artysta z piekła rodem zostawił więc jakby swój podpis.
Nie ulega wątpliwości, że ojciec Kamieński wykradł ze Szkarłatnego Kasztelu właśnie te jedyne ocalałe resztki obrazu. Wkrótce po ucieczce księdza komes Orloy opuścił ziemski padół. Co się stało z trofeum ojca Kamieńskiego, nie wiadomo.
- Czy sądzisz, że to może być to?
- Nie dowiemy się tego nigdy, jeżeli nie... – przerwał w pół zdania Dowbór i sięgnął po cynową puszkę. Skruszył pieczęć, a potem podniósł nożem wieczko; które natychmiast odskoczyło i spadło na podłogę z cichym brzękiem. Wewnątrz znajdował się wyschnięty, pergaminowy płat, starannie zwinięty w rulon. Na wierzchu zawiniątka czerwieniły się pokraczne znaki. Dowbór bez trudu odczytał koślawe litery cyrylicy: Aszteli że ne aź. Komes Orloy chętnie posługiwał się cerkiewną mową, sięgając do najbardziej bluźnierczych pokładów tego języka.
Nie zwlekał dłużej: przeciął ostrzem sznurek. Rulon krył w sobie dwa kawałki skóry o wrzecionowatej formie. Dowbór, ostrożnie manewrując nożykiem, odwrócił jeden z nich. Złudzenie było pełne – zdawało się, że leży przed nimi ludzkie oko. Patrzyło szyderczo i zimno, ale przede wszystkim wprost kipiało szaleństwem. W krwawej źrenicy zastygło odbicie miniaturowej głowy.
Dowbór przemógł wstręt, wziął lupę i pochylił się nad skrawkiem płótna. Kiedy po chwili podniósł głowę, jego twarz była kredowobiała. Spojrzał na księdza i bez słowa ustąpił mu miejsca. Potem wziął z leżącej na półce sterty czasopism kilka świeżych gazet i rzucił je na stół, trącając ręką umieszczone na pierwszej stronie fotografie. Ksiądz, oszołomiony tym, co ujrzał przez szkło powiększające, machinalnie spojrzał na nie i odskoczył jak oparzony, odruchowo czyniąc znak krzyża.
- To niemożliwe! Ten wizerunek ma przecież...
- Tak, ma trzysta lat.
- Przecież to jest ...
- Jak dwie krople wody. Nie ma mowy o pomyłce. Mówiłem ci, że według podania konterfekt komesa Orloya został wykonany z nieziemską precyzją.
Spojrzeli po sobie.
- Jeżeli jest to prawdą - wyszeptał Dowbór. – To znaczy, że na pozostałym fragmencie obrazu figuruje twarz tego następnego...
Ksiądz sięgnął po drugi kawałek płótna.
I wtedy otworzyły się drzwi plebani, a do wnętrza wpadł mroźny powiew. Otworzyły się, choć były dobrze zamknięte. Na zamek.
Ksiądz i Dowbór pobiegli wzrokiem w stronę wejścia. Na progu pojawiła się postać, której widok sprawił, że zastygła w nich krew.

* * *

Wysłannik powracał, wolą swojego władcy nieomylnie wiedziony ku miejscu, gdzie niegdyś wznosiły się ponure mury Szkarłatnego Kasztelu. Krypta w ruinach była jego schronem; po raz pierwszy od stuleci opuścił bezpieczne ukrycie.
Spełnił rozkaz: unosił ze sobą rzecz, po jaką go posłano – dwa brakujące fragmenty portretu pana, któremu służył przed wiekami. Przybył po łup z daleka, lecz zdobył go bez trudu, nie chroniła już bowiem szczątków konterfektu komesa Orloya święta pieczęć. Odebrał przedmiot, który nie mógł być własnością człowieka, gdyż nikt z ludzi nie powinien poznać oblicza tego, który dopiero nadejdzie, aby pogrążyć świat w otchłani zła.
Przynajmniej jeszcze nie teraz.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -